• Newman
    Przy Okręgowej Izbie Lekarskiej w Gdańsku powstała pierwsza w Polsce zorganizowana grupa lekarzy i lekarzy dentystów, których podstawową forma zatrudnienia jest umowa cywilnoprawna zwana potocznie kontraktem. Aż trudno uwierzyć, że do tej pory nie powstał żaden istotny związek ani stowarzyszenie osób zatrudnionych w medycynie poza etatem.
    Lekarze kontraktowi stają często w obliczu problemów, które nie dotyczą osób chronionych przez kodeks pracy czy zrzeszonych w związkach zawodowych. A niestety nie brakuje wśród nich osób, którzy o swojej formie zatrudnienia nie mieli okazji zdecydować sami. A jeśli już, to była to decyzja świadoma, ale nie dobrowolna. Tysiące lekarzy słyszy obecnie od dyrektora szpitala "Albo pan/pani bierze ten kontrakt, albo proszę szukać pracy gdzie indziej". Co więcej nierzadko różnymi metodami zmusza się lub kusi pracowników od lat zatrudnionych na umowę o pracę do przejścia na kontrakt. 
    Wygląda na to, że wielu kontraktowców zaczęło już wyciągać wnioski z doświadczeń własnych i kolegów. Zachodni świat doskonale zdaje sobie sprawę, że kilka cyferek więcej na koncie co miesiąc to nie wszystko i nie zawsze jesteśmy piękni, młodzi i bogaci. W USA i krajach Europy Zachodniej lekarze podczas negocjacji warunków zatrudnienia duży nacisk kładą właśnie na zabezpieczenie socjalne, społeczne, zdrowotne, ochronę prawną, warunki wypoczynku od pracy czy możliwość kształcenia - wszystko to, czego ich polscy koledzy wyzbywają się chętnie jednym podpisem. A to przecież dyrektorom szpitali zależy, by specjaliście zamiast umowy o pracę na dobrych warunkach zaproponować "elitarną umowę śmieciową" pozbywając się wielu kosztów pracowniczych i odpowiedzialności.
    A skoro przybywa wciąż tzw. "lekarzy pierwszego kontRaktu" (bo młodzi ludzie po specjalizacji praktycznie nie mają szans na propozycję umowy o pracę), to problem jest coraz bardziej palący. Starsi lekarze, którzy w pewnym momencie zrezygnowali z etatu na rzecz kontraktu narzekają, że brakuje im siły przebicia w rozmowach z dyrektorem czy menedżerem. Zrzeszenie w Porozumieniu da w końcu wielu lekarzom i dentystom realny i słyszalny głos w debacie publicznej.
    Dobrze, że sprawa uznawana za "indywidualny problem zainteresowanego" (bo każdy jak sobie wynegocjuje, tak ma) w końcu została zauważona jako problem zbiorowy. Powstanie Porozumienia, a w przyszłości może i związku zawodowego daje szansę na pozytywny ferment w polskich szpitalach i innych placówkach ochrony zdrowia. Trzymamy kciuki za kolejne takie inicjatywy - w jedności siła.
    Szczegóły na stronie internetowej OIL w Gdańsku.
     
    Mateusz Malik, lekarz
    MedFor.me
    Są takie sympozja, które są czymś więcej niż suchą akademicką debatą czy spotkaniem branżowym. Aranżują spotkanie różnorodnych specjalistów, ekspertów i autorytetów, by zmierzyć się z prawdziwymi wyzwaniami współczesności. Dają szansę na przełomowe, nowe spojrzenie, wytyczają nowe szlaki i zwracają uwagę społeczeństwa na ważne tematy. Bez wątpienia należy do nich wrocławska Konferencja "Główne wyzwania HIV / AIDS w Polsce" 10 IV 2017.
    W imieniu kierowników naukowych konferencji: prof. dr hab. Elwiry Marszałkowskiej-Krześ oraz prof. dr hab. Andrzeja Gładysza zapraszamy do udziału (Wrocław, sala konferencyjna Dolnośląskiej Izby Lekarskiej, ul. Matejki 6, 10.04.2017 g. 12.00).
    Rejestracja: http://fundacjaegida.pl/konferencje.html#
    Jak rozwiązać problemy ostracyzmu społecznego osób żyjących z HIV? Jak zwiększyć dostęp do świadczeń pozamedycznych dla tych osób? Jak utrzymać dotychczasowy wzorcowy standard opieki medycznej stworzony w Polsce? Jak zachęcić do badań w kierunku HIV? Jak pomóc w radzeniu sobie z aspektami życia w rodzinie i w społeczeństwie osób żyjących z HIV i ich bliskich? Jak żyć z osobą współzakażoną (związki mieszane)?
    Wystąpienia ekspertów z całej Polski oraz owocna dyskusja, do której zaprosimy wszystkich uczestników, pozwolą na wypracowanie rozwiązań odpowiadających na rosnące wyzwania związane z profilaktyką przed ekspozycyjną, życiem z HIV / AIDS.
    Wśród zaproszonych gości są eksperci z dziedzin medycznych, prawniczych, etycznych i społecznych.
    Konferencja skierowana jest do lekarzy, pielęgniarek, innych pracowników podmiotów leczniczych, prawników, teologów, przedstawicieli edukacji (nauczycieli i pedagogów, pracowników kuratoriów), firm ubezpieczeniowych i wszystkich dla których problemy HIV i AIDS są istotne.

    Program konferencji Główne wyzwania HIV / AIDS w Polsce
    Źródło: materiały fundacji EGIDA
    Program_konferencji_GWHA.pdf
    Gonzo
    Ostatnie wydarzenia skłoniły mnie do dość karkołomnej refleksji nad życiem, zdrowiem etc.
    Teoretycznie rzecz biorąc to właśnie my, lekarze, powinniśmy świecić przykładem dbałości o własne zdrowie i powinniśmy być najzdrowszą grupą społeczną. Przecież to my mamy wiedzę o tym, jak najlepiej prowadzić zdrowy styl życia. To my mamy wiedzę na temat czynników ryzyka oraz wczesnych objawów chorób. Teoretycznie więc powinniśmy korzystać z tej wiedzy i być okazami zdrowia wyłapując wczesne objawy choroby. Teoretycznie...
    Niestety nie od dziś wiadomo, że teoria sobie, a praktyka sobie. Myślę, że nie trzeba nikomu objaśniać jak wygląda praca lekarza w dzisiejszych czasach. Nieustanne dyżury, kursowanie między szpitalem a trzema poradniami, a jeszcze gdzieś w tym całym pędzie trzeba znaleźć czas dla rodziny i choć chwilę, żeby złapać oddech.
    Nie będę się rozwodził na temat oczywistości typu "brak czasu na regularne zdrowe posiłki", "brak czasu i zbyt duże zmęczenie na uprawianie sportu", gdyż jest to temat jasny. Jednakże ostatnio dała mi dużo do myślenia inna kwestia. Często wykorzystujemy naszą wiedzę i uprawnienia do szybkiego, objawowego samoleczenia. Coś nas boli - wypisujemy receptę "pro auctore" na lek przeciwbólowy, który pozwala nam normalnie funkcjonować i dalej pracować. Przewlekły stres, ciągłe przemęczenie, ignorowanie objawów chorobowych często są opłakane w skutkach.
    Niedawno było głośno w mediach o sytuacjach, kiedy lekarz umierał w trakcie dyżuru. Ilu z nas przedwcześnie umiera z powodu zawału? Ilu z nas jeszcze przed 30 rokiem życia łyka tabletki na nadciśnienie? Ilu z nas skupiając się na pacjentach ignoruje niepokojące objawy u siebie, a potem ląduje na onkologii z rozsianym nowotworem złośliwym? Niestety, nie są to hipotetyczne przykłady. Pracując w oddziale onkologicznym każdego dnia spotykam się z wieloma różnymi historiami i dramatami. Aż włos się jeży na głowie, ile z nich dotyczy pracowników służby zdrowia - lekarzy, pielęgniarek, ratowników medycznych... A przecież gdyby nie zignorować pojawiających się objawów, gdybyśmy dbali także o siebie zamiast zdrowie spychać na margines, choroba mogłaby być wcześnie wykryta, wyleczona...
    Trzeba odpowiedzieć sobie na pytanie dokąd to zmierza? Co jest w życiu naprawdę ważne? Czy warto tak się skupiać na pracy i obsługiwaniu jak największej liczby pacjentów kosztem swojego własnego zdrowia? Chciałbym, żeby ten artykuł był swoistym apelem do nas wszystkich, aby czasem się zatrzymać i skupić trochę na sobie, na swoim zdrowiu. Przecież zdrowie i życie jest tylko jedno, a my jesteśmy zwykłymi ludźmi, a nie robotami. Pamiętajmy o tym, nim będzie zbyt późno i nim to życie przegramy...
    "You will not survive by staying in the shadow"...
    Lek. Dominik Haus
    Newman
    Dzień po Dniu Kobiet, warto pochylić się nad głównymi problemami, które w ogromnym chaosie pod wspólnym tytułem "polska ochrona zdrowia" dotykają kobiet. Nawet przy spojrzeniu przez najbardziej różowe okulary status kobiet-pacjentek i kobiet-pracowników ochrony zdrowia wciąż znacząco odbiega od statusu mężczyzn. By ten stan poprawić warto go najpierw zdiagnozować.
    W obliczu bulwersujących wypowiedzi niektórych polskich polityków, dziennikarzy, a także lekarzy warto przypomnieć, że ostatni wiek - czasy postępującego wyrównywania praw kobiet i mężczyzn to dla świata wyjątkowy okres w historii: czas cywilizacyjnego skoku, drogi od ustawicznej wojny światowej do pokoju, szerokiej i realnej współpracy międzynarodowej, a także ogromnego postępu w medycynie. Nie jest to oczywiście prosty związek przyczyna-skutek, ale sądzę, że nie da się oddzielić tych dwóch tendencji. Polemistom zwracam uwagę na fakt, że miejsca na świecie, gdzie mamy obecnie najwięcej ubóstwa, głodu, epidemii, terroru i wojny, to kraje i rejony, gdzie wciąż jeszcze kobiety są traktowane przedmiotowo, a nie podmiotowo. Oto subiektywny ranking wyzwań i bolączek:
    Problemy polskich kobiet - pacjentek
    DOSTĘP DO ŚWIADCZEŃ MEDYCZNYCH Brakuje refundacji lub jest ona utrudniona w przypadku wielu nowoczesnych leków stosowanych w terapii "kobiecych" chorób (nowotwory piersi, narządu rodnego). Nie tak dawno temu media obiegła sprawa Olgi Jackowskiej (Kory), która, by sfinansować swoje nowoczesne leczenie onkologiczne poniosła ogromne nakłady finansowe. Swoim uporem z pewnością przyczyniła się do szybszego objęcia refundacją olaparibu (leku stosowanego w terapii podtrzymującej platynowrażliwego raka jajnika). Do dziś jednak niektóre uznane leki albo są, z uwagi na cenę, w ogóle niedostępne w Polsce albo dostęp do nich jest istotnie ograniczony. Żeby wspomnieć trastuzumab emtanzyny, bewacyzumab, pertuzumab w leczeniu uzupełniającym czy wiele lekow hormonalnych NIEDOSTATECZNA EDUKACJA ZDROWOTNA POLEK Na poziomie szkoły podstawowej, średniej, nawet wyższej oraz w przestrzeni publicznej edukacja medyczna, higieniczna, seksualna, szczególnie dotycząca profilaktyki różnorodnych chorób odbiega radykalnie od światowych standardów. Przeciętna uczennica (jak i uczeń) wynosi ze szkoły ubogą wiedzę na temat własnego ciała, jego fizjologii, korzystnego dla zdrowia stylu życia. Brakuje na poziomie edukacji szkolnej promocji zdrowia. Także dostęp do profesjonalnej wiedzy na tematy medyczne jest w naszym kraju bardzo ograniczona. Banalny przykład: wpisanie w polskim Internecie dowolnego pojęcia ze świata medycyny w wyszukiwarkę odsyła poszukującego poza Wikipedią do medycznych forów, prasy brukowej oraz podejrzanych sklepów internetowych. W krajach rozwiniętych dla poszukujących pacjentów czeka dobrze pozycjonowana profesjonalna informacja w przystępnej formie. POGARDLIWY STOSUNEK ZE STRONY LEKARZY MĘŻCZYZN (I CZASEM KOBIET) Obserwacja własna: jeśli widziałem w życiu bezinteresownie grubiańskie zachowanie lekarzy bądź lekarek wobec chorych, to w większości dotyczyło ono pacjentek. Nieraz słyszałem niekulturalne uwagi, ironiczne docinki, żarty z podtekstem seksualnym, obraźliwe insynuacje i agresję słowną - zarówno bezpośrednio do kobiet, jak i za ich plecami. I nie chodzi tu bynajmniej o reakcje na niestosowne zachowanie samych "klientów służby zdrowia"... Na potępienie zasługują też wszystkie sytuacje braku poszanowania prywatności i intymności w czasie badania. Stworzenie kobietom przyjaznych warunków i poczucia bezpieczeństwa na przykład w czasie porodu czy operacji to jedno z ważnych wyzwań. ZDROWIE REPRODUKCYJNE "Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet" - tytuł pierwszej części słynnej trylogii Stiega Larssona przychodzi na myśl, gdy prawa zarodków - obywateli in spe są stawiane na równi lub wyżej od praw kobiet w ciąży. Za radykalne i czarno-białe opinie odpowiedzialni są w większości... mężczyźni. Ich też, a nie kobiety zobaczyć można w szeregach tzw. marszy za życiem. W tym punkcie hasłowo zawrę te wszystkie ważne, a w części kontrowersyjne tematy, które w mojej ocenie pokazują głęboki mizoginizm, nieuprawnioną ingerencję w ciało i zdrowie kobiet oraz szokującą sakralizację medycyny. Oto one: zapłodnienie pozaustrojowe, poradnictwo genetyczne i diagnostyka prenatalna, przerywanie ciąży, dostęp do antykoncepcji, opieka okołoporodowa i leczenie bólu, szczepienia przeciw Human Papilloma Virus, edukacja o STDs i inne. OPIEKA GINEKOLOGICZNO-POŁOŻNICZA W Polsce dostęp do ginekologa-położnika staje się podobnie jak stomatologia sprawą medycyny prywatnej. Publiczna opieka ginekologiczna i położnicza często odbiega od standardów w zakresie jakości obsługi i podmiotowego podejścia do pacjentki. Z kolei ginekologia prywatna, z której korzysta ogromna ilość Polek wymyka się nadzorowi epidemiologicznemu i jest źródłem patologii (kontroluję w prywatnej praktyce, operuję w publicznym szpitalu). I nie chodzi tu o odwrócenie tej tendencji, ale ucywilizowanie zasad według jakich postępujemy w Polsce. Problemy kobiet, które pracują w ochronie zdrowia
    RÓŻNICE PŁAC NA TYCH SAMYCH STANOWISKACH Problem znany niemal w każdej polskiej branży nie omija także medycyny. Aby uzyskać stanowisko kierownicze kobieta nierzadko musi wykazać się znacznie większą pracą i zaangażowaniem. Raporty GUS-u potwierdzają różnicę w zarobkach między pracownikami obu płci zarówno w przedsiębiorstwach publicznych, jak i prywatnych. DYSKRYMINACJA PRZY REKRUTACJI NA NIEKTÓRE SPECJALIZACJE Nie jest tajemnicą (niedawno pisał o tym lek. Damian Patecki), że wbrew zasadom rekrutacji niektórzy kierownicy oddziałów, gdzie mogą się szkolić lekarze odmawiają przyjęcia lekarki na rezydenturę ze względu na jej płeć. Takie prywatne sympatie i antypatie to na szczęście problem coraz bardziej marginalny. Jest też zazwyczaj mniejszy, gdy mowa jest o przyjmowaniu do pracy kobiet-specjalistów. PRACA W ZAWODZIE I MACIERZYŃSTWO Matka Polka Lekarka. Kobieta w trakcie specjalizacji w trybie rezydenckim może urodzić i "odchować" dwoje dzieci, choć wymaga to sporej prawnej gimnastyki. Pisała o tym nasza redakcyjna koleżanka w swoim artykule. Ale prawdziwe schody to łączenie marzeń o karierze i rodzinie. Bardzo trudno pogodzić pracę w specjalizacjach zabiegowych, które silnie angażują siły i czas. Bywa, że chirurg czy anestezjolog ma w tygodniu tylko jedno czy dwa "wolne" wieczory dla rodziny. Trudno w takich warunkach budować satysfakcjonujące relacje z najbliższymi. Są kobiety, które rezygnują z wielu zawodowych planów i stawiają na rodzinę. Tego problemu bez partnerskich relacji w domach nie da się rozwiązać, ale można walczyć z głównymi przyczynami polskiej pracy ponad siły - niedoborem lekarzy i skandalicznie niskimi wynagrodzeniami w branży medycznej. DYSTANS I WYŻSZOŚĆ ZE STRONY NIEKTÓRYCH KOLEGÓW I PACJENTÓW Tu także osobiste wspomnienia. Jestem pełen podziwu dla kobiet (lekarek, pielęgniarek, salowych), które z pokorą znoszą seksistowskie docinki, obraźliwe uwagi, agresję słowną. Ich autorami często są nieuprzejmi pacjenci, koledzy z pracy, a niestety i niektórzy szefowie. Z ust niejednego wąsatego profesora czy adiunkta słyszałem wyzierające poczucie wyższości i fatalną opinię o koleżankach i spotkanych w zawodzie kobietach. Pielęgniarki i rejestratorki są też najczęściej "pierwszą linią frontu" w przypadku pacjentów agresywnych, nawet fizycznie.
    Macie własne przemyślenia i uwagi - czegoś tu zabrakło? Piszcie w komentarzach!
    Mateusz Malik, lekarz
     
    Newman
    Muzeum Anatomii Patologicznej (Pathologisch-anatomische Sammlung im Narrenturm) w Wiedeńskiej "Wieży szaleńców" terenie kampusu uniwersyteckiego to miejsce szczególne. Nie tylko ze względu na eksponaty, o czym niżej, ale także z uwagi na wyjątkowe miejsce: Narrenturm to dawny zakład dla obłąkanych stworzony na polecenia cesarza Józefa II Habsburga, gdzie w indywidualnych celach przetrzymywano pacjentów z najcięższymi psychozami. W latach działania zakładu 1798-1843 w Wieży szaleńców przebywało łącznie 3582 pacjentów, a podczas zwiedzania droga prowadzi od jednej celi do drugiej...
    Odbyłem półgodzinny spacer po okrężnej wystawie - nic tak dobrze nie uświadamia, gdzie byliśmy niespełna 100 lat temu (i wcześniej) w kwestii zdrowia, higieny i wiedzy o leczeniu podstawowych chorób. Wstrząsająca kolekcja moulage i autentycznych sformalinowanych preparatów ze zbiorów wiedeńskiej uczelni medycznej to warte przypomnienia, swoiste "memento morbi".
    Dzięki naturalistycznym portretom miałem tu okazję zobaczyć "na żywo" totalnie abstrakcyjne dla mnie zjawiska takie jak facies syphilitica, gruźlica mózgu czy kończyny chorego na trąd (tak, nie był to trądzik).

    Tym mocniej daje po trzewiach realizm tej niedużej wystawy, gdy myślę o nam współczesnych dobrych ludziach, którzy z troski o dzieciaczki nie chcą ich szczepić. Pokażcie im potencjalne płucka ich synka/córeczki sprzed kilku dobrych lat z niegroźnym nalotem pod tytułem gruźlica:

    Zabawnie wygląda plakat z epoki ostrzegający przed zakażeniami "w pracy": przywra, wąglik, gruźlica, ale najlepsza jest... kiła.

    Danke sehr, Herr Koch! Merci Monsieur Pasteur! Děkuji Pan Rokitansky! Dzięki, Panie Dietl!
    Auf wiedersehen B. anthracis, M. tuberculosis, Y. pestis, Variola virus, N. gonorrheae, T. pallidum...

    Mateusz Malik, lekarz
    MedFor.me
    Dzisiaj ponoć każdy ma raka, ale nie każdy jeszcze o tym wie. Ja się dowiedziałem. Pełen życia, energii, pasji, zajęć i nagle bang. Trochę jakby biec i zderzyć się ze ścianą. Chwila po diagnozie to oczywiście wizyta w Internecie. Medyczne strony przeczytane wszystkie. Jaki to rak, jakie stadium, jakie rokowanie, jakie leczenie. Wszystko. No ale potem przychodzi kolejny dzień i kolejny i powoli żyje się z tym nowym towarzyszem. Ale wciąż brakowało mi informacji o takim codziennym funkcjonowaniu, o tym co będzie, jak to wszystko wygląda. I właśnie o tym chcę opowiedzieć.
    Przychodzi pierwszy dzień chemioterapii. Od razu zaznaczam, że są różne rodzaje i metody leczenia, ale ja opowiem o swojej chemii. Na początek nawodnienie, czyli odpowiednia dawka krystaloidów, trochę magnezu i mannitol. A potem przyjeżdża wózek z "workami na śmieci". Cztery dwulitrowe worki kolorowych płynów, kilka drenów, pompa infuzyjna i ruszamy.
    Już nie było mi do śmiechu. Nagle poczułem, co się dzieje. Że to jest naprawdę poważne. Że rak to choroba, którą można wygrać, ale te smutne historie dookoła też są prawdziwe. Patrzę na krople jak spadają i czekam kiedy się zacznie. Kiedy zwymiotuję, kiedy brzuch zacznie boleć, kiedy będą pierwsze objawy. Ale nie dzieje się nic. A przepraszam. Po tylu litrach odwiedzam toaletę co 5 minut. Na zmianę z sąsiadem, którego chemia obdarzyła biegunką. Jedna, druga gazeta, film, Internet, odwiedziny i jakoś te godziny lecą. Przychodzi wieczór i powoli coś zaczyna się dziać. Jest mi słabo. Opadam z sił. Poprosiłem o leki nasenne i odpłynąłem. Niestety z rana kolosalnie silne nudności. Szybka interwencja białego personelu, trochę zastrzyków, kroplówki do płukania i obyło się bez wymiotów. Kilka godzin później w obstawie torecanu wychodzę do domu.
    Kolejne dni to zawieszenie. Osłabienie, brak skupienia i ogromny, największy w życiu kac. Uczucie jakby się miało kaca. Coś czego nie da się opisać. Żadna pozycja w łóżku, na stojąco, na plecach czy na boku - wiecznie niewygodnie, wciąż coś przeszkadza. Ciało jakby obce, jakby stało z boku. Tu noga boli, tam coś kłuje.
    Najgorsze jest jedzenie. Albo raczej niechęć do jedzenia. Każdy oczywiście odczuwa to indywidualnie. Ja, wielki fan słodyczy, nie mogłem nawet o nich myśleć, bo od razu mną zarzucało. Jedynym darem była szyneczka. Kromeczka z szyneczką. I tak przez 3 dni. I te ubywające kilogramy. Dieta cud!
    No a potem powrót do życia. Normalnego funkcjonowania. Osłabienie trwało przez około tydzień. Ale dało się normalnie żyć, pracować. Dużo wcześniej chodziłem spać, aktywność fizyczna zdecydowanie na nie. Niestety dopadła mnie silna neutropenia. Potrzebny czynnik wzrostu. I tak zabawa w kotka i myszkę, aby wyrównać wyniki, które są raz za wysokie, raz za niskie. W tym okresie zaczęło się wypadanie włosów. Na początku pojedynczo, potem coraz więcej. Wreszcie podczas pewnej kąpieli patrzę a tu pływa ich stado wokół mnie. Patrzę do lustra i wyglądam jak wyliniały szczur. Nie było już odwrotu. Maszynka w rękę i na zero. Wtedy pojawiła się pierwsza i jedyna łza w oku. Zobaczyłem, że mam raka. Wyglądałem, że mam raka. I czułem się wciąż źle.
    Każda kolejna wizyta na onkologii to witanie się z nowymi znajomymi. Taka ‘’nowa rodzina”. Bo wciąż się tam spotykamy co 2-3 tygodnie. Wciąż pobierają nam krew, mówią czy będzie dziś chemia, czy walczymy z wynikami. Są dni, że zbiorowo opuszczamy oddział, bo tak się stało, że każdy ma złe wyniki. Każdy życzy sobie zdrowia, wymieniamy się nową książką do czytania podczas wielogodzinnego oczekiwania. Po tak długim okresie kłucia na widok igły mam już odruchowy skręt głowy w bok. Dawniej nie bałem się kłucia. Dziś już mam go po prostu dość. Jest oczywiście propozycja portu, ale uważam, że jest to zarezerwowane dla osób z totalnym brakiem żył albo bardzo wyniszczonych chorobą.
    Ważne rzeczy to dieta i higiena jamy ustnej. Zmieniłem zdecydowanie podejście do jedzenia. Regularne, zdrowe 5 posiłków dziennie, odrzucenie tego co złe. Duże ilości płynów. Suplementacja witamin. Owoce, owoce, owoce. To faktycznie pomaga. Wyniki są lepsze. Słynny sok z buraka. Do tego po każdym posiłku mycie zębów, płyn do płukania. Żeby nie było grzybicy. Potem powrót do domu, do życia. Każdy dookoła nagle zauważa, że masz raka. Każdy dopytuje, współczuje, pyta czy nie pomóc. Sporo dobrego można usłyszeć. Ale też wiele osób nie wie jak zareagować, jak zapytać, jak się zachować. Czy boli? Nie. Jest dużo nieprzyjemnych chwil, złego samopoczucia, rozbicia, przygnębienia, zdecydowanie osłabienia, ale nie boli.
    I tak trzeba żyć z dnia na dzień. Aż rozpadnie się nasz ‘’związek” z tym rakiem. Nie wolno się poddawać, nie wolno myśleć o tym, że coś pójdzie nie tak. Ważne jest odpowiednie podejście, zdrowy rozsądek i przede wszystkim dobre zorientowanie w temacie. Oczywiście każdy pacjent onkologiczny po jednej wizycie w szpitalu jest specjalistą w tym zakresie. Każdy jest zaznajomiony ze specyfiką leczenia, jego działaniem i skutkami ubocznymi. I to jest ważne, bo wiemy czego się należy spodziewać.
    Już dziś mówi się o raku jak o kredycie czy grypie. I tak należy do tego podchodzić. To sprawa przejściowa, do przeżycia, do wygrania. Każdego może dopaść, ale dzisiaj wiemy jak z nią walczyć i dajemy sobie radę.
    Imię i nazwisko autora - lekarza do wiadomości Redakcji
    OMGyn
    Po ostatniej wypowiedzi ministra Gowina dotyczącej opłat za studia medyczne wśród studentów i lekarzy zawrzało. Pewnie każdy związany z tym środowiskiem komentował tę sprawę w domowym zaciszu. Kilka dni temu rozmawiałam na temat studiów pod kątem finansów z moimi rodzicami. O tym, że wcale takie darmowe nie są i ile w toku kształcenia trzeba wydać na jednego studenta. Powiem tylko, że dla większości rodziców i studentów, nie jest to mała suma.
    Nie będę tu mówić o kosztach mieszkania, jedzenia, tzw. życia, bo w zależności od potrzeb i dostępnych funduszy są to różne kwoty. Chciałam za to wspomnieć o tym, co każdy student musi mieć - takie swoiste ‘must have’ i ile to kosztuje.
    Pomijam kwestię książek, materiałów naukowych, notatek, bo jest to sprawa indywidualna - jeden woli kserówki, drugi robi własne notatki, trzeci wypożycza książki a jeszcze inny je kupuje. Są jednak rzeczy, które zwłaszcza na przedmiotach klinicznych są po prostu niezbędne. Mowa tu o fartuchach, stetoskopie, ubraniach i obuwiu medycznym.
    Na początek kilka słów o dobrze rozpoznawalnym i z daleka widocznym białym atrybucie lekarza (także przyszłego) - fartuchu. W Polsce jeszcze nie przyjęła się moda (choć jest to praktykowane w niektórych gabinetach prywatnych) na odejście od tej części lekarskiego stroju. Chociaż udowodniono, że nie spełnia on swojej funkcji ochronnej, wręcz przeciwnie, to jednak wciąż jest używany. Podkreśla prestiż zawodu, tworzy dystans.
    Fartuchy można kupić w wielu miejscach - od sklepów medycznych, które znajdziemy w każdym większym mieście, po sklepy czy aukcje internetowe. Koszt waha się od kilkudziesięciu do kilkuset złotych, w zależności od kroju czy firmy. Większość z nich jest dość wytrzymała, jednak w ciągu studiów zużywa się ich co najmniej dwa. Polecam zakup wersji z krótkim i długim rękawem, które można nosić wymiennie, gdy na różnych oddziałach panuje to ziąb, to upał.
    Każdy, kto o medycynie marzył od lat, zawsze podczas wizyty u swojego doktora zafascynowany był z pewnością stetoskopem. Tajemne słuchawki, dzięki którym lekarz magicznie odkrywa chorobę. Moment, w którym wybiera się ten pierwszy, własny, chwila kiedy czujesz się już trochę doktorem, pamięta się dość długo. Przypomina mi to scenę wyboru różdżki przez Harry'ego Pottera. Jednak do rzeczy: stetoskop na studiach używany jest dość często, zwłaszcza na zajęciach z interny. Przez lata uczymy się osłuchiwać. Najpierw nie słyszymy prawie nic (co przeważnie wstyd nam przyznać przed prowadzącym zajęcia), z czasem się to zmienia. Subtelne szmery po latach zaczynamy kojarzyć z chorobami i zapamiętywać. Uważam, że warto przy zakupie tego sprzętu zastanowić się i zbytnio nie skąpić. Nie chodzi tu o wydawanie setek na stetoskopy elektroniczne czy kupowanie kilku rodzajów - kardiologicznych, pediatrycznych. Te wymienione to już modele zaawansowane, potrzebne specjalistom, którzy potrafią wysłuchać dzięki nim drobne zmiany mogące pomóc zdiagnozować pacjenta. Warto wybrać słuchawki jednej z wiodących marek, ponieważ są one po prostu sprawdzone przez wielu studentów i lekarzy. Nie chcę tu żadnej z nich reklamować, jednak statystycznie najbardziej popularne wśród moich znajomych są stetoskopy firmy Littmann oraz MDF. Do wybory jest wiele kolorów i wersji. Ceny kształtują się pomiędzy 200 a nawet 500 zł. Swój kupowałam pod koniec drugiego roku studiów - razem z innymi studentami z mojego roku złożyliśmy zamówienie w sklepie internetowym.  W taki sposób otrzymaliśmy niewielki, ale jednak rabat, także polecam taką drogę.
    Kolejnym elementem ubioru studenta medycyny, potrzebnym zwłaszcza na późniejszych latach, są tzw. scrubsy. Jest to amerykańska nazwa dwuczęściowego stroju chirurgicznego. Składa się on z bluzy oraz spodni lub spódnicy. Czasami przez kobiety używane są również sukienki chirurgiczne. Na większości oddziałów można się spotkać z dwiema wersjami kolorystycznymi tych zestawów - niebieską i zieloną. Widywałam też inne - różowe, pomarańczowe, granatowe. Gdy w trakcie zajęć idziemy na blok, w większości przypadków dostajemy te szpitalne, przeznaczone dla lekarzy. A jeśli ich brakuje, przebieramy się w jednorazowe komplety. Scrubsy są czasami wymagane podczas zajęć na oddziałach chirurgicznych, ginekologiczno-położniczych czy neonatologicznych. Wszystko zależy od jednostki i prowadzących. Coraz częściej lekarze także na innych oddziałach zamiast ubierać fartuch wolą przebrać się w komplet chirurgiczny - jest to w pewnych aspektach wygodniejsze. Nie trzeba się martwić o poplamienie swoich prywatnych ubrań, przenoszenie na nie zarazków a często podczas pracy czy zajęć czujemy się w nich bardziej komfortowo. Na polskim rynku funkcjonuje kilka firm zajmujących się odzieżą medyczną - Uniformix, Eldan, Apolonia, Medora. Wśród ich asortymentu można znaleźć standardowe, klasyczne zestawy, za które zapłacimy nieco ponad 100 zł. Można też wybierać różne kroje, mniej lub bardziej dopasowane, krótsze czy dłuższe. Największy wybór i pole do popisu mamy wśród bluz. Od niedawna coraz bardziej modne stają się bluzy kolorowe. Znajdziemy przeróżne wzory i kolory. Powstają również firmy, które szyją modele na zamówienie, według wybranego wzoru lub w krótkich, limitowanych seriach. Jest to gratka, zwłaszcza dla kobiet, które chcą w pracy lub na zajęciach wyglądać modnie i unikatowo. Takie bluzy w większości przypadków są droższe od klasycznych, jednak jeśli dobrze poszukamy, możemy znaleźć pasjonatów, którzy uszyją taką bluzę niewielkim kosztem.
    Ostatnim podstawowym elementem stroju lekarza są buty. Jeszcze kilkanaście lat temu typowy doktor kojarzył nam się z drewniakami, które było słychać na pół oddziału. Część lekarzy wciąż je nosi, jednak najpopularniejsze stały się obecnie buty typu Crocs. Lekkie, piankowe, antybakteryjne i niezniszczalne, co wie każdy, kto je posiada i nie jest to kryptoreklama. Ja swoje posiadam od kilku lat i poza kilkoma rysami nic się z nimi nie dzieje. Na rynku można znaleźć kilka odpowiedników oryginałów, ale niestety nie wiem jak one się sprawdzają. Często używane w szpitalach są również skórzane klapki tzw. cichobiegi. Równie wygodne, często bardziej estetyczne, jednak nieco trudniejsze w utrzymaniu w czystości. Wśród butów medycznych na rynku znajdziemy wiele modeli. Wspomniane Crocs’y występują wersjach klasycznych, jednokolorowych, modelach wielokolorowych, węższych, szerszych, a także jako baleriny. Ceny wahają się od kilkudziesięciu złotych na portalach aukcyjnych czy w promocji w różnych marketach, do 200 złotych za najnowsze modele. Za podobną kwotę można kupić również inne rodzaje obuwia medycznego, a cichobiegi znajdziemy u polskiego producenta Dr Cichobieg za około 130 złotych.
    Dodatkowo niektórzy studenci kupują inne lekarskie „gadżety” jak młoteczki neurologiczne czy latarki używane do badania na zajęciach, jednak nie są one koniecznie potrzebne i często wystarczy jedna sztuka takiego sprzętu na kilka osób.
    Jeśli chcielibyśmy zliczyć koszty tych elementów ubioru lekarskiego to w wersji podstawowej wychodzi nam około 500 zł a w wersji rozszerzonej zdecydowanie 500+. Dla jednych mało, dla drugich dużo. Na medycynie jak w życiu „nie ma nic za darmo, jest tylko coś za coś” cytując jednego z polskich raperów. 
    Klaudia Kozioł 
    surowy

    Przez surowy, w Weekend For.me,

    Chyba na każdym oddziale trafia się taka persona, co to dużo gada, dużo wie, zna wszystkie plotki, zna wszystkich dookoła, wszystkiego się dowie, wszystko załatwi, ale żeby pracować... to już nie bardzo. Jest to historia pewnej Pani. Okryjemy ją cichym pseudonimem ‘’Ona”.
    Owa Ona jest pielęgniarką. I tego boję się bardzo, że opowiadam historię z innej beczki, a ta beczka może odbić mnie od dna… albo dobić do dna. Ale to nie złośliwość przeze mnie przemawia, a przykład zachowania.
    Ona jest postacią niezwykle barwną. Oczywiście swoje waży. Ciuch dobiera dostojny. Włos wyrobiony. Już z daleka słychać, że się zbliża, bo głos ma donośny. Wchodzi do dyżurki i od razu, jakby bryzą po oczach, wszyscy pobudzeni. Na dzień dobry szereg historii: co to się stało, gdy w autobusie do pracy jechała, jaki pani katar miała, jak niegrzeczny był sąsiad, ile pączków kupiła Zosia itd, itp. Oczywiście obowiązkowo pierwsza kawa, zbiór nowych plotek - rozumie się... Ale po kwadransie: "Drogie Panie, pora do pracy się zabrać, pacjenci czekają". Ale Ona - gdzieżby! Jeszcze musi papierosa zapalić, potem oddziałową spotka, to musi pochwalić nową sukienkę, potem idzie na drugi koniec oddziału tylko po to, by z niego zaraz wrócić. W końcu nadchodzi oddziałowe śniadanie. Nasza bohaterka idzie honorowo pomóc, pacjentom w karmieniu. Konkretnie jednemu.
    Do zastrzyków, wkłuć i kroplówek się nie bierze, bo wzrok już jej na to nie pozwala. Biedni Ci zakłuci przez nią: durszlak z ręki gwarantowany. Kroplówkę jeszcze podłączy. Ale żeby pompę infuzyjną podłączyć, EKG zrobić… Cóż. Te nowoczesne sprzęty nie dla niej. To ona po krew pójdzie. Może jej nie być nawet pół dnia i ktoś inny tak czy owak musi pójść. Ona wraca i nagłe olśnienie: przypomina sobie, że po krew szła. I wtedy potrafi wyjść z oddziału po raz kolejny. Raporty odbiera. Tylko potem trzeba poprawiać, na nowo przepisywać. Ale wtedy wielkie biurowe okulary na nos zakłada, siada przy głównym panelu pielęgniarskim i jak dostojnik z Watykanu wita przybyłych odwiedzających.
    Do tego jest sławna za sprawą ciętego języka. Nie zwraca uwagi do kogo i co mówi: ważne żeby wyrazić to, co obecnie ma na myśli. Nie jeden pacjent zostanie skarcony, nie jeden odwiedzający wyleci za drzwi, a nawet lekarzowi się oberwie, bo tak krzywo napisał, że ona nie widzi albo że krytykuje jej palenie papierosów.
    Ona: osoba barwna, żywiołowa. Nikt z nią pracować nie chce, każdy boi się wspólnego dyżuru, ale kto jej czego odmówi? Niby krzyczymy, niby się buntujemy, a ona i tak dalej z nami. No bo co by było bez niej? Kto by głupie żarty przytaczał? Kto by jak z rękawa sypał opowieściami. A jej historie zawsze wyjątkowo barwne. Jedna, mrożąca krew w żyłach, istna z piekła rodem: gdy poszła karmić staruszkę i wkłada owsiankę do ust, znów wkłada, a babcinka nie je. No to Ona zdenerwowana odeszła, pod nosem swoje nagadała, a okazało się, że babulka... umarła, dlatego jeść nie chciała. Albo co to było, jak ona została pielęgniarką i kurczaka piekła w urządzeniu do dezynfekcji. A ile to razy pacjent chciał ją pobić! Nie mówiąc już o tym, że oczywiście ona najmniej ze wszystkich zarabia. Taki staż, tyle dodatków, tyle dyplomów, ale ona ma wciąż mało.
    Tylko co ten oddział zrobiłby bez niej? Byłby szary, cichy i nudny…
    Newman
    Lekarska para: Ona i on, czasem ona+ona lub on+on. Mają podobną pracę i zainteresowania - lepiej się rozumieją, mają o czym pogadać i... widzą się pięć dni w miesiącu! Jak naprawdę wygląda życie lekarskich związków? Poznaj pikantno-gorzkie szczegóły życia prywatnego lekarzy.
    Ewa i Maciek, poznali się na stażu. On miał narzeczoną (też lekarkę), ale tak dobrze dogadywał się z Ewą, że zostali razem. Mają zwierzaka i myślą o ślubie.  Oboje są rezydentami (chirurgia, ortopedia) - niewiele powyżej 2 tysięcy na rękę + obowiązkowe 3 dyżury na miesiąc, więc zbierają fundusze na realizację marzeń, biorąc dodatkowe prace: przychodnia POZ, nocne dyzury: SOR, NPL w sąsiednim powiecie, czasem karetka. Dodatkowo muszą szkolić się na wyjazdowych kursach specjalizacyjnych i uczestniczą w konferencjach. W ostatnim czasie ich grafiki "troszkę" się rozjechały - wyszło tak, że spędzili ze sobą w jednym miesiącu łącznie 5 (!) niepełnych dni. W następnym miesiącu wynagrodzą sobie tę izolację - jadą na wspólny 6-dniowy urlop.
    Eleonora i Marian są już na zasłużonej lekarskiej emeryturze. Oczywiście nie przeszkadza im to dalej pracować - medycyna to wszak miłość dozgonna. Zaczynali w czasach komunistycznego nakazu pracy - jako kadry szczególnie ważne dla „gospodarki uspołecznionej” zostali zaraz po studiach odgórnie przeniesieni z rodzinnych miast na polski „daleki wschód” na całe 3 lata. Tam się poznali i zostali po dziś dzień. Co ciekawe w latach 60-tych XX wieku zniesiono nakaz pracy we wszystkich zawodach cywilnych z wyjątkiem… kadr medycznych! Jako medyczni pionierzy E. i M. mogą pochwalić się pokaźnym dorobkiem naukowym i dydaktycznym. Są szanowanymi specjalistami w swoich dziedzinach i przez wiele lat piastowali funkcje kierownicze. Wychowali całe pokolenia lekarzy, choć własnych dzieci nie mają. Eleonora już pomału odpuszcza - „Niech pracują młodzi…” - mówi, choć nie za bardzo wie, co ze sobą zrobić bez codziennej oddziałowej rutyny… Dobrze, że żyje jeszcze kilku znajomych z dawnych czasów.
    Mirek i Tomek poznali się jeszcze na studiach. Los chciał, że trafili do jednej grupy studenckiej i dobrze im się że sobą gadało. Dość szybko odkryli, że łączy ich coś więcej niż miłość do medycyny i zabytkowych aut. Zostali parą w kraju, gdzie ich związku nie można wciąż sformalizować, mimo, że są jedną z tysięcy duetów LGBT. Podobnie zresztą jak większość z nich ani się ze swą odmiennością nie ukrywają, ani nie afiszują. Natomiast nieustannie dziwi ich zawziętość i brak pragmatyzmu władzy, która nie docenia wartości trwałych związków. "Gdy ludzie żyją długie lata w zalegalizowanym związku partnerskim to na przykład w przypadku ciężkiej choroby lub kalectwa jednej z osób zazwyczaj zaopiekuje się nią jej partner lub partnerka" - mówi Mirek. "A ustawodawcy wolą ideologicznie blokować tę możliwość i w kryzysowej sytuacji przerzucać na resztę obywateli wielokrotnie wyższe koszty długotrwałej opieki nad chorym. To niezrozumiałe". Panowie podzielili się obowiązkami i tylko jeden z nich, Tomek, robi karierę w szpitalu. Mirek wybrał etatową pracę w osiedlowej poradni. Mieszkają od wielu lat razem w rodzinnym mieście i tak organizują czas, aby niemal wszystkie 26 dni urlopowych wykorzystać na wspólne ukochane zjazdy oldsmobili.
    Elżbieta i Mieczysław przeżywają trzecią młodość. Dla każdego z nich nie jest to pierwszy związek, ale wreszcie ten udany. Ona jest szefem oddziału rehabilitacji w prywatnym szpitalu w centralnej Polsce, on doświadczonym chirurgiem w szpitalu klinicznym 50 km dalej. Nierzadko współpracują ze sobą, przesyłając sobie pacjentów. Pieniądze nie stanowią dla nich żadnego problemu. Gorzej jest z czasem dla siebie: rzadko widują się w domu, praca pochłania wiele energii i zaangażowania. Dbają jednak o to, by wspólnie wyjeżdżać zarówno na upragnione wakacje, jak i na zagraniczne konferencje. Wykrawają z pracy czas dla siebie.
    Adrian oraz Mariusz (pracują na jednym oddziale) nie tworzą małżeństw lekarskich. Ich partnerki pracują poza branżą. Ale zauważyli, że mają podobne problemy. Adrian z żoną na półtora roku po ślubie chcą się rozwodzić średnio raz w miesiącu. Przynajmniej rzadko się kłócą (bo widzą się rzadko). Związek Mariusza i jego konkubiny przeżył już poważny kryzys. Wracając z pracy (etat rezydencki) odbiera, jeśli może, dziecko z przedszkola, a gdy partnerka wraca z pracy o 17:30, on właśnie wychodzi na dyżur. Gdy czasem wracał wkurzony i zmęczony z dyżurów, odreagowywał szpitalny stres i był zwyczajnie niemiły. W efekcie agresji i przewlekłego braku czasu oddalili się od siebie. Otrzeźwienie przyszło w chwili, gdy oboje otarli się o romans. Wciąż trudno mu rozsądnie podzielić czas między pracę i życie rodzinne. Pierwsze ma służyć drugiemu, choć często jest wręcz przeciwnie.
    W parze Beti + Marek ona jest lekarzem, a on zarabia pieniądze na utrzymanie. Dzięki jego pracy jako informatyka przeżyje on, ona i ono (mają śliczną i elokwentną roczną córeczkę). Po 5 latach studiów pensja Marka to ponad trzykrotność etatu Beti, która po sześcioletnich studiach i rocznym stażu jest obecnie rezydentką w szpitalu klinicznym. Na wychowawczym dostaje tylko część swojej pensji, ale nawet gdyby wróciła do pracy to bez pomocy partnera byłoby krucho. Młoda mama zakochana w Julci dobrze czuje się w roli niani i gospodyni. W przeciwieństwie do wielu matek z konieczności, a lekarek z powołania Beti zdecydowanie faworyzuje rodzicielstwo i życie prywatne. Rozważa nawet zmianę specjalności na bardziej nomen omen... rodzinną. Oboje myślą o dalszym powiększaniu rodziny.
    ***
    Związek dwojga lekarzy ma jasne i ciemne strony. Praca w medycynie to często wspólni znajomi, tematy do rozmów, zrozumiały dla obojga język i większa wyrozumiałość. Jeśli jednak obu stronom w równym stopniu zależy na osobistym rozwoju, karierze zawodowej bądź naukowej to zawsze cierpi na tym wzajemna relacja. Gdy raz po raz para mija się w drzwiach trudno o bliskość i szczerą rozmowę. Zdrady i rozstania nie są rzadkie - w badaniach ankietowych przedstawiciele zawodów medycznych plasują się zazwyczaj w okolicy trzeciego miejsca na niechlubnym podium niewierności wśród różnych grup zawodowych.
    Konsekwencje niepoukładanego życia partnerskiego ponoszą także dzieci (gdy w ogóle się pojawią). Lekarskie potomstwo nierzadko dostaje od rodziców wszystko, czego tylko zapragnie, z jednym wyjątkiem: brakuje im samych rodziców, którzy nigdy nie mają na nic czasu. Dobrze, jeśli kończy się to tylko obniżoną oceną z zachowania w szkole. Niestety często lekarskie dzieci i spadkobiercy "rodzinnych biznesów" powielają życiowe błędy swoich zapatrzonych w pracę ojców i matek. A nie brakuje znanych profesorów czy ordynatorów, którzy po latach praktyki lekarskiej wyznają, że ich jedyną prawdziwą miłością w życiu była medycyna.
    Stabilny, partnerski związek jest jedną z podstawowych metod profilaktyki zespołu wypalenia zawodowego, które niezwykle często dotyka lekarzy. Kumulowane w kontakcie z pacjentami emocje lubią "przelać się" w domowym zaciszu i stąd tak bardzo potrzeba wyrozumiałości, tolerancji i empatii. Wspólne urlopy, hobby i znajomi spoza medycznego świata to dobre sposoby na odreagowanie niełatwej pracy. Warto o tym przypominać także naszym pacjentom, którym często przedstawia się lekarzy jako dyspozycyjnych przez 24 godziny na dobę judymów i niezniszczalnych cyborgów...
    Imiona bohaterów zmieniono.
    Mateusz Malik, lekarz
    Newman
    Większość komentatorów traktuje z przymrużeniem oka zapewnienia ekscentrycznego włoskiego neurochirurga Sergio Canavero, który zapowiedział na ten rok pierwszy w historii przeszczep głowy człowieka. Nie można jednoznacznie stwierdzić, czy jest to poważna zapowiedź, czy pompowanie medialnego balona. Lekarz ma wszak i prawo wykonywania zawodu, i chętnego biorcę "ciała", i wsparcie z dalekiego wschodu...
    Neurochirurg, absolwent i wieloletni pracownik Uniwersytetu w Turynie Sergio Canavero dwa lata temu stwierdził w trącącym bufonadą artykule "Human head transplantation. Where do we stand and a call to arms" współtworzonym przez Xiaoping Ren z Harbin Medical University w Chinach, że ich projekt HEAVEN ma szansę stać się kolejnym po odkryciach Semmelweissa, Pasteura czy Mendla przełomem w dziejach medycyny. Artykuł ma wydźwięk manifestu, który zachęca świat medycyny do podjęcia wyzwania i przyłączenia się do teamu, a świat finansjery do zapewnienia funduszy na ten cel.

    Przeszczepu głowy nie było i nigdy nie będzie, można jedynie mówić o przeszczepie całego ciała lub całego człowieka, gdyż głowa i szyja żyjącego pacjenta formalnie jest biorcą przeszczepu od zmarłego dawcy.Postęp w transplantologii faktycznie w ostatnich latach jest ogromny, czego dowodzą nawet nasze rodzime przypadki, ale barierą nie do przejścia pozostaje wciąż funkcjonalne zespolenie przeciętego rdzenia kręgowego. Profesor Canavero teoretycznie odniósł się do tego zagadniania w innym artykule The “Gemini” spinal cord fusion protocol. Ale nie zmienia to faktu, że nigdy żaden lekarz nie połączył skutecznie i trwale rdzenia u żadnego zwierzęcia.
    Zorganizowanie zespołu operacyjnego i zebranie funduszy wydaje się małym problemem wobec samego faktu przeszczepu z cięciem na wysokości szyi. Wchodzi w grę błyskawiczne niedokrwienie mózgu i konieczność zastosowania hipotermii oraz unikalnego krążenia pozaustrojowego, dużym wyzwaniem jest też kontrola funkcji życiowych "donora", które bez nadzoru centralnego układu nerwowego muszą ulec destabilizacji.
    Pikanterii całej sprawie dodaje fakt, że naukowiec znalazł już chętnego biorcę przeszczepu, młodego rosyjskiego informatyka Walerija Spiridonowa z ciężką dystrofią mięśniową, którego jedynym marzeniem jest stanięcie na własnych nogach. Pytanie tylko za jaką cenę?

    Autorzy pozostają wierni swojemu założeniu i termin 2017 pozostaje wciąż aktualny:
    http://worldwide.chat/3rcnH4SQA0E.video
     
    Mateusz Malik, lekarz
    Źródła:
    https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pmc/articles/PMC4743270/ https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pmc/articles/PMC4322377/ informacje prasowe
    inkalekarka
    Środa. Godzina 20.20 - wreszcie chwila ciszy i spokoju, można zjeść kolację, właściwie obiado-kolację. Wcześniej dzień pełen wrażeń...
    Poranek jak zwykle - godzinna odprawa z ordynatorem, całą lekarską ekipą, oddziałową i rehabilitantem. Po omówieniu przyjęć dyżurowych, następnie wszystkich około siedemdziesięciu pacjentów, których mamy na oddziale, wspólnych konsultacjach, podjętych decyzjach - zabieramy się do "roboty".
    Dziś na moim skrzydle (gdzie leży aktualnie 28 pacjentów) jest trzech lekarzy (koleżance rozchorowała się opiekunka do dziecka i musiała zostać w domu). Ja prowadzę dziś w związku z tym dziesięciu pacjentów - ośmiu "swoich" i dwóch koleżanki.
    Zaczynam jak zawsze od sprawdzenia wyników, przedłużenia zleceń, potem szybkie wypisy - dziś wypisuję trzy osoby: 40-letniego anorektyka po leczeniu onkologicznym kilka lat temu, którego wczoraj konsultował psychiatra, a wcześniej nasz specjalista ds. żywienia, obecnie bez większych zaburzeń w badaniach laboratoryjnych, wskazane dalsze leczenie psychiatryczne, 86-letnią "babciunię" z rozsianym rakiem pęcherzyka żółciowego z przerzutami do wątroby, nie zakwalifikowaną do żadnego leczenia, wypisaną pod opiekę troskliwej rodziny i 60-letnią pacjentkę przyjętą do diagnostyki niedokrwistości, po wykonanych badaniach endoskopowych, z nadżerkowym zapaleniem żołądka i jak się okazało po konsultacji psychologicznej z ponad stutysięcznym zadłużeniem, na wielu chwilówkach i innych kredytach, które bierze, by móc robić niekończące się zakupy, z podejrzeniem zakupoholizmu, wysłana do dalszego leczenia psychiatrycznego ambulatoryjnie...
    Poza tym robię dziś wizytę u (1) starszego pacjenta, przyjętego po raz kolejny z powodu dekompensacji niewydolności krążenia...
    Godzina 21.40 - telefon z SORu. Poleciałam na dół zobaczyć wypisanego dziś od nas z oddziału pacjenta, przed 90-tką, przywiezionego z powodu zaburzeń kontaktu. Dziś rano, wychodząc, był jeszcze w kontakcie. Teraz nie odpowiada na żadne pytania, przyjęty do SOR z podejrzeniem udaru. Przy okazji dowiedziałam się o przyjęciu planowanym na późne godziny nocne: 40-letni pacjent z kreatyniną 10, na razie w trakcie diagnostyki i przed ostrą dializą. Po drodze wracając sprawdziłam na oddziale wieczorne "cukry", czyli glikemie pacjentów.
    Ale wracając do mojego poranka... (2) Pacjent przyjęty jakieś dwa tygodnie temu w stanie przedśpiączkowym - z glikemią ponad 1500, dziś kończy diagnostykę, jutro wychodzi do domu, (3) 90-letni pacjent z tysiącem chorób przyjęty do diagnostyki niedokrwistości, w GFS zapalenie żołądka i dwunastnicy z niszą wrzodową, (4) 89-letnia pacjentka przyjęta kilka dni temu z infekcją, hipotensją, dziś już rehabilitowana, (5) 60-letnia pacjentka do diagnostyki zaparć i krwawienia z dolnego odcinka przewodu pokarmowego, dziś miała badania endoskopowe, (6 i 7) dwójka pacjentów koleżanki - jeden rehabilitowany pod udarze, którego dostał na naszym oddziale (mimo profilaktyki przeciwzakrzepowej) i pacjentka przekazana z OAiIT okolicznego szpitala, również do rehabilitacji. Nie, nie jesteśmy oddziałem rehabilitacyjnym tylko interną.
    Do tego jeszcze przyjęcie - nasz stały bywalec - alkoholowe uszkodzenie wątroby, z żylakami przełyku, zapaleniem żołądka i  zmianami angiodysplastycznymi w jelicie grubym, po raz kolejny z powodu anemizacji.
    Godzina 12. Wracam z wizyty, uzupełniam papiery, ogarniam przyjęcie. W międzyczasie psuje się niszczarka do dokumentów. Dzwonię do informatyków z zapytaniem, czy przypadkiem nie naprawiają niszczarek. "Przemiły" informatyk odpowiada mi, że oczywiście nie i dlaczego wydaje mi się, że niszczarka to sprzęt informatyczny?! I teraz cytat : "To tak jakby pani zadzwoniła do kuchni i zapytała, czy tam nie naprawiają, bo niszczarka jest podobna do maszynki do mielenia mięsa". Rzucam słuchawką. Proszę o połączenie z działem technicznym. Odbiera kolejny, nieco milszy pan, który informuje mnie, że oni zajmują się naprawą sprzętu medycznego, a nie niszczarek i mam dzwonić do konserwatorów. Dzwonię, tam ubawiony całą sytuacją pan mówi, że on się zajmuje, ale konserwacją zabytków (mówię, że niszczarka nie jest zbyt nowa, więc może by się zajął?), odpowiada mi na to, że może się co najwyżej zająć zrzuceniem jej przez okno z pierwszego piętra... Odpowiadam, że jestem na czwartym i jakby co z tym dam sobie radę sama. Rozłączam się. Mój "dobry humor" osiągnął apogeum. Dzwonię do sekretariatu dyrektora z zapytaniem, co mam zrobić w tej sytuacji (nie omieszkałam przytoczyć wszystkich powyższych cytatów). Pani Ela poleca napisanie odpowiedniego pisma z zapytaniem do dyrektora o to, kto naprawia w tym szpitalu niszczarki, a oni się ustosunkują. A najlepiej iść do oddziałowej. Idę, nakreślam po raz kolejny problem. Oddziałowa bierze niszczarkę pod pachę, idzie do działu technicznego, skąd odsyłają ją z kwitkiem do informatyków, a tam dowiaduje się, że ewentualnie jutro będzie ktoś kto może się na tym zna. Nie wiem, czy w czeskim filmie dzieją się takie rzeczy.
    Przez następne godziny ogarniam kolejne papiery. Potem jeszcze jakieś USG do zrobienia, konsultacje, rozmowy z rodzinami. Schodzi do późnych godzin popołudniowych, kiedy to zaczynają się kolejne wezwania na SOR. I tak całe popołudnie.
    Wpis kończę na kolejnym dyżurze, bo po 22 znów zaczął się "sajgon". Przyjęcia robiłam do 1 w nocy, jeden to pacjent po ostrej dializie wspomniany wcześniej, a drugi to przyjęty w stanie bardzo ciężkim mężczyzna z rozsianym rakiem pęcherza moczowego, odwodniony, wyniszczony, z infekcją. Obraz, który na długo pozostaje, szczególnie, że pacjent ma niewiele ponad 50 lat.
    Zasypiam ledwie żywa o 3.30. Spokój do 6, kiedy zaczynają się pierwsze telefony z oddziału.
    A dziś pozdrawiam Was serdecznie z niedzielnego dyżuru, nieco spokojniejszego
    Gonzo
    Nie od dziś wiadomo, że rak piersi jest najczęściej występującym nowotworem złośliwym u kobiet. Wcześnie wykryty, może być całkowicie wyleczalny i nie stanowić zagrożenia dla życia. Zdiagnozowany w zaawansowanym stadium stanowi dużo większy problem, gdyż leczy się go nieporównywalnie trudniej, efekty leczenia są gorsze, a rokowanie dużo bardziej niekorzystne.
    Jest to choroba, która wymaga wielospecjalistycznego, fachowego i indywidualnego podejścia obejmującego zaplanowanie leczenia pod kątem konkretnej kobiety, jego odpowiednio szybkie przeprowadzenie, a także całościową, holistyczną opieką nad pacjentką. Niezwykle istotne jest, aby mieć świadomość, że leczenie onkologiczne samo w sobie jest dużym obciążeniem zarówno fizycznym, jak i psychicznym dla chorego.
    Aby wyjść na przeciw potrzebom pacjentów i zapewnić im jak najlepszą opiekę, przy Dolnośląskim Centrum Onkologii we Wrocławiu powstaje pierwszy w Polsce, tak zwany "Breast Unit". Jest to jednostka ukierunkowana stricte na diagnostykę i leczenie raka piersi. Dzięki temu, pacjentki (i pacjenci, bo nie zapominajmy, że 1% wszystkich pacjentów z rakiem piersi to mężczyźni) będą mogły być poddane diagnostyce i leczeniu w jednym miejscu.
    Zakładając możliwość zastosowania wszystkich możliwości terapeutycznych, biorąc na przykład wczesnego raka piersi, dotychczas odbywało się to w następujący sposób: pacjentka z podejrzeniem nowotworu jest diagnozowana w Zakładzie Diagnostyki Chorób Piersi, następnie, po konsylium trafia na Oddział Chirurgii Onkologicznej gdzie jest operowana. W następnej kolejności trafia na Oddział Onkologii Klinicznej, gdzie otrzymuje chemioterapię uzupełniającą. Kolejnym etapem jest Zakład Radioterapii, gdzie jest uzupełniająco napromieniana, aby potem wrócić do Oddziału Onkologii Klinicznej, by na przykład otrzymać leczenie celowane i hormonoterapię. Wymaga to częstych zmian miejsc, lekarzy, i jest dla pacjentki dużą komplikacją, a także niejednokrotnie wiąże się z niemałym stresem (jakby stres wywołany chorobą nowotworową był zbyt słaby...). Dzięki innowacji jaką jest Breast Unit, będzie można uniknąć takiego stanu rzeczy. We wrocławskim Oddziale pacjentki z rakiem piersi będą diagnozowane i leczone komfortowo, w jednym miejscu, co bardzo usprawni przebieg terapii. 
    Mury wrocławskiego Breast Unitu już stoją. Teraz trwa kompletowanie wyposażenia. Jednostka będzie wyposażona w nowoczesny sprzęt do diagnostyki (mammografy, ultrasonografy, stoły do biopsji), własną salę operacyjną, a także warunki do prowadzenia leczenia uzupełniającego. Pacjentki będą przebywały w komfortowych, dwuosobowych salach z łazienką. Wśród personelu Breast Unitu będą się znajdować zarówno chirurdzy onkolodzy, onkolodzy kliniczni, radiolodzy, radioterapeuci, a także psycholodzy. Pozwoli to na zapewnienie pacjentom interdyscyplinarnej opieki pozwalającej na lepszą indywidualizację i jakość terapii. Na czele wrocławskiego Breast Unitu ma stanąć prof. Rafał Matkowski. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, pierwsze pacjentki będą przyjmowane już w połowie tego roku. Szacunkowo Breast Unit ma przyjmować około 1000 pacjentek i pacjentów rocznie.
    To ogromny postęp dający niewątpliwie możliwość do znacznej poprawy jakości opieki nad chorymi na raka piersi. Oby tak dalej.
    MedFor.me
    Rozmowa z dr Henryką Bochniarz, ekonomistką, założycielką i prezydentem Konfederacji Pracodawców "Lewiatan". Jako przedsiębiorca, członkini organizacji pozarządowych, polityk i publicystka od lat jest aktywnie zaangażowana w życie społeczne w Polsce. Od 2016 roku jako reprezentant strony przedsiębiorców przewodniczy Radzie Dialogu Społecznego, gdzie w ramach konsultacji społecznych planuje rozpocząć ogólnopolską debatę m.in. na temat polskiego systemu opieki zdrowotnej. 
    Mateusz Malik: Pani Prezydent! Rada Dialogu Społecznego, której Pani przewodniczy od 22 października 2016 roku, czyli nowa wersja Komisji Trójstronnej to przestrzeń do rozmowy między stroną rządową, pracodawcami i pracownikami. Co udało się osiągnąć dzięki temu ciału w ciągu pierwszego roku jego działania?
    Henryka Bochniarz: Początek działania nowej instytucji jest zawsze trudny, dlatego na tej podstawie trudno ocenić jaki będzie ciąg dalszy funkcjonowania RDS. Nie jest to jednak tylko nowa wersja Trójstronnej Komisji. To był pierwszy rok obowiązywania nowej ustawy o Radzie, którą obecnie wypełniamy treścią. W ustawie są ogólne zapisy, nowe kompetencje i zasady działania instytucji, które muszą zostać przełożone na konkretne, szczegółowe, wewnętrzne regulacje, jak np. system głosowania podczas posiedzeń, czy jest konieczność sporządzenia protokołu, itd.
    Ten pierwszy rok był wyjątkowy także dlatego, że był to pierwszy rok funkcjonowania rządu, który zasypał nas dziesiątkami projektów legislacyjnych. Policzyliśmy, że konsultowaliśmy w tym czasie ponad 500 ustaw. Jednocześnie wielokrotnie wykorzystywany był np. mechanizm projektów poselskich, czyli ominięcia RDS w związku z tym, że te projekty nie podlegają konsultacjom społecznym. Zapytałam kiedyś jednego z ministrów, dlaczego własny projekt dał do podpisania posłom, aby uniknąć dyskusji w Radzie. Powiedział, że konsultacje społeczne są strasznie czasochłonne… [śmiech]. Fakt, są. Ale właśnie po to się je robi, aby dowiedzieć się jakie są argumenty partnerów społecznych, racje różnych stron i jak można je pogodzić. To stanowi o jakości i trwałości prawa.
    W trakcie mojego przewodniczenia, czyli niemal do końca 2017 roku, musimy przygotować nowelizację ustawy o Radzie Dialogu Społecznego. Już wiemy, co działa, a co wymaga poprawy, np. funkcjonowanie WRDS-ów. W dobie decentralizacji będą się stawały coraz ważniejsze. Kiedyś były usytuowane przy wojewodach, a w obecnej ustawie przypisano je do marszałków, którzy z tego narzędzia w większości nie korzystają… Musimy to uporządkować, jak również poprawić finansowanie dialogu w regionach. W tej chwili nie ma środków nie tylko na ekspertyzy, ale nawet na zakup wody dla uczestników dyskusji.
    A jakie najważniejsze cele szykują się na obecny rok?
    Ponieważ mamy za sobą okres, który nazywam „legislacyjnym tsunami”, nie wystarczyło czasu, aby nad wieloma ważnymi sprawami należycie się pochylić. Albo pojawiał się projekt budzący kontrowersje, do którego Rada musiała się odnieść, albo wnioski o pilną interwencję, m. in. w sprawach zamówień, publicznych, hutnictwa, handlu cementem i musieliśmy błyskawicznie wydać w tych sprawach opinię. Chciałabym, aby Rada nie była instytucją zajmującą się wyłącznie sprawami bieżącymi, których są dziesiątki, ale przede wszystkim podejmującą kwestie o strategicznym znaczeniu dla naszego kraju. Mieliśmy już uzgodnienia w sprawach ważnych dla wszystkich, jak np. w sprawie wprowadzenia minimalnej stawki godzinowej, likwidacji tzw. syndromu pierwszej dniówki czy dopuszczające wydłużenie okresu odwołania od zwolnienia z pracy. Chciałabym, aby Rada była jeszcze bardziej aktywna, wychodząca z inicjatywą. Wśród tematów, które chcemy podjąć w tym roku są, m. in.: dostosowanie kompetencji pracowników do potrzeb rynku pracy, zasady funkcjonowania i finansowania ochrony zdrowia, jak również stworzenie warunków do rozwoju innowacyjnej gospodarki. W czasie, kiedy jest spokój, choć obecna sytuacja polityczna jest napięta, musimy wspólnie ustalić ważne tematy, którymi powinniśmy się zająć w sposób odpowiedzialny i w dłuższej perspektywie niż wyborcza. Czy to się uda, nie wiem.
    Chciałabym także, aby sama idea dialogu stała się ważna. Niestety nie mamy w Polsce umiejętności rzeczowej rozmowy… A problemy nabrzmiewają. Barack Obama w swoim pożegnalnym wystąpieniu mówił o potrzebie dialogu i funkcjonowaniu w bańkach informacyjnych. Ludzie są przyzwyczajeni do słuchania tych, którzy myślą tak samo lub podobnie i są zamknięci na argumenty, z którymi się nie zgadzają. Nam w Radzie udało się już w dużej mierze przejść ten etap i w wielu kwestiach związkowcy słuchają argumentów pracodawców i vice versa, nawet w tak trudnych kwestiach, jak minimalna płaca godzinowa. W związku z narastającym kryzysem politycznym w państwie, w grudniu zeszłego roku, partnerzy społeczni zajęli wspólne stanowisko, apelując do polityków o dialog i porozumienie.
    Jednak gdy działamy pod presją czasu, to związkowcy patrzą na daną sprawę tylko pod kątem interesów pracowniczych, a pracodawcy - gospodarczych i nie ma przestrzeni do realnego dialogu. Jeśli dotyczy to spraw tak ważnych dla Polaków, jak służba zdrowia, czy edukacja, to Rada powinna mieć czas, aby odpowiedzialnie odnieść się do propozycji rządu. Pośpiech przekłada się niestety negatywnie na jakość prawa.
    Rada Dialogu Społecznego dysponuje dobrym instrumentem, który powinien być częściej wykorzystywany, czyli może wnioskować o przeprowadzenie wysłuchania publicznego w ważnej sprawie, objętej zakresem jej właściwości. W sprawie reformy edukacji właściwie wszystkie organizacje, poza Solidarnością, która wstrzymała się od głosu, podpisały się pod wnioskiem o lepsze przygotowanie tej ustawy. A reforma, po niedawnym podpisaniu przez Prezydenta, ma wejść w życie 1 września!
    Na kolejnym posiedzeniu plenarnym RDS zaplanowana jest dyskusja na temat reformy systemu ochrony zdrowia i potrzebie postrzegania wydatków na ochronę zdrowia, jako inwestycji w przyszłość Polski. Oddolnie powstało bardzo wiele grup, które, pomimo sprzecznych interesów, postulują odpowiedzialne podejście do reformy, dlatego powinny mieć możliwość przedstawienia swoich racji. Mam nadzieję, że strona rządowa będzie podczas tej dyskusji należycie reprezentowana. Niestety, często jest tak, że przychodzi do nas minister, który wygłasza swoją opinię, po czym wychodzi. Zostawia urzędników, którzy wszystko notują, ale nie mają mocy decyzyjnej. Nierzadko wygląda to tak, jakby od początku nie zamierzał w ogóle wsłuchać się w opinie innych. RDS musi stanowić taką płaszczyznę, na której będzie można wyrazić swoje zdanie, nawet jeśli ono nie zostanie zaakceptowane ze względu na rangę innych argumentów. Na tym polega dialog. Ale trzeba argumentów wysłuchać i na nie odpowiedzieć, a nie ignorować, bo wtedy mamy tylko serię monologów.
    Pytanie trochę ad vocem: Od wielu lat rola państwa sprowadza się do kryzysowych interwencji. Brakuje nam planowania, myślenia długofalowego na okres dłuższy niż jedna kadencja rządu czy parlamentu. To także jedna z bolączek ochrony zdrowia. Czy można wszystko zrzucić na niską jakość klasy politycznej? Czy są jakieś inne tego przyczyny?
    Myślę, że zawsze jest tak, że pole do rozmowy stwarzają ci, którzy mają największą władzę. Na nich też spoczywa największa odpowiedzialność. Dobrze, że pozostali także mogą się zorganizować, oprotestować, a jak przyjdzie 50 tysięcy ludzi, to jest nadzieja, że ktoś ich wysłucha. To jednak nie liczba decyduje o posiadaniu racji. Koszty takich „ćwiczeń” są duże. W Polsce, gdy pojawia się problem, nie ma zwyczaju, aby już na samym początku usiąść i rozmawiać. Problem musi przybrać takie rozmiary, że nie ma wyjścia i trzeba ludzi wysłuchać. Ale wtedy, „pod ścianą”, oferuje się nieprzemyślane rzeczy.
    Myślę, że powodem tego, że stronimy od autentycznego dialogu jest to, że nasza demokracja jest jeszcze bardzo młoda i nie zbudowaliśmy dotąd wielu instytucji, które w takich sytuacjach są bardzo pomocne. Mieszkałam przez kilka lat w Ameryce i wciąż na bieżąco śledzę to, co tam się dzieje. W związku z tym nie boję się o USA, pomimo tego, że prezydentem został człowiek bez żadnego doświadczenia w zarządzaniu państwem. W systemie amerykańskim jest tak wiele bezpieczników, że Ameryka sobie z tym wyzwaniem poradzi. Natomiast my tego w Polsce nie mamy. Nasze organizacje pozarządowe są wciąż słabe i niedofinansowane, bo po okresie funkcjonowania w gospodarce PRL przedstawiciele starszego pokolenia na samą myśl, że mają się z kimś zrzeszyć i zorganizować, od razu się wycofują. Ludzie nie mają na to czasu, nie mają też na to pieniędzy. Ale, co najważniejsze, nie są tego nauczeni.
    Kiedy przyjechałam do Ameryki i zaczęłam uczyć na uniwersytecie, to w ciągu miesiąca byłam członkinią około trzydziestu różnych grup! Przychodził do mnie przedstawiciel każdej z nich i coś proponował. „Słuchaj! Mamy wspólne czytanie książek.”, „Mamy spotkania z farmerami i potrzebujemy wolontariusza, który będzie im tłumaczył różne sprawy”, itd. To było niesamowite. Człowiek od razu stawał się częścią czegoś! U nas, jeśli sami o coś nie zawalczymy, nikt nie przyjdzie i nie powie co mamy robić. Narzekamy więc na brak społeczeństwa obywatelskiego…
    Nasza demokracja jest na etapie może nie noworodkowym, ale takiej młodzieńczej burzy hormonalnej…
    Tak. Dlatego tym większa jest odpowiedzialność ludzi, którzy rządzą. W czasach Komisji Trójstronnej, która nie była idealna, pamiętam okres przewodnictwa premiera Jerzego Hausnera, który bardzo szanował partnerów społecznych. Mimo, że kłóciliśmy się co do setek spraw, to był czas, gdy Komisja podjęła szereg wspólnych decyzji, bo minister finansów podchodził do dialogu w sposób poważny. Jeśli takie będzie podejście władzy, to przy wszystkich różnicach, osobistych sympatiach i antypatiach uda się wiele rzeczy ustalić.
    Kolejnym problemem jest to, że gorący spór polityczny uniemożliwia kontynuację. Jeden rząd podejmuje zobowiązania, a kolejny „wyrzuca je wszystkie do kosza”, tylko dlatego, że były to decyzje poprzedników. Za każdym razem na nowo musimy „odkrywać Amerykę”.
    Jaka jest najwłaściwsza droga? Czy to obywatele muszą dojrzeć i wybrać taką odpowiedzialną władzę, czy to państwo musi sobie wychować obywateli?
    Dochodzimy tutaj do bardzo ważnej kwestii, czyli edukacji. Bo jeżeli Ameryka jest taka, jaką ją znamy, to dlatego, że od przedszkola cały czas stawia się na pracę zespołową! Dzieci uczą się tego i są oceniane z umiejętności pracy w team'ie.
    Pamiętam jak moja córka podczas zajęć w szkole jednego dnia była obrońcą, a drugiego prokuratorem w tej samej sprawie. To ją zmuszało do formułowania dobrych argumentów i wyważenia racji. To prawda, że Ameryka jest krajem indywidualistów, ale z drugiej strony, ma świetnie wyćwiczony sposób wspólnego działania w każdej kwestii. A gdzie się tego uczy w Polsce?
    Kolejna ważna kwestia to wolontariat. W USA szalenie liczy się na każdym etapie kariery, ponieważ uczy zauważania innych, ich problemów, racji, doświadczeń. Nie chcę przez to powiedzieć, że Ameryka jest idealna, bo to nieprawda, ale pewne rzeczy możemy zapożyczyć od Amerykanów, bo stanowią fundament ich sukcesu w wielu dziedzinach. Natomiast w Polsce, wszelkie formy społecznego zaangażowania nie są dobrze widziane - dotyczy to zarówno pracowników, jak i pracodawców. W RDS mamy cztery organizacje reprezentatywne pracodawców i trzy związkowców. Kryteria reprezentatywności to, m. in., zrzeszenie pracodawców zatrudniających łącznie co najmniej 300 tysięcy pracowników. To nie jest oszałamiająca liczba w kraju, w którym pracuje 16 milionów osób. Po stronie pracodawców jest więcej dużych firm, korporacji, bo one rozumieją jak to jest ważne… Po stronie związkowej natomiast, uzwiązkowienie jest na poziomie ok. 12% i są to w dużej mierze starsi ludzie.
    Czy w Polsce w obliczu spadającego bezrobocia, rosnących zarobków i dużego popytu na siłę roboczą możemy już mówić o zjawisku dotąd niespotykanym, o „rynku pracownika”?
    Tak. Prognozowaliśmy, że to się wydarzy. Jeśli spojrzymy na trendy demograficzne, to zjawisko „rynku pracownika” będzie się pogłębiało. Widzimy ogromną emigrację Polaków, szczególnie młodych. Mamy wiele sygnałów z różnych miejsc, że nie ma ludzi do pracy. I to nie tylko w służbie zdrowia, gdzie zawsze był problem i gdzie skala wyjazdów zarobkowych była i będzie duża.
    Dawniej istniała bariera językowa i obawy starszego pokolenia przed zmianami. A młodzi ludzie, którzy zaczynają już na studiach jeździć po świecie w ramach Erasmusa i innych programów, jeszcze nim skończą edukację, mają szereg propozycji pracy. Wykształcenie lekarza sporo kosztuje, więc zagraniczni pracodawcy chętnie przyjmują lekarzy z Polski, i organizują dla nich potrzebne kursy, czy szkolenia.
    W ramach umowy CETA, która wzbudziła takie kontrowersje w Europie, Kanada zadeklarowała, że europejskie dyplomy lekarskie będą uznawane po obu stronach Atlantyku. Dotyczy to także innych kwalifikacji przedstawicieli tzw. wolnych zawodów.
    Jakie mogą być tego konsekwencje w kontekście środowiska medycznego?
    Musimy tworzyć strategiczną, wieloletnią politykę, dzięki której fachowcy, w których jako społeczeństwo inwestowaliśmy, finansując szkolnictwo zawodowe i wyższe, będą chcieli zostać w Polsce. Bez tego, sytuacja może być niezwykle trudna. A nie jest to tylko kwestia pieniędzy! Często słyszę argument, że my nie jesteśmy w stanie zaoferować tego wszystkiego, co np. w Danii, czy Szwecji… Oczywiście, że nie. Ale gdyby na przykład lekarze mieli szansę na systematyczny rozwój, gdyby zamiast wypełniać stosy papierów, mogli skupić się na leczeniu pacjentów, to myślę, że chcieliby choć spróbować pracy w Polsce.
    Gdy Polska została członkiem Unii Europejskiej, Ambasada w Londynie zorganizowała spotkanie z pierwszą grupą pracowników, która przyjechała z Polski do Anglii legalnie i na normalnych warunkach. Jak wtedy z nimi rozmawiałam, a była to bardzo zróżnicowana, kilkudziesięcioosobowa grupa, to wszyscy patrzyli w przyszłość z wielkim optymizmem. Zapytałam ich, kto planuje wrócić do kraju i wówczas chęć powrotu zadeklarowało ok. 90%. Planowali popracować ok. 3-4 lata, zarobić na mieszkanie, samochód i wrócić. Podczas ponownego z nimi spotkania, 2 lub 3 lata później, nie wiem czy 5% odpowiedziało twierdząco na to samo pytanie. Gdy zapytałam ich dlaczego, to wcale nie mówili o pieniądzach. Dla nich ważne było to, że tam ludzie się do siebie uśmiechają, że jest spokojniej, że nie są zmuszani do niemożliwego, do dokonywania oportunistycznych wyborów. Łatwość i wyższa jakość życia, wynikająca z większego zaufania i kapitału społecznego, powodują, że Polacy niechętnie wracają do Polski.
    Ta grupa podkreślała, że pomimo tego, że są obcokrajowcami, traktuje się ich poważnie. Jak przychodzą z jakimś pomysłem, a mają tych pomysłów całą masę, to zawsze są wysłuchani i albo się te pomysły wdraża, albo się z nimi rozmawia i spokojnie tłumaczy, dlaczego jest to niemożliwe. Warunki finansowe są lepsze i jeszcze bardzo długo będą lepsze, ale podkreślam, że to nie jest najważniejsze.
    Daje do myślenia… Młodzi lekarze, w tym lekarze rezydenci (czyli w trakcie specjalizacji na „państwowym” etacie) działają od ponad roku na wielu polach. Głównym bodźcem do tych działań były pogarszające się warunki pracy, niejasne zasady kształcenia, łamanie praw pracowniczych, brak waloryzacji wynagrodzeń, ich rażąca nieproporcjonalność do odpowiedzialności, jaką ponosi lekarz i brak perspektyw na jakąkolwiek zmianę. Po ogromnych przedsięwzięciach, to jest akcje typu adoptuj posła, senatora, izbę lekarską, po wielotysięcznych manifestacjach w Warszawie (także zrzeszona demonstracja wszystkich zawodów medycznych), po licznych listach i petycjach do przedstawicieli władz poszliśmy, jako młodzi medycy, nawet nie o krok naprzód. Wciąż nasze możliwości jako pracowników systemu są bardzo ograniczone. Wciąż istnieje „wolontariat”, wciąż nie wszyscy lekarze, którzy kończą studia mają możliwość zatrudnienia i rozwoju, wciąż nie mamy od władz sygnałów, że jesteśmy tu potrzebni, spada liczba przyznawanych etatów rezydenckich. Czy według Pani wiedzy to, co proponuje władza ma jakiekolwiek szanse zmienić naszą sytuację, czy jest to tylko „kupowanie” spokoju?
    Cieszę, że się zebraliście i działacie wspólnie. Bez tego niewiele można osiągnąć. Problemy mogą mieć różne kolory w różnych placówkach zdrowotnych, ale system jest tak samo chory wszędzie. Natomiast rezydenci prawdopodobnie będą krytykować Radę Dialogu Społecznego za to, że podnosimy sprawę finansowania staży rezydenckich z Funduszu Pracy*.
    Zaczęliśmy o tym rozmawiać już w poprzednim roku, w okresie przewodnictwa Piotra Dudy w RDS. Z jednej strony wiadomo, że nie ma pieniędzy w budżecie, a lekarzom trzeba wypłacać wynagrodzenia, ale z drugiej strony, w ustawie o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy nie ma ani słowa o finansowaniu z tych środków wynagrodzeń lekarzy-rezydentów. Z takiego rozwiązania nikt tak naprawdę nie jest zadowolony. Ani lekarze, bo jest to rozwiązanie przejściowe, ani pracodawcy, którzy płacą na fundusz, który powinien służyć innym celom i nie mają wpływu na sposób wydatkowania tych środków. Podobnie jest z Funduszem Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych.
    Słyszałem niedawno, że im lepszy lekarz, tym będzie gorszym dyrektorem szpitala…
    Pewnie są jakieś chlubne wyjątki, ale według mnie... szkoda lekarza. Sprawami zarządzania powinni zajmować się przygotowani do tego menadżerowie, a nie lekarze. Miałam okazję przez ostatni rok przyglądać się temu z bliska i w zarządzaniu szpitalami jest wiele rzeczy, które absolutnie trzeba zmienić. Personel szpitali to często współcześni siłacze i siłaczki. Cały system jest przeciwko nim, a oni próbują pomóc pacjentom.
    Jeśli uda się skompletować zespół, który będzie się w stanie dogadać, to pomimo trudnych warunków, można dobrze funkcjonować i realizować wspólne cele. Ale to rzadkość. Dlatego ludzie rezygnują, wyjeżdżają do innych miast, innych państw, poszukują lepszego życia.
    A średnia długość życia rośnie i będziemy mieli coraz więcej starszych osób. Wszyscy oczekują, że dostaną pomoc medyczną w ramach środków publicznych. I ta dynamicznie rosnąca fala pacjentów oczekujących pomocy po prostu nas zaleje. Powoli prywatna służba zdrowia robi się podobna do publicznej - w wielu miejscach jest tak samo przeciążona. Wcześniejsze przechodzenie na emeryturę, może ten problem pogłębić. Człowiek pozbawiony rutyny chodzenia do pracy zaczyna „chorować”. Podsumowując, popyt rośnie, podczas gdy mamy ogromną emigrację, niski wskaźnik demograficzny i 500+, które może skłaniać ludzi do wycofania z rynku pracy. Gdyby istniał dobry system opieki zdrowotnej, dzięki któremu ludzie w wieku post-emerytalnym byliby w dobrej formie, staliby się oni wartościowym, koniecznym uzupełnieniem luk na rynku pracy.
    Tak jak w Japonii, gdzie w McDonaldzie pracują i studenci, i staruszkowie…
    To osobna bajka. Nam grozi niesamowity kryzys!
    Myślę, że tych trendów już nie cofniemy. Europejczycy nie chcą i nie będą się rozmnażać. Zabraknie nam po prostu rąk do pracy. Jedyną szansą jest imigracja ludzi ze świata…
    Kiedy mieszkałam w Stanach, to w naszej przychodni wśród lekarzy pierwszego kontaktu, Amerykanów było około 10%. Wszyscy inni to obcokrajowcy! I nie było to pokolenie, które się tam urodziło. Cieszyli się, że przyjechali do Ameryki, że mogli tam studiować. Polskę czeka to samo. Dlatego to nasze bronienie się przed obcokrajowcami jest dla mnie specyficzne.
    Świadkiem na moim ślubie, wieki temu, był Etiopczyk, przyjaciel mojego męża. Pobieraliśmy się w Zielonej Górze i pamiętam jak za nim leciał tłum dzieciaków, które nigdy nie widziały żadnego ciemnoskórego. Ostatnio przyjechali do nas na wieś w odwiedziny ciemnoskórzy przyjaciele i wzbudzali tak samo duże zainteresowanie wśród dzieci. Ciągle to nie jest oswojony temat. Wszędzie tam, gdzie to jest możliwe - w edukacji, w kościele, powinniśmy pokazywać, że przyjazd imigrantów, często z egzotycznych krajów, jest naturalny i dobry dla nas. Niestety u części naszego społeczeństwa, wciąż budzi sprzeciw. Oczywiście, równocześnie uważamy, że my mamy prawo być w każdym miejscu świata i powinno nam się zagwarantować dobre warunki.
    Dyrektor szpitala to specyficzny rodzaj pracodawcy. Najczęściej firma, którą zarządza działa w dużej mierze non-profit (jeśli jest to szpital publiczny), a niezależnie od statusu własnościowego pieniądze na działalność najczęściej otrzymuje od państwa, a nie od „klienta”. Z drugiej strony funkcjonujemy w świecie wolnego rynku… Jaki zatem model finansowania służby zdrowia marzy się Pani, jako pracodawcy i przedsiębiorcy?
    [Śmiech] Uważam, że dobrze funkcjonowały, wprowadzone poprzez regionalne NFZ-ty, Kasy Chorych. Była to idea, aby rozwiązań szukać bardziej „na dole”. Ceny są przecież zróżnicowane regionalnie i dlatego zaczęłabym od tego, żeby oddolnie sprawdzić jak wycenić zestaw usług, który świadczą szpitale. Pytanie tylko, jak niezależni będą ci, którzy pracują w regionalnych kasach chorych. Teraz chcemy zarzucić kompletnie wszystko i wrócić do zamierzchłej przeszłości, co według mnie jest niebezpieczne.
    Centralne sterowanie przez polityków…
    W prywatną służbę zdrowia zainwestowano ogromne środki i nie można tego dorobku zmarnować. Jeśli będziemy szli w kierunku, w którym państwowe jest najlepsze, eliminując prywatne, to utracimy punkt odniesienia co do efektywności działań.  
    Musimy się zastanowić do jakiego momentu powinna być konkurencja, a w jakim zakresie podstawowy koszyk świadczeń medycznych powinien być realnie dostępny dla każdego. Nie ma doskonałych systemów. Ja nie znam idealnego kraju. Niektórzy mówią, że to system kanadyjski, ale mam tam sporą część rodziny, która na ten system narzeka i przyjeżdża się leczyć do Polski. W Ameryce nikt nie wie co się stanie z projektem Obamy (Obamacare), który radykalnie podwyższył ubezpieczenia zdrowotne (średnio o 25%). Z drugiej strony znam Amerykanów, którzy nigdy nie byli objęci żadną podstawową opieką zdrowotną i którzy wreszcie weszli do systemu.
    Wyważenie racji nie jest takie proste. Jednak obserwując niektóre szpitale, widzę ile rzeczy można by było w nich poprawić i to nawet bez „pompowania” w nie milionów złotych. Jeśli między różnymi oddziałami tego samego szpitala mają miejsce zasadnicze różnice wynagrodzeń dla lekarzy o podobnym stażu, to nie jest to normalna sytuacja. Bywa, że tam, gdzie jest więcej pracy, większa odpowiedzialność i stres, są mniejsze zarobki i nikt nie wie z czego to wynika. Jestem przeciwna wywieszaniu publicznie na tablicy, kto ile zarabia, ale ten kto zarządza placówką musi wiedzieć z czego biorą się te różnice.
    W okresie, gdy prowadziłam własną firmę, dowiedziałam się jak na gospodarność wpływa ego różnych osób - profesorów, ordynatorów. Dostawaliśmy tysiące listów, że np. tu by się przydał tomograf, a tam inne drogie urządzenie. Wówczas się na tym nie znałam i wydawało mi się, że są to na pewno niezbędne potrzeby. Po czym się okazywało, że są to raczej niekontrolowane ambicje pewnych osób, a przykładowy tomograf, który będzie służył tylko kilka lat, bo zaraz zostanie zastąpiony przez nowszy i technologicznie lepszy, jest używany przez 2 godziny dziennie! Wygląda na to, że jesteśmy bardzo bogatym krajem... W USA takie urządzenia pracują przez 24 godziny na dobę. Co więcej, stawiając wiele diagnoz na podstawie tomografii, Amerykanie wykorzystują różnicę czasu. W czasie, gdy Ameryka śpi, badania są wysyłane do Indii, gdzie jest centrum diagnostyczne, a rano lekarz ma już dwie opinie. U nas natomiast, wyrzuca się pieniądze na drogie urządzenia, a nie ma na rzeczy podstawowe. Niezbędna jest zatem kontrola nad wydatkami ze strony menedżerów szpitali.
    No właśnie, co z tą kadrą zarządzającą? Wszyscy, którzy się znają na zarządzaniu wolą się trzymać z dala od opieki zdrowotnej?
    Ludzie wiedzą jak bardzo jest ona nieprzewidywalna i upolityczniona. Może Pan mieć świetne pomysły, ale gdy przyjdzie nowa ekipa to i tak wszystkich wymieni. Przychodzą następni, uczą się przez 2 lata, potem zostaje im rok na działanie, a potem zostają zastąpieni przez kolejnych rządzących. W ten sposób nie da się stworzyć długofalowej polityki służącej państwu. Ani ochrony zdrowia, ani edukacji nie da się zreformować w okresie rządów jednej ekipy.
    Niemal wszyscy młodzi lekarze mają wynagrodzenia na podobnym, niskim poziomie. Natomiast, co się tyczy specjalistów, to w większości szpitali od paru lat rośnie tendencja, aby negocjować z nimi indywidualne umowy cywilno-prawne. Zamiast etatów podsuwa się im propozycję znacznie wyższych zarobków i większość lekarzy się na to zgadza nie bacząc na konsekwencje. A efektem pracy "na kontrakcie" jest utrata tarczy ochronnej zarówno w zakresie odpowiedzialności cywilnej, jak i opieki zdrowotnej i socjalnej. Czy popiera Pani pomysł walki ze „śmieciówkami” w ochronie zdrowia?
    Nie znam szczegółów tej sprawy. Jeśli dyrektor szpitala może zaoferować umowę, która ograniczy jego koszty, jako pracodawcy, to pojawia się pytanie, jaki sens mają zaoszczędzone w ten sposób pieniądze? Na ile lekarze, którzy decydują się na kontrakt, zaangażują się w życie szpitala? Wiem, że niestety najczęściej i tak przekraczają umowny czas pracy, ponieważ nie chcą zostawić pacjentów. Nie wiem jak stworzyć optymalne rozwiązanie, aby z jednej strony zachować pewną elastyczność, a z drugiej zadbać o bezpieczeństwo.
    Jesteśmy społeczeństwem nienauczonym tego, jak ważne jest zabezpieczenie na przyszłość. Wrócę do przykładu mojej pracy na Uniwersytecie w Minnesocie. Kiedy moje koleżanki i koledzy profesorowie negocjowali wynagrodzenia, to nie przywiązywali zbytniej wagi do podstawowych stawek, natomiast prawdziwe boje z dziekanem toczyli o ubezpieczenia, emerytury i zabezpieczenie socjalne. Niestety, w Polsce nie uczymy dzieci tego, jak odpowiedzialnie myśleć o finansach, tworzyć budżet domowy! W wielu publicznych instytucjach wciąż funkcjonuje myślenie, że jeśli narobimy długów, to ktoś je później spłaci i jakoś to będzie. Zdobywa się dla placówki urządzenie „za darmo”, czyli za czyjeś pieniądze, a nie bierze się pod uwagę kosztów amortyzacji i utrzymania. Jeśli nie umiemy zarządzać własnym budżetem, to jak mamy być dobrym przełożonym dla tysiąca ludzi?
    Dziękuję za rozmowę!

    Rozmawiał: Mateusz Malik, lekarz. Zdjęcia: M. Malik
    *) Fundusz Pracy - powstała w 1933 r. instytucja, której celem było łagodzenie skutków bezrobocia. Od 1991 r. pozostaje pod jurysdykcją ministerstwa pracy, ma charakter funduszu celowego, a jego budżet stanowią składki obowiązkowe płacone przez pracodawców oraz osoby nieprowadzące działalności rolniczej, dotacji oraz dochodów prowadzonej przez niego działalności gospodarczej, oprocentowania depozytów i udziału w spółkach. Środki te są rozdysponowywane przez urzędy pracy w formie zasiłków dla bezrobotnych, prac interwencyjnych, robót publicznych, szkolenie i przekwalifikowywanie bezrobotnych, rozwój poradnictwa zawodowego oraz na rozwój systemów informatycznych i badania rynku pracy. Od 2009 roku ze środków FP finansowane jest „wspieranie startu kariery osób pracujących w zawodach medycznych”, co w praktyce oznacza finansowanie z niego większości pensji rezydenckich.
    Newman
    Lekarze z Porozumienia Rezydentów OZZL wykorzystali dotychczas w walce o godne warunki pracy wiele dostępnych pokojowych form nacisku na polskie władze. Aktualnie w arsenale możliwości pozostały jeszcze m.in. własna inicjatywa legislacyjna, wniosek o referendum, zatrudnianie lobbystów czy walka wyborcza o własnych reprezentantów w parlamencie i rządzie. Bierne oczekiwanie na ruch władz wobec rosnącego kryzysu kadrowego w polskiej ochronie zdrowia jest strategią dość nierozważną. Dlatego nadszedł czas na oddolny, zaakceptowany przez wszystkie medyczne grupy zawodowe projekt ustawy o minimalnych wynagrodzeniach w polskich placówkach leczniczych.
    Przygotowany starannie w procesie negocjacji i przeanalizowany przez prawników potrzebuje teraz poparcia co najmniej 100 tysięcy obywateli, aby mogła uzyskać parlamentarny bieg. Zachęcamy do zaangażowania w zbieranie podpisów pod projektem. Polskie społeczeństwo, a przede wszystkim władze potrzebują jasnych sygnałów, że inicjatywa jest po stronie obywateli.
    Zamieszczamy informacje dla osób, które chcą aktywnie włączyć się w akcję. W załączeniu oryginał projektu i formularze do zbierania podpisów.
    Obywatelski projekt ustawy w sprawie warunków zatrudnienia w ochronie zdrowia.pdf
    Tabela podpisy pod ustawa.pdf
    Mateusz Malik, lekarz
    Źródło: http://www.rezydenci.org.pl/2017/01/23/obywatelski-projekt-ustawy-100000-podpisow-zebrania-czas-start/
    Newman
    Kogo z nas nigdy nic nie bolało? Ręka do góry...
    Czy ktoś z Państwa zauważył, że w chwilach fizycznego cierpienia każdy staje się w jakimś stopniu zwierzęciem? Przetrwać, wyrwać się ze szponów, uciec, ukryć się, umrzeć... Filozofia bólu jest fascynująca, choć mało kto ma odwagę, by się z nią zmierzyć, chętnie przed nią uciekamy jak przed myślami o chorobie i śmierci. A przecież ból jest w każdym z nas.
    dlaczego nie lubimy bólu? co jest takiego w cierpieniu w samotności, że jest nie do zniesienia? czy kara powinna być proporcjonalna do bólu, który oprawca zadał ofierze? Zapraszam na spotkanie z polskim mistrzem świata w dziedzinie obserwacji rzeczywistości, panem Sławomirem Mrożkiem:

    Mateusz Malik, lekarz
    Skany zaczerpnięte zostały ze zbioru felietonów Sławomira Mrożka "Małe listy" wydanego przez Noir sur Blanc
    Derli
    Studia były ciężkie. Z różnych przyczyn. Plan obowiązków i zabaw najczęściej nie kończył się nawet późnym wieczorem, lecz był rozpisany do wczesnych godzin rannych. Jak w takich warunkach udawało się niektórym z nas znajdować jeszcze czas na hobby?
    Sport? Jogging? Pływanie? Musieliśmy. Cała Polska biega. Każdy jest zameldowany na endomondo i każdy przynajmniej raz w miesiącu rysuje na mapie dziwne kształty, dumnie nazywane trasą biegową, która łącznie mierzy prawie całe trzy kilometry. Tak. Wielu studentów medycyny również biega, a nawet uprawia inne sporty.
    OK. Ale jakim cudem robić to po studiach? Z pracą od rana do popołudnia, z dorabianiem w wysysających resztki sił witalnych NPL-ach i z dyżurami we wszystkie święta i weekendy? Nie, nie, nie. Mimo najszczerszych chęci - istnieją rzeczy niemożliwe. Tak przynajmniej myślałam. Okazuje się jednak, że Lekarze to aktywni sportowcy, którzy mogą nawet zaprezentować swoje wypracowane-nie-wiadomo-kiedy zdolności na specjalnie w tym celu organizowanych zawodach. Tych, których taj jak mnie szokuje przeogromna ilość zawodów sportowych dla lekarzy - zapraszam do lektury . 
    Już po wpisaniu pierwszych kilku liter frazy "zawody dla lekarzy", pokazuje się szereg możliwości. Tutaj pozwolę sobie przedstawić TYLKO NIEKTÓRE Z NICH.
    1.    Mistrzostwa Polski Lekarzy w Tenisie Stołowym- odbędą się 25.02.2017 roku w Nowym Targu.
    2.    Igrzyska Lekarskie 2017- do zawodów można zgłaszać się już po 15.05.2017. Uczestnikiem może być każdy lekarz medycyny lub lekarz dentysta i członkowie ich rodzin w wieku powyżej 15 roku życia. Dyscypliny: piłka nożna, koszykówka, siatkówka, siatkówka plażowa, lekkoatletyka, pływanie, tenis ziemny, tenis stołowy, kolarstwo szosowe, kolarstwo górskie, badminton, trójbój siłowy, triathlon, golf, squash, strzelanie, hokej na lodzie.
    3.    Mistrzostwa Polskie Lekarzy w Półmaratonie- pierwszy bieg z cyklu odbył się już w 1998 roku na trasie z Rowów do Ustki. Od 2004 roku przeniesiono Mistrzostwa na trasę Biegu Lechitów, tj. z Dziekanowic do Gniezna. Do 40 Biegu Lechitów pozostało 237 dni.
    4.    Otwarte Mistrzostwa Polski Mazowsza Lekarzy- bieg odbędzie się 25.06.2017 w ramach V. półmaratonu Radomskiego Czerwca ’76. Do startu w półmaratonie dopuszczeni zostaną lekarze i lekarze dentyści, którzy posiadają prawo wykonywania zawodu na terenie Polski.
    5.    VIII Gdański Bieg Lekarzy- bieg na dystansie 5 i 10 km. W zawodach mogą wziąć udział lekarze, lekarze dentyści oraz studenci wydziału lekarskiego Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego. Bieg odbędzie się 13 maja 2017 roku.
    6.    XIII Mistrzostwa Polski Lekarzy w pływaniu- zawody odbędą się 20-22 kwietnia 2017 roku na basenie sportowym w Dębicy. Będzie można zdecydować się, m.in. na pływanie 100 m stylem grzbietowym, 100, lub 200m lub 400 m stylem dowolnym, 50 m stylem klasycznym, 100m lub 200 m stylem motylkowym
    Ciąg dalszy na pierwszych stronach internetu...
    Newman
    Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy działa już ćwierć wieku, trwale wpisała się w krajobraz europejskiej dobroczynności, a także jest wzorcowym przykładem transparentnego funkcjonowania organizacji pozarządowej. Niektórzy malkontenci zarzucają Fundacja WOŚP, że od lat wyręcza i rozleniwia polskie władze. Twierdzą oni, że w dobrze zorganizowanym systemie opieki zdrowotnej organizacja, która kupuje dla publicznych szpitali produkty "pierwszej potrzeby" po prostu nie miałaby racji bytu.
    Mam pięć dowodów na to, że tak nie jest:
    Wielka Orkiestra wyprzedza swoje czasy. Gdy 3 stycznia 1993 roku na ulicach po raz pierwszy pojawili się wolontariusze z charakterystycznymi puszkami i serduszkami tematem Finału były choroby serca najmłodszych pacjentów. Misja pomagania dzieciom towarzyszy Orkiestrze po dziś dzień. Ale gdy 20 lat później w 2013 roku finał zatytułowano Ratowanie życia dzieci i godna opieka medyczna seniorów po raz pierwszy duża organizacja pozarządowa publicznie poruszyła temat, który dotychczas realnie zajmował wąskie akademickie grono: Problem szybkiego starzenia się polskiego społeczeństwa. Akcji zakupu m.in. materacy przeciwodleżynowych, wózków inwalidzkich, specjalnych łóżek dostosowanych do potrzeb schorowanych staruszków towarzyszyła i towarzyszy dyskusja społeczna. Uświadamia ona Polakom nasze głębokie nieprzygotowanie na ogromny przyrost liczby osób po 60-roku życia, którego pierwsze symptomy dostrzegane są już dziś, a którego apogeum nastąpi już za kilka dekad. Ponadto trudno się nie zgodzić ze stwierdzeniem, że nie sztuką jest przekonać darczyńców do hojności dla łysego 3-latka w trakcie chemioterapii, ale wtedy, gdy potrzebującym finansowego wsparcia jest wieloletni palacz papierosów z niewydolnością serca czy agresywna staruszka z zespołem otępiennym. Orkiestra daje radę. WOŚP jest innowacyjna. To fenomen na skalę świata: Program Powszechnych Przesiewowych Badań Słuchu u Noworodków nie jest "akcją z doskoku" i obnaża kłamliwe wypowiedzi osób twierdzących, że orkiestra gra tylko "od święta". Program to znakomicie skoordynowana akcja przygotowana w 2000 roku we współpracy z ekspertami neonatologami, w której przebadano blisko 5 mln noworodków. Program objął niemal całą populację maleńkich pacjentów. Pozwala zwiększyć szanse na skuteczne wyleczenie wad słuchu i często ratuje człowieka przed trwałym, pełnym lub częściowym, uszkodzeniem słuchu. A to tylko jeden z sześciu programów stworzonych przy udziale WOŚP. Jeden z nich można było zamknąć w 2008 roku - dopiero, gdy polskie państwo wystarczająco zaopatrzyło małych pacjentów z cukrzycą w pompy insulinowe. Nie muszę chyba przypominać, że innowacja przynosi konkretne oszczędności. Nie Fundacji. Państwu! Orkiestra edukuje. Bezcenny i nagradzany Program Edukacyjny "Ratujemy i Uczymy Ratować " polega na wprowadzeniu zajęć z pierwszej pomocy w klasach 1-3 szkół podstawowych w całej Polsce. To misja, której nigdy żaden rząd nie zrobi lepiej niż organizacja pozarządowa. Fundacja słusznie chwali się, że dzięki niej "ponad 2 000 000 dzieci zna zasady pierwszej pomocy, a nauka resuscytacji krążeniowo-oddechowej jest w Polsce powszechna, bezpłatna i dostępna dla wszystkich dzieci". Orkiestra angażuje. W Polsce, kraju postsowieckim, który zachłysnął się wolnorynkowym indywidualizmem mamy ogromny kryzys zaangażowania obywateli. W USA stawia się na teamwork i przywiązuje ogromną wagę do wolontariatu od najmłodszych lat. W Polsce WOŚP dzięki swej medialnej pompie jest rozpoznawana i przyciąga wolontariuszy w każdym wieku. To bezcenny dar dla polskiego społeczeństwa, które będzie zbierało plon tej aktywizacji i świadomego wzięcia spraw w swoje ręce w wielu różnych aspektach. Świadomi, zaangażowani obywatele to nasz narodowy skarb. Między innymi dzięki Orkiestrze i charyzmie Jerzego Owsiaka. Twórcy WOŚP wsłuchują się w potrzeby konkretnych placówek. Współpraca na poziomie samorządowym, pod supervisingiem medycznych konsultantów to zdecydowanie sposób lepszy na stwierdzenie które placówki medyczne w Polsce najpilniej potrzebują nowego specjalistycznego endoskopu, elektrokardiografu czy po prostu kilku pomp infuzyjnych, koncentratorów tlenu. Pozwala to także lepiej rozeznać się w sytuacji i uniknąć niepotrzebnych i nieprzemyślanych zakupów. Na kryzysowe sytuacje, które pojawiają się nawet w najlepszych systemach opieki zdrowotnej (patrz ostatni brytyjski kryzys), nigdy wystarczająco szybko nie zareaguje państwo. To pozostanie (choć zapewne w coraz mniejszym procencie) domeną Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Dedykuję ten tekst pacjentom uratowanym przez polskich lekarzy dzięki sprzętom z czerwonym serduszkiem. Ciekawe ilu spośród nich czyta ten tekst...
    Mateusz Malik, lekarz
    Transparentność - oto jak po 23. finale (2015) rok wykorzystano każde zabrane 100 zł:


    Źródła:
    http://www.wosp.org.pl/fundacja/ https://www.facebook.com/RatujemyIUczymyRatowac/ https://pl.wikipedia.org/wiki/Wielka_Orkiestra_Świątecznej_Pomocy#Podsumowanie_fina.C5.82.C3.B3w_WO.C5.9AP
    surowy
    Przekonałem się o tym na wakacjach: Lekarzem nie przestajesz być nigdy. Służysz zawsze. Jak ksiądz. Wierny do końca. Nie od 8 do 16, nie od poniedziałku do piątku, ale ZAWSZE. Prof. Religa mówił, że lekarzem nie przestajesz być nigdy, inaczej zmień swój fach. Ale dziś nie o filozofii życia, ale o tym, że swoje lekarskie obowiązki pełnimy przez całe życie, bez względu na sytuację.
    W czasie studiów i to na wakacjach, zgodnie z zasadą "biedny student - bogate wakacje" zdarzył mi się mój pierwszy raz... Nie ten, o którym większość myśli, ale ów, na który niejeden lekarz musi czekać do czasu swojego pierwszego trudnego dyżuru. Zdarzyło mi się to dużo wcześniej. Jak to ze współczesną młodzieżą bywa...
    Zamek, słońce, czerwiec, upał jakieś 38-39 stopni. Z dwiema koleżankami na dziedzińcu pewnego zamku robimy sweet focie i nagle w pobliżu turysta pada na ziemię. W głowie oczywiście myśli: "jesteś super lekarzem, turbo ratownikiem, masz wiedzę, uratujesz go, idź i zostań bohaterem". No i poszedłem.
    Stojący tłum polewa mężczyznę wodą. Fakt - moja pierwsza myśl: to zwykłe omdlenie przy takiej temperaturze. Może jakieś drgawki... Ale zgodnie ze sztuką podchodzę i sprawdzam oddech oraz tętno. Jako wykształcony członek służb medycznych sprawdzam wszystko za jednym zamachem, bo znam już specjalne metody. Wszak jestem po egzaminie (i to na świeżo) z medycyny ratunkowej. I wtedy wypowiedziałem pierwszy raz słowa: Zatrzymanie krążenia. Brzmiały jak watykańskie Habemus Papam. Tylko tam cieszą się i skaczą z radości. U mnie było trochę inaczej.
    Te ułamki sekund, kiedy w sercu wakacji i wypoczynku nagle podejmujesz walkę o ludzkie życie. Co masz w głowie za pierwszym razem? To jakaś masakra. Pustka i miliony myśli: Co robić? Algorytmy w głowie, ale co z tego. To już nie manekin, a żywy pacjent. Nie ma nade mną lekarza, nie ma mentora ani kogoś, kto pomoże. Jestem sam. Odpowiedzialny. To ja podejmuje decyzje i to ode mnie zależy los naszego poszkodowanego. Niby banalne ale jak ważne. No to działamy!
    Koleżance nr 1 zlecam wezwanie pogotowia. Jest ona fizjoterapeutką, więc wie jak postępować. Niestety otrzymuję informację, że karetka dojedzie do 15 minut, bo spora odległość do zamku. Myślę sobie: bosko. Jak moje biedne, odsłonięte kolana wytrzymają tę twardą zamkową kostkę? Szybko pojawiło się silne przekrwienie i zadrapania. Ale co tam. Jestem lekarzem!
    Tłum dzieci dookoła. A ich cudowne opiekunki zamiast uchronić pociechy przed traumatycznymi widokami, stoją i patrzą jak sroki w... Może któraś ruszy się i pomoże? Pozbyliśmy się ich dopiero po chwili, ale co zostało im w głowach to już ich.
    Koleżanka nr 2 wspomaga z udrażnianiem dróg oddechowych, woła po cisnących się wkoło ludziach o więcej tlenu. Dopinguje, liczy uciśnięcia.
    A gdzie obsługa zamku? Strażnicy? Kierownicy? Ktokolwiek? W bramie, jakieś 20 metrów od nas czai się strażnik. Uchyla się, byleby go ktoś o coś nie poprosił. Przy nas nie ma szans na lenistwo. Wołamy go, aby chociaż apteczkę nam przyniósł, cokolwiek. O AED już nie wspomnę. Po chwili łaskawie donosi sprzęt. Nareszcie! Możemy prowadzić wentylację pacjenta, 30:2 nabiera sensu. Ale mięśnie mocno dają się we znaki. Trzeba się zmienić. Algorytm nie bezpodstawnie mówi o zmianach co 2 minuty. Bo moje uciśnięcia nie są już tak skuteczne. Choćbym turbo siłacza zmusił do uciskania to każdy w końcu padnie. Zatem dołączył do nas pewien mężczyzna i wspomógł swoją muskulaturą.
    Ale oczywiście nigdy nie może być za łatwo. Oto z tłumu wyłania się "specjalista medycyny ratunkowej, anestezjologii i w ogóle wszelakiej medycyny". Podnosi rękę poszkodowanego i bezwładnie puszcza na ziemię po czym stwierdza: On już nie żyje. Ja w ułamku sekundy dostaję hipertensji i drgawek, żona popada w rozpacz. Sytuację ratuje koleżanka od wentylacji - soczysta wiązanka i specjalista znachor znika w tłumie.
    No i żona. Stoi i płacze nad mężem. Niesamowicie trudna i przejmująca sytuacja. Uciskam klatkę piersiową jej męża, brak oznak życia, a ona przypatruje się i nie może nic zrobić. Ale nie ma lepszej metody w takim momencie, niż uaktywnić rodzinę i włączyć ją do jakichkolwiek działań. Skłaniam ją więc do dyskusji o stanie zdrowia męża, zbieram godnie wywiad. Wiem już, że trochę nadużywa alkoholu, że dziś też dziabnął z rana, że serce chore, że leki takie.
    Nadjeżdża karetka.
    Nie zostawiam mojego pacjenta z nimi. Przecież to mój pacjent. Ogłaszam kim jestem i że chętnie im pomogę. Strzał jeden, drugi, migotanie komór, wkłucie, płyny, intubacja. Wzywamy helikopter? Nie ma gdzie wylądować, wzywamy „S”. W między czasie dyskusja, kim jestem, co już zrobiłem, co z wywiadu już wiemy. 
    Przyjeżdża karetka z lekarzem. Dopełniają formalności, badają pacjenta, pakują i jadą.
    Organizatorka wycieczki, z którą przybył nieszczęśnik zdobyła informacje, gdzie się uczę i wysłali list z podziękowaniami. To miłe. Pacjent przeżył. Bez powikłań. Po kilku dniach wyszedł ze szpitala. A ja zostałem lekarzem.
    Ten mój pierwszy raz do późnego wieczora przeżywałem. Siedząc na balkonie z piwkiem myślałem, czy wszystko dobrze zrobiłem. Czy prawidłowo rozpoznałem NZK; czy tętno było, czy nie; czy algorytm zastosowałem jak trzeba, czy opóźniałem; czy było jeszcze coś do zrobienia? Miliony myśli, analiza minuta po minucie. Ale jest sukces.
    Są też te smutne wnioski. Co gdyby mnie tam nie było? Kto udzieliłby pomocy? Służby porządkowe, kierownicy, którzy są teoretycznie przeszkoleni na wypadek takich sytuacji nie reagują. Przypadkowi turyści chętnie rzucają się do pomocy, ale ich wiedza jest też ograniczona. Nikt z tego tłumu nie sprawdził oznak życia. Niestety, ale wciąż brakuje w naszym społeczeństwie gruntownej wiedzy w zakresie pierwszej pomocy. Takiej, która zapewni bezpieczeństwo każdemu z nas. BLS.
    Jest też osobista refleksja: Jakiż jestem mały wobec potęgi medycyny. Jak bardzo mało wiem. Jak dużo jeszcze mnie czeka.
    Ale od teraz jestem lekarzem. Po swoim pierwszym razie.
    Łukasz Surówka
    Derli
    Już niedługo, po raz kolejny odbędzie się Lekarski Egzamin Końcowy. Dla niektórych będzie to pierwszy egzamin, dla wielu kolejny. U jednych będzie on wzbudzał wiele emocji, inni wpadną na niego w dresie z drożdżówką traktując to podejście jako trening, wierząc, że w końcu wezmą się za naukę i zdobędą wymarzony wynik.
    Statystki są nieubłagane: Lekarski Egzamin Końcowy nie jest prostym testem ze 100% zdawalnością - nawet patrząc jedynie na wrześniowy LEK 2016: 5549 osób przystąpiło do egzaminu, a wynik poniżej 56 punktów uzyskały aż 571 osoby (do egzaminu zgłosiło się 6015 osób, a więc aż 466 nie pojawiły się) 
    Jak przygotować się do LEKu? Do egzaminu, który z założenia ma zaważyć na naszej lekarskiej przyszłości (w kraju)? Po wpisaniu hasła ‘’LEK jak się przygotować” w ulubioną wyszukiwarkę, pokaże się nam wiele odpowiedzi z doskonałymi lub niedoskonałymi radami, pomysłami i teoriami. Jedni uważają, że do egzaminu należy się przygotowywać minimum 3 miesiące, inni że całe studia, a jeszcze inni twierdzą, że wystarczy nam tyle czasu ile potrzebujemy na przerobienie wszystkich pytań testowych z ubiegłych lat. 
    Oczywiście Centrum Egzaminów Medycznych przygotowało dla nas listę zalecanych podręczników (http://www.cem.edu.pl/pel_podreczniki.php). Możemy tam znaleźć nasze ulubione pozycje: internę Szczeklika, pediatrię Dobrzańskiej, czy ginekologię Bręborowicza, ale z czego tak naprawdę większość z nas uczy się do LEKu? Przedstawiamy dostępne książki/materiały edukacyjne z krótkim (obiektywnym!) komentarzem (komentarze nieobiektywne można pozostawiać na forum ).
    ZDAJ LEK-KO- książka, którą dostajemy na kursie przygotowawczym do Lekarskiego Egzaminu Końcowego. Książka ta zawiera slajdy (ponad 1600 slajdów), które są omawiane podczas 32 godzin wykładów. Jest to bardzo dobrze przygotowany zbiór wiadomości, idealny do szybkiej powtórki wiedzy przez samym egzaminem.
    Cena kursu to około 700 pln (cena zmienia się w zależności od tego, kiedy dokonaliśmy wpłaty i może ona wzrosnąć do 1200pln jeżeli będziemy czekać do ostatniej chwili)
    LEK na 200- LEK na 200 zawiera pytania (wraz z odpowiedziami) ze wszystkich edycji Lekarskich Egzaminów Państwowych oraz pytania autorskie opracowane na podstawie obowiązującej literatury sugerowanej przez CEM. Pytania pogrupowane są w 10 działów - choroby wewnętrzne, pediatria, położnictwo i ginekologia, psychiatria, medycyna rodzinna, medycyna ratunkowa i intensywna terapia, chirurgia, orzecznictwo lekarskie, bioetyka i prawo medyczne, zdrowie publiczne. Cena ok. 105 pln
    Baza pytań do LEKu na www.mlodylekarz.pl – jak możemy przeczytać na stronie, baza testów podzielona jest na dwie części: część pierwsza zawiera pytania autorskie napisane przez wykładowców kursu przygotowującego do egzaminu, a w drugiej części znajdują się pytania z egzaminów LEP przeprowadzonych w latach 2008- 2012 oraz z pytań z lat 2013- 2016, które zostały nadesłane przez użytkowników portalu. Do pytań przygotowane są również krótkie komentarze, które pomogą nam zrozumieć dlaczego prawidłowa odpowiedź jest taka, a nie inna. Dostęp do testów jest płatny. Oferta jest bardzo rozbudowana: możemy zdecydować się na wykupienie dostępu, np. tylko do pytań z psychiatrii na 14 dni (cena 14 pln) lub z chorób wewnętrznych (cena 39 pln). Istnieje możliwość również wykupienia prawa wglądu do pełnej bazy testów (14 dni za 99pln, 180 dni 529 pln, 365 dni 999 pln)
    Testy do LEK na konsylium24 (https://konsylium24.pl/testy_edukacyjne)- na portalu znajduje się baza testów, które ukazały się na lekarskich egzaminach końcowych. Pytania są bardzo przejrzyście poukładane. Możemy wybrać tryb nauki lub tryb sprawdzenia się, możemy rozwiązywać pytania z wybranej dziedziny lub ze wszystkich. Istnieje również możliwość rozwiązania wybranego egzaminu LEK, a nawet określenie poziomu trudności pytań, na które chcemy udzielać odpowiedzi. Ponadto pod każdym pytaniem jest miejsce na komentarz, a więc możemy zostawić tam swoje pytanie i czekać na odpowiedź innego użytkownika lub też możemy wykazać się własną wiedzą i napisać kilka ciekawostek dotyczących danego zagadnienia. Dostęp do testów jest bezpłatny.
    LEK w pigułce- to ciekawa pozycja wydana w 2017 roku przez wydawnictwo Medyk. Nie jest to kolejny zbiór pytań, ani też repetytorium z wybranej dziedziny medycyny, ale zbiór najważniejszych informacji, które powinny zostać opanowane przed przystąpieniem do egzaminu. W książce możemy znaleźć między innymi najważniejsze wskazania, przeciwwskazania, spis chorób o które statystycznie najczęściej jesteśmy pytani na LEK-u, informacje o lekach, najważniejsze normy, objawy, kalendarz szczepień, czy kodeks etyki lekarskiej. Jest to dobre źródło do nauki jak i błyskawicznej powtórki przed samym egzaminem. Do kupienia od tego tygodnia w księgarni internetowej wydawnictwa Medyk.
    Seria LEK last minute- Książka wydana przez Edra Urban & Partner w 2016 roku. ,,Ideą serii „LEK Last Minute” jest stworzenie kompendium wiedzy medycznej i wiedzy z innych dyscyplin niezbędnych do zdania Lekarskiego oraz Lekarsko -Dentystycznego Egzaminu Końcowego. W książce przyjęto formułę prostoty i przejrzystości, która ma na celu szybkie znalezienie odpowiedzi na pytania stojące przed zdającymi testy LEK i LDEK tylko w jednej pozycji książkowej, a nie jak dotychczas w wielu. Podręcznik został tak napisany, aby czas na szukanie odpowiedzi był jak najkrótszy, gdyż autorzy zdają sobie sprawę z czasochłonności przygotowania do testów LEK i LDEK.’’
    LEK last minute. Chirurgia- Cena ok. 34 pln
    LEK last minute. Prawo medyczne. Bioetyka- Cena ok. 40 pln
    LEPoLEK- zbiór pytań, które pojawiły się na LEK-u lub LDEK-u (z prawa medycznego, orzecznictwa i zdrowia publicznego) z lat 2008–2015 oraz wiele dodatkowych pytań wraz z opracowaniem. Wszystkie pogrupowane zostały w działy. Pytania i komentarze zostały parte na najaktualniejszej wiedzy. Podczas przygotowywania tej książki uwzględniono m.in. najnowsze wytyczne European Resuscitation Council z 2015 r. Cena ok. 100pln
    LEPetytorium- to seria czterech podręczników, wydanych w 2010 roku przez wydawnictwo Urban&Partner. Możemy doszukać się takich opisów tej pozycji: Ideą napisania serii LEPetytorium było stworzenie kompendium wiedzy medycznej i wiedzy z innych dyscyplin niezbędnych do zdania Lekarskiego oraz Lekarsko-Dentystycznego Egzaminu Państwowego. W książkach przyjęto formułę prostoty i przejrzystości (…). Warto zapoznać się z opiniami młodych lekarzy na temat tych książek.
    LEPetytorium. Chirurgia  cena ok. 35 pln
    LEPetytorium. Ginekologia i położnictwo cena ok. 42 pln
    LEPetytorium. Pediatria cena  ok 45 pln
    LEPetytorium. Prawo medyczne, bioetyka cena ok. 42 pln
    Pytania i odpowiedzi. Przygotowanie do Państwowego Egzaminu Lekarskiego Część 1 i część 2- książka wydana w 2007 roku (dlatego przygotowuje jeszcze do LEP-u, a nie LEK-u). Zawiera zbiór pytań pogrupowanych tematycznie wraz z odpowiedziami, które są dokładnie i wyczerpująco uzasadnione. Na końcu książki znajduje się test sprawdzający. Jest to jedna z pierwszych pozycji przygotowujących do egzaminu lekarskiego, która pojawiła się na rynku. Cena ok. 41 pln za jedną część.
    Pytania testowe. Przygotowanie do LEK- książka została przygotowana przez Stowarzyszenie Młody Lekarz z myślą o osobach przygotowujących się do LEKu. W książce znajdziemy ponad tysiąc sto autorskich pytań testowych przygotowanych przez wykładowców Kursu Zdaj LEK-ko (pytania zostały podzielone na 19 zestawów po 60 pytań ze wszystkich dziedzin, które obejmuje LEK). Cena 59 pln
    LEK-endium na www.przypadkimedyczne.pl-  zbiór autorskich testów opartych na zasadach Lekarskiego Egzaminu Końcowego. 
    Każde pytanie LEK-endium podsumowane jest komentarzem. Możemy rozwiązywać tematyczne zbiory pytań, jak i "klasyczne", tzn. zawierające pytania ze wszystkich dziedzin obowiązujących na LEK-u. Oplata za korzystanie z LEK-endium wynosi 29 zł za rok dostępu.
    Newman
    A jak Anestezjolog,
    B jak Balneolog,
    C jak Chirurg...
    D...okąd dojedziecie bez zatrzymania? Czy każda litera ma swojego specjalistę?
    Zastanawialiście się kiedyś, czy znajdzie się nazwa specjalizacji na każdą z liter łacińskiego alfabetu. A może są specjalności lekarskie i dentystyczne, które zaczynają się typowo po polsku: na Ł, Ś czy Ż? 
    Dla jednej, losowo wybranej osoby, która doda komentarz pod tym artykułem do końca weekendu (UWAGA: do 22.01.2017 do północy) przewidzieliśmy książkową, nietypową nagrodę:

    Językowcy, szaradziści, słownikowicze - do boju!
    MedFor.me
    Rozmowa z profesorem Janem Szopą-Skórkowskim, wybitnym biochemikiem i biotechnologiem z Uniwersytetu Przyrodniczego we Wrocławiu oraz Wydziału Biotechnologii Uniwersytetu Wrocławskiego. Profesor od wielu lat jest zaangażowany w prace badawcze nad strukturą DNA, metabolizmem roślin i roślinami transgenicznymi, co zaowocowało wynalazkami medycznymi, które znalazły swoje miejsce m.in. w leczeniu wspomagającym trudno gojących się ran.
    Prof. Jan Szopa-Skórkowski: Będzie pewnie o żywności GMO?
    Mateusz Malik: Będzie! (śmiech)
    Temat jest rzeczywiście “odgrzewany” - co jakiś czas powraca. Wiedza o GMO dociera coraz niżej, edukujemy się jako społeczeństwo. Pewne fakty już zaakceptowaliśmy, jak istnienie genów, to, że są wszędzie i że jemy geny. Nie jest to już tak szokujące jak niegdyś. Tym natomiast, czego społecznie nie zaakceptowaliśmy jest fakt, że jemy geny, które są manipulowane. Szkoda, że jeszcze nie zaczęliśmy edukacji w szkołach na temat transgenów i genetycznej modyfikacji. Nie wiem dlaczego. Od tego trzeba by zacząć...
    Panie Profesorze! Od kiedy ludzkość wykorzystuje w praktyce istnienie genetyki? Od czasu odkrycia podwójnej helisy DNA przez Watsona i Cricka? Od ery eksperymentów Mendla? A może jeszcze wcześniej?
    Daleko wcześniej. Pierwsze dane wskazują, że zaczęto (jeszcze w sposób nieuświadomiony) manipulować genami 12-13 tysięcy lat temu, kiedy udomawiano rośliny. Wybierano okazy, które się adoptowały do trudnych, przydomowych warunków, a następnie (co według mnie już wkracza w sferę genetyki) krzyżowano ze sobą osobniki, które miały jakieś pozytywne cechy. Na przykład większe nasiona, wysokość, masa. Ale też i zwracano uwagę na jakość - na przykład wybierano mniej toksyczne i o większej produktywności. Zauważono, że coś co rośnie wysoko w górach, gdzie jest sucho i zimno jest odporne na ekstremalne warunki. I krzyżowano takie rośliny z tymi udomowionymi. Nie zdawano sobie sprawy, że to są manipulacje genetyczne, ale już wtedy to się działo. Później historia genetyki powtarza się, ale na coraz wyższym poziomie zrozumienia. Dzisiaj robimy dokładnie to samo. Narażamy organizmy na różnorodne warunki, infekujemy mikroorganizmami, działamy mutagenami chemicznymi, promieniowaniem jonizującym,  czyli postępujemy dość brutalnie, po to, aby wywołać dywersyfikację genetyczną.
    Czyli właściwie nie ma czegoś takiego jak żywność niezmodyfikowana genetycznie?
    Ja twierdzę, że nie ma. Człowiek wciąż kombinuje jak ją ulepszyć, są tylko coraz subtelniejsze techniki, które pozwalają na bardziej świadomy wybór tego co lepsze. Kierujemy się przy tym nie tylko fenotypem (typu duże, mokre, suche), ale również właściwościami wewnętrznymi (prozdrowotne, przeciwzapalne, przeciwbólowe), które przy użyciu technik genetyki i biochemii możemy nadać lub wzmocnić, a dalej wykorzystać.
    Obraz medialny tzw. żywności GMO, a zatem jej obraz społeczny jest często wykrzywiony i zdemonizowany. Chciałbym w imieniu licznych zdezinformowanych osób uzyskać odpowiedzi na najprostsze pytania.
    Bardzo proszę.
    Czy człowiek może nabyć genetyczne cechy produktu spożywanego drogą doustną?
    Nie... Ale zawahałem się mówiąc to, ponieważ jest inny obszar zmienności który towarzyszy genetyce, a mianowicie epigenetyka. Inżynieria genetyczna manifestuje się tym, że przerywamy ciągłość genomu, by zmienić organizm. Zaś epigenetyka wprowadza zmiany bez ingerencji w tą ciągłość, a za pomocą metylacji jednego z czterech nukleotydów budujących DNA. Ta doraźna modyfikacja okazuje się mieć niezwykle duże znaczenie. Dziś, jeżeli porównujemy genom niektórych roślin, które udomowiono 12-13 tysięcy lat temu (np, owies, groch) z aktualnie uprawianymi to okazuje się, że największa zmienność dotyczy zamiany cytozyny na tyminę. Dziś wiemy, że jednym z mechanizmów ewolucji jest taka punktowa mutacja, gdy cytozyna ulega metylacji i w następnej rundzie replikacyjnej przekształca się w tyminę. Dziś zatem wiemy, że epigenetyka także towarzyszyła człowiekowi od zarania: selekcjonując rośliny człowiek robił to nieświadomie łącząc ze sobą genetykę i epigenetykę. A wracając do pytania - związki, które jemy mogą doraźnie modyfikować nasz genom, przystosowując go do tego, co dzieje się w środowisku. Gdyby nie ten mechanizm adaptacyjny, to, podejrzewam, nie wyszlibyśmy poza plazmodium. Człowiek dalej by pełzał po ziemi, jak inne prymitywne organizmy. Dzięki epigenetycznej zmienności doskonalimy się, ale doskonali się cała przyroda. Chcę jednak zwrócić uwagę, że to, co jemy nie ma wpływu na przerwanie ciągłości naszego DNA.
    Taką możliwość w naturze mają wirusy, a laboratorium - ludzie…
    Wiemy, że wbudować w genom obcy fragment mogą tylko wirusy. Ale jest jeszcze inny ważny, naturalny element zmienności genetycznej. Każdy ludzki genom posiada fragmenty samoprzenoszące się, zwane transpozonami. Zdarza się, że warunki środowiskowe indukują lub akcelerują ten proces. Takim czynnikiem teoretycznie może być to, co spożywamy jeśli przykładowo dietą wzbudzamy reakcję wolnorodnikową.
    Czy transgeniczne zboże, na przykład z zakodowaną odpornością na środki chwastobójcze może stanowić zagrożenie zdrowia? Czy jest traktowane przez nasz układ pokarmowy tak samo jak zwyczajne?
    Problem polega tu na czymś innym. Jeśli uodpornimy rośliny na czynniki, którymi je opryskujemy to pytanie na ile trwałe są te związki chemiczne, jak szybko się rozkładają i czy pochodne pestycydów nie mają toksycznego działania. Póki co w środkach, które się używa takich nie ma “nierozkładalnych” substancji. Choćby popularny glifosat rozkłada się, jest katabolizowany całkowicie. My na tym zyskujemy: zachowujemy to, co jest ważne w danej roślinie. A środki ochrony roślin mają istotne znaczenie. Albowiem rośliny, jak każdy organizm, nie żyją w próżni, muszą współdziałać z tzw. mikrobiomem, tak jak i ludzie. Zdarza się, że spośród bakterii czy innych mikroorganizmów, które współżyją z rośliną selekcjonują się takie, które produkują toksyny, które mogą zakazić produkty roślinne. Przykład kiełków kozieradki (często występujące w diecie człowieka) rekrutujących szczep E.coli produkujący toksynę shiga, która spowodowała śmierć 53 osób jest wielce pouczający. Dlatego tak ważna jest ochrona: może nią być tworzenie roślin, które są odporne na te patogeny. W ten sposób nie tylko promujemy produktywność, ale i unikamy obecności toksyn w naszym pożywieniu.
    Czy znajduje odzwierciedlenie w rzeczywistości stwierdzenie, że warzywa i owoce transgeniczne są mniej smaczne od tych hodowanych w przydomowych ogródkach czy ekologicznych (tu proszę o opinię)?
    Nikt, póki co, nie odnosił się do smaku, jako czynnika, który miałby determinować użyteczność warzyw czy owoców. Bardziej zwraca się uwagę na czynniki prozdrowotne, rolę zapobiegania chorobom cywilizacyjnym czy czynniki estetyczne jak kolor czy kształt - to jabłuszko jest czerwone, tamto zielone - im bardziej kolorowe, tym lepiej wygląda. Trudno jest definiować smak… Coś jest słodkie, coś jest gorzkie albo kwaśne… Pierwszorzędowym kryterium, który się bierze pod uwagę w modyfikacjach jest wygląd i charakter…
    Polemizuję tu trochę z mitem, że to, co pochodzi z przydomowego ogródka jest “prawdziwsze”, ponieważ niezmodyfikowane, bez wpływu inżynierii i przez to dużo smaczniejsze niż z supermarketu.
    Myślę, że jesteśmy przywiązani do tego, co własne i to potęguje wartość dodaną do danego produktu. Ale to dobrze! Co ciekawe - w leczeniu jest podobnie. Widzieliśmy wiele razy, że jeśli ktoś jest pozytywnie nastawiony do naszych lnianych opatrunków, to rany lepiej mu się goją, niż wtedy, gdy jest wobec nich sceptyczny. Myślę, że ta skłonność jest też wynikiem zmian epigenetycznych. Byłoby wspaniale gdybyśmy posiedli taką epigenetycznie regulowaną skłonność kierowania się wiedzą i zdrowym rozsądkiem (w tej kolejności) również w kwestii inżynierii genetycznej.
    Czy Wrocławska biotechnologia może pochwalić się jakimiś badaniami, odkryciami, wynalazkami związanymi z modyfikacją genetyczną roślin?
    Powinno się mówić lepiej o innych, ale nie znam przykładu z naszego środowiska, który by demonstrował już wdrożony wynalazek z zakresu inżynierii genetycznej roślin. Nieskromnie zatem chciałbym wspomnieć o dwóch produktach własnych. Jeden z nich jest wdrożony i już dostępny w sprzedaży, a drugi lada moment będzie. Ten pierwszy, z obszaru medycyny to nasze lniane opatrunki, które są od lipca 2016 roku w produkcji. Drugi produkt to olej lniany, a właściwie mleczko lniane, które będzie skutecznym sposobem w zapobieganiu miażdżycy i profilaktyce stanu przedcukrzycowego.
    Może dlatego tak trudno jest mi znaleźć inne przykłady, o których nie wiemy, że modyfikacja genetyczna żywności jest w świetle obowiązujących przepisów de facto zabroniona. Wszystko, co się obecnie oficjalnie robi w obszarze GMO to zamknięte badania laboratoryjne mające na celu ocenę funkcji genu i raczej eksperymentuje się na organizmach modelowych typu rzodkiewnik. Nikt nie ma odwagi pochwalić się swoimi osiągnięciami i odkryciami...
    Rozumiem, że w kontekście żywności GMO na styku nauki i polityki tworzy się konflikt…
    Tak. Bardziej akceptowane jest medyczne zastosowanie modyfikacji genetycznej i dlatego my w to celujemy. Natomiast to żywieniowe praktycznie odpada, bo nie dostajemy zezwolenia na uwolnienie naszych roślin modyfikowanych do środowiska nawet w celach badawczych!
    To jest problem w skali Polski, Unii Europejskiej czy sięga jeszcze dalej?
    Dotyczy to wyłącznie Unii Europejskiej, choć za jej przykładem tworzy się ograniczenia w innych miejscach. Jak choćby w Kanadzie, która chcąc eksportować len na rynek europejski eliminuje z upraw transgeniczny. Podobnie w Chinach, gdzie byliśmy ostatnio, ale nie ma tam zakazu prac nad uwolnieniem GMO do środowiska. U nas nie można dostać zezwolenia na takie badania, a jest ono koniecznym elementem wdrożenia.
    W przypadku naukowego podejścia do tematu nie budzi większych kontrowersji ingerencja w genom bakterii, grzyba, rośliny czy zwierzęcia. Dlaczego pojawiają się takie emocje i dylematy, gdy chcemy “poprawiać” ludzi?
    Tu czyha trochę niebezpieczeństw. Jednym z nich jest interakcja transgen-endogen. Wiemy z wielu naszych eksperymentów, że jest taka interakcja. Innymi słowy, wprowadzony do genomu transgen jest nie tylko samodzielną jednostką, która daje jakiś produkt, ale on sam ma wpływ na genom. Jak on się objawia? To jest inne pytanie. Przykładowo może promować metylację innych części genomu, które przez to zmieniają się. Nie bierze się tego pod uwagę, ale tak jest. Po drugie, wprowadzenie do genomu ludzkiego obcych elementów może indukować mobilność ruchomych jego elementów, czyli transpozonów. Mają one szereg różnych funkcji. Mogą wbudowywać się w sekwencje regulatorowe innych genów, także w kodony. Jest to, póki co, nieprzewidywalne. Ale coraz więcej wiemy o tym, jak i gdzie należy wprowadzać “poprawki”, aby nie tworzyć nieprzewidzianych zdarzeń. Tym niemniej trzeba mieć świadomość, że przerwanie ciągłość genomu jest stresem, który prawdopodobnie będzie miał konsekwencje. W roślinach (ziemniaki) przerwanie ciągłości genomowego DNA manifestowało się wzmocnioną syntezą katecholamin (hormony stresu obecne również u ludzi).
    Czyli w przypadku terapii genowych, które widać już na horyzoncie…
    Należy pamiętać, że nawet zamiana jednego nukleotydu ma swoje odzwierciedlenie w pozostałej części genomu…
    Dziękuję serdecznie za rozmowę!

    Rozmawiał: Mateusz Malik, lekarz. Zdjęcia: M. Malik
    Newman
    Reklamy suplementów diety to gałąź przemysłu farmaceutycznego i spożywczego o dużym udziale w rynku i ogromnych obrotach. Od dłuższego czasu kontrowersje środowiska medycznego i organizacji konsumenckich budziło wiele z prezentowanych w ogłoszeniach i reklamach treści na temat tych produktów. Część z nich jawnie łamało obowiązujące przepisy, a wiele w podstępny sposób przekazywało wiadomości wprowadzające konsumentów (pacjentów/kientów) w błąd. 
    W związku z zapowiadanymi przez Ministerstwo Zdrowia i Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów krokami w kierunku prawnego ograniczenia tych praktyk lub nawet całkowitego zakazu reklamy leków OTC środowisko ich producentów wyszło z inicjatywą samoregulacji w tym zakresie.
    Jak donoszą branżowe portale udało się po okresie negocjacji wypracować wspólny dokument: Kodeks Dobrych Praktyk Reklamy Suplementów Diety. Cztery organizacje zrzeszające producentów suplementów diety, a posiadające łącznie ok. 80% udziałów w rynku:
    KRSiO - Krajowa Rada Suplementów i Odżywek, POLFARMED - Polska Izba Przemysłu Farmaceutycznego i Wyrobów Medycznych, PASMI - Polski Związek Producentów Leków Bez Recepty, SUPLEMENTY POLSKA - Związek Producentów i Dystrybutorów wydały wspólne oświadczenie dla mediów. Jak piszą:
    Kodeks odnosi się do głównych zarzutów podnoszonych wobec producentów suplementów oraz metod ich promocji i wprowadza długo oczekiwane zasady, m.in.:
    Ustanowienie obowiązku umieszczania nazwy kategorii „suplement diety” w reklamie w prawym dolnym rogu. Ułatwi to identyfikację produktu konsumentowi. A w reklamach radiowych obowiązek dwukrotnego zaznaczenia nazwy kategorii. Zakaz wykorzystywania wizerunku lub rekomendacji lekarza czy farmaceuty. Zakaz odnoszenia się w reklamie do chorób sugerując właściwości lecznicze produktu. Warunkiem powodzenia tej inicjatywy jest przestrzegania zasad kodeksu przez wszystkich jego sygnatariuszy. Na pewno pomoże w tym presja z góry. Jak zaznacza UOKiK:
    PASMI zrzesza większość znanych i rozpoznawalnych firm farmaceutycznych, których produkty wręcz "wsypują się" do polskich mieszkań poprzez środki masowego przekazu.
    Czy efekty zobaczymy już niebawem w telewizji, gazetach i radio? Byłaby to bardzo pozytywna zmiana.
    Nie odnalazłem w sieci pełnej treści Kodeksu.
    Mateusz Malik, lekarz
    Źródła:
    Notatka dla mediów UOKiK: Reklama suplementów diety: czy możliwa jest samoregulacja? http://pasmi.pl/
    surowy
    300-350 dzieci. Wiek 7-18 lat. Sporty wodne, windsurfing, łódki, kajaki, piłka nożna, siatkówka, tenis. Piękne jezioro, las, dobre warunki mieszkaniowe. I jeszcze zarabiasz. Takie wakacje to można mieć. Ale jak naprawdę wygląda praca lekarza na obozie sportowym?
    Pierwsze kilka dni - normalnie sielanka. Wysypiasz się, masz cały wolny dzień dla siebie, nadrabiasz lektury, odpisujesz na zaległe maile, nawet zaczynasz nowy serial. Można się opalać, pływać, ćwiczyć. Pełne wakacje. Tyle, że bez alkoholu. Pojedyncze przypadki medyczne zdarzają się, ale aż się prosi, aby chociaż jedno dziecko zgłosiło się do gabinetu.
    I nagle przychodzi dzień szczególny, około 5. dzień wyjazdu. Pod gabinetem lekarskim staje kolejka dzieci. Jest to przełom, na każdym obozie wygląda niemal identycznie. Od tego dnia z wakacji robi się praca. Oczywiście pierwsze przypadki są dość banalne. Głównie pod drzwiami stoją najsłabsze jednostki, których intensywność obozu i zajęć po prostu przerosły i czują silne zmęczenie. Pojedyncze odwodnienia, przeziębienia i charakterystyczne kontuzje jak wybicie palca czy skręcona kostka.
    Ból brzucha to najczęstsza przypadłość. Ale jeszcze nigdy nie wiązała się poważnym chirurgicznym powodem, a jedynie błahym odwodnieniem, zmienioną dietą, a przede wszystkim stresem. Rozłąka z rodzicami, pierwszy samotny wyjazd i już jelita szaleją. Oczywiście nieraz dobre słowo pomaga i pacjent wraca z uśmiechem do zajęć. Tutaj zawsze będę nalegać na wychowawców, aby zmuszali dzieci do picia wody! Duże ilości. To pomoże kupie szybciej się wydostać, a nam zmniejszy liczbę bólów brzucha.
    Tu należy dołożyć też wymioty. Ot, dziewczynka lat 10 przyniosła kiedyś w kubku plastikowym swoje wymiociny, abym dokładnie mógł je sobie pooglądać. Idąc do mnie pozalewała pół korytarza, ale dumnie przyniosła dowód rzeczowy. Mieszanka domowego hamburgera, warzywa i do tego wypite kakao na samą myśl uruchamia już mój dorosły żołądek, a co dopiero biednego dziecka.
    Oprócz tego obóz to przede wszystkim jedna wielka ortopedia. Wieczne skręcenia, zwichnięcia, wybite palce. Bandaży zawsze potrzeba wiele. Duże ośrodki jeszcze mogłyby zaopatrzyć się w RTG - ileż mniej byłoby wizyt w pobliskim szpitalu. To kolejny ciekawy wątek, bo zdarzały się tak intensywne turnusy, że zabierałem do szpitala całą wycieczkę. Po kilku dniach znałem już każdą panią w rejestracji, lekarza na SORze i pielęgniarki. Wszyscy witali mnie słodkim uśmiechem i kąśliwym: o, znowu Pan, dziś tylko 3 dzieci? Uroki tej pracy są niesamowite.
    Mamy też dużo skaleczeń, podbitych przypadkiem oczu, poważniejsze złamania. Najpoważniejsze to złamanie otwarte zakończone rozległą operacją. Biedny młody piłkarz. Wielu też musiałem odesłać do domu, bo z gipsem trudno jest odbyć trening piłkarski.
    Przerażającym widokiem było szkło w oku. Okulistyka zawsze mnie odstraszała. Nigdy nie mogłem patrzeć na te zabiegi, a tu taka sprawa. Innym razem chłopiec z zapaleniem gruczołu Meiboma wymagał potrzymania za rękę podczas, gdy sprawne ręce doktora nakłuwały i wyciskały ropę. Cierpiałem razem z nim.
    Oczywiście trafiają się tzw. smaczki. Hitem był kleszcz w jądrze. Nieobce są nam wszy i to nawet u najstarszych dzieci. Odparzenia między udami. I przede wszystkim brak higieny dzieci. Jak już rodzic wypuszcza dziecko na obóz, to niech kilka dni wcześniej nauczy go dobrej kąpieli. Mowa tutaj oczywiście o najmłodszych. Bo swędząca pupa to często po prostu nieumyta pupa. Ale wizyta u lekarza musi być. A gdzie wychowawca?
    Ale jak już temat rodziców poruszony to trzeba się zatrzymać na dłużej. Przed każdym turnusem dostajemy listy od rodziców ze szczególnymi przypadkami dzieci. I raz dostaliśmy kilka stron A4. Dokładnie opisane jak postępować w każdej sytuacji, jak dziecko jest okropne i jak wiele nas czeka. No to spodziewamy się szatana, lucyfera, diabła. Konsylium specjalistów zebrało się i dywagujemy, co z nim zrobić, po czym przyjeżdża dziewczynka jak każda inna. Nawet nie wygląda inaczej. Fakt jest dość wygadana, trochę unika innych dzieci, ale aż taki list potrzebny i tyle uwag? Ja najbardziej się bałem, że dziecka nie można dotknąć ani zbadać, że histeria itd. Po czym okazało się, że trzeba było dać zastrzyk. Padła jedynie soczysta ‘’k****” a mnie delikatnie drgnął kącik ust. Tak, dziewczynka umiała puścić solidną wiązankę niczym jegomość dżentelmen z SORu.
    Innym razem przybywa dziewczynka (UWAGA: lat 15) i każe sobie założyć soczewki do oczu. Siadam, wstaję, chodzę, myślę. Czego ona ode mnie chce?! Powiedziałem, że to jakiś absurd i niech sobie sama zakłada bo jest już prawie dorosła. No to skończyło się telefonem do mamy i wymuszeniem, że dziecko nie umie samo zakładać soczewek, a ma bardzo poważną wadę (+10) i w okularach źle wygląda. No, jak mama każe, to proszę szeroko otworzyć oczy, żeby zmieścił się tam mój paluch. Dziewczynka przystała, że woli nosić okulary. Ale po 2 dniach znowu telefon od mamy, że dziecko źle wychodzi na zdjęciach i ona się domaga założenia soczewek. Ja się poddałem. Dziecko płacze. W końcu zamknęła się z pielęgniarką sam na sam na jakąś godzinę i nauczyła się sama je zakładać. Przyjeżdżasz na obóz jako kaleka społeczna, a wyjeżdżasz uzdrowiony.
    Należy też wspomnieć jak rodzice zabezpieczają farmakologicznie dzieci. Odbieramy wszystkie leki i wzywamy podopiecznych do gabinetu, żeby przy nas je zażywały. Średnio 20-30 osób bierze leki na obozie. Od antybiotyków, poprzez przewlekłe przyjmowanie leków p/bólowych, ziół od babki znachorki, aż po homeopatyczne cuda. Cały przekrój. A ile dzieci ma astmę! I jak poważne leki już na nie biorą... Pewien chłopiec miał jakiś problem ze skórą i przepisane "tylko" 6 maści. Wszystkich używał na raz. Wychodził z gabinetu cały wysmarowany i chlupiący w butach. Masakra. Ale stwierdziłem, że skoro inny lekarz tak kazał to nie będę się wtrącać i widocznie tak ma być. Mama każe jeść lekarstwo - rzecz święta. Ale niestety zdarzył się przypadek, że jeden ‘’dorosły” 15 latek nie oddał leków i pech chciał, że mieszkał w domku w lesie i uruchomiła mu się alergia. Z ciężką dusznością wylądował w szpitalu. A to dlatego, że nie oddał leków, a sam ich nie zażywał. Telefon od mamy: proszę ukarać dziecko. Ukarałem.
    Ale jak mówimy o karach, to warto wspomnieć historię uzdrowienia. Zobaczyłem cud na żywo. Zostałem wezwany nad jezioro, gdzie chłopak niefortunnie krzywo stanął i wygiął kolano. Silna bolesność, płacz dziecka. Mam tak z natury: wierze, że dziecko nie udaje. Jedziemy zrobić fotkę, czy wszystko w porządku. Chłopak o kulach, wciąż narzeka na ból. Ortopeda zbadał i mówi, że wszystko jest OK. A dziecko odrzuca kule, wstaje z kozetki i idzie, jak gdyby nigdy nic. Wcześniej kulejący i cierpiący nagle zdrowy. Z doktorem ortopedą zbieramy żuchwy z podłogi. Telefon do rodzica: diagnosis - ukarać. Ukarałem.
    Są też momenty, że lekarz ma prawo popływać np. kajakiem. Ale kto by się spodziewał bandy dzieciaków na środku jeziora z genialnym pomysłem, aby wywrócić doktora do wody. I to w urodziny. Na obozie, aby utrzymać porządek, stosuje się system kar i nagród. Kary intelektualne - przeczytaj i naucz się tekstu, a potem opowiedz o nim. Ja straszyłem dzieci, że jak będą niegrzeczne wobec mnie to dam im ulotki leków do nauczenia się. Kiedyś wręczyłem dzieciom 5 na raz. Wszystkie przerażone. Bliskie płaczu. Ale moje miękkie serce odpuściło im tę karę. Bo ja dobry dla tych dzieci jestem.
    A jeśli chodzi o dobroć, to zawsze wysłuchałem, wsparłem, dałem dobry lek, pyszną tabletkę i problemy nagle mijały. Taki to ze mnie uzdrowiciel i ciała, i duszy.
    Ale bywam też niedobrym doktorem. Otóż na obozach zdarza się EPIDEMIA miesiączki. Nagle jednego dnia pod gabinetem 8 dziewczyn i każda DOMAGA się zwolnienia z zajęć. Każdej odmówiłem. A przy szóstej nie wytrzymałem i stwierdziłem, że muszę przeprowadzić pełne badanie, w tym badanie ginekologiczne, żeby stwierdzić ewentualne zaburzenia uniemożliwiające udział w zajęciach. To oburzenie na twarzy i trzask drzwiami. Okazało się, że tego dnia było trochę chłodniej i niektórym nie chciało się ćwiczyć.
    Trochę z przekąsem, z ironią i sarkazmem opowiedziałem wam, co może się zdarzyć na obozie. Morał jest dość ważny. Przede wszystkim dla rodziców - nie róbcie ze swoich dzieci niepełnosprawnych. Jak mają sobie rękę złamać to niech się tak stanie. A nadmierne dmuchanie i chuchanie w niczym nie pomaga.
    Dla mnie to jedna z fajniejszych przygód. Tyle doświadczenia w tak krótkim czasie, tyle historii medycznych. Wyrzuciłem tu trochę skrajne przypadki, ale tworzą fajny obraz tego, co można na obozie zastać.
    Jak nic: tylko czekać do kolejnych wakacji!
    Newman
    Pomimo ostatnich ruchów w kierunku powiększenia grona specjalistów geriatrii w Polsce wciąż liczba lekarzy dobrze przygotowanych do opieki nad osobami w podeszłym wieku dalece odbiega od potrzeb. Co więcej, poza pozorowanymi działaniami ministerstwa zdrowia takimi jak nazwanie geriatrii dziedziną priorytetową, polski system zdrowotny w ogóle nie przyjmuje do wiadomości, że primo: opieka nad osobą starszą jest skuteczniejsza i tańsza, gdy sprawuje ją geriatra niż brygada specjalistów różnych części ciała, secundo: aby taka opieka nie była fikcją, konieczne jest tworzenie stacjonarnych oddziałów geriatrycznych i rehabilitacji geriatrycznej.
    Oszałamiająca liczba 25 rezydentur z geriatrii w skali całej Polski w ostatniej jesiennej sesji i pamiętna data 13.10.2015 roku, gdy w Szpitalu Wolskim otwarto pierwszy w Województwie Mazowieckim 36-łóżkowy Oddział Geriatryczny to tylko symbole polskiego braku przezorności. Znawcy zagadnienia trąbią o tym od lat, Najwyższa Izba Kontroli niespełna 2 lata temu alarmowała:

    Nomen omen "trąci myszką" także najnowszy spis lektur dla specjalizujących się z geriatrii, gdzie wiodące pozycja takie jak Geriatria - wybrane zagadnienia Galusa, Geriatria z elementami gerontologii ogólnej Grodzickiego, Choroby wieku podeszłego Kostki czy Geriatria Roshenthala to pozycja książkowe z pierwszej dekady XXI wieku.
    Dobrze, że dostępna w Polsce jest już książka Farmakoterapia w geriatrii, (wyd. 2017, MedPharm) która kompleksowo omówiono ważne dla tej dziedziny zagadnienia:
    • przedstawiono podstawowe dane dotyczące diagnostyki oraz postępowania z osobami starszymi;
    • podano wskazania na temat prewencji, a także zalecenia pozamedyczne dotyczące odpowiedniej diety, masy ciała, fizykoterapii oraz terapii zastępczej pozwalającej na unikanie przyjmowania leków, co jest niezwykle ważne przy zapadalności osób starszych na wiele różnych chorób i polipragmazji;
    • zasadniczą część poświęcono farmakoterapii chorób typowych dla osób starszych, takich jak nagłe upadki czy osteoporoza;
    • opisano rolę farmaceuty w hospicjum i zadania medycyny paliatywnej;
    • zwrócono uwagę na atypowe objawy mogące wystąpić u osób starszych;
    • podkreślono konieczność indywidualnego traktowania starszego pacjenta.
    Źródła:
    http://www.rynekzdrowia.pl/Polityka-zdrowotna/Geriatria-zagrozona-czy-priorytetowa,168087,14.html http://www.mz.gov.pl/system-ochrony-zdrowia/kadra-medyczna-i-ksztalcenie/lekarze-i-lekarze-dentysci/komunikaty-dla-lekarzy-i-lekarzy-dentystow/na-najblizsze-jesienne-postepowanie-kwalifikacyjne-na-specjalizacje-lekarskie-1-31-pazdziernika-2016-r-minister-zdrowia-przyznal-4037-rezydentur-w-tym-1540-rezydentur-w-dziedzinach-priorytetowych/ https://www.nik.gov.pl/aktualnosci/nik-o-opiece-geriatrycznej.html http://www.medpharm.pl/home/347-farmakoterapia-w-geriatrii-9788378460763.html
    Derli
    Kontynuacja cyklu na temat pracy za zachodnią granicą. Jakie pułapki czekają na emigranta, który chce tam rozpocząć karierę medyczną? Dużo praktycznych porad, informacje i ciekawostki oraz opinie o zdobywaniu specjalizacji oraz dalszej lekarskiej pracy w Niemczech. Zainteresowanych zapraszamy do dyskusji na forum!
     
    Krok Trzeci: Fachsprachenprüfung
    Fachsprachenprüfung jest dla każdego lekarza decydującego się na pracę w Niemczech dużym wyzwaniem i przeżyciem kosztującym dużo stresu. Jak się do niego przygotować, aby zdać go za pierwszym razem? Czym różni się Berufserlaubnis od Approbation? To główne pytania, na które szybko musisz poznać odpowiedź. 
    Aby móc przystąpić do egzaminu należy przesłać do Izby Lekarskiej wszystkie wymagane dokumenty (dokumenty muszą być przetłumaczone przez tłumacza przysięgłego!). Często Izba Lekarska wymaga, aby przedstawić również zaświadczenie ze szpitala, w którym będziemy pracować, że faktycznie chce zaoferować nam pracę. Zgromadzenie (i przetłumaczenie!) wszystkich wymaganych dokumentów jest czasochłonne i niestety również kosztuje. Warto dokładnie zorientować się czego oczekuje od nas dana Izba Lekarska. Najprawdopodobniej będzie to Prawo Wykonywania Zawodu, certyfikat językowy, życiorys, skrócony akt urodzenia, dyplom ukończenia studiów oraz suplement do dyplomu, zaświadczenia z polskiej Izby Lekarskiej potrzebne do wyjazdu do UE (czas oczekiwania to około 2 tygodnie, koszt około 100 zł*; warto pamiętać, że zaświadczenie dotyczące postawy etycznej lekarza wydawane z Izby jest ważne przez określony czas!), zaświadczenie o niekaralności (50 zł), zaświadczenie o zdanym egzaminie LEK, zaświadczenie od lekarza o braku przeciwwskazań do podjęcia pracy.
    Jak wygląda egzamin i jak się do niego przygotować? Na egzaminie będzie sprawdzana tylko nasza znajomość medycznego języka niemieckiego, a więc nie ma możliwości niezdania go przez brak wiedzy medycznej, postawienie złej diagnozy lub zaproponowania niewłaściwych badań.
    Egzamin składa się z trzech części i trwa około 2 godzin. Na początku mamy chwilę na przygotowanie się, dostajemy krótką informację o pacjencie, z którym będziemy rozmawiać oraz o zabiegu, który będziemy musieli mu wytłumaczyć. Pierwsza część egzaminu to wywiad z pacjentem i trwa ona 20 minut. Warto pamiętać, żeby zacząć od przedstawienia się (kim jesteśmy i jaką funkcję pełnimy w szpitalu), a następnie dokładnie wypytać się o wszystkie dolegliwości oraz choroby towarzyszące. Nasze wysiłki będą obserwowane przez komisję, która będzie składała się z trzech osób. Pytań warto nauczyć się na pamięć i to mniej więcej w stałej kolejności, żeby w stresie o niczym nie zapomnieć. 
    Następnym etapem, również trwającym 20 minut, jest rozmowa z ordynatorem, podczas której będziemy musieli opisać pacjenta innemu lekarzowi oraz zaproponować dalsze postępowanie. Tutaj musimy wykazać się znajomością terminów medycznych, w przeciwieństwie do części poprzedniej, w której powinniśmy posługiwać się językiem zrozumiałym dla laika (np. Diabetes mellitus zamiast Zuckerkrankheit, czy Tachykardie zamiast Herzrasen). 
    Na sam koniec będziemy musieli napisać Arztbrief. Również w tym przypadku będziemy mieli 20 minut. Podczas hospitacji warto dokładnie przyjrzeć się jak taki list powinien wyglądać, nauczyć się używanych zwrotów oraz schematu. Należy pamiętać o napisaniu diagnozy, opisaniu pacjenta, opisaniu przeprowadzonych badań lub zabiegów oraz zaleceń, które powinny być przestrzegane po wyjściu ze szpitala. 
    Do egzaminu naprawdę należy się przyłożyć! Po pierwsze czeka się na niego długo, a po drugie koszt przystąpienia do Fachsprachenprüfung to 350 euro.
    Jeżeli uda nam się zdać egzamin to wraz z gratulacjami dostaniemy Approbation. Jeżeli komisja uzna, że nasza znajomość języka niemieckiego jest jeszcze niewystarczająca, otrzymamy Berufserlaubnis, a w przypadku, gdy nie odezwiemy się ani słowem wrócimy do domu z pustymi rękami. Czym różni się aprobacja od pozwolenia na pracę? Dokumenty te różnią się znacznie, mimo że oba pozwalają nam na podjęcie pracy lekarza na terenie Niemiec. Approbation jest ważne na całe DE przez okres nieokreślony, natomiast Berufserlaubnis pozwala nam na pracę tylko w danym Landzie, w którym przystępowaliśmy do egzaminu. Z pozwoleniem na pracę możemy pracować przez rok, a następnie musimy podejść do egzaminu jeszcze raz.
    * Od 18 stycznia 2016 r. za każde zaświadczenie związane z procedurą uznawania kwalifikacji zawodowych wydawane przez okręgową radę lekarską pobierana jest opłata w wysokości 3% minimalnego wynagrodzenia za pracę obowiązującego w roku wydania zaświadczenia (minimalne wynagrodzenie za pracę w 2016r. wynosi 1850 zł).
    eMCe71
    Nie potrafię zrozumieć notorycznego umieszczania zdjęć swoich dzieci w portalach społecznościowych. Na co dzień spędzam z dziećmi bardzo dużo czasu i lubię je, żeby nie powiedzieć uwielbiam. Po ludzku jednak bardzo zastanawia mnie przelewanie tak dużej i ważnej części swojego życia do sieci zamiast po prostu je przeżywać. Chciałbym pobudzić do dyskusji, a poniżej przedstawić kilka materiałów do lektury. Nie oceniam, dociekam.
    Mam niemal wrażenie, że część mam - bo z moich obserwacji, to one głównie są autorkami - umieszczają na facebooku każde kolejne zdarzenie z życia dziecka. Śpi, obudziło się, nie jednak śpi, siada, wspina się na szczebelki, jest karmione piersią, trzyma chlebek, ma kaszel, ma katar, ma znów kaszel, oj... ciągle jesteśmy chorzy, o.. już zdrowi, idziemy na spacer z nowymi rękawiczkami, nie jednak ma katar, zostajemy w domu i tak w kółko. To są rzeczy, których się doświadcza i w zależności od zdarzenia mniej lub bardziej się je przeżywa, ale czy na pewno trzeba na facebooku?
    Czy jeśli tak nas ucieszyło, że dziecko postawiło pierwsze kroki to nie lepiej przypatrzeć się temu, dobrze zapamiętać i cieszyć się chwilą zamiast szukać telefonu i "postować na wallu"? Tu także takie moje ogólne spostrzeżenie - idziemy na koncert, na jakąś galę, wydarzenie i wszyscy wyciągają aparaty żeby narobić masę zdjęć. A czy to nie chodzi o to by ten moment w pełni przeżyć a nie od razu się nim dzielić? Jadę na wakacje, staje w pięknym miejscu, obserwuje je, chcę się nacieszyć ale od razu słyszę "stańcie o tu razem koło siebie to Wam zdjęcie zrobie", "jeszcze jedno, tylko Ty kucnij". Wg mnie tu chodzi o jakiś rozsądek, umiejętność wypośrodkowania na ile chcemy moment przeżywać, a na ile potrzebujemy go uwieczniać (tylko czy my uwieczniamy moment w takim wypadku czy tylko scenerię i wzajemne ustawienie?) i dzielić się nim.
    Czy wklejanie zdjęć dzieci na facebooka może być groźne? W sieci krąży wiele artykułów traktujących na ten temat i kwestię jaką się bardzo często podnosi to bezpieczeństwo danych osobowych i wola naszych dzieci [1][2][3]. Czy ja chciałbym aby moi znajomi z pracy zobaczyli na profilu mojej mamy zdjęcie (i komentarze) jak w pieluszce stawiam pierwsze kroki? Nie miałbym z tym raczej problemu, ale już przeżywanie (w tym fotograficzne) trudów odstawiania mnie od piersi byłoby pewnie trochę krępujące. Inną jednak, dużo poważniejszą kwestią jest to jak nasze dane w przyszlości mogą zostać użyte. Jak potoczy się rozwój social mediów i jakie dane będą udostępniane szerokiemu ogółowi w przyszłości? Czy zdarzało Wam się przeglądać czyjś profil przed pierwszym spotkaniem aby wiedzieć kogo można się spodziewać i jak się przygotować? Czy podobnie może zachować się Wasz potencjalny pracodawca lub kredytodawca?[4] Jakkolwiek to może momentami abstrakcja, ale skąd mamy mieć pewność, w którą stronę "pójdzie świat"? Po co prowokować? Proszę zobaczcie, jak nieszczęśliwie już, pewne zachowania potrafiły sprowokować [5 - Ranker.com]
    W jakim celu umieszczamy zdjęcia dzieci na facebooku? [6] Czy umieszczając je zaspokajamy jakieś swoje potrzeby? Czy do takich zachowań predysponowane są osoby o pewnych osobowościach?
    Zapraszam do dyskusji i przemyśleń!
    lek. Mateusz Palczewski, specjalizant chirurgii dziecięcej
    Kot
    Jestem najszczęśliwszym człowiekiem na świecie!
    Niedawno miałem swój ostatni w życiu (miejmy nadzieję) dyżur w Nocnej i Świątecznej Opiece Zdrowotnej. To bardzo cenne doświadczenie z zakresu medycyny kaszelkowo-katarkowej oraz drobnej pediatrii - uważam, że każdy lekarz powinien nauczyć się diagnozować podstawowe jednostki chorobowe takie jak zakażenia gardła, zatok czy uszu.
    Te kilka lat spędzonych w NPL to doświadczenie totalnie rujnujące psychikę młodego anestezjologa, który widzi ewidentny rozdźwięk pomiędzy kalibrem problemów pacjentów zgłaszających się z przeziębieniem "Doktorze mam 37,8 i kaszlę! Umieram!" a pacjentów leżących i faktycznie umierających na intensywnej terapii. Pomimo wszelkich starań nie udało mi się wykrzesać z siebie nawet najmniejszej ilości zrozumienia i współczucia dla "ciężko chorych" bywalców NPL. Może dlatego, że prawdziwy dramat to dla mnie los matki trójki dzieci, u której po krwotoku z pękniętego tętniaka trzeba stwierdzić śmierć mózgu?
    Mimo krótkiego stażu w medycynie udało mi się rozwinąć dziwną umiejętność przeczuwania jak ma wyglądać najbliższy dyżur. Jest to coś na podobieństwo bólu krzyża, który męczy wilka morskiego przed załamaniem pogody. Trudno jest mi zdefiniować jak wygląda to przeczucie. Po prostu jadąc na niektóre dyżury wiem, że z góry będę miał przerąbane.
    Tak było przed moim ostatnim dyżurem w NPL. Nie myliłem się.
    Poszedłem tam z nastawieniem, że cokolwiek się nie zdarzy to już właściwie mnie nie dotyczy. W końcu przyniosłem wymówienie i już więcej nie będzie żadnych tłumaczeń, odpowiadania na idiotyczne skargi, tłumaczenia przeróżnym dziwnym ludziom rzeczy oczywistych. Mogę w końcu na luzie odwalić całą robotę i iść do domu zatrzaskując za sobą drzwi z hukiem.
    Przywitał mnie tłum na korytarzu. Rzecz rzadko spotykana w tym małym NPLu. Pierwszych dwudziestu pacjentów udało mi się przyjąć bez żadnych zawirowań. 90% rozpoznań to J00 i J06 (wtajemniczeni wiedzą o co chodzi. Potem były schody.
    O 21:00 telefon od spanikowanej mamusi: ma dwie córki 12 i 7 lat. Jedna leczona amoksycyliną z kwasem klawulanowym na zapalenie gardła a druga cefuroksymem na zapalenie oskrzeli. Dwunastolatka zjadła antybiotyk siedmiolatki. "Co może jej się stać?!" - pyta przerażona matka. "W najgorszym razie biegunka" - odpowiadam. "Biegunkę to już ma od 2 dni" - słyszę w słuchawce. Kryzys zażegnany.
    O 23:30 wielka kumulacja. Przychodzi czteroosobowa rodzina. Wszyscy mają katar, wszyscy od kilku dni. U lekarza rodzinnego nie byli. "Więc jak to było? - pytam głowę rodziny. "Oglądaliście sobie Kevina samego w domu i nagle wpadliście na pomysł, żeby o 23:00 razem przyjść do NPL?". Pan - głowa rodziny się śmieje. Głowa opada mi na biurko. Zazdroszczę dobrego humoru....
    2:00 dzwoni pani. Zgłasza, że jej mama w wieku 88 lat ma gorączkę, ciężko i szybko oddycha i nie można się z nią dogadać. Kilka pytań i upewniam się, że staruszka ma duszność i zaburzenia świadomości. Pani dzwoniła już na pogotowie, ale dyspozytor odmówił wysłania karetki. Każę natychmiast wezwać pogotowie. Za 15 minut dzwoni dyspozytorka i wydziera się do słuchawki. Grzecznie wyjaśniam, że NPL nie jeździ do pacjentów z dusznością i sugeruję sumienne zbieranie wywiadu. To kolejny podobny przypadek - pogotowie w tym rejonie często próbuje "dysponować" lekarza NPL do chorych, żeby sprawdził czy nie trzeba karetki pogotowia. I w 9 na 10 przypadków okazuje się, że pacjent jest chory i wymaga interwencji pogotowia ratunkowego. Tymczasem zegar tyka, a czas do uzyskania fachowej pomocy upływa nieubłaganie.
    3:30 przychodzi pacjentka z mężem. Od 3 dni ma katar, ale stwierdziła, że to będzie najlepsza pora na wizytę u lekarza. Co więcej, pani żąda żebym do jutra ją wyleczył bo ma pogrzeb i musi być w formie. Przecież jest zbyt chora, żeby rano czekać w kolejce po numerek do lekarza rodzinnego! Żąda natychmiastowej pomocy! LUDZIE! LITOŚCI!
    4:15 dzwoni pacjentka - lat 75. Miała już zawał serca, od 2 godzin boli ją w klatce piersiowej i nie może spać. Zalecam niezwłocznie wezwać pogotowie ratunkowe.
    8:00 koniec dyżuru. Zamykam kram.
    Zdarzenia tej nocy sprawiły, że wychodząc rano do domu wyzbyłem się wszelkiej tęsknoty za powrotem.
    Nigdy w życiu Nocnej Prostytucji Lekarskiej!
    ***
    Zobacz poprzednie artykuły z serii Świro-lotek:
    Świro-lotek: Kleszcz!
    Świro-lotek: Co za typy!
    Świro-lotek: W mordę dać czy skargę napisać?
    Świro-lotek: Seks-wypadek (dramat w jednym akcie)
    Świro-lotek: Mega Kumulacja!
    Świro-lotek: Piję, więc jestem!
    Świro-lotek: Łapówka czyli jak przekupić doktora
    Świro-lotek: SURSUM CORDA!
    Świro-lotek: "Dobry" tata
    Świro-lotek: "Nagłe pogorszenie"
    Świro-lotek: "NPL lekiem na całe zło świata"
    inkalekarka
    Interna - królowa medycyny… Czy aby na pewno?
    Zaczynając przygodę z interną na studiach najpierw uczymy się badać pacjentów, potem poznajemy „małego” i „dużego” Szczeklika, czyli „biblię internistów”, uczymy się różnych chorób, przechodząc przez różne działy interny czyli różne specjalizacje szczegółowe, na których oglądamy pacjentów z danymi jednostkami chorobowymi . Jedni wolą gastroenterologię, inni kardiologię, a jeszcze inni panicznie boją się profesora ścigającego za zbyt krótkie rękawy fartuchów albo niedopięty fartuch u studentów. Każdy ma jakieś lepsze czy gorsze wspomnienia z 4 i 5 roku studiów, czyli czasu interny.
    A potem przychodzi czas wyboru specjalizacji. W związku z wprowadzeniem systemu modułowego kształcenia większość wybiera od razu specjalizację szczegółową, trochę według mnie zamykając się od razu w danej wąskiej dziedzinie, zapominając o pięknie interny jako całości. Ale wynika też to po części z tego, że większość lekarzy kończąc studia zostaje w dużych ośrodkach akademickich, gdzie prawdziwej interny szukać można ze świeczką - gdzie się nie rozejrzeć tylko wysoko specjalistyczne oddziały, kliniki. Dopiero wyjeżdżając na przysłowiową prowincję mamy według mnie szansę zobaczyć internę w całej okazałości. I co widzimy?
    Cały przekrój pacjentów - m.in. wszystkich tych, których nie chcą specjalistyczne oddziały. Mamy zapalenia płuc, bo na pulmonologii ciągle brakuje miejsc, mamy zdekompensowane niewydolności krążenia, których nie chce kardiologia, mamy diagnostykę stanów podejrzanych o nowotwory i rozsiane nowotwory, którym pomagamy odejść, bo w hospicjum dyrektor zmniejszył liczbę miejsc o połowę, mamy starszych pacjentów, których nie chcą rodzinny albo którzy nie mają rodziny, odleżyny, których nie chce chirurgia, do tego rozchwiane nadciśnienie tętnicze, cukrzyca, diagnostykę bólu brzucha, spadku masy ciała, niedokrwistości, gorączek, zawrotów głowy, omdleń, plus wiele wiele innych… Jednym słowem prawie wszystko, co w medycynie jesteśmy w stanie sobie wyobrazić.
    Ma to swoje plusy i minusy. Zasadniczym plusem jest nauka praktycznie całej interny, nabranie doświadczenia, bo edukacja to nie tylko książki, ale też pacjent, z konkretnymi problemami, dolegliwościami, a do tego starsi koledzy, którzy w każdej chwili służą nam pomocą, kiedy pojawia się jakieś nowe „wyzwanie”. Ale to też przeciążenie pracą, bo jak pisałam wcześniej mało kto wybiera specjalizację z interny na prowincji. Kończy się to prawie ciągłym obłożeniem 90-100% łóżek, przy prawie zawsze niepełnym składzie lekarskim - zawsze ktoś jest na stażu do specjalizacji, na urlopie, zwolnieniu. A przeciążenie pracą to też przeciążenie stresem, bo prowadzenie kilku-kilkunastu pacjentów w ciężkich stanach to poważne obciążenie, szczególnie dla młodego lekarza w tracie specjalizacji. Do tego dochodzą jeszcze ciężkie dyżury, których mamy minimum 5-6 w miesiącu, co daje zwykle około 250 godzin pracy w miesiącu. Nie mówiąc o pracach dodatkowych. 
    Dlaczego jednak ludzie wybierają internę? Według mnie  lekarze wybierający specjalizację dzielą się na dwa podstawowe typy - zabiegowców i teoretyków (czyli interna, neurologia, medycyna rodzinna, psychiatria). Zabiegowcy to typ człowieka z układem nagrody natychmiastowej: wykonuje jakiś zabieg, od razu widzi efekt - nagroda pojawia się natychmiast w postaci dobrze wykonanej pracy. Teoretycy, głównie właśnie interniści, to typ nagrody odroczonej - włączają różne leki, i czekają aż zaczną one działać, efekt nie pojawia się natychmiast (poza oczywiście ciężkimi stanami, ale efekt ten zwykle jest krótkotrwały, więc i tak potrzebne jest nasze długofalowe działanie). Wiąże się to też od razu z naszym największym problemem i powodem frustracji. U zabiegowców większość efektu końcowego zależy od nich samych, w naszych działaniach, szczególnie tych poszpitalnych, wszystko zależy od pracy samego pacjenta, czyli mojego ulubionego określenia „compliance” tłumaczonego jako przestrzeganie zaleceń terapeutycznych.  Możemy oczywiście próbować dotrzeć do pacjenta, wytłumaczyć mu wszystkie plusy i minusy, zagrożenia, skutki jego i naszych działań, możemy edukować, przekonywać, a potem i tak wracają do nas ci sami pacjenci, z tymi samymi problemami co ostatnio.
    Ale jest to też wyzwanie warte podjęcia, próba dotarcia do swoich pacjentów, i radość, kiedy spotyka się ich potem na ulicy czy gdziekolwiek indziej i widzi ich uśmiechy, jako wyraz dobrego samopoczucia. Interna to też taka gałąź medycyny, gdzie w związku z dłuższym przebywaniem pacjentów na oddziale możemy ich lepiej poznać, a przez to móc lepiej im pomóc, bo nie zawsze pierwsza wizyta i pierwszy wywiad przeprowadzony z pacjentem da nam odpowiedź na wszystkie pytania. Interna to też niełatwe zadanie pomocy ludziom w ich ostatnich dniach, godzinach, kiedy już  nic nie da się zrobić, a trzeba po prostu być, zwalczyć ból, czy inne niepokojące pacjenta objawy. I chociaż to trudne chwile, dają pewien rodzaj satysfakcji z pomocy. 
    Na koniec jeszcze spojrzenie na internę z perspektywy zwykłego Kowalskiego:
    - Jaką robisz specjalizację?
    - Internę.
    - Eeee….? Czyli jesteś takim zwykłym lekarzem?
    - Nie, pracuję w szpitalu na Oddziale Chorób Wewnętrznych i zajmuje się większości najcięższymi stanami, no poza zawałami, udarami i operacjami ?  
    - Aha. A kiedy będziesz jakimś specjalistą?
    -……
    Mimo wszystkich minusów, o których wspomniałam, nie zmieniłabym mojej specjalizacji na żadną inną.
    MedFor.me
    Święta, święta i po świętach. Przedświąteczny okres, kończący się rok, pierwszy przepracowany jako lekarz kwartał: ostatnimi czasy miałem mnóstwo okazji do refleksji. Święta się skończyły, elfy wróciły do wioski Mikołaja, więc pomyślałem, że można już wyłożyć kawę na ławę bez posądzenia o bycie jak Grinch.
    By być medykiem w tym kraju, trzeba chyba być masochistą. Istnieje jeszcze opcja traktowania pracy jako oryginalnego hobby, ale wymaga to spełnienia dwóch warunków:
    A ) Trzeba mieć naprawdę spaczony gust
    B ) Inne źródło utrzymania
    Jestem lekarzem, więc w tym wpisie oceniam otaczający świat na podstawie mojej grupy zawodowej, ale obraz jest zbieżny chyba dla każdego medyka bez względu na profesję. Wiele sprzeczności tkwi w postrzeganiu lekarzy przez społeczeństwo, a dzisiaj zajmę się rozliczeniem kilku dość powszechnych mitów w świadomości ogółu.
    Mit 1: Ciepła posadka w budżetówce
    Bardzo często spotykam się z przeświadczeniem, iż lekarze to pracownicy tak zwanej budżetówki, a co za tym idzie nasza praca jest pewna, a nam przysługuje mnóstwo bonusów.
    Tak. Większość szpitali jest prowadzona przez samorządy. Tak. Część pracowników ma pensje ustalone ustawowo. Ale nie mamy zagwarantowanych „trzynastek” ani darmowych leków. Spotkałem się wielokrotnie z opinią, że górnicy mają deputaty węgla, a lekarze darmowe leki - może kiedyś tak było (tego nie wiem), ale teraz tak nie jest. Kwestia paczek/premii świątecznych jest mocno zróżnicowana, bo są szpitale, które takie świadczenia przewidują, ale również wiele, w których nie może być o tym mowy. Szpitale jako podmioty samorządowe (lub prywatne, ale o dość licznej załodze) na ogół muszą prowadzić fundusz socjalny, ale ujemne wyniki finansowe często prowadzą do albo dość specyficznej konstrukcji regulaminu lub nieprawidłowości w jego prowadzeniu. W ramach funduszu można starać się o dofinansowanie tylko wczasów i biletów na imprezy kulturalne, ale dyrektor może udzielić decyzji odmownej bez uzasadnienia, a jego decyzja jest ostateczna [sic!]).
    W tym momencie zajmijmy się wątkiem bezpieczeństwa i stabilności pracy. Wbrew pozorom praca w publicznych podmiotach wcale nie jest gwarantem jej przebiegu lege artis. Nieprawidłowości w zakresie przestrzegania prawa pracy są powszechną zmorą szkoleń specjalizacyjnych.
    Jakiś czas temu dość głośno było o rezydentce z Białegostoku, którą szpital próbował zmusić do pełnienia dyżurów za stawkę 1zł/h. Bezsprzecznie stawka ta jest horrendalnie niska, ale warto również zauważyć, iż zgodnie z kodeksem pracy niedozwolone jest zawieranie dodatkowych umów cywilno-prawnych na ten sam zakres obowiązków. Wiele szpitali potrąca od pensji okres obowiązkowego odpoczynku po dyżurze (prawo wymaga 11 godzin nieprzerwanego wypoczynku) pomimo iż czas ten jest opłacany ze środków budżetowych. Tuż przed świętami jeden ze szpitali na południu Polski zażądał od nowo przyjętych rezydentów podpisania aneksu do umowy, w którym zobowiążą się do pełnienia wolontariatu w postaci świadczenia usług medycznych na rzecz społeczności lokalnej, jeśli zaistnieje taka konieczność. Oczywiście bez jakiegokolwiek zdefiniowania ów stanu konieczności.
    Jako wisienkę na torcie chciałbym zaznaczyć istnienie ogromnej presji ze strony kadry zarządzającej, by lekarzy zatrudniać jako podwykonawców, a zatem jako zewnętrzne firmy. Jak to się ma do pracy w urzędzie czy szkole?
    Mit 2: Kończąc studia zostaje się kardiologiem/neurologiem/chirurgiem…
    Po ukończeniu studiów lekarz jest dopiero w połowie drogi do zdobycia w/w tytułu. Po 6 latach nauki następuje staż podyplomowy (na którym można ordynować leki pacjentom, ale już nie samemu sobie [sic!]), a następnie żmudny okres specjalizacji. Wg danych Naczelnej Izby Lekarskiej średni wiek osiągnięcia tytułu specjalisty to blisko 38 lat!
    Mit 3: Dopiero specjalista leczy, wcześniejszy okres to tylko przyglądanie się
    Według aktualnego porządku prawnego już stażysta jest uprawniony (po konsultacji w niektórych przypadkach) do badania pacjentów, prowadzenia dokumentacji, wydawania zleceń, wystawiania recept i zaświadczeń czy stwierdzania zgonu. Lekarz po stażu, niezależnie od tego czy rozpocznie proces specjalizacji czy nie, jest pełnoprawnym lekarzem, którego zakres działalności ogranicza jedynie jego własna wiedza i doświadczenie.
    Mit 4: Lekarze ukrywają przed światem swoje zarobki, ponieważ są kolosalne
    Duża cześć niechętnie mówi o swoich zarobkach, ale dzieję się tak, ponieważ są one... wstydliwie niskie. Od lat następuje sukcesywna pauperyzacja naszego zawodu, jednak na skutek milczenia wyobrażenia społeczne (osób zarówno niezwiązanych medycyną, jak również tych pracujących w szeroko rozumianej branży) na temat naszych zarobków są wybujałe. Przez 3 miesiące praktyki dostrzegłem, że w moim miejscu pracy nikt nic nie wie o innych! Lekarze myślą ze zarabiają lepiej niż pozostali pracownicy, inni ostro przeszacowują pensje lekarzy, a jedyne co wszystkich łączy to niezadowolenie i frustracja. Kilka razy zdarzyło mi się zabawić w "mini quiz" z pacjentami czy przedstawicielami farmaceutycznymi - za każdym razem moja pensja była przeszacowana 2-3 razy. Kuriozalna była dla mnie sytuacja, w której panie z kadr powiedziały mi: „Wie Pan jak u nas dobrze płacą? - Rezydent to ma tyle co specjalista”. Siatka płac dla starszego asystenta (lekarza specjalisty) przewiduje 3200 zł brutto, a więc prawie tyle ile wynosi wynagrodzenie rezydenta w ciągu 2 pierwszych lat, a mniej niż jego pensja po jednokrotnym wzroście. Zaskakujące było też dla mnie podkreślenie tego „u nas”. Wszak stawki rezydentur są jednakowe dla całego kraju.
    Od 1 stycznia 2017 lekarze stażyści są najsłabiej zarabiającą grupą zawodową w Polsce. Pensja lekarza stażysty wynosi 2007 zł brutto, a pensja minimalna 2000zł. Wydawałoby się, że poprzednie zdanie jest fałszywe, jednak nie należy zapominać, iż na lekarzu ciąży obowiązek uiszczenia składki członkowskiej do OIL. Stażyści płacą co prawdą preferencyjną składkę w wysokości 10 zł (zamiast 60 zł) jednak jest to kwota na tyle wysoka, iż obniża ona pensję poniżej minimalnej. Według danych GUS dominanta zarobków lekarzy wypada poniżej przeciętnego wynagrodzenia w Polsce, a średnia pensja (dla umowy 1/1 etatu) ciut powyżej przeciętnego wynagrodzenia. Lekarze nie są najsłabiej zarabiającym zawodem, ale stwierdzenie, że zarabiają kilkakrotnie więcej niż przeciętny Polak jest fałszywe.
    Nowy rok przynosi podwyżki w jednej ze znanych sieci handlowych (meble, wykończenia), gdzie pensja minimalna wyniesie tam nie mniej niż 20 zł brutto za godzinę, a to więcej niż obecna stawka lekarza rezydenta. W niczym nie chcę umniejszać pracowników supermarketu czy centrum meblowego (sam kiedyś pracowałem w podobnym charakterze). Rodzi to pytanie o to, czy warto brać na siebie odpowiedzialność za ludzkie życie, kiedy podobny (lub wyższy) standard egzystencji można zapewnić sobie przez wiele innych zajęć o niższym poziomie ryzyka...
    Mit 5: Lekarze chcą zarabiać tyle, co na Zachodzie nie bacząc na to, że w Polsce każdy zarabia słabo
    Takie stwierdzenia pojawiają się bardzo często w reakcji na obecne działania kadr medycznych (dwie wielkie manifestacje, przygotowanie obywatelskiego projektu ustawy). Nie jest to jednak prawda. Postulowany przez lekarzy wskaźnik 2 i 3 średnich krajowych po pierwsze nie jest postulatem nowym (jest to postulat NRL z 2006 roku, kiedy to jej prezesem był obecny minister Konstanty Radziwiłł), a po drugie poziom ten jest zbliżony do proporcji jakie występują w innych państwach regionu. Od kilku lat czescy lekarze specjaliści mają ustawową gwarancję, iż ich pensja nie może być niższa od poziomu 3 średnich (a od stycznia 2017 planowana jest podwyżka o 10%). Słowaccy lekarze również mają ustawowe gwarancje.
    Wielu Polaków wyemigrowało do Wielkiej Brytanii, wielu założyło tam rodziny, otworzyło firmy, system prawny jest uznawany za prosty i przyjazny. Polscy lekarze nie żądają zarobków równych tym jakie otrzymaliby na wyspach. Postulują jedynie podobną proporcję do zarobków przeciętnych.
    Według danych statystycznych średnia pensja w UK wynosi około 2300 funtów miesięcznie. NHS podaje, że podstawowa pensja dla specjalisty wynosi pomiędzy 76 a 102,5 tysięcy funtów rocznie. Przyjmijmy do obliczeń dolną kwotę 76 tysięcy: to około 6333 funtów miesięcznie a wiec pensja 2,75 razy więcej niż przeciętna.
    Myślę że na dziś już wystarczy, za jakiś czas postaram się odnieść do kilku innych powszechnych, aczkolwiek błędnych przeświadczeń. Mówi się że „u sąsiada trawa zawsze jest bardziej zielona”. Ja tym wpisem starałem się obnażyć kilka mankamentów „mojego trawnika” byście mogli ocenić jego prawdziwą barwę.
    Z chęcią odpowiem na Wasze pytania - piszcie je w komentarzach...
    Na zakończenie życzę Wam wszystkiego co najlepsze w Nowym Roku 2017.
    Lek. Mateusz Latek
    Derli
    Kontynuacja cyklu na temat pracy za zachodnią granicą, którego pierwsza część wzbudziła spore zainteresowanie. Nie zaskakuje to w kontekście podejścia do pracy lekarzy w Polsce. Dużo praktycznych porad, informacje i ciekawostki oraz opinie o zdobywaniu specjalizacji oraz dalszej lekarskiej pracy w Niemczech. Zainteresowanych zapraszamy do dyskusji na forum!
     
    Krok Drugi: Hospitacja
    Aby rozpocząć pracę w Niemczech będziemy potrzebowali przynajmniej pozwolenia na pracę (Berufserlaubnis), chociaż najbardziej pożądana jest aprobacja. Aby ją otrzymać będziemy musieli złożyć odpowiednie dokumenty do Izby Lekarskiej znajdującej się w Landzie, w którym zamierzamy podjąć pracę, a następnie zdać egzamin (Fachsprachenprüfung), który potwierdzi naszą znajomość języka. Czas oczekiwania na termin egzaminu jest różny, ale najczęściej wynosi około 1 miesiąca. Czy możemy pracować w niemieckim szpitalu bez wyżej wymienionych dokumentów? Możemy. Jednak nie będziemy pełnoprawnymi lekarzami, a jedynie Hospitantami. Większość szpitali przed podpisaniem z nami umowy zaprosi nas na tak zwaną hospitację, podczas której będziemy mogli obserwować funkcjonowanie placówki, a jednocześnie my sami będziemy bacznie monitorowani przez, być może, przyszłych współpracowników. Niektóre szpitale oferują drobne wynagrodzenia w zamian za naszą pracę (ok. 100 euro tygodniowo), jednak może się też okazać, że będziemy musieli uzbroić się w cierpliwość i przez okres hospitacji liczyć na wsparcie finansowe kogoś innego.
    Jak zachowywać się w czasie hospitacji? Tutaj nie ma reguły (jeżeli znamy kogoś kto obywał już hospitację w danym szpitalu powinniśmy wyciągnąć z niego jak najwięcej informacji!). Na pewno należy się starać i nie traktować tego jak wycieczki krajoznawczej. Nasze zaangażowanie w najdrobniejsze nawet zadania na pewno zostanie docenione. W tym okresie dla osoby, która będzie decydowała o naszym "być albo nie być" (jest to Chefarzt naszego oddziału), będzie istotne jak dogadujemy się z innymi lekarzami, jak odnosimy się do pacjentów. Niemcy bardzo dużą uwagę zwracają na punktualność (warto pamiętać, że praca w niemieckim szpitalu zaczyna się o godzinie 7 rano). Należy pamiętać o przywitaniu się z każdym mijanym przez nas pracownikiem szpitala- przechodzenie obok nieznajomych osób w milczeniu (co jest zupełnie naturalne w Polsce) w Niemczech odbierane jest jako nieeleganckie i gburowate. 
    Okres hospitacji należy wykorzystać najlepiej jak się da. Warto pamiętać, że do obowiązków niemieckiego lekarza należy również pobieranie krwi, robienie zastrzyków oraz zakładanie wenflonów na oddziale, dlatego podczas hospitacji  należy opanować te czynności. 
    Jeżeli udało nam się znaleźć pracę, mimo że nie posiadamy jeszcze certyfikatu językowego (w zależności od Landu będziemy potrzebować Goethe-Zertifikat B2 lub C1) to należy uporać się z tym do momentu zakończenia hospitacji (certyfikat jest wymagany, aby podejść do Fachsprachenprüfung).
    Pod koniec tego próbnego okresu zostaniemy zaproszeni na rozmowę z Chefarztem i dowiemy się jaką decyzję podjął. Jeżeli usłyszymy nie- nie jest to wcale sygnał, że się nie nadajemy, a jedynie, że powinniśmy szukać dalej. Jeżeli usłyszymy tak- musimy uzbroić się jeszcze w odrobinę cierpliwości i zacząć przygotowywać się do zdania egzaminu Fachsprachenprüfung.