LIBERMED - Książki medyczne i weterynaryjne wszystkich wydawców w jednym miejscu

  • surowy
    Odbyłem rozmowę z pielęgniarką, która pracuje w dużym oddziale polskiego szpitala. Z jednej strony, zakochana w zawodzie, podkreśla, że nie wyobraża sobie innej pracy, z drugiej strony sfrustrowana, wciąż zapracowana i wiecznie niedoceniona. To słowa kobiety, która nie krzyczy na manifestacjach, nie woła, że jest biedna. To osoba, która pracuje od rana do nocy i dalej potrafi być miła dla pacjentów, dalej nie zgubiła się w systemie podłej biurokracji i medycznego pesymizmu.
    Łukasz Surówka: Dlaczego została Pani pielęgniarką?
    Ponad 20 lat temu kiedy miałam, powiedzmy, wybrać zawód, nie było takich możliwości jak dzisiaj. Nie każdy mógł być lekarzem, prawnikiem czy architektem. Wtedy doceniane były zawody klasy średniej: robotnik, ślusarz, pielęgniarka. Moja mama pracowała jako pielęgniarka i wtedy wydawało mi się, że jest to najlepsza praca na świecie. Bo ona była kimś. Dobrze zarabiała jak na tamte czasy, była szanowana przez wszystkich dookoła, miała wyrobiony status społeczny. I tak w mojej głowie zrodził się pomysł, że to odpowiednia dla mnie praca. Że ja też muszę być pielęgniarką. I tak poszłam do liceum medycznego i zostałam pigułą.
    Dzisiaj Pani żałuje?
    I tak i nie. Kocham swoją pracę, kocham kiedy pacjenci się uśmiechają, kocham z nimi żartować. Wciąż po tylu latach pracy słyszę komplementy jaka to cudowna siostrzyczka, albo "ooo, znowu nasza kochana Pani pielęgniarka przyszła na dyżur". To są te chwile, dla których warto wykonywać ten zawód. Ale to jak zaczynałam pracę i jak nas traktowano a jak to wygląda obecnie - to jest dramat. Jeden wielki przewrót o 180 stopni. I żałuję, bo przez to moja praca już nie daje mi tyle satysfakcji, co dawniej. Siedzimy z koleżankami w dyżurce i wciąż między sobą narzekamy i wspominamy jak było kiedyś. Mówi się, że kiedyś było lepiej. I czasami ja tak sobie myślę, że było lepiej. Ale szczerze nie żałuję, bo to najlepsza praca na świecie i mimo, tego co w naszym zawodzie się podziało, nadal chętnie przychodzę na dyżur.
    A co takiego się podziało?
    Przede wszystkim zmienił się stosunek pacjentów do personelu. Teraz każdy wymaga i żąda. Szacunek to słowo obce. Jak pracowałam w SOR-ze, wiele razy usłyszałam okropne epitety: jaka to jestem zła, wredna, podła, brzydka, okropna itd. Pacjenci nas wyzywają, potrafią uderzyć, opluć. Ile już razy zdarzyły się groźby sądem i konsekwencjami prawnymi. Teraz pacjenci są niesamowicie roszczeniowi. I z jednej strony zgadzam się z tym, że należy walczyć o swoje i jeżeli doszło faktycznie do poważnego zaniedbania to należy ponieść konsekwencje. Ale jeżeli pacjenci stale traktują personel medyczny (i to nie tylko pielęgniarki, ale lekarzy, ratowników medycznych...) jak łapówkarzy, alkoholików i tych, co to nie wiadomo ile zarabiają, to nigdy nie będę mieć do nas szacunku. Teraz naprawdę rzadko się słyszy, aby ktoś podziękował, aby powiedział komplement czy ot tak zagadał o czymś miłym. Teraz częściej się słyszy tekst w stylu "tylko ostrożnie, bo ostatnio taka pielęgniarka na wylot przebiła mi żyłę. Pewnie teraz biedna ma sprawę sądową z tego powodu". Ale wina też jest w środowisku. Bo dawniej relacja z lekarzami była inna. Byliśmy partnerami. Teraz najczęściej służymy do wykonywania ich poleceń. Oczywiście nie zawsze tak jest. Wszystko zależy od miejsca pracy. Mieliśmy kiedyś ordynatora, który nie reagował nawet na dzień dobry. Gdy odchodził z pracy nawet się nie pożegnał. A gdy pracowałam w gabinecie z pewnym lekarzem ortopedą to praca szła jak po maśle. Żartowaliśmy, razem piliśmy kawę, każdy zawsze coś przyniósł słodkiego. Tak można pracować - dogadywać się, być partnerami, traktować się tak samo. Wiadomo, że ja jestem od wykonywania zleceń lekarza, i jak on coś powie to ja to muszę zrobić, ale tu znowu chodzi o ten szacunek.
    Czyli gdyby nie utrata szacunku to wszystko byłoby jak dawniej? To jest największy problem?
    Szacunek przede wszystkim. Ale to zmieniły się czasy. Teraz każdy biega za pieniędzmi, za swoim dobrem, nikt nie patrzy na drugą osobę. A my pielęgniarki wciąż musimy myśleć o drugiej osobie - o naszym pacjencie. Te nowe czasy zmieniły cale społeczeństwo, zatem nas, w medycynie też nie mogło to ominąć. Ludzie wylewają swoje frustracje na nas. No bo na kim innym? Przecież nie pójdą do sejmu mówić, że kolejka do endokrynologa jest ogromna, że w SOR-ze czeka się kilka godzin. To nie politykom będą pluć w twarz, tylko nam. I to też fakt, że pielęgniarka znaczy dużo mniej. Bo do pana doktora już z większym respektem podchodzą. No ale do tego dochodzi też ten status społeczny. No bo dawniej inaczej zarabiałyśmy, a teraz...

    No właśnie - jak to jest z tymi zarobkami. Teraz niedawno była podwyżka 400zł. Średnia krajowa wyliczana jest na około 3000 zł miesięcznie dla pielęgniarek. A jak jest w rzeczywistości?
    No tak. 400 zł było. Tylko nikt nie mówi, że jest to kwota brutto, zatem na rękę jakieś 240 zł. Nikt też nie mówi, że jest to dodatek. Nie liczy się do emerytury ani niczego. W każdej chwili może być zabrany i nikt o tym nawet nie wspomni. A te śmieszne 3000 zł to niby gdzie? Bo proszę Pana ja zarabiam 2000 zł brutto. Nie wierzy Pan? Mogą pokazać mój kwitek. Bo te średnie miesięczne są wyliczane przez sumę mojej pensji, ale też pensji Pani szanownej pielęgniarki, która pracuje na wysokim stanowisku i ma uposażenie po 5000-8000 zł zatem średnia zawszy wyjdzie wysoka i wszyscy będą mówić, że przecież my dużo zarabiamy, to czemu wiecznie płaczemy. Z tym, że my pracujemy za takie pieniądze, bo mały szpital, a 30 km dalej w większym szpitalu stawki są już 2500 zł. Więc mam tą samą wiedzę, to samo wykształcenie, a mieszkam w mniejszej miejscowości, to mam zarabiać mniej? Praca taka sama. A rzeczywistość? Mamy ogromny oddział. Ponad 40 łóżek. A nocki potrafimy obstawiać we dwie. Bo nie ma kto pracować. To musimy się na to zgadzać. Oczywiście w nocy nie ma sanitariuszki zatem jedziemy nie tylko z zabiegami, lekami, kroplówkami, dokumentami itd. Ale także musimy wszystkich pacjentów przebrać, zmienić pampersy, zmienić pościel. W ciągu dnia jest różnie: czasem 3, czasem 5 pielęgniarek na dyżurze. Dodatkowych dyżurów nie ma, bo dyrektor nie ma pieniędzy. Więc pracujemy w pocie czoła. Bo to oddział trudny. Internistyczny. Mamy wszystkie przypadki. Na chirurgii zrobią zabieg, a jak komuś cukier skoczy, to spychają go do nas, w celu ustabilizowania i diagnostyki więc mamy również pacjentów ze świeżymi ranami pooperacyjnymi. Pacjent z bólem w klatce po zabiegu na ortopedii też do nas. No to mamy pacjentów z wyciągami ortopedycznymi. Przychodzą święta, to oddział pełen staruszków robiących pod siebie, bo rodzina chce spędzić święta na nartach. I tak od rana do nocy. A na takim oddziale dermatologii czy okulistyki to nawet jak są 2 pielęgniarki na 40 chorych, to pracy mają zdecydowanie mniej. A pensja ta sama. Takie są realia. Sprawiedliwości nie ma. SOR i oddział anestezjologii ma więcej. Bo to te specjalne oddziały. Nasz już nie. A zbieramy wszystko.
    A czemu nie ma nikogo do pracy? Przecież stale otwierają się nowe prywatne uczelnie kształcące pielęgniarki, na publicznych jest po kilkaset miejsc co roku.
    Tylko, że te pielęgniarki, które teraz kończą szkoły i mają tytuł magistra, to niestety na tym się kończy. Nie znają realiów pracy. Nie wiedzą, że czeka je ciężka harówka. Myślą, że założą piękny fartuszek i będę pisać dokumenty. Że sanitariusz zrobi wszystko, co brudne  i z pacjentem. Ale tak nie jest. Przychodzą do nas na praktyki czy staże. I co? Przerażenie i strach w oczach. Nie umieją dotknąć pacjenta, nie wiedzą za co się zabrać. One by tylko zastrzyki robiły. A to akurat najmniejszy problem. Ale dźwigaj pacjenta 150 kg na tomografię, potem zmień mu pampersa. Każdy dzień pracujemy w gównie. I to należy powiedzieć głośno. Nikt się więc nie garnie do takiej pracy. W przychodniach miejsca pracy są zawsze obstawiane przez znajomości, bo to zdecydowanie odbiega od tego co mamy na oddziale. W karetkach i w SOR-ze praca trudna i specyficzna. Wiele tych młodych dziewczyn myśli o wyjeździe. Bo dostaną fajny socjal, bo fajne zarobki, ba, nawet jako opiekunki osób starszych zarobią więcej niż my. I tu powstaje problem. Że my się starzejemy. Teraz średnia wieku u nas na oddziale to około 50 lat. Za chwile my odejdziemy i kto przyjdzie za nas pracować. Wtedy dopiero powstanie problem. Mam nadzieje, że mnie już nie będzie dotyczył. A my te 50-tki to dopiero mamy ciężką prace. Bo już wzrok nie ten, bo nowoczesny sprzęt, bo już nie mamy tyle siły co dawniej. A pacjenci coraz więksi i ciężcy.
    No ale zaraz - a przepisy BHP, kontrole, itd.?
    No są oczywiście. Na papierze. Bo wiemy doskonale kiedy kontrola przyjdzie. To wtedy nie nosimy obrączek na rękach. Kontrola sprawdzi i wszystko wygląda że jest ok. Raport napiszą i w papierach się zgadza. Co tam, że pacjenci w nocy z łóżek spadają bo rączki są pourywane i bandażem przywiązane. Co tam, że w zimie pacjent z zapaleniem płuc, a tu nagle okno wypada i radź tu sobie człowieku. Nasza dyżurka wyremontowana. Zgadzam się. Ale wózek którym wozimy leki: dramat. Winda: modlimy się, żeby się nie zacięła, kiedy wieziemy trudnego pacjenta. I wciąż o tym głośno się mówi. Teraz była książka takiego dziennikarza, co opisał jak to ciężko wszystko w szpitalu wygląda. Jaka znieczulica panuje. Ale jak ma być inaczej, skoro biurokracja załatwiona, papiery wystawione, a dalej jest źle...
    Przecież ktoś odpowiada za biurokrację. Oddziałowa, ordynator, dyrektor…
    Tak, oni mają takie stanowiska. I powinni być z tego rozliczani. Ale u nas jak to u nas. Rączka rączkę myje. W poprzednim szpitalu mieliśmy taką oddziałową, że chciało nam się płakać. Ona tylko pięknie wyglądała. Ale brak jakichkolwiek umiejętności. Ani pomocna, ani rozgarnięta. Dostała fuchę, bo znała dyrektora, papier miała zrobiony, no to siedzi do dzisiaj. Nigdy nie pomagała w pracy. Grafik zawsze na ostatnią chwilę. A jak brała się za raporty… wszystko było do poprawki. Tak nie da się pracować. Kiedyś pracowałam na oddziale paliatywnym. Oddziałową była młoda dziewczyna, ale oddział pracował na 150%. Wszystko było załatwione, oddziałowa stała za nami murem. Potrzeba było nowych łóżek to potrafiła napisać każdego dnia po 2 podania do dyrektora, aż w końcu kupił nowe. Wymagała dużo. Potrafiła nas przepytywać z leków i procedur ale aż człowiek był zmotywowany do nauki do rozwoju. Na kursy non stop jeździłyśmy. Uczyłyśmy się. Sprzęt był fajny. Dziewczyny jak przychodziły na praktyki to najpierw narzekały, że tak wymaga, a potem dziękowały, że tyle się nauczyły. Sama też brała się do pracy. Najpierw swoje obowiązki z dokumentami, a potem dawaj: wózek z lekami, zastrzyki i wszystko. To był mój najlepszy oddział gdzie pracowałam. Tylko niestety wszystko dobre szybko u nas się kończy. Pozbyli się jej, bo dyrektorowi się nie podobała. Ale ona dobrze na tym wyszła, bo trafiła do lepszego szpitala i dalej świetnie prowadzi oddział. Takich ludzi z pasją potrzeba w medycynie.

    A co Pani lubi najbardziej w swojej pracy. Co przynosi radość, dlaczego dalej chce Pani pracować?
    Heh, może to śmiesznie zabrzmi, ale ja uwielbiam kłuć. I powiem nieskromnie, że mam taką rękę, że nieraz mnie wołają, żebym to ja kuła. I to nie chodzi, że patrzę z iskrą w oku kiedy komuś trzeba zastrzyk czy Venflon. Tylko ot tak lubię to. A poza tym ja kocham pacjentów. Nawet tych usranych. Lubię z nimi rozmawiać, żartować. Kiedy widzę, że daję im choć trochę radości, ulgi w cierpieniu, to mnie jest lepiej na sercu. Nie jedną babcie przytulę, wysmaruję i zabawię. Panowie i podrywanie. No super sprawa. A te wdzięczne słowa. To jest najlepsze podziękowanie. Wcale nie te ekhm... "skromne" i tandetne podarunki np. przeterminowane albo z ostentacyjną ceną na wierzchu, tylko właśnie słowa podziękowania i docenienia naszej pracy. Wiele rodzin przychodzi do nas i mówią, że nie spodziewali się, że tu taki młyn, że tyle pracy, a my dalej dajemy radę. To daje kopa do życia, do dalszej pracy. Do tego żeby wstać rano i przyjść znowu na dyżur.
    A jak jest z rodzinami pacjentów?
    No to jest generalnie dramat. Pacjenci często po prostu z bólu czy powodu wieku nic nie mówią. Ale rodzina ma najwięcej do powiedzenia. Pełni pretensji, wszystko najlepiej wiedzą, krytykują, mają ze wszystkim problem. Kiedyś mieliśmy pacjenta z dużą odleżyną. No to robiłyśmy opatrunki. A potem przychodziła żona i wszystko zmieniała. I jeszcze komentowała, że to brzydko, że to źle. No to jednego dnia opatrunek nie zmieniony, a ona akurat tego dnia przyszła trochę później do męża. I nagle okazuje się, że nasz opatrunek jednak może być, bo ona ma teraz inne godziny pracy i jakbyśmy mogły jednak do męża zaglądać. Albo częste nakazy: proszę do mamusi/tatusia zaglądać co 15-20 minut, bo jest teraz w nowym środowisku i może mieć stany lękowe. Stany lękowe? Proszę Pana ja mam 40 pacjentów na oddziale, jest nas dwójka w nocy, a około 10 pacjentów drze się przez całą noc mimo podania dużej dawki leków uspakajających. Przepraszam, ale kiedy ja mam zaglądać do mamusi i pytać czy soczku nie podać? To nie nasze zajęcie.
    To może zakończmy czymś optymistycznym. Jakie miała Pani śmieszne przypadki w pracy? Co sprawiło, że na przykład oddział śmiał się jeszcze przez kilka dni?
    To takich historii jest wiele. Jak już mówiłam, mamy mnóstwo wariatów. Drą się po nocach, krzyczą, wyją jak psy. No różni chorzy ludzie różnie reagują i się zachowują. Często osoby starsze, z demencją które leżą, chcą wychodzić i np. iść sadzić ziemniaki i proszę ich natychmiast wypuścić. Czasem wyzywają od szamanek, od wiedźm, klątwy rzucają. A rano kompletnie o niczym nie pamiętają i "Paniusiu pyszna owsianka". Kiedyś jeden pacjent przez sen zaczął bić drugiego. Innym razem dość otyły pan chodził nocą i podjadał ludziom jedzenie z szafek. Raz pacjent zabezpieczony pasami (na zlecenie lekarza) wieczorem położony normalnie w łóżku, po kilku godzinach leżał do góry nogami. Jak? Nie mamy pojęcia. Notorycznie się zdarza, że siedzimy w dyżurce i jemy śniadanie, a pacjent przynosi próbkę z kałem lub moczem i kładzie nam między bułkami. Albo panowie leżący zamiast poprosić o kaczkę potrafią sikać w górę i dookoła łóżka. Fontanny im się zachciewa. Mnóstwo ekshibicjonistów. A pewna Pani postanowiła kiedyś w niedzielę, gdy jest najwięcej odwiedzających, przejść się środkiem korytarza, ciągnąc za sobą cewnik moczowy. Także historii dziwnych, ale generalnie śmiesznych jest dużo. Tylko z czasem, to już nas nie śmieszy, a po prostu załamujemy ręce nad ludzką bezmyślnością...
    (Bohaterka wywiadu z uwagi na sytuację zawodową postanowiła zachować anonimowość).
    ***
    Zobacz też inne artykuły:
    Praca pielęgniarki anestezjologicznej... bez znieczulenia! Pracownik roku - Chyba na każdym oddziale trafia się taka persona, co to dużo gada, dużo wie, zna wszystkie plotki, zna wszystkich dookoła, wszystkiego się dowie, wszystko załatwi, ale żeby pracować... to już nie bardzo.

    MedFor.me
    Prezydent Andrzej Duda podpisał ustawę o sposobie ustalania najniższego wynagrodzenia zasadniczego pracowników wykonujących zawody medyczne zatrudnionych w podmiotach leczniczych.
    Tak będą podwyżki płac w ochronie zdrowia, tak lekarze (bo o tej grupie mogę najbardziej kompetentnie się wypowiadać) będą za miesiąc, za rok za dwa lata zarabiać więcej niż w dniu dzisiejszym.
    Czy lekarze (a na pewno rezydenci - bo ci mają jednolitą w skali kraju i prawnie umocowaną wysokość wynagrodzenia) będą zarabiać więcej niż 8 lat temu?
    I tak i nie, kwotowo na pewno, jako relacja do kondycji gospodarki i przeciętnych wynagrodzeń nie, jako wartość towaru jaki będą w stanie nabyć za swoją wypłatę - raczej nie (choć to w dużym stopniu zależy od tego jaki zbiór towarów uznamy za referencyjny.
    Owe podwyżki to tak naprawdę dla rezydentów (a to oni stanowią główny motor napędowy zachodzących zmian) rewaloryzacja płac, poziomem który obowiązywał kiedy wprowadzano aktualną wysokość wynagrodzeń.
    Kwota 3170 zł brutto obowiązuje od 2009r, wynagrodzenia określane jako pochodne wskaźników gospodarczych odnoszą się na ogół do wartości za poprzedni rok (a czasem nawet jeszcze jeden wstecz), w komunikacie GUS z dnia 10 lutego 2009 r. czytamy
    „Na podstawie art. 20 pkt 1 lit. a ustawy z dnia 17 grudnia 1998 r. o emeryturach i rentach z Funduszu Ubezpieczeń Społecznych (Dz. U. z 2004 r. Nr 39, poz. 353, z późn. zm.1)) ogłasza się, iż przeciętne wynagrodzenie w gospodarce narodowej w 2008 r. wyniosło 2943,88 zł. ”
    Teraz wystarczy wziąć kalkulator w dłoń i porównać stosunek ustanowionej w tej czas pensji zasadniczej lekarzy rezydentów do „przeciętnego wynagrodzenia w gospodarce narodowej ” z uchwalonym w rządowej ustawie współczynnikiem pracy dla odpowiedniej grupy zawodowej (podpowiem 1,05).
    Zakotwiczenie płac lekarzy (odbywających specjalizacje w trybie rezydenckim) w ustawie o zawodzie lekarza i lekarza dentysty polegało na określeniu ich minimalnego poziomu jako odniesienia do przeciętnego wynagrodzenia w sektorze przedsiębiorstw bez wypłaty nagród z zysku, poziom ten ustanowiono na 70% w/w kwoty, jednak realna wysokość wynikająca z aktów wykonawczych, wysokość obowiązująca do dziś kształtowała się na poziomie ok 110%.
    Taki też poziom postulowało w tamtych dniach Prawo i Sprawiedliwość, w swoich poprawkach do tejże ustawy.
    Dlaczego więc dziś obecna władza chlubi się podwyżkami które są niższe (105% vs 110%) oraz operują na niższym wskaźniku gospodarczym (przeciętne wynagrodzenie w gospodarce narodowej vs przeciętne wynagrodzenie w sektorze przedsiębiorstw)?
    Dlaczego uczciwymi podwyżkami nazywa się waloryzację plac czyli po prostu naprawę zaniedbań ostatnich lat?
    Na zakończenie chciałbym nadmienić , że podwyżki wynikające z właśnie podpisanej ustawy swój docelowy (ten waloryzujący) poziom mają osiągnąć dopiero w 2022r a ich wysokość do roku 2019 jest marginalna (do wtedy współczynnik pracy będzie mnożony nie przez aktualną wysokość przeciętnych wynagrodzeń a zamrożony wskaźnik z 2015r).
    Mam nadzieje iż rzuciłem trochę światła na temat aktualnych podwyżek.
    lek. Mateusz Latek,
    Redakcja MedFor.me

    hypersonic
    Do pierwszego czytania obywatelskiego projektu "ustawy w sprawie warunków zatrudnienia w ochronie zdrowia" pozostało raptem kilka dni, już w tę środę 19 lipca do Warszawy przyjadą z całej polski grupy pracowników ochrony zdrowia by po raz kolejny zaprotestować przeciwko urągającym warunkom pracy.
    Ciekawie na tym tle wygląda decyzja Pana Marszałka Sejmu Marka Kuchcińskiego? W dniu 14 lipca wydał on zarządzenie "w sprawie zapewnienia spokoju i porządku na terenach i w budynkach pozostających w zarządzie Kancelarii Sejmu". Pod tym dwuznacznie brzmiącym tytułem kryje się decyzja o blokadzie wydawania jednorazowych przepustek sejmowych dla gości klubów parlamentarnych i posłów - decyzja, której jedynym celem jest niedopuszczenie suwerena w pobliże swoich przedstawicieli, by jak najskuteczniej wyciszyć temat aktualnych prac sejmu.
    Po raz kolejny już władza pokazała strach przed transparentnością swoich działań oraz bezpośrednią interakcją z wyborcami. Niech to, że ukryli się przed nami w murach parlamentu nie osłabi naszego krzyku determinacji.
    Przyjedźmy 19 lipca 2017 do Warszawy, nie pozwólmy by rząd robił sobie z nas żarty!
    hypersonic


    surowy
    Trudnym tematem w polskiej służby zdrowia jest pacjent pijany, przysłowiowy "żul", alkoholik, który trafił do szpitala na oddział ratunkowy i zajmuje miejsce osobom pilnie potrzebującym pomocy lekarskiej. Personel medyczny, lekarze, pielęgniarki, rejestratorki, ratownicy medyczni, a przede wszystkim społeczeństwo burzy się przeciwko temu, że osoba nietrzeźwa ma pierwszeństwo w leczeniu oraz dostępie do specjalistycznej diagnostyki. Jednak sam bunt i głośne napiętnowanie to wciąż za mało, bo gdy pacjent trafia na Szpitalny Oddział Ratunkowy to jesteśmy, jako personel medyczny, zobligowani do tego, żeby pomóc, bez względu na to, czy jest pod wpływem alkoholu czy też nie.
    Trzeba zaznaczyć istotną różnicę między stałym bywalcem SOR, alkoholikiem-żulem z tak zwanego marginesu a osobą, która spożyła alkohol i przypadkowo doszło do zdarzenia medycznego, które wymaga interwencji lekarskiej. Każdy ma prawo napić się alkoholu. Jako przedstawiciel opieki zdrowotnej uważam, że każdemu należy się pomoc bez względu na jego pochodzenie, wygląd, status majątkowy oraz to czy pił alkohol czy go nie pił. W stanie zagrożenia życia, musimy choremu pomóc - taki wybraliśmy zawód i kierujemy się dobrem naszego pacjenta. Ale jeżeli ów pijany pacjent nadużywa tej pomocy w sposób nie do końca zależny od niego, to wówczas rodzi się niesamowita frustracja zarówno personelu medycznego, jak i społeczeństwa: że coś jest nie tak, że system źle działa, że ten pacjent nie ma prawa znajdować się w SOR, a jego miejsce jest na izbie wytrzeźwień.
    Zacznijmy od początku. Delikwent, do którego wzywany jest zespół ratownictwa medycznego, często znajduje się w stanie silnego upojenia alkoholowego. I absolutnie nie jest to powód, dla którego jest wzywana pomoc medyczna. Powodem jest często dodatkowy uraz, np. podczas upadku dochodzi do stłuczenia głowy. Wówczas wzywający pomoc medyczną przypadkowi przechodnie lub straż miejska czy policja muszą mieć na uwadze, że temu komuś (NN) może coś faktycznie dolegać. Dlatego przybywający na miejsce zdarzenia zespół ratownictwa medycznego nie może pozostawić w tym przypadku poszkodowanego i domniemywać, że jest on wyłącznie pijany. Upadek mógł doprowadzić do poważnego urazu, który może przynieść różnego rodzaju komplikacje medyczne, a nawet doprowadzić do zgonu. W sytuacji przedszpitalnej nie można kompetentnie ocenić czy uraz jest groźny, czy też nie.
    Dodatkowym problemem, istotnym czynnikiem jest fakt zaniedbania zarówno higienicznego jak i zdrowotnego (zaniedbanie ciała, wielokrotne urazy, wyniszczenie alkoholowe). To generuje niesamowite deformacje i zaburzenia somatyczne u alkoholika. Personel medyczny musi zatem założyć, że pacjent może mieć szereg innych, dodatkowych chorób poza chorobą alkoholową. Kiedy w końcu taki pacjent trafia do szpitalnego oddziału ratunkowego, no niestety nie jesteśmy w stanie odmówić przyjęcia. Dopóki nie stwierdzimy, że nic poważnego mu nie dolega, nie możemy odesłać go ot tak, po prostu na izbę wytrzeźwień. Żaden lekarz nie weźmie na siebie odpowiedzialności za taką decyzję. Rozsądniej jest zbadać upojonego, poświęcić dodatkowy czas, aniżeli odesłać takiego delikwenta. Później, w wyniku np. ciężkich powikłań, urazu albo nawet zgonu, to sam lekarz może mieć dużo nieprzyjemności z powodu teoretycznego zaniedbania. Dlatego, pomimo ogromnej frustracji, niezadowolenia i braku przyzwolenia na tego typu sytuacje, jesteśmy zmuszeni do zbadania takiej osoby, przeprowadzenia pełnej diagnostyki i stwierdzenia czy stan jest faktycznie zagrażający życiu, czy wyłącznie spowodowany alkoholem.
    Kolejna istotna kwestia to koszty, jakie taka osoba generuje. Zaniedbanie higieniczne wymaga doprowadzenia tego pacjenta do minimalnej czystości. Musi być zdezynfekowany, odwszawiony, często dostać nowe ubrania. Nierzadko jest zakrwawiony, brudny, śmierdzący, pokryty wydzielinami. Siedlisko brudu i bakterii. Dookoła chorzy, cierpiące dzieci, otwarte złamania i jak między tymi ludźmi położyć takiego delikwenta? Ile razy taki pacjent ma zakładany venflon, ile razy go sobie wyrywa, ile razy cieknie z niego krew i brudzi całą podłogę dookoła...
    Jest trzecia w nocy, a pani salowa zmywa podłogę już po raz czwarty w ciągu godziny. Tyle już razy trzeźwiał w nocy Serba, a po raz setny nie wie, gdzie jest łazienka... Wyrywa ponownie venflon z ręki, kapie krwią na podłogę, szuka kogoś z personelu, sika pod siebie, defekuje. Szpitalny oddział ratunkowy to przestrzeń otwarta - pacjenci są od siebie oddzieleni wyłącznie parawanami i widać oraz słychać, jeżeli taki pacjent skacze pomiędzy łóżkami, próbuje podrywać pielęgniarki, a do tego jest często agresywny i wulgarny. Ile razy zdarza się, że kilka osób z personelu medycznego musi unieruchamiać taką osobę, żeby nie wyrządziła krzywdy innym oraz samemu sobie. Niestety większość tych alkoholików to stali bywalcy, do których pogotowie jeździ średnio dwa razy w miesiącu, a do SOR trafiają średnio raz w miesiącu. Zawsze napruci - po kilka promili alkoholu we krwi. Znajome twarze potrafią mieć po 20 pobytów w SOR rocznie z powodu zwykłego zapicia na umór. Większość z nich zna imiona wszystkich pielęgniarek czy lekarzy, bo gdy wytrzeźwieją, to nagle poznają społeczeństwo, które im pomaga. Nieważne, że parę godzin wcześniej walczyli, byli agresywni i niechętni do współpracy. Czasami trudno zdzierżyć, gdy ta sama osoba tylko dlatego, że znów napiła się alkoholu ponownie zajmuje czas karetce i personelowi w SOR. A co dalej z takim pacjentem? Trzeba go znów umyć, przebrać, a następnie jakkolwiek powierzchownie zdiagnozować, by sprawdzić, czy mu dolega coś naprawdę poważnego.
    Jak tu z pijaną osobą zebrać wywiad, jak spytać o leki, o przebyte choroby, o to, ile wypił? Jest to absolutnie niemożliwe. Dlatego lekarze decydują się na diagnostykę. Proszę nie sądzić, że każdy menel, ot tak, dostaje w prezencie tomografię komputerową, rezonans czy inne specjalistyczne badania. Oczywiście, żeby sprawdzić stan zdrowia tego człowieka należy wykonać różnego rodzaju badania i naturalnie zajmuje to czas, zabiera pieniądze, wydłuża kolejkę oczekujących, wzmacnia frustrację zarówno personelu medycznego jak i społeczeństwa.
    Tak przedstawiony obraz może wydać się trochę surrealistyczny, przerysowany i nierealny. Przecież prawie każdy z nas napił się alkoholu i wie jak nieprzewidywalnie może się po nim zachować. Przecież nie każdy jest od razu brutalny i agresywny. W porządku, ale nie każdy ma po kilka promili alkoholu we krwi przez długi czas, nie każdy żyje w skrajnym zaniedbaniu i nie każdy odwiedza SOR po kilka razy w roku zawsze z tego samego powodu.
    Inną kwestią jest fakt, że tytułowi menele niechętnie przyjeżdżają do szpitala. Po kilku pobytach w SOR mają świadomość, co ich czeka: gdy okaże się, że ich jedyną dolegliwością jest nadmiar etanolu we krwi, to zawsze trafią na izbę wytrzeźwień, a nie jest to zbyt przyjemne doznanie. Nikt też nie będzie się z nimi patyczkował, współczuł im, głaskał po głowie i mówił jak musi im być ciężko...
    Jeżeli chodzi o kwestie etyczne, to jako personel medyczny jesteśmy zobligowani do tego, by pomagać tym ludziom mimo wszystko. Po to wybraliśmy ten zawód i zdecydowaliśmy się być lekarzami, żeby nieść pomoc drugiemu człowiekowi. Niestety spotkanie z takimi osobami zdecydowanie mija się z celem naszego zawodu: nie do tego przygotowaliśmy się setki godzin przed egzaminami. Sprzedawca w sklepie ma prawo odmówić sprzedaży osobie nietrzeźwej, osoba pijana nie wejdzie do instytucji publicznej, natomiast do szpitala ma prawo wejść każdy. Wszyscy mogą korzystać z pomocy, a my nigdy nie mamy prawa jej odmówić.
    W aspekcie społecznym: warto wyraźnie podkreślić, że niedopuszczalnym jest oskarżanie i wyżywanie się na lekarzach, pielęgniarkach czy ratownikach, z powodu, że jest zbyt długa kolejka w Oddziale Ratunkowym, a pan "trunkowy" przywieziony karetką uzyska priorytetowo pomoc specjalistyczną czy badania. Triage działa i mimo wszystko każda osoba pilnie potrzebująca pomocy, otrzyma ją. Czy to z uśmiechem, czy bez - pomoc będzie. Nie ma na to procedur, ale jeżeli ów menel przyjedzie, choćby nawet karetką i w ciężkim stanie, a w kolejce do SOR będzie osoba z zaburzeniami rytmu serca, chore dziecko czy jakikolwiek inny pacjent w poważniejszym stanie, to ta osoba wcześniej uzyska pomoc. Wynika to z tego, że Szanowny Pan Żul, nim zostanie zdezynfekowany, oczyszczony, zabezpieczony i nadawać się będzie do jakiejkolwiek diagnostyki, to z pewnością trochę potrwa. Taka osoba nie dostaje pomocy od ręki wyłącznie z powodu, że przyjechała karetką, choć z pewnością się jej doczeka. Pamiętajmy ze personel medyczny w SOR zobowiązany jest kierować się tak zwaną segregacją medyczną: nadaje priorytety pacjentom. I nawet, jeżeli przyjedzie ambulans, to może się okazać, że przywiozła stan o wiele mniej poważny niż u osoby, która zgłosiła się samodzielnie i siedzi w poczekalni.
    Nie traktujmy lekarzy i pielęgniarek jak wrogów. Należy się chociaż odrobina zrozumienia i empatii w stosunku do personelu medycznego. Studiujemy wiele lat, poświęcamy swoje życie dla medycyny. To nie są studia takie jak inne. Tutaj mamy wiele wyrzeczeń, ogrom nauki. Wszyscy mówią: "Sami je sobie wybraliście", ale jak my byśmy się nie zdecydowali, to kto miałby iść na medycynę? A po tych wszystkich latach musimy pracować z menelami, a odmowa przyjęcia to dla nas poważne prawne konsekwencje.
    Apeluję: Wytrzeźwiej i dopiero przyjdź na badania. O ile mniej przypadków medycznych mielibyśmy w SOR. Ale póki prawo nie będzie chronić pracowników ochrony zdrowia i póki nie dostaniemy odpowiedniego wynagrodzenia za nasza pracę, dopóty system zdrowia dalej będzie tak funkcjonować.
    W SOR nie ma osób zdrowych. Każdy potrzebuje pomocy i doczeka się jej. Ale każdy niech pamięta, że przed nami mogą być inni, bardziej chorzy ludzie. Jest przyzwolenie w społeczeństwie, by traktować priorytetowo kobietę ciężarną (choć to nie choroba!), osobę na wózku inwalidzkim, osobę z jawną chorobą, np. zwolnienie miejsca w autobusie, w poczekalni, w kolejce.
    Ale osoba, która wygląda na zdrową niech stoi i czeka. Nawet jeśli sądzi, że wszyscy dookoła są bardziej zdrowi niż ona...
    Łukasz Surówka

    Newman
    W dobie mediów społecznościowych oraz mody na samorozwój i inwestowanie we własne zdrowie rekordy popularności biją serwisy sportowo-coachingowe typu strava, endomondo, runastic czy motivato... Zmotywowany miłośnik aktywności fizycznej bywa obecnie uzbrojony w aplikację mobilną z GPS, kabel do pomiaru tętna, słuchawki z ulubiona muzyką, profesjonalny strój, kartę multisport itp. Tak zaopatrzony może mierzyć się ze swoimi słabościami / nadwagą / ambicją / rywalami / zmęczeniem - co komu pasuje...
    Do najpopularniejszych dyscyplin, które można uprawiać z apką endomondo należą bieg, jazda na rowerze, pływanie czy narciarstwo. Zdecydowanie dominują tu dyscypliny, w których zawodnik przemieszcza się z miejsca na miejsce w jakimś tempie, stąd tyle odmian biegów (na orientację, na bieżni, terenowe), chodów (wycieczki piesze, wchodzenie po schodach, nordic walking czy chodzenie w rakietach śnieżnych) oraz poruszania się z użyciem różnorodnych sprzętów sportowych (naziemnych, wodnych i powietrznych). Ale swoją dyscyplinę znajdą tu też miłośnicy koszykówki, jogi, sztuk walki, pilatesu, rugby, krykieta itd.
    Co ciekawe, z aplikacji dowiedziałem się o istnieniu sportów, których wcześniej nie znałem jak trening eliptyczny (na maszynie, która służy do chodzenia bez odrywania stóp od podłoża), stand up paddling (surfowanie na desce z wiosłem), padel (połączenie tenisa, squasha i pingponga) czy canicross (bieganie na przełaj z psem)!
    Pomny tej różnorodności wybrałem się nieopodal mego domu w celu zaczerpnięcia świeżego powietrza i oddania się jednemu z ulubionych sezonowych aktywności Polaków. Nie, nie chodzi o grillowanie... choć i w tej dyscyplinie Polacy wiodą prym. Mam na myśli zrównoważoną aktywność ruchową, którą rok do roku uprawiają miliony rodaków i to niezależnie od wieku!
    Otworzyłem rzeczoną aplikację mobilną, by wybrać właściwą dyscyplinę i... ku mojemu zdziwieniu zabrakło jej wśród dostępnych możliwości. Rozumiem, że jest traktowana niszowo w wielu miejscach świata, ale żeby ustępowała nawet... rozciąganiu czy kitesurfingowi? Z braku laku wybrałem opcję "chodzenie" i ruszyłem w trasę...
    Czy ktoś już wie, o jaki narodowy sport Polaków nomen omen chodzi? Główkujcie.
    Sport można uprawiać zarówno w ciepłe, jak i chłodne dni, ale nie w śnieżne. Zasadą jest spokojny spacer wśród drzew przerywany skłonami lub przysiadami. Preferowany teren do uprawiania to las, łąka, czasem park, rzadko własny ogród. Zdecydowanie jest to sport zbiorowy, choć niektórzy wolą indywidualne zmagania. Z drugiej strony zbyt duża liczba zawodników może popsuć całą zabawę. Dystans do przejścia zaczyna się od kilkudziesięciu metrów do nawet kilkunastu kilometrów w zależności od upodobań, a tempo zazwyczaj nie przekracza 4 km/h. W moim treningu osiągnęła zawrotne 1,04 km/h. Strój jest dowolny i dostosowany do warunków atmosferycznych. Do efektywnego spędzenia czasu konieczny jest osprzęt, którego masa wzrasta w czasie treningu. Kontuzje zdarzają się rzadko, co najwyżej drobne zadrapania. Sport uprawiają Polacy w każdym wieku (od kilkulatków, do osób ponadstuletnich). Tradycja tej dyscypliny sięga prawdopodobnie Państwa Piastów, a zmagania opisywał między innymi Adam Mickiewicz w narodowej epopei... ***
    Teraz już chyba wszyscy wiedzą, że chodzi o grzybobranie. Przewaga tej dyscypliny nad innymi polega na dodatkowej korzyści kulinarnej. Nic tak nie motywuje do treningu jak obietnica pachnącej kurkami jajecznicy czy sosu z podgrzybków do obiadu. Choć i w tym sporcie, jak w każdym innym, nie wolno przeszarżować, bo może się to negatywnie odbić na zdrowiu: uważajmy na sromotniki!
    Mateusz Malik, lekarz

    hypersonic
    Lipiec może być jednym z najgorętszych miesięcy w tym roku i nie chodzi bynajmniej jedynie o pogodę.
    Wydarzenia nadchodzących dni będą kluczowe dla polskiej ochrony zdrowia, spełniło się bowiem złowrogie proroctwo - rządowy projekt ustawy definiujący siatkę płac minimalnych dla pracowników sektora medycznego został przyjęty przez parlament i czeka na podpisanie przez Prezydenta RP.
    W obliczu tego zdarzenia kluczowe znaczenie (szczególnie z perspektywy lekarzy rezydentów) będą miały akty wykonawcze do powyższej ustawy.
    Pierwszego czytania ma się doczekać również obywatelski projekt opracowany przez Porozumienie Zawodów Medycznych. Prawdopodobna data to 19 lipca, na ten dzień biały personel planuje akcje uliczne w stolicy.
    Zbagatelizowanie środowisk medycznych w te lipcowe dni może skutkować również jesiennymi reperkusjami. Porozumienie Rezydentów zapowiedziało, że jeśli podwyżki zaproponowane przez MZ będą głodowe to lekarze zareagują w sposób adekwatny, a mianowicie od początku października rozpoczną protest głodowy.
    Po raz kolejny musimy zadać sobie pytanie: Kiedy zacznie się bardziej liczyć siła argumentów, a nie jak zwykle argument siły?
             hypersonic

    Gonzo
    Każdy z nas zdaje sobie sprawę z tego, jak ciężka jest praca lekarza w Polsce. Jesteśmy przeciążeni, często pracując w kilku miejscach, niejednokrotnie ponad siły. Wobec narastającej nagonki medialnej i społecznej na lekarzy, a także wynikającej z niej zwiększającej się roszczeniowej postawy pacjentów, jesteśmy permanentnie narażeni na co raz większy stres. Na skutek tych niekorzystnych bodźców często cierpi nasze zdrowie, a także życie rodzinne i towarzyskie.
    Wydaje się być normalnym, że w takiej rzeczywistości frustracja ma prawo występować na porządku dziennym, co prowadzi do powstawania wypalenia zawodowego. Jesteśmy coraz bardziej przemęczeni, odczuwamy senność, brak ochoty i motywacji do działania. Jedyne na co mamy ochotę po powrocie z pracy to wyciągnąć się na kanapie, zawinąć w koc, otworzyć piwo i włączyć film. Albo najlepiej od razu pójść spać. Rzec by można - nic nadzwyczajnego. Warto jednak zadać sobie pytanie - czy to aby na pewno zwykłe zmęczenie? A może pod maską przepracowania kryje się coś bardziej złowieszczego i niebezpiecznego?
    Depresja - słowo powszechnie znane, z którym spotykamy się na co dzień. Czy wiemy jednak czym naprawdę ona jest? Często jest utożsamiana ze zwykłym pogorszeniem nastroju czy zdołowaniem. Jednak problem jest dużo poważniejszy, niż wydaje się na pierwszy rzut oka. Po pierwsze i podstawowe, należy zdać sobie sprawę z tego, że jest to poważna choroba, która potencjalnie może prowadzić do śmierci. Jej mechanizm z grubsza polega na zaburzeniach w proporcjach neuroprzekaźników, a szczególnie obniżonym poziomem serotoniny.
    Jak to wygląda w praktyce? Kiedy powinniśmy się zacząć niepokoić? Wyobraźmy sobie taką sytuację. Kolejny dzień pracy. Dzwoni budzik, ale Ty włączasz drzemkę. Pomimo, że położyłeś się wczoraj dość wcześnie i spałeś stosunkowo dobrze, nie jesteś w stanie zmobilizować się żeby wstać. Z czasem dochodzi do tego, że musisz ustawiać budzik godzinę czy nawet dwie przed godziną, o której musisz wstać. Kiedy już uda Ci się zebrać, ogarnąć i dotrzeć do pracy, po 2-3 godzinach od obudzenia, zaczyna się zjazd. Bez żadnego konkretnego powodu Twój nastrój zaczyna pikować w dół jak zestrzelony samolot. Ogarnia Cię wewnętrzna pustka i mrok. Nie widzisz sensu w niczym, w żadnych swoich działaniach. Tracisz motywację do czegokolwiek. Tak naprawdę czasem ciężko zmobilizować się do najprostszych czynności, jak choćby pozmywanie naczyń czy nawet zrobienie sobie kawy. Uczucie radości staje się obce - pojawia się anhedonia. Czujesz, że wszystko zaczyna Cię przerastać, nawet najbardziej prozaiczne czynności. I to uczucie, gdy masz wrażenie, że nic dobrego Cię już w życiu nie spotka, że to co piękne i pozytywne już za Tobą. Stojąc na progu dorosłego i samodzielnego życia, masz wrażenie jakby to był jego koniec. Twój odbiór rzeczywistości jest zniekształcony. Masz wrażenie, że wszyscy są przeciw Tobie, każdy chce Cię oszukać, wykorzystać i wyszydzić. Masz poczucie samotności mimo, że jesteś otoczony życzliwymi ludźmi. Tracisz apetyt, a wręcz odrzuca Cię od jedzenia. Twoja samoocena i pewność siebie oscylują w okolicy zera absolutnego. Odczuwasz lęk kiedy masz wyjść z domu. Aż w końcu tracisz ochotę do życia. Niekoniecznie wiąże się to z myślami samobójczymi, ale po prostu tracisz chęć do życia. Masz wrażenie, że gdybyś miał teraz zginąć to masz to gdzieś, nie zależy Ci na tym. Aż w końcu, mimo, że zdajesz sobie sprawę, że to nie jest rozwiązanie, przychodzi impuls jak strzał pioruna, jak uderzenie łopatą w twarz. W jednej chwili bierzesz nóż czy żyletkę i się tniesz. Albo co gorsza, bierzesz sznur i w momencie gdy nikogo nie ma w domu robisz z niego użytek...
    Depresja jest chorobą często bagatelizowaną, jednak coraz powszechniejszą. Jednocześnie jest bardzo zdradliwa, gdyż doskonale się maskuje i łatwo ją pomylić choćby z przepracowaniem. Ponadto, w dalszym ciągu żyjemy w społeczeństwie, gdzie choroby z kręgu psychiatrycznego są jakimś tabu, demonizowane i owiane plejadą stereotypów. Rezultatem tego jest częste wypieranie choroby i stronienie od specjalistycznej pomocy. Przecież to "pójście do psychiatry czy psychologa! Jak się ludzie dowiedzą uznają mnie za wariata!".
    Zdajmy sobie jednak sprawę z tego, że depresja jest chorobą jak każda inna - nadciśnienie, cukrzyca czy przeziębienie. Co więcej - można ją leczyć i wyleczyć. Nie kierujmy się więc stereotypami czy tabu. Gdy zauważymy u siebie jakieś niepokojące objawy, nie wstydźmy się skorzystać z pomocy psychiatry czy psychologa. Możemy sobie tym bardzo pomóc, a niejednokrotnie nawet uratować życie.

    Newman
    Jeśli jesteś:
    studentem medycyny, lekarzem stażystą, lekarzem w trakcie specjalizacji Wypełnij ankietę na http://www.ankieta.ifmsa.pl/
    Od kilku lat w środowisku lekarskim podnoszona jest dyskusja nad słusznością obecnej formy szkolenia specjalizacyjnego i jej wpływie na wzrastające tendencje emigracyjne młodych lekarzy. Wątpliwości budzi sposób rozdzielania miejsc rezydenckich, który według wielu jest nieadekwatny do zapotrzebowania pacjentów, jak i kwalifikacja na miejsca specjalizacyjne, często uniemożliwiająca naukę wymarzonej dziedziny medycyny i w konsekwencji wzbudzająca frustracje młodego medyka. Tematem wymagającym przemyślenia pozostaje również rola uczelni w rzetelnym zapoznaniu studentów medycyny ze specyfiką specjalizacji, jak również wsparcie w wyborze najodpowiedniejszej dla nich ścieżki.
    W celu zebrania opinii środowiska na powyższe tematy i przygotowania na ich podstawie wspólnego stanowiska i zaleceń na decydentów w kształceniu podyplomowym lekarzy, Międzynarodowe Stowarzyszenie Studentów Medycyny IFMSA-Poland, Komisja Wyższego Szkolnictwa Medycznego Parlamentu Studentów Rzeczypospolitej Polskiej i Komisja ds. Młodych Lekarzy Naczelnej Izby Lekarskiej mają przyjemność zaprosić Panią/ Pana do wypełnienia ankiety na temat kształcenia podyplomowego lekarzy. Ankieta jest skierowana do studentów medycyny, lekarzy stażystów i lekarzy odbywających szkolenie specjalizacyjne.
    Wypełnienie ankiety zajmuje około 10 minut i pozwoli nam sformułować stanowisko zgodne z oczekiwaniami środowiska. Ankieta jest anonimowa.

    Ankieta realizowana jest przez trzy współpracujące ze sobą organizacje:
    Międzynarodowe Stowarzyszenie Studentów Medycyny IFMSA-Poland Komisję Wyższego Szkolnictwa Medycznego przy Parlamencie Studentów Rzeczypospolitej Polskiej  Komisję ds. Młodych Lekarzy Naczelnej Izby Lekarskiej Akcji patronuje www.MedFor.me
    To pierwsze tak duże badanie kierowane do studentów medycyny i młodych lekarzy. Dziękujemy!

    hypersonic
    Dzień 07.06.2017 przejdzie do historii jako kolejny gorący dzień dla polskiej ochrony zdrowia.
    To właśnie dziś w czasie posiedzenia Sejmowej Komisji Zdrowia miało miejsce pierwsze czytanie rządowego projektu ustawy "O sposobie ustalania najniższego wynagrodzenia zasadniczego pracowników wykonujących zawody medyczne zatrudnionych w podmiotach leczniczych".
    Kiedy parlamentarzyści pochylali się nad owym projektem, przed Sejmem trwała pikieta pracowników medycznych niezadowolonych z tempa i intensywności planowanych zmian w poziomie ich wynagrodzeń.
    Gorącą atmosferę jaka panowała na zewnątrz podgrzał jeszcze bardziej fakt odrzucenia przez polityków partii rządzącej wniosku, by prace nad projektem rządowym połączyć z procedowaniem obywatelskiego projektu jaki kilkanaście dni temu złożyło w sejmie PZM. Na nic zdało się przytaczanie opinii, iż dobrą praktyką parlamentarną jest łączenie prac nad zbieżnymi projektami czy opinia Rządowego Centrum Legislacji, że takie połączenie jest możliwe i nie przysporzy zbędnych komplikacji;  wniosek nad połączeniem prac został odrzucony proporcją głosów 17:12.
    Dążenie do przyspieszenia prac nad dzisiejszą ustawą może niestety oznacza chęć nierespektowania woli prawie ćwierć miliona obywateli i doprowadzenie do sytuacji, że obywatelski projekt zostanie odrzucony z powodu dotykania kwestii już „załatwionych” świeżo przyjętą ustawą autorstwa PiS. Bezsprzecznym pozostaje cel rządowego projektu, a mianowicie -pozorowanie pozytywnych zmian;  jedynym jednak skutkiem, jaki niesie on za sobą będzie dalsze pogorszenie i tak już  trudniej sytuacji białego personelu.
    Dzisiejsza zgromadzenie medyków przed Sejmem było w pełni pokojowe, pamiętajmy jednak, że czasem nawet mała kropla potrafi przelać kielich goryczy. 
    hypersonic
     
     
    Edycja 08.06.2017r 13:40
     
    Niestety potwierdził się czarny scenariusz błyskawicznej legislacji, drugie czytanie zaplanowano na .... na dziś na godzinę 19:30 . Przyszłość polskiej medycyny oraz wola niemałego odsetka populacji nie na żadnego znaczenia.

    Newman
    Twórca znany z takich filmów jak Pitbull czy Służby specjalne reżyser Patryk Vega rozpoczął w maju 2017 roku zdjęcia do swojej najnowszej produkcji. Sam, jako autor scenariusza wziął na warsztat temat pracy lekarzy w Polsce. Czy swobodna konwencja filmów Vegi pozwoli na poruszenie ważnych społecznie tematów. A może wpisze się w oklepaną konwencję krzywego zwierciadła? 
    Lekarze w Polsce - to bardzo modny i medialny temat ostatnich miesięcy. Dzięki zaangażowaniu tysięcy osób, a szczególnie lekarzy rezydentów, w ciągu minionego roku informacje o prawdziwym życiu i głównych problemach pracowników opieki zdrowotnej dostały się do najważniejszych mediów, publicystyki, a w konsekwencji zaistniały w kulturze popularnej.
    W mediach (gazety, książki, seriale, filmy, programy dokumentalne) od lat dominuje niepodzielnie obraz lekarzy jako zamożnych elegancików, zblazowanych członków elit czy zdystansowanych cyników albo równie oderwane od rzeczywistości przeciwieństwo: wybitni, uduchowieni, altruistyczni "bogowie". Obie wizje promowane w przestrzeni publicznej tak dalece kontrastują z rzeczywistością, że mogą wywołać jedynie wzgardę pacjentów i frustrację samych medyków. Ten wygodny stereotyp zaczęli powoli przełamywać Młodzi lekarze - serial TVP, który pokazał grupę ludzi z krwi i kości z realnymi problemami i aspiracjami. Cały ubiegły rok minął pod znakiem ogromnej medialnej rewolucji: polskie społeczeństwo wreszcie zobaczyło szokujący obraz: absolwenci elitarnych studiów, którzy przez 6 lat po ukończeniu medycyny zarabiają tyle co kasjerka w dyskoncie i codziennie zderzają się z bezdusznym systemem. Zdumieniu wciąż nie ma końca. Zwieńczeniem tego procesu stała się bestsellerowa książka Pawła Reszki, która obnażyła fatalny stan polskiego systemu zdrowia, w tym warunków pracy zbliżonych do dzikiego zachodu.
    Czy realistyczna, odarta z mitów wizja polskiej medycyny w sensacyjno- rozrywkowym wydaniu Vegi jest możliwa do pogodzenia? Według wstępnych informacji film skoncentruje się wokół problemów kobiet zawodowo związanych z medycyną, co dodaje produkcji dodatkowego smaczku. Reżyser zaprosił do współpracy zdolne aktorki i aktorów takich jak Olga Bołądź, Agnieszka Dygant, Sebastian Fabijański czy Grażyna Szapołowska.
    Życzymy zatem udanych zdjęć i czekamy na premierę 23 września. 
                                 Mateusz Malik, lekarz 
    Więcej o filmie Botox: filmweb
    Zdjęcie (z przekąsem nawiązujące do fotosa promującego serial Młodzi lekarze) pochodzi z profilu Facebook Patryka Vegi. 

    surowy

    Medycyna w chmurach

    Przez surowy, w News,

    Podczas ostatniej podroży, lecąc samolotem, a tym samym błądząc między kolejnymi gazetami, wpadła mi do głowy myśl na temat medycyny w chmurach. Co się dzieje, gdy kilka kilometrów nad ziemią, z dala od wszelkiej pomocy ktoś ogłasza przez głośnik: czy na pokładzie samolotu jest lekarz? Co się dzieje, gdy podczas słynnego lotu do „luksusowej Hurghady” jegomość turysta dostaje duszności, ktoś zatrzymania krążenia, a kobieta zaczyna rodzić? Jak personel pokładowy jest na to wszystko przygotowany? Czy w ogóle jest?
    Otóż jest! I to całkiem nieźle. Postanowiłem zgłębić temat i oto ku mojemu zaskoczeniu czuję się dziś z tą wiedzą całkiem bezpiecznie w chmurach.
    Zatem po kolei: Każdy członek załogi samolotu "na dzień dobry" przechodzi bardzo szczegółowe szkolenie z zakresu pierwszej pomocy. Poznaje nie tylko podstawowe objawy chorobowe i sposób reagowania według prostych algorytmów. Pracownicy linii lotniczych mają również dobry sprzęt, leki i stały dostęp do lekarza konsultanta w bazie. Następne szkolenia, w zależności od linii lotniczej, odbywają się co 2-3 lata. To tak, jak zalecają wytyczne Europejskiej Rady Resuscytacji. Badania pokazują, że wiedzę z zakresu pierwszej pomocy należy stale utrwalać, powtarzać i sprawdzać, bo, mówiąc potocznie „nieużywany narząd czy wiedza ponoć zanika”. To przygotowanie jest naprawdę solidne, a wiedza restrykcyjnie kontrolowana. Zapewnia to wysoki standard i dobre możliwości reagowania. Do tego oczywiście szkolenia psychologiczne, czyli jak reagować na wypadek paniki, trudnego pacjenta czy innych przykrych zdarzeń, które mogą zdarzyć się na pokładzie samolotu.
    Jeżeli chodzi o sprzęt, to na pokładzie samolotu ekwipunek z zakresu pierwszej pomocy (i nie tylko) jest całkiem pokaźny. W końcu w chmurach też można zachorować, a tam LPR raczej nie doleci... Mamy tu 3 rodzaje apteczek, czyli tzw. FAK-ów (First Aid Kit).
    Pierwsza, podstawowa zawiera najbardziej potrzebne rzeczy w zakresie pierwszej pomocy. Bandaże, opatrunki, nożyczki, koc, szyny do złamań, maseczka do wentylacji pacjenta, chusty, plastry - wszystko do najprostszych urazów, łatwych do miejscowego zabezpieczenia. Jest sprzęt, który każdy świadek zdarzenia powinien umieć wykorzystać. Oprócz tego jest tam też kilka podstawowych leków: przeciwbólowe tj. paracetamol; no-spa na ból brzucha; espumisan na wzdęcia; argosulfan na oparzenia; loperamid na biegunkę; validol na uspokojenie oraz wapń i glukoza. Leki te są oczywiście powszechnie dostępne, dlatego też personel może robić za "powietrzną aptekę" i pacjent zażywa dany specyfik na własne ryzyko. Chodzi o względy prawne i późniejsze liczne oskarżenia. (Mmm... zabrzmiało jak z naszego medycznego podwórka.)
    Mamy też drugą apteczkę, która jest przeznaczona wyłącznie dla personelu medycznego. Tu się musi pojawić słynne pytanie: Czy leci z nami lekarz? Tam już mamy fajniejszy sprzęt i dużo leków. Sprzęt do intubacji, aż 3 rurki, rurki UG, cewnik, zestawy do wkłucia, słynne Ambu, termometr, pulsoksymetr, ciśnieniomierz, skalpel, stetoskop, igły, glukometr - no jednym słowem można się już bawić w medycynę. Do tego dochodzi dość pokaźna torebka z lekami. Znajdziemy tam: adrenalinę, atropinę, loratadynę, digoksynę, dexaven, hydroksyzynę, ketonal, lignokainę, captopril, nitroglicerynę, propranolol, salbutamol i parę innych. Brzmi jak karetka na skrzydłach? Trochę tak. Oczywiście personel pokładowy nie może wykorzystywać tego sprzętu i leków. Jest to prawnie zakazane. Ale nie zwalnia ich to z obowiązku udzielania pierwszej pomocy, a w zależności od sytuacji mogą przecież korzystać z pomocy lekarza swojej linii (zdalnie). Po połączeniu i przekazaniu stanu i oceny zdrowia pacjenta na jego zlecenie mogą wykorzystać leki bądź konkretny sprzęt i udzielić bardziej zaawansowanej pomocy.
    I wreszcie mamy apteczkę nr 3 z dodatkowym sprzętem. Tam znajdziemy przede wszystkim ssak, dodatkowe Ambu, zestaw porodowy i zabezpieczający "świeżorodka" oraz AED.
    Oczywiście rodzaj sprzętu i leków ustalają odrębne przepisy. Każda linia lotnicza może do tego mieć własne wewnętrzne procedury, np. co do większej ilości sprzętu. Do tego w zależności od długości lotu, ilości pasażerów wszystko może być zmieniane.
    Jeżeli chodzi o zakres wiedzy to personel jest szkolony w najbardziej typowych sytuacjach z tzw. medycyny ratunkowej: udar, zawał, padaczka, wstrząs anafilaktyczny, zaburzenia metaboliczne czy zabezpieczenie wszelkich złamań.
    Mnie to zadowala. Daje mi poczucie, że lecąc gdziekolwiek i z kimkolwiek pomoc będzie udzielona dobrze, a procedury są tak szczegółowe ze pomoc specjalistyczna dotrze do mnie zawsze. Do tego chyba każdy z nas zareagowałby na pytanie "czy jest z nami lekarz"…
    A tak mniej oficjalnie to miałem okazję porozmawiać ze znajomym, który pracuje w liniach lotniczych. Ich działania bywają zblizone do naszych: „Często jak nie wiemy, co robić, to podajemy tlen - najczęściej działa”.
    Tak oto przy ogromnym rozwoju tanich linii będzie coraz więcej podróżujących, a zatem coraz więcej interwencji medycznych w chmurach. Za parę lat nie będzie nas dziwić i szokować artykuł: urodziła w samolocie.
    Łukasz Surówka

    Nefer
    Jako lekarz czuję się w obowiązku posiadać wiedzę na temat leczenia nie mniejszą niż moi pacjenci, nawet jeśli „leczenie” jest tu słowem wysoce na wyrost. Onkologia jest dziedziną, w której pęd do eksperymentowania na własnym ciele jest u pacjentów wysoko rozwinięty. Chorzy często pytają co sądzę o terapii pestkami moreli, ciecierzycą czy terapii Gersona. Nawet jeśli moja rola ogranicza się do studzenia zapędów pacjenta do „samoleczenia”, wypadałoby wiedzieć przynajmniej o czym chory mówi.
    Stąd pomysł powstania leksykonu obecnie modnych "terapii" onkologicznych rozpowszechnianych w internecie.
    Metoda
    Forma podania

    Postulowane działanie

    Faktyczne działanie
    Antyneoplastony

    Doustna lub iniekcje

    Korygowanie nieprawidłowych komórek

    Teoretycznie -peptydy o działaniu aktywującym geny supresorowe, brak podstaw i dowodów naukowych potwierdzających działanie

    "Witamina B17" (amigdalina)

    Preparat Laetril, jedzenie migdałów, pigwy, czeremchy, pestek moreli, wiśni, jabłek

    Cyjanek niszczy tylko komórki rakowe, nowotworzenie u pacjentów z „niedoborem wit. B17”

    Podczas jej rozpadu powstaje silnie trujący cyjanek, szczególnie przy jednoczesnej podaży wit. C

    Witamina C

    Wysokie dawki p.o lubi.v. (3-12 gramów/dobę)

    Zwiększenie poziomu interferonu, stymulacja produkcji limfocytów

    Przyjmowana  powyżej 2 g/dobę może wywoływać dolegliwości żołądka, nudności, biegunkę, wymioty, wysypkę skórną, obniżać odporność po radykalnym zmniejszeniu dawki. Zazwyczaj nadmiar wydalany jest z organizmu z moczem

    Chloryn sodu

    ( NaClO2- chloran II sodu)

    MMS -  28% tlenowy roztwór chlorynu sodu (NaClO2) w wodzie destylowanej – picie gotowego roztworu zmieszanego z sokiem cytryny

    Silne działanie bakteriobójcze, utlenienie  wirusów, pleśni, bakterii, pasożytów i grzybów.   MMS sprawia, że wydolność układu immunologicznego wzrasta aż 10-krotnie!

    Używany do wybielania papieru, jako herbicyd,odczynnik laboratoryjny, połknięty powoduje methemoglobinemię i w ciężkich przypadkach zgon.

    Chrząstka rekina

    Tabletki, iniekcje iv

    Niszczenie nowotworu, stymulacja układu immunologicznego, hamowanie angiogenezy guza

    Suplementacja wapnia i fosforu

    Dieta dr Budwig

    Dieta olejowo-białkowa, olej lniany i  chudy twaróg

    Dieta przeciwnowotworowa

    Podaż kwasów  tłuszczowych omega-3 - obniżenie poziomu trójglicerydów, korzystny wpływ na zmniejszenie ryzyka chorób układu sercowo-naczyniowego

    Dieta (terapia) Gersona

    Picie 3l soków owocowo-warzywnych oraz lewatywy z kawy 2xdziennie

    Leczenie raka, migreny, gruźlicy, osteoporozy, uzależnień, długowieczność

    Możliwe niedobory wskutek stosowania diety eliminacyjnej, powikłania częstych lewatyw

    Graviola

    Roślina rosnąca w Ameryce Południowej – picie soku

    Zawierają acetogeniny o silnym działaniu przeciwrakowym, mikrobójczym i insektobójczym. 10 000 razy silniejszy od chemioterapii

    Neurotoksyczność acetogenin, powodują odmianę parkinsonizmu- Parkinsonizm Gwadelupski

    Krzem

    ANRY- homeopatyczny preparat związku krzemu

    Leczenie raka, astmy, padaczki, wodogłowia, marskości wątroby, stwardnienia rozsianego, schizofrenii, zapalenia mózgu, niepłodności, żylaków odbytu a nawet AIDS

    Organizm ludzki potrzebuje 20-30 mg krzemu dziennie, składnik tkanki łącznej

    Kurkuma

    1/2 łyżeczki kurkumy 2xdobę (spożywać łącznie z pieprzem)

    Wpływają na 700 ludzkich genów, eliminacja komórek rakowych

    Zawarte w niej substancje wykazują silne działanie przeciwwirusowe, przeciwbakteryjne i przeciwgrzybicze

    Metoda Ashkara

    Utrzymywanie otwartej rany podudzia z ziarnem ciecierzycy w środku

    Usunięcie toksyn z organizmu,a co za tym idzie-wyleczenie raka

    Konsekwencje utrzymywania wiele miesięcy otwartej rany – infekcje, utrata krwi itp.

    Szczepionka dra Rybczyńskiego

    Zastrzyk z zarodników pleśni poddanych działaniu prądu

    Chore na raka zwierzęta zdrowiały, a zdrowe nie chorowały na raka

    ???

    Dla szerzej zainteresowanych tematem - informacje czerpałam ze stron dedykowanych propagowaniu niekonwencjonalnych metod "leczenia" raka: www.leczenieraka.org i www.ligawalkizrakiem.pl. Dostępnych jest jednak wiele materiałów ogólnikowo podkreślających walory i skuteczność terapii niekonwencjonalnych. Uwagę zwraca powtarzający się wśród autorów argument jakoby powyższe terapie były odkryte i stosowane już wiele lat temu - w czasach, gdy nie było mowy o chemioterapii, radioterapii, o immunoterapii nie wspominając. Ponadto podkreśla się ich mniejszą szkodliwość w porównaniu z chemioterapią. Z lekarskiego punktu widzenia część z tych pomysłów terapeutycznych może być częściowo korzystnych, jak choćby uzupełnienie diety chorego na nowotwór o soki owocowe z ekologicznych upraw. Inne (jak metoda Ashkara) napawają grozą i zakrawają na samookaleczenie.
    Celowo pominęłam tu metody powszechnie znane: joga, akupunktura, marihuana, leczenie temperaturą (hipo- i hipertermia). Na uwagę zasługuje wyjątkowe zainteresowanie pacjentów onkologicznych wpływem diety na przebieg choroby i wyniki badań laboratoryjnych. Żałuję, że nie wykazują takiego zainteresowania pacjenci z cukrzycą, nadciśnieniem tętniczym, zespołem metabolicznym czy alkoholową marskością wątroby.
    Lekarz Beata Tomaszewska, specjalista chorób wewnętrznych

    Newman
    Po kilku miesiącach akcji informacyjnej, dyskusji, eventów, ulicznych zbiórek, dzięki zaangażowaniu tysięcy osób w całej Polsce Porozumienie Zawodów Medycznych zaprezentowało dziś wyniki zbiórki podpisów pod Obywatelskim projektem ustawy ws warunków zatrudnienia w ochronie zdrowia. Na konferencji prasowej zwołanej w Domu Lekarza w Warszawie przedstawiciele wszystkich zawodów medycznych ogłosili, że pod projektem podpisało się ponad 239 tysięcy obywateli.
    Taki wynik zobowiązuje polski parlament do rozpatrzenia omawianego projektu w Sejmie. Projekt powstał w kontrze do rządowego projektu minimalnych wynagrodzeń dla różnych grup zawodowych w ochronie zdrowia. Obie propozycje legislacyjne to trwałe umocowanie względem średniej krajowej wynagrodzeń dla lekarzy, pielęgniarek, fizjoterapeutów, diagnostów laboratoryjnych, ratowników medycznych, techników medycznych, logopedów, psychologów i innych pracowników publicznej ochrony zdrowia. Ministerialny projekt proponuje jednak stawki dalece niesatysfakcjonujace dla środowiska. 
    Teraz w sejmie będą rozpatrywane równolegle dwa projekty dotyczące tego samego. Skoro już projekt rządowy budzi duże kontrowersje w samym gabinecie premier Szydło z uwagi na ograniczone możliwości budżetowe, to tym większego sprzeciwu ministra finansów można spodziewać się w przypadku projektu obywateli. 
    Rząd Prawa i Sprawiedliwości doszedł do władzy między innymi dzięki hasłu "wsłuchiwania" się w głos obywateli. Czy politycy posłuchają głosu pracowników polskiej medycyny? 
    Mateusz Malik, lekarz

    surowy
    Medyczna flegma. Brzmi okropnie ale tak najlepiej można oddać stosunki w naszym  środowisku. Brakuje porządnego "expectoration". Kto przyjdzie i wstrząśnie? Kto naprawi i oczyści tę zalegającą wśród nas "sputum"?
    Pisałem ostatnio o najgorszych praktykach. I nagle środowisko się podzieliło. Dostałem wiadomości, że wreszcie ktoś podnosi głos i mówi, że jest źle, że potrafi napisać jak lekarze są niemili wobec siebie, jak praktyki młodych adeptów medycyny są de facto fikcyjne. Ale dostałem, też opinie, że nie ma co się dziwić, bo przecież mało umieją (to po co mają zalegać w gabinetach i czas innym zajmować), że każdy przeszedł taką drogę, że to wada systemu.
    W tym wszystkim najbardziej mi przeszkadza PODZIAŁ. Nie ma wspólnej chęci do zmian na lepsze. Nie ma wciąż jednego wspólnego głosu. To tak, jak z walką zjednoczonych rezydentów - wszyscy się zgadzamy, popieramy, a i tak znajdą się Ci, którzy stwierdzą: A po co to robić, po co się starać, przecież i tak nic się nie zmieni. Podobnie jest z pielęgniarkami - podobno wszystkie chcą podwyżek i lepszych warunków pracy, ale wciąż nie ma jedności w środowisku. Wciąż są podziały, bo lepiej jest narzekać niż coś zrobić.
    Odniosę się do praktyk dla studentów medycyny. Wiadomo, że system nauczania jest wadliwy. Każdy Uniwersytet ma własny program, własne siatki godzin, każdy kierownik Katedry czy Kliniki może zarządzać swoim przedmiotem jak chce, a w efekcie z przedmiotu niepotrzebnego można zrobić arcytrudny egzamin, a z przedmiotu najistotniejszego w kształceniu lekarzy można zrobić zaliczenie dzięki obecności. Studia trwają niesamowicie długo i w efekcie kiepsko przygotowują do praktyki. Studenci są zarzuceni, szczególnie na pierwszych latach, ogromem niepotrzebnej wiedzy. Informacjami, które z czasem są zapominane i wypierane przez kolejne. Zajęcia kliniczne są prowadzone różnie. Jedni lekarze-nauczyciele akademiccy chętnie pokażą i pomogą, inni zaś zaczynają zajęcia godzinę po czasie, niechętnie współpracują, mają "gdzieś" swoich studentów. Jeżeli zaś chodzi o praktyki wakacyjne, to faktycznie: wpuszczanie studentów do POZ po 2 roku studiów jest absurdem. Ale to samo można powiedzieć o praktykach pielęgniarskich po 1 roku. Po cóż mamy iść na nie po pierwszym roku, naładowani wiedzą z anatomii i fizjologii, gdy nie umiemy nawet trzymać strzykawki w ręku? Zatem ma ktoś nas tego musi nauczyć - pielęgniarka. Czyli te praktyki mają sens? Ale idziemy po 2 roku do POZ i mamy:
    1 Poznanie zasad rejestracji chorych, rodzaju dokumentacji i systemu prowadzenia kartoteki chorego.
    2 Asystowanie lekarzowi w przychodni przy przyjmowaniu chorych, a w miarę możliwości także w wizytach domowych oraz w zbieraniu wywiadu.
    3 Poznanie zasad wydawania zaświadczeń lekarskich i orzeczeń o czasowej niezdolności do pracy.
    4 Poznanie zasad kierowania chorych do badań specjalistycznych, ich transportu oraz sposobów wypełniania skierowań do takich badań.
    5 Opanowanie zasad organizacji pracy w gabinecie zabiegowym.
    6 Doskonalenie umiejętności wykonywania wstrzyknięć podskórnych i domięśniowych.
    7 Nabycie umiejętności wykonywania i interpretacji prób nadwrażliwości na niektóre leki (głównie antybiotyki).
    8 Opanowanie zasad udzielania pierwszej pomocy w nagłych wypadkach.
    9 Współudział w wykonywaniu drobnych zabiegów lekarskich.
    10 Zasady pobierania i przesyłania materiałów do badań laboratoryjnych i rejestracji wyników.
    11 Zapoznanie się z metodami przeprowadzania badania bilansowego pacjenta do ukończenia 18. roku życia.
    12 Poznanie zasad kwalifikowania pacjenta do szczepień oraz stosowania kalendarza szczepień u pacjentów do ukończenia 18. roku życia.
    Kiedy więc tych wszystkich punktów mamy się nauczyć? Przerzucić może zajęcia w POZ z 2 na 6 rok? Chyba tylko po to, aby już utwierdzonych studentów jeszcze bardziej uprzedzić przed pracą w takim miejscu. O, wprowadźmy jeszcze obowiązkowo kilka dni w całodobowej opiece. Dopiero będzie się działo!
    Absolutnie nigdy nie zgodzę się z opinią, że student jest niepotrzebny w gabinecie, że podbijam mu pieczątkę w indeksie i żegnam! Tak nie może być! Już wolę "starych męczycieli", co to trzymają studentów od 8:00 do 15:05 aniżeli leni, którzy za nic mają studentów - przyszłych lekarzy, przyszłych kolegów. To tak, jakby na kursie prawa jazdy instruktor na piękne oczy podbijał pieczątkę, a potem puszczał w świat 50 km/h lewym pasem.
    Jak już narzekamy, to pójdźmy o krok dalej: piszmy do władz i powiedzmy im co jest źle - dając odpowiedni przykład zmiany. Po to idziemy na praktyki, żeby się czegoś nauczyć. Jeżeli ktoś się zgadza nas przyjąć, bierze odpowiedzialność za to, byśmy wyszli chociażby z dobrą opinią o tym miejscu: że tam dzieje się dobrze, że dba się o dobro pacjenta i PERSONELU, a nie pracuje jak "maszyny do stawiania pieczątek". Idąc na chirurgię jakoś nie jesteśmy zbędni. I nie zgodzę się, że mamy nagle niesamowicie większą wiedzę po 3 czy 4 roku, która sprawia, że stajemy się ogromnie przydatni. Ledwo umiemy dotknąć pacjenta, zbadać i ewentualnie rozpoznać podstawowe jednostki chorobowe, trochę wiemy o farmakologii i leczeniu. Może warto byłoby się zastanowić nad solidnym przedmiotem propedeutyki medycyny już na 1 roku, tak żeby ten biedny niedouczony i NIEPRZYDATNY według niektórych student miał jakiekolwiek pojęcie o tym, co dzieje się na oddziale czy w szacownej przychodni.
    A ten lichy taboret dla praktykanta, fartuch zakładany na korytarzu, własne kolana to tylko kwestia dobrej kultury i wychowania lekarzy, bo są tacy, którzy znajdą miejsce na biurku dla nowego kolegi, poświęcą dodatkową minutę, żeby i "młody" osłuchał pacjenta. Ale to kwestia podejścia i tego jak bardzo nam się chce. Rozumiem skalę problemu przeładowanych przychodni, braku czasu na dobry wywiad i badanie pacjenta, ale nie możemy sami dyskwalifikować przyszłych lekarzy. To jest forma edukacji społeczeństwa. Zaniżamy szacunek do własnego zawodu. Na przestrzeni lat nasze środowisko zyskało opinię skorumpowanych, bogatych, wrednych i opryskliwych doktorów. Sami do tego doprowadziliśmy. No może z pomocą mediów. Jak potem pacjent ma wyrazić zgodę na badanie przez studenta, na podstawowy zabieg czy cokolwiek widząc pokrzywionego w kącie zahukanego błazna w białym kitlu, którym nikt się nie interesuje...
    Dziwne, że akurat POZ stwarza najwięcej problemów… Może faktycznie jest do jedna z najbardziej wadliwych gałęzi medycyny…

    surowy
    Kiedy studiujemy, poznajemy medycynę od środka. Nowe przedmioty, wielcy profesorowie, tyle ambitnych planów. Zdobywamy wiedzę i chcemy poszerzać swoje horyzonty. Obcujemy z ludźmi chorymi, cierpiącymi oraz tymi, którzy leczą - mentorami, wybitnymi specjalistami. Ale niestety trafiają się i przykre historie, kiedy to poznajesz wadliwy dział medycyny, albo raczej środowiska medycznego.
    Chyba po drugim roku mieliśmy praktyki u lekarza rodzinnego. Znamy go wszyscy, chodzimy od dziecka do jednej przychodni. Witamy się na ulicy. A teraz razem usiądziemy w gabinecie i będziemy leczyć. O, jak marzyłem o tych praktykach. Przecież od małego przychodzę tutaj jako pacjent, wszystkie "starsze" pielęgniarki już mnie kłuły, szczepiły, mierzyły. Niejeden lekarz diagnozował ospę czy anginę. Dzisiaj to ja będę z nimi pracować.
    Przecież mnie znają - będzie super! Na początek wspólna kawka, aby się poznać, a potem dumnie będziemy kroczyć przez korytarz w białym kitlu. Tak, żeby wszyscy widzieli, że idą oni - doktory. Potem będę pisać recepty, badać, diagnozować, kierować do specjalistów. Ktoś na pewno trafi z zatrzymaniem krążenia i poprowadzę całą akcję reanimacyjną; ktoś przyjdzie ze złamaną ręką i założę swój pierwszy gips, a może nawet rozpoznam cukrzycę albo raka.
    Tyle marzenia o wspaniałych praktykach.
    Ani jedno słowo się nie sprawdziło. Ani jedna pielęgniarka mnie "nie pamiętała". Ani jeden lekarz nie badał ze mną. Główne pytanie: po co ja tu jestem? No, sprawa oczywista: żeby nauczyć się, jak być dobrym lekarzem. Żeby poznawać pracę od środka, żeby badać pacjentów, nauczyć się z nimi rozmawiać, zdobywać nowe doświadczenia. Pielęgniarki dumnie kroczyły, wielkie Panie ośrodka zdrowia, zacnej przychodni. Doktory pochowane w gabinetach z przygotowaną stertą recept. Nikt nie odpowie dzień dobry, nikt się nie uśmiechnie. Pytam kiedy przyjmuje dany lekarz i dostaje odpowiedź, że przecież "pisze na drzwiach". Tak bardzo ten obraz dobrego personelu medycznego z dzieciństwa nie zgadza mi się z tym, co otrzymuję teraz - pogarda, brak chęci współpracy...
    Trafiłem wreszcie do gabinetu internisty. Przyjęliśmy "aż" dwóch pacjentów, z czego jeden to przedłużenie recept, a drugi z neuralgią i skierowaniem do specjalisty. Po czym lekarz mówi: może Pan sobie już iść do domu, dziś już nic ciekawego nie będzie.
    Oczywiście w gabinecie miałem dodatkowy fotel, miejsce do robienia notatek, także zostałem poczęstowany herbatą w upalny dzień i mogłem swobodnie rozmawiać z pacjentami a potem zadawać pytania lekarzowi, by pogłębić swoją wiedzę. A nie … tak chciałem żeby było. Nie było. Był taboret w kącie, moje kolana i to wszystko. Pacjenta nie dotknąłem. A i fartuch też na korytarzu zakładałem, bo miejsca w szatni nie było.
    Resztkami nadziei, że może będzie inaczej spróbowałem zagadać do Pani w laboratorium, że może chociaż krew komuś pobiorę, gazometrię nawet. A gdzieżby! "Pan miał to na praktykach rok temu, ja nie będę odpowiadać za Pana, poza tym my tu mamy dużo pracy” - usłyszałem. Dziękuję było mi bardzo miło. Ale jeszcze są specjaliści. Znany ginekolog w mieście, świetne opinie to może chociaż on mnie przyjmie i pokaże USG. „Panie Doktorze, nazywam się X, jestem studentem… czy mógłbym dzisiaj Panu asystować w badaniu pacjentów…?” Pada jasna i klarowna odpowiedź: Nie. Proszę przyjść sobie na oddział do szpitala, ale nie w przychodni.
    Tak oto minęły moje praktyki w dziedzinie medycyny rodzinnej. Bardzo się zraziłem i żałowałem każdej chwili tam spędzonej. Nabrałem też dystansu do tych wszystkich ludzi tam pracujących. Przykre to było. Myślę sobie: oni też kiedyś byli młodzi. Też chcieli się uczyć i zdobywać wiedzę. I też ktoś im to musiał pokazać, doradzić, nauczyć. Szkoda, że zapomnieli o tym. Szkoda też, że zapomnieli o kulturze i szacunku do drugiego człowieka.
    Pozostaje apel: szanowni medycy, szanowni lekarze, szanowne pielęgniarki: pamiętajcie, że was też ktoś uczył i wy też przekażcie tę wiedzę innym. Młody adept medycyny może być kiedyś waszym lekarzem. Dajcie mu szansę i traktujcie go z szacunkiem tak jak wy chcieliście być traktowani.
    A wy, studenci: nie bójcie się reagować na takie zachowania. Praktyki można zmienić. Waszym prawem jest zdobycie wiedzy i wyniesienie z takich zajęć jak najwięcej treści, a nie poczucia beznadziei i tego, że ktoś was zmieszał z błotem. Nie możecie sobie na to pozwolić, choćby dopuszczał się tego największy profesor!

    Newman
    W dobie nieograniczonego dostępu do wiedzy oraz epoce epatowania seksualnością w przestrzeni publicznej stan wiedzy na temat płciowości i rozrodczości wśród dzieci i młodzieży w Polsce jest wciąż zatrważająco niski. Potwierdzają to liczne badania, a seksuolodzy biją na alarm. A jak na kraj będący europejską stolicą hipokryzji przystało politycy wszystkich ekip wbrew zdrowemu rozsądkowi udają, że tematu nie ma i ucinają wszelkie próby wprowadzenia do szkół merytorycznej edukacji seksualnej.
    Wiadomo nie od dziś, że im większa u nastolatków wiedza na temat własnego ciała, jego fizjologii, różnic w procesie dojrzewania obu płci, kolorytu orientacji seksualnych, pozytywnych przeżyć, ale też zagrożeń związanych z podjęciem aktywności seksualnej, metod antykoncepcji i bezpiecznej prokreacji - tym mniejsza dezinformacja, mniejsza liczba niechcianych, nastoletnich ciąż i mniej osób zakażonych STD. W Holandii, gdzie liczba ojców i matek w wieku dziecięcym jest najniższa w Europie, edukacja seksualna jest obowiązkowa, a jej elementy obecne na większości przedmiotów - biologii, historii, języku holenderskim... Bo rozmawia się wszak nie tylko o anatomii, ale też o kwestiach zdrowotnych, psychologicznych, różnorodności seksualnej. W warunkach pruderyjnej, fasadowo katolickiej Rzeczpospolitej panuje powszechna spychologia - politycy zrzucają problem na rodziców, rodzice na nauczycieli "wychowania do życia w rodzinie" (najczęściej są to nauczyciele biologii, WF i historii, a co dziesiąty jest katechetą), a młodzież wiedzę i tak czerpie z internetu i od rówieśników. Nie trzeba dodawać, że jest to wiedza wybiórcza, a czasem wręcz niebezpieczna.
    Tym więcej dobrych słów warto kierować pod adresem inicjatyw (w lwiej większości pozarządowych), które ten stan rzeczy chcą zmieniać. Jedną z nich jest organizowana już nie po raz pierwszy przez Międzynarodowe Stowarzyszenie Studentów Medycyny IFMSA ogólnopolska akcja:
    Tramwaj Zwany Pożądaniem
    Każdego roku w Polsce przybywa osób zakażonych HIV, niestety większość z nich nie jest świadoma, że mogła mieć kontakt z wirusem. Młodzi ludzie często nie mają wystarczającej wiedzy odnośnie bezpieczniejszego seksu i infekcji przenoszonych drogą płciową, co w połączeniu z częstszą zmianą partnerów prowadzi do większej ilości zakażeń. Dlatego z myślą o nich IFMSA-Poland przygotowało akcję Tramwaj Zwany Pożądaniem.
    W 10 miastach Polski specjalnie wynajęte tramwaje i autobusy krążą po centrum, zapewniając wszystkim swoim pasażerom dobrą muzykę i zabawę, dojazd do klubów a co najważniejsze - porządną dawkę wiedzy z zakresu profilaktyki zakażeń HIV. W każdym Tramwaju będzie można dowiedzieć się między innymi jakie zachowania są najbardziej ryzykowne, jak zabezpieczać się przed zakażeniem HIV, gdzie można wykonać anonimowy i bezpłatny test oraz jak wygląda ewentualne leczenie. Dodatkowo, w czasie przejazdu każdy może otrzymać liczne gadżety pomagające zadbać o bezpieczeństwo, a ci bardziej aktywni mogą liczyć na atrakcyjne nagrody oferowane w czasie konkursów.
    Imprezę solidarnie objęły patronatem uczelnie medyczne, Państwowy Inspektor Sanitarny, konsultanci chorób zakaźnych, organizacja pozarządowe ds. AIDS, izby lekarskie i media.
    Dni, w których odbywa się wydarzenie na poniższej grafice, a szczegółowe informacje na stronie wydarzenia!

     
    Mateusz Malik, lekarz
    Źródła:
    https://www.facebook.com/TramwajZwanyPozadaniemPolska/ http://weekend.gazeta.pl/weekend/1,152121,21664836,wychowanie-do-zycia-w-rodzinie-w-polskiej-szkole-nauczyciele.html http://wyborcza.pl/7,75398,21754392,o-seksie-w-szkole-lepiej-spytac-tate-edukacja-seksualna-wedlug.html

    Nefer
    Przeszukując zasoby internetu w poszukiwaniu materiałów do artykułu o symptomach chorób uwiecznionych na obrazach natrafiłam na dość intrygujące znalezisko. Zajęcia z anatomii będące naszą zmorą na 1. roku studiów były, okazuje się, wdzięcznym tematem dla wielu malarzy przez kilka stuleci. W powszechnym przekonaniu dopiero wiek XX przyniósł rozwój wiedzy anatomicznej, a jej nauczanie wcześniej było nie tylko zaniedbywane, ale wręcz karalne. Po analizie sporego dorobku malarskiego w tej materii, historia medycyny w zakresie badania pośmiertnego jawi się nam w nieco innym świetle.
    Część III: Sekcja zwłok w malarstwie
    Jedynym anatomem, który został skazany przez Świętą Inkwizycję był Andreas Vesalius. Uczony, uważany za ojca współczesnej anatomii, w 1564 roku w Madrycie przeprowadził publiczną sekcję zwłok. Niestety w trakcie sekcji okazało się, że serce nieboszczyka nadal bije. Inkwizycja oskarżyła Vesaliusa o morderstwo. Szczęśliwie Król Filip II zamienił karę śmierci, na którą skazano anatoma, na pielgrzymkę do Jerozolimy.
    Vesalius w trakcie autopsji namalowany przez anonimowego włoskiego malarza.

    Wobec powyższych faktów przestaje dziwić, że sekcje zwłok (głównie publiczne), były przez lata dość powszechne, stąd i tak ochoczo uwieczniane na płótnie.
    Anatom przedstawiony na rycinie po prawej stronie żył we Włoszech w latach 1275-1326 i nie był pierwszym medykiem dokonującym autopsji i nauczającym anatomii.
     
    Ciekawym dziełem przedstawiającym lekcję anatomii jest poniższa Lekcja anatomii autorstwa Bartolomeo Passarotti datowane na ok 1570 r.

    Przykłady można jednak mnożyć. Nieco makabryczna praca  Jana van Necka - Lekcja anatomii dr Ruyscha przedstawia sekcję zwłok małego dziecka.

    Ten sam anatom przy pracy, namalowany został także przez Adriaena Backera.
    Mało kto wie, że twórca najsłynniejszej lekcji anatomii był autorem drugiego obrazu o podobnej tematyce. Fragment spalonego obrazu Lekcja anatomii doktora Deymana Rembrandta  przedstawia rzadko spotykany temat sekcji głowy.

    Nowszymi dziełami o tej samej tematyce, lecz zgoła innej poetyce są Anatom Gabriela von Maxa (1869) i Anatomia serca Enrique Simonet (1890).


    Oba dzieła skupiają się na emocjach. Przedstawieni na nich lekarze trwają w zadumie. Czerń typowego lekarskiego ubrania mocno kontrastuje z bielą prześcieradła i nagiego kobiecego ciała. W tym ujęciu zwłoki i ich badanie przestaje być tylko beznamiętną lekarską czynnością, a staje się przyczynkiem do rozmyślania, kontemplacji i zadumy nad ludzkim życiem i śmiercią.
    Lek. Beata Tomaszewska, specjalista chorób wewnętrznych

    (w artykule wykorzystano treści bloga edusens.blogspot.com)

    surowy
    „Człowiek jest wielki nie przez to, co posiada, lecz przez to, kim jest; nie przez to, co ma, lecz przez to, czym dzieli się z innymi.” 
    Tak też jest z dobrymi lekarzami. Tymi, którzy przysięgali walczyć o życie pacjenta, zawsze służyć choremu i być gotowym nieść pomoc każdego dnia, o każdej porze. Czas zapomnieć na chwilę o "złej służbie zdrowia", o wiecznym narzekaniu, wytykaniu błędów, długich kolejkach do gabinetu. Dziś pochwalmy się tym co dobre, a mamy czym. Wśród nas, lekarzy i pielęgniarek, szarych pracowników dnia codziennego, zwykłego szpitala są ludzie, którzy swoimi czynami są odzwierciedleniem słynnego dr Judyma. Taki przykład charakteru, taki przykład postępowania i funkcjonowania co roku docenia i głośno chwali wydarzenie: Miłosierny Samarytanin Roku.
    Nie można wciąż tylko mówić jak jest źle. Nie można wiecznie wytykać palcami tymi, którzy źle działają, którzy nie myślą o innych. Włączamy telewizję, słuchamy radia, a tam wciąż: zginęło tyle osób, ten oskarżył tego itd. Nie ma dnia, który rozpocząłby się od słowa: Szanowni Państwo, dzisiaj na świat przyszło ponad 1000 małych szkrabów, życzymy im dużo zdrowia, a rodzicom wielkie gratulacje. Reklamy biją po oczach, by kupić rewelacyjne suplementy, cudowne leki bez recepty, niesamowite środki, które wyleczą wszystko i jeszcze więcej. Ale sukcesy medycyny, w tym polskiej to dosłownie 15-sekundowa wzmianka i znów śmierć, smutek, zło.
    Świata nie zmienimy, ale zmienić możemy to co nas otacza. To żeby przyjść do pracy i wypełnić swoje obowiązki na 100%. To jedna z najważniejszych rzeczy. Bo jak może być tak, że pielęgniarka woła lekarza, który przechodzi korytarzem i prosi o ‘’ustalenie insulin’’ a lekarz mówi, że od tego jest dyżurny. Albo woła lekarza do pacjenta a lekarz odpowiada, że to nie jego sala. Guzik! Każdy pacjent jest Twój. Masz pomóc każdemu, bo taka jest Twoja praca i takie są obowiązki. Oczywiście nikt nie tłumaczy zrzucania pracy na innych, wysługiwania się czy migania od pracy. Chodzi o zwykłą życzliwość i chęć pomocy i współpracy z innymi. Panie pielęgniarki też powinny pamiętać, że jeżeli lekarz coś ‘’dziwnego’’ zleci to nie po to, żeby dołożyć pracy styranym kobietom, ale ma to jakieś ważniejsze przesłanki i potrzebne jest np. w diagnostyce. Albo też jak tu walczyć z zakażeniami szpitalnymi i zmniejszać śmiertelność pacjentów, gdy dołożymy wszelkich starań do aseptyki i antyseptyki, a ktoś przyjdzie i od niechcenia podłączy kroplówkę do wkłucia centralnego bez wcześniejszej dezynfekcji.
    Na tym właśnie polega "zacznij zmieniać świat od siebie”. Pilnuj swoich obowiązków, wypełniaj je tak jak należy. Bo robisz to nie tylko dla pieniędzy, nie tylko dla siebie, nie tylko dla pacjentów - robimy to wszyscy razem dla nas. Razem pracujemy na oddziale więc razem o niego dbajmy. I tak właśnie możemy przejść do meritum. Jest taki doktor, który został doceniony za swoją pracę. Jest skromnym, zwykłym internistą. Pracuje w oddziale chorób wewnętrznych w małym szpitalu, w małej miejscowości. Kto go może znać? Wszyscy. Bo nie odmówi pomocy nikomu. Dyżur zaczyna o 7.30 ale jest już o 6, aby wszystkim nowo przyjętym pacjentom zrobić USG. Każdego pacjenta przytuli, pocieszy, porozmawia. Dla każdego ma czas, szeroki uśmiech i niezwykłą trafność diagnostyczną. Znają go wszyscy, bo wiedzą, że zawsze pomoże, a nigdy nie zgani, nie oczerni. Nie interesuje go polityka, kariera, blichtr, pieniądze, sława. Chcesz podziękować kwiatami to będzie uciekać przez pół oddziału, żeby nie przyjąć tego skromnego podarku a potem i tak oddaje koleżankom albo zostawia dla wspólnego dobra na oddziale. Został w marcu 2017 uhonorowany w małopolskim plebiscycie: 
    Osoba bezinteresownie niosąca pomoc Drugiemu Człowiekowi - w kategorii "Pracownik służby zdrowia" statuetkę „Miłosierny Samarytanin roku 2016” otrzymał:
    lek. med. Andrzej Cyganek
    Doktor Andrzej to lekarz jakich mało, pomaga nie tylko w ramach pracy w szpitalu, ale często można Go spotkać poza godzinami, gdy tylko ktoś potrzebuje pomocy. Nigdy nie odmawia ciężko chorym w domach.
    Pomaga także potrzebującym z Afryki, leczy i funduje lekarstwa. Angażuje się w liczne inicjatywy społeczne, zawsze unikając rozgłosu. 
    Każdy z nas może otrzymać statuetkę, ale nie każdemu z nas ona się należy. Pracujmy na swój prywatny sukces, a może i my kiedyś zostaniemy docenieni. Tak niewiele trzeba, żeby być samarytaninem służby zdrowia, ale dla niektórych do kamienie milowe.
    Zacząłem cytatem i cytatem skończę: „Szczęście człowieka na ziemi zaczyna się dlań wtedy, gdy zapominając o sobie zacznie żyć dla bliźnich.”
    Łukasz Surówka

    MedFor.me
    W dobie fantastycznego rozwoju medycyny codziennie zderzamy się z irracjonalnym lękiem przed jej wielkimi zdobyczami. Jednym z największych przełomów w XX wieku był ogromny postęp w rozumieniu i leczeniu niepłodności. Właśnie zdrowiu reprodukcyjnemu poświęcona jest czwarta edycja międzynarodowej konferencji naukowej, którą MedFor.me objęło patronatem:
    "Development of Scientific Cooperation in Reproductive Medicine Research" Warszawa, 9-10 czerwca 2017 w Airport Hotel Okęcie.
    Rejestracja trwa, a będzie można wysłuchać m.in. światowych i polskich pionierów metody zapłodnienia IVF. Jednym z nich jest profesor Marian Szamatowicz, którego polemiczny tekst publikujemy.
    ***
    Zdecydowałem się napisać krótki komentarz do niektórych medialnych wypowiedzi.
    „Wstrząsająca prawda o In vitro: żeby mogło urodzić się 122 tys dzieci poświęcono życie prawie 4 mln innych dzieci” „Żaden poważny ginekolog nie twierdzi, że In vitro leczy niepłodność” „Z dziecka poczętego In vitro posłowie większości uczynili narzędzie zaspokojenia pustki ludzi życiowo niespełnionych” „Ustawa równa się cywilizacja śmierci” Pozwolę sobie zadać kilka pytań, na które zechcieliby udzielić odpowiedzi ci, którzy w sposób niezwykle agresywny i niestety kłamliwy atakują leczenie niepłodności przy wykorzystaniu metody In vitro i pokrewnych.
    Po pierwsze - kiedy Pan Bóg stworzył mężczyznę i kobietę powiedział: „Bądźcie owocni i rozmnażajcie się”. Nie mówił w jaki sposób. Prawie 90% populacji nie ma problemu z rozrodem. Natomiast, w sposób niezawiniony, około 10% nie może doczekać się ciąży i porodu upragnionego dziecka. W skali globalnej to oznacza ponad 72 mln par, z których prawie 43 mln poszukuje pomocy. W Polsce według danych szacunkowych problemy z rozrodem ma ponad milion par, z których około 200 tys. zgłasza się po pomoc. Uniwersalna Deklaracja Praw Człowieka mówi, że prawo do posiadania potomstwa jest podstawowym prawem człowieka. A zatem pytanie - czy leczenie niepłodności jest „zaspokojeniem pustki ludzi życiowo niespełnionych” czy też wypełnianiem obowiązku w doprowadzeniu do ciąży i porodu?
    Po drugie - nie umiem skategoryzować kto jest poważnym a kto niepoważnym ginekologiem. Natomiast wiem, że jeden utytułowany ginekolog w Polsce przed laty powiedział: „Techniki rozrodu wspomaganego medycznie to nie są procedury lecznicze, czasami pomagają uniknąć bezdzietności.” I ta nonsensowna teza do dnia dzisiejszego jest powtarzana jako argument. W 2015 roku w połowie czerwca w Lizbonie prawie 10 000 ludzi z całego świata debatowało jak najskuteczniej pomagać niepłodnym parom. Nikomu nie przyszło do głowy aby metodę In vitro dyskredytować. Komitet Nagrody Nobla w 2010 r kiedy tę nagrodę przyznawał Robertowi Edwardsowi uzasadnił ją „za największe osiągnięcie medycyny klinicznej  XX wieku”.  A zatem kolejne pytanie - czy metoda In vitro jest metodą leczenia niepłodności?
    Po trzecie - głosi się, najdelikatniej określając, kłamliwe tezy, że naprotechnologia zastąpi In vitro. Naprotechnologia posługuje się w wielu sytuacjach takimi samymi jak medycyna rozrodu technikami diagnostycznymi i stosuje takie samo leczenie farmakologiczne i zabiegowe (do tego ostatniego dodaje „napro”). Podstawowa różnica polega na tym, że naprotechnologia nie uznaje leczenia niepłodności za pomocą metod wspomaganej prokreacji. Po nie-skutecznym leczeniu farmakologicznym lub zabiegowym oferuje adopcję. Natomiast, przy nieodwracalnie uszkodzonych jajowodach, w zaawansowanej endometriozie, w ciężkich postaciach czynnika męskiego (dominująca przyczyna niepłodności), a także po wcześniejszych niepowodzeniach w leczeniu naprotechnologia nie daje żadnej szansy na ciążę. A to dotyczy ponad 50% niepłodnych par. Jednocześnie wiem, że w takich nie dających szansy na sukces sytuacjach za instruktaż pobiera się niemałe pieniądze. Kolejne pytanie - czy jest to moralne (mógłbym użyć innego, dosadniejszego  sformułowania) aby głosić tezę, że naprotechnologia zastąpi In vitro?
    Po czwarte - przedstawia się pseudoargumenty,  że In vitro jest metodą mało skuteczną. Bardzo dotkliwym dla leczonych pacjentów jest fakt, że metoda nie daje pełnej gwarancji na ciążę i urodzenie dziecka. Natomiast prawda jest taka, że skuteczność In vitro na poziomie 30-40% na cykl zdecydowanie przewyższa tzw. miesięczny wskaźnik płodności, który wynosi ok. 20 i tylko wtedy jeśli kobieta jest poniżej 30 roku życia. Ten wskaźnik sukcesu 30-40% jest bardzo dobry, ale to również oznacza, że wskaźnik niepowodzeń wynosi 60-70%. Nie zadaje się pytania jakie dramaty wtedy ci ludzie przeżywają. Medycyna rozrodu cały czas pracuje nad sposobami poprawy skuteczności, ale także nad opracowaniem dokładniejszych metod predykcyjnych. Udowodniono, że im większa ingerencja polityków w procedurę leczenia niepłodności tym mniejsza jej skuteczność. Jakie jest uzasadnienie dla ingerencji polityków w procedury lecznicze?
    Po piąte - rozpisuje się wiele na temat dzieci urodzonych po In vitro. Nie sposób cytować wszystkich. Nie ma potrzeby uzasadniać, że dzieci nie mają bruzd. Po In vitro żyje ich na świecie ponad 5 mln. Wiele z nich ma własne potomstwo. Dzieci z defektami rodzą się zarówno po naturalnym poczęciu, jak i po stosowaniu metod wspomaganej prokreacji. Udowodniono , że niepłodność jako taka, jest czynnikiem sprawczym zwiększonego odsetka defektów. Ale czy można zakazać rodzenia dzieci po naturalnym poczęciu skoro notuje się wady i czy można na tej samej drodze odmawiać leczenia niepłodności bo istnieje ryzyko defektu?
    Po szóste - są niezwykle zagorzali przeciwnicy mrożenia zarodków. Jest bardzo wiele argumentów przemawiających za. Natomiast elementarna wiedza o rozrodzie, której wielu brakuje, wskazuje, że aby zaistniała ciąża i poród muszą być spełnione dwa kluczowe warunki: musi być zarodek dobrej jakości (w naturalnym rozrodzie 60-70% zarodków obciążonych jest defektami genetycznymi, im starsza kobieta tym więcej) i musi być odpowiedni stan anatomiczny i czynnościowy endometrium (błony śluzowej macicy). Przeniesienie (transfer) zarodka na nieprzygotowane endometrium, jak chcą przeciwnicy mrożenia, to tak jak „skazanie go na śmierć”. Alternatywą jest mrożenie. Podobnie, mrożenie zarodków jest procedurą ratującą przed zagrożeniem życia w zespołach hiperstymulacji jajników. Z licznych opracowań wynika, że ciąże z mrożonych zarodków wykazują mniej powikłań oraz że dzieci rodzą się zdrowsze. A zatem kolejne pytanie. Jakie są rzetelne argumenty aby nie stosować procedury mrożenia?
    Po siódme - to będzie ostatnie pytanie. Jak wynika z mego rozeznania prawie wszystkie kraje UE mają uchwalone prawo regulujące leczenie niepłodności (30 krajów). W żadnym z nich nie uchwalono zakazu leczenia niepłodności przy zastosowaniu metody In vitro. Natomiast niektóre z nich uchwaliły prawo restrykcyjne, dotyczące liczby embrionów, krioprezerwacji, itp (Niemcy, Włochy), które zmniejsza skuteczność leczenia. Doświadczenia lat ostatnich pokazują, że takie restrykcyjne prawo skutkuje „turystyką prokreacyjną”, która jest dobrze udokumentowanym zjawiskiem w obrębie Unii Europejskiej. Jest jedna drobna uwaga. Na tego typu turystykę mogą pozwolić sobie ludzie za-możni, których stać na wszystko, na omijanie restrykcji we własnym kraju. I teraz ostatnie pytanie. Dlaczego jest tyle zawziętości w stosunku do „maluczkich”, którzy powinni być otoczeni szczególną troską, którzy mają takie same pragnienia  jak bogaci a których po prostu nie stać na leczenie we własnym kraju nie mówiąc już o zagranicy.
    Prof. zw. dr hab. n. med Marian Szamatowicz

    Newman
    Dziennikarz Paweł Reszka na potrzeby swojej książki "Mali bogowie" wcielił się w sanitariusza w jednym ze szpitali i dzięki uważnej obserwacji oraz w rozmowach z białym personelem stworzył przystępny acz szokujący dla przeciętnego obywatela obraz polskiej medycyny. Jednym z największych "szoków" okazały się porażająco niskie wynagrodzenia dla pracowników wszystkich szczebli za wyjątkowo obciążającą pracę i to w niewydolnym i chaotycznym systemie.
    Pierwszy raz osoba z zewnątrz, niebędąca lekarzem, "nieumoczona" w medyczne korporacje, niezwiązana medyczną etyką publicznie opisała "jądro ciemności" Polskiego systemu, który ma ratować życie i przywracać zdrowie obywateli, a jest źródłem frustracji dla pacjentów i personelu. Tych pierwszych wkurza trudny dostęp do najbardziej fundamentalnej pomocy i brak podmiotowego traktowania, a tych drugich przeciążenie obowiązkami, poczucie permanentnego marnotrawstwa i upokarzające wynagrodzenie.
    Dziennikarz Newsweeka, a wcześniej pracownik Rzeczpospolitej, Dziennika i Tygodnika Powszechnego wprowadza czytelnika w niezwykły świat przeciętnego polskiego publicznego szpitala, który, chciałoby się rzec wbrew wszystkiemu może pomóc choremu i wymagającemu pomocy człowiekowi, ale jest skonstruowany tak, że paradoksalnie może nawet zabić.
    Co ważne, Reszka szuka przyczyn "szpitalnego piekła" i na pierwsze miejsce wielokrotnie wysuwa się głębokie, permanentne niedofinansowanie, które odbija się zarówno na jakości usług, dostępności do świadczeń, jak i dostępności oraz satysfakcji personelu. Autor zwraca uwagę na to, że jeszcze wciąż obecne są w Polsce tysiące inteligentnych i ambitnych młodych lekarzy (stażystów, rezydentów, młodych specjalistów), w których tkwi energia, by zmieniać zastaną rzeczywistość, ale wie, że dalsza kapitulacja państwa i podtrzymywanie przez polityków status quo zabije ten entuzjazm, a wielu skłoni do wyjazdu.
    Sam autor ciekawie opowiada o swoich obserwacjach w wywiadzie dla RzeczpospolitaTV, który po prostu trzeba zobaczyć:

    Serdecznie polecam i zachęcam do lektury!
    Mateusz Malik, lekarz

    inkalekarka
    Dziś parę słów o kulisach robienia specjalizacji.
    Zacznijmy od teorii - specjalizację z chorób wewnętrznych, w obecnym modułowym systemie, robi się 5 lat - trzy lata moduł podstawowy i 2 lata moduł tzw. specjalistyczny. Ja w listopadzie kończę moduł podstawowy, zakończony egzaminem u kierownika specjalizacji. To tyle w teorii. W praktyce większość specjalizantów żadnego egzaminu pewnie nie zobaczy, poza oczywiście egzaminem na koniec specjalizacji, przerażającym chyba wszystkich, PES-em - państwowym egzaminem specjalizacyjnym. Ale do egzaminu mam jeszcze 3 lata...
    Szkolenie specjalizacyjne, jak to się ładnie nazywa, polega na pracy na własnym, macierzystym oddziale oraz odbywaniu obowiązkowych kursów i staży. W moim przypadku w module podstawowym jest to dokładnie po 1,5 roku, czyli mówiąc wprost połowę czasu spędzam na swoim oddziale, a resztę poza. I tu zaczyna się temat turystyki specjalizacyjnej. Ale o tym za chwilę. Jednym z absurdów są praktycznie te same staże w module podstawowym, jak i specjalistycznym, różnią się tylko długością. Chyba, żebym w odstępie kilku lat odwiedziła te same miejsca i utrwaliła wiadomości...
    Jeśli chodzi o kursy, w większości odbywają się one tylko w ośrodkach akademickich, do których niestety moja "prowincja" się nie zalicza. Tak więc w ciągu modułu podstawowego odbyłam jakieś 10 kursów, liczących od 2-3 do 14 dni. Wszystkie wyjazdy muszę oczywiście finansować z własnej kieszeni, mój szpital mocno broni się przed wypłacaniem nam delegacji. Ostatnio szpitalny radca prawny wydał opinię, w której obowiązkowy kurs nie jest delegacją, ponieważ nie spełnia wszystkich kryteriów delegacji, czyli "polecenie pracodawcy, zadanie o charakterze incydentalnym, sporadycznym i wyjazd poza miejscowość, w której znajduje się siedziba pracodawcy lub poza stałe miejsce pracy". Ale to już temat do osobnego artykułu...
    To samo tyczy się obowiązkowych staży, które odbywamy na specjalistycznych oddziałach lub w klinikach akademickich. I tutaj niestety też większość znajduje się poza moją "prowincją". Staże trwają od 3 do 16 tygodni. Moje wyjazdowe trwają na szczęście maksymalnie 6 tygodni. Wszystkie powyższe problemy wyjazdowe nie dotyczą oczywiście osób, które zostały w dużych akademickich ośrodkach, oni wszystko mają na miejscu, nie muszą wydawać dodatkowych pieniędzy na wyjazdy, noclegi, wyżywienie...
    Ja jednak postanowiłam połączyć robienie specjalizacji z moją największą pasją, czyli podróżami. Na kursy (bo w module podstawowym zrobiłam już wszystkie) wybierałam najdalej położone na liście ośrodki. Dzięki temu zwiedziłam Białystok i Podlasie, a nawet Wilno i Troki (robiłam tam kurs ze zdrowia publicznego), Lublin, Kazimierz Dolny nad Wisłą, Zamość, Sandomierz (ratownictwo medyczne), Bielsko-Białą, Żywiec, Wisłę, Cieszyn (onkologia), a także Kraków i Warszawę. Jeśli chodzi o staże - hematologię robiłam w Olsztynie, teraz na reumatologię jadę do Sopotu, pozostałe niestety z powodu redukcji kosztów robiłam we Wrocławiu - tam zawsze któreś z przyjaciół ze studiów przygarnie mnie pod swój dach i tak pomieszkuję po ludziach robiąc specjalizację...
    Temat bliski memu sercu, bo właśnie wróciłam z sześciotygodniowego stażu w jednej z klinik wrocławskich. Jak to zwykle ze stażami bywa, ludzie sympatyczni, ale żeby człowiek wrócił stamtąd nie wiadomo jak wyedukowany to nie powiem.. Według mojej obserwacji staże powinny trwać maksymalnie 2-3 tygodnie, ale powinny być intensywne. Ale żeby tak było lekarz prowadzący takiego specjalizanta nie może mieć "tony" pacjentów z toną dokumentacji do zrobienia, bo wtedy jak zawsze praca kończy się na pomaganiu starszemu w ogarnianiu dokumentacji, bo na to jak wiadomo współczesny lekarz musi poświęcić 90% swojego czasu pracy... Ostatni staż różnił się tylko tym od pozostałych, że tam komputeryzacja jeszcze nie za bardzo dotarła i moje zadania polegały m.in na wypisywaniu pacjentom skierowań na wszystkie możliwe badania ręcznie (na każdym oczywiście muszą być imię, nazwisko, pesel, adres, rozpoznanie, kod ICD-10, data, miejsce wystawienia, no i rodzaj badania). Kolejnym moim bardzo ciekawym zadaniem było przepisywanie wyników badań pacjentów z kartki z laboratorium do pliku w wordzie, gdzie powstawał wypis pacjenta. Tak, wszystkich wyników badań laboratoryjnych! Takie rzeczy tylko w klinice Nie żebym miała to za złe mojemu opiekunowi, który jest przesympatycznym i, co najważniejsze, mega mądrym lekarzem, od którego i tak nauczyłam się chyba najwięcej ze wszystkich staży. Ale piszę to, żeby pokazać absurdy polskiej medycyny. Podobno medycyny XXI wieku...
    Tutaj pozostawię miejsce na wasze wnioski i przemyślenia. Pozdrowienia ze świątecznego dyżuru.

    hypersonic
    Pod koniec stycznia pisaliśmy o rozpoczynającym się procesie zbiórki podpisów poparcia pod obywatelskim projektem ustawy w sprawie warunków zatrudnienia w ochronie zdrowia.
    Teraz, na finiszu zbiórki, uwzględniając dobre warunki pogodowe medycy postanowili zebrać ostatnie z 100 000 podpisów (a bez wątpienia nawet więcej) "wychodząc do ludzi" tj. poza podmiotami leczniczymi.
    Poprzednie tego typu akcje np. "RATUJ SIĘ, bo KTO poMOŻE" pokazały że społeczeństwo z sympatią i zrozumienie podchodzi do problemów medyków.
    23 KWIETNIA na ulicach wielu polskich miast, między godziną 12.00 a 16.00 odbędzie się zbiórka podpisów pod projektem ustawy. Kto popiera postulaty medyków, może dać tego świadectwo. Zbiórki podpisów odbędą się m.in. w następujących lokalizacjach:
    Gdańsk - Starówka, pod pomnikiem Neptuna, Szczecin- Błonia, Warszawa- plac przy metrze Centrum, Poznań - ul Półwiejska, Kraków- Planty pomiędzy teatrem Słowackiego a przystankiem "Dworzec główny", Lublin- okolice Bramy Krakowskiej, Wrocław Rynek i ul. Świdnicka, Rzeszów- Stary Rynek koło studni, Łódź - pl. Schillera, Opole - okolice Rynku. Porozumienie Rezydentow OZZL

    Nefer
    Nie zawsze rzucają się w oczy, czasem tylko medyczny wzrok wychwyci ich subtelność... Czy Rembrandt i Rubens wiedzieli, że ich modelki chorowały na raka piersi?
    Diagnozujemy sztukę w naszym cyklu. Nie przypuszczasz nawet jak wiele chorób i patologii odnaleźć można na obrazach mistrzów!
    Część II: Choroby genetyczne w malarstwie
    Jak wiemy z poprzedniego artykułu dorobek malarski stanowi ogromny materiał badawczy dla lekarzy-pasjonatów. Dla tych z Państwa, których centrum zainteresowania nie stanowi onkologia, proponuję analizę kilku dzieł przedstawiających chorych na schorzenia genetyczne.
    Długa szyja jest dziś elementem kanonu kobiecej urody, jednak u modelki uwiecznionej na obrazie Madonna z długą szyją Parmigianiniego z 1534 roku jest czymś więcej. Kobieta będąca tutaj wzorem dla wizerunku św. Marii cierpi na zespół Marfana. Świadczyć może o tym wydłużona sylwetka czy cechy arachnodaktylii.

    Symptomy tej samej choroby lekarskie oko dostrzeże w Portrecie młodego mężczyzny Botticellego.

    Botticelli był przedstawicielem renesansu, który nie dbał o szczegóły anatomiczne ludzkiego ciała. Jego prace cechowała raczej maniera świadomego zniekształcania rysunku pod kątem podkreślenia indywidualnych cech portretowanego. Czy chłopak z portretu Botticellego faktycznie cierpiał na zespół Marfana? A może jest to przykład porzekadła "lekarz zawsze wynajdzie jakąś chorobę"?
    Fakt, że rzadkie zespoły genetyczne towarzyszą ludzkości nie od dziś uświadamia nam m.in. dzieło Velazqueza Panny dworskie. 

    Obraz przedstawia pięcioletnią infantkę Małgorzatę Teresę. Zdaniem Vito Franco - profesora anatomii z Uniwersytetu z Palermo, 5-letnia infantka chorowała na tzw. syndrom Albrighta. Przypomnijmy - jest to choroba genetyczna objawiająca się zmianami kostnymi, skórnymi i zaburzeniami hormonalnymi, w tym przedwczesnym dojrzewaniem płciowym.
    Z kolei na zespół Pradera-Williego cierpiała Eugenia Mertinez Vallejo namalowana przez Juana Carreno de Miranda (1680 r.)

    Na obraz kliniczny choroby składają się niski wzrost, upośledzenie umysłowe, hipogonadyzm oraz otyłość, spowodowana mniejszym zapotrzebowaniem energetycznym przy jednoczesnym ciągłym uczuciu głodu. Eugenia z powodu swojej otyłości przezywana była La Monstua - potwór, a jej portret jest najprawdopodobniej najstarszym przedstawieniem tej choroby.
    Lekarz Beata Tomaszewska, specjalista chorób wewnętrznych


    Newman
    „U nas po nieudanej reanimacji rzucamy rękawiczki i zajmujemy się kolejnym pacjentem. Mój rekord pracy to 72 godziny z rzędu”. Polecam mocny tekst Ewy Raczyńskiej.
    Wiele pisze się ostatnio o pracy lekarzy i ich nieproporcjonalnie niskich zarobkach, ale mało w przestrzeni medialnej poświęca się uwagi innym zawodom medycznym. A ich obecność w systemie opieki zdrowotnej jest wszak niezbędna. Codzienną, niedocenianą, mrówczą pracę mało kto zauważa, na pewno nie państwo. Zresztą o pracy pielęgniarek i położnych krąży wiele szkodliwych mitów, które swój początek biorą w poprzedniej epoce.
    To właśnie pielęgniarki są obecne i niezbędne w każdej placówce systemu zdrowia, pozostając w cieniu lekarzy. A jest ich coraz mniej w Polsce, bo za ciężką pracę należy się godziwa płaca, a taką oferuje się pielęgniarce (lub pielęgniarzowi) w wielu krajach Europy. W Polsce sytuacja wymusza nie tylko wielokrotnie cięższą pracę (bo wykonywaną w sytuacji stałego niedoboru kadr), ale i wiedza, doświadczenie oraz umiejętności personelu pielęgniarskiego są bardzo wysokie:
    Praca w anestezjologii i dziedzinach ratunkowych to szczególne narażenie na stres i styk z ludzkimi nieszczęściami, które głęboko odbijają się w psychice pracowników. Odbija się to na życiu pracowników, a także i na życiu ich rodzin o najbliższego otoczenia...
    Autorka przywołuje bulwersujący przypadek manipulacji medialnej, gdy cała Polska dowiedziała się o pielęgniarce, która "zabiła dziecko" podając mu niewłaściwą kroplówkę. Nawet dla mnie zaskoczeniem jest drugie dno tej sytuacji:

    Wielokrotnie pielęgniarki i położne walczyły, strajkowały i głośno domagały się poprawy warunków pracy i płacy, bo w ich tej grupie zawodowej średnie pensje zawsze rosły wolniej niż wśród lekarzy, a rąk do pracy wciąż tylko ubywało.
    Dziś jesteśmy na szarym końcu w Europie pod względem liczby pielęgniarek na 1000 mieszkańców, a akcja "Ostatni dyżur" może się nomen omen ziścić. Było białe miasteczko za pierwszego rzędu PiS, były ostre protesty za min, Zębali, który wdrożył porozumienie-protezę, gdzie podwyżką pensji o kilkaset złotych założył kaganiec i kajdanki związkom zawodowym zrzeszającym PiP. Dziś tysiące pracowniczek, w większości z wyższym wykształceniem i wieloma specjalizacjami z dystansem podchodzą do każdej propozycji polityków, bo nieraz już zostały oszukane i wystawione do wiatru przez kolejnych ministrów, Izby Pielęgniarskie, dyrektorów szpitali.
    Dużym i wartym podkreślenia postępem jest przyłączenie się OZZPiP do Porozumienia Zawodów Medycznych i wspólna walka o poprawę warunków pracy na wszystkich szczeblach publicznej opieki zdrowotnej.
    Dziewczyny! Nie wyjeżdżajcie za granicę, chyba, że na wakacje - bez Was nie damy rady!
    Cały cytowany tekst dostępny na stronie ohme.pl
    Mateusz Malik, lekarz

    MedFor.me
    Nasze, jako lekarzy, postrzeganie świata jest zdeterminowane przez medycynę. Nie umkną naszej uwadze symptomy choroby dostrzeżone u bliźnich. Żartobliwie mówimy czasem "Strassen Diagnose” kwitując najbardziej malownicze i patognomoniczne objawy.
    Proponuję percepcję sztuki wizualnej, jaką jest malarstwo, przez pryzmat naszego zawodu. Malarze, jako doskonali obserwatorzy i dokumentaliści, uwieczniali na swych dziełach (w sposób świadomy lub nie) cechy, które lekarze mogą ocenić pod względem klinicznym.
    Część I: Rak piersi w malarstwie
    Bodaj najbardziej znanym, chodź może nie najbardziej wyrazistym w kwestii patologii klinicznej, jest obraz Batszeba w kąpieli Rembrandta z 1654 roku.

    Mówi się, że zasinienie i nierówność lewej piersi Batszeby to nic innego jak symptom raka piersi. Ciekawostką jest, że rozpoznanie takie postawiło według różnych źródeł dwóch australijskich chirurgów w latach 80. zeszłego stulecia oraz niezależnie włoski lekarz. Powstała nawet inspirowana obrazem książka "Pierś Batszeby: Kobiety, Rak i Historia” autorstwa Jamesa S. Olsona oraz kilka prac naukowych publikowanych w czasopismach medycznych. Sprawa była najwyraźniej mocno intrygująca, gdyż w 2012 roku naukowcy z Uniwersytetu Twente (Holandia) na podstawie analizy właściwości tkanek zanegowali powyższą diagnozę. Modelką Rembrandta była tutaj Hendrickje Stoffels (kochanka malarza), która zmarła kilka lat później według źródeł historycznych po długiej chorobie lub podczas epidemii dżumy.
    Bardziej spektakularne symptomy nowotworu piersi możemy dostrzec na obrazach P. P. Rubensa. Jako przedstawiciel realizmu uwieczniał na swoich pracach dokładnie to co widział. Pozwala nam to zauważyć oznaki choroby u przedstawianych przez niego postaci. Jedna z gracji (pierwsza z prawej) z obrazu Trzy gracje (1637-38) ma otwartą ranę, "skórkę pomarańczową", przemieszczenie brodawki sutkowej, widoczny guz i powiększone węzły pachowe po stronie lewej.

    Innym dziełem Rubensa mogącym być dla nas materiałem do analizy klinicznej jest Diana i jej nimfy podglądane przez satyry (1616). Znowu lewa pierś centralnej postaci kobiecej obrazu wykazuje znamiona chorobowe w postaci deformacji.

    Bardzo podobne kliniczne cechy raka piersi ma przedstawienie Eurydyki z obrazu Orfeusz i Eurydyka tego samego autora. Pozwala to wysunąć przypuszczenie, że do wszystkich trzech dzieł pozowała Rubensowi ta sama modelka.

    Portret młodej kobiety (La Fornarina) Rafaela z 1520 roku to kolejny przykład na to, jak malarz udokumentował objawy choroby u swej modelki. Młoda kobieta sportretowana przez artystę prawą dłonią jednocześnie zasłania i wskazuje na guz deformujący lewą pierś.

    Giovanni Battista Crespi (Il Cerano) na jednym ze swoich fresków (La Madonna libera Milano dalla peste) przedstawił Madonnę o widocznych powiększonych węzłach chłonnych oraz ze zmianą skórną w obrębie górnego kwadrantu prawej piersi. Fresk przedstawia Madonnę wybawiającą Mediolan od plagi.

    Czyżby autor celowo zobrazował w ten sposób „plagę” mylnie przyjmując oznaki raka piersi za objaw choroby zakaźnej?
    Lek. Beata Tomaszewska, specjalista chorób wewnętrznych


    Newman
    Przy Okręgowej Izbie Lekarskiej w Gdańsku powstała pierwsza w Polsce zorganizowana grupa lekarzy i lekarzy dentystów, których podstawową forma zatrudnienia jest umowa cywilnoprawna zwana potocznie kontraktem. Aż trudno uwierzyć, że do tej pory nie powstał żaden istotny związek ani stowarzyszenie osób zatrudnionych w medycynie poza etatem.
    Lekarze kontraktowi stają często w obliczu problemów, które nie dotyczą osób chronionych przez kodeks pracy czy zrzeszonych w związkach zawodowych. A niestety nie brakuje wśród nich osób, którzy o swojej formie zatrudnienia nie mieli okazji zdecydować sami. A jeśli już, to była to decyzja świadoma, ale nie dobrowolna. Tysiące lekarzy słyszy obecnie od dyrektora szpitala "Albo pan/pani bierze ten kontrakt, albo proszę szukać pracy gdzie indziej". Co więcej nierzadko różnymi metodami zmusza się lub kusi pracowników od lat zatrudnionych na umowę o pracę do przejścia na kontrakt. 
    Wygląda na to, że wielu kontraktowców zaczęło już wyciągać wnioski z doświadczeń własnych i kolegów. Zachodni świat doskonale zdaje sobie sprawę, że kilka cyferek więcej na koncie co miesiąc to nie wszystko i nie zawsze jesteśmy piękni, młodzi i bogaci. W USA i krajach Europy Zachodniej lekarze podczas negocjacji warunków zatrudnienia duży nacisk kładą właśnie na zabezpieczenie socjalne, społeczne, zdrowotne, ochronę prawną, warunki wypoczynku od pracy czy możliwość kształcenia - wszystko to, czego ich polscy koledzy wyzbywają się chętnie jednym podpisem. A to przecież dyrektorom szpitali zależy, by specjaliście zamiast umowy o pracę na dobrych warunkach zaproponować "elitarną umowę śmieciową" pozbywając się wielu kosztów pracowniczych i odpowiedzialności.
    A skoro przybywa wciąż tzw. "lekarzy pierwszego kontRaktu" (bo młodzi ludzie po specjalizacji praktycznie nie mają szans na propozycję umowy o pracę), to problem jest coraz bardziej palący. Starsi lekarze, którzy w pewnym momencie zrezygnowali z etatu na rzecz kontraktu narzekają, że brakuje im siły przebicia w rozmowach z dyrektorem czy menedżerem. Zrzeszenie w Porozumieniu da w końcu wielu lekarzom i dentystom realny i słyszalny głos w debacie publicznej.
    Dobrze, że sprawa uznawana za "indywidualny problem zainteresowanego" (bo każdy jak sobie wynegocjuje, tak ma) w końcu została zauważona jako problem zbiorowy. Powstanie Porozumienia, a w przyszłości może i związku zawodowego daje szansę na pozytywny ferment w polskich szpitalach i innych placówkach ochrony zdrowia. Trzymamy kciuki za kolejne takie inicjatywy - w jedności siła.
    Szczegóły na stronie internetowej OIL w Gdańsku.
     
    Mateusz Malik, lekarz

    MedFor.me
    Są takie sympozja, które są czymś więcej niż suchą akademicką debatą czy spotkaniem branżowym. Aranżują spotkanie różnorodnych specjalistów, ekspertów i autorytetów, by zmierzyć się z prawdziwymi wyzwaniami współczesności. Dają szansę na przełomowe, nowe spojrzenie, wytyczają nowe szlaki i zwracają uwagę społeczeństwa na ważne tematy. Bez wątpienia należy do nich wrocławska Konferencja "Główne wyzwania HIV / AIDS w Polsce" 10 IV 2017.
    W imieniu kierowników naukowych konferencji: prof. dr hab. Elwiry Marszałkowskiej-Krześ oraz prof. dr hab. Andrzeja Gładysza zapraszamy do udziału (Wrocław, sala konferencyjna Dolnośląskiej Izby Lekarskiej, ul. Matejki 6, 10.04.2017 g. 12.00).
    Rejestracja: http://fundacjaegida.pl/konferencje.html#
    Jak rozwiązać problemy ostracyzmu społecznego osób żyjących z HIV? Jak zwiększyć dostęp do świadczeń pozamedycznych dla tych osób? Jak utrzymać dotychczasowy wzorcowy standard opieki medycznej stworzony w Polsce? Jak zachęcić do badań w kierunku HIV? Jak pomóc w radzeniu sobie z aspektami życia w rodzinie i w społeczeństwie osób żyjących z HIV i ich bliskich? Jak żyć z osobą współzakażoną (związki mieszane)?
    Wystąpienia ekspertów z całej Polski oraz owocna dyskusja, do której zaprosimy wszystkich uczestników, pozwolą na wypracowanie rozwiązań odpowiadających na rosnące wyzwania związane z profilaktyką przed ekspozycyjną, życiem z HIV / AIDS.
    Wśród zaproszonych gości są eksperci z dziedzin medycznych, prawniczych, etycznych i społecznych.
    Konferencja skierowana jest do lekarzy, pielęgniarek, innych pracowników podmiotów leczniczych, prawników, teologów, przedstawicieli edukacji (nauczycieli i pedagogów, pracowników kuratoriów), firm ubezpieczeniowych i wszystkich dla których problemy HIV i AIDS są istotne.

    Program konferencji Główne wyzwania HIV / AIDS w Polsce
    Źródło: materiały fundacji EGIDA
    Program_konferencji_GWHA.pdf

    Gonzo
    Ostatnie wydarzenia skłoniły mnie do dość karkołomnej refleksji nad życiem, zdrowiem etc.
    Teoretycznie rzecz biorąc to właśnie my, lekarze, powinniśmy świecić przykładem dbałości o własne zdrowie i powinniśmy być najzdrowszą grupą społeczną. Przecież to my mamy wiedzę o tym, jak najlepiej prowadzić zdrowy styl życia. To my mamy wiedzę na temat czynników ryzyka oraz wczesnych objawów chorób. Teoretycznie więc powinniśmy korzystać z tej wiedzy i być okazami zdrowia wyłapując wczesne objawy choroby. Teoretycznie...
    Niestety nie od dziś wiadomo, że teoria sobie, a praktyka sobie. Myślę, że nie trzeba nikomu objaśniać jak wygląda praca lekarza w dzisiejszych czasach. Nieustanne dyżury, kursowanie między szpitalem a trzema poradniami, a jeszcze gdzieś w tym całym pędzie trzeba znaleźć czas dla rodziny i choć chwilę, żeby złapać oddech.
    Nie będę się rozwodził na temat oczywistości typu "brak czasu na regularne zdrowe posiłki", "brak czasu i zbyt duże zmęczenie na uprawianie sportu", gdyż jest to temat jasny. Jednakże ostatnio dała mi dużo do myślenia inna kwestia. Często wykorzystujemy naszą wiedzę i uprawnienia do szybkiego, objawowego samoleczenia. Coś nas boli - wypisujemy receptę "pro auctore" na lek przeciwbólowy, który pozwala nam normalnie funkcjonować i dalej pracować. Przewlekły stres, ciągłe przemęczenie, ignorowanie objawów chorobowych często są opłakane w skutkach.
    Niedawno było głośno w mediach o sytuacjach, kiedy lekarz umierał w trakcie dyżuru. Ilu z nas przedwcześnie umiera z powodu zawału? Ilu z nas jeszcze przed 30 rokiem życia łyka tabletki na nadciśnienie? Ilu z nas skupiając się na pacjentach ignoruje niepokojące objawy u siebie, a potem ląduje na onkologii z rozsianym nowotworem złośliwym? Niestety, nie są to hipotetyczne przykłady. Pracując w oddziale onkologicznym każdego dnia spotykam się z wieloma różnymi historiami i dramatami. Aż włos się jeży na głowie, ile z nich dotyczy pracowników służby zdrowia - lekarzy, pielęgniarek, ratowników medycznych... A przecież gdyby nie zignorować pojawiających się objawów, gdybyśmy dbali także o siebie zamiast zdrowie spychać na margines, choroba mogłaby być wcześnie wykryta, wyleczona...
    Trzeba odpowiedzieć sobie na pytanie dokąd to zmierza? Co jest w życiu naprawdę ważne? Czy warto tak się skupiać na pracy i obsługiwaniu jak największej liczby pacjentów kosztem swojego własnego zdrowia? Chciałbym, żeby ten artykuł był swoistym apelem do nas wszystkich, aby czasem się zatrzymać i skupić trochę na sobie, na swoim zdrowiu. Przecież zdrowie i życie jest tylko jedno, a my jesteśmy zwykłymi ludźmi, a nie robotami. Pamiętajmy o tym, nim będzie zbyt późno i nim to życie przegramy...
    "You will not survive by staying in the shadow"...
    Lek. Dominik Haus

    Newman
    Dzień po Dniu Kobiet, warto pochylić się nad głównymi problemami, które w ogromnym chaosie pod wspólnym tytułem "polska ochrona zdrowia" dotykają kobiet. Nawet przy spojrzeniu przez najbardziej różowe okulary status kobiet-pacjentek i kobiet-pracowników ochrony zdrowia wciąż znacząco odbiega od statusu mężczyzn. By ten stan poprawić warto go najpierw zdiagnozować.
    W obliczu bulwersujących wypowiedzi niektórych polskich polityków, dziennikarzy, a także lekarzy warto przypomnieć, że ostatni wiek - czasy postępującego wyrównywania praw kobiet i mężczyzn to dla świata wyjątkowy okres w historii: czas cywilizacyjnego skoku, drogi od ustawicznej wojny światowej do pokoju, szerokiej i realnej współpracy międzynarodowej, a także ogromnego postępu w medycynie. Nie jest to oczywiście prosty związek przyczyna-skutek, ale sądzę, że nie da się oddzielić tych dwóch tendencji. Polemistom zwracam uwagę na fakt, że miejsca na świecie, gdzie mamy obecnie najwięcej ubóstwa, głodu, epidemii, terroru i wojny, to kraje i rejony, gdzie wciąż jeszcze kobiety są traktowane przedmiotowo, a nie podmiotowo. Oto subiektywny ranking wyzwań i bolączek:
    Problemy polskich kobiet - pacjentek
    DOSTĘP DO ŚWIADCZEŃ MEDYCZNYCH Brakuje refundacji lub jest ona utrudniona w przypadku wielu nowoczesnych leków stosowanych w terapii "kobiecych" chorób (nowotwory piersi, narządu rodnego). Nie tak dawno temu media obiegła sprawa Olgi Jackowskiej (Kory), która, by sfinansować swoje nowoczesne leczenie onkologiczne poniosła ogromne nakłady finansowe. Swoim uporem z pewnością przyczyniła się do szybszego objęcia refundacją olaparibu (leku stosowanego w terapii podtrzymującej platynowrażliwego raka jajnika). Do dziś jednak niektóre uznane leki albo są, z uwagi na cenę, w ogóle niedostępne w Polsce albo dostęp do nich jest istotnie ograniczony. Żeby wspomnieć trastuzumab emtanzyny, bewacyzumab, pertuzumab w leczeniu uzupełniającym czy wiele lekow hormonalnych NIEDOSTATECZNA EDUKACJA ZDROWOTNA POLEK Na poziomie szkoły podstawowej, średniej, nawet wyższej oraz w przestrzeni publicznej edukacja medyczna, higieniczna, seksualna, szczególnie dotycząca profilaktyki różnorodnych chorób odbiega radykalnie od światowych standardów. Przeciętna uczennica (jak i uczeń) wynosi ze szkoły ubogą wiedzę na temat własnego ciała, jego fizjologii, korzystnego dla zdrowia stylu życia. Brakuje na poziomie edukacji szkolnej promocji zdrowia. Także dostęp do profesjonalnej wiedzy na tematy medyczne jest w naszym kraju bardzo ograniczona. Banalny przykład: wpisanie w polskim Internecie dowolnego pojęcia ze świata medycyny w wyszukiwarkę odsyła poszukującego poza Wikipedią do medycznych forów, prasy brukowej oraz podejrzanych sklepów internetowych. W krajach rozwiniętych dla poszukujących pacjentów czeka dobrze pozycjonowana profesjonalna informacja w przystępnej formie. POGARDLIWY STOSUNEK ZE STRONY LEKARZY MĘŻCZYZN (I CZASEM KOBIET) Obserwacja własna: jeśli widziałem w życiu bezinteresownie grubiańskie zachowanie lekarzy bądź lekarek wobec chorych, to w większości dotyczyło ono pacjentek. Nieraz słyszałem niekulturalne uwagi, ironiczne docinki, żarty z podtekstem seksualnym, obraźliwe insynuacje i agresję słowną - zarówno bezpośrednio do kobiet, jak i za ich plecami. I nie chodzi tu bynajmniej o reakcje na niestosowne zachowanie samych "klientów służby zdrowia"... Na potępienie zasługują też wszystkie sytuacje braku poszanowania prywatności i intymności w czasie badania. Stworzenie kobietom przyjaznych warunków i poczucia bezpieczeństwa na przykład w czasie porodu czy operacji to jedno z ważnych wyzwań. ZDROWIE REPRODUKCYJNE "Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet" - tytuł pierwszej części słynnej trylogii Stiega Larssona przychodzi na myśl, gdy prawa zarodków - obywateli in spe są stawiane na równi lub wyżej od praw kobiet w ciąży. Za radykalne i czarno-białe opinie odpowiedzialni są w większości... mężczyźni. Ich też, a nie kobiety zobaczyć można w szeregach tzw. marszy za życiem. W tym punkcie hasłowo zawrę te wszystkie ważne, a w części kontrowersyjne tematy, które w mojej ocenie pokazują głęboki mizoginizm, nieuprawnioną ingerencję w ciało i zdrowie kobiet oraz szokującą sakralizację medycyny. Oto one: zapłodnienie pozaustrojowe, poradnictwo genetyczne i diagnostyka prenatalna, przerywanie ciąży, dostęp do antykoncepcji, opieka okołoporodowa i leczenie bólu, szczepienia przeciw Human Papilloma Virus, edukacja o STDs i inne. OPIEKA GINEKOLOGICZNO-POŁOŻNICZA W Polsce dostęp do ginekologa-położnika staje się podobnie jak stomatologia sprawą medycyny prywatnej. Publiczna opieka ginekologiczna i położnicza często odbiega od standardów w zakresie jakości obsługi i podmiotowego podejścia do pacjentki. Z kolei ginekologia prywatna, z której korzysta ogromna ilość Polek wymyka się nadzorowi epidemiologicznemu i jest źródłem patologii (kontroluję w prywatnej praktyce, operuję w publicznym szpitalu). I nie chodzi tu o odwrócenie tej tendencji, ale ucywilizowanie zasad według jakich postępujemy w Polsce. Problemy kobiet, które pracują w ochronie zdrowia
    RÓŻNICE PŁAC NA TYCH SAMYCH STANOWISKACH Problem znany niemal w każdej polskiej branży nie omija także medycyny. Aby uzyskać stanowisko kierownicze kobieta nierzadko musi wykazać się znacznie większą pracą i zaangażowaniem. Raporty GUS-u potwierdzają różnicę w zarobkach między pracownikami obu płci zarówno w przedsiębiorstwach publicznych, jak i prywatnych. DYSKRYMINACJA PRZY REKRUTACJI NA NIEKTÓRE SPECJALIZACJE Nie jest tajemnicą (niedawno pisał o tym lek. Damian Patecki), że wbrew zasadom rekrutacji niektórzy kierownicy oddziałów, gdzie mogą się szkolić lekarze odmawiają przyjęcia lekarki na rezydenturę ze względu na jej płeć. Takie prywatne sympatie i antypatie to na szczęście problem coraz bardziej marginalny. Jest też zazwyczaj mniejszy, gdy mowa jest o przyjmowaniu do pracy kobiet-specjalistów. PRACA W ZAWODZIE I MACIERZYŃSTWO Matka Polka Lekarka. Kobieta w trakcie specjalizacji w trybie rezydenckim może urodzić i "odchować" dwoje dzieci, choć wymaga to sporej prawnej gimnastyki. Pisała o tym nasza redakcyjna koleżanka w swoim artykule. Ale prawdziwe schody to łączenie marzeń o karierze i rodzinie. Bardzo trudno pogodzić pracę w specjalizacjach zabiegowych, które silnie angażują siły i czas. Bywa, że chirurg czy anestezjolog ma w tygodniu tylko jedno czy dwa "wolne" wieczory dla rodziny. Trudno w takich warunkach budować satysfakcjonujące relacje z najbliższymi. Są kobiety, które rezygnują z wielu zawodowych planów i stawiają na rodzinę. Tego problemu bez partnerskich relacji w domach nie da się rozwiązać, ale można walczyć z głównymi przyczynami polskiej pracy ponad siły - niedoborem lekarzy i skandalicznie niskimi wynagrodzeniami w branży medycznej. DYSTANS I WYŻSZOŚĆ ZE STRONY NIEKTÓRYCH KOLEGÓW I PACJENTÓW Tu także osobiste wspomnienia. Jestem pełen podziwu dla kobiet (lekarek, pielęgniarek, salowych), które z pokorą znoszą seksistowskie docinki, obraźliwe uwagi, agresję słowną. Ich autorami często są nieuprzejmi pacjenci, koledzy z pracy, a niestety i niektórzy szefowie. Z ust niejednego wąsatego profesora czy adiunkta słyszałem wyzierające poczucie wyższości i fatalną opinię o koleżankach i spotkanych w zawodzie kobietach. Pielęgniarki i rejestratorki są też najczęściej "pierwszą linią frontu" w przypadku pacjentów agresywnych, nawet fizycznie.
    Macie własne przemyślenia i uwagi - czegoś tu zabrakło? Piszcie w komentarzach!
    Mateusz Malik, lekarz
     

    Newman
    Muzeum Anatomii Patologicznej (Pathologisch-anatomische Sammlung im Narrenturm) w Wiedeńskiej "Wieży szaleńców" terenie kampusu uniwersyteckiego to miejsce szczególne. Nie tylko ze względu na eksponaty, o czym niżej, ale także z uwagi na wyjątkowe miejsce: Narrenturm to dawny zakład dla obłąkanych stworzony na polecenia cesarza Józefa II Habsburga, gdzie w indywidualnych celach przetrzymywano pacjentów z najcięższymi psychozami. W latach działania zakładu 1798-1843 w Wieży szaleńców przebywało łącznie 3582 pacjentów, a podczas zwiedzania droga prowadzi od jednej celi do drugiej...
    Odbyłem półgodzinny spacer po okrężnej wystawie - nic tak dobrze nie uświadamia, gdzie byliśmy niespełna 100 lat temu (i wcześniej) w kwestii zdrowia, higieny i wiedzy o leczeniu podstawowych chorób. Wstrząsająca kolekcja moulage i autentycznych sformalinowanych preparatów ze zbiorów wiedeńskiej uczelni medycznej to warte przypomnienia, swoiste "memento morbi".
    Dzięki naturalistycznym portretom miałem tu okazję zobaczyć "na żywo" totalnie abstrakcyjne dla mnie zjawiska takie jak facies syphilitica, gruźlica mózgu czy kończyny chorego na trąd (tak, nie był to trądzik).

    Tym mocniej daje po trzewiach realizm tej niedużej wystawy, gdy myślę o nam współczesnych dobrych ludziach, którzy z troski o dzieciaczki nie chcą ich szczepić. Pokażcie im potencjalne płucka ich synka/córeczki sprzed kilku dobrych lat z niegroźnym nalotem pod tytułem gruźlica:

    Zabawnie wygląda plakat z epoki ostrzegający przed zakażeniami "w pracy": przywra, wąglik, gruźlica, ale najlepsza jest... kiła.

    Danke sehr, Herr Koch! Merci Monsieur Pasteur! Děkuji Pan Rokitansky! Dzięki, Panie Dietl!
    Auf wiedersehen B. anthracis, M. tuberculosis, Y. pestis, Variola virus, N. gonorrheae, T. pallidum...

    Mateusz Malik, lekarz