LIBERMED - Książki medyczne i weterynaryjne wszystkich wydawców w jednym miejscu

Zabiegowcy

Zaloguj się, aby obserwować  
  • wpisy
    18
  • komentarzy
    44
  • wyświetleń
    148612

Autorzy tego bloga

O blogu

Blog trzech przyszłych zabiegowców

Wpisy w tym blogu

eMCe71

Dużo osób, które to czyta zna mnie na wskroś, od podszewki. Nigdy nie kłamię. Chciałem więc powiedzieć: #protestmedyków jest całkowicie oddolny - znam osoby które organizują nasze Porozumienie Rezydentów i jednym z założeń tego ruchu jest całkowite odcięcie się od polityki.
Druga sprawa: jeśli jesteś przeciwko naszym postulatom to najprawdopodobniej nie znasz dobrze sytuacji, gdyż sprzeciwianie się naszym pomysłom to głos przeciwko samemu Tobie. To tak jakbyś powiedział... no nie wiem... wole cierpienie niż szczęście. Serio.
Trzecia sprawa: postulat podstawowy to zwiekszenie finansowania na ochrone zdrowia - np. po to by szpital mogl zatrudnic wiecej personelu, żeby kolejka była krotsza, zeby móc zoperować Cię w godziwych warunkach a nie na sali operacyjnej sprzed 50 lat. Zarobki to jakaś tam pochodna i nie to jest centrum problemu. Jeśli chodzi o mnie - ja bym z chęcią brał 3 dyżury w miesiącu a nie 7-8 (godząc sie oczywiście relatywnie mniej zarobić) tylko że nie mogę bo inaczej nie ma komu ich wziąc. Stąd pracuje nawet 300
godzin w miesiącu. Zadajcie sobie przy tym pytanie - jak byście się czuli gdyby Wasza praca wymagała spędzenia 8 pełnych dób w miejscu pracy?
Bardzo, bardzo proszę więc nie głosić nieprawdy a szerzyć tylko to co prawdziwe. Pozdrawiam
Lekarz z 5-letnim doświadczeniem, w trakcie specjalizacji (tryb rezydencki)
Mateusz Palczewski

eMCe71

Kontakt z pacjentem - super!

Szczerze mówiąc po skończeniu studiów trochę inaczej wyobrażałem sobie jak wygląda nasz zawód. Owszem, jak każdy student brałem udzial w praktykach, potem stażu, ale... dopiero teraz, gdy jestem dzień po dniu, tydzień po tygodniu na jednym oddziale udało mi się poznać lepiej prawdziwe oblicze zawodu lekarza.

Heh, na pewno będę je poznawał przez wszystkie kolejne lata swojej pracy, ale już tych naszych realiów chyba trochę liznąłem ;) Rozwlekam ten wstęp celowo. Chciałbym choć trochę uzmysłowić być może czytającym to studentom, że czymś całkiem innym jest przypatrywanie się z boku czy nawet uczestniczenie w procedurach tak z doskoku jak ma to miejsce choćby na praktykach, a czymś innym przejęcie obowiązków lekarza-pracownika oddziału. Tak z perspektywy czasu żałuję, że wtedy kiedy jeszcze mogłem łazić za lekarzem, przypatrywać się, i analizować jego decyzje bez konieczności podejmowania samemu decyzji, nie robiłem tego dużo, dużo częściej :)

A teraz? Jednego dnia byłem jeszcze stażystą, a niemalże drugiego sam musiałem przyjmować, diagnozować i leczyć - BOMBA! Taka bardzo pozytywna bomba ale i też wyzwanie, bo nagle się okazuje, że podanie dziecku zwykłego leku przeciwbólowego wymaga rozważenia preparatu, dawki, przeciwwskazań, drogi podania itp, itd ;) No, ale takie podobno są początki.

Idziemy dalej! Nasz zawód jest wspaniały, nawet u nas w kraju! Swojego czasu usłyszałem cytat z wywiadu z Profesorem Religą, w którym Profesor mówił, że:

[...] jedynie osoba dojrzała emocjonalnie potrafi ocenić, czy chce poświęcić życie praktyce lekarskiej. [...] Kiedy lekarz dostaje dyplom i decyduje się wykonywać ten zawód, musi podporządkować całe swoje życie ratowaniu życia innych ludzi. Medycyna to służba ludziom, którym lekarz w żadnej sytuacji nie może odmówić pomocy. W tym sensie lekarz nigdy nie kończy pracy, ponieważ zawsze musi być do dyspozycji. Poza tym wychodząc ze szpitala opuszcza swoich pacjentów tylko fizycznie, bo zabiera ich problemy ze sobą.

Z moją dojrzałością emocjonalną na pewno mogę dyskutować. Podporządkowywanie całego życia dla pomocy innym ludziom też brzmi dość idyllicznie. Powiem Wam jednak jaką drogę do tej pory przeszedłem aby w cytacie Pana Profesora odnaleźć swoje miejsce.

Tak jak już wspomniałem, kiedy taki żółtodziub :geek: jak ja przychodzi do pracy wcale nie wie co tak na prawdę go czeka. A tu odprawa, obchód, zlecenia, zabiegi, status, przebiegi, skierowania, wypis, rozliczenie, wypis, rozliczenie, wypis, rozliczenie, wypis, wypis, dobra .. na rozliczenia nie mam już dziś sił. Która godzina? 17? :eek: Trzeba zbadać pacjentów i trochę z nimi w końcu porozmawiać! :smile:

U pacjentów wszystko w porządku, dowiedujesz się przy okazji kto jaki film ostatnio oglądał i czemu w szkole nie ma już ocen tylko uśmieszki, słoneczka i inne znaczki. Jest 17:10, a po wyjściu od pacjentów nie pamiętam już o całej górze wypełnionych wcześniej papierów.

Trudno, skoro u nas w kraju póki co musi ich tyle być żeby wykonywać ten zawód to "let it be" :) Jak dla mnie, te kilka chwil w ciągu dnia przy pacjencie rekompensuje wszystko. Wracając jeszcze do słów Pana Profesora - gdyby od samego początku liczyć na regularną pracę "od do" i wysokie zarobki można bardzo łatwo ulec frustracji. Kiedy dostrzeżemy, że istotą naszej pracy jest pacjent, okaże się że nie będziemy chcieli zamienić naszego zawodu na żaden inny.

To takie moje przemyślenia po kilku miesiącach pracy - czekam na Wasze komentarze!

eMCe71

No i są pierwsze punkty!

Tak jest! Czasopismo PrzypadkiMedyczne.pl otrzymało pierwszą ocenę Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego i znajduje się na ministerialnej liście, w wykazie B.

Pierwsze podejście i sukces! Zachęcam do zgłaszania kolejnych publikacji ;-)

eMCe71

Pieczątki lekarskie

Poniżej znaleziony na forum wpis użytkownika TMG, który wszystkim może się przydać:

Zapewne część osób będzie chciała wyrobić je sobie już na stażu, pozostali po nim, pomyślałem więc, by zwrócić uwagę na najczęstsze błędy na pieczątkach - plagą jest zwłaszcza tzw. "lekarz medycyny", który to tytuł zawodowy nie istnieje. Znalazłem takie podsumowanie najczęstszych błędów na pieczątkach, które być może niektórym się przyda:

Na podstawie doświadczeń związanych z prowadzeniem szkoleń dla lekarzy oraz obroną lekarzy w procesach sądowych przedstawiam poniżej subiektywną listę najczęściej występujących błędów na pieczątkach lekarskich. Jednocześnie chciałbym zauważyć, że błędy na pieczątkach lekarskich mogą mieć swoje mniej albo bardziej poważne konsekwencje: przede wszystkim mogą świadczyć o ogólnej niestaranności lekarza oraz mogą być argumentem na rzecz tezy o nieznajomości prawa przez danego lekarza. Z tego względu nawet prozaiczna pieczątka nabiera niekiedy istotnego znaczenia.

W praktyce można stwierdzić, że najczęstsze błędy polegają na:

- posługiwaniu się na pieczątce tytułem lekarza medycyny lub skrótem tego tytułu (lek. med.) – należy przypomnieć, że taki tytuł nie istnieje i nigdy nie istniał. Osoba, która ukończyła studia na kierunku lekarskim ma prawo do posługiwania się tytułem lekarza lub jego skrótem (lek.);

- nieprawidłowym określeniu na pieczątce posiadanej specjalizacji (np. specjalista chorób dziecięcych zamiast specjalista pediatrii czy specjalista chorób oczu zamiast specjalista okulistyki) czy też używanie kombinacji tytułu zawodowego i specjalizacji (lekarz pediatra zamiast lekarz specjalista pediatrii czy lekarz internista zamiast lekarz specjalista chorób wewnętrznych) – trzeba pamiętać, że przepisy obecnie obowiązującego rozporządzenia Ministra Zdrowia z dnia 20 października 2005 r. w sprawie specjalizacji lekarzy i lekarzy dentystów (Dz. U. Nr 213, poz. 1779 ze zm.) przesądzają, iż po odbyciu specjalizacji i zdaniu Państwowego Egzaminu Specjalizacyjnego można używać tytułu: specjalisty + [określenie dziedziny] ewentualnie specjalisty w dziedzinie + [nazwa]. Zatem poprawnie lekarz powinien napisać przykładowo: lekarz specjalista chorób zakaźnych albo lekarz specjalista w dziedzinie chorób zakaźnych;

- nieumieszczeniu na pieczątce tytułu zawodowego (lekarz), a jedynie posiadanej specjalizacji (np. Anna Xowska, specjalista medycyny rodzinnej) – należy mieć na uwadze, że zgodnie z uchwałą Naczelnej Rady Lekarskiej z dnia 15 września 2005 r. w sprawie treści pieczątki lekarskiej (uchwała nr 110/05/IV) elementami obowiązkowymi każdej pieczątki lekarskiej są: imię i nazwisko, tytuł zawodowy, numer prawa wykonywania zawodu oraz posiadane specjalizacje.

Radosław Tymiński

http://prawalekarzy....kach-lekarskich

Zaś sama Uchwała Nr 110/05/IV Naczelnej Rady Lekarskiej z dnia 16 września 2005 r. brzmi tak:

§ 1.

1. Pieczątka lekarska zawiera następujące dane:

  1. imię i nazwisko,
  2. tytuł zawodowy, tj. "lekarz" ("lek.") albo"lekarz dentysta" ("lek. dent."),
  3. numer prawa wykonywania zawodu,
  4. posiadane specjalizacje, zgodnie z brzmieniem określonym w dyplomie lub zaświadczeniu, potwierdzającym ich uzyskanie.

2. Pieczątka lekarska może ponadto zawierać następujące dane:

  1. tytuł i stopień naukowy,
  2. umiejętności z zakresu węższych dziedzin medycyny lub udzielania określonych świadczeń zdrowotnych, o których mowa w przepisach wydanych na podstawie art. 17 ust. 2 ustawy z dnia 5 grudnia 1996 r. o zawodach lekarza i lekarza dentysty, zgodnie z brzmieniem określonym w świadectwie potwierdzającym posiadanie tych umiejętności,
  3. numer umowy z Narodowym Funduszem Zdrowia upoważniającej lekarza do wystawiania recept,
  4. numer telefonu,
  5. adres.

§ 2.

Lekarze i lekarze dentyści dostosują treść pieczątek do wymogów niniejszej uchwały nie później niż w terminie do dnia 31 grudnia 2006 r.

§ 3.

Uchwała wchodzi w życie z dniem podjęcia.

Źródło: Pieczątki lekarskie

eMCe71

Krótko i na temat

Mierzi mnie ostatnio sprawa braku chemioterapeutyków w szpitalach. Nikt oczywiście się nie przyzna, ale to już pół biedy. Najgorsze jest to, że można było w ogóle do takiej sytuacji dopuścić. Sądy należy wydawać ostrożnie, ale w tej kwestii myślę, że na wyrost można kogoś ochrzanić, byleby tylko było wszystko na czas. Nie umiem sobie wytłumaczyć, jak to możliwe, że wiceminister mówi, że to wina szpitali, która za wczasu nie wykupiła zapasów leków, a prof. Jassem mówi, że tych leków nie można wykupować na zapas. Nóż w kieszeni się otwiera. Wielkie współczucia dla pacjentów, którzy i tak mają bardzo dużo na głowie. Wielu z nas jest z Państwem, ale szkoda, że niewiele możemy zrobić. Do napisania tej informacji pchnęła mnie dzisiejsza informacja w teleexpresie - podobno za kilka tygodni znów ma zabraknąć leków.

A teraz całkowicie zmieniając temat, chciałem polecić Wam fajną aplikacje: http://palczewski.net/index.php/en/115-whatsapp-messenger-free-texts-and-mms . Jakby ktoś zainstalował to poszukajcie mnie :)

Pozdrawiam

eMCe71

Ostatni!

Nie do wiary, ale jednak... jutro ostatni dzień zajęć na studiach!

Uczucie wspaniałe, póki co absolutnie nie ma mowy o myśleniu typu "ahhh, szkoda, że to już koniec" :) Inna sprawa, że dziwnie jakoś, bo nigdy więcej z Radkiem, Nelą, Igorem, Kasią, Kingą i całą dużą dwudziestkączwórką nie będziemy chodzić już do jednej klasy i grupy... daamn!

Inna sprawa, że zostało 5 egzaminów, ale ćwiczeń już nie będzie! Koniec, dziękuję, jutro zrobimy sobie pamiątkowe zdjęcie.

dsk

z dyżuru...

Ostatnio będąc w wolnym czasie na kilku „dyżurach” miałem okazję nie tylko spotkać się bezpośrednio z pacjentem, posłuchać diagnozy lekarza i zweryfikować ze swoją „wymyśloną” ale również posłuchać coś nie coś o przypadkach które tak utkwiły w pamięci lekarzom że po kilku latach dokładnie znają wszystkie dane o nich…

Jeden z lekarzy opowiedział mi przypadek pacjenta, który po złamaniu obojczyka był leczony operacyjnie. Wstawiono mu druty Kirchnera które miały ustabilizować obojczyk i wspomóc jego prawidłowe zrośnięcie. Owszem obojczyk się zrósł, ale pacjent zaniedbał to że takie druty trzeba po pewnym czasie wyciągnąć. Jego organizm „walcząc” z ciałem obcym chciał je usunąć. Jeden z tych drutów sam prawie wyszedł bocznie („wybijał się przez skórę”), a drugi wyemigrował w stronę kręgosłupa, i przechodząc przez otwory międzykręgowe dostał się to kanału kręgowego, na szczęście dla pacjenta przy bardzo nieznacznych objawach neurologicznych.

Cóż organizm ludzki jest pełen tajemnic i nieprzewidzianych reakcji, a my musimy go mimo wszystko jak najlepiej zdiagnozować i wyleczyć.

Przy okazji kazuistyki przypadkowej polecam kilka opisów kilku przypadków LINK1, LINK2, LINK3.

Swoją drogą polecam w wolnym czasie uczestniczenie w dyżurach poprzez np. STN. Nawet jak nic się "nie dzieje" :)

eMCe71

Nie samą medycyną człowiek żyje! Na weekend polecam narty i deskę w Szklarskiej albo... gdziekolwiek :)

blogentry-2-0-85501000-1329162145_thumb.

Zdjęcie zrobione z wyciągu na Szrenicę - widok na trasę FIS (Ściana)

PS. GOPR miał co robić - w naszej ekipie jedno skręcenie st. kolanowego.

eMCe71

USMLE - jak to wygląda?

Jakiś czas temu informowałem, że napiszę trochę bardziej szczegółowo na temat USMLE (United States Medical Examination), czyli szeregu egzaminów, których zdanie jest wymagane jeśli chcemy pracować w USA jako lekarze. Innymi słowy dla nas jest to tzw. nostryfikowanie dyplomu, choć USMLE to przede wszystkim egzamin, który zdają wszyscy amerykańscy studenci i lekarze kształcący się na uczelniach w USA. Poniższy wpis będzie sukcesywnie aktualizowany.

USMLE składa się z 3 kroków - step 1, step 2 (step 2 CK i step 2 CS), step 3. Do rozpoczęcia rezydentury wymagane jest w większości przypadków zdanie USMLE do poziomu step 2 CS włącznie. Step 3 na ogół można zdawać później i daje możliwość samodzielnej praktyki lekarskiej na terenie USA. Pytania na egzaminie odnoszą się do konkretnych sytuacji klinicznych - stanowią opis przypadku medycznego i zadanego do niego pytania. Rodzaj pytania zależy od stepu.

Step 1.

Sprawdzenie wiedzy z nauk podstawowych i umiejętność wykorzystania jej w zrozumieniu mechanizmów i zasad leżących u podstaw chorób i zdrowia. Egzamin trwa 8 godzin i jest podzielony na 7 godzinnych części po 50 pytań - pozostała 1 godzina jest wykorzystywana na przerwy wedle uznania zdającego.

Zakres materiału: ogólne zasady i mechanizmy w medycynie, układ hematopoezy i limfatyczny, OUN i obwodowy układ nerwowy, skóra i podskórna tkanka łączna, układ mięśniowo-szkieletowy, układ sercowo-naczyniowy, układ pokarmowy, układ moczowy/nerkowy, układ reprodukcyjny, układ hormonalny, układ immunologiczny.

Przykładowe pytanie: http://www.usmle.org...uestion-formats

Step 2 CK (Clinical Knowledge) i CS (Clinical Skills)

Ma służyć sprawdzeniu czy potrafisz (pod nadzorem) wykorzystać swoją wiedzę (knowledge) i umiejętności (skills), która jest niezbędna do świadczenia opieki nad pacjentem. Nacisk położony jest na promocję zdrowia i zapobieganie chorobom.

  • CK to egzamin składający się z 370 pytań i trwa 9 godzin (8 h egzaminu i sumarycznie 1 h przerw). Przykładowe pytania: http://www.usmle.org...-ck/#testformat
  • CS to konfrontacja z 12 standaryzowanymi pacjentami, których należy zbadać i sporządzić notatki w postaci SOAP. Liczy się także sposób nawiązywania kontaktu. Step 2 CS zdaje się w USA (jest 5 ośrodków): Atlanta, Chicago, Houston, Philadelphia, Los Angeles. Przykładowa notatka: http://www.usmle.org...-ck/#testformat

Step 3

Ma być sprawdzeniem czy jesteś gotów wykorzystywać swoją wiedzę i umiejętności w sprawowaniu opieki medycznej bez nadzoru. Egzamin jest dwudniowy.

  • Dzień 1. Egzamin trwa 8 godzin (7h + 45 min przerwy + ewentualne 15 minut na "tutorial") i składa się z 336 pytań wielokrotnego wyboru podzielonych na 7 bloków.
  • Dzień 2. Rozpoczyna się o 144 pytań wielokrotnego wyboru, które zdaje się w 4 blokach (łącznie 3h), a następnie przechodzi się do 9 symulacji przypadków medycznych (4h).

Wierzcie lub nie ale pisząc ten mini-poradnik i czytając wypowiedzi ludzi, którzy przechodzili tą drogę, dopiero zrozumiałem jak jest ona długa i trudna. Wypowiedzi są jednak z reguły pozytywne, bo wspominane jest, że całość mija szybko, ale z drugiej strony przeczytać można, że "nigdy więcej USMLE". Zachęcam do lektury chociażby tych tematów: http://www.usmle.for...c-roku,463.html, http://www.usmle.for...stepami,73.html, http://www.usmle.fora.pl/step-3,5/i-co-tyrol-jak-dzis-bylo,109.html, http://www.usmle.for...-usmle,150.html

Jeśli wciąż czujecie niedosyt wiedzy nt. USMLE to zachęcam do wizyty oficjalnej strony: http://www.usmle.org/.

Serdecznie pozdrawiam,

Mateusz

Źródła:

www.USMLE.org

www.USMLE.pl

dsk

W obranym i dokładnie przygotowanym miejscu przyłożył ostrze do skóry, lekko ją napinając, następnie przeciągnął wzdłuż, przecinając powierzchowną warstwę. Tą samą którą podczas upadku z roweru, albo zwykłego przewrócenia się na beton ścierasz powodując mokre zaczerwienienie. Kolejne warstwy, to nie jest już zadanie dla zwykłego skalpela. W dłoni nóż elektryczny, delikatnie i w małym zasięgu rażący prądem tkanki, powodując ich ustępowanie i rozejście się. Teraz jest jednym z głównych narzędzi którymi dłonie będą się posługiwać, obok pincety, nożyczek i kleszczyków. Przed Nim do przebycia skomplikowana przestrzeń, pełna różnych struktur, narządów i tkanek przez którą musi się przedostać do miejsca które w badaniach zawierało nieprawidłowości, chorą cząstkę ciała nadającą się w trybie pilnym do usunięcia. Poszukiwania to kolejne warstwy ciała, niektóre mocno zespolone inne nawet nie połączone, ułożone pionowo, poziomo, po skosie. Między niektórymi znajduje duże jamy inne ściśle do siebie przylegają, nastręczając kłopotów z ich rozpreparowaniem. Co chwilę przecina krwawiącą żyłę lub tętniczkę zalewającą wszystko do czego do tej pory wydrążył „tunel” - odcięty koniec w natychmiast musi być zawiązany, bo uniemożliwi dalszą preparację kolejnych tkanek, zalewając wszystko czerwienią. Przecinanie, rozcinanie, preparowanie wymaga ogromnej precyzji. Ręce nie mogą drżeć, wykonywać niespodziewanych ruchów, muszą być spokojne, opanowane, stabilnie ułożone w możliwie najdogodniejszej pozycji. Szybko zmęczone przez niepotrzebny ucisk, mało komfortowe wygięcie mogą się stać mniej dokładne. Do tego trafność i szybkość, bo każda minuta jest ważna, tego żadna książka nie nauczy - w niej opisana jest jedynie technika, a praktyka, codzienne napotykanie nowych przeszkód i empiryczne uczenie się ich pokonywania poszerza doświadczenie, po którym widać ile operacji dłonie wykonały. Liczy się również mądrość i obycie z różnymi sytuacjami, bo nigdy nie wiadomo, co w danej chwili może się przytrafić, coś co niekoniecznie było w książce, albo już się tego z niej nie pamięta, coś na co rozwiązanie może przynieść wyuczony ciąg ruchów i posunięć, wcześniej podpatrzony u starszego kolegi.

Jest! Uszkodzona struktura ukazało się oczom. Dotyk również potwierdza że coś jest nie tak. Delikatne odsunięcie jej od najbliższego otoczenia, przez rozciągnięcie nożyczkami otaczających błon pomaga w jej ostatecznej ekstrakcji. Kolejny rozdział już zanim. Szybka kontrola parametrów na machinach anestezjologów i upewnienie się że wszystko idzie zgodnie z planem pozwala spokojnie kontynuować. Nastał czas łączenia tego co wcześniej było rozdzielone. Po założeniu drenu, warstwa do warstwy, powięź do powięzi, mięsień do mięśnia są precyzyjnie zszywane wchłanialnymi nićmi. Widoczna drabinka na skórze zostaje przykryta jałowym opatrunkiem. Teraz wszystko już w rękach sił witalnych organizmu, wspomaganych przez medykamenty. Najważniejsze że diagnoza okazała się trafna i wszystko poszło zgodnie z planem.

Możne z uśmiechem wyjść do oczekującej na korytarzu rodziny i przekazać optymistyczne słowa. choć nie zawsze tak jest tak pięknie...

dsk

Podjął ostateczną decyzję - konieczna jest operacja...

Stos niezbędnych druków, potrzebnych dokumentów z którymi udaje się do pacjenta. Spokojnie wszystko wyjaśnia, tłumacząc zapis licznych numerków z badań, zdjęć których obraz jest początkowo tylko Jemu znany, nazw łacińskich pierwszy raz obijających się o uszy pacjenta, na język łatwy, przystępny i zrozumiały dla każdego. Proponuje najlepsze rozwiązanie, które wcześniej zrodziło się w tej sieci neuronów, ściśle powiązanych z ostatnią szufladą pełną wiedzy, która jako jedyna pozostała wysunięta, postępowanie mające główny cel – pomóc drugiemu. Po chwili uzyskuje zgodę, potwierdzoną pisemnym podpisem. Choć nie zawsze jest to takie proste. Nierzadko zdarzyło Mu się wcześniej wysłuchać wykrzyczanych zdań dezaprobaty, podnoszących ciśnienie i szybkość uderzeń serca.

Przygotowanie do zaplanowanej operacji, dzięki zgraniu i kompetencji wszystkich osób trwa prężnie i szybko. Kolejny pacjent już czeka na „zwolnienie” sali zabiegowej. Sprawnie działający zespół anestezjologiczny usypia pacjenta i podłącza pod podtrzymującą życie podczas zabiegu i na bieżąco kontrolowaną aparaturę, podaje środki znieczulające. Przed przystąpieniem do zabiegu musi się pozbyć wszystkich drobnoustrojów z rąk, myjąc je dokładnie kilka razy, następnie wcierając dokładnie w każdy najmniejszy rowek środek dezynfekcyjny. Ubiera zielony fartuch, lateksowe rękawice, czapkę i maskę na twarz, zabezpieczającą zarówno Jego jak i pacjenta.

Powoli się zaczyna. Dostaje do ręki ciemny płyn, szczypce i gazik – elementy niezbędne do przygotowania miejsca w którym niebawem rozpoczniesz cięcie powłok ciała. Kilka razy namacza i czyści, przesuwając przyrząd po każdym milimetrze skóry. Raz, drugi, trzeci – każdy skrawek, najmniejsze zagniecenie musi być oczyszczone z bakterii i wirusów, które później mogą bardzo uprzykrzać prawidłowe gojenie i spowodować niepotrzebne powikłania. Obmyta przestrzeń, to również jedyna którą po obłożeniu pacjenta zielonym, wyjałowionym materiałem będzie dostępna oczom. Dzięki temu będzie można lepiej się skoncentrować, wpatrując się tylko w jeden punkt.

Nadchodzi punkt kulminacyjny spektaklu akcji – akt „operacja”. Czas w którym dochodzi do realizacji przyjętego wcześniej planu, opracowanego w myślach sposobu działania. Chwila trwająca kilka minut, choć nieraz przeciągająca się na kilka godzin, wymagająca pełnego skupienia uwagi na operowanym miejscu gdzie pracują głównie dłonie, a reszta ciała pozostaje prawie w kamiennym bezruchu...

Skalpel już w ręce, ale On podnosi jednak wzrok i wodzi po wszystkich aktorach, całej ekipie na której musi polegać i jej zaufać, uzyskując potwierdzenie gotowości, a zarazem zgodę na rozpoczęcie. Dobrze w tych wszystkich oczach widzieć przyjaciół, z wzajemnością. Nadawanie na jednej fali, nieraz porozumiewanie się bez słów, czytanie w myślach i przewidywanie kolejnych ruchów bardzo ułatwia działanie. Podsunięta nić do szycia jeszcze przed wypowiedzeniem prośby o nią może o sekundę szybciej zatamować krwawienie, zespalając pęknięte naczynie i uratować odchodzące życie.

cdn.

devitto

Witam serdecznie wszystkich czytelników bloga "Zabiegowcy"!

To moja pierwsza notka na tym blogu, więc wypadało by się przedstawić - z tej strony Szymon, trzeci z grupki autorów bloga (na obrazku po lewej widnieję prawdopodobnie jako ten zdekapitowany) i - co chyba stanie się najważniejsze dla tego wpisu - jedyny z tej grupki, który nie jest jeszcze zdecydowany co do swojej zabiegowej przyszłości. I właśnie z tego też powodu słowami wyjętymi z Hamleta rozpocząłem swoją blogerską aktywność. Takie właśnie pytanie sobie zadaję - być chirurgiem, czy nim nie być?

Cytując jednego z wykładowców akademickich - jeśli po pierwszych latach spędzonych na studiowaniu medycyny, student nie jest pewny co do swoich chęci spędzenia życia nad stołem operacyjnym, to chirurga z niego już nie będzie. Parafrazując - jestem na spalonej pozycji, a ktoś z odległego kąta sali już powinien krzyknąć - Kończ waść, wstydu oszczędź!

Posunę się jednak do czegoś, czego polecano mi unikać - nie zgodzę się ze słowami owego wykładowcy. Absolutnie. Chcę wierzyć w to, że mam jeszcze czas na decyzję i nawet jeśli decyzję podejmę w ostatniej chwili - nie skrzywdzę tym nikogo i stanę się dobrym lekarzem w obranej przez siebie dziedzinie.

Interesuję się onkologią (idąc na studia myślałem intensywnie o kardiologii, ale mi się "odwidziało"). Największą sympatią darzę chemioterapię oraz właśnie chirurgię onkologiczną. Jestem członkiem koła naukowego przy Klinice Chirurgii Onkologicznej - uczestniczę w operacjach, zarówno na dyżurach doktorów z Kliniki, jak i od czasu do czasu w innych szpitalach (również na oddziałach nie-onkologicznych), praca na sali operacyjnej mi bardzo odpowiada. Jednocześnie szkolę się samodzielnie ze wszystkich możliwych źródeł literaturowych w chemioterapii, rozmawiam z uniwersyteckimi specjalistami w dziedzinie chemioterapii oraz przyjeżdzam niekiedy do swojej rodzinnej miejscowości, aby porozmawiać i popracować z (w mojej opinii) znakomitym internistą, pulmonologiem i chemioterapeutą - ta praca również mi bardzo odpowiada i wydaje się satysfakcjonująca.

Więc za każdym razem, kiedy ktoś zadaje mi pytanie, co konkretnie już w tej onkologii chcę robić - waham się i odpowiadam "Nie wiem". Krew mnie zalewa z tego powodu, bo po pierwsze nie lubię tego stwierdzenia (jeden z anestezjologów podczas zajęć, aby oduczyć nas słów "nie wiem" za każde wypowiedzenie tej frazy wyjmował z opakowania leku przez niego używanego ulotkę, aby student nauczył się o nim wszystkiego co możliwe na następne zajęcia), a po drugie być może chciałbym już być bardziej zdecydowany. Póki co - nie potrafię. Odpowiadam "nie wiem" (i automatycznie otwieram już dłoń po ulotkę leku - kurczę, chyba wyrobił się we mnie odruch bezwarunkowy) Może nie nadszedł jeszcze ten czas.

Czasami się zastanawiam, jak to się stanie - co będzie bodźcem, który pokieruje mnie w jedną, tudzież drugą stronę? Czy może to będzie zwykły sen, po którym się obudzę i powiem sobie w duchu "Tak, to jest to - chcę być chirurgiem/chemioterapeutą!"? A może w trakcie operacji, kiedy będę trzymał haki lub asystował przy szyciu zorientuję się, że chcę jeszcze, jeszcze i jeszcze? Nie wiem.

A jak było w Waszym przypadku - co było Waszym bodźcem napędowym?

Póki co - nadal będę uczestniczył w dyżurach chirurgów i operacjach, jak i będę starał się jak najczęściej odwiedzać chemioterapeutów.

Następna notka będzie (mam przynajmniej taką nadzieję) ciekawsza.

Zapraszam do dalszego odwiedzania bloga "Zabiegowcy" i czytania kolejnych notek trio MSM :)

eMCe71

Wykłady żywcem z USA

Wychodzi na to, że znów będzie trochę o obczyźnie. Tym razem jednak dość przypadkowo.

Polski lekarz, który chce wyjechać pracować w Stanach, tak jak wspominałem wcześniej, musi zdać "kilka" egzaminów, które nazywamy potocznie nostryfikacyjnymi. USMLE, bo taka jest rzeczywista nazwa tych testów to trzy kroki (stepy). Dwa tygodnie temu natknąłem się na ciekawe video-wykłady z kursów przygotowujących właśnie do USMLE. Polecam obejrzenie kilku z nich lub całej serii. Powody są dwa - pierwszy to ciekawa forma, która daje wiedzę o tym jak wykład może wyglądać, a drugi to sam temat, tj. ginekologia. Ponieważ przed dużą częścią z nas sesja i egzamin, myślę, że link może się przydać.

Gynaecology Lectures - link. Co Wy na to? Słucha i zapamiętuje się rewelacyjnie ;)

W następnym wpisie postaram się możliwie szczegółowo i zrozumiale przedstawić jak wygląda USMLE - podejrzewam, że mogą być osoby zainteresowane.

Na koniec, nie mogę nie przytoczyć cytatu z pewnej francuskiej gazety - szczególnie dobra jest puenta!

"Polska. Oto znajdujemy się w świecie absurdu. Kraj, w którym co piąty mieszkaniec stracił życie w czasie drugiej wojny światowej, którego 1/5 narodu żyje poza granicami kraju i w którym co 3 mieszkaniec ma 20 lat. Kraj, który ma dwa razy więcej studentów niż Francja, a inżynier zarabia tu mniej niż przeciętny robotnik. Kraj, gdzie człowiek wydaje dwa razy więcej niż zarabia, gdzie przeciętna pensja nie przekracza ceny (!) trzech par dobrych butów, gdzie jednocześnie nie ma biedy a obcy kapitał się pcha drzwiami i oknami. Kraj, w którym cena samochodu równa się trzyletnim zarobkom, a mimo to trudno znaleźć miejsce na parkingu. Kraj, w którym rządzą byli socjaliści, w którym święta kościelne są dniami wolnymi od pracy (!)
Cudzoziemiec musi zrezygnować tu z jakiejkolwiek logiki, jeśli nie chce stracić gruntu pod nogami. Dziwny kraj, w którym z kelnerem można porozmawiać po angielsku, z kucharzem po francusku, ekspedientem po niemiecku a ministrem lub jakimkolwiek urzędnikiem państwowym tylko za pośrednictwem tłumacza.
Polacy..! Jak wy to robicie..?"

źródło: radlow.cba.pl/1286/polska-artykul-we-francuskiej-gazecie/

Przyznacie, że niezły paradoks! Ale to się przecież zmieni ... i tu trafione wydają mi się słowa naszych rodziców, którzy powtarzają "my już tego nie dożyjemy, ale Ty lub Twoje dzieci ...". Słyszałem to chociażby w kwestii wyasfaltowania offroadowej nawierzchni na mojej ulicy, wobec której staruszkowie wcale racji nie mieli ;)

dsk

Chciałbym drogi czytelniku, abyś choć troszkę poczuł czym jest zabiegowa pasja dla zabiegowca. W kilku "aktach", przedstawię drobny wycinek z życia pewnego lekarza....

Akt pierwszy „przypadek”. Nowy pacjent z poważnymi dolegliwościami, mężczyzna w sile wieku, przeciętnej budowy ciała, jakiego można spotkać w sklepie, w kinie, czy w parku, ma rodzinę i chęć życia m.in. dla niej... zostaje przywieziony na sygnale.

Już przez okno dyżurki lekarskiej widać że zapowiedziana telefonem ze stacji dyżurnej karetka pędzi i szybko podjeżdża pod potężne szpitalne drzwi, o szerokich skrzydłach, dzięki którym po ich otworzeniu można spokojnie przejechać łóżkiem na metalowym żółtoczerwonym rusztowaniu i masywnych kołach, ułatwiających transport osób o nieraz zdumiewającej wadze. ON wychodzi wezwaniu naprzeciw... W korytarzu zamieszanie, sanitariusze i pielęgniarki krzątają się pomiędzy osobami które czuwają z chorym, czekają na konsultacje i wyleczenie z chwilowego bólu, urazu, czy wyglądają za tym który właśnie jest w gabinecie i udziela się mu pierwszej pomocy.

Wśród nich znajduje znajome łoże i te same twarze które wychodziły z ambulansu i uwijały się z metalowym rusztowaniem. Podchodzi spokojnie i rozważnie, bo zbędne zamieszanie, czy nadpobudliwość może tylko pogorszyć napiętą atmosferę jaka panuje w otoczeniu w którym się porusza. Widzi mężczyznę - ciemne dżinsy, trochę pobrudzone u spodu nogawki, codzienna koszula wciśnięta za linię czarnego skórzanego paska. Pacjent leży prawie bez ruchu, rozciągnięty wzdłuż, tak jak został położony pół godziny wcześniej. Prawa ręka zgięta ułożona pod głową, lewa spokojnie spoczywa na brzuchu.

Będąc blisko zwraca uwagę na twarz- jest blada, ale widzi że jeszcze nieznajoma mu osoba mruga co chwilę powiekami a jej klatka piersiowa unosi się do góry - to dobry znak. Wysłuchuje relacji ratowników którzy jako pierwsi mieli kontakt z transportowanym, zastosowali pierwsze środki medyczne, wstrzyknęli w żyły ożywcze i podtrzymujące dobry stan magiczne płyny. Wraz z kolejnymi dźwiękami mowy wpadającymi do Jego uszu w głowie uruchamia się Mu cała machina myślowa, poszczególne tryby i przekładnie nawzajem poruszają się i zatrzymują, wysuwając docelowe szuflady potężnej szafy bibliotecznej, do której cały czas wrzucał i wrzuca kolejne książki, najnowsze artykuły z naukowych gazet, czy wyniki badań które zostały opublikowane dopiero w internecie, a na papierową wersję muszą jeszcze trochę poczekać. Na wstępie wysuwa się kilkadziesiąt szuflad różnych dolegliwości, z których informacje najbardziej pasują do podawanego na bieżąco opisu pacjenta. Z czasem wsuwa te które zaczynają nie pasować, ale objawy tej czy podobnej dolegliwości również zaczyna dostrzegać w innych szufladach, do których musi zostać uruchomiony kolejny szereg licznych kołowrotków, zapadni i unikatowych połączeń.

Relacja przez ratowników zdana. Teraz został już sam z szalejącymi po głowie informacjami które zderzają się ze sobą, uzupełniają albo wykluczają. Pacjent oficjalnie przeszedł pod Jego skrzydła. Uwagę zwraca już tylko na niego - kilka pytań uzupełniających wcześniejsze informacje, parę odpowiedzi wypowiedzianych z trudnością przez spierzchnięte wargi, na nowo uruchamiają podobne do wcześniejszych procesy mechaniczne. Wciąż jednak nie ma odpowiedzi na najważniejsze pytania: co dokładnie dolega? Jaka jest przyczyna tego że ten facet nie tętni pełnią życia i tylko dzięki szybkiej reakcji, zastosowanemu wstępnemu leczeniu i lekom może normalnie oddychać, porozumiewać się i wykonać proste ruchy? I bardzo istotne- co dalej?

Aby uściślić domysły, zawęzić obszar poszukiwań odpowiedniej szuflady albo najlepiej skupić się już tylko na jednej zleca dodatkowe badania. Zdjęcia i trójwymiarowe obrazy na ekranie monitora będące efektem skomplikowanych procesów fizykochemicznych zachodzących w masywnych urządzeniach które mieszczą się w oddzielnych pomieszczeniach szpitalnych, pokazując ludzkie wnętrze ułatwiają ale często nie rozwiązują Jego detektywistycznego dochodzenia. Widząc różne linie, kreski, kółka i inne różnorodne kształty w czarno białym odcieniu, lub w pełnej palecie barw, płasko lub w trójwymiarze, musi porównać je z już znanymi i wcześniej zakodowanymi podobnymi obrazami które zna jako 'prawidłowa budowa ludzkiego ciała' i ocenić w jakim stopniu są do siebie podobne, czy nie różnią się choćby najmniejszym szczegółem, strukturą która przesądza o wszystkim. Wpatruje się intensywnie, w głowie mętlik myśli, sprawdza linijką rozmiary, skupia się na przewężeniach i poszerzeniach, na nieraz niewidocznych przy pierwszym spojrzeniu uwagę detalach. Coś jednak nie pasuje do wyobrażonego 'oryginału', coś czego teraz poszukuje wśród wybranych szuflad. Powoli eliminuje te które przestają odpowiadać wcześniejszej dedukcji. Pozostają dwie ostatnie, które najbardziej pasują. Kilka dodatkowych chwil wytężonego myślenia. Musi podjąć tą właściwą decyzję, jest ciężko, bo to co teraz zadecyduje, przesądzi o dalszym postępowaniu które może pomóc, ale nie musi... Najwłaściwsza jest jedna z tych dróg, a cała odpowiedzialność spoczywa na Jego barkach - odpowiedzialność za to „co dalej”. Setki neuronów w głowie połączone w spójne sieci z zawrotną prędkością przesyłają między sobą miliony impulsów niosących pakiety informacji. Jest już pewien, zadecydował. Głowa paruje od natłoku myśli, jednak już wie. Podjął ostateczną decyzję - konieczna jest operacja...

cdn.

eMCe71

Złamana czy nie?

Wspaniały wyjazd sylwestrowy przejdzie na pewno do pamiętnych! Śnieg, który spadł jak na zawołanie, nowy wyciąg Karkonosze w Szklarskiej Porębie, który ciągnie prawie na Szrenicę i wspaniała ekipa ;)

A do tego kilka siniaków, capitalgii (czy wręcz encephalodynii ;)), stłuczeń i czyżby złamanie? Zagadka do czytelników, chociaż bardziej na zasadzie "na wyczucie".

Zagadka pt. "Złamana czy nie?"

Podczas zjazdu na snowboardzie kolega-pacjent upadł ku przodowi podpierając ciężar legnącego ciała zgiętą dłoniowo w stawie promieniowo-nadgarstkowym ręką. Po urazie wystąpiły dolegliwości bólowe w obrębie stawu, mierny obrzęk i nieznaczne ograniczenie ruchomości. Obrzęk nieznacznie narósł przez noc.

Pytanie: złamana czy nie?

Czekam na odpowiedzi w komentarzach. Uzasadnienie mile widziane!

Kolega wybiera się na pogotowie, więc będę niedługo wiedział ;)

Szczęśliwego nowego roku!

dsk

Troszkę z innej beczki...

Kiedyś, bodaj na trzecim roku studiów usłyszałem dobrą radę od znajomego lekarza, która pomogła mi sprecyzować, kim po studiach chciałbym zostać. Chciałbym się nią podzielić z szerszym gronem bo niby infantylnie prosta, jednak dla mnie stanowiła krok milowy i dużą pomoc.

Na studiach medycznych zaczynając zajęcia kliniczne, czyli polecam od trzeciego roku, dobrze jest sobie przyobserwować każdy oddział na którym ma się zajęcia, praktyki, wolontariat itp. Znajomy zalecał mi nawet założyć sobie notatnik, w którym kolejne strony zatytułować zgodnie ze specjalizacjami np. endokrynologia, kardiologia, chirurgia bariatryczna, ortopedia, kardiochirurgia, itd... Mając następnie styczność z danym oddziałem zapisać sobie wszystkie jego subiektywne plusy i minusy. Przy czym pod uwagę wziąć nie tylko rodzaj procedur, zabiegów, operacji i innych czynności jakie są na nich wykonywane, ale również zlustrować lekarzy jacy tam pracują i jakie mają wspólne cechy, czy mi odpowiadają czy nie.

Idąc tą myślą... takie obserwacje starałem się robić jak najdokładniej. Już na początku zauważyłem że interniści, endokrynolodzy, kardiolodzy mają dużo papierkowej roboty. W sensie dużo wyników badań na papierze, masa cyfr, liczb wykresów, a przy tym siedzenie za biurkiem i główkowanie co z tego można wywnioskować. Niektórym taka „czysta robota” bardzo odpowiada, niemniej dla mnie było za mało ruchu, za dużo działania w jednym miejscu.

Z drugiej strony była chirurgia ogólna, bariatryczna, gastroenterologiczna, kardiochirurgia, chirurgia dziecięca itp... tutaj praca na oddziale w tym ta „papierkowa”, była połączona z wyjściem co jakiś czas na salę operacyjną, bądź do pokoju zabiegowego, a tym samym zmiana o 180stopni tego co dotychczas było wykonywane. Teraz zaczynały liczyć się umiejętności manualne wypracowane przez doświadczenie, zręczność i ruchy wyuczone przez obserwacje i wielokrotne ich powtarzanie. Działanie, akcja, napięcie i... powrót na oddział. Dużo większa różnorodność, w której zdecydowanie lepiej się czułem.

To nie wszystko bo specjalności zabiegowych jest dużo. Wprawdzie jeszcze nie postawiłem „kropki nad i” w kontekście dokonania ostatecznego wyboru, ale już wiem ku czemu się skłaniam. Wśród tych różnych zawodów „rzeźniczych” też robiłem i robię dokładny rekonesans. Tu pod uwagę biorę np. średni czas trwania zabiegów (niektórzy lubią stać codziennie przy stole operacyjnym po kilka, kilkanaście godzin, inni np. kilka razy po godzinie), charaktery już wyspecjalizowanych lekarzy (czasem można dopatrzyć się dużych podobieństw o obrębie danej grupy np. otwartość, empatia, arogancja), jakie są warunki pracy (czy dużo pieniędzy w daną specjalność jest inwestowane, a przy tym głównie jaka jest dostępność do specjalistycznego sprzętu, leków) i wiele innych – zależy co dla kogo jest istotne.

I jeszcze jedna rzecz – polecam od najwcześniejszych lat działanie w kołach naukowych, chodzenie na dyżury czy wolontariat. Nawet jeśli ktoś zapisze się gdzieś na pół roku – będzie mógł zobaczyć i poczuć coś na własnej skórze czy mu to miejsce/ludzie/otoczenie odpowiada czy nie.

Polecam zastanowić się nad tym , szczególnie studentom z pierwszych lat studiów :)

Pozdrawiam,

Mateusz

eMCe71

Zarobki i ciekawy zabieg

Nawiązując do poprzedniej notki chciałem zrobić małe przeliczenie zarobków lekarzy pracujących w USA. Ponieważ, od dłuższego czasu interesuje się z różnym zaangażowaniem kardiochirurgią to może na ich przykładzie.

Kardiochirurdzy zarabiają od 250 tys do 600 tys dolarów rocznie. Największy odsetek tych specjalistów zarabia jednak około 450 tys. Zakładając, że dolar to średnio 3 złote, mamy zarobek rzędu 1 mln 350 tys rocznie. Ponieważ w Polsce raczej przelicza się na miesiąc to podzielmy to przez 12 i wychodzi 113 tys złotych miesięcznie. Niech w USA będzie drożej i niech podatki będą wyższe to nadal zarobki są niesamowite. No ok ok, ale wiadomo, że kardiochirurgia to specjalizacja wyjątkowa i Ci specjaliści wszędzie całkiem dobrze zarabiają, więc zróbmy jeszcze małe przeliczenie na przykładzie chirurgii ogólnej. Lekarze zarabiają tam średnio 300 tys rocznie, co po przeliczeniach daje 75 tys miesięcznie... hmm... that makes me feel like I want to get up at 4 in the morning :mrgreen:

A przechodząc do samej chirurgii. Miałem okazję uczestniczyć ostatnio w operacji pacjenta z choroba Hirschsprunga (dla przypomnienia - brak śródściennych zwojów Auerbacha i Meissnera na ogół w dystalnym odcinku jelita grubego).

blogentry-2-0-16716400-1324160947_thumb.

W wyniku braku perystaltyki na tym odcinku dochodzi do częstych zaparć, a odcinek proksymalny poszerza swoje światło mogąc doprowadzić do jelita olbrzymiego (megacolon). Pacjent był operowany metodą Duhamela, w której jak zrozumiałem wycina się przede wszystkim poszerzony odcinek. Zwrócić uwagę jednak chciałem na tym jak technicznie wygląda zabieg.

Po otwarciu jamy brzusznej, odcinek jelita, który ma być resekowany jest uwalniany. Następnie od odbytu jelito jest wynicowywane i wycinane.

blogentry-2-0-06094300-1324160383_thumb.

Wolny koniec, który pozostaje w tym momencie na wysokości odbytu przyszywa się - jeśli dobrze zauważyłem to warstwa mięśniowa do mięśniowej, śluzowa do śluzowej.

blogentry-2-0-08030400-1324160917_thumb.

Jak widać na poniższym zdjęciu, jelito może być naprawde monstrualnie rozdęte.

blogentry-2-0-95541300-1324160936_thumb.

Dojście do jamy brzusznej może być także laparoskopowe.

Wybaczcie powtarzające się "jeśli dobrze zauważyłem" itp, ale w książce, którą mam nie ma praktycznie więcej szczegółów, a wszystkiego na zabiegu nie wyłapałem.

Pozdrawiam!

Mateusz

--

Źródła zdjęć: http://arifs.blog.ugm.ac.id/page/7/, mp.pl, http://praanadah-hospital.com, http://medischcontact.artsennet.nl/Nieuws-26/Tijdschriftartikel/68758/Obstipatie-bij-een-13jarige-jongen.htm

eMCe71

Trzej przyszli zabiegowcy witają na wspólnym blogu! Autorzy Mateusz, Szymon i Mateusz w skrócie MSM (choć absolutnie nie ma to nic wspólnego ze znaczeniem tego skrótu w chociażby chorobach zakaźnych, a wręcz przeciwnie!) co jakiś czas zaproszą do przeczytania medycznego tekstu z tematów na których się znają, a przynajmniej chcą się znać!

Można do nas dotrzeć też na skróty wchodząc przez adres www.Zabiegowcy.medfor.me

I przechodząc do pierwszego tematu, który poruszymy... Rezydencja tu, rezydencja tam!

Niestety wcale nie mam na myśli tego, że miejsca rezydenckie każdej specjalności leżą i czekają na nas z wyczekiwaniem. Bynajmniej nie mam na myśli też tego, że jak już na nich będziemy to od razu pełnym pędem zostaniemy kształceni na chociażby przyszłych chirurgów.

Moim marzeniem, jak i zapewne wielu z Was, jest możliwość praktycznego wykorzystywania zdobytej wiedzy czy też mówiąc prościej "robienia czegoś" na zajęciach, praktykach, a potem czegoś więcej na stażu i specjalizacji. Przez te niemalże już 6 lat moich studiów zdołałem zauważyć, że system rezydencki w przypadku chirurgii pozostawia wiele do życzenia. Mam tu głównie na myśli fakt, że na oddziałach zabiegowych, młodych lekarzy chcących się nauczyć jest więcej niż ilość zabiegów by na to pozwalała i sprzyjała. Kwestią dyskusyjną jest też to czy bardziej doświadczeni lekarze i szefowie specjalizacji chcą młodszych uczyć. Żyję cały czas w przekonaniu, że chcą, a kilka przypadków, które znam to tylko wyjątki.

Nie ma jednak co narzekać, takie mamy realia, taką przeszłość miał nasz kraj - z czasem musi być tylko lepiej! A jak chcemy żeby było? No i właśnie o tym głównie chciałem napisać przedstawiając jak wygląda rezydentura z chiurgii w USA. Temat rzeka, ale i bajka bo ... kto by tak nie chciał "ja się pytam"!? :) Co nieco na temat tej bajki miałem okazję dowiedzieć się podczas moich dwóch wyjazdów do Cleveland Clinic Foundation w Ohio.

Wyobraźcie sobie, że kończy się tydzień, jest piątek i macie przed sobą plan zabiegów na przyszły tydzień. Wyszukujesz zabiegi, które Cię interesują i zapisujesz się do nich - w przyszłym tygodniu będziesz je przeprowadzał pod okiem wyspecjalizowanego lekarza. Jak to? Sam? To dopiero początek mojej rezydentury, a mam już pełnić rolę operatora? Jeśli posiadłeś już podstawy chirurgii to oczywiście. Normalnym jest, że rezydenci na 1-2 roku swojego kształcenia zaczynają przeprowadzać sami zabiegi. Nadzorujący lekarz jest z Tobą, umyty do zabiegu i w razie czego pomoże. Co więcej taki młody adept ma pierwszeństwo przed lekarzami będącymi na fellowshipie*. Jeśli rezydent zacznie odczuwać, że utrudnia mu się dostęp do operowania, może to zgłosić do odpowiedniego zewnętrznego organu i sytuacja wraca do normy. Musicie przyznać, że taki układ sprzyja "wyoperowaniu" się i nabrania wprawy. Wiadomo jednak, że są także słabsze strony. Dzień w szpitalu dla rezydenta zaczyna się o 4-5 rano i trwa do 18-19. Damy rade? Ja czuję się chyba podstępnie zdyskwalifikowany :) Do tego dochodzą "Journal Clubs", "Visiting professors lectures" itd., czyli szeroko rozumiane spotkania edukacyjne. Niewątpliwie fajna sprawa, bo odbywają się na ogół w całkiem (lub skrajnie:) ) wykwintnych miejscach i można naukę połączyć z dobrym (lub skrajnie dobrym!) jedzeniem. Jakby jednak nie patrzeć na życie pozaszpitalne pozostaje mało czasu. Chociaż brzmi to może dość kosmicznie, przebywając w bardzo podobnych okolicznościach przez kilka miesięcy muszę przyznać, że pracuje się z przyjemnością i atmosfera sprzyja.

Ale co ja mogę powiedzieć skoro wstawałem tylko o 7 ;)

* - fellowship to rodzaj nadspecjalizacji, np. ortopeda, który robi fellowship z "kręgosłupa".

Pozdrawiam!

Następnym razem jeszcze kilka słów o zarobkach.

PS. Szymon jeszcze nie wie czy chce być zabiegowcem, ale go przygarnęliśmy! :ph34r:

Zaloguj się, aby obserwować