MINI-KONKURS - KLIKNIJ!

  • surowy
    Przekonałem się o tym na wakacjach: Lekarzem nie przestajesz być nigdy. Służysz zawsze. Jak ksiądz. Wierny do końca. Nie od 8 do 16, nie od poniedziałku do piątku, ale ZAWSZE. Prof. Religa mówił, że lekarzem nie przestajesz być nigdy, inaczej zmień swój fach. Ale dziś nie o filozofii życia, ale o tym, że swoje lekarskie obowiązki pełnimy przez całe życie, bez względu na sytuację.
    W czasie studiów i to na wakacjach, zgodnie z zasadą "biedny student - bogate wakacje" zdarzył mi się mój pierwszy raz... Nie ten, o którym większość myśli, ale ów, na który niejeden lekarz musi czekać do czasu swojego pierwszego trudnego dyżuru. Zdarzyło mi się to dużo wcześniej. Jak to ze współczesną młodzieżą bywa...
    Zamek, słońce, czerwiec, upał jakieś 38-39 stopni. Z dwiema koleżankami na dziedzińcu pewnego zamku robimy sweet focie i nagle w pobliżu turysta pada na ziemię. W głowie oczywiście myśli: "jesteś super lekarzem, turbo ratownikiem, masz wiedzę, uratujesz go, idź i zostań bohaterem". No i poszedłem.
    Stojący tłum polewa mężczyznę wodą. Fakt - moja pierwsza myśl: to zwykłe omdlenie przy takiej temperaturze. Może jakieś drgawki... Ale zgodnie ze sztuką podchodzę i sprawdzam oddech oraz tętno. Jako wykształcony członek służb medycznych sprawdzam wszystko za jednym zamachem, bo znam już specjalne metody. Wszak jestem po egzaminie (i to na świeżo) z medycyny ratunkowej. I wtedy wypowiedziałem pierwszy raz słowa: Zatrzymanie krążenia. Brzmiały jak watykańskie Habemus Papam. Tylko tam cieszą się i skaczą z radości. U mnie było trochę inaczej.
    Te ułamki sekund, kiedy w sercu wakacji i wypoczynku nagle podejmujesz walkę o ludzkie życie. Co masz w głowie za pierwszym razem? To jakaś masakra. Pustka i miliony myśli: Co robić? Algorytmy w głowie, ale co z tego. To już nie manekin, a żywy pacjent. Nie ma nade mną lekarza, nie ma mentora ani kogoś, kto pomoże. Jestem sam. Odpowiedzialny. To ja podejmuje decyzje i to ode mnie zależy los naszego poszkodowanego. Niby banalne ale jak ważne. No to działamy!
    Koleżance nr 1 zlecam wezwanie pogotowia. Jest ona fizjoterapeutką, więc wie jak postępować. Niestety otrzymuję informację, że karetka dojedzie do 15 minut, bo spora odległość do zamku. Myślę sobie: bosko. Jak moje biedne, odsłonięte kolana wytrzymają tę twardą zamkową kostkę? Szybko pojawiło się silne przekrwienie i zadrapania. Ale co tam. Jestem lekarzem!
    Tłum dzieci dookoła. A ich cudowne opiekunki zamiast uchronić pociechy przed traumatycznymi widokami, stoją i patrzą jak sroki w... Może któraś ruszy się i pomoże? Pozbyliśmy się ich dopiero po chwili, ale co zostało im w głowach to już ich.
    Koleżanka nr 2 wspomaga z udrażnianiem dróg oddechowych, woła po cisnących się wkoło ludziach o więcej tlenu. Dopinguje, liczy uciśnięcia.
    A gdzie obsługa zamku? Strażnicy? Kierownicy? Ktokolwiek? W bramie, jakieś 20 metrów od nas czai się strażnik. Uchyla się, byleby go ktoś o coś nie poprosił. Przy nas nie ma szans na lenistwo. Wołamy go, aby chociaż apteczkę nam przyniósł, cokolwiek. O AED już nie wspomnę. Po chwili łaskawie donosi sprzęt. Nareszcie! Możemy prowadzić wentylację pacjenta, 30:2 nabiera sensu. Ale mięśnie mocno dają się we znaki. Trzeba się zmienić. Algorytm nie bezpodstawnie mówi o zmianach co 2 minuty. Bo moje uciśnięcia nie są już tak skuteczne. Choćbym turbo siłacza zmusił do uciskania to każdy w końcu padnie. Zatem dołączył do nas pewien mężczyzna i wspomógł swoją muskulaturą.
    Ale oczywiście nigdy nie może być za łatwo. Oto z tłumu wyłania się "specjalista medycyny ratunkowej, anestezjologii i w ogóle wszelakiej medycyny". Podnosi rękę poszkodowanego i bezwładnie puszcza na ziemię po czym stwierdza: On już nie żyje. Ja w ułamku sekundy dostaję hipertensji i drgawek, żona popada w rozpacz. Sytuację ratuje koleżanka od wentylacji - soczysta wiązanka i specjalista znachor znika w tłumie.
    No i żona. Stoi i płacze nad mężem. Niesamowicie trudna i przejmująca sytuacja. Uciskam klatkę piersiową jej męża, brak oznak życia, a ona przypatruje się i nie może nic zrobić. Ale nie ma lepszej metody w takim momencie, niż uaktywnić rodzinę i włączyć ją do jakichkolwiek działań. Skłaniam ją więc do dyskusji o stanie zdrowia męża, zbieram godnie wywiad. Wiem już, że trochę nadużywa alkoholu, że dziś też dziabnął z rana, że serce chore, że leki takie.
    Nadjeżdża karetka.
    Nie zostawiam mojego pacjenta z nimi. Przecież to mój pacjent. Ogłaszam kim jestem i że chętnie im pomogę. Strzał jeden, drugi, migotanie komór, wkłucie, płyny, intubacja. Wzywamy helikopter? Nie ma gdzie wylądować, wzywamy „S”. W między czasie dyskusja, kim jestem, co już zrobiłem, co z wywiadu już wiemy. 
    Przyjeżdża karetka z lekarzem. Dopełniają formalności, badają pacjenta, pakują i jadą.
    Organizatorka wycieczki, z którą przybył nieszczęśnik zdobyła informacje, gdzie się uczę i wysłali list z podziękowaniami. To miłe. Pacjent przeżył. Bez powikłań. Po kilku dniach wyszedł ze szpitala. A ja zostałem lekarzem.
    Ten mój pierwszy raz do późnego wieczora przeżywałem. Siedząc na balkonie z piwkiem myślałem, czy wszystko dobrze zrobiłem. Czy prawidłowo rozpoznałem NZK; czy tętno było, czy nie; czy algorytm zastosowałem jak trzeba, czy opóźniałem; czy było jeszcze coś do zrobienia? Miliony myśli, analiza minuta po minucie. Ale jest sukces.
    Są też te smutne wnioski. Co gdyby mnie tam nie było? Kto udzieliłby pomocy? Służby porządkowe, kierownicy, którzy są teoretycznie przeszkoleni na wypadek takich sytuacji nie reagują. Przypadkowi turyści chętnie rzucają się do pomocy, ale ich wiedza jest też ograniczona. Nikt z tego tłumu nie sprawdził oznak życia. Niestety, ale wciąż brakuje w naszym społeczeństwie gruntownej wiedzy w zakresie pierwszej pomocy. Takiej, która zapewni bezpieczeństwo każdemu z nas. BLS.
    Jest też osobista refleksja: Jakiż jestem mały wobec potęgi medycyny. Jak bardzo mało wiem. Jak dużo jeszcze mnie czeka.
    Ale od teraz jestem lekarzem. Po swoim pierwszym razie.
    Łukasz Surówka
    Derli
    Już niedługo, po raz kolejny odbędzie się Lekarski Egzamin Końcowy. Dla niektórych będzie to pierwszy egzamin, dla wielu kolejny. U jednych będzie on wzbudzał wiele emocji, inni wpadną na niego w dresie z drożdżówką traktując to podejście jako trening, wierząc, że w końcu wezmą się za naukę i zdobędą wymarzony wynik.
    Statystki są nieubłagane: Lekarski Egzamin Końcowy nie jest prostym testem ze 100% zdawalnością - nawet patrząc jedynie na wrześniowy LEK 2016: 5549 osób przystąpiło do egzaminu, a wynik poniżej 56 punktów uzyskały aż 571 osoby (do egzaminu zgłosiło się 6015 osób, a więc aż 466 nie pojawiły się) 
    Jak przygotować się do LEKu? Do egzaminu, który z założenia ma zaważyć na naszej lekarskiej przyszłości (w kraju)? Po wpisaniu hasła ‘’LEK jak się przygotować” w ulubioną wyszukiwarkę, pokaże się nam wiele odpowiedzi z doskonałymi lub niedoskonałymi radami, pomysłami i teoriami. Jedni uważają, że do egzaminu należy się przygotowywać minimum 3 miesiące, inni że całe studia, a jeszcze inni twierdzą, że wystarczy nam tyle czasu ile potrzebujemy na przerobienie wszystkich pytań testowych z ubiegłych lat. 
    Oczywiście Centrum Egzaminów Medycznych przygotowało dla nas listę zalecanych podręczników (http://www.cem.edu.pl/pel_podreczniki.php). Możemy tam znaleźć nasze ulubione pozycje: internę Szczeklika, pediatrię Dobrzańskiej, czy ginekologię Bręborowicza, ale z czego tak naprawdę większość z nas uczy się do LEKu? Przedstawiamy dostępne książki/materiały edukacyjne z krótkim (obiektywnym!) komentarzem (komentarze nieobiektywne można pozostawiać na forum ).
    ZDAJ LEK-KO- książka, którą dostajemy na kursie przygotowawczym do Lekarskiego Egzaminu Końcowego. Książka ta zawiera slajdy (ponad 1600 slajdów), które są omawiane podczas 32 godzin wykładów. Jest to bardzo dobrze przygotowany zbiór wiadomości, idealny do szybkiej powtórki wiedzy przez samym egzaminem.
    Cena kursu to około 700 pln (cena zmienia się w zależności od tego, kiedy dokonaliśmy wpłaty i może ona wzrosnąć do 1200pln jeżeli będziemy czekać do ostatniej chwili)
    LEK na 200- LEK na 200 zawiera pytania (wraz z odpowiedziami) ze wszystkich edycji Lekarskich Egzaminów Państwowych oraz pytania autorskie opracowane na podstawie obowiązującej literatury sugerowanej przez CEM. Pytania pogrupowane są w 10 działów - choroby wewnętrzne, pediatria, położnictwo i ginekologia, psychiatria, medycyna rodzinna, medycyna ratunkowa i intensywna terapia, chirurgia, orzecznictwo lekarskie, bioetyka i prawo medyczne, zdrowie publiczne. Cena ok. 105 pln
    Baza pytań do LEKu na www.mlodylekarz.pl – jak możemy przeczytać na stronie, baza testów podzielona jest na dwie części: część pierwsza zawiera pytania autorskie napisane przez wykładowców kursu przygotowującego do egzaminu, a w drugiej części znajdują się pytania z egzaminów LEP przeprowadzonych w latach 2008- 2012 oraz z pytań z lat 2013- 2016, które zostały nadesłane przez użytkowników portalu. Do pytań przygotowane są również krótkie komentarze, które pomogą nam zrozumieć dlaczego prawidłowa odpowiedź jest taka, a nie inna. Dostęp do testów jest płatny. Oferta jest bardzo rozbudowana: możemy zdecydować się na wykupienie dostępu, np. tylko do pytań z psychiatrii na 14 dni (cena 14 pln) lub z chorób wewnętrznych (cena 39 pln). Istnieje możliwość również wykupienia prawa wglądu do pełnej bazy testów (14 dni za 99pln, 180 dni 529 pln, 365 dni 999 pln)
    Testy do LEK na konsylium24 (https://konsylium24.pl/testy_edukacyjne)- na portalu znajduje się baza testów, które ukazały się na lekarskich egzaminach końcowych. Pytania są bardzo przejrzyście poukładane. Możemy wybrać tryb nauki lub tryb sprawdzenia się, możemy rozwiązywać pytania z wybranej dziedziny lub ze wszystkich. Istnieje również możliwość rozwiązania wybranego egzaminu LEK, a nawet określenie poziomu trudności pytań, na które chcemy udzielać odpowiedzi. Ponadto pod każdym pytaniem jest miejsce na komentarz, a więc możemy zostawić tam swoje pytanie i czekać na odpowiedź innego użytkownika lub też możemy wykazać się własną wiedzą i napisać kilka ciekawostek dotyczących danego zagadnienia. Dostęp do testów jest bezpłatny.
    LEK w pigułce- to ciekawa pozycja wydana w 2017 roku przez wydawnictwo Medyk. Nie jest to kolejny zbiór pytań, ani też repetytorium z wybranej dziedziny medycyny, ale zbiór najważniejszych informacji, które powinny zostać opanowane przed przystąpieniem do egzaminu. W książce możemy znaleźć między innymi najważniejsze wskazania, przeciwwskazania, spis chorób o które statystycznie najczęściej jesteśmy pytani na LEK-u, informacje o lekach, najważniejsze normy, objawy, kalendarz szczepień, czy kodeks etyki lekarskiej. Jest to dobre źródło do nauki jak i błyskawicznej powtórki przed samym egzaminem. Do kupienia od tego tygodnia w księgarni internetowej wydawnictwa Medyk.
    Seria LEK last minute- Książka wydana przez Edra Urban & Partner w 2016 roku. ,,Ideą serii „LEK Last Minute” jest stworzenie kompendium wiedzy medycznej i wiedzy z innych dyscyplin niezbędnych do zdania Lekarskiego oraz Lekarsko -Dentystycznego Egzaminu Końcowego. W książce przyjęto formułę prostoty i przejrzystości, która ma na celu szybkie znalezienie odpowiedzi na pytania stojące przed zdającymi testy LEK i LDEK tylko w jednej pozycji książkowej, a nie jak dotychczas w wielu. Podręcznik został tak napisany, aby czas na szukanie odpowiedzi był jak najkrótszy, gdyż autorzy zdają sobie sprawę z czasochłonności przygotowania do testów LEK i LDEK.’’
    LEK last minute. Chirurgia- Cena ok. 34 pln
    LEK last minute. Prawo medyczne. Bioetyka- Cena ok. 40 pln
    LEPoLEK- zbiór pytań, które pojawiły się na LEK-u lub LDEK-u (z prawa medycznego, orzecznictwa i zdrowia publicznego) z lat 2008–2015 oraz wiele dodatkowych pytań wraz z opracowaniem. Wszystkie pogrupowane zostały w działy. Pytania i komentarze zostały parte na najaktualniejszej wiedzy. Podczas przygotowywania tej książki uwzględniono m.in. najnowsze wytyczne European Resuscitation Council z 2015 r. Cena ok. 100pln
    LEPetytorium- to seria czterech podręczników, wydanych w 2010 roku przez wydawnictwo Urban&Partner. Możemy doszukać się takich opisów tej pozycji: Ideą napisania serii LEPetytorium było stworzenie kompendium wiedzy medycznej i wiedzy z innych dyscyplin niezbędnych do zdania Lekarskiego oraz Lekarsko-Dentystycznego Egzaminu Państwowego. W książkach przyjęto formułę prostoty i przejrzystości (…). Warto zapoznać się z opiniami młodych lekarzy na temat tych książek.
    LEPetytorium. Chirurgia  cena ok. 35 pln
    LEPetytorium. Ginekologia i położnictwo cena ok. 42 pln
    LEPetytorium. Pediatria cena  ok 45 pln
    LEPetytorium. Prawo medyczne, bioetyka cena ok. 42 pln
    Pytania i odpowiedzi. Przygotowanie do Państwowego Egzaminu Lekarskiego Część 1 i część 2- książka wydana w 2007 roku (dlatego przygotowuje jeszcze do LEP-u, a nie LEK-u). Zawiera zbiór pytań pogrupowanych tematycznie wraz z odpowiedziami, które są dokładnie i wyczerpująco uzasadnione. Na końcu książki znajduje się test sprawdzający. Jest to jedna z pierwszych pozycji przygotowujących do egzaminu lekarskiego, która pojawiła się na rynku. Cena ok. 41 pln za jedną część.
    Pytania testowe. Przygotowanie do LEK- książka została przygotowana przez Stowarzyszenie Młody Lekarz z myślą o osobach przygotowujących się do LEKu. W książce znajdziemy ponad tysiąc sto autorskich pytań testowych przygotowanych przez wykładowców Kursu Zdaj LEK-ko (pytania zostały podzielone na 19 zestawów po 60 pytań ze wszystkich dziedzin, które obejmuje LEK). Cena 59 pln
    LEK-endium na www.przypadkimedyczne.pl-  zbiór autorskich testów opartych na zasadach Lekarskiego Egzaminu Końcowego. 
    Każde pytanie LEK-endium podsumowane jest komentarzem. Możemy rozwiązywać tematyczne zbiory pytań, jak i "klasyczne", tzn. zawierające pytania ze wszystkich dziedzin obowiązujących na LEK-u. Oplata za korzystanie z LEK-endium wynosi 29 zł za rok dostępu.
    Newman
    A jak Anestezjolog,
    B jak Balneolog,
    C jak Chirurg...
    D...okąd dojedziecie bez zatrzymania? Czy każda litera ma swojego specjalistę?
    Zastanawialiście się kiedyś, czy znajdzie się nazwa specjalizacji na każdą z liter łacińskiego alfabetu. A może są specjalności lekarskie i dentystyczne, które zaczynają się typowo po polsku: na Ł, Ś czy Ż? 
    Dla jednej, losowo wybranej osoby, która doda komentarz pod tym artykułem do końca weekendu (UWAGA: do 22.01.2017 do północy) przewidzieliśmy książkową, nietypową nagrodę:

    Językowcy, szaradziści, słownikowicze - do boju!
    MedFor.me
    Rozmowa z profesorem Janem Szopą-Skórkowskim, wybitnym biochemikiem i biotechnologiem z Uniwersytetu Przyrodniczego we Wrocławiu oraz Wydziału Biotechnologii Uniwersytetu Wrocławskiego. Profesor od wielu lat jest zaangażowany w prace badawcze nad strukturą DNA, metabolizmem roślin i roślinami transgenicznymi, co zaowocowało wynalazkami medycznymi, które znalazły swoje miejsce m.in. w leczeniu wspomagającym trudno gojących się ran.
    Prof. Jan Szopa-Skórkowski: Będzie pewnie o żywności GMO?
    Mateusz Malik: Będzie! (śmiech)
    Temat jest rzeczywiście “odgrzewany” - co jakiś czas powraca. Wiedza o GMO dociera coraz niżej, edukujemy się jako społeczeństwo. Pewne fakty już zaakceptowaliśmy, jak istnienie genów, to, że są wszędzie i że jemy geny. Nie jest to już tak szokujące jak niegdyś. Tym natomiast, czego społecznie nie zaakceptowaliśmy jest fakt, że jemy geny, które są manipulowane. Szkoda, że jeszcze nie zaczęliśmy edukacji w szkołach na temat transgenów i genetycznej modyfikacji. Nie wiem dlaczego. Od tego trzeba by zacząć...
    Panie Profesorze! Od kiedy ludzkość wykorzystuje w praktyce istnienie genetyki? Od czasu odkrycia podwójnej helisy DNA przez Watsona i Cricka? Od ery eksperymentów Mendla? A może jeszcze wcześniej?
    Daleko wcześniej. Pierwsze dane wskazują, że zaczęto (jeszcze w sposób nieuświadomiony) manipulować genami 12-13 tysięcy lat temu, kiedy udomawiano rośliny. Wybierano okazy, które się adoptowały do trudnych, przydomowych warunków, a następnie (co według mnie już wkracza w sferę genetyki) krzyżowano ze sobą osobniki, które miały jakieś pozytywne cechy. Na przykład większe nasiona, wysokość, masa. Ale też i zwracano uwagę na jakość - na przykład wybierano mniej toksyczne i o większej produktywności. Zauważono, że coś co rośnie wysoko w górach, gdzie jest sucho i zimno jest odporne na ekstremalne warunki. I krzyżowano takie rośliny z tymi udomowionymi. Nie zdawano sobie sprawy, że to są manipulacje genetyczne, ale już wtedy to się działo. Później historia genetyki powtarza się, ale na coraz wyższym poziomie zrozumienia. Dzisiaj robimy dokładnie to samo. Narażamy organizmy na różnorodne warunki, infekujemy mikroorganizmami, działamy mutagenami chemicznymi, promieniowaniem jonizującym,  czyli postępujemy dość brutalnie, po to, aby wywołać dywersyfikację genetyczną.
    Czyli właściwie nie ma czegoś takiego jak żywność niezmodyfikowana genetycznie?
    Ja twierdzę, że nie ma. Człowiek wciąż kombinuje jak ją ulepszyć, są tylko coraz subtelniejsze techniki, które pozwalają na bardziej świadomy wybór tego co lepsze. Kierujemy się przy tym nie tylko fenotypem (typu duże, mokre, suche), ale również właściwościami wewnętrznymi (prozdrowotne, przeciwzapalne, przeciwbólowe), które przy użyciu technik genetyki i biochemii możemy nadać lub wzmocnić, a dalej wykorzystać.
    Obraz medialny tzw. żywności GMO, a zatem jej obraz społeczny jest często wykrzywiony i zdemonizowany. Chciałbym w imieniu licznych zdezinformowanych osób uzyskać odpowiedzi na najprostsze pytania.
    Bardzo proszę.
    Czy człowiek może nabyć genetyczne cechy produktu spożywanego drogą doustną?
    Nie... Ale zawahałem się mówiąc to, ponieważ jest inny obszar zmienności który towarzyszy genetyce, a mianowicie epigenetyka. Inżynieria genetyczna manifestuje się tym, że przerywamy ciągłość genomu, by zmienić organizm. Zaś epigenetyka wprowadza zmiany bez ingerencji w tą ciągłość, a za pomocą metylacji jednego z czterech nukleotydów budujących DNA. Ta doraźna modyfikacja okazuje się mieć niezwykle duże znaczenie. Dziś, jeżeli porównujemy genom niektórych roślin, które udomowiono 12-13 tysięcy lat temu (np, owies, groch) z aktualnie uprawianymi to okazuje się, że największa zmienność dotyczy zamiany cytozyny na tyminę. Dziś wiemy, że jednym z mechanizmów ewolucji jest taka punktowa mutacja, gdy cytozyna ulega metylacji i w następnej rundzie replikacyjnej przekształca się w tyminę. Dziś zatem wiemy, że epigenetyka także towarzyszyła człowiekowi od zarania: selekcjonując rośliny człowiek robił to nieświadomie łącząc ze sobą genetykę i epigenetykę. A wracając do pytania - związki, które jemy mogą doraźnie modyfikować nasz genom, przystosowując go do tego, co dzieje się w środowisku. Gdyby nie ten mechanizm adaptacyjny, to, podejrzewam, nie wyszlibyśmy poza plazmodium. Człowiek dalej by pełzał po ziemi, jak inne prymitywne organizmy. Dzięki epigenetycznej zmienności doskonalimy się, ale doskonali się cała przyroda. Chcę jednak zwrócić uwagę, że to, co jemy nie ma wpływu na przerwanie ciągłości naszego DNA.
    Taką możliwość w naturze mają wirusy, a laboratorium - ludzie…
    Wiemy, że wbudować w genom obcy fragment mogą tylko wirusy. Ale jest jeszcze inny ważny, naturalny element zmienności genetycznej. Każdy ludzki genom posiada fragmenty samoprzenoszące się, zwane transpozonami. Zdarza się, że warunki środowiskowe indukują lub akcelerują ten proces. Takim czynnikiem teoretycznie może być to, co spożywamy jeśli przykładowo dietą wzbudzamy reakcję wolnorodnikową.
    Czy transgeniczne zboże, na przykład z zakodowaną odpornością na środki chwastobójcze może stanowić zagrożenie zdrowia? Czy jest traktowane przez nasz układ pokarmowy tak samo jak zwyczajne?
    Problem polega tu na czymś innym. Jeśli uodpornimy rośliny na czynniki, którymi je opryskujemy to pytanie na ile trwałe są te związki chemiczne, jak szybko się rozkładają i czy pochodne pestycydów nie mają toksycznego działania. Póki co w środkach, które się używa takich nie ma “nierozkładalnych” substancji. Choćby popularny glifosat rozkłada się, jest katabolizowany całkowicie. My na tym zyskujemy: zachowujemy to, co jest ważne w danej roślinie. A środki ochrony roślin mają istotne znaczenie. Albowiem rośliny, jak każdy organizm, nie żyją w próżni, muszą współdziałać z tzw. mikrobiomem, tak jak i ludzie. Zdarza się, że spośród bakterii czy innych mikroorganizmów, które współżyją z rośliną selekcjonują się takie, które produkują toksyny, które mogą zakazić produkty roślinne. Przykład kiełków kozieradki (często występujące w diecie człowieka) rekrutujących szczep E.coli produkujący toksynę shiga, która spowodowała śmierć 53 osób jest wielce pouczający. Dlatego tak ważna jest ochrona: może nią być tworzenie roślin, które są odporne na te patogeny. W ten sposób nie tylko promujemy produktywność, ale i unikamy obecności toksyn w naszym pożywieniu.
    Czy znajduje odzwierciedlenie w rzeczywistości stwierdzenie, że warzywa i owoce transgeniczne są mniej smaczne od tych hodowanych w przydomowych ogródkach czy ekologicznych (tu proszę o opinię)?
    Nikt, póki co, nie odnosił się do smaku, jako czynnika, który miałby determinować użyteczność warzyw czy owoców. Bardziej zwraca się uwagę na czynniki prozdrowotne, rolę zapobiegania chorobom cywilizacyjnym czy czynniki estetyczne jak kolor czy kształt - to jabłuszko jest czerwone, tamto zielone - im bardziej kolorowe, tym lepiej wygląda. Trudno jest definiować smak… Coś jest słodkie, coś jest gorzkie albo kwaśne… Pierwszorzędowym kryterium, który się bierze pod uwagę w modyfikacjach jest wygląd i charakter…
    Polemizuję tu trochę z mitem, że to, co pochodzi z przydomowego ogródka jest “prawdziwsze”, ponieważ niezmodyfikowane, bez wpływu inżynierii i przez to dużo smaczniejsze niż z supermarketu.
    Myślę, że jesteśmy przywiązani do tego, co własne i to potęguje wartość dodaną do danego produktu. Ale to dobrze! Co ciekawe - w leczeniu jest podobnie. Widzieliśmy wiele razy, że jeśli ktoś jest pozytywnie nastawiony do naszych lnianych opatrunków, to rany lepiej mu się goją, niż wtedy, gdy jest wobec nich sceptyczny. Myślę, że ta skłonność jest też wynikiem zmian epigenetycznych. Byłoby wspaniale gdybyśmy posiedli taką epigenetycznie regulowaną skłonność kierowania się wiedzą i zdrowym rozsądkiem (w tej kolejności) również w kwestii inżynierii genetycznej.
    Czy Wrocławska biotechnologia może pochwalić się jakimiś badaniami, odkryciami, wynalazkami związanymi z modyfikacją genetyczną roślin?
    Powinno się mówić lepiej o innych, ale nie znam przykładu z naszego środowiska, który by demonstrował już wdrożony wynalazek z zakresu inżynierii genetycznej roślin. Nieskromnie zatem chciałbym wspomnieć o dwóch produktach własnych. Jeden z nich jest wdrożony i już dostępny w sprzedaży, a drugi lada moment będzie. Ten pierwszy, z obszaru medycyny to nasze lniane opatrunki, które są od lipca 2016 roku w produkcji. Drugi produkt to olej lniany, a właściwie mleczko lniane, które będzie skutecznym sposobem w zapobieganiu miażdżycy i profilaktyce stanu przedcukrzycowego.
    Może dlatego tak trudno jest mi znaleźć inne przykłady, o których nie wiemy, że modyfikacja genetyczna żywności jest w świetle obowiązujących przepisów de facto zabroniona. Wszystko, co się obecnie oficjalnie robi w obszarze GMO to zamknięte badania laboratoryjne mające na celu ocenę funkcji genu i raczej eksperymentuje się na organizmach modelowych typu rzodkiewnik. Nikt nie ma odwagi pochwalić się swoimi osiągnięciami i odkryciami...
    Rozumiem, że w kontekście żywności GMO na styku nauki i polityki tworzy się konflikt…
    Tak. Bardziej akceptowane jest medyczne zastosowanie modyfikacji genetycznej i dlatego my w to celujemy. Natomiast to żywieniowe praktycznie odpada, bo nie dostajemy zezwolenia na uwolnienie naszych roślin modyfikowanych do środowiska nawet w celach badawczych!
    To jest problem w skali Polski, Unii Europejskiej czy sięga jeszcze dalej?
    Dotyczy to wyłącznie Unii Europejskiej, choć za jej przykładem tworzy się ograniczenia w innych miejscach. Jak choćby w Kanadzie, która chcąc eksportować len na rynek europejski eliminuje z upraw transgeniczny. Podobnie w Chinach, gdzie byliśmy ostatnio, ale nie ma tam zakazu prac nad uwolnieniem GMO do środowiska. U nas nie można dostać zezwolenia na takie badania, a jest ono koniecznym elementem wdrożenia.
    W przypadku naukowego podejścia do tematu nie budzi większych kontrowersji ingerencja w genom bakterii, grzyba, rośliny czy zwierzęcia. Dlaczego pojawiają się takie emocje i dylematy, gdy chcemy “poprawiać” ludzi?
    Tu czyha trochę niebezpieczeństw. Jednym z nich jest interakcja transgen-endogen. Wiemy z wielu naszych eksperymentów, że jest taka interakcja. Innymi słowy, wprowadzony do genomu transgen jest nie tylko samodzielną jednostką, która daje jakiś produkt, ale on sam ma wpływ na genom. Jak on się objawia? To jest inne pytanie. Przykładowo może promować metylację innych części genomu, które przez to zmieniają się. Nie bierze się tego pod uwagę, ale tak jest. Po drugie, wprowadzenie do genomu ludzkiego obcych elementów może indukować mobilność ruchomych jego elementów, czyli transpozonów. Mają one szereg różnych funkcji. Mogą wbudowywać się w sekwencje regulatorowe innych genów, także w kodony. Jest to, póki co, nieprzewidywalne. Ale coraz więcej wiemy o tym, jak i gdzie należy wprowadzać “poprawki”, aby nie tworzyć nieprzewidzianych zdarzeń. Tym niemniej trzeba mieć świadomość, że przerwanie ciągłość genomu jest stresem, który prawdopodobnie będzie miał konsekwencje. W roślinach (ziemniaki) przerwanie ciągłości genomowego DNA manifestowało się wzmocnioną syntezą katecholamin (hormony stresu obecne również u ludzi).
    Czyli w przypadku terapii genowych, które widać już na horyzoncie…
    Należy pamiętać, że nawet zamiana jednego nukleotydu ma swoje odzwierciedlenie w pozostałej części genomu…
    Dziękuję serdecznie za rozmowę!

    Rozmawiał: Mateusz Malik, lekarz. Zdjęcia: M. Malik
    Newman
    Reklamy suplementów diety to gałąź przemysłu farmaceutycznego i spożywczego o dużym udziale w rynku i ogromnych obrotach. Od dłuższego czasu kontrowersje środowiska medycznego i organizacji konsumenckich budziło wiele z prezentowanych w ogłoszeniach i reklamach treści na temat tych produktów. Część z nich jawnie łamało obowiązujące przepisy, a wiele w podstępny sposób przekazywało wiadomości wprowadzające konsumentów (pacjentów/kientów) w błąd. 
    W związku z zapowiadanymi przez Ministerstwo Zdrowia i Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów krokami w kierunku prawnego ograniczenia tych praktyk lub nawet całkowitego zakazu reklamy leków OTC środowisko ich producentów wyszło z inicjatywą samoregulacji w tym zakresie.
    Jak donoszą branżowe portale udało się po okresie negocjacji wypracować wspólny dokument: Kodeks Dobrych Praktyk Reklamy Suplementów Diety. Cztery organizacje zrzeszające producentów suplementów diety, a posiadające łącznie ok. 80% udziałów w rynku:
    KRSiO - Krajowa Rada Suplementów i Odżywek, POLFARMED - Polska Izba Przemysłu Farmaceutycznego i Wyrobów Medycznych, PASMI - Polski Związek Producentów Leków Bez Recepty, SUPLEMENTY POLSKA - Związek Producentów i Dystrybutorów wydały wspólne oświadczenie dla mediów. Jak piszą:
    Kodeks odnosi się do głównych zarzutów podnoszonych wobec producentów suplementów oraz metod ich promocji i wprowadza długo oczekiwane zasady, m.in.:
    Ustanowienie obowiązku umieszczania nazwy kategorii „suplement diety” w reklamie w prawym dolnym rogu. Ułatwi to identyfikację produktu konsumentowi. A w reklamach radiowych obowiązek dwukrotnego zaznaczenia nazwy kategorii. Zakaz wykorzystywania wizerunku lub rekomendacji lekarza czy farmaceuty. Zakaz odnoszenia się w reklamie do chorób sugerując właściwości lecznicze produktu. Warunkiem powodzenia tej inicjatywy jest przestrzegania zasad kodeksu przez wszystkich jego sygnatariuszy. Na pewno pomoże w tym presja z góry. Jak zaznacza UOKiK:
    PASMI zrzesza większość znanych i rozpoznawalnych firm farmaceutycznych, których produkty wręcz "wsypują się" do polskich mieszkań poprzez środki masowego przekazu.
    Czy efekty zobaczymy już niebawem w telewizji, gazetach i radio? Byłaby to bardzo pozytywna zmiana.
    Nie odnalazłem w sieci pełnej treści Kodeksu.
    Mateusz Malik, lekarz
    Źródła:
    Notatka dla mediów UOKiK: Reklama suplementów diety: czy możliwa jest samoregulacja? http://pasmi.pl/
    surowy
    300-350 dzieci. Wiek 7-18 lat. Sporty wodne, windsurfing, łódki, kajaki, piłka nożna, siatkówka, tenis. Piękne jezioro, las, dobre warunki mieszkaniowe. I jeszcze zarabiasz. Takie wakacje to można mieć. Ale jak naprawdę wygląda praca lekarza na obozie sportowym?
    Pierwsze kilka dni - normalnie sielanka. Wysypiasz się, masz cały wolny dzień dla siebie, nadrabiasz lektury, odpisujesz na zaległe maile, nawet zaczynasz nowy serial. Można się opalać, pływać, ćwiczyć. Pełne wakacje. Tyle, że bez alkoholu. Pojedyncze przypadki medyczne zdarzają się, ale aż się prosi, aby chociaż jedno dziecko zgłosiło się do gabinetu.
    I nagle przychodzi dzień szczególny, około 5. dzień wyjazdu. Pod gabinetem lekarskim staje kolejka dzieci. Jest to przełom, na każdym obozie wygląda niemal identycznie. Od tego dnia z wakacji robi się praca. Oczywiście pierwsze przypadki są dość banalne. Głównie pod drzwiami stoją najsłabsze jednostki, których intensywność obozu i zajęć po prostu przerosły i czują silne zmęczenie. Pojedyncze odwodnienia, przeziębienia i charakterystyczne kontuzje jak wybicie palca czy skręcona kostka.
    Ból brzucha to najczęstsza przypadłość. Ale jeszcze nigdy nie wiązała się poważnym chirurgicznym powodem, a jedynie błahym odwodnieniem, zmienioną dietą, a przede wszystkim stresem. Rozłąka z rodzicami, pierwszy samotny wyjazd i już jelita szaleją. Oczywiście nieraz dobre słowo pomaga i pacjent wraca z uśmiechem do zajęć. Tutaj zawsze będę nalegać na wychowawców, aby zmuszali dzieci do picia wody! Duże ilości. To pomoże kupie szybciej się wydostać, a nam zmniejszy liczbę bólów brzucha.
    Tu należy dołożyć też wymioty. Ot, dziewczynka lat 10 przyniosła kiedyś w kubku plastikowym swoje wymiociny, abym dokładnie mógł je sobie pooglądać. Idąc do mnie pozalewała pół korytarza, ale dumnie przyniosła dowód rzeczowy. Mieszanka domowego hamburgera, warzywa i do tego wypite kakao na samą myśl uruchamia już mój dorosły żołądek, a co dopiero biednego dziecka.
    Oprócz tego obóz to przede wszystkim jedna wielka ortopedia. Wieczne skręcenia, zwichnięcia, wybite palce. Bandaży zawsze potrzeba wiele. Duże ośrodki jeszcze mogłyby zaopatrzyć się w RTG - ileż mniej byłoby wizyt w pobliskim szpitalu. To kolejny ciekawy wątek, bo zdarzały się tak intensywne turnusy, że zabierałem do szpitala całą wycieczkę. Po kilku dniach znałem już każdą panią w rejestracji, lekarza na SORze i pielęgniarki. Wszyscy witali mnie słodkim uśmiechem i kąśliwym: o, znowu Pan, dziś tylko 3 dzieci? Uroki tej pracy są niesamowite.
    Mamy też dużo skaleczeń, podbitych przypadkiem oczu, poważniejsze złamania. Najpoważniejsze to złamanie otwarte zakończone rozległą operacją. Biedny młody piłkarz. Wielu też musiałem odesłać do domu, bo z gipsem trudno jest odbyć trening piłkarski.
    Przerażającym widokiem było szkło w oku. Okulistyka zawsze mnie odstraszała. Nigdy nie mogłem patrzeć na te zabiegi, a tu taka sprawa. Innym razem chłopiec z zapaleniem gruczołu Meiboma wymagał potrzymania za rękę podczas, gdy sprawne ręce doktora nakłuwały i wyciskały ropę. Cierpiałem razem z nim.
    Oczywiście trafiają się tzw. smaczki. Hitem był kleszcz w jądrze. Nieobce są nam wszy i to nawet u najstarszych dzieci. Odparzenia między udami. I przede wszystkim brak higieny dzieci. Jak już rodzic wypuszcza dziecko na obóz, to niech kilka dni wcześniej nauczy go dobrej kąpieli. Mowa tutaj oczywiście o najmłodszych. Bo swędząca pupa to często po prostu nieumyta pupa. Ale wizyta u lekarza musi być. A gdzie wychowawca?
    Ale jak już temat rodziców poruszony to trzeba się zatrzymać na dłużej. Przed każdym turnusem dostajemy listy od rodziców ze szczególnymi przypadkami dzieci. I raz dostaliśmy kilka stron A4. Dokładnie opisane jak postępować w każdej sytuacji, jak dziecko jest okropne i jak wiele nas czeka. No to spodziewamy się szatana, lucyfera, diabła. Konsylium specjalistów zebrało się i dywagujemy, co z nim zrobić, po czym przyjeżdża dziewczynka jak każda inna. Nawet nie wygląda inaczej. Fakt jest dość wygadana, trochę unika innych dzieci, ale aż taki list potrzebny i tyle uwag? Ja najbardziej się bałem, że dziecka nie można dotknąć ani zbadać, że histeria itd. Po czym okazało się, że trzeba było dać zastrzyk. Padła jedynie soczysta ‘’k****” a mnie delikatnie drgnął kącik ust. Tak, dziewczynka umiała puścić solidną wiązankę niczym jegomość dżentelmen z SORu.
    Innym razem przybywa dziewczynka (UWAGA: lat 15) i każe sobie założyć soczewki do oczu. Siadam, wstaję, chodzę, myślę. Czego ona ode mnie chce?! Powiedziałem, że to jakiś absurd i niech sobie sama zakłada bo jest już prawie dorosła. No to skończyło się telefonem do mamy i wymuszeniem, że dziecko nie umie samo zakładać soczewek, a ma bardzo poważną wadę (+10) i w okularach źle wygląda. No, jak mama każe, to proszę szeroko otworzyć oczy, żeby zmieścił się tam mój paluch. Dziewczynka przystała, że woli nosić okulary. Ale po 2 dniach znowu telefon od mamy, że dziecko źle wychodzi na zdjęciach i ona się domaga założenia soczewek. Ja się poddałem. Dziecko płacze. W końcu zamknęła się z pielęgniarką sam na sam na jakąś godzinę i nauczyła się sama je zakładać. Przyjeżdżasz na obóz jako kaleka społeczna, a wyjeżdżasz uzdrowiony.
    Należy też wspomnieć jak rodzice zabezpieczają farmakologicznie dzieci. Odbieramy wszystkie leki i wzywamy podopiecznych do gabinetu, żeby przy nas je zażywały. Średnio 20-30 osób bierze leki na obozie. Od antybiotyków, poprzez przewlekłe przyjmowanie leków p/bólowych, ziół od babki znachorki, aż po homeopatyczne cuda. Cały przekrój. A ile dzieci ma astmę! I jak poważne leki już na nie biorą... Pewien chłopiec miał jakiś problem ze skórą i przepisane "tylko" 6 maści. Wszystkich używał na raz. Wychodził z gabinetu cały wysmarowany i chlupiący w butach. Masakra. Ale stwierdziłem, że skoro inny lekarz tak kazał to nie będę się wtrącać i widocznie tak ma być. Mama każe jeść lekarstwo - rzecz święta. Ale niestety zdarzył się przypadek, że jeden ‘’dorosły” 15 latek nie oddał leków i pech chciał, że mieszkał w domku w lesie i uruchomiła mu się alergia. Z ciężką dusznością wylądował w szpitalu. A to dlatego, że nie oddał leków, a sam ich nie zażywał. Telefon od mamy: proszę ukarać dziecko. Ukarałem.
    Ale jak mówimy o karach, to warto wspomnieć historię uzdrowienia. Zobaczyłem cud na żywo. Zostałem wezwany nad jezioro, gdzie chłopak niefortunnie krzywo stanął i wygiął kolano. Silna bolesność, płacz dziecka. Mam tak z natury: wierze, że dziecko nie udaje. Jedziemy zrobić fotkę, czy wszystko w porządku. Chłopak o kulach, wciąż narzeka na ból. Ortopeda zbadał i mówi, że wszystko jest OK. A dziecko odrzuca kule, wstaje z kozetki i idzie, jak gdyby nigdy nic. Wcześniej kulejący i cierpiący nagle zdrowy. Z doktorem ortopedą zbieramy żuchwy z podłogi. Telefon do rodzica: diagnosis - ukarać. Ukarałem.
    Są też momenty, że lekarz ma prawo popływać np. kajakiem. Ale kto by się spodziewał bandy dzieciaków na środku jeziora z genialnym pomysłem, aby wywrócić doktora do wody. I to w urodziny. Na obozie, aby utrzymać porządek, stosuje się system kar i nagród. Kary intelektualne - przeczytaj i naucz się tekstu, a potem opowiedz o nim. Ja straszyłem dzieci, że jak będą niegrzeczne wobec mnie to dam im ulotki leków do nauczenia się. Kiedyś wręczyłem dzieciom 5 na raz. Wszystkie przerażone. Bliskie płaczu. Ale moje miękkie serce odpuściło im tę karę. Bo ja dobry dla tych dzieci jestem.
    A jeśli chodzi o dobroć, to zawsze wysłuchałem, wsparłem, dałem dobry lek, pyszną tabletkę i problemy nagle mijały. Taki to ze mnie uzdrowiciel i ciała, i duszy.
    Ale bywam też niedobrym doktorem. Otóż na obozach zdarza się EPIDEMIA miesiączki. Nagle jednego dnia pod gabinetem 8 dziewczyn i każda DOMAGA się zwolnienia z zajęć. Każdej odmówiłem. A przy szóstej nie wytrzymałem i stwierdziłem, że muszę przeprowadzić pełne badanie, w tym badanie ginekologiczne, żeby stwierdzić ewentualne zaburzenia uniemożliwiające udział w zajęciach. To oburzenie na twarzy i trzask drzwiami. Okazało się, że tego dnia było trochę chłodniej i niektórym nie chciało się ćwiczyć.
    Trochę z przekąsem, z ironią i sarkazmem opowiedziałem wam, co może się zdarzyć na obozie. Morał jest dość ważny. Przede wszystkim dla rodziców - nie róbcie ze swoich dzieci niepełnosprawnych. Jak mają sobie rękę złamać to niech się tak stanie. A nadmierne dmuchanie i chuchanie w niczym nie pomaga.
    Dla mnie to jedna z fajniejszych przygód. Tyle doświadczenia w tak krótkim czasie, tyle historii medycznych. Wyrzuciłem tu trochę skrajne przypadki, ale tworzą fajny obraz tego, co można na obozie zastać.
    Jak nic: tylko czekać do kolejnych wakacji!
    Newman
    Pomimo ostatnich ruchów w kierunku powiększenia grona specjalistów geriatrii w Polsce wciąż liczba lekarzy dobrze przygotowanych do opieki nad osobami w podeszłym wieku dalece odbiega od potrzeb. Co więcej, poza pozorowanymi działaniami ministerstwa zdrowia takimi jak nazwanie geriatrii dziedziną priorytetową, polski system zdrowotny w ogóle nie przyjmuje do wiadomości, że primo: opieka nad osobą starszą jest skuteczniejsza i tańsza, gdy sprawuje ją geriatra niż brygada specjalistów różnych części ciała, secundo: aby taka opieka nie była fikcją, konieczne jest tworzenie stacjonarnych oddziałów geriatrycznych i rehabilitacji geriatrycznej.
    Oszałamiająca liczba 25 rezydentur z geriatrii w skali całej Polski w ostatniej jesiennej sesji i pamiętna data 13.10.2015 roku, gdy w Szpitalu Wolskim otwarto pierwszy w Województwie Mazowieckim 36-łóżkowy Oddział Geriatryczny to tylko symbole polskiego braku przezorności. Znawcy zagadnienia trąbią o tym od lat, Najwyższa Izba Kontroli niespełna 2 lata temu alarmowała:

    Nomen omen "trąci myszką" także najnowszy spis lektur dla specjalizujących się z geriatrii, gdzie wiodące pozycja takie jak Geriatria - wybrane zagadnienia Galusa, Geriatria z elementami gerontologii ogólnej Grodzickiego, Choroby wieku podeszłego Kostki czy Geriatria Roshenthala to pozycja książkowe z pierwszej dekady XXI wieku.
    Dobrze, że dostępna w Polsce jest już książka Farmakoterapia w geriatrii, (wyd. 2017, MedPharm) która kompleksowo omówiono ważne dla tej dziedziny zagadnienia:
    • przedstawiono podstawowe dane dotyczące diagnostyki oraz postępowania z osobami starszymi;
    • podano wskazania na temat prewencji, a także zalecenia pozamedyczne dotyczące odpowiedniej diety, masy ciała, fizykoterapii oraz terapii zastępczej pozwalającej na unikanie przyjmowania leków, co jest niezwykle ważne przy zapadalności osób starszych na wiele różnych chorób i polipragmazji;
    • zasadniczą część poświęcono farmakoterapii chorób typowych dla osób starszych, takich jak nagłe upadki czy osteoporoza;
    • opisano rolę farmaceuty w hospicjum i zadania medycyny paliatywnej;
    • zwrócono uwagę na atypowe objawy mogące wystąpić u osób starszych;
    • podkreślono konieczność indywidualnego traktowania starszego pacjenta.
    Źródła:
    http://www.rynekzdrowia.pl/Polityka-zdrowotna/Geriatria-zagrozona-czy-priorytetowa,168087,14.html http://www.mz.gov.pl/system-ochrony-zdrowia/kadra-medyczna-i-ksztalcenie/lekarze-i-lekarze-dentysci/komunikaty-dla-lekarzy-i-lekarzy-dentystow/na-najblizsze-jesienne-postepowanie-kwalifikacyjne-na-specjalizacje-lekarskie-1-31-pazdziernika-2016-r-minister-zdrowia-przyznal-4037-rezydentur-w-tym-1540-rezydentur-w-dziedzinach-priorytetowych/ https://www.nik.gov.pl/aktualnosci/nik-o-opiece-geriatrycznej.html http://www.medpharm.pl/home/347-farmakoterapia-w-geriatrii-9788378460763.html
    Derli
    Kontynuacja cyklu na temat pracy za zachodnią granicą. Jakie pułapki czekają na emigranta, który chce tam rozpocząć karierę medyczną? Dużo praktycznych porad, informacje i ciekawostki oraz opinie o zdobywaniu specjalizacji oraz dalszej lekarskiej pracy w Niemczech. Zainteresowanych zapraszamy do dyskusji na forum!
     
    Krok Trzeci: Fachsprachenprüfung
    Fachsprachenprüfung jest dla każdego lekarza decydującego się na pracę w Niemczech dużym wyzwaniem i przeżyciem kosztującym dużo stresu. Jak się do niego przygotować, aby zdać go za pierwszym razem? Czym różni się Berufserlaubnis od Approbation? To główne pytania, na które szybko musisz poznać odpowiedź. 
    Aby móc przystąpić do egzaminu należy przesłać do Izby Lekarskiej wszystkie wymagane dokumenty (dokumenty muszą być przetłumaczone przez tłumacza przysięgłego!). Często Izba Lekarska wymaga, aby przedstawić również zaświadczenie ze szpitala, w którym będziemy pracować, że faktycznie chce zaoferować nam pracę. Zgromadzenie (i przetłumaczenie!) wszystkich wymaganych dokumentów jest czasochłonne i niestety również kosztuje. Warto dokładnie zorientować się czego oczekuje od nas dana Izba Lekarska. Najprawdopodobniej będzie to Prawo Wykonywania Zawodu, certyfikat językowy, życiorys, skrócony akt urodzenia, dyplom ukończenia studiów oraz suplement do dyplomu, zaświadczenia z polskiej Izby Lekarskiej potrzebne do wyjazdu do UE (czas oczekiwania to około 2 tygodnie, koszt około 100 zł*; warto pamiętać, że zaświadczenie dotyczące postawy etycznej lekarza wydawane z Izby jest ważne przez określony czas!), zaświadczenie o niekaralności (50 zł), zaświadczenie o zdanym egzaminie LEK, zaświadczenie od lekarza o braku przeciwwskazań do podjęcia pracy.
    Jak wygląda egzamin i jak się do niego przygotować? Na egzaminie będzie sprawdzana tylko nasza znajomość medycznego języka niemieckiego, a więc nie ma możliwości niezdania go przez brak wiedzy medycznej, postawienie złej diagnozy lub zaproponowania niewłaściwych badań.
    Egzamin składa się z trzech części i trwa około 2 godzin. Na początku mamy chwilę na przygotowanie się, dostajemy krótką informację o pacjencie, z którym będziemy rozmawiać oraz o zabiegu, który będziemy musieli mu wytłumaczyć. Pierwsza część egzaminu to wywiad z pacjentem i trwa ona 20 minut. Warto pamiętać, żeby zacząć od przedstawienia się (kim jesteśmy i jaką funkcję pełnimy w szpitalu), a następnie dokładnie wypytać się o wszystkie dolegliwości oraz choroby towarzyszące. Nasze wysiłki będą obserwowane przez komisję, która będzie składała się z trzech osób. Pytań warto nauczyć się na pamięć i to mniej więcej w stałej kolejności, żeby w stresie o niczym nie zapomnieć. 
    Następnym etapem, również trwającym 20 minut, jest rozmowa z ordynatorem, podczas której będziemy musieli opisać pacjenta innemu lekarzowi oraz zaproponować dalsze postępowanie. Tutaj musimy wykazać się znajomością terminów medycznych, w przeciwieństwie do części poprzedniej, w której powinniśmy posługiwać się językiem zrozumiałym dla laika (np. Diabetes mellitus zamiast Zuckerkrankheit, czy Tachykardie zamiast Herzrasen). 
    Na sam koniec będziemy musieli napisać Arztbrief. Również w tym przypadku będziemy mieli 20 minut. Podczas hospitacji warto dokładnie przyjrzeć się jak taki list powinien wyglądać, nauczyć się używanych zwrotów oraz schematu. Należy pamiętać o napisaniu diagnozy, opisaniu pacjenta, opisaniu przeprowadzonych badań lub zabiegów oraz zaleceń, które powinny być przestrzegane po wyjściu ze szpitala. 
    Do egzaminu naprawdę należy się przyłożyć! Po pierwsze czeka się na niego długo, a po drugie koszt przystąpienia do Fachsprachenprüfung to 350 euro.
    Jeżeli uda nam się zdać egzamin to wraz z gratulacjami dostaniemy Approbation. Jeżeli komisja uzna, że nasza znajomość języka niemieckiego jest jeszcze niewystarczająca, otrzymamy Berufserlaubnis, a w przypadku, gdy nie odezwiemy się ani słowem wrócimy do domu z pustymi rękami. Czym różni się aprobacja od pozwolenia na pracę? Dokumenty te różnią się znacznie, mimo że oba pozwalają nam na podjęcie pracy lekarza na terenie Niemiec. Approbation jest ważne na całe DE przez okres nieokreślony, natomiast Berufserlaubnis pozwala nam na pracę tylko w danym Landzie, w którym przystępowaliśmy do egzaminu. Z pozwoleniem na pracę możemy pracować przez rok, a następnie musimy podejść do egzaminu jeszcze raz.
    * Od 18 stycznia 2016 r. za każde zaświadczenie związane z procedurą uznawania kwalifikacji zawodowych wydawane przez okręgową radę lekarską pobierana jest opłata w wysokości 3% minimalnego wynagrodzenia za pracę obowiązującego w roku wydania zaświadczenia (minimalne wynagrodzenie za pracę w 2016r. wynosi 1850 zł).
    eMCe71
    Nie potrafię zrozumieć notorycznego umieszczania zdjęć swoich dzieci w portalach społecznościowych. Na co dzień spędzam z dziećmi bardzo dużo czasu i lubię je, żeby nie powiedzieć uwielbiam. Po ludzku jednak bardzo zastanawia mnie przelewanie tak dużej i ważnej części swojego życia do sieci zamiast po prostu je przeżywać. Chciałbym pobudzić do dyskusji, a poniżej przedstawić kilka materiałów do lektury. Nie oceniam, dociekam.
    Mam niemal wrażenie, że część mam - bo z moich obserwacji, to one głównie są autorkami - umieszczają na facebooku każde kolejne zdarzenie z życia dziecka. Śpi, obudziło się, nie jednak śpi, siada, wspina się na szczebelki, jest karmione piersią, trzyma chlebek, ma kaszel, ma katar, ma znów kaszel, oj... ciągle jesteśmy chorzy, o.. już zdrowi, idziemy na spacer z nowymi rękawiczkami, nie jednak ma katar, zostajemy w domu i tak w kółko. To są rzeczy, których się doświadcza i w zależności od zdarzenia mniej lub bardziej się je przeżywa, ale czy na pewno trzeba na facebooku?
    Czy jeśli tak nas ucieszyło, że dziecko postawiło pierwsze kroki to nie lepiej przypatrzeć się temu, dobrze zapamiętać i cieszyć się chwilą zamiast szukać telefonu i "postować na wallu"? Tu także takie moje ogólne spostrzeżenie - idziemy na koncert, na jakąś galę, wydarzenie i wszyscy wyciągają aparaty żeby narobić masę zdjęć. A czy to nie chodzi o to by ten moment w pełni przeżyć a nie od razu się nim dzielić? Jadę na wakacje, staje w pięknym miejscu, obserwuje je, chcę się nacieszyć ale od razu słyszę "stańcie o tu razem koło siebie to Wam zdjęcie zrobie", "jeszcze jedno, tylko Ty kucnij". Wg mnie tu chodzi o jakiś rozsądek, umiejętność wypośrodkowania na ile chcemy moment przeżywać, a na ile potrzebujemy go uwieczniać (tylko czy my uwieczniamy moment w takim wypadku czy tylko scenerię i wzajemne ustawienie?) i dzielić się nim.
    Czy wklejanie zdjęć dzieci na facebooka może być groźne? W sieci krąży wiele artykułów traktujących na ten temat i kwestię jaką się bardzo często podnosi to bezpieczeństwo danych osobowych i wola naszych dzieci [1][2][3]. Czy ja chciałbym aby moi znajomi z pracy zobaczyli na profilu mojej mamy zdjęcie (i komentarze) jak w pieluszce stawiam pierwsze kroki? Nie miałbym z tym raczej problemu, ale już przeżywanie (w tym fotograficzne) trudów odstawiania mnie od piersi byłoby pewnie trochę krępujące. Inną jednak, dużo poważniejszą kwestią jest to jak nasze dane w przyszlości mogą zostać użyte. Jak potoczy się rozwój social mediów i jakie dane będą udostępniane szerokiemu ogółowi w przyszłości? Czy zdarzało Wam się przeglądać czyjś profil przed pierwszym spotkaniem aby wiedzieć kogo można się spodziewać i jak się przygotować? Czy podobnie może zachować się Wasz potencjalny pracodawca lub kredytodawca?[4] Jakkolwiek to może momentami abstrakcja, ale skąd mamy mieć pewność, w którą stronę "pójdzie świat"? Po co prowokować? Proszę zobaczcie, jak nieszczęśliwie już, pewne zachowania potrafiły sprowokować [5 - Ranker.com]
    W jakim celu umieszczamy zdjęcia dzieci na facebooku? [6] Czy umieszczając je zaspokajamy jakieś swoje potrzeby? Czy do takich zachowań predysponowane są osoby o pewnych osobowościach?
    Zapraszam do dyskusji i przemyśleń!
    lek. Mateusz Palczewski, specjalizant chirurgii dziecięcej
    Kot
    Jestem najszczęśliwszym człowiekiem na świecie!
    Niedawno miałem swój ostatni w życiu (miejmy nadzieję) dyżur w Nocnej i Świątecznej Opiece Zdrowotnej. To bardzo cenne doświadczenie z zakresu medycyny kaszelkowo-katarkowej oraz drobnej pediatrii - uważam, że każdy lekarz powinien nauczyć się diagnozować podstawowe jednostki chorobowe takie jak zakażenia gardła, zatok czy uszu.
    Te kilka lat spędzonych w NPL to doświadczenie totalnie rujnujące psychikę młodego anestezjologa, który widzi ewidentny rozdźwięk pomiędzy kalibrem problemów pacjentów zgłaszających się z przeziębieniem "Doktorze mam 37,8 i kaszlę! Umieram!" a pacjentów leżących i faktycznie umierających na intensywnej terapii. Pomimo wszelkich starań nie udało mi się wykrzesać z siebie nawet najmniejszej ilości zrozumienia i współczucia dla "ciężko chorych" bywalców NPL. Może dlatego, że prawdziwy dramat to dla mnie los matki trójki dzieci, u której po krwotoku z pękniętego tętniaka trzeba stwierdzić śmierć mózgu?
    Mimo krótkiego stażu w medycynie udało mi się rozwinąć dziwną umiejętność przeczuwania jak ma wyglądać najbliższy dyżur. Jest to coś na podobieństwo bólu krzyża, który męczy wilka morskiego przed załamaniem pogody. Trudno jest mi zdefiniować jak wygląda to przeczucie. Po prostu jadąc na niektóre dyżury wiem, że z góry będę miał przerąbane.
    Tak było przed moim ostatnim dyżurem w NPL. Nie myliłem się.
    Poszedłem tam z nastawieniem, że cokolwiek się nie zdarzy to już właściwie mnie nie dotyczy. W końcu przyniosłem wymówienie i już więcej nie będzie żadnych tłumaczeń, odpowiadania na idiotyczne skargi, tłumaczenia przeróżnym dziwnym ludziom rzeczy oczywistych. Mogę w końcu na luzie odwalić całą robotę i iść do domu zatrzaskując za sobą drzwi z hukiem.
    Przywitał mnie tłum na korytarzu. Rzecz rzadko spotykana w tym małym NPLu. Pierwszych dwudziestu pacjentów udało mi się przyjąć bez żadnych zawirowań. 90% rozpoznań to J00 i J06 (wtajemniczeni wiedzą o co chodzi. Potem były schody.
    O 21:00 telefon od spanikowanej mamusi: ma dwie córki 12 i 7 lat. Jedna leczona amoksycyliną z kwasem klawulanowym na zapalenie gardła a druga cefuroksymem na zapalenie oskrzeli. Dwunastolatka zjadła antybiotyk siedmiolatki. "Co może jej się stać?!" - pyta przerażona matka. "W najgorszym razie biegunka" - odpowiadam. "Biegunkę to już ma od 2 dni" - słyszę w słuchawce. Kryzys zażegnany.
    O 23:30 wielka kumulacja. Przychodzi czteroosobowa rodzina. Wszyscy mają katar, wszyscy od kilku dni. U lekarza rodzinnego nie byli. "Więc jak to było? - pytam głowę rodziny. "Oglądaliście sobie Kevina samego w domu i nagle wpadliście na pomysł, żeby o 23:00 razem przyjść do NPL?". Pan - głowa rodziny się śmieje. Głowa opada mi na biurko. Zazdroszczę dobrego humoru....
    2:00 dzwoni pani. Zgłasza, że jej mama w wieku 88 lat ma gorączkę, ciężko i szybko oddycha i nie można się z nią dogadać. Kilka pytań i upewniam się, że staruszka ma duszność i zaburzenia świadomości. Pani dzwoniła już na pogotowie, ale dyspozytor odmówił wysłania karetki. Każę natychmiast wezwać pogotowie. Za 15 minut dzwoni dyspozytorka i wydziera się do słuchawki. Grzecznie wyjaśniam, że NPL nie jeździ do pacjentów z dusznością i sugeruję sumienne zbieranie wywiadu. To kolejny podobny przypadek - pogotowie w tym rejonie często próbuje "dysponować" lekarza NPL do chorych, żeby sprawdził czy nie trzeba karetki pogotowia. I w 9 na 10 przypadków okazuje się, że pacjent jest chory i wymaga interwencji pogotowia ratunkowego. Tymczasem zegar tyka, a czas do uzyskania fachowej pomocy upływa nieubłaganie.
    3:30 przychodzi pacjentka z mężem. Od 3 dni ma katar, ale stwierdziła, że to będzie najlepsza pora na wizytę u lekarza. Co więcej, pani żąda żebym do jutra ją wyleczył bo ma pogrzeb i musi być w formie. Przecież jest zbyt chora, żeby rano czekać w kolejce po numerek do lekarza rodzinnego! Żąda natychmiastowej pomocy! LUDZIE! LITOŚCI!
    4:15 dzwoni pacjentka - lat 75. Miała już zawał serca, od 2 godzin boli ją w klatce piersiowej i nie może spać. Zalecam niezwłocznie wezwać pogotowie ratunkowe.
    8:00 koniec dyżuru. Zamykam kram.
    Zdarzenia tej nocy sprawiły, że wychodząc rano do domu wyzbyłem się wszelkiej tęsknoty za powrotem.
    Nigdy w życiu Nocnej Prostytucji Lekarskiej!
    ***
    Zobacz poprzednie artykuły z serii Świro-lotek:
    Świro-lotek: Kleszcz!
    Świro-lotek: Co za typy!
    Świro-lotek: W mordę dać czy skargę napisać?
    Świro-lotek: Seks-wypadek (dramat w jednym akcie)
    Świro-lotek: Mega Kumulacja!
    Świro-lotek: Piję, więc jestem!
    Świro-lotek: Łapówka czyli jak przekupić doktora
    Świro-lotek: SURSUM CORDA!
    Świro-lotek: "Dobry" tata
    Świro-lotek: "Nagłe pogorszenie"
    Świro-lotek: "NPL lekiem na całe zło świata"
    inkalekarka
    Interna - królowa medycyny… Czy aby na pewno?
    Zaczynając przygodę z interną na studiach najpierw uczymy się badać pacjentów, potem poznajemy „małego” i „dużego” Szczeklika, czyli „biblię internistów”, uczymy się różnych chorób, przechodząc przez różne działy interny czyli różne specjalizacje szczegółowe, na których oglądamy pacjentów z danymi jednostkami chorobowymi . Jedni wolą gastroenterologię, inni kardiologię, a jeszcze inni panicznie boją się profesora ścigającego za zbyt krótkie rękawy fartuchów albo niedopięty fartuch u studentów. Każdy ma jakieś lepsze czy gorsze wspomnienia z 4 i 5 roku studiów, czyli czasu interny.
    A potem przychodzi czas wyboru specjalizacji. W związku z wprowadzeniem systemu modułowego kształcenia większość wybiera od razu specjalizację szczegółową, trochę według mnie zamykając się od razu w danej wąskiej dziedzinie, zapominając o pięknie interny jako całości. Ale wynika też to po części z tego, że większość lekarzy kończąc studia zostaje w dużych ośrodkach akademickich, gdzie prawdziwej interny szukać można ze świeczką - gdzie się nie rozejrzeć tylko wysoko specjalistyczne oddziały, kliniki. Dopiero wyjeżdżając na przysłowiową prowincję mamy według mnie szansę zobaczyć internę w całej okazałości. I co widzimy?
    Cały przekrój pacjentów - m.in. wszystkich tych, których nie chcą specjalistyczne oddziały. Mamy zapalenia płuc, bo na pulmonologii ciągle brakuje miejsc, mamy zdekompensowane niewydolności krążenia, których nie chce kardiologia, mamy diagnostykę stanów podejrzanych o nowotwory i rozsiane nowotwory, którym pomagamy odejść, bo w hospicjum dyrektor zmniejszył liczbę miejsc o połowę, mamy starszych pacjentów, których nie chcą rodzinny albo którzy nie mają rodziny, odleżyny, których nie chce chirurgia, do tego rozchwiane nadciśnienie tętnicze, cukrzyca, diagnostykę bólu brzucha, spadku masy ciała, niedokrwistości, gorączek, zawrotów głowy, omdleń, plus wiele wiele innych… Jednym słowem prawie wszystko, co w medycynie jesteśmy w stanie sobie wyobrazić.
    Ma to swoje plusy i minusy. Zasadniczym plusem jest nauka praktycznie całej interny, nabranie doświadczenia, bo edukacja to nie tylko książki, ale też pacjent, z konkretnymi problemami, dolegliwościami, a do tego starsi koledzy, którzy w każdej chwili służą nam pomocą, kiedy pojawia się jakieś nowe „wyzwanie”. Ale to też przeciążenie pracą, bo jak pisałam wcześniej mało kto wybiera specjalizację z interny na prowincji. Kończy się to prawie ciągłym obłożeniem 90-100% łóżek, przy prawie zawsze niepełnym składzie lekarskim - zawsze ktoś jest na stażu do specjalizacji, na urlopie, zwolnieniu. A przeciążenie pracą to też przeciążenie stresem, bo prowadzenie kilku-kilkunastu pacjentów w ciężkich stanach to poważne obciążenie, szczególnie dla młodego lekarza w tracie specjalizacji. Do tego dochodzą jeszcze ciężkie dyżury, których mamy minimum 5-6 w miesiącu, co daje zwykle około 250 godzin pracy w miesiącu. Nie mówiąc o pracach dodatkowych. 
    Dlaczego jednak ludzie wybierają internę? Według mnie  lekarze wybierający specjalizację dzielą się na dwa podstawowe typy - zabiegowców i teoretyków (czyli interna, neurologia, medycyna rodzinna, psychiatria). Zabiegowcy to typ człowieka z układem nagrody natychmiastowej: wykonuje jakiś zabieg, od razu widzi efekt - nagroda pojawia się natychmiast w postaci dobrze wykonanej pracy. Teoretycy, głównie właśnie interniści, to typ nagrody odroczonej - włączają różne leki, i czekają aż zaczną one działać, efekt nie pojawia się natychmiast (poza oczywiście ciężkimi stanami, ale efekt ten zwykle jest krótkotrwały, więc i tak potrzebne jest nasze długofalowe działanie). Wiąże się to też od razu z naszym największym problemem i powodem frustracji. U zabiegowców większość efektu końcowego zależy od nich samych, w naszych działaniach, szczególnie tych poszpitalnych, wszystko zależy od pracy samego pacjenta, czyli mojego ulubionego określenia „compliance” tłumaczonego jako przestrzeganie zaleceń terapeutycznych.  Możemy oczywiście próbować dotrzeć do pacjenta, wytłumaczyć mu wszystkie plusy i minusy, zagrożenia, skutki jego i naszych działań, możemy edukować, przekonywać, a potem i tak wracają do nas ci sami pacjenci, z tymi samymi problemami co ostatnio.
    Ale jest to też wyzwanie warte podjęcia, próba dotarcia do swoich pacjentów, i radość, kiedy spotyka się ich potem na ulicy czy gdziekolwiek indziej i widzi ich uśmiechy, jako wyraz dobrego samopoczucia. Interna to też taka gałąź medycyny, gdzie w związku z dłuższym przebywaniem pacjentów na oddziale możemy ich lepiej poznać, a przez to móc lepiej im pomóc, bo nie zawsze pierwsza wizyta i pierwszy wywiad przeprowadzony z pacjentem da nam odpowiedź na wszystkie pytania. Interna to też niełatwe zadanie pomocy ludziom w ich ostatnich dniach, godzinach, kiedy już  nic nie da się zrobić, a trzeba po prostu być, zwalczyć ból, czy inne niepokojące pacjenta objawy. I chociaż to trudne chwile, dają pewien rodzaj satysfakcji z pomocy. 
    Na koniec jeszcze spojrzenie na internę z perspektywy zwykłego Kowalskiego:
    - Jaką robisz specjalizację?
    - Internę.
    - Eeee….? Czyli jesteś takim zwykłym lekarzem?
    - Nie, pracuję w szpitalu na Oddziale Chorób Wewnętrznych i zajmuje się większości najcięższymi stanami, no poza zawałami, udarami i operacjami ?  
    - Aha. A kiedy będziesz jakimś specjalistą?
    -……
    Mimo wszystkich minusów, o których wspomniałam, nie zmieniłabym mojej specjalizacji na żadną inną.
    MedFor.me
    Święta, święta i po świętach. Przedświąteczny okres, kończący się rok, pierwszy przepracowany jako lekarz kwartał: ostatnimi czasy miałem mnóstwo okazji do refleksji. Święta się skończyły, elfy wróciły do wioski Mikołaja, więc pomyślałem, że można już wyłożyć kawę na ławę bez posądzenia o bycie jak Grinch.
    By być medykiem w tym kraju, trzeba chyba być masochistą. Istnieje jeszcze opcja traktowania pracy jako oryginalnego hobby, ale wymaga to spełnienia dwóch warunków:
    A ) Trzeba mieć naprawdę spaczony gust
    B ) Inne źródło utrzymania
    Jestem lekarzem, więc w tym wpisie oceniam otaczający świat na podstawie mojej grupy zawodowej, ale obraz jest zbieżny chyba dla każdego medyka bez względu na profesję. Wiele sprzeczności tkwi w postrzeganiu lekarzy przez społeczeństwo, a dzisiaj zajmę się rozliczeniem kilku dość powszechnych mitów w świadomości ogółu.
    Mit 1: Ciepła posadka w budżetówce
    Bardzo często spotykam się z przeświadczeniem, iż lekarze to pracownicy tak zwanej budżetówki, a co za tym idzie nasza praca jest pewna, a nam przysługuje mnóstwo bonusów.
    Tak. Większość szpitali jest prowadzona przez samorządy. Tak. Część pracowników ma pensje ustalone ustawowo. Ale nie mamy zagwarantowanych „trzynastek” ani darmowych leków. Spotkałem się wielokrotnie z opinią, że górnicy mają deputaty węgla, a lekarze darmowe leki - może kiedyś tak było (tego nie wiem), ale teraz tak nie jest. Kwestia paczek/premii świątecznych jest mocno zróżnicowana, bo są szpitale, które takie świadczenia przewidują, ale również wiele, w których nie może być o tym mowy. Szpitale jako podmioty samorządowe (lub prywatne, ale o dość licznej załodze) na ogół muszą prowadzić fundusz socjalny, ale ujemne wyniki finansowe często prowadzą do albo dość specyficznej konstrukcji regulaminu lub nieprawidłowości w jego prowadzeniu. W ramach funduszu można starać się o dofinansowanie tylko wczasów i biletów na imprezy kulturalne, ale dyrektor może udzielić decyzji odmownej bez uzasadnienia, a jego decyzja jest ostateczna [sic!]).
    W tym momencie zajmijmy się wątkiem bezpieczeństwa i stabilności pracy. Wbrew pozorom praca w publicznych podmiotach wcale nie jest gwarantem jej przebiegu lege artis. Nieprawidłowości w zakresie przestrzegania prawa pracy są powszechną zmorą szkoleń specjalizacyjnych.
    Jakiś czas temu dość głośno było o rezydentce z Białegostoku, którą szpital próbował zmusić do pełnienia dyżurów za stawkę 1zł/h. Bezsprzecznie stawka ta jest horrendalnie niska, ale warto również zauważyć, iż zgodnie z kodeksem pracy niedozwolone jest zawieranie dodatkowych umów cywilno-prawnych na ten sam zakres obowiązków. Wiele szpitali potrąca od pensji okres obowiązkowego odpoczynku po dyżurze (prawo wymaga 11 godzin nieprzerwanego wypoczynku) pomimo iż czas ten jest opłacany ze środków budżetowych. Tuż przed świętami jeden ze szpitali na południu Polski zażądał od nowo przyjętych rezydentów podpisania aneksu do umowy, w którym zobowiążą się do pełnienia wolontariatu w postaci świadczenia usług medycznych na rzecz społeczności lokalnej, jeśli zaistnieje taka konieczność. Oczywiście bez jakiegokolwiek zdefiniowania ów stanu konieczności.
    Jako wisienkę na torcie chciałbym zaznaczyć istnienie ogromnej presji ze strony kadry zarządzającej, by lekarzy zatrudniać jako podwykonawców, a zatem jako zewnętrzne firmy. Jak to się ma do pracy w urzędzie czy szkole?
    Mit 2: Kończąc studia zostaje się kardiologiem/neurologiem/chirurgiem…
    Po ukończeniu studiów lekarz jest dopiero w połowie drogi do zdobycia w/w tytułu. Po 6 latach nauki następuje staż podyplomowy (na którym można ordynować leki pacjentom, ale już nie samemu sobie [sic!]), a następnie żmudny okres specjalizacji. Wg danych Naczelnej Izby Lekarskiej średni wiek osiągnięcia tytułu specjalisty to blisko 38 lat!
    Mit 3: Dopiero specjalista leczy, wcześniejszy okres to tylko przyglądanie się
    Według aktualnego porządku prawnego już stażysta jest uprawniony (po konsultacji w niektórych przypadkach) do badania pacjentów, prowadzenia dokumentacji, wydawania zleceń, wystawiania recept i zaświadczeń czy stwierdzania zgonu. Lekarz po stażu, niezależnie od tego czy rozpocznie proces specjalizacji czy nie, jest pełnoprawnym lekarzem, którego zakres działalności ogranicza jedynie jego własna wiedza i doświadczenie.
    Mit 4: Lekarze ukrywają przed światem swoje zarobki, ponieważ są kolosalne
    Duża cześć niechętnie mówi o swoich zarobkach, ale dzieję się tak, ponieważ są one... wstydliwie niskie. Od lat następuje sukcesywna pauperyzacja naszego zawodu, jednak na skutek milczenia wyobrażenia społeczne (osób zarówno niezwiązanych medycyną, jak również tych pracujących w szeroko rozumianej branży) na temat naszych zarobków są wybujałe. Przez 3 miesiące praktyki dostrzegłem, że w moim miejscu pracy nikt nic nie wie o innych! Lekarze myślą ze zarabiają lepiej niż pozostali pracownicy, inni ostro przeszacowują pensje lekarzy, a jedyne co wszystkich łączy to niezadowolenie i frustracja. Kilka razy zdarzyło mi się zabawić w "mini quiz" z pacjentami czy przedstawicielami farmaceutycznymi - za każdym razem moja pensja była przeszacowana 2-3 razy. Kuriozalna była dla mnie sytuacja, w której panie z kadr powiedziały mi: „Wie Pan jak u nas dobrze płacą? - Rezydent to ma tyle co specjalista”. Siatka płac dla starszego asystenta (lekarza specjalisty) przewiduje 3200 zł brutto, a więc prawie tyle ile wynosi wynagrodzenie rezydenta w ciągu 2 pierwszych lat, a mniej niż jego pensja po jednokrotnym wzroście. Zaskakujące było też dla mnie podkreślenie tego „u nas”. Wszak stawki rezydentur są jednakowe dla całego kraju.
    Od 1 stycznia 2017 lekarze stażyści są najsłabiej zarabiającą grupą zawodową w Polsce. Pensja lekarza stażysty wynosi 2007 zł brutto, a pensja minimalna 2000zł. Wydawałoby się, że poprzednie zdanie jest fałszywe, jednak nie należy zapominać, iż na lekarzu ciąży obowiązek uiszczenia składki członkowskiej do OIL. Stażyści płacą co prawdą preferencyjną składkę w wysokości 10 zł (zamiast 60 zł) jednak jest to kwota na tyle wysoka, iż obniża ona pensję poniżej minimalnej. Według danych GUS dominanta zarobków lekarzy wypada poniżej przeciętnego wynagrodzenia w Polsce, a średnia pensja (dla umowy 1/1 etatu) ciut powyżej przeciętnego wynagrodzenia. Lekarze nie są najsłabiej zarabiającym zawodem, ale stwierdzenie, że zarabiają kilkakrotnie więcej niż przeciętny Polak jest fałszywe.
    Nowy rok przynosi podwyżki w jednej ze znanych sieci handlowych (meble, wykończenia), gdzie pensja minimalna wyniesie tam nie mniej niż 20 zł brutto za godzinę, a to więcej niż obecna stawka lekarza rezydenta. W niczym nie chcę umniejszać pracowników supermarketu czy centrum meblowego (sam kiedyś pracowałem w podobnym charakterze). Rodzi to pytanie o to, czy warto brać na siebie odpowiedzialność za ludzkie życie, kiedy podobny (lub wyższy) standard egzystencji można zapewnić sobie przez wiele innych zajęć o niższym poziomie ryzyka...
    Mit 5: Lekarze chcą zarabiać tyle, co na Zachodzie nie bacząc na to, że w Polsce każdy zarabia słabo
    Takie stwierdzenia pojawiają się bardzo często w reakcji na obecne działania kadr medycznych (dwie wielkie manifestacje, przygotowanie obywatelskiego projektu ustawy). Nie jest to jednak prawda. Postulowany przez lekarzy wskaźnik 2 i 3 średnich krajowych po pierwsze nie jest postulatem nowym (jest to postulat NRL z 2006 roku, kiedy to jej prezesem był obecny minister Konstanty Radziwiłł), a po drugie poziom ten jest zbliżony do proporcji jakie występują w innych państwach regionu. Od kilku lat czescy lekarze specjaliści mają ustawową gwarancję, iż ich pensja nie może być niższa od poziomu 3 średnich (a od stycznia 2017 planowana jest podwyżka o 10%). Słowaccy lekarze również mają ustawowe gwarancje.
    Wielu Polaków wyemigrowało do Wielkiej Brytanii, wielu założyło tam rodziny, otworzyło firmy, system prawny jest uznawany za prosty i przyjazny. Polscy lekarze nie żądają zarobków równych tym jakie otrzymaliby na wyspach. Postulują jedynie podobną proporcję do zarobków przeciętnych.
    Według danych statystycznych średnia pensja w UK wynosi około 2300 funtów miesięcznie. NHS podaje, że podstawowa pensja dla specjalisty wynosi pomiędzy 76 a 102,5 tysięcy funtów rocznie. Przyjmijmy do obliczeń dolną kwotę 76 tysięcy: to około 6333 funtów miesięcznie a wiec pensja 2,75 razy więcej niż przeciętna.
    Myślę że na dziś już wystarczy, za jakiś czas postaram się odnieść do kilku innych powszechnych, aczkolwiek błędnych przeświadczeń. Mówi się że „u sąsiada trawa zawsze jest bardziej zielona”. Ja tym wpisem starałem się obnażyć kilka mankamentów „mojego trawnika” byście mogli ocenić jego prawdziwą barwę.
    Z chęcią odpowiem na Wasze pytania - piszcie je w komentarzach...
    Na zakończenie życzę Wam wszystkiego co najlepsze w Nowym Roku 2017.
    Lek. Mateusz Latek
    Derli
    Kontynuacja cyklu na temat pracy za zachodnią granicą, którego pierwsza część wzbudziła spore zainteresowanie. Nie zaskakuje to w kontekście podejścia do pracy lekarzy w Polsce. Dużo praktycznych porad, informacje i ciekawostki oraz opinie o zdobywaniu specjalizacji oraz dalszej lekarskiej pracy w Niemczech. Zainteresowanych zapraszamy do dyskusji na forum!
     
    Krok Drugi: Hospitacja
    Aby rozpocząć pracę w Niemczech będziemy potrzebowali przynajmniej pozwolenia na pracę (Berufserlaubnis), chociaż najbardziej pożądana jest aprobacja. Aby ją otrzymać będziemy musieli złożyć odpowiednie dokumenty do Izby Lekarskiej znajdującej się w Landzie, w którym zamierzamy podjąć pracę, a następnie zdać egzamin (Fachsprachenprüfung), który potwierdzi naszą znajomość języka. Czas oczekiwania na termin egzaminu jest różny, ale najczęściej wynosi około 1 miesiąca. Czy możemy pracować w niemieckim szpitalu bez wyżej wymienionych dokumentów? Możemy. Jednak nie będziemy pełnoprawnymi lekarzami, a jedynie Hospitantami. Większość szpitali przed podpisaniem z nami umowy zaprosi nas na tak zwaną hospitację, podczas której będziemy mogli obserwować funkcjonowanie placówki, a jednocześnie my sami będziemy bacznie monitorowani przez, być może, przyszłych współpracowników. Niektóre szpitale oferują drobne wynagrodzenia w zamian za naszą pracę (ok. 100 euro tygodniowo), jednak może się też okazać, że będziemy musieli uzbroić się w cierpliwość i przez okres hospitacji liczyć na wsparcie finansowe kogoś innego.
    Jak zachowywać się w czasie hospitacji? Tutaj nie ma reguły (jeżeli znamy kogoś kto obywał już hospitację w danym szpitalu powinniśmy wyciągnąć z niego jak najwięcej informacji!). Na pewno należy się starać i nie traktować tego jak wycieczki krajoznawczej. Nasze zaangażowanie w najdrobniejsze nawet zadania na pewno zostanie docenione. W tym okresie dla osoby, która będzie decydowała o naszym "być albo nie być" (jest to Chefarzt naszego oddziału), będzie istotne jak dogadujemy się z innymi lekarzami, jak odnosimy się do pacjentów. Niemcy bardzo dużą uwagę zwracają na punktualność (warto pamiętać, że praca w niemieckim szpitalu zaczyna się o godzinie 7 rano). Należy pamiętać o przywitaniu się z każdym mijanym przez nas pracownikiem szpitala- przechodzenie obok nieznajomych osób w milczeniu (co jest zupełnie naturalne w Polsce) w Niemczech odbierane jest jako nieeleganckie i gburowate. 
    Okres hospitacji należy wykorzystać najlepiej jak się da. Warto pamiętać, że do obowiązków niemieckiego lekarza należy również pobieranie krwi, robienie zastrzyków oraz zakładanie wenflonów na oddziale, dlatego podczas hospitacji  należy opanować te czynności. 
    Jeżeli udało nam się znaleźć pracę, mimo że nie posiadamy jeszcze certyfikatu językowego (w zależności od Landu będziemy potrzebować Goethe-Zertifikat B2 lub C1) to należy uporać się z tym do momentu zakończenia hospitacji (certyfikat jest wymagany, aby podejść do Fachsprachenprüfung).
    Pod koniec tego próbnego okresu zostaniemy zaproszeni na rozmowę z Chefarztem i dowiemy się jaką decyzję podjął. Jeżeli usłyszymy nie- nie jest to wcale sygnał, że się nie nadajemy, a jedynie, że powinniśmy szukać dalej. Jeżeli usłyszymy tak- musimy uzbroić się jeszcze w odrobinę cierpliwości i zacząć przygotowywać się do zdania egzaminu Fachsprachenprüfung.
    Staphylococcus
    Publikacja raportu Kodeksu Przejrzystości (Code of Transparency, Disclosure Code) odbiła się niemałym echem w mediach. Ale to, co się rozpętało później, raczej nie było zgodne z zamierzeniami jego twórców. Przynajmniej na naszym podwórku, gdzie takie otwarte deklaracje firm farmaceutycznych są nowością, dziennikarzom udało się wybudzić grozę nieufności, i nieuchronną czarną wizję korupcji w ochronie zdrowia. Czy słusznie?
    Kodeks Przejrzystości powstał dzięki inicjatywie organizacji INFARMA. Zrzesza ona śmietankę koncernów farmaceutycznych - wszyscy na pewno znamy Bayera, Eli Lilly, MSD, Novartis czy Glaxo Smith Kline. Wszyscy członkowie, których w ramach tego opracowania nie byłoby miejsca wymieniać (a można sprawdzić TU), jednogłośnie zdecydowali się na publikowanie danych dotyczących finansowania m.in. szkoleń, czy konferencji przedstawicielom zawodów medycznych, placówek ochrony zdrowia, grantów. Celem owych działań jest odbudowa podupadającego zaufania do przemysłu farmaceutycznego, oraz środowiska lekarskiego. A to, co nie powinno być szokujące, jest mocno nadwyrężone. Aż 4 na 5 pytanych pacjentów sądzi, że lekarze wypisują im preparaty tylko od firm, z którymi współpracują, podaje Rzeczpospolita (nie bacząc na prawo do wyboru zamiennika w aptece, jeśli ten istnieje).
    Pierwszy raport w naszym kraju INFARMA opublikowała w tym roku. Żartobliwie mówiąc, zwolennicy teorii spiskowych otrzymali w końcu dowód na to, że „Big Pharma uprawia sponsoring dla lekarzy”. Tylko czy rzeczywiście, jak mówi z sensacyjnym zacięciem serwis WP Money kwoty dla nosicieli białych fartuchów idą w miliony złotych?
    Ile naprawdę przemysł farmaceutyczny płaci lekarzom?
    Niestety tak nie jest. Złośliwiec powiedziałby, że przedstawiciele zawodów medycznych jakoś wybitnie się nie cenią. Gigant Glaxo Smith Kline dla wszystkich lekarzy przekazał kwotę niecałych… 32 tys. złotych. Po przeliczeniu na osobę to niecałe 2 300 zł, czyli pensja lekarza rezydenta, zatem, względnie dużo. Ale jeśli weźmiemy pod uwagę, że wykupienie jednego z nieco droższych – ale nie najdroższych – coachów w kraju na jeden dzień szkolenia,  albo wejściówki na wykład znanego szarlatana, Jerzego Zięby dla 12 osób kosztuje podobną sumę… To kwota ta nie wydaje się zawrotna. Co więcej, niemal wszystkie te osoby (13 z 14) zdecydowały się na ujawnienie swoich nazwisk, ryzykując wystawienie się na ostrze opinii publicznej. Podobnie w przypadku koncernu MSD - tu kwoty, które zasiliły bezpośrednio portfele lekarzy nierzadko nie przekraczają nawet 1000 zł. I chociaż widniejące w podsumowaniu 2 mln zł działają na wyobraźnię, kiedy do podziału tortu jest cała brygada, to raczej o skandalicznie wysokich sumach nie ma tu mowy.
    Za co koncerny farmaceutyczne płacą miliony?
    Oczywiście w przypadku placówek ochrony zdrowia sprawa ma się nieco inaczej - tu w roli głównej występują znacznie wyższe kwoty. Na przykład, Roche aż 95 mln złotych wydał na badania kliniczne w Polsce, a część tej kwoty, rzecz jasna, „zarobiły” prowadzące je placówki ochrony zdrowia. Ponadto, w tym jednym roku Roche podarował pacjentom leki za 12 mln złotych. Biorąc pod uwagę sytuację polskiej ochrony zdrowia, można powiedzieć, że koncerny zapewniają jej naprawdę znaczny zastrzyk gotówki rodzimemu budżetowi. Bo chociażby badania kliniczne, w naszym prawodawstwie nazywane złowrogo „eksperymentami medycznymi” oznaczają często nic innego, jak nowoczesne leki dla polskich pacjentów, do których w ramach Narodowego Funduszu Zdrowia - nie mieliby dostępu. Jak na przykład pacjenci potrzebujący leków biologicznych ("na NFZ" tylko w programach lekowych), albo pacjenci onkologiczni, dla których Polskie Towarzystwo Onkologiczne uruchomiło rejestr takich inicjatyw, bo wiadomo, że nasza onkologia na tle reszty Europy, nie ma się najlepiej. Ogółem, według danych witryny badaniaklinicznewpolsce.pl w ramach badań klinicznych „leczy się” w Polsce około 40 000 osób rocznie.
    Oczywiście, wiele firm oraz ich beneficjentów nie zdecydowało się na podanie takich szczegółów. W licznych raportach, publikowanych na stronach koncernów, niestety widnieją czarne luki. Nie wszyscy lekarze chcą publikować swoje nazwiska - co raczej nikogo nie dziwi w obecnym, niezbyt przychylnym „klimacie”. To się jednak może zmienić. Podobne inicjatywy funkcjonują już w innych krajach Europy, i są standardem np. w Wielkiej Brytanii. Nie ma większych wątpliwości, że dane, dotyczące wydatków firm farmaceutycznych na ochronę zdrowia i jej przedstawicieli powinny być jawne. To pozwoliłoby wychwycić potencjalne konflikty interesów, a społeczeństwu, uzyskać wgląd w to, jak funkcjonują producenci leków. Jednak w tym celu musieliby mieć okazję by zrozumieć znaczenie raportów transparentności, i jak je rozumieć. Czy artykuły takie jak na WP, w Dzienniku Bałtyckim czy na Forsal.pl na to pozwalają? Chyba nie - bo w dział „komentarze” lepiej nie wchodzić. Chyba, że ma się naprawdę mocne nerwy.
    lek. Martyna Hordowicz
    grafika: http://www.thedailybeast.com/
    Gonzo

    Przez Gonzo, w News,

    Chirurgia kręgosłupa jest jedną z gałęzi neurochirurgii. Dzięki niej możliwe jest leczenie bardzo uciążliwych i bolesnych schorzeń, takich jak przepukliny krążków międzykręgowych, które mogą być wręcz niebezpieczne. Poprzez ucisk na rdzeń kręgowy w ekstremalnych przypadkach mogą prowadzić do kalectwa. Zabiegi te często kojarzą się z rozległymi operacjami, wiążącymi się z dużym ryzykiem powikłań pod postacią uszkodzeń rdzenia kręgowego lub korzeni nerwowych. Ale czy to jedyna droga?
    Okazuje się, że co raz większą popularnością cieszy się tak zwana neurochirurgia małoinwazyjna. Dzięki tej technice przeprowadzanych jest obecnie kilka zabiegów.
    1. Endoskopowe i makroskopowe usunięcie przepukliny lub wypukliny krążka międzykręgowego z dostępu tylno-bocznego - tzw. metoda SED/YESS.
    Jest to doskonała alternatywa dla jedynej do niedawna dostępnej metody otwartej. Zabieg przeprowadzany jest w znieczuleniu miejscowym, a endoskop posiada specjalne kanały robocze, które umożliwiają usunięcie krążka międzykręgowego. Podczas zabiegu tą metodą, omijany jest kanał kręgowy, co pozwala na uniknięcie ryzyka uszkodzenia rdzenia kręgowego, worka oponowego, naczyń krwionośnych i korzeni nerwowych, co jest stosunkowo często występującym powikłaniem po zabiegu klasycznym. Ponadto endoskopia pozwala wyeliminować ryzyko destabilizacji kręgosłupa i powstawanie zrostów w obrębie kanału kręgowego.
    2. Leczenie wypukliny krążka międzykręgowego metodą laserową.
    Metoda ta co prawda nie pozwala na usunięcie krążka międzykręgowego, ale dzięki obniżeniu ciśnienia w samym krążku można zmniejszyć siłę jego ucisku i powodowane przez nią dolegliwości. Jest to zabieg o dość ograniczonych wskazaniach i może być przeprowadzony jedynie u pacjentów, u których zdiagnozowano typ sprężysty dyskopatii. 
    3. IDET - Wewnątrzdyskowa Terapia Elektrotermiczna, TA - Termiczna Plastyka Pierścienia Włóknistego
    Jest to zabieg, którego zadaniem nie jest usunięcie uszkodzonego krążka międzykręgowego, ale przywrócenie jego prawidłowej funkcji. Przeprowadza się go z dostępu tylno-bocznego, wprowadzając pod kontrolą radiograficzną specjalną prowadnicę z elektrodami. Instaluje się ją tak, aby pomiędzy biegunami elektrody znajdował się uszkodzony obszar. Poprzez stymulację przy pomocy powyższej elektrody dochodzi do zmniejszenia ciśnienia w krążku międzykręgowym, przywrócenia jego sprężystości i funkcji, a co za tym idzie zmniejszenia ucisku i związanych z nim dolegliwości. Zabieg odbywa się z pominięciem kanału kręgowego, nie wiąże się więc z ryzykiem uszkodzenia rdzenia kręgowego ani innych struktur wewnątrzkanałowych.
    4. Przezskórna nukleoplastyka metodą koblacji.
    Jest to jedyna metoda małoinwazyjna dopuszczalna do stosowania w leczeniu dyskopatii szyjnej. Wykorzystuje technologię tak zwanego zimnego odparowania tkankowego, polegającego na usunięciu części jądra miażdżystego z wykorzystaniem plazmy gazowej. Powoduje to spadek ciśnienia wewnątrzdyskowego, dzięki czemu zmniejsza się ucisk i związane z nim dolegliwości.
    Powyższe zabiegi to jedynie przykłady. Tego typu operacji wykonywanych jest dużo więcej. Budujące jest to, że nie są to metody jak z filmu science-fiction lub wykonywane jedynie na "dalekim zachodzie", ale obecnie przeprowadza się je także w Polsce. Wynika z tego, że, przynajmniej u niektórych pacjentów, zabiegowe leczenie dyskopatii nie musi być utożsamiane z ogromnymi, ryzykownymi zabiegami.
    Oby tak dalej. DO BOJU, NEUROCHIRURDZY!
    Derli
    Prezentujemy nowy cykl na temat blasków i cieni pracy za zachodnią granicą. Dużo praktycznych porad, informacje i ciekawostki oraz opinie o zdobywaniu specjalizacji oraz dalszej lekarskiej pracy w Niemczech. Zainteresowanych zapraszamy do dyskusji na forum!
     
    Krok Pierwszy: ZNALEZIENIE PRACY
    Znalezienie pracy w Niemczech nie jest wcale sprawą trudną. Wprawdzie czasy, kiedy to praca szukała nas (najczęściej wraz z mieszkaniem i kursem językowym) powoli odchodzą w zapomnienie i już wręcz coraz odważniej można mówić o konkurencji, to jednak cały czas szpitale niemieckie drżą przed wizją braku wykwalifikowanego personelu medycznego. Warto też wiedzieć, że nadal najbardziej pożądanymi pracownikami (naturalnie po obywatelu niemieckim) są właśnie Polacy. W Niemieckich szpitalach jest coraz więcej lekarzy ze wschodniej Europy oraz medyków z krajów arabskich, ale to właśnie Polacy są uważani za grupę ludzi, która najlepiej się aklimatyzuje i co najważniejsze - jesteśmy członkami Unii Europejskiej, a więc zdobycie przez nas pozwolenia na pracę jest znacznie łatwiejsze i szybsze.
    Jak szukać pracy?
    1.    Samodzielnie: Wchodzimy na stronę wybranego niemieckiego szpitala i sprawdzamy oferty pracy lub też, jeżeli jesteśmy zdeterminowani- wysyłamy nasze dokumenty bez względu na to, czy aktualnie nas szukają, czy też nie.
    2.    Firmy pośredniczące: Obecnie jest bardzo dużo firm zajmujących się szukaniem pracy dla polskich lekarzy. Działają one podobnie jak biura matrymonialne: pytają o nasze preferencje, a następnie dopasowują nam najlepszy szpital. Jest to opcja bardzo dobra dla osób, które są dopiero na początku swojej przygody z językiem niemieckim lub też dla osób, którym zależy głównie na określonej specjalizacji, a nie określonym mieście- firma pośrednicząca ma bazę ofert i potrafi znaleźć dla nas wymarzoną kardiologię w niemieckim zakątku, do którego byśmy sami nie zajrzeli. Warto jednak dokładnie dopytać się o warunki współpracy z pośrednikiem. Wiele z nich opisuje swoją pomoc jako bezpłatną, jednak tak naprawdę nie zostaniemy obciążeni kosztami, tylko w przypadku gdy nie zrezygnujemy (w konkretnym okresie czasu) z miejsca pracy, które znalazła dla nas firma. Oznacza to, że na przykład, gdy szpital okaże się nie spełniać naszych oczekiwań, będziemy musieli mimo wszystko przepracować w nim pewien, określony czas lub zapłacić ”karę”.
    3.    Trzecią opcją, idealną na osób, które bardzo wcześnie są przekonane, że chcą wyjechać do Niemiec zaraz po zdobyciu prawa wykonywania zawodu lekarza, jest współpraca z grupą AMEOS. 
    Grupa AMEOS oferuje polskim studentom wydziału lekarskiego stypendia w wysokości 282 Euro miesięcznie przez okres do 4 lat. Dobrą informacją jest fakt, że wymagania, które musi spełnić kandydat ubiegający się o stypendium są naprawdę niewielkie - należy posługiwać się językiem niemieckim na poziomie A2, a przez okres studiów i stażu opanować go do poziomu B2. Prace będziemy musieli podjąć w jednym ze szpitali należących do grupy AMEOS (Austria, Niemcy). Zgłoszenia można wysyłać także w języki polskim (mnic.med@badaussee.ameos.at), profesor Marius Nickel płynnie posługuje się językiem polskim i osobiście kontaktuje się ze szpitalami, w których chcemy podjąć pracę (często również pomaga napisać podanie o pracę oraz pośredniczy w korespondencji między nami, a naszym przyszłym pracodawcą). Naturalnie jeżeli w okresie pobierania stypendium będziemy chcieli wycofać się z tej oferty, będziemy zobowiązani do zwrócenia całej wypłaconej nam sumy, jednak nie będziemy obciążeni żadnymi innymi kosztami w związku z naszą rezygnacją.
     
    Kot
    Powszechnie wiadomo, że umierającego człowieka można przywrócić do życia za pomocą zabiegów resuscytacyjnych. W ciągu ostatnich 70 lat pojawiły się najrozmaitsze techniki służące przywracaniu czynności serca u ciężko chorych pacjentów.
    W latach pięćdziesiątych XX wieku Peter Safar udowodnił, że jeśli zastosuje się sztuczne oddychanie u pacjenta który nie oddycha to ten nie umrze z powodu uduszenia. Pierwszy zauważył, że kluczem do sukcesu jest skuteczne udrożnienie dróg oddechowych przez odgięcie głowy i wysunięcie żuchwy. Prowadził badania nad wdechami ratowniczymi i stwierdził, że nawet laik może po krótkim szkoleniu nauczyć się ich wykonywania. Udowodnił brak skuteczności metody resuscytacji Silvestra (unoszenie i opuszczanie rąk) - która do tej pory była bardzo popularna. Wyniki badań Petera Safara zobaczysz na poniższym filmie.
    W 1958 by William Kuwenhoven, Guy Knickerbocker i James Jude opracowali technikę uciśnięć klatki piersiowej - taką jaką znamy dzisiaj. Prowadzili badania na psach, którym sztucznie wywoływali migotanie komór. Następnie mierzyli przepływ krwi uzyskiwany podczas uciskania klatki piersiowej. "Masaż serca" pozwalał na wydłużenie czasu do zastosowania skutecznej resuscytacji nawet o pół godziny. Psy wracały do życia. Opracowane przez siebie metody przenieśli na pacjentów z zatrzymaniem krążenia w przebiegu zawału serca. Udowodnili, że poprzez zastosowanie uciskania klatki piersiowej i szybką defibrylację można przywrócić prawidłowy rytm serca u człowieka, który następnie wyjdzie ze szpitala bez ubytków neurologicznych. Poniższy film pięknie pokazuje nadzieje, jakie wiązano z nowoczesnymi technikami resuscytacyjnymi:
    Połączenie prac Safara i Kuwenhovena przyniosło pierwszy opis "cardopulmonary resuscitation" w 1962 roku z powszechnie znaną sekwencją ABC - "airways, breathing, circulation". Pojawił się zalążek nowoczesnych technik resuscytacyjnych. Wiele koncepcji pojawiało się i znikało - tak jak dosercowa podaż adrenaliny czy ratunkowa torakotomia w zatrzymaniu krążenia na sali operacyjnej. W miarę upływu czasu okazało się, że przynoszą więcej szkody niż pożytku i zaniechano ich wykonywania.
    Znane i stosowane w szpitalach od lat 30 XX wieku defibrylatory były ciężkie i nieporęczne. Problemem pozostawał czas jaki potrzebny jest na dostarczenie pacjenta z zatrzymaniem krążenie do szpitala. Pierwszy defibrylator do karetki przeniósł w 1965 roku doktor Frank Pantridge z Belfastu. Pierwsze zespoły ratunkowe miały w składzie lekarza, który oceniał rytm serca. Pozwoliło to skrócić czas do pierwszej defibrylacji i przyniosło niewielką poprawę przeżywalności pacjentów w pozaszpitalnym zatrzymaniu krążenia.
    Kolejny przełom to opracowanie i powszechne zastosowanie automatycznych defibrylatorów zewnętrznych. To urządzenia, które mogą być obsłużone przez każdego - nawet osobę bez wykształcenia medycznego. Podają komunikaty głosowe instruując świadków zdarzenia co po kolei robić. Samodzielnie rozpoznają rytm do defibrylacji i dostarczają wyładowanie. Najbardziej rozpowszechnione w miejscach publicznych defibrylatory półautomatyczne podają komunikaty głosowe i zalecają przeprowadzenie wyładowania przez naciśnięcie przycisku.
    Nowinki w resuscytacji
    Moim zdaniem kolejnym ważnym przełomem jest upraszczanie algorytmów resuscytacji. Resuscytacja to czynność, którą trzeba wykonać najczęściej nagle, nie mając czasu na zastanowienie a towarzyszy temu duży stres. Proste procedury pozwalają wykonać krytyczne interwencje szybko i sprawnie zwiększając szanse na przeżycie chorego. Obecnie wycofuje się wiele leków z algorytmów opracowywanych przez towarzystwa naukowe. Najlepszym przykładem jest zaprzestanie podawania atropiny w asystolii. Tymczasem algorytm podstawowych czynności resuscytacyjnych dla laików (tzw. BLS - basic life support) zamyka się właściwie w jednym zdaniu: "Jak poszkodowany jest nieprzytomny i nie oddycha prawidłowo to zadzwoń po pogotowie, znajdź środek klatki piersiowej i uciskaj głęboko, szybko i mocno bez żadnych przerw." To jest dziecinnie proste
    Ciekawą ideą jest opisywana w amerykańskiej literaturze tzw "pit-stop CPR" - w Polsce nie ma chyba jeszcze ogólnie przyjętego tłumaczenia tej nazwy. Istotą jest tu działanie zgranego zespołu ratowników, który wszystkie czynności wykonuje maksymalnie szybko i sprawnie z minimalizowaniem wszelkich przerw. W świetle badań, które pokazują, że nawet niewielkie przerwy w uciśnięciach klatki piersiowej drastycznie pogarszają przeżycie takie podejście do działań resuscytacyjnych.
    Wielką nadzieją w resuscytacji była hipotermia terapeutyczna, czyli sztuczne ochładzanie pacjenta po uzyskaniu rytmu serca. W teorii niska temperatura ma zmniejszyć metabolizm i zredukować wtórne uszkodzenie mózgu spowodowane stresem oksydacyjnym. Niestety kolejne prace naukowe nie potwierdzają, żeby miała ona przynieść przełom w medycynie i istotnie poprawić przeżywalność pacjentów.
    Najnowszym trendem w czynnościach resuscytacyjnych jest zastosowanie pozaustrojowego wspomagania krążenia. Zastosowanie aparatu ECMO (extracorporeal membrane oxygenation device - pozaustrojowe błonowe natlenianie krwi) lub krążenia pozaustrojowego pozwala na podtrzymanie funkcji krążenia i szybkie ogrzewanie pacjentów w ciężkiej hipotermii. Udowodniono skuteczność takich urządzeń w hipotermii i pozytywne wyniki mobilizują naukowców do zastosowania ich także poza oddziałami kardiochirurgii. Wadą jest oczywiście duży koszt oraz inwazyjna i czasochłonna technika wykonania dostępów naczyniowych dla takiego urządzenia.
    Niestety powyżej opisane zabiegi są spektakularnie skuteczne tylko u osób stosunkowo młodych, które mając zdrowe serce (nie licząc patologii tętnic wiecowych) doznają migotania komór w przebiegu ostrego zawału serca. Wtedy szybkie rozpoczęcie uciskania klatki piersiowej i defibrylacja pozwalają na przywrócenie rytmu serca i wyjście chorego do domu bez ubytków neurologicznych. Należy pamiętać, że nie do każdego takiego pacjenta pomoc dojdzie na czas i wielu z nich umrze - po wielu minutach migotanie komór zdegeneruje do asystolii albo dojdzie do nieodwracalnego uszkodzenia mózgu. Poniższy filmik pokazuje skuteczność czynności resuscytacyjnych w NZK wywołanej przez zawał serca:
    Czynności resuscytacyjne są najczęściej nieskuteczne, jeśli do zatrzymania krążenia doszło w wyniku urazu, hipoksji, przewlekłej niewydolności serca lub płuc, patologii ośrodkowego układu nerwowego. Jeśli powodem jest na przykład hipoksja to w momencie, w którym serce przestaje bić mózg jest już krytycznie niedotleniony i rozpoczyna się jego nieodwracalne uszkodzenie. Statystyki przeżycia w pozaszpitalnym zatrzymaniu krążenia są nieubłagane - nawet jeśli mamy do czynienia z zawałem serca i migotaniem komór przeżywa maksymalnie kilkanaście procent wszystkich pacjentów. Jeśli ofiara wypadku drogowego z zatrzymaniem krążenia nie ma zorganizowanego rytmu serca (czyli rytmu zatokowego) przy pierwszej ocenie to szansa na przeżycie wynosi 0 procent.
    Obserwując ewolucję wytycznych i trendów w resuscytacji można ze smutkiem stwierdzić, że w tej materii nie udało się dokonać żadnego spektakularnego przełomu na miarę wewnątrznaczyniowego leczenia ostrych zespołów wieńcowych albo zastosowania insuliny do leczenia cukrzycy. Podstawowe zasady są niezmienne od 70 lat i obejmują uciskanie klatki piersiowej, sztuczną wentylację i szybką defibrylację gdy jest to wskazane. Reszta to w zasadzie kosmetyka, na której skuteczność bądź szkodliwość nie ma jednoznacznych dowodów naukowych. Najlepszym dowodem są statystyki: w latach 70 XX wieku przeżywalność w pozaszpitalnym NZK wynosiła według różnych badań od kilku do kilkunastu procent. Obecnie nawet w najbogatszych krajach, ze sprawnymi procedurami i systemami ratownictwa przeżywalność nie przekracza 20%. 
    Niestety świat zachłysnął się potencjałem czynności resuscytacyjnych. Filmy, seriale i książki pokazują niemal 100% skuteczność resuscytacji a poddawani jej bohaterowie po kilku minutach wstają cali, zdrowi i gotowi do akcji. To przekłada się na społeczne postrzeganie medycyny jako cudownej nauki zdolnej pomóc każdemu. Niepowodzenia w leczeniu i śmierć pacjentów są więc zwykle, w powszechnym mniemaniu, wynikiem zaniedbania lekarza.
    Mit resuscytacji a rzeczywistość.
    W szpitalu przebywa wielu ciężko chorych ludzi, dlatego nie jest zaskoczeniem, że bardzo często dochodzi tam do zatrzymania krążenia. Zdecydowana większość takich zdarzeń to naturalny przebieg choroby na którą cierpi pacjent. Czego spodziewać się jeśli do NZK dochodzi u dziewięćdziesięciolatki z ciężka niewydolnością serca i zapaleniem płuc? Albo NZK w przebiegu zatorowości płucnej u pacjenta lat 75 z zaawansowaną chorobą Alzheimera (który od wielu lat leży bez żadnego kontaktu)?
    W takich przypadkach podejmowanie czynności resuscytacyjnych nie tylko nie przyniesie żadnych korzyści pacjentowi, ale też może zostać uznane za uporczywą terapię. Niestety w Polsce nie ma żadnych przepisów chroniących lekarzy przed odpowiedzialnością za nie wdrożenie czynności resuscytacyjnych u wyżej wymienionych chorych. Co więcej, nie ma żadnych norm dotyczących woli pacjenta odnośnie uporczywej terapii (w krajach zachodnich funkcjonujących jako formularze DNR - "do not resuscitate" lub "testament życia"). W wielu przypadkach podejmowana jest tak zwana "resuscytacja dla prokuratora", czyli czynności, których celem jest nie przywrócenie czynności serca, lecz stworzenie wrażenia, że "zrobiło się wszystko". Najczęściej nie odbywa się zgodnie z ogólnie przyjętymi standardami, a jedynie dla pozorowania wykonania pewnych czynności. Personel w niej uczestniczący najczęściej ma tego pełną świadomość.
    W efekcie wielu śmiertelnie chorych ludzi, których stan nie rokuje poprawy jest resuscytowanych na macierzystych oddziałach i kwalifikowanych do leczenia w Oddziałach Intensywnej Terapii. Do OIT przyjmowani są nawet pacjenci w rozsianą choroba nowotworową. Zajmują oni miejsca dla chorych, którym intensywna terapia naprawdę może pomóc.
    Z moich doświadczeń wynika, że sprawnie prowadzone czynności resuscytacyjne są w stanie przywrócić pracę serca w większości przypadków zatrzymania krążenia. Tylko co z tego, skoro nie przekłada się to na późniejsze przeżycie i wyjście ze szpitala.
    Z danych z mojego szpitala wynika, że w ciągu ostatniego roku zmarło w nim około 1200 pacjentów. 750 z nich było resuscytowanych (niektórzy więcej niż raz). W 103 przypadkach resuscytacja na oddziale macierzystym zakończyła się przywróceniem czynności serca. Większość skutecznie zresuscytowanych pacjentów była następnie leczona w Oddziale Intensywnej Terapii. Tymczasem tylko 8 z tych osób przeżyło więcej jak miesiąc po NZK (pozostali zmarli w OIT). 5 osób przeżyło dłużej niż 3 miesiące. 3 osoby zostały wypisane ze szpitala. Tylko jedna osoba nie miała żadnych ubytków neurologicznych. Powyższa statystyka nie obejmuje pacjentów z pozaszpitalnym zatrzymaniem krążenia, którzy byli przywiezieni do naszego szpitala.
    To pokazuje rozbieżność pomiędzy propagandą "Wytycznych resuscytacji" a rzeczywistością. Moim zdaniem powinno się przede wszystkim diagnozować i skutecznie leczyć pacjentów, tak, aby zapobiegać wystąpieniu zatrzymania krążenia. Jeśli już takowe wystąpi podczas pobytu pacjenta w szpitalu to najczęściej jest wyrazem tak dużego zaburzenia homeostazy, że nawet intensywna terapia nie jest w stanie pomóc i chory mimo wszystko umrze.
    MedFor.me
    O przekleństwach i błogosławieństwach ludzkości, o cudach eucharystycznych badanych przez wrocławskich genetyków, o największych sukcesach i porażkach nauki zachodniej cywilizacji i jej możliwym schyłku, o komercjalizacji nauki oraz o granicach życia i stworzeniu nowego rozmawiamy z Profesorem Tadeuszem Doboszem, kierownikiem Zakładu Technik Molekularnych Katedry Medycyny Sądowej Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu.
    (...) Część pierwsza rozmowy dostępna tutaj.
    Mateusz Malik: W świecie, którym rządzi pieniądz badania naukowe mają na siebie zarabiać. Świat patentów, start-upów, komercjalizacji nauki, badań klinicznych zamyka się na cześć wyzwań. Czy jest jeszcze miejsce na pewien altruizm w nauce?
    Prof. Tadeusz Dobosz: Skupię się na dwóch rzeczach.
    Sprawy patentowe: uważam, że to zabłądziło... Ze zdumieniem przeczytałem, że urząd patentowy w Stanach Zjednoczonych przyjął patent "diagnostyka molekularna choroby Alzheimera". Budzi to moje zdumienie, bo takiej diagnostyki w ogóle nie ma! Ale ktoś wpadł na pomysł, że skoro coraz więcej ludzi dożywa swojego alzheimera to będzie złoty biznes. Niech się jajogłowi martwią, niech wymyślają tę diagnostykę, ale to ja to opatentowałem i ja będę miał z tego tantiemy. To już kolejny straszliwy błąd amerykańskiego urzędu patentowego, o którym wiem. Pierwszy to patentowanie genomu, patentowanie genów. Do tej pory istniało patentowanie wynalazków, a okazało się, że zaczęto patentować odkrycia. Urząd próbuje się z tego rakiem wycofywać, ale coś nie bardzo im to wychodzi. Z tym na pewno trzeba coś zrobić!
    A co do start-upów, to podam przykład. Uwierzyłem w tę politykę, która mówi, że pora na związek nauki z praktyką. Od lat za pieniądze unijne rozwijaliśmy wynalazek politechniki, tj. thermocycler jednorazowego użytku. Coś tak małego i taniego, że się to bierze, nastawia i wyrzuca. Postanowiliśmy zrobić urządzenie do molekularnej diagnostyki w warunkach domowych. Coś w rodzaju testu ciążowego, gdzie kobieta bierze takie coś, idzie do łazienki, czeka chwilę, patrzy ile pasków się pojawiło i wie, czy ma iść do ginekologa czy nie. To nie jest diagnoza, ale ona wie po tym teście, że ma do ginekologa pójść, bo być może w jej życiu dużo się zmieniło. Nasze urządzenie miało być przeznaczone do wstępnej orientacyjnej diagnostyki, która mówi: pójdź do lekarza, przebadaj się porządnie, na razie masz tylko sygnał: uważaj, coś z tobą nie tak. Zatem założyliśmy start-up, który na dzień dobry  kosztował mnie 11 tysięcy złotych, bo się okazało, że jako udziałowiec start-upu nie mogę się rozliczać z małżonką. Korzyści niepewne, straty realne. W związku z tym wycofałem się z udziału i przeszedłem na pozycję konsultanta, by nie ponosić strat. Potem okazało się, że jest problem z patentami. Firma chciałaby zainwestować w serię pilotową, ale jest problem, aby produkt opatentować. Okazuje się, że zagadnienie jest tak obstawione patentami, że nie sposób wymyślić formuły patentu, która by nie zahaczała o jakieś już opatentowane zagadnienia. Nie widzimy na razie w tym gąszczu wyjścia, a najśmieszniejsze jest to, że mimo tego nieprzeniknionego gąszczu patentów podobne urządzenie naprawdę na rynku nie istnieje. Byłoby pierwsze! Proszę zwrócić uwagę, że Einstein w swoim biurze patentowym w Szwajcarii oglądał prototypy, które ludzie mu przynosili. Jeśli działały, to dawał patent. Ale na perpetuum mobile nie dawał, mimo, że niejeden mu je przynosił, bo widział, że to nie działa, że to się owszem kręci całe 45 minut, ale w końcu przestaje.
    A zatem ja na styku nauki i przemysłu widzę przeszkody nie koniecznie tam, gdzie się je lokuje, na przykład, że naukowcy nie chcą. W moim przypadku była to przeszkoda finansowa i wynikająca złego prawa patentowego.
    Technologie obecnie tanieją. W związku z postępem nauki spadają ceny m. in. aparatów do PCR. Daje to w perspektywie czasu bardzo powszechną możliwość sekwencjonowania DNA ludzi, zwierząt czy roślin. Ludzki genom już znamy, poznajemy DNA kolejnych osób. Możemy też to robić coraz szybciej i taniej. Zwiększa się też wiedza o efekcie fenotypowym konkretnych genów czy ich mutacji. Co z tego wyniknie?
    To jest jednocześnie zarówno bardzo kuszące i pożyteczne, jak i bardzo niebezpieczne. Moja odpowiedź brzmi: Tak. Sekwencjonować całe genomy czy pojedyncze eksony, ale sprawić, by wyniki były dostępne tylko dla pacjenta i jego lekarza. Dla nikogo więcej. I tu istnieje problem: gdzie je schować? Mówi się o specjalnych, dobrze zabezpieczonych serwerowniach. Ja w to nie wierzę. W związku z tym wymyśliłem rozwiązanie bardzo proste: genom ludzki trzeba schować tam, gdzie on już i tak jest, czyli w pacjencie. W związku z czym trzeba te sekwencje wgrać do czipu wszczepialnego i zainstalować człowiekowi ten czip. Trzeba celowo spowolnić transfer danych, by trzeba było na parę godzin położyć się, tak, by nikt nie mógł pobrać czyjegoś genomu w kinie, montując mu czujnik w oparciu fotela. A uruchamianie transferu musi być chronione kodem, na przykład peselem pacjenta...
    A czy nie jest tak, że pozyskanie wiedzy o czyimś DNA to będzie kwestia wyrwania włosa i kilku godzin?
    Tak! Oczywiście. Ale tu leży pewne nieporozumienie, na które starałem się zwrócić uwagę rzecznika Generalnego Inspektora Ochrony Danych Osobowych. Rzecznik chce DNA objąć ochroną. A ja tłumaczę, że owszem, można to zrobić. Ale kluczową sprawą są dobre definicje - nie wolno mylić kategorii. Na przykład dla GIODO jest wszystko jedno czy to jest materiał biologiczny (na przykład próbka krwi czy włos), czy próbka wyizolowanego DNA, czy wynik jego analizy, czy interpretacja tego wyniku. A to nie jest to samo. Wszystko powinno być pod ochroną, ale rosnącą. Materiał biologiczny na przykład nie powinien być niszczony z oznaczeniami, tj. przed wyrzuceniem należy odrywać od probówki naklejkę identyfikacyjną i i taka ochrona w zupełności wystarczy. Z kolei ostatni etap, czyli interpretacja wyników badania DNA powinna być pod najściślejszą ochroną, jaką w ogóle istnieje. Naprawdę próbka krwi Jana Pawła II nie jest tym samym, co wnioski wynikające z analizy jego genomu!
    Czyli możemy z tego domyślić się, w jakim stopniu w Polsce istnieje i jest uregulowana prawnie ochrona prawna ludzkiego genomu...
    Na pewno w stopniu niewystarczającym i tym się zajmują się konsultant krajowy ds. genetyki medycznej pani prof. Sąsiadek i pan prof. Wit, przewodniczący Komitetu Genetyki Człowieka PAN. Oni opracowują przepisy. Ja jedynie staram się załatwić z nimi, by moje postulaty dla GIODO zostały uwzględnione...
    W Polsce raczkujemy. Próbujemy z trudem rozpocząć debatę społeczna na temat IVF, podczas gdy w wielu miejscach świata, szczególnie na dalekim wschodzie bez większych skrupułów trwają prace nad klonowaniem człowieka, wykorzystuje się do badań zarodki ludzkie, a w Stanach Zjednoczonych w praktyce można w klinice in vitro wybrać dziecku płeć, kolor oczu, wzrost...
    Dawstwo spermy, diagnostyka preimplantacyjna, macierzyństwo zastępcze...
    Czy aspekt poszanowania godności osoby ludzkiej (choć to może nieco wyświechtany termin) ma szansę realnie zaistnieć w debacie naukowej? Co nam wolno, a jakiej granicy nie przekroczymy?
    Nie jest dobrze, gdy ktoś chce być mądrzejszy od najmądrzejszych. Przecież cały problem w tej kwestii (czyli generowaniu embrionów i wykorzystania ich do celów medycznych) leży w definicji początku życia. Proszę zwrócić uwagę na to, co pisał o tej kwestii św. Augustyn. Gdybyśmy przyjęli jego poglądy problemu by nie było. A jeśli św. Augustyn jest dla nas zbyt starożytny, to możemy przyjąć odwróconą definicję końca życia. Jeżeli końcem życia człowieka jest zanik czynności elektrycznej pnia mózgu, to początkiem życia powinno być pojawienie się tej czynności...
    Mocne, ciekawe spojrzenie. Pierwszy raz się z tym spotykam...
    No bo to moje [śmiech]. I przy takim założeniu na młodych embrionach można byłoby pracować swobodnie, bo to nie jest jeszcze człowiek, jeśli św. Augustyn (który określił, kiedy żywa tkanka staje się człowiekiem) z jakichś powodów nam nie pasuje... Choć zawsze znajdzie się grupa, która autorytatywnie twierdzi, że życie jest od momentu, gdy plemnik zetknie się z jajeczkiem, mimo, że to też jest proces. Wtedy zadaję im złośliwe pytania: czy wtedy, gdy dotknie nosem? Czy wtedy, kiedy przetrawi się na drugą stronę? Czy wtedy, gdy przekaże swój materiał genetyczny? A może, gdy ten materiał genetyczny zespoli się z matczynym materiałem? Albo gdy ruszy pierwszy podział komórkowy? Lub się zakończy? W którym dokładnie momencie? A oni nie znają odpowiedzi, bo takowej oczywiście nie ma.
    Było sobie życie... Pan Profesor znany jest z takiej naukowej ciekawości i dociekliwości. Bez nich nie byłoby badania czaszki bł. Czesława, zęba neandertalczyka, ostatnich badań nad legnicką hostią ani prób przebadania serca Chopina. Czy zdradzi nam Pan jakieś swoje plany i marzenia odnośnie kolejnych projektów?
    Jestem trochę jak buldog. Jak się raz wgryzę, to już nie puszczę. Dlatego te wszystkie rzeczy, o których Pan powiedział chce w jakiejś mierze kontynuować. Czaszki katyńskie będą robione przez kolejną doktorantkę, która opracowała metodę niedestruktywnej izolacji DNA z kości. Tylko my to potrafimy na razie. To nam otwiera zupełne nowe możliwości... Nie wolno nam było zbadać serca Chopina, ale być może metodą nieniszczącą pozwolą nam zbadać kości rodziców kompozytora. Przecież z genów rodziców można dowiedzieć się wiele o genach dzieci.
    Jak?
    Poprzez wykluczenie. Jeśli okaże się, że geny CFTR odpowiedzialne za mukowiscydozę są bez mutacji u obojga rodziców to hipoteza o mukowiscydozie u Chopina automatycznie upadnie. I odpowiadając na Pana pytanie: mając coś tak unikalnego w ręku jak ta niedestruktywna metoda, która otwiera relikwiarze i zbiory muzealne, chciałbym zająć się muzealnictwem, ponieważ uważam, że kończy się powoli era wielkich odkryć w terenie. Zaczyna się era wielkich odkryć w magazynach, strychach i piwnicach muzealnych. Ale musi być jeden warunek. Żaden kustosz nie da Panu zęba pitekantropa, jeżeli będzie wiedział, że nie dostanie go z powrotem w jednym kawałku...
    A powie Pan coś więcej o badaniu hostii z Legnicy podejrzewanej o cudowną przemianę w ludzki mięsień?
    Proszę Pana. To był jeden z czterech cudów eucharystycznych, które badaliśmy. Pierwszy okazał się skutkiem obecności na opłatku kolonii Serratia (czyli czerwonej bakterii żyjącej na skrobi). W drugim okazało się, że w kielichu się utopił komar, który się opił krwią. Nie był to zatem skrzep krwi, jak sądzono, tylko rozmoczony komar z krwią (zwierzęcą). Trzecia sprawa  była bardzo ciekawa, bo myśmy tam nie stwierdzili ludzkiego DNA. Okazało się, że w interpretacji tego faktu kapłani się różnią. Jedni uważają, że przemiana eucharystyczna w czasie mszy polega na tym, że jest odtworzona agonia Chrystusa, który do śmierci był człowiekiem, a więc w kielichu musi być ludzkie DNA. Inni sądzą, że po śmierci Jezus odrodził się jako Bóg i ludzkiego DNA tam być nie może. W związku z tym stwierdzenie ludzkiego DNA nie potwierdza, lecz wyklucza autentyczność cudu, ponieważ Bóg nie może mieć ludzkiego DNA. Biskup legnicki, który podziela poglądy pierwszej grupy, w związku z tym, że my nie stwierdziliśmy ludzkiego DNA wysłał materiał do innej Katedry, która taki DNA stwierdziła. Na tej podstawie uznano cud, nie biorąc pod uwagę, że jeżeli dwa zakłady stwierdzają co innego, to należy przyjąć badanie pierwsze. Dlaczego? Bo jest coś takiego jak kontaminacja. Może ktoś dotknął, może ktoś kichnął… (śmiech) A czwarty cud jest w toku. Jest to ciekawa sprawa (nie mogę powiedzieć, z której diecezji). Mianowicie upadła hostia, kapłan podniósł…
    Nie prezydent?
    Nie, prezydent złapał. A ta hostia upadła. W związku z tym została zbezczeszczona i należało ją zniszczyć. Kapłan wrzucił hostię do wody, żeby się upłynniła. Zamknął kielich z wodą i z tym opłatkiem w tabernakulum i umarł. Zanim pojawił się nowy proboszcz, zanim objął parafię, zanim uruchomił kościół, zanim zajrzał do tabernakulum minęło ładnych parę tygodni. A gdy zajrzał do kielicha, ujrzał dno kielicha pokryte krwistą substancją. Trafiło to do nas. Mamy pewne molekularne wskazówki na obecność organizmów, które są czerwone i które mogą produkować włókna podobne do włókien mięśnia sercowego, które powtarzają się jak mantra we wszystkich zatwierdzonych do tej pory cudach, także w Legnicy i w Sokółce. Jeżeli uda nam się zidentyfikować organizm lub zespół organizmów, który to daje, będzie  wyjaśnienie. Jeżeli nie, sprawa będzie w rękach biskupa.
    No cóż, przyrodnika nikt nie uczy stwierdzania cudów. Nie potrafimy tego robić. Jedyne co możemy, to ze wszystkich sił  starać się udowodnić, że coś cudem nie jest. Ale im bardziej się staramy i nam nie wychodzi, tym biskup ma większą swobodę, bo to do niego należy decyzja o uznaniu prawdziwości cudu…
    Serdecznie dziękuję za rozmowę! Już czekam na kolejną.

    Rozmawiał: Mateusz Malik, lekarz. Zdjęcia: M. Malik
    Newman
    W Uniwersyteckim Szpitalu Klinicznym we Wrocławiu przy ul. Borowskiej na początku grudnia 2016 roku zespół operacyjny Kliniki Chirurgii Urazowej i Chirurgii Ręki pod dyrekcją doktora Adama Domanasiewicza przeszczepił rękę z fragmentem przedramienia mężczyźnie (32 lata), który urodził się bez lewej ręki. Wydarzenie zostało szeroko podchwycona przez Polskie i światowe media. Co ciekawe, zabieg jest pierwszym dużym sukcesem "Programu przeszczepiania kończyn górnych" zainaugurowanego w USK jesienią 2016 roku.
    Doświadczony lekarz znany z innowacyjnych, niesztampowych rozwiązań w transplantologii oraz ogromnej determinacji potwierdził tuż przed Świętami Bożego Narodzenia, że implantowana ze zwłok kończyna podjęła już pierwszą aktywność i zaprezentował medycznemu światu szczęśliwego pacjenta. Doktor Adam Domanasiewicz na III Konferencji PrzypadkiMedyczne.pl prezentował wyjątkowe przypadki z kręgu medycyny rekonstrukcyjnej u pacjentów po ciężkich odmrożeniach kończyn. Dziś do portfolio chirurga dołącza kolejna ważna operacja.
    Lekarze są przekonani, że jest to pierwsza w historii transplantacja, gdzie pacjent urodził się bez kończyny. Dotychczas dominowało przekonanie, że osoba "bezręczna" od urodzenia ma tak słabo rozwinięte naczynia i nerwy, że jeśli nawet przeszczep się przyjmie, to nie podejmie funkcji, bo w mózgu brakuje ośrodka odpowiedzialnego za ruch tej kończyny. Poruszające nagranie Radia Wrocław, na którym 32-latek porusza palcami zadaje kłam tej tezie i otwiera nowy rozdział w historii medycyny.
    Połączenia kostnego dokonano powyżej nadgarstka, natomiast nerwy biorcy były tak zanikowe, a naczynia krwionośne tak cienkie, że chirurdzy połączyli je znacznie wyżej - na wysokości przedramienia. Różnica średnic nerwów dawcy i biorcy dochodziła do czterokrotności, co stanowiło dodatkową przeszkodę w czasie zabiegu.
    Gratulujemy i życzymy kolejnych sukcesów!

    Mateusz Malik, lekarz
    inkalekarka
    Dawno nic nie pisałam, nie dlatego, że przestałam pracować jako prowincjonalna lekarka, ani nie dlatego, że nie miałam ciekawych przypadków, czy ciekawych sytuacji z pacjentami do opisania. Sytuacje i pacjentów, o których mogłabym wam opowiadać mam mnóstwo, codziennie przynajmniej kilka. Wpadłam po prostu  w wir pracy, dzień za dniem, dyżur za dyżurem, codziennie ta sama trasa – praca, dom, potem jakieś tam domowe obowiązki, jak każdy z nas, jakaś chwila na własne życie, i znów kolejny dzień. W między czasie jakieś własne rozrywki, wyjazdy, na których ładuję moje lekarskie akumulatory, i znów powrót do pracy, do codziennej harówki, której końca nigdy nie widać. Jak jednego dnia wydaje się, że udało się wyleczyć kilka osób, wypisać do domu, zmniejszyć trochę obłożenie oddziału, to następnego dnia potrafi się nagle przyjąć 10 nowych pacjentów, i znów nie wiadomo w co „włożyć ręce”. I zaczynamy od nowa naszą walkę o zdrowie i życie, jakkolwiek banalnie by to brzmiało. W między czasie pojawiają się nowi ludzie, nowi koledzy, koleżanki, inni odchodzą, a reszta tylko narzeka  na nawał pracy, na ilość obowiązków, ale pracuje dalej, najwyżej w największym kryzysie bierze urlop, żeby trochę odsapnąć. Rozrywek dostarczają nam też ciągłe wezwania do prokuratury, rzecznika odpowiedzialności zawodowej.

    W okresie przedświątecznym wydawałoby się, że w szpitalu też powinno się chociaż trochę czuć tę świąteczną atmosferę. Nie na internie. Mimo, że na środku oddziału, przy ladzie pielęgniarskiej, stoi od tygodnia ubrana pięknie choinka, to pacjenci nadal „walą drzwiami i oknami”, codziennie kilka nowych przyjęć, zarówno tych ostrodyżurowych, jak i planowych. Mało kto z naszych ciężko chorych, leżących, niektórych już umierających pacjentów pamięta, że za parę dni wigilia, chyba najbardziej rodzinne i najważniejsze święto w roku. 
    Ja w tym roku mam dyżur w pierwszy dzień świąt. Czeka mnie doba, mam nadzieję, że dosyć spokojnego dyżuru, chociaż tego nigdy nie można przewidzieć. Szczególnie, że oddział jest prawie pełny pacjentów leżących,  w ciężkich stanach, w końcu kogo się da w piątek będziemy starali się wypisać do domów. Ale nie wszystkich będzie można – część jest w za ciężkim stanie, część nie ma rodziny, która mogłaby się nimi zająć. A kolejki w ośrodkach typu ZOL, hospicjum obecnie sięgają kilku miesięcy. I kończy się to tak, że pacjenci, którzy mogli by tam dożyć swoich ostatnich dni, umierają w szpitalu, najczęściej z powodu jednej ze szpitalnych infekcji.

    Ja obecnie prowadzę dziewięciu pacjentów: 92-letnią pacjentkę z rzekomobłoniastym zapaleniem jelita grubego,  bardzo przez tą infekcję osłabioną, ale i z powodu braku opieki (pomaga jej jedynie siostra w podobnym wieku) zniechęconą do życia, jakichkolwiek form ćwiczeń (dziś będzie miała konsultację psychologa), 90-letniego pacjenta z ostrym uszkodzeniem nerek, z powodu braku przez tydzień opieki w domu (żona trafiła do szpitala, pacjent mocno się odwodnił), 91-letnią pacjentkę z głębokim zespołem otępiennym z sepsą, rozległymi odleżynami, przyjętą z domu, z której opieką rodzina nie dawała sobie rady, 92-letniego pacjenta z rakiem prostaty, niedosłyszącego i prawie niewidzącego, przyjętego do planowej diagnostyki niedokrwistości (okazał się być to niedobór żelaza i kwasu foliowego), który przy okazji złapał zapalenie oskrzeli i właśnie dochodzi do siebie – na święta zabierze go do domu syn. Z nieco młodszych – 65-letnią pacjentkę z infekcją układu moczowego (jutro wychodzi do domu), 72-letniego pacjenta przyjętego do diagnostyki gorączek, 64-letniego pacjenta skierowanego celem diagnostyki zmiany ogniskowej w wątrobie, 60-letniego pacjenta, dializowanego przyjętego do diagnostyki wysokich parametrów zapalnych i przetoczenia krwi oraz 46-letniego pacjenta z marskością wątroby, wodobrzuszem, obrzękami, i jak się okazało kardiomiopatią toksyczną (frakcją 18%), który może uda się, że wyjdzie na święta do domu… 

    Ale przed nami nowy rok, oby ten nowy rok przyniósł poprawę zdrowia społeczeństwa, ale i naprawę sytuacji w służbie zdrowia. W co niestety, osobiście, słabo wierzę.  Nie żebym była pesymistką, chyba mój naturalny życiowy optymizm, w codziennym kontakcie z chorymi, ale i z pomiatającymi mną ludźmi, pacjentami i rodzinami, w kontakcie z absurdami pracy służby zdrowia, gdzieś się zatracił. Został realizm, którego mało co jeszcze jest w stanie zdziwić. Oby ten nowy rok i mnie, i  was pozytywnie zaskoczył.
    Wesołych, zdrowych Świąt i szczęśliwego Nowego Roku!
     
    MedFor.me
    O przekleństwach i błogosławieństwach ludzkości, o cudach eucharystycznych badanych przez wrocławskich genetyków, o największych sukcesach i porażkach nauki zachodniej cywilizacji i jej możliwym schyłku, o komercjalizacji nauki oraz o granicach życia i stworzeniu nowego rozmawiamy z Profesorem Tadeuszem Doboszem, kierownikiem Zakładu Technik Molekularnych Katedry Medycyny Sądowej Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu.
     
    Mateusz Malik: Panie Profesorze! Ludzkość zmierza w kierunku zagłady. Nasze lęki często lokujemy w globalnych katastrofach astronomicznych i zmianach klimatycznych. A czy nie jest tak, że bardziej prawdopodobna jest "nanoapokalipsa" związana z "zabawą genami"?
    Prof. Tadeusz Dobosz: Zacznę od tego, że muszę zakwestionować główna tezę, że idziemy ku zagładzie. Mam na ten temat inne zdanie, dlatego, że mam już swoje lata i pamiętam różne rzeczy. Na przykład jest powszechne odczucie (równie powszechne jak to, o którym pan przed chwilą wspomniał), że wzrasta przestępczość. To nieprawda. Przestępczość maleje, liczba zabójstw na milion mieszkańców spada, wykrywalność przestępstw też jest lepsza. Podobnie z dążeniem ku zagładzie. Narastają pewne problemy, których wcześniej nie było, także środowiskowe. Ekologia zawsze była mi bliska. Dla przykładu narasta problem zaśmiecenia światłem. Pamiętam, że w nocy było widać gwiazdy... A dzisiaj? Kto z młodych ludzi widział drogę mleczną? Dzieciaki w przedszkolu w ogóle nie wiedzą, co to jest droga mleczna. A ja pamiętam to wspaniałe widowisko. Narasta smród - zanieczyszczenie atmosfery. Narasta hałas. Moje dzieciństwo było ciche. Dziś jest wszechogarniający, dudniący, nerwicujący hałas. Dobiega zewsząd przez okrągłą dobę. To wszystko prawda. Ale z drugiej strony proszę popatrzeć, że z kolei stare demony maleją i karleją. Wody są coraz czystsze. Zaczyna się segregacja śmieci. Jest coraz lepszy odzysk starych rzeczy. Już nie wywala się gruzu na olbrzymie hałdy (jak we Wrocławiu wzgórza złożone z resztek dawnego Breslau czy stadion w Stolicy usypany z gruzów powstania warszawskiego), są maszyny do jego przetwarzania, zużywa się go jako kruszywo do budowy dróg. Coś się zaczyna dziać. A w ogóle to mówię młodym ludziom, że nic nie jest jednoznaczne: w każdym nawet największym świństwie można znaleźć dobre strony i w każdym największym anielskim dobru można znaleźć ciemną stronę. I podobnie jest z tymi nowymi rzeczami, które tak bardzo niepokoją ludzi w Europie, to znaczy z inżynierią genetyczną i biomanipulacjami. Nie twierdzę, że nie zdarzy się żadne nieszczęście. Zdarzy się niejedno. O niektórych zagrożeniach mówią zieloni, a niektórych zieloni nawet nie przewidują…
    Ale zagłada nam nie grozi?
    Nie. Uważam, że jest w tym szansa. Daję często studentom taki przykład: przeciwnicy motoryzacji od dziesięcioleci podnoszą słusznie jej ciemne strony: hałas, smród, spaliny, zatłoczone miasta, rosnąca ilość wypadków, zastraszająca śmiertelność na drogach, zanieczyszczenie środowiska przez rabunkową eksploatację ropy naftowej (wie Pan, jak uciążliwe są zakłady petrochemiczne i rafineryjne? Ja wiem, bo mieszkałem w Płocku, tam robiłem maturę…). To wszystko jest prawdą. Przeciwnicy motoryzacji mają rację! Ale czy to znaczy, że Amisze też ją mają, jeżdżąc do dzisiaj powozami? Po prostu trzeba popatrzeć holistycznie, całościowo na sprawy. Motoryzacja to przekleństwo współczesnej cywilizacji, ale jednocześnie jest dobrodziejstwem. Daje nam wolność, szybkość poruszania się - i w sumie to jest cenniejsze. Ważniejsze jest to, żeby szybciej do mnie dotarła karetka czy straż pożarna od tego, że mieszkam kilometr od obwodnicy i jak jest cicha noc, to ją słyszę (nie mam już tej ciszy, którą miałem kiedyś). I tak samo biomanipulacje. Będą różne niespodzianki, niektóre bardzo przykre, ale w sumie da nam to więcej korzyści niż strat.
    Rozumiem, że nie unikniemy „rewolucji molekularnej”, tak jak nie dało się zatrzymać postępu motoryzacji…
    Proszę zwrócić uwagę, jak zmieniają się centra cywilizacyjne. Kiedyś centrum cywilizacji człowieka to był tak zwany żyzny półksiężyc (tam udomowiliśmy zwierzęta, wprowadziliśmy rolnictwo). Dzisiaj jest tam Irak, Iran, Kurdystan, część Egiptu… - czy to jest centrum cywilizacji? Nie. Centrum przeniosło się do Hetytów, o których obecnie niewielu już pamięta. To była cywilizacja, która rozwinęła metalurgię. Jej bladym, późnym cieniem są starożytne Chiny i starożytne Indie. Potem centrum cywilizacji znowu przeniosło się, tym razem w basen Morza Śródziemnego, bo tam opanowano chemię, matematykę, astronomię. Dziś wybrzeża Morza Śródziemnego są już tylko rozpaczliwym wspomnieniem świetlanej przeszłości. Dziś owo centrum przeniosło się do Europy Zachodniej, gdzie rozwinięto architekturę, fizykę, masowy przemysł. Kolejny wielki przełom na horyzoncie to właśnie bioinżynieria. I proszę zwrócić uwagę, że 98% bioinżynierii to są Kanada, Stany Zjednoczone, Meksyk, Argentyna, Brazylia. Jeżeli my - Europa (a ciągle jeszcze możemy to zmienić) będziemy tkwić w tym błędzie krytykowania wszystkiego, tylko dlatego, że to jest GMO, to przestaniemy się liczyć, tak jak przestał się liczyć żyzny półksiężyc, dzisiejsza Mongolia, dawne imperium Hetytów, w tym Chiny (które rozpaczliwie próbują odbudować swoją pozycję ze starożytności, ale coś nie bardzo im to idzie i może się nie udać, co byłoby zresztą złe dla świata), jak basen Morza Śródziemnego. Upadniemy jako cywilizacja. O to toczy się gra - nie o nas, nie o nasze dzieci, ale o nasze wnuki, prawnuki, praprawnuki. O przyszłość. Jak znamy stawkę, możemy grać. A ludziom w Europie wydaje się, że gra idzie o to, czy będziemy jeść pyszne polskie tradycyjne kosztele czy jakieś kanadyjskie, zmanipulowane genetycznie jabłka. To przecież jest drugorzędne. Ważne, czy się włączymy w nowe technologiczne centrum cywilizacji ludzkiej, czy odpadniemy. Gra toczy się o przyszłość Europy!
    Od połowy XX wieku obserwujemy nieprawdopodobny postęp w dziedzinie genetyki, immunologii, biotechnologii i biologii molekularnej. Dziś już korzystamy z wiedzy, jaką pozwalają poznać te dyscypliny. Zapytam jako lekarz: Jakie odkrycie w aspekcie medycznym, klinicznym uważa Pan profesor za najbardziej przełomowe?
    Na pewno bioinżynieria, która pomaga nam nie przegrać z kretesem, do końca i dość szybko wojny z mikrobami. Jak Pan wie, są już pierwsze trzy bardzo niebezpieczne bakterie, które są oporne na wszystko, co człowiek ma do dyspozycji. Chodzi mi o gronkowca, Mycobacterium odpowiedzialne za gruźlicę i dwoinkę Neissera, odpowiedzialną za rzeżączkę. Jest to horror, bo wrócić może XIX wiek i masowa śmiertelność, a jedyną nadzieją jest w tej chwili bioinżynieria, która pozwala nam produkować nowe antybiotyki ze źródeł, które są albo nie do uzyskania ze względów ekologicznych, albo nie potrafimy ich hodować. Tymczasem bioinżynieria pozwala szlaki metaboliczne prowadzące do produkcji tych substancji przenieść do „zwykłych escherichii” i wytwarzać je w dużych ilościach.
    Z rzeczy, które się dzieją obecnie - jeszcze nie dokończyły biegu, ale są bardzo dobrze rokujące, na czoło wychodzą medycyna spersonalizowana z farmakogenetyką włącznie, zrozumienie molekularnych podstaw nowotworzenia oraz odkrycia, które dały nam tzw. „metabadania”. Jest to prowadzenie badań komputerowych na ogromnych grupach ludzkich, których wyniki potrafią być zupełnie nieoczekiwane. Na przykład okazuje się, że antybiotyk rapamycyna (sirolimus) pozyskana z gleby na Wyspach Wielkanocnych i używana w immunosupresji przy przeszczepach, poprzez hamowanie szlaku mTOR opóźnia proces starzenia. Dzięki temu odkryciu być może przestanie się złośliwie mówić, że medycyna nie wydłuża życia, a jedynie wydłuża starość. Bo jedyne, co się panu Bogu nie udało to starość… Dzięki metaanalizom okazało się też, że powszechnie stosowana w cukrzycy metformina ma bardzo dobre skutki onkologiczne, ponieważ opóźnia i spowalnia rozwój nowotworów. Osoby biorące ten lek mają łagodniejszy problem z nowotworami niż reszta populacji. A z drugiej strony okazuje się, że niektóre leki uważane za niesłychanie dobroczynne, jak na przykład statyny maja swoją ciemna stronę. Na przykład simwastatyna indukuje u ludzi genetycznie uwarunkowanych rozwój cukrzycy. „Jak nie kijem go, to pałką.” Wybieraj człowieku - czy wolisz cukrzycę czy miażdżycę… [śmiech]
    W kontekście boskich sukcesów i porażek: Są tacy, którzy odważnie otwierają zestaw „małego stwórcy”. Craig Venter, kontrowersyjny amerykański badacz - genetyk, biochemik, biotechnolog, od lat prowadzi wiele naukowych projektów. Między innymi w 2010 roku, jako pierwszy w historii „ożywił” bakterię o genomie sztucznie wykreowanym w laboratorium, a w marcu 2016 poinformował świat o kolejnym przełomie: jego zespół stworzył żywy organizm o najmniejszej liczbie funkcjonalnych genów - 473. Czy ten etap to już jest science fiction, o którym marzyliśmy, czy to są dopiero początki czegoś niezwykłego?
    Zacznę od tego, że się bardzo cieszę z tego pytania. Mam już swoje lata, żyję dosyć długo, pamiętam świat bez telewizji, bez telefonii komórkowej, bez komputerów. Za mojego dzieciństwa loty pasażerskie były wielką rzadkością. To był zupełnie inny świat niż obecnie, ale wie Pan co:
    Uważam, że właśnie osiągnięcia Ventera (i nie tylko jego - przecież Winer wcześniej uzyskał wirusa polio) to jest największe, co się zdarzyło za mojego życia. To, że człowiek stworzył życie. I nie rozumiem, dlaczego media kompletnie to lekceważą i tego nie widzą. Najpierw, gdy stworzono wirusa polio, to mówiłem: "a może to dlatego, że nie wiadomo czy wirus jest żywy". Ale ta bakteria JVC1 że sztucznym genomem - już nie można powiedzieć, że nie jest żywa. Dlaczego media kompletnie nie zareagowały? Do dzisiaj nie wiem. Jeśli traktować naszą rozmowę, jako przejaw zainteresowania medialnego tym zagadnieniem, no to coś się zmienia. Bardzo się cieszę, że to pytanie padło.
    Ad rem: oczywiście, że to może niepokoić, oczywiście, że to może przynieść jakieś bardzo niepożądane skutki. Ale proszę zwrócić uwagę na korzyści! [błysk w oku profesora - przyp. red.]. Venter jest także oceanologiem. Ma prywatny statek-laboratorium, którym pływa po oceanach (parę lat temu pływał m. in. po Bałtyku) i bada organizmy z dna morskiego, których genomy na pokładzie sekwencjonuje. Odkrył już około 20 milionów nowych, do tej pory nieopisanych genów. W hydrotermalnych kominach ryftowych Pacyfiku znalazł organizm nazwany Methanocaldococcus jannaschii, który pochłania dwutlenek węgla i konwertuje go w metan. Zamienia spaliny w paliwo! Venter geny tego organizmu wprowadził (za pieniądze Shell) do alg, które świetnie sobie radzą w brudnej wodzie, w miejskich ściekach. W Hiszpanii i USA są już pierwsze pilotowe instalacje, które pobierają wodę z oczyszczalni ścieków i spaliny z elektrowni gazowej, a zamieniają to w czystą wodę, metan i osad organiczny dla rolnictwa. Jeżeli to nie jest perpetuum mobile i rozwiązanie naszych problemów z energią, z efektem cieplarnianym, no to co to jest? Powtarzam: Musimy patrzeć holistycznie!
    CZYTAJ DALEJ: Część druga wywiadu

    Rozmawiał: Mateusz Malik, lekarz. Zdjęcia: M. Malik
    eMCe71
    Chirurgia zna wiele przykładów heroicznych zabiegów. Heroizm tej operacji nie dość, że zapewnił wyleczenie od zaawansowanego kostniakomięsaka (osteosarcoma) stawu kolanowego, to młoda pacjentka nadal spełnia się jako baletnica. Przed trudną decyzją zostali postawieni rodzice i dziewczynka, u której postawiono powyższe rozpoznanie w 9 roku życia. Guz określono jako nieoperacyjny i rozpoczęto 12-tygodniową chemioterapię. Po tym czasie podjęto jednak decyzję o zabiegu usunięcia całego stawu kolanowego ... nie, nie mówimy o amputacji, a usunięciu "samego" stawu. Z prawej kończyny pozostało więc nieco ponad połowę uda, część podudzia i stopa - całość retransplantowano, ale piętą do przodu! Czy omyłkowo?
    Zapraszamy do obejrzenia ciekawego wywiadu i wideo, w której główną bohaterką sama pacjentka:
    Zachęcamy do dzielenia się z czytelnikami informacjami o innych ciekawych, nietypowych operacjach!
    źródło: http://www.medicalnewstoday.com/articles/314009.php
    Kot
    Nigdy nie przestaje mnie zadziwiać co kieruje postępowaniem niektórych pacjentów. Myślę to o osobach, które cierpią na znane schorzenia, zostały zdiagnozowane i wiedzą, co oznaczają ich objawy. Były już w szpitalu, znają sposób diagnostyki i leczenia swoich chorób.Tymczasem w zetknięciu ze znanymi symptomami zgłaszają się do... Nocnej Pomocy Lekarskiej.
    NPL przyciąga pacjentów jak światło wabi ćmy. Cieszę się, że chorzy mają zaufanie do możliwości przypadkowego lekarza wyposażonego tylko w stetoskop, ciśnieniomierz i aparat do EKG. Ale do pioruna...
    Co robi w NPL pacjentka, która od 12 dni krwawi z dróg rodnych? Zdiagnozowano u niej przerost błony śluzowej macicy. Miała dwukrotnie wykonywane łyżeczkowanie jamy macicy. Oczywiście nie przyniosła dokumentacji. Jedyne co mogę zrobić to skierować do szpitala.
    Co robi w NPL pacjent lat 64 po 3 zawałach serca, angioplastyce, po wstawieniu 3 stentów, leczeniu restenozy w stencie, którego nagle zaczęło boleć w klatce piersiowej? To chyba logiczne, że w przypadku bólu zamostkowego u tak obciążonego chorego konieczna jest niezwłoczna diagnostyka w szpitalu. Oczywiste dla wszystkich oprócz chorego. Oczywiście wykonuję EKG - jednak wiem z doświadczenia, że niezależnie od tego czy są w nim jakiekolwiek zmiany pacjent musi trafić do szpitala karetką.
    Co robi w NPL pacjentka, która podczas pracy w ogrodzie przewróciła się i uderzyła głową w krawężnik doznając utraty przytomności? Na głowie krwawiąca rana tłuczona długości ok 5 cm - ewidentnie do szycia. W NPL nie ma tomografu, nie ma możliwości zaopatrzenia rany. Pacjentka jedzie karetką do szpitala.
    Co robi w NPL chora z krwawieniem z przewodu słuchowego. Przyjmuje leki przeciwkrzepliwe z powodu migotania przedsionków. Rano czyściła uszy patyczkiem. Z ucha zaczęła lecieć krew i nie przestaje od kilku godzin. Kierunek - ostry dyżur laryngologiczny.
    Pomijam hordy pacjentów żądających wszelkiej maści zaświadczeń, przychodzących po przedłużanie leków przyjmowanych przewlekle, narkomanów wyłudzających benzodiazepiny.
    Moim zdaniem winny jest brak edukacji zdrowotnej. Uczymy w szkole dzieci jak myć zęby a nie mówimy gdzie mają się zgłaszać w konkretnych przypadkach. Nie wiedzą kiedy dzwonić po pogotowie ratunkowe a kiedy samemu udać się do szpitala. Nie znają kompetencji lekarza rodzinnego, specjalisty z poradni ani lekarza nocnej pomocy lekarskiej. Żyją w przekonaniu utrwalanym przez polityków i media (osławione seriale medyczne w których ten sam lekarz przyjmuje porody, wycina wyrostki, jeździ w karetce, leczy nowotwory i katar), że należy im się wszystko, natychmiast i za darmo. Spotkanie z realiami funkcjonowania systemu ochrony zdrowia budzi agresję, która skupia się na lekarzach, pielęgniarkach i ratownikach.
    Z drugiej strony wszechobecne kolejki sprawiają, że pacjenci próbują szukać jakiejkolwiek pomocy. Co zrobić z gorączkującym dzieckiem, skoro najbliższy termin do pediatry w przychodni jest za 4 dni? Lekarz rodzinny jest na urlopie a pacjentka nie wie, że może iść do innego po leki na nadciśnienie.
    To wszystko sprawia, że nocna pomoc lekarska, szpitalny oddział ratunkowy oraz pogotowie ratunkowe to miejsca, gdzie widać nieudolność systemu opieki zdrowotnej. To tam szukają pomocy ofiary długich kolejek, braku dostępu do specjalistów, braku uczciwej diagnostyki i leczenia chorób przewlekłych. To tam widać do czego prowadzi brak programów profilaktycznych i brak pieniędzy na nowoczesne sposoby leczenia.
    Życzę politykom, żeby sami zobaczyli jak wygląda system opieki zdrowotnej oczami obywateli. Niestety wiem doskonale, że ich te problemy nie dotyczą. Oni mają najlepszą opiekę i nie muszą czekać w kolejkach, Wiem, bo na własne oczy widzę, jak wiele zależy od pozycji i pieniędzy danej osoby.
    Zwykli obywatele nie mają szans.
    MedFor.me
    Jesteś lekarką/lekarzem i lubisz dziennikarską, detektywistyczną pracę?
    Jesteś dziennikarką/dziennikarzem, a pasjonuje Cię tematyka medyczna i okołomedyczna?
    Piszesz artykuły do szuflady albo przydługie posty na Facebooku?
    Jeśli odpowiedź na choćby jedno pytanie brzmi TAK, to szukamy właśnie Ciebie!
    Dołącz do naszego grona: pisz, komentuj, chwal i krytykuj, ujawniaj i nagłaśniaj. Informacja i publicystyka, naukowo i satyrycznie - to wszystko lubi nasz dział News, forum, facebook, twitter i google +... Wolność wypowiedzi i kompetentna redakcja i korekta tekstów. A przede wszystkim prestiż, doświadczenie i elastyczność. Jesteś z nami i pod skrzydłami firmy MEDUCASE.
    Czekamy na Twój pierwszy tekst na redakcja@medfor.me - odezwiemy się na pewno z ciekawą ofertą!
    Rozpocznij długą przygodę z wyjątkową redakcją MedFor.me!
    lek. Mateusz Malik, redaktor naczelny
    Kot
    Każdy pracownik szpitalnej izby przyjęć lub szpitalnego oddziału ratunkowego zna kilka typów pacjentów, którzy pojawiają się na każdym dyżurze. Typowy pacjent z "nagłym pogorszeniem kontaktu" ma 80-90 lat, jest zabierany przez zespół ratownictwa medycznego z domu lub z DPS-u i przywożony do SOR-u do diagnostyki.
    Wszyscy tacy pacjenci mają wspólną cechę - nie da się zebrać od nich wywiadu. Leżą cicho i patrzą w sufit, jęczą i krzyczą bądź wydają bliżej nieokreślone dźwięki. Często brakuje jakiejkolwiek dokumentacji medycznej. Cechą charakterystyczną jest zawsze taka sama dramatyczna opowieść załogi pogotowia: "jeszcze dziś rano grał w tenisa/szachy/pokera/grał na skrzypcach/kosił trawę/malował obrazy/rąbał drzewo* a nagle pogorszył się kontakt i tak leży". W badaniu fizykalnym stwierdzamy najczęściej odleżyny a pacjent jest zaopatrzony w dawno niezmienianego pampersa.
    Każdy dociekliwy doktor zadaje sobie pytanie: "Cóż za ciężka choroba mogła doprowadzić do takiego pogorszenia?!". Odpowiedź jest prosta - zespół otępienny. Pacjent funkcjonował sobie w łóżku i fotelu, był z nim prosty kontakt. Od wielu lat choruje na chorobę Alzheimera lub otępienie naczyniopochodne. Wystarczy jakakolwiek infekcja, odwodnienie, podanie leków uspokajających (przodują w tym benzodiazepiny), dekompensacja przewlekłej niewydolności oddechowej, krążenia lub nerek i pacjent rozwija majaczenie lub kontakt słowny się urywa. Czasem "nagłe pogorszenie kontaktu" jest sposobem na pozbycie się problematycznego członka rodziny z domu lub z pensjonariusza z DPSu.
    Z uwagi na brak możliwości zebrania wywiadu oraz skąpoobjawowy przebieg wielu chorób u osób w podeszłym wieku pacjent taki wymaga zazwyczaj szerokiej diagnostyki. Najczęściej przyczyną "nagłego pogorszenia" jest odwodnienie lub infekcja, ale zdarzają się kwiatki takie jak udar krwotoczny w przebiegu przedawkowania antykoagulantów (swoją drogą kto przepisuje acenokumarol przewlekle leżącej 90-latce z zespołem otępiennym?!) lub zator tętnicy krezkowej z całkowitą martwicą jelit.
    Pacjent z "nagłym pogorszeniem kontaktu" to wielka przygoda dla każdego lekarza dyżurnego
    Kot
    Moje przemyślenia po kilku latach pracy na OIT w dużym miejskim szpitalu. Nasz oddział intensywnej terapii jest bardzo duży - większy niż wiele powiatowych chirurgii czy intern. Co roku leczymy kilkuset pacjentów w stanach zagrożenia życia z najróżniejszymi chorobami. Od ciężkich urazów, przez pacjentów po zatrzymaniu krążenia, aż do potencjalnych dawców narządów.
    Niektórzy pacjenci zapadają w pamięć, inni przechodzą niezauważeni. Większość odchodzi. Śmiertelność wynosi około 60%. To niewiele biorąc pod uwagę, że leczymy pacjentów w stanach skrajnie ciężkich, którym inni lekarze już niewiele mogą zaproponować. W większości przypadków już w chwili przyjmowania pacjenta do OIT wiemy, że nasze najlepsze starania na nic się zdadzą.
    Najczęściej dotyczy to pacjentów z dużymi uszkodzeniami mózgu w wyniku urazu lub udaru. Jeśli mózg nie działa to reszta ciała jest bezużyteczna. U takich pacjentów wielotygodniowa terapia kończy się na przekazaniu do Zakładu Opiekuńczo-Leczniczego leżącego, wymagającego całodobowej opieki ciała zaopatrzonego w tracheostomię i przezskórną endoskopową gastrostomię. Nie mamy środków, które odwróciłyby pierwotne uszkodzenie mózgu. Nasza rola to podtrzymywanie funkcji narządów, zapobieganie wtórnym uszkodzeniom układu nerwowego i czekanie, aż stan pacjenta sam się ustabilizuje.
    W pamięci tkwi mi przypadek motocyklisty, który jadąc pod wpływem narkotyków po lesie uderzył w drzewo. Nie miał kasku a cała siła uderzenia skupiła się na głowie. Przebywał na naszym oddziale przez wiele miesięcy. Nigdy nie udało nam się odłączyć go od respiratora. Wielokrotnie leczyliśmy u niego zakażenia patogenami szpitalnymi. W pewnym momencie zabrakło nam antybiotyków - pacjent miał niekończącą się sepsę spowodowaną przez drobnoustrój odporny na wszystkie znane ludzkości leki. Leczenie w OIT to nie przelewki - pacjent ma cewnik moczowy, cewnik centralny, sztuczne drogi oddechowe, często dreny po operacjach. Osłabiony organizm z szeroko otwartymi wrotami zakażenia to łakomy kąsek dla bakterii. Lecząc kolejne zakażenia szpitalne sami pasażujemy wielolekooporne szczepy. Kolejne zakażenie pokonało młody organizm. W czasie pobytu odwiedzała go młoda, zrozpaczona żona w ciąży. Gdy pacjent umierał, na świecie był już jego syn.
    Dwudziestokilkuletnia kobieta w 38 tygodniu ciąży zgłosiła się do szpitala z powodu wymiotów. Niby nic poważnego, czuła się dobrze, więc wróciła do domu. Po kilku godzinach została przywieziona przez Zespół Ratownictwa nieprzytomna. Badanie TK głowy wykazało zakrzepicę żył mózgowych i rozlany obrzęk mózgu. Chorobę, która zdarza się bardzo rzadko u predysponowanych genetycznie pacjentów. Ciąża sprzyja powikłaniom zakrzepowo-zatorowym. Po pilnym cięciu cesarskim pacjentka trafiła na nasz oddział. Przez kilka dni patrzyliśmy jak jej mózg obumiera. Wyrazem tego była duża niestabilność układu krążenia. Pacjentka miała ciśnienie krwi 250/120 mmHg by za kilka minut potrzebować gigantycznych dawek amin katecholowych. Po komisyjnym stwierdzeniu śmierci mózgu a przed odłączeniem od respiratora odwiedził ją mąż z noworodkiem na rękach i zrozpaczeni rodzice.
    Zatrzymanie krążenia to częsty powód przyjęcia pacjenta do Oddziału Intensywnej Terapii. Gdy krew przestaje płynąć, wystarczy kilka minut, aby w mózgu zaszły nieodwracalne zmiany. Mimo dostępności zaawansowanych technik resuscytacyjnych, wytycznych oraz sprzętu i wyposażenia karetek pogotowia pomoc najczęściej przychodzi zbyt późno. Mimo, że często udaje się przywrócić czynność serca, w mózgu pacjenta po zatrzymaniu krążenia dochodzi do nieodwracalnych zmian. Pacjent jest przywożony do szpitala a następnie "znika gdzieś na OIT". Ratownicy i lekarze SOR są zadowoleni z dobrze wykonanej pracy. Tymczasem w zdecydowanej większości przypadków dochodzi już do nieodwracalnego uszkodzenia mózgu i mimo wszelkich starań pacjent nigdy nie odzyskuje świadomości. Po wielotygodniowym leczeniu najczęściej doprowadzamy go do optymalnego stanu. To znaczy, że sam oddycha, serce pracuje bez wsparcia amin katecholowych. Mózg jest nieodwracalnie uszkodzony a pacjent jest w przetrwałym stanie wegetatywnym. Jeśli nie zabiją go powikłania infekcyjne to staje się kolejnym pensjonariuszem ZOL wymagającym całodobowej opieki.
    Cuda zdarzają się bardzo rzadko. Czasem warto mieć swojego anioła stróża, nawet jeśli staje się nim na chwilę przechodzący obok anestezjolog. Starsza pacjentka przyszła do naszego szpitala na kontrolę w poradni. W poczekalni nagle straciła przytomność - doznała zatrzymania krążenia. Zaskakującym zrządzeniem losu korytarzem szpitalnym właśnie w tej chwili przechodził zespół anestezjologiczny. Lekarz rozpoznał zatrzymanie krążenia i niezwłocznie rozpoczął czynności resuscytacyjne. Po kilku minutach dotarł drugi zespół anestezjologiczny wyposażony w defibrylator. Po uzyskaniu powrotu spontanicznego krążenia pacjentka trafiła na OIT. Następnego dnia wybudziła się i została rozintubowana. Udało jej się przeżyć zatrzymanie krążenia bez jakichkolwiek deficytów neurologicznych. Po kilku dniach przeniesiono ją na kardiologię, gdzie miała wszczepiony kardiowerter-defibrylator jako prewencję wtórną nagłego zatrzymania krążenia. Wyszła do domu - wróciła do swojego poprzedniego życia. W jej przypadku spełniliśmy swoją rolę. Nie jest sztuką doprowadzenie do "przeżycia" pacjenta.
    Wiele osób myśli, że leczenie w Oddziale Intensywnej Terapii to jakaś wiedza tajemna. Tymczasem polega jedynie na podtrzymywaniu funkcji podstawowych narządów - oddychanie wspomaga respirator, krążenie wspieramy wlewami amin katecholowych, zaburzoną funkcję nerek zastępuje dializa. Pacjent jest żywiony, leczymy ból związany z chorobą i długotrwałym unieruchomieniem. Właściwie to leczymy głównie powikłania związane z pobytem na OIT: zakażenia, wrzody stresowe, odleżyny, działania uboczne leków, powikłania pooperacyjne.
    Nie zawsze jesteśmy w stanie wyleczyć przyczynę niewydolności narządów. Jeśli jest to niewydolność oddechowa lub niewydolność serca będąca skutkiem wieloletniej choroby, to tylko nowy narząd może przynieść pacjentowi ratunek. Podtrzymujemy oddychanie i krążenie licząc na to, że stan płuc i serca poprawi się na tyle, że będą sobie w stanie poradzić bez pomocy. Często jest to niemożliwe i otrzymujemy chorego "OIT-zależnego", który poza środowiskiem naszego oddziału nie jest w stanie przeżyć. Stan taki trwa do kolejnego powikłania septycznego.
    CDN...
     
    Newman
    My, Lekarze. Zdumiewa, jak bardzo się różnimy, jak trudno nas scharakteryzować jako jednolitą grupę zawodową, jak różne postawy przyjmujemy wobec barwnej polskiej medycznej rzeczywistości: zbiurokratyzowanej, chaotycznej i mocno zakorzenionej w PRL-u. Jednym się chce, innym się nie chce; są tacy, którzy próbują zmieniać świat, są i ci, którzy patologię przekuwają we własny sukces.
    Jak nic: smerfy! Znacie to?
    Lekarz - Ciamajda. Pracuje od samego początku na tym samym etacie (nie za bardzo wie, dlaczego właśnie tam), za tę samą stawkę od sześciu lat. Podwyżki go omijają, czasem pacjenci poratują jajami i wiejską wędliną. W CV mógłby wszak napisać, że skończył medycynę oraz umie czytać i pisać, ale nigdy mu nie przyszło do głowy, by tworzyć taki dokument. Po raz ósmy podchodzi do egzaminu specjalizacyjnego i po raz ósmy zaniża statystykę zdawalności CMKP. Optymistycznie patrzy w przyszłość: dyrektor wspominał coś o premii za dwa lata, a najbliższy egzamin dopiero za pół roku...
    Lekarz - Ważniak. Im więcej ma prof, dr, hab, doc, nadzw i zw przed nazwiskiem, tym wyżej nosi głowę. Ma już 155 publikacji i dziesięć cytowań. Uważa za skandal, że wciąż jeszcze musi pracować, ale spokojnie: w końcu kierownik kliniki musi przejść na emeryturę lub umrzeć, a wtedy on jest pierwszy w kolejności. Na pacjentów, którzy tłoczą się pod jego prywatnym gabinetem zerka z rzadka, a dotyka ich przeważnie ręką... pielęgniarki. Słynie z uprzejmości: uprzejmie donosi dyrekcji na kolegów z pracy.
    Lekarz - Pracuś. Z dyżuru w SOR na dyżur w NPL. Potem karetka i "odpoczynek" w przychodni. Na macierzystym oddziale (zaraz, zaraz, który to?) bywa częściej niż w domu. Nie rozstaje się z kubkiem termicznym, red bullem, kolejnym red bullem, jeszcze jednym red bullem, potem spidem, białą damą albo flaszką. Dużo godzin, dużo kasy, dużo frajdy. Odratuje każdego pacjenta. Bywa, że jego nie zdążą odratować. Żyć szybko, umierać młodo.
    Lekarz - Maruda. Nie cierpi swojej pracy. Nie wie sam, jak wytrzymuje z tą zgrają pazernych, nieudacznych konowałów. Ma fatalne zarobki. Strzela focha na każde nowe wyzwanie. Nie znosi zmian, które burzą jego spokój. Nie cierpi problematycznych pacjentów, krzykliwych salowych, upierdliwych pielęgniarek, które go budzą w nocy. Nic nie działa mu jednak na nerwy bardziej niż optymizm i entuzjazm kolegów.
    Lekarz - Łasuch. Biznesmen. Z jednego kontraktu wyciąga szesnastkę, z drugiego jedenastkę. Na prywacie dorzuci od pięciu do dziewięciu. Drobniaki wpadają za doradztwo firmie X, radę nadzorczą szpitala Y i za publikację artykułów i rozdziałów w podręcznikach. Nie schodzi poniżej półtora za wykład dla firmy farmaceutycznej, choć nie pogardzi też kopertą, koniakiem, sensowną propozycją. Czasy się zmieniają. Już nie jest tak ciężko jak przed laty - kiedyś musiał ściągać od pacjentów za pierwszeństwo przyjęcia i przymykać oko przy przetargach. Dziś spija śmietankę i kupuje trzeciego Lexusa (dla córci).
    Lekarz - Osiłek. Prze naprzód, naprawia świat. Wczoraj był na spotkaniu w izbie lekarskiej, dziś po pracy będzie pisał pismo do ministra i organizował zbiórkę podpisów pod petycją, w piątek praca w sejmowej komisji, nie zabraknie go też na manifestacji i spotkaniu związku zawodowego. Pomoże nielegalnie zwolnionej koleżance i koledze pozwanemu przez rodzinę pacjenta. Znajomi pukają się w głowę na to jego ciągłe non profit, bo nie wiedzą, że robi to wszystko dla nich. Ale on się nie przejmuje, jakoś do tej pory godził wolontariat w pracy, wolontariat po pracy i wolontariat w domu.
    Lekarz - Zgrywus. Żarcik trzyma się go od porannej odprawy do wieczornego obchodu. Koledzy lubią z nim wyjść do knajpy, ale jakoś mu się nie zwierzają. Pacjentki chwalą wspaniałego doktora, choć zaraz po wyjściu z gabinetu rejestrują się na wizytę do innego, który im wszystko wytłumaczy. Bryluje w czasie zabiegów racząc instrumentariuszki i zaintubowanego soczystymi dowcipami o pacjentkach, blondynkach i zakonnicach. Potrafi wszystko obrócić w żart - obcięty paluszek, ból brzuszka, badanko ginekologiczne, kalafiorka w odbytnicy i żulika, co się był przekręcił na dyżurze.
    Lekarz - Smerfuś. Właściwie nikt nie wie, skąd się wziął i jak to się stało, że pracuje na tym oddziale. Na studiach ledwo zaliczał, LEK-u ponoć raz nie zdał. Ani się specjalnie wysłowić nie umie, ani z niego naukowiec, smykałki do zabiegów też po nim specjalnie nie widać. Jest zaskakująco odporny na wszelkie roszady personalne i inne złe zaklęcia. Mówi się, że w przyszłości zostanie przywódcą wioski. Nie wiadomo czemu? Może ma na to wpływ zbieżność nazwisk z Papą Smerfem...
    Lekarz - Laluś. Wyprasowana koszula, nienaganny fartuch, markowy stetoskop, Ray Bany, iPhone, codziennie ogolony i pachnący Hugo Bossem. Pali slimy, więc nie rozstaje się także z gumą do żucia. Najlepiej się czuje w zamkniętym gabinecie, gdzie dopieszcza epikryzę i kupuje buty z Zalando. Uważa, że powinno się dyscyplinarnie wypisywać nie tylko alkoholików, ale i pacjentów, którzy śmierdzą: moczem, potem, kałem, wymiocinami, psem, człowiekiem (niepotrzebne skreślić). W ogóle pacjentów stara się unikać, a jeśli już, to trzyma ich na odległość biurka. Wyjątkiem są pacjentki dwadzieścia plus.
    Lekarz - Marko Smerf. Zagłosował nogami. Wsiadł w Ryanaira, na przysłowiowy prom lub ruszył autostradą A4 na Zachód. Pracuje za granicą i opowiada o swoim życiu w samych superlatywach. Olał zapyziałą wioskę smerfów, czasem tylko zagląda do rodziny. Świetnie zarabia, nie przewala tony zbędnych papierów, cieszy się szacunkiem pacjentów (tylko niektórzy podejrzliwie wsłuchują się w jego akcent), jednym słowem: oddycha wolnością. Czasem tylko, przeważnie na Gwiazdkę, nie wiedzieć czemu robi mu w głębi serca jakoś ckno i tęskno.
    ***
    Lekarz - Gargamel. No cóż. Dla ministra zdrowia nic lepszego się nie znalazło. Uosabia całą biurokrację i fatalną organizację pracy, która pożera lekarski entuzjazm i cenny czas. I choć klakierów wokół niego całe mnóstwo, to nic nie osiągnie, póki nie zacznie działać racjonalnie
    Mateusz Malik, smerf
    Kot
    Światło dzienne ujrzał projekt Ministerstwa Zdrowia nowelizacji ustawy o Państwowym Ratownictwie Medycznym. Pośród wielu zmian i ciekawych koncepcji jedna stanowczo wybija się spośród innych. Takiej rewolucji tak szybko chyba nikt się nie spodziewał. Najciekawsza i najważniejsza zmiana to... usunięcie z zespołów ratownictwa medycznego (czyli karetek pogotowia) lekarzy! Tak! To nie żart! Już wkrótce na pomoc wyjadą wyłącznie ratownicy!
    Moim zdaniem jest to bardzo dobra zmiana. Pogotowie ratunkowe w Polsce od zarania dziejów było domeną stażystów, wziętych z łapanki, dorabiających sobie bądź zsypem dla osób, które nigdzie sobie nie radziły (bądź nie chciały radzić). Wszystkich ich łączyła jedna rzecz: byli nieprzygotowani do zabezpieczenia pacjenta w stanach nagłych. Prawdziwi pasjonaci, którzy posiadali niezbędną wiedzę i umiejętności zawsze stanowili mniejszość. Skończą się zatem bolączki dyrektorów pogotowia z zapełnianiem grafików i szukaniem "jakiegokolwiek" lekarza. Skończy się przedłużanie w nieskończoność okresów przejściowych dla tzw. "lekarzy systemu".
    Z drugiej strony brak lekarza budzi obawy czy pacjenci zostaną należycie zabezpieczeni i czy sami ratownicy medyczni będą w stanie poradzić sobie ze wszystkimi przypadkami. Wiele lat istnienia zespołów podstawowych pokazuje, że ratownictwo nie wymaga wiedzy tajemnej a ratownicy są bardzo dobrze do tego przygotowani. Oczywiście, ci, którzy zostali odpowiednio wyszkoleni i systematycznie podnoszą swoje kwalifikacje. Życie i rynek szybko zweryfikują kto się nadaje do tej pracy. Wprowadzone minimum 3 ratowników w jednej karetce to koniec postulowanych problemów z dźwiganiem pacjenta, przekładaniem na deskę ortopedyczną oraz brakiem rąk przy resuscytacji.
    Usunięcie lekarzy z karetek pozwoli poczynić duże oszczędności. Zaoszczędzone pieniądze będzie można przeznaczyć na dofinansowanie szpitalnych oddziałów ratunkowych. Lekarze usunięci z karetek mogą zasilić SORy, które borykają się z ogromnymi niedoborami kadrowymi. Gdyby na przykład w Warszawie wszystkich lekarzy jeżdżących w karetkach przenieść do szpitali to każdy SOR zyskałby 2 dodatkowych a każda izba przyjęć 1 dodatkowego lekarza. Z pożytkiem dla funkcjonowania tych jednostek. Pytanie czy Ci "lekarze systemu", którzy od lat zajmowali się wyłącznie pracą w pogotowiu ratunkowym poradziliby sobie w SORach?
    MedFor.me
    Dziś już wiadomo, że Manifestacja PZM z 24.09.2016 wywarła realny wpływ na pewne polityczne decyzje. Jak bardzo odległe będą to skutki - przyszłość pozostaje niewiadomą. Pewnie wiele osób się ze mną zgodzi, że jednym z największych sukcesów tego wydarzenia, jak i trwającej od wielu miesięcy kampanii informacyjnej jest wzrost społecznej świadomości na temat realiów funkcjonowania opieki zdrowotnej w Polsce. Na niespotykaną dotąd skalę ogólnopolskie i lokalne media analizują i relacjonują postulaty środowisk medycznych, a do opinii publicznej w końcu przebija się przekaz, że tylko dobrze opłacana i sprawnie funkcjonująca opieka zdrowotna może zagwarantować bezpieczeństwo dla pacjentów. Drodzy Medycy - przejęliśmy media w tym dniu i co do tego wątpliwości być nie może!
    Zachęcamy do obejrzenia drugiej części naszej fotorelacji. Tym razem przedstawiamy kulisy przygotowań do marszu. Manifestacja PZM "od zaplecza".
    FOTORELACJA
    Ratownicy medyczni na placu Zamkowym

    Manifestacja umożliwiła wyjście z cienia wielu środowiskom związkowym, które do tej pory nie miały siły przebicia...

    Tak, chodzi o Nysę z Opolszczyzny! Przybyliście z całej Polski!

    Dobra organizacja = dobra manifestacja!

    Młode twarze i charakterystyczne PR wplecione w stetoskop - było Was naprawdę wiele, Młodzi Lekarze!

    Katarzyna Pikulska nie traci werwy i głosu od początku do samego końca!

    Warszawska Starówka, polska młodzieżówka...

    Z humorem, dystansem, ale o poważnych sprawach...

    Codzienne dylematy młodych lekarzy...

    Jest w nas wiele nadziei i entuzjazmu. Nie wyjedziemy za granicę, jeśli stworzycie nam warunki do pracy i rozwoju!

    Nic nie jest za darmo. Karma też!

    Warszawa jest nasza - wszystkie zawody medyczne!

    To nie hamletyzowanie!

    Nikt nas nie podzieli!

    Tekst: Mateusz Malik. Autorzy zdjęć: Kinga Antos-Latek i Mateusz Latek
    Newman
    W manifestacji Porozumienia Zawodów Medycznych 24 września 2016 w Warszawie licznie wzięli udział przedstawiciele medycznych związków zawodowych oraz wszystkich zawodów związanych z medycyną (pielęgniarki, położne, technicy medyczni, ratownicy medyczni, diagności medyczni, fizjoterapeuci, technicy radiologiczni, lekarze specjaliści, lekarze rezydenci, lekarze stażyści, studenci). Kolorowy orszak białych fartuchów, pomarańczowych ratowniczych kurtek, niebieskich zabiegowych bluz przyciągał wzrok warszawiaków i odznaczał się na tle miejskich murów.
    Marsz rozpoczął się pod Kolumną Zygmunta, przebył Trakt Królewski i mijając Prudentiala oraz PKiN dotarł do placu Konstytucji.
    Tam wystąpienia mieli zarówno reprezentanci wszystkich grup zawodowych, jak i minister zdrowia Konstanty Radziwiłł, który jak niespodziewanie się pojawił, tak też po angielsku zszedł ze sceny.
    "Wszyscy medycy są na ulicy", by zwrócić uwagę społeczeństwa i polityków na palące problemy służby zdrowia i aby skłonić Rząd do szybkiego wzrostu państwowych nakładów na ochronę zdrowia. Czy premier Beata Szydło usłyszy coraz głośniejszy głos środowiska medycznego i włączy "Program Zdrowie+" do harmonogramu prac? Czas pokaże...
    FOTORELACJA
    Początek Manifestacji na Krakowskim Przedmieściu

    Czas na ZDROWIE +

    "Żył z pasji do ratowania innych" - siebie nie uratował...

    Pochód rozciągał się na całą ulicę...

    "Powołaniem się nie najesz"

    "Wszyscy medycy są na ulicy"

    "Wyzysk rakiem ochrony zdrowia!"

    Mogliśmy liczyć na ochronę policji - dziękujemy!

    "System zmusza mnie, bym zoperował Twoje biodro za 12 lat" - lekarz ortopeda

    "Kolejka poniża pacjenta"

    Lekarze powinni zarabiać dobrze, jeżeli chodzi o młodych, a bardzo dobrze, jeżeli chodzi o tych doświadczonych - Jarosławie Kaczyński, Pamiętamy!

    Przejście przed siedzibą Ministerstwa Finansów - to między innymi tu muszą zapaść kluczowe decyzje!

    Służba zdrowia zrujnowana jak budynek Prudential... Czas na odbudowę!

    "Jeszcze Polska nie zginęła póki my leczymy!"

    "Nie zabierajcie czasu pacjenta biurokracją!"

    Pałac Kultury i Nauki nigdy nie widział jeszcze tylu medyków w jednym miejscu...

    Polska - Europejski kraj, a medyczny trzeci świat...

    "Zdrowie Polaka w cenie BigMaca!?"

    "Nie zmuszajcie nas do palenia opon!"

    Medycy RAZEM na ul. Marszałkowskiej

    "Wszyscy medycy są na ulicy" - a jesienne słońce nam przyświeca

    "Polko! Kto odbierze Twój poród jak wyjedziemy?"

    Scena na placu Konstytucji

    "Biała manifestacja" w Warszawie - czy politycy zachęcą tych młodych, uśmiechniętych ludzi do pozostania w Polsce?

    Autor zdjęć: Mateusz Malik, lekarz