• Nefer
    Jako lekarz czuję się w obowiązku posiadać wiedzę na temat leczenia nie mniejszą niż moi pacjenci, nawet jeśli „leczenie” jest tu słowem wysoce na wyrost. Onkologia jest dziedziną, w której pęd do eksperymentowania na własnym ciele jest u pacjentów wysoko rozwinięty. Chorzy często pytają co sądzę o terapii pestkami moreli, ciecierzycą czy terapii Gersona. Nawet jeśli moja rola ogranicza się do studzenia zapędów pacjenta do „samoleczenia”, wypadałoby wiedzieć przynajmniej o czym chory mówi.
    Stąd pomysł powstania leksykonu obecnie modnych "terapii" onkologicznych rozpowszechnianych w internecie.
    Metoda
    Forma podania

    Postulowane działanie

    Faktyczne działanie
    Antyneoplastony

    Doustna lub iniekcje

    Korygowanie nieprawidłowych komórek

    Teoretycznie -peptydy o działaniu aktywującym geny supresorowe, brak podstaw i dowodów naukowych potwierdzających działanie

    "Witamina B17" (amigdalina)

    Preparat Laetril, jedzenie migdałów, pigwy, czeremchy, pestek moreli, wiśni, jabłek

    Cyjanek niszczy tylko komórki rakowe, nowotworzenie u pacjentów z „niedoborem wit. B17”

    Podczas jej rozpadu powstaje silnie trujący cyjanek, szczególnie przy jednoczesnej podaży wit. C

    Witamina C

    Wysokie dawki p.o lubi.v. (3-12 gramów/dobę)

    Zwiększenie poziomu interferonu, stymulacja produkcji limfocytów

    Przyjmowana  powyżej 2 g/dobę może wywoływać dolegliwości żołądka, nudności, biegunkę, wymioty, wysypkę skórną, obniżać odporność po radykalnym zmniejszeniu dawki. Zazwyczaj nadmiar wydalany jest z organizmu z moczem

    Chloryn sodu

    ( NaClO2- chloran II sodu)

    MMS -  28% tlenowy roztwór chlorynu sodu (NaClO2) w wodzie destylowanej – picie gotowego roztworu zmieszanego z sokiem cytryny

    Silne działanie bakteriobójcze, utlenienie  wirusów, pleśni, bakterii, pasożytów i grzybów.   MMS sprawia, że wydolność układu immunologicznego wzrasta aż 10-krotnie!

    Używany do wybielania papieru, jako herbicyd,odczynnik laboratoryjny, połknięty powoduje methemoglobinemię i w ciężkich przypadkach zgon.

    Chrząstka rekina

    Tabletki, iniekcje iv

    Niszczenie nowotworu, stymulacja układu immunologicznego, hamowanie angiogenezy guza

    Suplementacja wapnia i fosforu

    Dieta dr Budwig

    Dieta olejowo-białkowa, olej lniany i  chudy twaróg

    Dieta przeciwnowotworowa

    Podaż kwasów  tłuszczowych omega-3 - obniżenie poziomu trójglicerydów, korzystny wpływ na zmniejszenie ryzyka chorób układu sercowo-naczyniowego

    Dieta (terapia) Gersona

    Picie 3l soków owocowo-warzywnych oraz lewatywy z kawy 2xdziennie

    Leczenie raka, migreny, gruźlicy, osteoporozy, uzależnień, długowieczność

    Możliwe niedobory wskutek stosowania diety eliminacyjnej, powikłania częstych lewatyw

    Graviola

    Roślina rosnąca w Ameryce Południowej – picie soku

    Zawierają acetogeniny o silnym działaniu przeciwrakowym, mikrobójczym i insektobójczym. 10 000 razy silniejszy od chemioterapii

    Neurotoksyczność acetogenin, powodują odmianę parkinsonizmu- Parkinsonizm Gwadelupski

    Krzem

    ANRY- homeopatyczny preparat związku krzemu

    Leczenie raka, astmy, padaczki, wodogłowia, marskości wątroby, stwardnienia rozsianego, schizofrenii, zapalenia mózgu, niepłodności, żylaków odbytu a nawet AIDS

    Organizm ludzki potrzebuje 20-30 mg krzemu dziennie, składnik tkanki łącznej

    Kurkuma

    1/2 łyżeczki kurkumy 2xdobę (spożywać łącznie z pieprzem)

    Wpływają na 700 ludzkich genów, eliminacja komórek rakowych

    Zawarte w niej substancje wykazują silne działanie przeciwwirusowe, przeciwbakteryjne i przeciwgrzybicze

    Metoda Ashkara

    Utrzymywanie otwartej rany podudzia z ziarnem ciecierzycy w środku

    Usunięcie toksyn z organizmu,a co za tym idzie-wyleczenie raka

    Konsekwencje utrzymywania wiele miesięcy otwartej rany – infekcje, utrata krwi itp.

    Szczepionka dra Rybczyńskiego

    Zastrzyk z zarodników pleśni poddanych działaniu prądu

    Chore na raka zwierzęta zdrowiały, a zdrowe nie chorowały na raka

    ???

    Dla szerzej zainteresowanych tematem - informacje czerpałam ze stron dedykowanych propagowaniu niekonwencjonalnych metod "leczenia" raka: www.leczenieraka.org i www.ligawalkizrakiem.pl. Dostępnych jest jednak wiele materiałów ogólnikowo podkreślających walory i skuteczność terapii niekonwencjonalnych. Uwagę zwraca powtarzający się wśród autorów argument jakoby powyższe terapie były odkryte i stosowane już wiele lat temu - w czasach, gdy nie było mowy o chemioterapii, radioterapii, o immunoterapii nie wspominając. Ponadto podkreśla się ich mniejszą szkodliwość w porównaniu z chemioterapią. Z lekarskiego punktu widzenia część z tych pomysłów terapeutycznych może być częściowo korzystnych, jak choćby uzupełnienie diety chorego na nowotwór o soki owocowe z ekologicznych upraw. Inne (jak metoda Ashkara) napawają grozą i zakrawają na samookaleczenie.
    Celowo pominęłam tu metody powszechnie znane: joga, akupunktura, marihuana, leczenie temperaturą (hipo- i hipertermia). Na uwagę zasługuje wyjątkowe zainteresowanie pacjentów onkologicznych wpływem diety na przebieg choroby i wyniki badań laboratoryjnych. Żałuję, że nie wykazują takiego zainteresowania pacjenci z cukrzycą, nadciśnieniem tętniczym, zespołem metabolicznym czy alkoholową marskością wątroby.
    Lekarz Beata Tomaszewska, specjalista chorób wewnętrznych
    Newman
    Po kilku miesiącach akcji informacyjnej, dyskusji, eventów, ulicznych zbiórek, dzięki zaangażowaniu tysięcy osób w całej Polsce Porozumienie Zawodów Medycznych zaprezentowało dziś wyniki zbiórki podpisów pod Obywatelskim projektem ustawy ws warunków zatrudnienia w ochronie zdrowia. Na konferencji prasowej zwołanej w Domu Lekarza w Warszawie przedstawiciele wszystkich zawodów medycznych ogłosili, że pod projektem podpisało się ponad 239 tysięcy obywateli.
    Taki wynik zobowiązuje polski parlament do rozpatrzenia omawianego projektu w Sejmie. Projekt powstał w kontrze do rządowego projektu minimalnych wynagrodzeń dla różnych grup zawodowych w ochronie zdrowia. Obie propozycje legislacyjne to trwałe umocowanie względem średniej krajowej wynagrodzeń dla lekarzy, pielęgniarek, fizjoterapeutów, diagnostów laboratoryjnych, ratowników medycznych, techników medycznych, logopedów, psychologów i innych pracowników publicznej ochrony zdrowia. Ministerialny projekt proponuje jednak stawki dalece niesatysfakcjonujace dla środowiska. 
    Teraz w sejmie będą rozpatrywane równolegle dwa projekty dotyczące tego samego. Skoro już projekt rządowy budzi duże kontrowersje w samym gabinecie premier Szydło z uwagi na ograniczone możliwości budżetowe, to tym większego sprzeciwu ministra finansów można spodziewać się w przypadku projektu obywateli. 
    Rząd Prawa i Sprawiedliwości doszedł do władzy między innymi dzięki hasłu "wsłuchiwania" się w głos obywateli. Czy politycy posłuchają głosu pracowników polskiej medycyny? 
    Mateusz Malik, lekarz
    surowy
    Medyczna flegma. Brzmi okropnie ale tak najlepiej można oddać stosunki w naszym  środowisku. Brakuje porządnego "expectoration". Kto przyjdzie i wstrząśnie? Kto naprawi i oczyści tę zalegającą wśród nas "sputum"?
    Pisałem ostatnio o najgorszych praktykach. I nagle środowisko się podzieliło. Dostałem wiadomości, że wreszcie ktoś podnosi głos i mówi, że jest źle, że potrafi napisać jak lekarze są niemili wobec siebie, jak praktyki młodych adeptów medycyny są de facto fikcyjne. Ale dostałem, też opinie, że nie ma co się dziwić, bo przecież mało umieją (to po co mają zalegać w gabinetach i czas innym zajmować), że każdy przeszedł taką drogę, że to wada systemu.
    W tym wszystkim najbardziej mi przeszkadza PODZIAŁ. Nie ma wspólnej chęci do zmian na lepsze. Nie ma wciąż jednego wspólnego głosu. To tak, jak z walką zjednoczonych rezydentów - wszyscy się zgadzamy, popieramy, a i tak znajdą się Ci, którzy stwierdzą: A po co to robić, po co się starać, przecież i tak nic się nie zmieni. Podobnie jest z pielęgniarkami - podobno wszystkie chcą podwyżek i lepszych warunków pracy, ale wciąż nie ma jedności w środowisku. Wciąż są podziały, bo lepiej jest narzekać niż coś zrobić.
    Odniosę się do praktyk dla studentów medycyny. Wiadomo, że system nauczania jest wadliwy. Każdy Uniwersytet ma własny program, własne siatki godzin, każdy kierownik Katedry czy Kliniki może zarządzać swoim przedmiotem jak chce, a w efekcie z przedmiotu niepotrzebnego można zrobić arcytrudny egzamin, a z przedmiotu najistotniejszego w kształceniu lekarzy można zrobić zaliczenie dzięki obecności. Studia trwają niesamowicie długo i w efekcie kiepsko przygotowują do praktyki. Studenci są zarzuceni, szczególnie na pierwszych latach, ogromem niepotrzebnej wiedzy. Informacjami, które z czasem są zapominane i wypierane przez kolejne. Zajęcia kliniczne są prowadzone różnie. Jedni lekarze-nauczyciele akademiccy chętnie pokażą i pomogą, inni zaś zaczynają zajęcia godzinę po czasie, niechętnie współpracują, mają "gdzieś" swoich studentów. Jeżeli zaś chodzi o praktyki wakacyjne, to faktycznie: wpuszczanie studentów do POZ po 2 roku studiów jest absurdem. Ale to samo można powiedzieć o praktykach pielęgniarskich po 1 roku. Po cóż mamy iść na nie po pierwszym roku, naładowani wiedzą z anatomii i fizjologii, gdy nie umiemy nawet trzymać strzykawki w ręku? Zatem ma ktoś nas tego musi nauczyć - pielęgniarka. Czyli te praktyki mają sens? Ale idziemy po 2 roku do POZ i mamy:
    1 Poznanie zasad rejestracji chorych, rodzaju dokumentacji i systemu prowadzenia kartoteki chorego.
    2 Asystowanie lekarzowi w przychodni przy przyjmowaniu chorych, a w miarę możliwości także w wizytach domowych oraz w zbieraniu wywiadu.
    3 Poznanie zasad wydawania zaświadczeń lekarskich i orzeczeń o czasowej niezdolności do pracy.
    4 Poznanie zasad kierowania chorych do badań specjalistycznych, ich transportu oraz sposobów wypełniania skierowań do takich badań.
    5 Opanowanie zasad organizacji pracy w gabinecie zabiegowym.
    6 Doskonalenie umiejętności wykonywania wstrzyknięć podskórnych i domięśniowych.
    7 Nabycie umiejętności wykonywania i interpretacji prób nadwrażliwości na niektóre leki (głównie antybiotyki).
    8 Opanowanie zasad udzielania pierwszej pomocy w nagłych wypadkach.
    9 Współudział w wykonywaniu drobnych zabiegów lekarskich.
    10 Zasady pobierania i przesyłania materiałów do badań laboratoryjnych i rejestracji wyników.
    11 Zapoznanie się z metodami przeprowadzania badania bilansowego pacjenta do ukończenia 18. roku życia.
    12 Poznanie zasad kwalifikowania pacjenta do szczepień oraz stosowania kalendarza szczepień u pacjentów do ukończenia 18. roku życia.
    Kiedy więc tych wszystkich punktów mamy się nauczyć? Przerzucić może zajęcia w POZ z 2 na 6 rok? Chyba tylko po to, aby już utwierdzonych studentów jeszcze bardziej uprzedzić przed pracą w takim miejscu. O, wprowadźmy jeszcze obowiązkowo kilka dni w całodobowej opiece. Dopiero będzie się działo!
    Absolutnie nigdy nie zgodzę się z opinią, że student jest niepotrzebny w gabinecie, że podbijam mu pieczątkę w indeksie i żegnam! Tak nie może być! Już wolę "starych męczycieli", co to trzymają studentów od 8:00 do 15:05 aniżeli leni, którzy za nic mają studentów - przyszłych lekarzy, przyszłych kolegów. To tak, jakby na kursie prawa jazdy instruktor na piękne oczy podbijał pieczątkę, a potem puszczał w świat 50 km/h lewym pasem.
    Jak już narzekamy, to pójdźmy o krok dalej: piszmy do władz i powiedzmy im co jest źle - dając odpowiedni przykład zmiany. Po to idziemy na praktyki, żeby się czegoś nauczyć. Jeżeli ktoś się zgadza nas przyjąć, bierze odpowiedzialność za to, byśmy wyszli chociażby z dobrą opinią o tym miejscu: że tam dzieje się dobrze, że dba się o dobro pacjenta i PERSONELU, a nie pracuje jak "maszyny do stawiania pieczątek". Idąc na chirurgię jakoś nie jesteśmy zbędni. I nie zgodzę się, że mamy nagle niesamowicie większą wiedzę po 3 czy 4 roku, która sprawia, że stajemy się ogromnie przydatni. Ledwo umiemy dotknąć pacjenta, zbadać i ewentualnie rozpoznać podstawowe jednostki chorobowe, trochę wiemy o farmakologii i leczeniu. Może warto byłoby się zastanowić nad solidnym przedmiotem propedeutyki medycyny już na 1 roku, tak żeby ten biedny niedouczony i NIEPRZYDATNY według niektórych student miał jakiekolwiek pojęcie o tym, co dzieje się na oddziale czy w szacownej przychodni.
    A ten lichy taboret dla praktykanta, fartuch zakładany na korytarzu, własne kolana to tylko kwestia dobrej kultury i wychowania lekarzy, bo są tacy, którzy znajdą miejsce na biurku dla nowego kolegi, poświęcą dodatkową minutę, żeby i "młody" osłuchał pacjenta. Ale to kwestia podejścia i tego jak bardzo nam się chce. Rozumiem skalę problemu przeładowanych przychodni, braku czasu na dobry wywiad i badanie pacjenta, ale nie możemy sami dyskwalifikować przyszłych lekarzy. To jest forma edukacji społeczeństwa. Zaniżamy szacunek do własnego zawodu. Na przestrzeni lat nasze środowisko zyskało opinię skorumpowanych, bogatych, wrednych i opryskliwych doktorów. Sami do tego doprowadziliśmy. No może z pomocą mediów. Jak potem pacjent ma wyrazić zgodę na badanie przez studenta, na podstawowy zabieg czy cokolwiek widząc pokrzywionego w kącie zahukanego błazna w białym kitlu, którym nikt się nie interesuje...
    Dziwne, że akurat POZ stwarza najwięcej problemów… Może faktycznie jest do jedna z najbardziej wadliwych gałęzi medycyny…
    surowy
    Kiedy studiujemy, poznajemy medycynę od środka. Nowe przedmioty, wielcy profesorowie, tyle ambitnych planów. Zdobywamy wiedzę i chcemy poszerzać swoje horyzonty. Obcujemy z ludźmi chorymi, cierpiącymi oraz tymi, którzy leczą - mentorami, wybitnymi specjalistami. Ale niestety trafiają się i przykre historie, kiedy to poznajesz wadliwy dział medycyny, albo raczej środowiska medycznego.
    Chyba po drugim roku mieliśmy praktyki u lekarza rodzinnego. Znamy go wszyscy, chodzimy od dziecka do jednej przychodni. Witamy się na ulicy. A teraz razem usiądziemy w gabinecie i będziemy leczyć. O, jak marzyłem o tych praktykach. Przecież od małego przychodzę tutaj jako pacjent, wszystkie "starsze" pielęgniarki już mnie kłuły, szczepiły, mierzyły. Niejeden lekarz diagnozował ospę czy anginę. Dzisiaj to ja będę z nimi pracować.
    Przecież mnie znają - będzie super! Na początek wspólna kawka, aby się poznać, a potem dumnie będziemy kroczyć przez korytarz w białym kitlu. Tak, żeby wszyscy widzieli, że idą oni - doktory. Potem będę pisać recepty, badać, diagnozować, kierować do specjalistów. Ktoś na pewno trafi z zatrzymaniem krążenia i poprowadzę całą akcję reanimacyjną; ktoś przyjdzie ze złamaną ręką i założę swój pierwszy gips, a może nawet rozpoznam cukrzycę albo raka.
    Tyle marzenia o wspaniałych praktykach.
    Ani jedno słowo się nie sprawdziło. Ani jedna pielęgniarka mnie "nie pamiętała". Ani jeden lekarz nie badał ze mną. Główne pytanie: po co ja tu jestem? No, sprawa oczywista: żeby nauczyć się, jak być dobrym lekarzem. Żeby poznawać pracę od środka, żeby badać pacjentów, nauczyć się z nimi rozmawiać, zdobywać nowe doświadczenia. Pielęgniarki dumnie kroczyły, wielkie Panie ośrodka zdrowia, zacnej przychodni. Doktory pochowane w gabinetach z przygotowaną stertą recept. Nikt nie odpowie dzień dobry, nikt się nie uśmiechnie. Pytam kiedy przyjmuje dany lekarz i dostaje odpowiedź, że przecież "pisze na drzwiach". Tak bardzo ten obraz dobrego personelu medycznego z dzieciństwa nie zgadza mi się z tym, co otrzymuję teraz - pogarda, brak chęci współpracy...
    Trafiłem wreszcie do gabinetu internisty. Przyjęliśmy "aż" dwóch pacjentów, z czego jeden to przedłużenie recept, a drugi z neuralgią i skierowaniem do specjalisty. Po czym lekarz mówi: może Pan sobie już iść do domu, dziś już nic ciekawego nie będzie.
    Oczywiście w gabinecie miałem dodatkowy fotel, miejsce do robienia notatek, także zostałem poczęstowany herbatą w upalny dzień i mogłem swobodnie rozmawiać z pacjentami a potem zadawać pytania lekarzowi, by pogłębić swoją wiedzę. A nie … tak chciałem żeby było. Nie było. Był taboret w kącie, moje kolana i to wszystko. Pacjenta nie dotknąłem. A i fartuch też na korytarzu zakładałem, bo miejsca w szatni nie było.
    Resztkami nadziei, że może będzie inaczej spróbowałem zagadać do Pani w laboratorium, że może chociaż krew komuś pobiorę, gazometrię nawet. A gdzieżby! "Pan miał to na praktykach rok temu, ja nie będę odpowiadać za Pana, poza tym my tu mamy dużo pracy” - usłyszałem. Dziękuję było mi bardzo miło. Ale jeszcze są specjaliści. Znany ginekolog w mieście, świetne opinie to może chociaż on mnie przyjmie i pokaże USG. „Panie Doktorze, nazywam się X, jestem studentem… czy mógłbym dzisiaj Panu asystować w badaniu pacjentów…?” Pada jasna i klarowna odpowiedź: Nie. Proszę przyjść sobie na oddział do szpitala, ale nie w przychodni.
    Tak oto minęły moje praktyki w dziedzinie medycyny rodzinnej. Bardzo się zraziłem i żałowałem każdej chwili tam spędzonej. Nabrałem też dystansu do tych wszystkich ludzi tam pracujących. Przykre to było. Myślę sobie: oni też kiedyś byli młodzi. Też chcieli się uczyć i zdobywać wiedzę. I też ktoś im to musiał pokazać, doradzić, nauczyć. Szkoda, że zapomnieli o tym. Szkoda też, że zapomnieli o kulturze i szacunku do drugiego człowieka.
    Pozostaje apel: szanowni medycy, szanowni lekarze, szanowne pielęgniarki: pamiętajcie, że was też ktoś uczył i wy też przekażcie tę wiedzę innym. Młody adept medycyny może być kiedyś waszym lekarzem. Dajcie mu szansę i traktujcie go z szacunkiem tak jak wy chcieliście być traktowani.
    A wy, studenci: nie bójcie się reagować na takie zachowania. Praktyki można zmienić. Waszym prawem jest zdobycie wiedzy i wyniesienie z takich zajęć jak najwięcej treści, a nie poczucia beznadziei i tego, że ktoś was zmieszał z błotem. Nie możecie sobie na to pozwolić, choćby dopuszczał się tego największy profesor!
    Newman
    W dobie nieograniczonego dostępu do wiedzy oraz epoce epatowania seksualnością w przestrzeni publicznej stan wiedzy na temat płciowości i rozrodczości wśród dzieci i młodzieży w Polsce jest wciąż zatrważająco niski. Potwierdzają to liczne badania, a seksuolodzy biją na alarm. A jak na kraj będący europejską stolicą hipokryzji przystało politycy wszystkich ekip wbrew zdrowemu rozsądkowi udają, że tematu nie ma i ucinają wszelkie próby wprowadzenia do szkół merytorycznej edukacji seksualnej.
    Wiadomo nie od dziś, że im większa u nastolatków wiedza na temat własnego ciała, jego fizjologii, różnic w procesie dojrzewania obu płci, kolorytu orientacji seksualnych, pozytywnych przeżyć, ale też zagrożeń związanych z podjęciem aktywności seksualnej, metod antykoncepcji i bezpiecznej prokreacji - tym mniejsza dezinformacja, mniejsza liczba niechcianych, nastoletnich ciąż i mniej osób zakażonych STD. W Holandii, gdzie liczba ojców i matek w wieku dziecięcym jest najniższa w Europie, edukacja seksualna jest obowiązkowa, a jej elementy obecne na większości przedmiotów - biologii, historii, języku holenderskim... Bo rozmawia się wszak nie tylko o anatomii, ale też o kwestiach zdrowotnych, psychologicznych, różnorodności seksualnej. W warunkach pruderyjnej, fasadowo katolickiej Rzeczpospolitej panuje powszechna spychologia - politycy zrzucają problem na rodziców, rodzice na nauczycieli "wychowania do życia w rodzinie" (najczęściej są to nauczyciele biologii, WF i historii, a co dziesiąty jest katechetą), a młodzież wiedzę i tak czerpie z internetu i od rówieśników. Nie trzeba dodawać, że jest to wiedza wybiórcza, a czasem wręcz niebezpieczna.
    Tym więcej dobrych słów warto kierować pod adresem inicjatyw (w lwiej większości pozarządowych), które ten stan rzeczy chcą zmieniać. Jedną z nich jest organizowana już nie po raz pierwszy przez Międzynarodowe Stowarzyszenie Studentów Medycyny IFMSA ogólnopolska akcja:
    Tramwaj Zwany Pożądaniem
    Każdego roku w Polsce przybywa osób zakażonych HIV, niestety większość z nich nie jest świadoma, że mogła mieć kontakt z wirusem. Młodzi ludzie często nie mają wystarczającej wiedzy odnośnie bezpieczniejszego seksu i infekcji przenoszonych drogą płciową, co w połączeniu z częstszą zmianą partnerów prowadzi do większej ilości zakażeń. Dlatego z myślą o nich IFMSA-Poland przygotowało akcję Tramwaj Zwany Pożądaniem.
    W 10 miastach Polski specjalnie wynajęte tramwaje i autobusy krążą po centrum, zapewniając wszystkim swoim pasażerom dobrą muzykę i zabawę, dojazd do klubów a co najważniejsze - porządną dawkę wiedzy z zakresu profilaktyki zakażeń HIV. W każdym Tramwaju będzie można dowiedzieć się między innymi jakie zachowania są najbardziej ryzykowne, jak zabezpieczać się przed zakażeniem HIV, gdzie można wykonać anonimowy i bezpłatny test oraz jak wygląda ewentualne leczenie. Dodatkowo, w czasie przejazdu każdy może otrzymać liczne gadżety pomagające zadbać o bezpieczeństwo, a ci bardziej aktywni mogą liczyć na atrakcyjne nagrody oferowane w czasie konkursów.
    Imprezę solidarnie objęły patronatem uczelnie medyczne, Państwowy Inspektor Sanitarny, konsultanci chorób zakaźnych, organizacja pozarządowe ds. AIDS, izby lekarskie i media.
    Dni, w których odbywa się wydarzenie na poniższej grafice, a szczegółowe informacje na stronie wydarzenia!

     
    Mateusz Malik, lekarz
    Źródła:
    https://www.facebook.com/TramwajZwanyPozadaniemPolska/ http://weekend.gazeta.pl/weekend/1,152121,21664836,wychowanie-do-zycia-w-rodzinie-w-polskiej-szkole-nauczyciele.html http://wyborcza.pl/7,75398,21754392,o-seksie-w-szkole-lepiej-spytac-tate-edukacja-seksualna-wedlug.html
    Nefer
    Przeszukując zasoby internetu w poszukiwaniu materiałów do artykułu o symptomach chorób uwiecznionych na obrazach natrafiłam na dość intrygujące znalezisko. Zajęcia z anatomii będące naszą zmorą na 1. roku studiów były, okazuje się, wdzięcznym tematem dla wielu malarzy przez kilka stuleci. W powszechnym przekonaniu dopiero wiek XX przyniósł rozwój wiedzy anatomicznej, a jej nauczanie wcześniej było nie tylko zaniedbywane, ale wręcz karalne. Po analizie sporego dorobku malarskiego w tej materii, historia medycyny w zakresie badania pośmiertnego jawi się nam w nieco innym świetle.
    Część III: Sekcja zwłok w malarstwie
    Jedynym anatomem, który został skazany przez Świętą Inkwizycję był Andreas Vesalius. Uczony, uważany za ojca współczesnej anatomii, w 1564 roku w Madrycie przeprowadził publiczną sekcję zwłok. Niestety w trakcie sekcji okazało się, że serce nieboszczyka nadal bije. Inkwizycja oskarżyła Vesaliusa o morderstwo. Szczęśliwie Król Filip II zamienił karę śmierci, na którą skazano anatoma, na pielgrzymkę do Jerozolimy.
    Vesalius w trakcie autopsji namalowany przez anonimowego włoskiego malarza.

    Wobec powyższych faktów przestaje dziwić, że sekcje zwłok (głównie publiczne), były przez lata dość powszechne, stąd i tak ochoczo uwieczniane na płótnie.
    Anatom przedstawiony na rycinie po prawej stronie żył we Włoszech w latach 1275-1326 i nie był pierwszym medykiem dokonującym autopsji i nauczającym anatomii.
     
    Ciekawym dziełem przedstawiającym lekcję anatomii jest poniższa Lekcja anatomii autorstwa Bartolomeo Passarotti datowane na ok 1570 r.

    Przykłady można jednak mnożyć. Nieco makabryczna praca  Jana van Necka - Lekcja anatomii dr Ruyscha przedstawia sekcję zwłok małego dziecka.

    Ten sam anatom przy pracy, namalowany został także przez Adriaena Backera.
    Mało kto wie, że twórca najsłynniejszej lekcji anatomii był autorem drugiego obrazu o podobnej tematyce. Fragment spalonego obrazu Lekcja anatomii doktora Deymana Rembrandta  przedstawia rzadko spotykany temat sekcji głowy.

    Nowszymi dziełami o tej samej tematyce, lecz zgoła innej poetyce są Anatom Gabriela von Maxa (1869) i Anatomia serca Enrique Simonet (1890).


    Oba dzieła skupiają się na emocjach. Przedstawieni na nich lekarze trwają w zadumie. Czerń typowego lekarskiego ubrania mocno kontrastuje z bielą prześcieradła i nagiego kobiecego ciała. W tym ujęciu zwłoki i ich badanie przestaje być tylko beznamiętną lekarską czynnością, a staje się przyczynkiem do rozmyślania, kontemplacji i zadumy nad ludzkim życiem i śmiercią.
    Lek. Beata Tomaszewska, specjalista chorób wewnętrznych

    (w artykule wykorzystano treści bloga edusens.blogspot.com)
    surowy
    „Człowiek jest wielki nie przez to, co posiada, lecz przez to, kim jest; nie przez to, co ma, lecz przez to, czym dzieli się z innymi.” 
    Tak też jest z dobrymi lekarzami. Tymi, którzy przysięgali walczyć o życie pacjenta, zawsze służyć choremu i być gotowym nieść pomoc każdego dnia, o każdej porze. Czas zapomnieć na chwilę o "złej służbie zdrowia", o wiecznym narzekaniu, wytykaniu błędów, długich kolejkach do gabinetu. Dziś pochwalmy się tym co dobre, a mamy czym. Wśród nas, lekarzy i pielęgniarek, szarych pracowników dnia codziennego, zwykłego szpitala są ludzie, którzy swoimi czynami są odzwierciedleniem słynnego dr Judyma. Taki przykład charakteru, taki przykład postępowania i funkcjonowania co roku docenia i głośno chwali wydarzenie: Miłosierny Samarytanin Roku.
    Nie można wciąż tylko mówić jak jest źle. Nie można wiecznie wytykać palcami tymi, którzy źle działają, którzy nie myślą o innych. Włączamy telewizję, słuchamy radia, a tam wciąż: zginęło tyle osób, ten oskarżył tego itd. Nie ma dnia, który rozpocząłby się od słowa: Szanowni Państwo, dzisiaj na świat przyszło ponad 1000 małych szkrabów, życzymy im dużo zdrowia, a rodzicom wielkie gratulacje. Reklamy biją po oczach, by kupić rewelacyjne suplementy, cudowne leki bez recepty, niesamowite środki, które wyleczą wszystko i jeszcze więcej. Ale sukcesy medycyny, w tym polskiej to dosłownie 15-sekundowa wzmianka i znów śmierć, smutek, zło.
    Świata nie zmienimy, ale zmienić możemy to co nas otacza. To żeby przyjść do pracy i wypełnić swoje obowiązki na 100%. To jedna z najważniejszych rzeczy. Bo jak może być tak, że pielęgniarka woła lekarza, który przechodzi korytarzem i prosi o ‘’ustalenie insulin’’ a lekarz mówi, że od tego jest dyżurny. Albo woła lekarza do pacjenta a lekarz odpowiada, że to nie jego sala. Guzik! Każdy pacjent jest Twój. Masz pomóc każdemu, bo taka jest Twoja praca i takie są obowiązki. Oczywiście nikt nie tłumaczy zrzucania pracy na innych, wysługiwania się czy migania od pracy. Chodzi o zwykłą życzliwość i chęć pomocy i współpracy z innymi. Panie pielęgniarki też powinny pamiętać, że jeżeli lekarz coś ‘’dziwnego’’ zleci to nie po to, żeby dołożyć pracy styranym kobietom, ale ma to jakieś ważniejsze przesłanki i potrzebne jest np. w diagnostyce. Albo też jak tu walczyć z zakażeniami szpitalnymi i zmniejszać śmiertelność pacjentów, gdy dołożymy wszelkich starań do aseptyki i antyseptyki, a ktoś przyjdzie i od niechcenia podłączy kroplówkę do wkłucia centralnego bez wcześniejszej dezynfekcji.
    Na tym właśnie polega "zacznij zmieniać świat od siebie”. Pilnuj swoich obowiązków, wypełniaj je tak jak należy. Bo robisz to nie tylko dla pieniędzy, nie tylko dla siebie, nie tylko dla pacjentów - robimy to wszyscy razem dla nas. Razem pracujemy na oddziale więc razem o niego dbajmy. I tak właśnie możemy przejść do meritum. Jest taki doktor, który został doceniony za swoją pracę. Jest skromnym, zwykłym internistą. Pracuje w oddziale chorób wewnętrznych w małym szpitalu, w małej miejscowości. Kto go może znać? Wszyscy. Bo nie odmówi pomocy nikomu. Dyżur zaczyna o 7.30 ale jest już o 6, aby wszystkim nowo przyjętym pacjentom zrobić USG. Każdego pacjenta przytuli, pocieszy, porozmawia. Dla każdego ma czas, szeroki uśmiech i niezwykłą trafność diagnostyczną. Znają go wszyscy, bo wiedzą, że zawsze pomoże, a nigdy nie zgani, nie oczerni. Nie interesuje go polityka, kariera, blichtr, pieniądze, sława. Chcesz podziękować kwiatami to będzie uciekać przez pół oddziału, żeby nie przyjąć tego skromnego podarku a potem i tak oddaje koleżankom albo zostawia dla wspólnego dobra na oddziale. Został w marcu 2017 uhonorowany w małopolskim plebiscycie: 
    Osoba bezinteresownie niosąca pomoc Drugiemu Człowiekowi - w kategorii "Pracownik służby zdrowia" statuetkę „Miłosierny Samarytanin roku 2016” otrzymał:
    lek. med. Andrzej Cyganek
    Doktor Andrzej to lekarz jakich mało, pomaga nie tylko w ramach pracy w szpitalu, ale często można Go spotkać poza godzinami, gdy tylko ktoś potrzebuje pomocy. Nigdy nie odmawia ciężko chorym w domach.
    Pomaga także potrzebującym z Afryki, leczy i funduje lekarstwa. Angażuje się w liczne inicjatywy społeczne, zawsze unikając rozgłosu. 
    Każdy z nas może otrzymać statuetkę, ale nie każdemu z nas ona się należy. Pracujmy na swój prywatny sukces, a może i my kiedyś zostaniemy docenieni. Tak niewiele trzeba, żeby być samarytaninem służby zdrowia, ale dla niektórych do kamienie milowe.
    Zacząłem cytatem i cytatem skończę: „Szczęście człowieka na ziemi zaczyna się dlań wtedy, gdy zapominając o sobie zacznie żyć dla bliźnich.”
    Łukasz Surówka
    MedFor.me
    W dobie fantastycznego rozwoju medycyny codziennie zderzamy się z irracjonalnym lękiem przed jej wielkimi zdobyczami. Jednym z największych przełomów w XX wieku był ogromny postęp w rozumieniu i leczeniu niepłodności. Właśnie zdrowiu reprodukcyjnemu poświęcona jest czwarta edycja międzynarodowej konferencji naukowej, którą MedFor.me objęło patronatem:
    "Development of Scientific Cooperation in Reproductive Medicine Research" Warszawa, 9-10 czerwca 2017 w Airport Hotel Okęcie.
    Rejestracja trwa, a będzie można wysłuchać m.in. światowych i polskich pionierów metody zapłodnienia IVF. Jednym z nich jest profesor Marian Szamatowicz, którego polemiczny tekst publikujemy.
    ***
    Zdecydowałem się napisać krótki komentarz do niektórych medialnych wypowiedzi.
    „Wstrząsająca prawda o In vitro: żeby mogło urodzić się 122 tys dzieci poświęcono życie prawie 4 mln innych dzieci” „Żaden poważny ginekolog nie twierdzi, że In vitro leczy niepłodność” „Z dziecka poczętego In vitro posłowie większości uczynili narzędzie zaspokojenia pustki ludzi życiowo niespełnionych” „Ustawa równa się cywilizacja śmierci” Pozwolę sobie zadać kilka pytań, na które zechcieliby udzielić odpowiedzi ci, którzy w sposób niezwykle agresywny i niestety kłamliwy atakują leczenie niepłodności przy wykorzystaniu metody In vitro i pokrewnych.
    Po pierwsze - kiedy Pan Bóg stworzył mężczyznę i kobietę powiedział: „Bądźcie owocni i rozmnażajcie się”. Nie mówił w jaki sposób. Prawie 90% populacji nie ma problemu z rozrodem. Natomiast, w sposób niezawiniony, około 10% nie może doczekać się ciąży i porodu upragnionego dziecka. W skali globalnej to oznacza ponad 72 mln par, z których prawie 43 mln poszukuje pomocy. W Polsce według danych szacunkowych problemy z rozrodem ma ponad milion par, z których około 200 tys. zgłasza się po pomoc. Uniwersalna Deklaracja Praw Człowieka mówi, że prawo do posiadania potomstwa jest podstawowym prawem człowieka. A zatem pytanie - czy leczenie niepłodności jest „zaspokojeniem pustki ludzi życiowo niespełnionych” czy też wypełnianiem obowiązku w doprowadzeniu do ciąży i porodu?
    Po drugie - nie umiem skategoryzować kto jest poważnym a kto niepoważnym ginekologiem. Natomiast wiem, że jeden utytułowany ginekolog w Polsce przed laty powiedział: „Techniki rozrodu wspomaganego medycznie to nie są procedury lecznicze, czasami pomagają uniknąć bezdzietności.” I ta nonsensowna teza do dnia dzisiejszego jest powtarzana jako argument. W 2015 roku w połowie czerwca w Lizbonie prawie 10 000 ludzi z całego świata debatowało jak najskuteczniej pomagać niepłodnym parom. Nikomu nie przyszło do głowy aby metodę In vitro dyskredytować. Komitet Nagrody Nobla w 2010 r kiedy tę nagrodę przyznawał Robertowi Edwardsowi uzasadnił ją „za największe osiągnięcie medycyny klinicznej  XX wieku”.  A zatem kolejne pytanie - czy metoda In vitro jest metodą leczenia niepłodności?
    Po trzecie - głosi się, najdelikatniej określając, kłamliwe tezy, że naprotechnologia zastąpi In vitro. Naprotechnologia posługuje się w wielu sytuacjach takimi samymi jak medycyna rozrodu technikami diagnostycznymi i stosuje takie samo leczenie farmakologiczne i zabiegowe (do tego ostatniego dodaje „napro”). Podstawowa różnica polega na tym, że naprotechnologia nie uznaje leczenia niepłodności za pomocą metod wspomaganej prokreacji. Po nie-skutecznym leczeniu farmakologicznym lub zabiegowym oferuje adopcję. Natomiast, przy nieodwracalnie uszkodzonych jajowodach, w zaawansowanej endometriozie, w ciężkich postaciach czynnika męskiego (dominująca przyczyna niepłodności), a także po wcześniejszych niepowodzeniach w leczeniu naprotechnologia nie daje żadnej szansy na ciążę. A to dotyczy ponad 50% niepłodnych par. Jednocześnie wiem, że w takich nie dających szansy na sukces sytuacjach za instruktaż pobiera się niemałe pieniądze. Kolejne pytanie - czy jest to moralne (mógłbym użyć innego, dosadniejszego  sformułowania) aby głosić tezę, że naprotechnologia zastąpi In vitro?
    Po czwarte - przedstawia się pseudoargumenty,  że In vitro jest metodą mało skuteczną. Bardzo dotkliwym dla leczonych pacjentów jest fakt, że metoda nie daje pełnej gwarancji na ciążę i urodzenie dziecka. Natomiast prawda jest taka, że skuteczność In vitro na poziomie 30-40% na cykl zdecydowanie przewyższa tzw. miesięczny wskaźnik płodności, który wynosi ok. 20 i tylko wtedy jeśli kobieta jest poniżej 30 roku życia. Ten wskaźnik sukcesu 30-40% jest bardzo dobry, ale to również oznacza, że wskaźnik niepowodzeń wynosi 60-70%. Nie zadaje się pytania jakie dramaty wtedy ci ludzie przeżywają. Medycyna rozrodu cały czas pracuje nad sposobami poprawy skuteczności, ale także nad opracowaniem dokładniejszych metod predykcyjnych. Udowodniono, że im większa ingerencja polityków w procedurę leczenia niepłodności tym mniejsza jej skuteczność. Jakie jest uzasadnienie dla ingerencji polityków w procedury lecznicze?
    Po piąte - rozpisuje się wiele na temat dzieci urodzonych po In vitro. Nie sposób cytować wszystkich. Nie ma potrzeby uzasadniać, że dzieci nie mają bruzd. Po In vitro żyje ich na świecie ponad 5 mln. Wiele z nich ma własne potomstwo. Dzieci z defektami rodzą się zarówno po naturalnym poczęciu, jak i po stosowaniu metod wspomaganej prokreacji. Udowodniono , że niepłodność jako taka, jest czynnikiem sprawczym zwiększonego odsetka defektów. Ale czy można zakazać rodzenia dzieci po naturalnym poczęciu skoro notuje się wady i czy można na tej samej drodze odmawiać leczenia niepłodności bo istnieje ryzyko defektu?
    Po szóste - są niezwykle zagorzali przeciwnicy mrożenia zarodków. Jest bardzo wiele argumentów przemawiających za. Natomiast elementarna wiedza o rozrodzie, której wielu brakuje, wskazuje, że aby zaistniała ciąża i poród muszą być spełnione dwa kluczowe warunki: musi być zarodek dobrej jakości (w naturalnym rozrodzie 60-70% zarodków obciążonych jest defektami genetycznymi, im starsza kobieta tym więcej) i musi być odpowiedni stan anatomiczny i czynnościowy endometrium (błony śluzowej macicy). Przeniesienie (transfer) zarodka na nieprzygotowane endometrium, jak chcą przeciwnicy mrożenia, to tak jak „skazanie go na śmierć”. Alternatywą jest mrożenie. Podobnie, mrożenie zarodków jest procedurą ratującą przed zagrożeniem życia w zespołach hiperstymulacji jajników. Z licznych opracowań wynika, że ciąże z mrożonych zarodków wykazują mniej powikłań oraz że dzieci rodzą się zdrowsze. A zatem kolejne pytanie. Jakie są rzetelne argumenty aby nie stosować procedury mrożenia?
    Po siódme - to będzie ostatnie pytanie. Jak wynika z mego rozeznania prawie wszystkie kraje UE mają uchwalone prawo regulujące leczenie niepłodności (30 krajów). W żadnym z nich nie uchwalono zakazu leczenia niepłodności przy zastosowaniu metody In vitro. Natomiast niektóre z nich uchwaliły prawo restrykcyjne, dotyczące liczby embrionów, krioprezerwacji, itp (Niemcy, Włochy), które zmniejsza skuteczność leczenia. Doświadczenia lat ostatnich pokazują, że takie restrykcyjne prawo skutkuje „turystyką prokreacyjną”, która jest dobrze udokumentowanym zjawiskiem w obrębie Unii Europejskiej. Jest jedna drobna uwaga. Na tego typu turystykę mogą pozwolić sobie ludzie za-możni, których stać na wszystko, na omijanie restrykcji we własnym kraju. I teraz ostatnie pytanie. Dlaczego jest tyle zawziętości w stosunku do „maluczkich”, którzy powinni być otoczeni szczególną troską, którzy mają takie same pragnienia  jak bogaci a których po prostu nie stać na leczenie we własnym kraju nie mówiąc już o zagranicy.
    Prof. zw. dr hab. n. med Marian Szamatowicz
    Newman
    Dziennikarz Paweł Reszka na potrzeby swojej książki "Mali bogowie" wcielił się w sanitariusza w jednym ze szpitali i dzięki uważnej obserwacji oraz w rozmowach z białym personelem stworzył przystępny acz szokujący dla przeciętnego obywatela obraz polskiej medycyny. Jednym z największych "szoków" okazały się porażająco niskie wynagrodzenia dla pracowników wszystkich szczebli za wyjątkowo obciążającą pracę i to w niewydolnym i chaotycznym systemie.
    Pierwszy raz osoba z zewnątrz, niebędąca lekarzem, "nieumoczona" w medyczne korporacje, niezwiązana medyczną etyką publicznie opisała "jądro ciemności" Polskiego systemu, który ma ratować życie i przywracać zdrowie obywateli, a jest źródłem frustracji dla pacjentów i personelu. Tych pierwszych wkurza trudny dostęp do najbardziej fundamentalnej pomocy i brak podmiotowego traktowania, a tych drugich przeciążenie obowiązkami, poczucie permanentnego marnotrawstwa i upokarzające wynagrodzenie.
    Dziennikarz Newsweeka, a wcześniej pracownik Rzeczpospolitej, Dziennika i Tygodnika Powszechnego wprowadza czytelnika w niezwykły świat przeciętnego polskiego publicznego szpitala, który, chciałoby się rzec wbrew wszystkiemu może pomóc choremu i wymagającemu pomocy człowiekowi, ale jest skonstruowany tak, że paradoksalnie może nawet zabić.
    Co ważne, Reszka szuka przyczyn "szpitalnego piekła" i na pierwsze miejsce wielokrotnie wysuwa się głębokie, permanentne niedofinansowanie, które odbija się zarówno na jakości usług, dostępności do świadczeń, jak i dostępności oraz satysfakcji personelu. Autor zwraca uwagę na to, że jeszcze wciąż obecne są w Polsce tysiące inteligentnych i ambitnych młodych lekarzy (stażystów, rezydentów, młodych specjalistów), w których tkwi energia, by zmieniać zastaną rzeczywistość, ale wie, że dalsza kapitulacja państwa i podtrzymywanie przez polityków status quo zabije ten entuzjazm, a wielu skłoni do wyjazdu.
    Sam autor ciekawie opowiada o swoich obserwacjach w wywiadzie dla RzeczpospolitaTV, który po prostu trzeba zobaczyć:

    Serdecznie polecam i zachęcam do lektury!
    Mateusz Malik, lekarz
    inkalekarka
    Dziś parę słów o kulisach robienia specjalizacji.
    Zacznijmy od teorii - specjalizację z chorób wewnętrznych, w obecnym modułowym systemie, robi się 5 lat - trzy lata moduł podstawowy i 2 lata moduł tzw. specjalistyczny. Ja w listopadzie kończę moduł podstawowy, zakończony egzaminem u kierownika specjalizacji. To tyle w teorii. W praktyce większość specjalizantów żadnego egzaminu pewnie nie zobaczy, poza oczywiście egzaminem na koniec specjalizacji, przerażającym chyba wszystkich, PES-em - państwowym egzaminem specjalizacyjnym. Ale do egzaminu mam jeszcze 3 lata...
    Szkolenie specjalizacyjne, jak to się ładnie nazywa, polega na pracy na własnym, macierzystym oddziale oraz odbywaniu obowiązkowych kursów i staży. W moim przypadku w module podstawowym jest to dokładnie po 1,5 roku, czyli mówiąc wprost połowę czasu spędzam na swoim oddziale, a resztę poza. I tu zaczyna się temat turystyki specjalizacyjnej. Ale o tym za chwilę. Jednym z absurdów są praktycznie te same staże w module podstawowym, jak i specjalistycznym, różnią się tylko długością. Chyba, żebym w odstępie kilku lat odwiedziła te same miejsca i utrwaliła wiadomości...
    Jeśli chodzi o kursy, w większości odbywają się one tylko w ośrodkach akademickich, do których niestety moja "prowincja" się nie zalicza. Tak więc w ciągu modułu podstawowego odbyłam jakieś 10 kursów, liczących od 2-3 do 14 dni. Wszystkie wyjazdy muszę oczywiście finansować z własnej kieszeni, mój szpital mocno broni się przed wypłacaniem nam delegacji. Ostatnio szpitalny radca prawny wydał opinię, w której obowiązkowy kurs nie jest delegacją, ponieważ nie spełnia wszystkich kryteriów delegacji, czyli "polecenie pracodawcy, zadanie o charakterze incydentalnym, sporadycznym i wyjazd poza miejscowość, w której znajduje się siedziba pracodawcy lub poza stałe miejsce pracy". Ale to już temat do osobnego artykułu...
    To samo tyczy się obowiązkowych staży, które odbywamy na specjalistycznych oddziałach lub w klinikach akademickich. I tutaj niestety też większość znajduje się poza moją "prowincją". Staże trwają od 3 do 16 tygodni. Moje wyjazdowe trwają na szczęście maksymalnie 6 tygodni. Wszystkie powyższe problemy wyjazdowe nie dotyczą oczywiście osób, które zostały w dużych akademickich ośrodkach, oni wszystko mają na miejscu, nie muszą wydawać dodatkowych pieniędzy na wyjazdy, noclegi, wyżywienie...
    Ja jednak postanowiłam połączyć robienie specjalizacji z moją największą pasją, czyli podróżami. Na kursy (bo w module podstawowym zrobiłam już wszystkie) wybierałam najdalej położone na liście ośrodki. Dzięki temu zwiedziłam Białystok i Podlasie, a nawet Wilno i Troki (robiłam tam kurs ze zdrowia publicznego), Lublin, Kazimierz Dolny nad Wisłą, Zamość, Sandomierz (ratownictwo medyczne), Bielsko-Białą, Żywiec, Wisłę, Cieszyn (onkologia), a także Kraków i Warszawę. Jeśli chodzi o staże - hematologię robiłam w Olsztynie, teraz na reumatologię jadę do Sopotu, pozostałe niestety z powodu redukcji kosztów robiłam we Wrocławiu - tam zawsze któreś z przyjaciół ze studiów przygarnie mnie pod swój dach i tak pomieszkuję po ludziach robiąc specjalizację...
    Temat bliski memu sercu, bo właśnie wróciłam z sześciotygodniowego stażu w jednej z klinik wrocławskich. Jak to zwykle ze stażami bywa, ludzie sympatyczni, ale żeby człowiek wrócił stamtąd nie wiadomo jak wyedukowany to nie powiem.. Według mojej obserwacji staże powinny trwać maksymalnie 2-3 tygodnie, ale powinny być intensywne. Ale żeby tak było lekarz prowadzący takiego specjalizanta nie może mieć "tony" pacjentów z toną dokumentacji do zrobienia, bo wtedy jak zawsze praca kończy się na pomaganiu starszemu w ogarnianiu dokumentacji, bo na to jak wiadomo współczesny lekarz musi poświęcić 90% swojego czasu pracy... Ostatni staż różnił się tylko tym od pozostałych, że tam komputeryzacja jeszcze nie za bardzo dotarła i moje zadania polegały m.in na wypisywaniu pacjentom skierowań na wszystkie możliwe badania ręcznie (na każdym oczywiście muszą być imię, nazwisko, pesel, adres, rozpoznanie, kod ICD-10, data, miejsce wystawienia, no i rodzaj badania). Kolejnym moim bardzo ciekawym zadaniem było przepisywanie wyników badań pacjentów z kartki z laboratorium do pliku w wordzie, gdzie powstawał wypis pacjenta. Tak, wszystkich wyników badań laboratoryjnych! Takie rzeczy tylko w klinice Nie żebym miała to za złe mojemu opiekunowi, który jest przesympatycznym i, co najważniejsze, mega mądrym lekarzem, od którego i tak nauczyłam się chyba najwięcej ze wszystkich staży. Ale piszę to, żeby pokazać absurdy polskiej medycyny. Podobno medycyny XXI wieku...
    Tutaj pozostawię miejsce na wasze wnioski i przemyślenia. Pozdrowienia ze świątecznego dyżuru.
    hypersonic
    Pod koniec stycznia pisaliśmy o rozpoczynającym się procesie zbiórki podpisów poparcia pod obywatelskim projektem ustawy w sprawie warunków zatrudnienia w ochronie zdrowia.
    Teraz, na finiszu zbiórki, uwzględniając dobre warunki pogodowe medycy postanowili zebrać ostatnie z 100 000 podpisów (a bez wątpienia nawet więcej) "wychodząc do ludzi" tj. poza podmiotami leczniczymi.
    Poprzednie tego typu akcje np. "RATUJ SIĘ, bo KTO poMOŻE" pokazały że społeczeństwo z sympatią i zrozumienie podchodzi do problemów medyków.
    23 KWIETNIA na ulicach wielu polskich miast, między godziną 12.00 a 16.00 odbędzie się zbiórka podpisów pod projektem ustawy. Kto popiera postulaty medyków, może dać tego świadectwo. Zbiórki podpisów odbędą się m.in. w następujących lokalizacjach:
    Gdańsk - Starówka, pod pomnikiem Neptuna, Szczecin- Błonia, Warszawa- plac przy metrze Centrum, Poznań - ul Półwiejska, Kraków- Planty pomiędzy teatrem Słowackiego a przystankiem "Dworzec główny", Lublin- okolice Bramy Krakowskiej, Wrocław Rynek i ul. Świdnicka, Rzeszów- Stary Rynek koło studni, Łódź - pl. Schillera, Opole - okolice Rynku. Porozumienie Rezydentow OZZL
    Nefer
    Nie zawsze rzucają się w oczy, czasem tylko medyczny wzrok wychwyci ich subtelność... Czy Rembrandt i Rubens wiedzieli, że ich modelki chorowały na raka piersi?
    Diagnozujemy sztukę w naszym cyklu. Nie przypuszczasz nawet jak wiele chorób i patologii odnaleźć można na obrazach mistrzów!
    Część II: Choroby genetyczne w malarstwie
    Jak wiemy z poprzedniego artykułu dorobek malarski stanowi ogromny materiał badawczy dla lekarzy-pasjonatów. Dla tych z Państwa, których centrum zainteresowania nie stanowi onkologia, proponuję analizę kilku dzieł przedstawiających chorych na schorzenia genetyczne.
    Długa szyja jest dziś elementem kanonu kobiecej urody, jednak u modelki uwiecznionej na obrazie Madonna z długą szyją Parmigianiniego z 1534 roku jest czymś więcej. Kobieta będąca tutaj wzorem dla wizerunku św. Marii cierpi na zespół Marfana. Świadczyć może o tym wydłużona sylwetka czy cechy arachnodaktylii.

    Symptomy tej samej choroby lekarskie oko dostrzeże w Portrecie młodego mężczyzny Botticellego.

    Botticelli był przedstawicielem renesansu, który nie dbał o szczegóły anatomiczne ludzkiego ciała. Jego prace cechowała raczej maniera świadomego zniekształcania rysunku pod kątem podkreślenia indywidualnych cech portretowanego. Czy chłopak z portretu Botticellego faktycznie cierpiał na zespół Marfana? A może jest to przykład porzekadła "lekarz zawsze wynajdzie jakąś chorobę"?
    Fakt, że rzadkie zespoły genetyczne towarzyszą ludzkości nie od dziś uświadamia nam m.in. dzieło Velazqueza Panny dworskie. 

    Obraz przedstawia pięcioletnią infantkę Małgorzatę Teresę. Zdaniem Vito Franco - profesora anatomii z Uniwersytetu z Palermo, 5-letnia infantka chorowała na tzw. syndrom Albrighta. Przypomnijmy - jest to choroba genetyczna objawiająca się zmianami kostnymi, skórnymi i zaburzeniami hormonalnymi, w tym przedwczesnym dojrzewaniem płciowym.
    Z kolei na zespół Pradera-Williego cierpiała Eugenia Mertinez Vallejo namalowana przez Juana Carreno de Miranda (1680 r.)

    Na obraz kliniczny choroby składają się niski wzrost, upośledzenie umysłowe, hipogonadyzm oraz otyłość, spowodowana mniejszym zapotrzebowaniem energetycznym przy jednoczesnym ciągłym uczuciu głodu. Eugenia z powodu swojej otyłości przezywana była La Monstua - potwór, a jej portret jest najprawdopodobniej najstarszym przedstawieniem tej choroby.
    Lekarz Beata Tomaszewska, specjalista chorób wewnętrznych

    Newman
    „U nas po nieudanej reanimacji rzucamy rękawiczki i zajmujemy się kolejnym pacjentem. Mój rekord pracy to 72 godziny z rzędu”. Polecam mocny tekst Ewy Raczyńskiej.
    Wiele pisze się ostatnio o pracy lekarzy i ich nieproporcjonalnie niskich zarobkach, ale mało w przestrzeni medialnej poświęca się uwagi innym zawodom medycznym. A ich obecność w systemie opieki zdrowotnej jest wszak niezbędna. Codzienną, niedocenianą, mrówczą pracę mało kto zauważa, na pewno nie państwo. Zresztą o pracy pielęgniarek i położnych krąży wiele szkodliwych mitów, które swój początek biorą w poprzedniej epoce.
    To właśnie pielęgniarki są obecne i niezbędne w każdej placówce systemu zdrowia, pozostając w cieniu lekarzy. A jest ich coraz mniej w Polsce, bo za ciężką pracę należy się godziwa płaca, a taką oferuje się pielęgniarce (lub pielęgniarzowi) w wielu krajach Europy. W Polsce sytuacja wymusza nie tylko wielokrotnie cięższą pracę (bo wykonywaną w sytuacji stałego niedoboru kadr), ale i wiedza, doświadczenie oraz umiejętności personelu pielęgniarskiego są bardzo wysokie:
    Praca w anestezjologii i dziedzinach ratunkowych to szczególne narażenie na stres i styk z ludzkimi nieszczęściami, które głęboko odbijają się w psychice pracowników. Odbija się to na życiu pracowników, a także i na życiu ich rodzin o najbliższego otoczenia...
    Autorka przywołuje bulwersujący przypadek manipulacji medialnej, gdy cała Polska dowiedziała się o pielęgniarce, która "zabiła dziecko" podając mu niewłaściwą kroplówkę. Nawet dla mnie zaskoczeniem jest drugie dno tej sytuacji:

    Wielokrotnie pielęgniarki i położne walczyły, strajkowały i głośno domagały się poprawy warunków pracy i płacy, bo w ich tej grupie zawodowej średnie pensje zawsze rosły wolniej niż wśród lekarzy, a rąk do pracy wciąż tylko ubywało.
    Dziś jesteśmy na szarym końcu w Europie pod względem liczby pielęgniarek na 1000 mieszkańców, a akcja "Ostatni dyżur" może się nomen omen ziścić. Było białe miasteczko za pierwszego rzędu PiS, były ostre protesty za min, Zębali, który wdrożył porozumienie-protezę, gdzie podwyżką pensji o kilkaset złotych założył kaganiec i kajdanki związkom zawodowym zrzeszającym PiP. Dziś tysiące pracowniczek, w większości z wyższym wykształceniem i wieloma specjalizacjami z dystansem podchodzą do każdej propozycji polityków, bo nieraz już zostały oszukane i wystawione do wiatru przez kolejnych ministrów, Izby Pielęgniarskie, dyrektorów szpitali.
    Dużym i wartym podkreślenia postępem jest przyłączenie się OZZPiP do Porozumienia Zawodów Medycznych i wspólna walka o poprawę warunków pracy na wszystkich szczeblach publicznej opieki zdrowotnej.
    Dziewczyny! Nie wyjeżdżajcie za granicę, chyba, że na wakacje - bez Was nie damy rady!
    Cały cytowany tekst dostępny na stronie ohme.pl
    Mateusz Malik, lekarz
    MedFor.me
    Nasze, jako lekarzy, postrzeganie świata jest zdeterminowane przez medycynę. Nie umkną naszej uwadze symptomy choroby dostrzeżone u bliźnich. Żartobliwie mówimy czasem "Strassen Diagnose” kwitując najbardziej malownicze i patognomoniczne objawy.
    Proponuję percepcję sztuki wizualnej, jaką jest malarstwo, przez pryzmat naszego zawodu. Malarze, jako doskonali obserwatorzy i dokumentaliści, uwieczniali na swych dziełach (w sposób świadomy lub nie) cechy, które lekarze mogą ocenić pod względem klinicznym.
    Część I: Rak piersi w malarstwie
    Bodaj najbardziej znanym, chodź może nie najbardziej wyrazistym w kwestii patologii klinicznej, jest obraz Batszeba w kąpieli Rembrandta z 1654 roku.

    Mówi się, że zasinienie i nierówność lewej piersi Batszeby to nic innego jak symptom raka piersi. Ciekawostką jest, że rozpoznanie takie postawiło według różnych źródeł dwóch australijskich chirurgów w latach 80. zeszłego stulecia oraz niezależnie włoski lekarz. Powstała nawet inspirowana obrazem książka "Pierś Batszeby: Kobiety, Rak i Historia” autorstwa Jamesa S. Olsona oraz kilka prac naukowych publikowanych w czasopismach medycznych. Sprawa była najwyraźniej mocno intrygująca, gdyż w 2012 roku naukowcy z Uniwersytetu Twente (Holandia) na podstawie analizy właściwości tkanek zanegowali powyższą diagnozę. Modelką Rembrandta była tutaj Hendrickje Stoffels (kochanka malarza), która zmarła kilka lat później według źródeł historycznych po długiej chorobie lub podczas epidemii dżumy.
    Bardziej spektakularne symptomy nowotworu piersi możemy dostrzec na obrazach P. P. Rubensa. Jako przedstawiciel realizmu uwieczniał na swoich pracach dokładnie to co widział. Pozwala nam to zauważyć oznaki choroby u przedstawianych przez niego postaci. Jedna z gracji (pierwsza z prawej) z obrazu Trzy gracje (1637-38) ma otwartą ranę, "skórkę pomarańczową", przemieszczenie brodawki sutkowej, widoczny guz i powiększone węzły pachowe po stronie lewej.

    Innym dziełem Rubensa mogącym być dla nas materiałem do analizy klinicznej jest Diana i jej nimfy podglądane przez satyry (1616). Znowu lewa pierś centralnej postaci kobiecej obrazu wykazuje znamiona chorobowe w postaci deformacji.

    Bardzo podobne kliniczne cechy raka piersi ma przedstawienie Eurydyki z obrazu Orfeusz i Eurydyka tego samego autora. Pozwala to wysunąć przypuszczenie, że do wszystkich trzech dzieł pozowała Rubensowi ta sama modelka.

    Portret młodej kobiety (La Fornarina) Rafaela z 1520 roku to kolejny przykład na to, jak malarz udokumentował objawy choroby u swej modelki. Młoda kobieta sportretowana przez artystę prawą dłonią jednocześnie zasłania i wskazuje na guz deformujący lewą pierś.

    Giovanni Battista Crespi (Il Cerano) na jednym ze swoich fresków (La Madonna libera Milano dalla peste) przedstawił Madonnę o widocznych powiększonych węzłach chłonnych oraz ze zmianą skórną w obrębie górnego kwadrantu prawej piersi. Fresk przedstawia Madonnę wybawiającą Mediolan od plagi.

    Czyżby autor celowo zobrazował w ten sposób „plagę” mylnie przyjmując oznaki raka piersi za objaw choroby zakaźnej?
    Lek. Beata Tomaszewska, specjalista chorób wewnętrznych

    Newman
    Przy Okręgowej Izbie Lekarskiej w Gdańsku powstała pierwsza w Polsce zorganizowana grupa lekarzy i lekarzy dentystów, których podstawową forma zatrudnienia jest umowa cywilnoprawna zwana potocznie kontraktem. Aż trudno uwierzyć, że do tej pory nie powstał żaden istotny związek ani stowarzyszenie osób zatrudnionych w medycynie poza etatem.
    Lekarze kontraktowi stają często w obliczu problemów, które nie dotyczą osób chronionych przez kodeks pracy czy zrzeszonych w związkach zawodowych. A niestety nie brakuje wśród nich osób, którzy o swojej formie zatrudnienia nie mieli okazji zdecydować sami. A jeśli już, to była to decyzja świadoma, ale nie dobrowolna. Tysiące lekarzy słyszy obecnie od dyrektora szpitala "Albo pan/pani bierze ten kontrakt, albo proszę szukać pracy gdzie indziej". Co więcej nierzadko różnymi metodami zmusza się lub kusi pracowników od lat zatrudnionych na umowę o pracę do przejścia na kontrakt. 
    Wygląda na to, że wielu kontraktowców zaczęło już wyciągać wnioski z doświadczeń własnych i kolegów. Zachodni świat doskonale zdaje sobie sprawę, że kilka cyferek więcej na koncie co miesiąc to nie wszystko i nie zawsze jesteśmy piękni, młodzi i bogaci. W USA i krajach Europy Zachodniej lekarze podczas negocjacji warunków zatrudnienia duży nacisk kładą właśnie na zabezpieczenie socjalne, społeczne, zdrowotne, ochronę prawną, warunki wypoczynku od pracy czy możliwość kształcenia - wszystko to, czego ich polscy koledzy wyzbywają się chętnie jednym podpisem. A to przecież dyrektorom szpitali zależy, by specjaliście zamiast umowy o pracę na dobrych warunkach zaproponować "elitarną umowę śmieciową" pozbywając się wielu kosztów pracowniczych i odpowiedzialności.
    A skoro przybywa wciąż tzw. "lekarzy pierwszego kontRaktu" (bo młodzi ludzie po specjalizacji praktycznie nie mają szans na propozycję umowy o pracę), to problem jest coraz bardziej palący. Starsi lekarze, którzy w pewnym momencie zrezygnowali z etatu na rzecz kontraktu narzekają, że brakuje im siły przebicia w rozmowach z dyrektorem czy menedżerem. Zrzeszenie w Porozumieniu da w końcu wielu lekarzom i dentystom realny i słyszalny głos w debacie publicznej.
    Dobrze, że sprawa uznawana za "indywidualny problem zainteresowanego" (bo każdy jak sobie wynegocjuje, tak ma) w końcu została zauważona jako problem zbiorowy. Powstanie Porozumienia, a w przyszłości może i związku zawodowego daje szansę na pozytywny ferment w polskich szpitalach i innych placówkach ochrony zdrowia. Trzymamy kciuki za kolejne takie inicjatywy - w jedności siła.
    Szczegóły na stronie internetowej OIL w Gdańsku.
     
    Mateusz Malik, lekarz
    MedFor.me
    Są takie sympozja, które są czymś więcej niż suchą akademicką debatą czy spotkaniem branżowym. Aranżują spotkanie różnorodnych specjalistów, ekspertów i autorytetów, by zmierzyć się z prawdziwymi wyzwaniami współczesności. Dają szansę na przełomowe, nowe spojrzenie, wytyczają nowe szlaki i zwracają uwagę społeczeństwa na ważne tematy. Bez wątpienia należy do nich wrocławska Konferencja "Główne wyzwania HIV / AIDS w Polsce" 10 IV 2017.
    W imieniu kierowników naukowych konferencji: prof. dr hab. Elwiry Marszałkowskiej-Krześ oraz prof. dr hab. Andrzeja Gładysza zapraszamy do udziału (Wrocław, sala konferencyjna Dolnośląskiej Izby Lekarskiej, ul. Matejki 6, 10.04.2017 g. 12.00).
    Rejestracja: http://fundacjaegida.pl/konferencje.html#
    Jak rozwiązać problemy ostracyzmu społecznego osób żyjących z HIV? Jak zwiększyć dostęp do świadczeń pozamedycznych dla tych osób? Jak utrzymać dotychczasowy wzorcowy standard opieki medycznej stworzony w Polsce? Jak zachęcić do badań w kierunku HIV? Jak pomóc w radzeniu sobie z aspektami życia w rodzinie i w społeczeństwie osób żyjących z HIV i ich bliskich? Jak żyć z osobą współzakażoną (związki mieszane)?
    Wystąpienia ekspertów z całej Polski oraz owocna dyskusja, do której zaprosimy wszystkich uczestników, pozwolą na wypracowanie rozwiązań odpowiadających na rosnące wyzwania związane z profilaktyką przed ekspozycyjną, życiem z HIV / AIDS.
    Wśród zaproszonych gości są eksperci z dziedzin medycznych, prawniczych, etycznych i społecznych.
    Konferencja skierowana jest do lekarzy, pielęgniarek, innych pracowników podmiotów leczniczych, prawników, teologów, przedstawicieli edukacji (nauczycieli i pedagogów, pracowników kuratoriów), firm ubezpieczeniowych i wszystkich dla których problemy HIV i AIDS są istotne.

    Program konferencji Główne wyzwania HIV / AIDS w Polsce
    Źródło: materiały fundacji EGIDA
    Program_konferencji_GWHA.pdf
    Gonzo
    Ostatnie wydarzenia skłoniły mnie do dość karkołomnej refleksji nad życiem, zdrowiem etc.
    Teoretycznie rzecz biorąc to właśnie my, lekarze, powinniśmy świecić przykładem dbałości o własne zdrowie i powinniśmy być najzdrowszą grupą społeczną. Przecież to my mamy wiedzę o tym, jak najlepiej prowadzić zdrowy styl życia. To my mamy wiedzę na temat czynników ryzyka oraz wczesnych objawów chorób. Teoretycznie więc powinniśmy korzystać z tej wiedzy i być okazami zdrowia wyłapując wczesne objawy choroby. Teoretycznie...
    Niestety nie od dziś wiadomo, że teoria sobie, a praktyka sobie. Myślę, że nie trzeba nikomu objaśniać jak wygląda praca lekarza w dzisiejszych czasach. Nieustanne dyżury, kursowanie między szpitalem a trzema poradniami, a jeszcze gdzieś w tym całym pędzie trzeba znaleźć czas dla rodziny i choć chwilę, żeby złapać oddech.
    Nie będę się rozwodził na temat oczywistości typu "brak czasu na regularne zdrowe posiłki", "brak czasu i zbyt duże zmęczenie na uprawianie sportu", gdyż jest to temat jasny. Jednakże ostatnio dała mi dużo do myślenia inna kwestia. Często wykorzystujemy naszą wiedzę i uprawnienia do szybkiego, objawowego samoleczenia. Coś nas boli - wypisujemy receptę "pro auctore" na lek przeciwbólowy, który pozwala nam normalnie funkcjonować i dalej pracować. Przewlekły stres, ciągłe przemęczenie, ignorowanie objawów chorobowych często są opłakane w skutkach.
    Niedawno było głośno w mediach o sytuacjach, kiedy lekarz umierał w trakcie dyżuru. Ilu z nas przedwcześnie umiera z powodu zawału? Ilu z nas jeszcze przed 30 rokiem życia łyka tabletki na nadciśnienie? Ilu z nas skupiając się na pacjentach ignoruje niepokojące objawy u siebie, a potem ląduje na onkologii z rozsianym nowotworem złośliwym? Niestety, nie są to hipotetyczne przykłady. Pracując w oddziale onkologicznym każdego dnia spotykam się z wieloma różnymi historiami i dramatami. Aż włos się jeży na głowie, ile z nich dotyczy pracowników służby zdrowia - lekarzy, pielęgniarek, ratowników medycznych... A przecież gdyby nie zignorować pojawiających się objawów, gdybyśmy dbali także o siebie zamiast zdrowie spychać na margines, choroba mogłaby być wcześnie wykryta, wyleczona...
    Trzeba odpowiedzieć sobie na pytanie dokąd to zmierza? Co jest w życiu naprawdę ważne? Czy warto tak się skupiać na pracy i obsługiwaniu jak największej liczby pacjentów kosztem swojego własnego zdrowia? Chciałbym, żeby ten artykuł był swoistym apelem do nas wszystkich, aby czasem się zatrzymać i skupić trochę na sobie, na swoim zdrowiu. Przecież zdrowie i życie jest tylko jedno, a my jesteśmy zwykłymi ludźmi, a nie robotami. Pamiętajmy o tym, nim będzie zbyt późno i nim to życie przegramy...
    "You will not survive by staying in the shadow"...
    Lek. Dominik Haus
    Newman
    Dzień po Dniu Kobiet, warto pochylić się nad głównymi problemami, które w ogromnym chaosie pod wspólnym tytułem "polska ochrona zdrowia" dotykają kobiet. Nawet przy spojrzeniu przez najbardziej różowe okulary status kobiet-pacjentek i kobiet-pracowników ochrony zdrowia wciąż znacząco odbiega od statusu mężczyzn. By ten stan poprawić warto go najpierw zdiagnozować.
    W obliczu bulwersujących wypowiedzi niektórych polskich polityków, dziennikarzy, a także lekarzy warto przypomnieć, że ostatni wiek - czasy postępującego wyrównywania praw kobiet i mężczyzn to dla świata wyjątkowy okres w historii: czas cywilizacyjnego skoku, drogi od ustawicznej wojny światowej do pokoju, szerokiej i realnej współpracy międzynarodowej, a także ogromnego postępu w medycynie. Nie jest to oczywiście prosty związek przyczyna-skutek, ale sądzę, że nie da się oddzielić tych dwóch tendencji. Polemistom zwracam uwagę na fakt, że miejsca na świecie, gdzie mamy obecnie najwięcej ubóstwa, głodu, epidemii, terroru i wojny, to kraje i rejony, gdzie wciąż jeszcze kobiety są traktowane przedmiotowo, a nie podmiotowo. Oto subiektywny ranking wyzwań i bolączek:
    Problemy polskich kobiet - pacjentek
    DOSTĘP DO ŚWIADCZEŃ MEDYCZNYCH Brakuje refundacji lub jest ona utrudniona w przypadku wielu nowoczesnych leków stosowanych w terapii "kobiecych" chorób (nowotwory piersi, narządu rodnego). Nie tak dawno temu media obiegła sprawa Olgi Jackowskiej (Kory), która, by sfinansować swoje nowoczesne leczenie onkologiczne poniosła ogromne nakłady finansowe. Swoim uporem z pewnością przyczyniła się do szybszego objęcia refundacją olaparibu (leku stosowanego w terapii podtrzymującej platynowrażliwego raka jajnika). Do dziś jednak niektóre uznane leki albo są, z uwagi na cenę, w ogóle niedostępne w Polsce albo dostęp do nich jest istotnie ograniczony. Żeby wspomnieć trastuzumab emtanzyny, bewacyzumab, pertuzumab w leczeniu uzupełniającym czy wiele lekow hormonalnych NIEDOSTATECZNA EDUKACJA ZDROWOTNA POLEK Na poziomie szkoły podstawowej, średniej, nawet wyższej oraz w przestrzeni publicznej edukacja medyczna, higieniczna, seksualna, szczególnie dotycząca profilaktyki różnorodnych chorób odbiega radykalnie od światowych standardów. Przeciętna uczennica (jak i uczeń) wynosi ze szkoły ubogą wiedzę na temat własnego ciała, jego fizjologii, korzystnego dla zdrowia stylu życia. Brakuje na poziomie edukacji szkolnej promocji zdrowia. Także dostęp do profesjonalnej wiedzy na tematy medyczne jest w naszym kraju bardzo ograniczona. Banalny przykład: wpisanie w polskim Internecie dowolnego pojęcia ze świata medycyny w wyszukiwarkę odsyła poszukującego poza Wikipedią do medycznych forów, prasy brukowej oraz podejrzanych sklepów internetowych. W krajach rozwiniętych dla poszukujących pacjentów czeka dobrze pozycjonowana profesjonalna informacja w przystępnej formie. POGARDLIWY STOSUNEK ZE STRONY LEKARZY MĘŻCZYZN (I CZASEM KOBIET) Obserwacja własna: jeśli widziałem w życiu bezinteresownie grubiańskie zachowanie lekarzy bądź lekarek wobec chorych, to w większości dotyczyło ono pacjentek. Nieraz słyszałem niekulturalne uwagi, ironiczne docinki, żarty z podtekstem seksualnym, obraźliwe insynuacje i agresję słowną - zarówno bezpośrednio do kobiet, jak i za ich plecami. I nie chodzi tu bynajmniej o reakcje na niestosowne zachowanie samych "klientów służby zdrowia"... Na potępienie zasługują też wszystkie sytuacje braku poszanowania prywatności i intymności w czasie badania. Stworzenie kobietom przyjaznych warunków i poczucia bezpieczeństwa na przykład w czasie porodu czy operacji to jedno z ważnych wyzwań. ZDROWIE REPRODUKCYJNE "Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet" - tytuł pierwszej części słynnej trylogii Stiega Larssona przychodzi na myśl, gdy prawa zarodków - obywateli in spe są stawiane na równi lub wyżej od praw kobiet w ciąży. Za radykalne i czarno-białe opinie odpowiedzialni są w większości... mężczyźni. Ich też, a nie kobiety zobaczyć można w szeregach tzw. marszy za życiem. W tym punkcie hasłowo zawrę te wszystkie ważne, a w części kontrowersyjne tematy, które w mojej ocenie pokazują głęboki mizoginizm, nieuprawnioną ingerencję w ciało i zdrowie kobiet oraz szokującą sakralizację medycyny. Oto one: zapłodnienie pozaustrojowe, poradnictwo genetyczne i diagnostyka prenatalna, przerywanie ciąży, dostęp do antykoncepcji, opieka okołoporodowa i leczenie bólu, szczepienia przeciw Human Papilloma Virus, edukacja o STDs i inne. OPIEKA GINEKOLOGICZNO-POŁOŻNICZA W Polsce dostęp do ginekologa-położnika staje się podobnie jak stomatologia sprawą medycyny prywatnej. Publiczna opieka ginekologiczna i położnicza często odbiega od standardów w zakresie jakości obsługi i podmiotowego podejścia do pacjentki. Z kolei ginekologia prywatna, z której korzysta ogromna ilość Polek wymyka się nadzorowi epidemiologicznemu i jest źródłem patologii (kontroluję w prywatnej praktyce, operuję w publicznym szpitalu). I nie chodzi tu o odwrócenie tej tendencji, ale ucywilizowanie zasad według jakich postępujemy w Polsce. Problemy kobiet, które pracują w ochronie zdrowia
    RÓŻNICE PŁAC NA TYCH SAMYCH STANOWISKACH Problem znany niemal w każdej polskiej branży nie omija także medycyny. Aby uzyskać stanowisko kierownicze kobieta nierzadko musi wykazać się znacznie większą pracą i zaangażowaniem. Raporty GUS-u potwierdzają różnicę w zarobkach między pracownikami obu płci zarówno w przedsiębiorstwach publicznych, jak i prywatnych. DYSKRYMINACJA PRZY REKRUTACJI NA NIEKTÓRE SPECJALIZACJE Nie jest tajemnicą (niedawno pisał o tym lek. Damian Patecki), że wbrew zasadom rekrutacji niektórzy kierownicy oddziałów, gdzie mogą się szkolić lekarze odmawiają przyjęcia lekarki na rezydenturę ze względu na jej płeć. Takie prywatne sympatie i antypatie to na szczęście problem coraz bardziej marginalny. Jest też zazwyczaj mniejszy, gdy mowa jest o przyjmowaniu do pracy kobiet-specjalistów. PRACA W ZAWODZIE I MACIERZYŃSTWO Matka Polka Lekarka. Kobieta w trakcie specjalizacji w trybie rezydenckim może urodzić i "odchować" dwoje dzieci, choć wymaga to sporej prawnej gimnastyki. Pisała o tym nasza redakcyjna koleżanka w swoim artykule. Ale prawdziwe schody to łączenie marzeń o karierze i rodzinie. Bardzo trudno pogodzić pracę w specjalizacjach zabiegowych, które silnie angażują siły i czas. Bywa, że chirurg czy anestezjolog ma w tygodniu tylko jedno czy dwa "wolne" wieczory dla rodziny. Trudno w takich warunkach budować satysfakcjonujące relacje z najbliższymi. Są kobiety, które rezygnują z wielu zawodowych planów i stawiają na rodzinę. Tego problemu bez partnerskich relacji w domach nie da się rozwiązać, ale można walczyć z głównymi przyczynami polskiej pracy ponad siły - niedoborem lekarzy i skandalicznie niskimi wynagrodzeniami w branży medycznej. DYSTANS I WYŻSZOŚĆ ZE STRONY NIEKTÓRYCH KOLEGÓW I PACJENTÓW Tu także osobiste wspomnienia. Jestem pełen podziwu dla kobiet (lekarek, pielęgniarek, salowych), które z pokorą znoszą seksistowskie docinki, obraźliwe uwagi, agresję słowną. Ich autorami często są nieuprzejmi pacjenci, koledzy z pracy, a niestety i niektórzy szefowie. Z ust niejednego wąsatego profesora czy adiunkta słyszałem wyzierające poczucie wyższości i fatalną opinię o koleżankach i spotkanych w zawodzie kobietach. Pielęgniarki i rejestratorki są też najczęściej "pierwszą linią frontu" w przypadku pacjentów agresywnych, nawet fizycznie.
    Macie własne przemyślenia i uwagi - czegoś tu zabrakło? Piszcie w komentarzach!
    Mateusz Malik, lekarz
     
    Newman
    Muzeum Anatomii Patologicznej (Pathologisch-anatomische Sammlung im Narrenturm) w Wiedeńskiej "Wieży szaleńców" terenie kampusu uniwersyteckiego to miejsce szczególne. Nie tylko ze względu na eksponaty, o czym niżej, ale także z uwagi na wyjątkowe miejsce: Narrenturm to dawny zakład dla obłąkanych stworzony na polecenia cesarza Józefa II Habsburga, gdzie w indywidualnych celach przetrzymywano pacjentów z najcięższymi psychozami. W latach działania zakładu 1798-1843 w Wieży szaleńców przebywało łącznie 3582 pacjentów, a podczas zwiedzania droga prowadzi od jednej celi do drugiej...
    Odbyłem półgodzinny spacer po okrężnej wystawie - nic tak dobrze nie uświadamia, gdzie byliśmy niespełna 100 lat temu (i wcześniej) w kwestii zdrowia, higieny i wiedzy o leczeniu podstawowych chorób. Wstrząsająca kolekcja moulage i autentycznych sformalinowanych preparatów ze zbiorów wiedeńskiej uczelni medycznej to warte przypomnienia, swoiste "memento morbi".
    Dzięki naturalistycznym portretom miałem tu okazję zobaczyć "na żywo" totalnie abstrakcyjne dla mnie zjawiska takie jak facies syphilitica, gruźlica mózgu czy kończyny chorego na trąd (tak, nie był to trądzik).

    Tym mocniej daje po trzewiach realizm tej niedużej wystawy, gdy myślę o nam współczesnych dobrych ludziach, którzy z troski o dzieciaczki nie chcą ich szczepić. Pokażcie im potencjalne płucka ich synka/córeczki sprzed kilku dobrych lat z niegroźnym nalotem pod tytułem gruźlica:

    Zabawnie wygląda plakat z epoki ostrzegający przed zakażeniami "w pracy": przywra, wąglik, gruźlica, ale najlepsza jest... kiła.

    Danke sehr, Herr Koch! Merci Monsieur Pasteur! Děkuji Pan Rokitansky! Dzięki, Panie Dietl!
    Auf wiedersehen B. anthracis, M. tuberculosis, Y. pestis, Variola virus, N. gonorrheae, T. pallidum...

    Mateusz Malik, lekarz
    MedFor.me
    Dzisiaj ponoć każdy ma raka, ale nie każdy jeszcze o tym wie. Ja się dowiedziałem. Pełen życia, energii, pasji, zajęć i nagle bang. Trochę jakby biec i zderzyć się ze ścianą. Chwila po diagnozie to oczywiście wizyta w Internecie. Medyczne strony przeczytane wszystkie. Jaki to rak, jakie stadium, jakie rokowanie, jakie leczenie. Wszystko. No ale potem przychodzi kolejny dzień i kolejny i powoli żyje się z tym nowym towarzyszem. Ale wciąż brakowało mi informacji o takim codziennym funkcjonowaniu, o tym co będzie, jak to wszystko wygląda. I właśnie o tym chcę opowiedzieć.
    Przychodzi pierwszy dzień chemioterapii. Od razu zaznaczam, że są różne rodzaje i metody leczenia, ale ja opowiem o swojej chemii. Na początek nawodnienie, czyli odpowiednia dawka krystaloidów, trochę magnezu i mannitol. A potem przyjeżdża wózek z "workami na śmieci". Cztery dwulitrowe worki kolorowych płynów, kilka drenów, pompa infuzyjna i ruszamy.
    Już nie było mi do śmiechu. Nagle poczułem, co się dzieje. Że to jest naprawdę poważne. Że rak to choroba, którą można wygrać, ale te smutne historie dookoła też są prawdziwe. Patrzę na krople jak spadają i czekam kiedy się zacznie. Kiedy zwymiotuję, kiedy brzuch zacznie boleć, kiedy będą pierwsze objawy. Ale nie dzieje się nic. A przepraszam. Po tylu litrach odwiedzam toaletę co 5 minut. Na zmianę z sąsiadem, którego chemia obdarzyła biegunką. Jedna, druga gazeta, film, Internet, odwiedziny i jakoś te godziny lecą. Przychodzi wieczór i powoli coś zaczyna się dziać. Jest mi słabo. Opadam z sił. Poprosiłem o leki nasenne i odpłynąłem. Niestety z rana kolosalnie silne nudności. Szybka interwencja białego personelu, trochę zastrzyków, kroplówki do płukania i obyło się bez wymiotów. Kilka godzin później w obstawie torecanu wychodzę do domu.
    Kolejne dni to zawieszenie. Osłabienie, brak skupienia i ogromny, największy w życiu kac. Uczucie jakby się miało kaca. Coś czego nie da się opisać. Żadna pozycja w łóżku, na stojąco, na plecach czy na boku - wiecznie niewygodnie, wciąż coś przeszkadza. Ciało jakby obce, jakby stało z boku. Tu noga boli, tam coś kłuje.
    Najgorsze jest jedzenie. Albo raczej niechęć do jedzenia. Każdy oczywiście odczuwa to indywidualnie. Ja, wielki fan słodyczy, nie mogłem nawet o nich myśleć, bo od razu mną zarzucało. Jedynym darem była szyneczka. Kromeczka z szyneczką. I tak przez 3 dni. I te ubywające kilogramy. Dieta cud!
    No a potem powrót do życia. Normalnego funkcjonowania. Osłabienie trwało przez około tydzień. Ale dało się normalnie żyć, pracować. Dużo wcześniej chodziłem spać, aktywność fizyczna zdecydowanie na nie. Niestety dopadła mnie silna neutropenia. Potrzebny czynnik wzrostu. I tak zabawa w kotka i myszkę, aby wyrównać wyniki, które są raz za wysokie, raz za niskie. W tym okresie zaczęło się wypadanie włosów. Na początku pojedynczo, potem coraz więcej. Wreszcie podczas pewnej kąpieli patrzę a tu pływa ich stado wokół mnie. Patrzę do lustra i wyglądam jak wyliniały szczur. Nie było już odwrotu. Maszynka w rękę i na zero. Wtedy pojawiła się pierwsza i jedyna łza w oku. Zobaczyłem, że mam raka. Wyglądałem, że mam raka. I czułem się wciąż źle.
    Każda kolejna wizyta na onkologii to witanie się z nowymi znajomymi. Taka ‘’nowa rodzina”. Bo wciąż się tam spotykamy co 2-3 tygodnie. Wciąż pobierają nam krew, mówią czy będzie dziś chemia, czy walczymy z wynikami. Są dni, że zbiorowo opuszczamy oddział, bo tak się stało, że każdy ma złe wyniki. Każdy życzy sobie zdrowia, wymieniamy się nową książką do czytania podczas wielogodzinnego oczekiwania. Po tak długim okresie kłucia na widok igły mam już odruchowy skręt głowy w bok. Dawniej nie bałem się kłucia. Dziś już mam go po prostu dość. Jest oczywiście propozycja portu, ale uważam, że jest to zarezerwowane dla osób z totalnym brakiem żył albo bardzo wyniszczonych chorobą.
    Ważne rzeczy to dieta i higiena jamy ustnej. Zmieniłem zdecydowanie podejście do jedzenia. Regularne, zdrowe 5 posiłków dziennie, odrzucenie tego co złe. Duże ilości płynów. Suplementacja witamin. Owoce, owoce, owoce. To faktycznie pomaga. Wyniki są lepsze. Słynny sok z buraka. Do tego po każdym posiłku mycie zębów, płyn do płukania. Żeby nie było grzybicy. Potem powrót do domu, do życia. Każdy dookoła nagle zauważa, że masz raka. Każdy dopytuje, współczuje, pyta czy nie pomóc. Sporo dobrego można usłyszeć. Ale też wiele osób nie wie jak zareagować, jak zapytać, jak się zachować. Czy boli? Nie. Jest dużo nieprzyjemnych chwil, złego samopoczucia, rozbicia, przygnębienia, zdecydowanie osłabienia, ale nie boli.
    I tak trzeba żyć z dnia na dzień. Aż rozpadnie się nasz ‘’związek” z tym rakiem. Nie wolno się poddawać, nie wolno myśleć o tym, że coś pójdzie nie tak. Ważne jest odpowiednie podejście, zdrowy rozsądek i przede wszystkim dobre zorientowanie w temacie. Oczywiście każdy pacjent onkologiczny po jednej wizycie w szpitalu jest specjalistą w tym zakresie. Każdy jest zaznajomiony ze specyfiką leczenia, jego działaniem i skutkami ubocznymi. I to jest ważne, bo wiemy czego się należy spodziewać.
    Już dziś mówi się o raku jak o kredycie czy grypie. I tak należy do tego podchodzić. To sprawa przejściowa, do przeżycia, do wygrania. Każdego może dopaść, ale dzisiaj wiemy jak z nią walczyć i dajemy sobie radę.
    Imię i nazwisko autora - lekarza do wiadomości Redakcji
    OMGyn
    Po ostatniej wypowiedzi ministra Gowina dotyczącej opłat za studia medyczne wśród studentów i lekarzy zawrzało. Pewnie każdy związany z tym środowiskiem komentował tę sprawę w domowym zaciszu. Kilka dni temu rozmawiałam na temat studiów pod kątem finansów z moimi rodzicami. O tym, że wcale takie darmowe nie są i ile w toku kształcenia trzeba wydać na jednego studenta. Powiem tylko, że dla większości rodziców i studentów, nie jest to mała suma.
    Nie będę tu mówić o kosztach mieszkania, jedzenia, tzw. życia, bo w zależności od potrzeb i dostępnych funduszy są to różne kwoty. Chciałam za to wspomnieć o tym, co każdy student musi mieć - takie swoiste ‘must have’ i ile to kosztuje.
    Pomijam kwestię książek, materiałów naukowych, notatek, bo jest to sprawa indywidualna - jeden woli kserówki, drugi robi własne notatki, trzeci wypożycza książki a jeszcze inny je kupuje. Są jednak rzeczy, które zwłaszcza na przedmiotach klinicznych są po prostu niezbędne. Mowa tu o fartuchach, stetoskopie, ubraniach i obuwiu medycznym.
    Na początek kilka słów o dobrze rozpoznawalnym i z daleka widocznym białym atrybucie lekarza (także przyszłego) - fartuchu. W Polsce jeszcze nie przyjęła się moda (choć jest to praktykowane w niektórych gabinetach prywatnych) na odejście od tej części lekarskiego stroju. Chociaż udowodniono, że nie spełnia on swojej funkcji ochronnej, wręcz przeciwnie, to jednak wciąż jest używany. Podkreśla prestiż zawodu, tworzy dystans.
    Fartuchy można kupić w wielu miejscach - od sklepów medycznych, które znajdziemy w każdym większym mieście, po sklepy czy aukcje internetowe. Koszt waha się od kilkudziesięciu do kilkuset złotych, w zależności od kroju czy firmy. Większość z nich jest dość wytrzymała, jednak w ciągu studiów zużywa się ich co najmniej dwa. Polecam zakup wersji z krótkim i długim rękawem, które można nosić wymiennie, gdy na różnych oddziałach panuje to ziąb, to upał.
    Każdy, kto o medycynie marzył od lat, zawsze podczas wizyty u swojego doktora zafascynowany był z pewnością stetoskopem. Tajemne słuchawki, dzięki którym lekarz magicznie odkrywa chorobę. Moment, w którym wybiera się ten pierwszy, własny, chwila kiedy czujesz się już trochę doktorem, pamięta się dość długo. Przypomina mi to scenę wyboru różdżki przez Harry'ego Pottera. Jednak do rzeczy: stetoskop na studiach używany jest dość często, zwłaszcza na zajęciach z interny. Przez lata uczymy się osłuchiwać. Najpierw nie słyszymy prawie nic (co przeważnie wstyd nam przyznać przed prowadzącym zajęcia), z czasem się to zmienia. Subtelne szmery po latach zaczynamy kojarzyć z chorobami i zapamiętywać. Uważam, że warto przy zakupie tego sprzętu zastanowić się i zbytnio nie skąpić. Nie chodzi tu o wydawanie setek na stetoskopy elektroniczne czy kupowanie kilku rodzajów - kardiologicznych, pediatrycznych. Te wymienione to już modele zaawansowane, potrzebne specjalistom, którzy potrafią wysłuchać dzięki nim drobne zmiany mogące pomóc zdiagnozować pacjenta. Warto wybrać słuchawki jednej z wiodących marek, ponieważ są one po prostu sprawdzone przez wielu studentów i lekarzy. Nie chcę tu żadnej z nich reklamować, jednak statystycznie najbardziej popularne wśród moich znajomych są stetoskopy firmy Littmann oraz MDF. Do wybory jest wiele kolorów i wersji. Ceny kształtują się pomiędzy 200 a nawet 500 zł. Swój kupowałam pod koniec drugiego roku studiów - razem z innymi studentami z mojego roku złożyliśmy zamówienie w sklepie internetowym.  W taki sposób otrzymaliśmy niewielki, ale jednak rabat, także polecam taką drogę.
    Kolejnym elementem ubioru studenta medycyny, potrzebnym zwłaszcza na późniejszych latach, są tzw. scrubsy. Jest to amerykańska nazwa dwuczęściowego stroju chirurgicznego. Składa się on z bluzy oraz spodni lub spódnicy. Czasami przez kobiety używane są również sukienki chirurgiczne. Na większości oddziałów można się spotkać z dwiema wersjami kolorystycznymi tych zestawów - niebieską i zieloną. Widywałam też inne - różowe, pomarańczowe, granatowe. Gdy w trakcie zajęć idziemy na blok, w większości przypadków dostajemy te szpitalne, przeznaczone dla lekarzy. A jeśli ich brakuje, przebieramy się w jednorazowe komplety. Scrubsy są czasami wymagane podczas zajęć na oddziałach chirurgicznych, ginekologiczno-położniczych czy neonatologicznych. Wszystko zależy od jednostki i prowadzących. Coraz częściej lekarze także na innych oddziałach zamiast ubierać fartuch wolą przebrać się w komplet chirurgiczny - jest to w pewnych aspektach wygodniejsze. Nie trzeba się martwić o poplamienie swoich prywatnych ubrań, przenoszenie na nie zarazków a często podczas pracy czy zajęć czujemy się w nich bardziej komfortowo. Na polskim rynku funkcjonuje kilka firm zajmujących się odzieżą medyczną - Uniformix, Eldan, Apolonia, Medora. Wśród ich asortymentu można znaleźć standardowe, klasyczne zestawy, za które zapłacimy nieco ponad 100 zł. Można też wybierać różne kroje, mniej lub bardziej dopasowane, krótsze czy dłuższe. Największy wybór i pole do popisu mamy wśród bluz. Od niedawna coraz bardziej modne stają się bluzy kolorowe. Znajdziemy przeróżne wzory i kolory. Powstają również firmy, które szyją modele na zamówienie, według wybranego wzoru lub w krótkich, limitowanych seriach. Jest to gratka, zwłaszcza dla kobiet, które chcą w pracy lub na zajęciach wyglądać modnie i unikatowo. Takie bluzy w większości przypadków są droższe od klasycznych, jednak jeśli dobrze poszukamy, możemy znaleźć pasjonatów, którzy uszyją taką bluzę niewielkim kosztem.
    Ostatnim podstawowym elementem stroju lekarza są buty. Jeszcze kilkanaście lat temu typowy doktor kojarzył nam się z drewniakami, które było słychać na pół oddziału. Część lekarzy wciąż je nosi, jednak najpopularniejsze stały się obecnie buty typu Crocs. Lekkie, piankowe, antybakteryjne i niezniszczalne, co wie każdy, kto je posiada i nie jest to kryptoreklama. Ja swoje posiadam od kilku lat i poza kilkoma rysami nic się z nimi nie dzieje. Na rynku można znaleźć kilka odpowiedników oryginałów, ale niestety nie wiem jak one się sprawdzają. Często używane w szpitalach są również skórzane klapki tzw. cichobiegi. Równie wygodne, często bardziej estetyczne, jednak nieco trudniejsze w utrzymaniu w czystości. Wśród butów medycznych na rynku znajdziemy wiele modeli. Wspomniane Crocs’y występują wersjach klasycznych, jednokolorowych, modelach wielokolorowych, węższych, szerszych, a także jako baleriny. Ceny wahają się od kilkudziesięciu złotych na portalach aukcyjnych czy w promocji w różnych marketach, do 200 złotych za najnowsze modele. Za podobną kwotę można kupić również inne rodzaje obuwia medycznego, a cichobiegi znajdziemy u polskiego producenta Dr Cichobieg za około 130 złotych.
    Dodatkowo niektórzy studenci kupują inne lekarskie „gadżety” jak młoteczki neurologiczne czy latarki używane do badania na zajęciach, jednak nie są one koniecznie potrzebne i często wystarczy jedna sztuka takiego sprzętu na kilka osób.
    Jeśli chcielibyśmy zliczyć koszty tych elementów ubioru lekarskiego to w wersji podstawowej wychodzi nam około 500 zł a w wersji rozszerzonej zdecydowanie 500+. Dla jednych mało, dla drugich dużo. Na medycynie jak w życiu „nie ma nic za darmo, jest tylko coś za coś” cytując jednego z polskich raperów. 
    Klaudia Kozioł 
    surowy

    Przez surowy, w Weekend For.me,

    Chyba na każdym oddziale trafia się taka persona, co to dużo gada, dużo wie, zna wszystkie plotki, zna wszystkich dookoła, wszystkiego się dowie, wszystko załatwi, ale żeby pracować... to już nie bardzo. Jest to historia pewnej Pani. Okryjemy ją cichym pseudonimem ‘’Ona”.
    Owa Ona jest pielęgniarką. I tego boję się bardzo, że opowiadam historię z innej beczki, a ta beczka może odbić mnie od dna… albo dobić do dna. Ale to nie złośliwość przeze mnie przemawia, a przykład zachowania.
    Ona jest postacią niezwykle barwną. Oczywiście swoje waży. Ciuch dobiera dostojny. Włos wyrobiony. Już z daleka słychać, że się zbliża, bo głos ma donośny. Wchodzi do dyżurki i od razu, jakby bryzą po oczach, wszyscy pobudzeni. Na dzień dobry szereg historii: co to się stało, gdy w autobusie do pracy jechała, jaki pani katar miała, jak niegrzeczny był sąsiad, ile pączków kupiła Zosia itd, itp. Oczywiście obowiązkowo pierwsza kawa, zbiór nowych plotek - rozumie się... Ale po kwadransie: "Drogie Panie, pora do pracy się zabrać, pacjenci czekają". Ale Ona - gdzieżby! Jeszcze musi papierosa zapalić, potem oddziałową spotka, to musi pochwalić nową sukienkę, potem idzie na drugi koniec oddziału tylko po to, by z niego zaraz wrócić. W końcu nadchodzi oddziałowe śniadanie. Nasza bohaterka idzie honorowo pomóc, pacjentom w karmieniu. Konkretnie jednemu.
    Do zastrzyków, wkłuć i kroplówek się nie bierze, bo wzrok już jej na to nie pozwala. Biedni Ci zakłuci przez nią: durszlak z ręki gwarantowany. Kroplówkę jeszcze podłączy. Ale żeby pompę infuzyjną podłączyć, EKG zrobić… Cóż. Te nowoczesne sprzęty nie dla niej. To ona po krew pójdzie. Może jej nie być nawet pół dnia i ktoś inny tak czy owak musi pójść. Ona wraca i nagłe olśnienie: przypomina sobie, że po krew szła. I wtedy potrafi wyjść z oddziału po raz kolejny. Raporty odbiera. Tylko potem trzeba poprawiać, na nowo przepisywać. Ale wtedy wielkie biurowe okulary na nos zakłada, siada przy głównym panelu pielęgniarskim i jak dostojnik z Watykanu wita przybyłych odwiedzających.
    Do tego jest sławna za sprawą ciętego języka. Nie zwraca uwagi do kogo i co mówi: ważne żeby wyrazić to, co obecnie ma na myśli. Nie jeden pacjent zostanie skarcony, nie jeden odwiedzający wyleci za drzwi, a nawet lekarzowi się oberwie, bo tak krzywo napisał, że ona nie widzi albo że krytykuje jej palenie papierosów.
    Ona: osoba barwna, żywiołowa. Nikt z nią pracować nie chce, każdy boi się wspólnego dyżuru, ale kto jej czego odmówi? Niby krzyczymy, niby się buntujemy, a ona i tak dalej z nami. No bo co by było bez niej? Kto by głupie żarty przytaczał? Kto by jak z rękawa sypał opowieściami. A jej historie zawsze wyjątkowo barwne. Jedna, mrożąca krew w żyłach, istna z piekła rodem: gdy poszła karmić staruszkę i wkłada owsiankę do ust, znów wkłada, a babcinka nie je. No to Ona zdenerwowana odeszła, pod nosem swoje nagadała, a okazało się, że babulka... umarła, dlatego jeść nie chciała. Albo co to było, jak ona została pielęgniarką i kurczaka piekła w urządzeniu do dezynfekcji. A ile to razy pacjent chciał ją pobić! Nie mówiąc już o tym, że oczywiście ona najmniej ze wszystkich zarabia. Taki staż, tyle dodatków, tyle dyplomów, ale ona ma wciąż mało.
    Tylko co ten oddział zrobiłby bez niej? Byłby szary, cichy i nudny…
    Newman
    Lekarska para: Ona i on, czasem ona+ona lub on+on. Mają podobną pracę i zainteresowania - lepiej się rozumieją, mają o czym pogadać i... widzą się pięć dni w miesiącu! Jak naprawdę wygląda życie lekarskich związków? Poznaj pikantno-gorzkie szczegóły życia prywatnego lekarzy.
    Ewa i Maciek, poznali się na stażu. On miał narzeczoną (też lekarkę), ale tak dobrze dogadywał się z Ewą, że zostali razem. Mają zwierzaka i myślą o ślubie.  Oboje są rezydentami (chirurgia, ortopedia) - niewiele powyżej 2 tysięcy na rękę + obowiązkowe 3 dyżury na miesiąc, więc zbierają fundusze na realizację marzeń, biorąc dodatkowe prace: przychodnia POZ, nocne dyzury: SOR, NPL w sąsiednim powiecie, czasem karetka. Dodatkowo muszą szkolić się na wyjazdowych kursach specjalizacyjnych i uczestniczą w konferencjach. W ostatnim czasie ich grafiki "troszkę" się rozjechały - wyszło tak, że spędzili ze sobą w jednym miesiącu łącznie 5 (!) niepełnych dni. W następnym miesiącu wynagrodzą sobie tę izolację - jadą na wspólny 6-dniowy urlop.
    Eleonora i Marian są już na zasłużonej lekarskiej emeryturze. Oczywiście nie przeszkadza im to dalej pracować - medycyna to wszak miłość dozgonna. Zaczynali w czasach komunistycznego nakazu pracy - jako kadry szczególnie ważne dla „gospodarki uspołecznionej” zostali zaraz po studiach odgórnie przeniesieni z rodzinnych miast na polski „daleki wschód” na całe 3 lata. Tam się poznali i zostali po dziś dzień. Co ciekawe w latach 60-tych XX wieku zniesiono nakaz pracy we wszystkich zawodach cywilnych z wyjątkiem… kadr medycznych! Jako medyczni pionierzy E. i M. mogą pochwalić się pokaźnym dorobkiem naukowym i dydaktycznym. Są szanowanymi specjalistami w swoich dziedzinach i przez wiele lat piastowali funkcje kierownicze. Wychowali całe pokolenia lekarzy, choć własnych dzieci nie mają. Eleonora już pomału odpuszcza - „Niech pracują młodzi…” - mówi, choć nie za bardzo wie, co ze sobą zrobić bez codziennej oddziałowej rutyny… Dobrze, że żyje jeszcze kilku znajomych z dawnych czasów.
    Mirek i Tomek poznali się jeszcze na studiach. Los chciał, że trafili do jednej grupy studenckiej i dobrze im się że sobą gadało. Dość szybko odkryli, że łączy ich coś więcej niż miłość do medycyny i zabytkowych aut. Zostali parą w kraju, gdzie ich związku nie można wciąż sformalizować, mimo, że są jedną z tysięcy duetów LGBT. Podobnie zresztą jak większość z nich ani się ze swą odmiennością nie ukrywają, ani nie afiszują. Natomiast nieustannie dziwi ich zawziętość i brak pragmatyzmu władzy, która nie docenia wartości trwałych związków. "Gdy ludzie żyją długie lata w zalegalizowanym związku partnerskim to na przykład w przypadku ciężkiej choroby lub kalectwa jednej z osób zazwyczaj zaopiekuje się nią jej partner lub partnerka" - mówi Mirek. "A ustawodawcy wolą ideologicznie blokować tę możliwość i w kryzysowej sytuacji przerzucać na resztę obywateli wielokrotnie wyższe koszty długotrwałej opieki nad chorym. To niezrozumiałe". Panowie podzielili się obowiązkami i tylko jeden z nich, Tomek, robi karierę w szpitalu. Mirek wybrał etatową pracę w osiedlowej poradni. Mieszkają od wielu lat razem w rodzinnym mieście i tak organizują czas, aby niemal wszystkie 26 dni urlopowych wykorzystać na wspólne ukochane zjazdy oldsmobili.
    Elżbieta i Mieczysław przeżywają trzecią młodość. Dla każdego z nich nie jest to pierwszy związek, ale wreszcie ten udany. Ona jest szefem oddziału rehabilitacji w prywatnym szpitalu w centralnej Polsce, on doświadczonym chirurgiem w szpitalu klinicznym 50 km dalej. Nierzadko współpracują ze sobą, przesyłając sobie pacjentów. Pieniądze nie stanowią dla nich żadnego problemu. Gorzej jest z czasem dla siebie: rzadko widują się w domu, praca pochłania wiele energii i zaangażowania. Dbają jednak o to, by wspólnie wyjeżdżać zarówno na upragnione wakacje, jak i na zagraniczne konferencje. Wykrawają z pracy czas dla siebie.
    Adrian oraz Mariusz (pracują na jednym oddziale) nie tworzą małżeństw lekarskich. Ich partnerki pracują poza branżą. Ale zauważyli, że mają podobne problemy. Adrian z żoną na półtora roku po ślubie chcą się rozwodzić średnio raz w miesiącu. Przynajmniej rzadko się kłócą (bo widzą się rzadko). Związek Mariusza i jego konkubiny przeżył już poważny kryzys. Wracając z pracy (etat rezydencki) odbiera, jeśli może, dziecko z przedszkola, a gdy partnerka wraca z pracy o 17:30, on właśnie wychodzi na dyżur. Gdy czasem wracał wkurzony i zmęczony z dyżurów, odreagowywał szpitalny stres i był zwyczajnie niemiły. W efekcie agresji i przewlekłego braku czasu oddalili się od siebie. Otrzeźwienie przyszło w chwili, gdy oboje otarli się o romans. Wciąż trudno mu rozsądnie podzielić czas między pracę i życie rodzinne. Pierwsze ma służyć drugiemu, choć często jest wręcz przeciwnie.
    W parze Beti + Marek ona jest lekarzem, a on zarabia pieniądze na utrzymanie. Dzięki jego pracy jako informatyka przeżyje on, ona i ono (mają śliczną i elokwentną roczną córeczkę). Po 5 latach studiów pensja Marka to ponad trzykrotność etatu Beti, która po sześcioletnich studiach i rocznym stażu jest obecnie rezydentką w szpitalu klinicznym. Na wychowawczym dostaje tylko część swojej pensji, ale nawet gdyby wróciła do pracy to bez pomocy partnera byłoby krucho. Młoda mama zakochana w Julci dobrze czuje się w roli niani i gospodyni. W przeciwieństwie do wielu matek z konieczności, a lekarek z powołania Beti zdecydowanie faworyzuje rodzicielstwo i życie prywatne. Rozważa nawet zmianę specjalności na bardziej nomen omen... rodzinną. Oboje myślą o dalszym powiększaniu rodziny.
    ***
    Związek dwojga lekarzy ma jasne i ciemne strony. Praca w medycynie to często wspólni znajomi, tematy do rozmów, zrozumiały dla obojga język i większa wyrozumiałość. Jeśli jednak obu stronom w równym stopniu zależy na osobistym rozwoju, karierze zawodowej bądź naukowej to zawsze cierpi na tym wzajemna relacja. Gdy raz po raz para mija się w drzwiach trudno o bliskość i szczerą rozmowę. Zdrady i rozstania nie są rzadkie - w badaniach ankietowych przedstawiciele zawodów medycznych plasują się zazwyczaj w okolicy trzeciego miejsca na niechlubnym podium niewierności wśród różnych grup zawodowych.
    Konsekwencje niepoukładanego życia partnerskiego ponoszą także dzieci (gdy w ogóle się pojawią). Lekarskie potomstwo nierzadko dostaje od rodziców wszystko, czego tylko zapragnie, z jednym wyjątkiem: brakuje im samych rodziców, którzy nigdy nie mają na nic czasu. Dobrze, jeśli kończy się to tylko obniżoną oceną z zachowania w szkole. Niestety często lekarskie dzieci i spadkobiercy "rodzinnych biznesów" powielają życiowe błędy swoich zapatrzonych w pracę ojców i matek. A nie brakuje znanych profesorów czy ordynatorów, którzy po latach praktyki lekarskiej wyznają, że ich jedyną prawdziwą miłością w życiu była medycyna.
    Stabilny, partnerski związek jest jedną z podstawowych metod profilaktyki zespołu wypalenia zawodowego, które niezwykle często dotyka lekarzy. Kumulowane w kontakcie z pacjentami emocje lubią "przelać się" w domowym zaciszu i stąd tak bardzo potrzeba wyrozumiałości, tolerancji i empatii. Wspólne urlopy, hobby i znajomi spoza medycznego świata to dobre sposoby na odreagowanie niełatwej pracy. Warto o tym przypominać także naszym pacjentom, którym często przedstawia się lekarzy jako dyspozycyjnych przez 24 godziny na dobę judymów i niezniszczalnych cyborgów...
    Imiona bohaterów zmieniono.
    Mateusz Malik, lekarz
    Newman
    Większość komentatorów traktuje z przymrużeniem oka zapewnienia ekscentrycznego włoskiego neurochirurga Sergio Canavero, który zapowiedział na ten rok pierwszy w historii przeszczep głowy człowieka. Nie można jednoznacznie stwierdzić, czy jest to poważna zapowiedź, czy pompowanie medialnego balona. Lekarz ma wszak i prawo wykonywania zawodu, i chętnego biorcę "ciała", i wsparcie z dalekiego wschodu...
    Neurochirurg, absolwent i wieloletni pracownik Uniwersytetu w Turynie Sergio Canavero dwa lata temu stwierdził w trącącym bufonadą artykule "Human head transplantation. Where do we stand and a call to arms" współtworzonym przez Xiaoping Ren z Harbin Medical University w Chinach, że ich projekt HEAVEN ma szansę stać się kolejnym po odkryciach Semmelweissa, Pasteura czy Mendla przełomem w dziejach medycyny. Artykuł ma wydźwięk manifestu, który zachęca świat medycyny do podjęcia wyzwania i przyłączenia się do teamu, a świat finansjery do zapewnienia funduszy na ten cel.

    Przeszczepu głowy nie było i nigdy nie będzie, można jedynie mówić o przeszczepie całego ciała lub całego człowieka, gdyż głowa i szyja żyjącego pacjenta formalnie jest biorcą przeszczepu od zmarłego dawcy.Postęp w transplantologii faktycznie w ostatnich latach jest ogromny, czego dowodzą nawet nasze rodzime przypadki, ale barierą nie do przejścia pozostaje wciąż funkcjonalne zespolenie przeciętego rdzenia kręgowego. Profesor Canavero teoretycznie odniósł się do tego zagadniania w innym artykule The “Gemini” spinal cord fusion protocol. Ale nie zmienia to faktu, że nigdy żaden lekarz nie połączył skutecznie i trwale rdzenia u żadnego zwierzęcia.
    Zorganizowanie zespołu operacyjnego i zebranie funduszy wydaje się małym problemem wobec samego faktu przeszczepu z cięciem na wysokości szyi. Wchodzi w grę błyskawiczne niedokrwienie mózgu i konieczność zastosowania hipotermii oraz unikalnego krążenia pozaustrojowego, dużym wyzwaniem jest też kontrola funkcji życiowych "donora", które bez nadzoru centralnego układu nerwowego muszą ulec destabilizacji.
    Pikanterii całej sprawie dodaje fakt, że naukowiec znalazł już chętnego biorcę przeszczepu, młodego rosyjskiego informatyka Walerija Spiridonowa z ciężką dystrofią mięśniową, którego jedynym marzeniem jest stanięcie na własnych nogach. Pytanie tylko za jaką cenę?

    Autorzy pozostają wierni swojemu założeniu i termin 2017 pozostaje wciąż aktualny:
    http://worldwide.chat/3rcnH4SQA0E.video
     
    Mateusz Malik, lekarz
    Źródła:
    https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pmc/articles/PMC4743270/ https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pmc/articles/PMC4322377/ informacje prasowe
    inkalekarka
    Środa. Godzina 20.20 - wreszcie chwila ciszy i spokoju, można zjeść kolację, właściwie obiado-kolację. Wcześniej dzień pełen wrażeń...
    Poranek jak zwykle - godzinna odprawa z ordynatorem, całą lekarską ekipą, oddziałową i rehabilitantem. Po omówieniu przyjęć dyżurowych, następnie wszystkich około siedemdziesięciu pacjentów, których mamy na oddziale, wspólnych konsultacjach, podjętych decyzjach - zabieramy się do "roboty".
    Dziś na moim skrzydle (gdzie leży aktualnie 28 pacjentów) jest trzech lekarzy (koleżance rozchorowała się opiekunka do dziecka i musiała zostać w domu). Ja prowadzę dziś w związku z tym dziesięciu pacjentów - ośmiu "swoich" i dwóch koleżanki.
    Zaczynam jak zawsze od sprawdzenia wyników, przedłużenia zleceń, potem szybkie wypisy - dziś wypisuję trzy osoby: 40-letniego anorektyka po leczeniu onkologicznym kilka lat temu, którego wczoraj konsultował psychiatra, a wcześniej nasz specjalista ds. żywienia, obecnie bez większych zaburzeń w badaniach laboratoryjnych, wskazane dalsze leczenie psychiatryczne, 86-letnią "babciunię" z rozsianym rakiem pęcherzyka żółciowego z przerzutami do wątroby, nie zakwalifikowaną do żadnego leczenia, wypisaną pod opiekę troskliwej rodziny i 60-letnią pacjentkę przyjętą do diagnostyki niedokrwistości, po wykonanych badaniach endoskopowych, z nadżerkowym zapaleniem żołądka i jak się okazało po konsultacji psychologicznej z ponad stutysięcznym zadłużeniem, na wielu chwilówkach i innych kredytach, które bierze, by móc robić niekończące się zakupy, z podejrzeniem zakupoholizmu, wysłana do dalszego leczenia psychiatrycznego ambulatoryjnie...
    Poza tym robię dziś wizytę u (1) starszego pacjenta, przyjętego po raz kolejny z powodu dekompensacji niewydolności krążenia...
    Godzina 21.40 - telefon z SORu. Poleciałam na dół zobaczyć wypisanego dziś od nas z oddziału pacjenta, przed 90-tką, przywiezionego z powodu zaburzeń kontaktu. Dziś rano, wychodząc, był jeszcze w kontakcie. Teraz nie odpowiada na żadne pytania, przyjęty do SOR z podejrzeniem udaru. Przy okazji dowiedziałam się o przyjęciu planowanym na późne godziny nocne: 40-letni pacjent z kreatyniną 10, na razie w trakcie diagnostyki i przed ostrą dializą. Po drodze wracając sprawdziłam na oddziale wieczorne "cukry", czyli glikemie pacjentów.
    Ale wracając do mojego poranka... (2) Pacjent przyjęty jakieś dwa tygodnie temu w stanie przedśpiączkowym - z glikemią ponad 1500, dziś kończy diagnostykę, jutro wychodzi do domu, (3) 90-letni pacjent z tysiącem chorób przyjęty do diagnostyki niedokrwistości, w GFS zapalenie żołądka i dwunastnicy z niszą wrzodową, (4) 89-letnia pacjentka przyjęta kilka dni temu z infekcją, hipotensją, dziś już rehabilitowana, (5) 60-letnia pacjentka do diagnostyki zaparć i krwawienia z dolnego odcinka przewodu pokarmowego, dziś miała badania endoskopowe, (6 i 7) dwójka pacjentów koleżanki - jeden rehabilitowany pod udarze, którego dostał na naszym oddziale (mimo profilaktyki przeciwzakrzepowej) i pacjentka przekazana z OAiIT okolicznego szpitala, również do rehabilitacji. Nie, nie jesteśmy oddziałem rehabilitacyjnym tylko interną.
    Do tego jeszcze przyjęcie - nasz stały bywalec - alkoholowe uszkodzenie wątroby, z żylakami przełyku, zapaleniem żołądka i  zmianami angiodysplastycznymi w jelicie grubym, po raz kolejny z powodu anemizacji.
    Godzina 12. Wracam z wizyty, uzupełniam papiery, ogarniam przyjęcie. W międzyczasie psuje się niszczarka do dokumentów. Dzwonię do informatyków z zapytaniem, czy przypadkiem nie naprawiają niszczarek. "Przemiły" informatyk odpowiada mi, że oczywiście nie i dlaczego wydaje mi się, że niszczarka to sprzęt informatyczny?! I teraz cytat : "To tak jakby pani zadzwoniła do kuchni i zapytała, czy tam nie naprawiają, bo niszczarka jest podobna do maszynki do mielenia mięsa". Rzucam słuchawką. Proszę o połączenie z działem technicznym. Odbiera kolejny, nieco milszy pan, który informuje mnie, że oni zajmują się naprawą sprzętu medycznego, a nie niszczarek i mam dzwonić do konserwatorów. Dzwonię, tam ubawiony całą sytuacją pan mówi, że on się zajmuje, ale konserwacją zabytków (mówię, że niszczarka nie jest zbyt nowa, więc może by się zajął?), odpowiada mi na to, że może się co najwyżej zająć zrzuceniem jej przez okno z pierwszego piętra... Odpowiadam, że jestem na czwartym i jakby co z tym dam sobie radę sama. Rozłączam się. Mój "dobry humor" osiągnął apogeum. Dzwonię do sekretariatu dyrektora z zapytaniem, co mam zrobić w tej sytuacji (nie omieszkałam przytoczyć wszystkich powyższych cytatów). Pani Ela poleca napisanie odpowiedniego pisma z zapytaniem do dyrektora o to, kto naprawia w tym szpitalu niszczarki, a oni się ustosunkują. A najlepiej iść do oddziałowej. Idę, nakreślam po raz kolejny problem. Oddziałowa bierze niszczarkę pod pachę, idzie do działu technicznego, skąd odsyłają ją z kwitkiem do informatyków, a tam dowiaduje się, że ewentualnie jutro będzie ktoś kto może się na tym zna. Nie wiem, czy w czeskim filmie dzieją się takie rzeczy.
    Przez następne godziny ogarniam kolejne papiery. Potem jeszcze jakieś USG do zrobienia, konsultacje, rozmowy z rodzinami. Schodzi do późnych godzin popołudniowych, kiedy to zaczynają się kolejne wezwania na SOR. I tak całe popołudnie.
    Wpis kończę na kolejnym dyżurze, bo po 22 znów zaczął się "sajgon". Przyjęcia robiłam do 1 w nocy, jeden to pacjent po ostrej dializie wspomniany wcześniej, a drugi to przyjęty w stanie bardzo ciężkim mężczyzna z rozsianym rakiem pęcherza moczowego, odwodniony, wyniszczony, z infekcją. Obraz, który na długo pozostaje, szczególnie, że pacjent ma niewiele ponad 50 lat.
    Zasypiam ledwie żywa o 3.30. Spokój do 6, kiedy zaczynają się pierwsze telefony z oddziału.
    A dziś pozdrawiam Was serdecznie z niedzielnego dyżuru, nieco spokojniejszego
    Gonzo
    Nie od dziś wiadomo, że rak piersi jest najczęściej występującym nowotworem złośliwym u kobiet. Wcześnie wykryty, może być całkowicie wyleczalny i nie stanowić zagrożenia dla życia. Zdiagnozowany w zaawansowanym stadium stanowi dużo większy problem, gdyż leczy się go nieporównywalnie trudniej, efekty leczenia są gorsze, a rokowanie dużo bardziej niekorzystne.
    Jest to choroba, która wymaga wielospecjalistycznego, fachowego i indywidualnego podejścia obejmującego zaplanowanie leczenia pod kątem konkretnej kobiety, jego odpowiednio szybkie przeprowadzenie, a także całościową, holistyczną opieką nad pacjentką. Niezwykle istotne jest, aby mieć świadomość, że leczenie onkologiczne samo w sobie jest dużym obciążeniem zarówno fizycznym, jak i psychicznym dla chorego.
    Aby wyjść na przeciw potrzebom pacjentów i zapewnić im jak najlepszą opiekę, przy Dolnośląskim Centrum Onkologii we Wrocławiu powstaje pierwszy w Polsce, tak zwany "Breast Unit". Jest to jednostka ukierunkowana stricte na diagnostykę i leczenie raka piersi. Dzięki temu, pacjentki (i pacjenci, bo nie zapominajmy, że 1% wszystkich pacjentów z rakiem piersi to mężczyźni) będą mogły być poddane diagnostyce i leczeniu w jednym miejscu.
    Zakładając możliwość zastosowania wszystkich możliwości terapeutycznych, biorąc na przykład wczesnego raka piersi, dotychczas odbywało się to w następujący sposób: pacjentka z podejrzeniem nowotworu jest diagnozowana w Zakładzie Diagnostyki Chorób Piersi, następnie, po konsylium trafia na Oddział Chirurgii Onkologicznej gdzie jest operowana. W następnej kolejności trafia na Oddział Onkologii Klinicznej, gdzie otrzymuje chemioterapię uzupełniającą. Kolejnym etapem jest Zakład Radioterapii, gdzie jest uzupełniająco napromieniana, aby potem wrócić do Oddziału Onkologii Klinicznej, by na przykład otrzymać leczenie celowane i hormonoterapię. Wymaga to częstych zmian miejsc, lekarzy, i jest dla pacjentki dużą komplikacją, a także niejednokrotnie wiąże się z niemałym stresem (jakby stres wywołany chorobą nowotworową był zbyt słaby...). Dzięki innowacji jaką jest Breast Unit, będzie można uniknąć takiego stanu rzeczy. We wrocławskim Oddziale pacjentki z rakiem piersi będą diagnozowane i leczone komfortowo, w jednym miejscu, co bardzo usprawni przebieg terapii. 
    Mury wrocławskiego Breast Unitu już stoją. Teraz trwa kompletowanie wyposażenia. Jednostka będzie wyposażona w nowoczesny sprzęt do diagnostyki (mammografy, ultrasonografy, stoły do biopsji), własną salę operacyjną, a także warunki do prowadzenia leczenia uzupełniającego. Pacjentki będą przebywały w komfortowych, dwuosobowych salach z łazienką. Wśród personelu Breast Unitu będą się znajdować zarówno chirurdzy onkolodzy, onkolodzy kliniczni, radiolodzy, radioterapeuci, a także psycholodzy. Pozwoli to na zapewnienie pacjentom interdyscyplinarnej opieki pozwalającej na lepszą indywidualizację i jakość terapii. Na czele wrocławskiego Breast Unitu ma stanąć prof. Rafał Matkowski. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, pierwsze pacjentki będą przyjmowane już w połowie tego roku. Szacunkowo Breast Unit ma przyjmować około 1000 pacjentek i pacjentów rocznie.
    To ogromny postęp dający niewątpliwie możliwość do znacznej poprawy jakości opieki nad chorymi na raka piersi. Oby tak dalej.
    MedFor.me
    Rozmowa z dr Henryką Bochniarz, ekonomistką, założycielką i prezydentem Konfederacji Pracodawców "Lewiatan". Jako przedsiębiorca, członkini organizacji pozarządowych, polityk i publicystka od lat jest aktywnie zaangażowana w życie społeczne w Polsce. Od 2016 roku jako reprezentant strony przedsiębiorców przewodniczy Radzie Dialogu Społecznego, gdzie w ramach konsultacji społecznych planuje rozpocząć ogólnopolską debatę m.in. na temat polskiego systemu opieki zdrowotnej. 
    Mateusz Malik: Pani Prezydent! Rada Dialogu Społecznego, której Pani przewodniczy od 22 października 2016 roku, czyli nowa wersja Komisji Trójstronnej to przestrzeń do rozmowy między stroną rządową, pracodawcami i pracownikami. Co udało się osiągnąć dzięki temu ciału w ciągu pierwszego roku jego działania?
    Henryka Bochniarz: Początek działania nowej instytucji jest zawsze trudny, dlatego na tej podstawie trudno ocenić jaki będzie ciąg dalszy funkcjonowania RDS. Nie jest to jednak tylko nowa wersja Trójstronnej Komisji. To był pierwszy rok obowiązywania nowej ustawy o Radzie, którą obecnie wypełniamy treścią. W ustawie są ogólne zapisy, nowe kompetencje i zasady działania instytucji, które muszą zostać przełożone na konkretne, szczegółowe, wewnętrzne regulacje, jak np. system głosowania podczas posiedzeń, czy jest konieczność sporządzenia protokołu, itd.
    Ten pierwszy rok był wyjątkowy także dlatego, że był to pierwszy rok funkcjonowania rządu, który zasypał nas dziesiątkami projektów legislacyjnych. Policzyliśmy, że konsultowaliśmy w tym czasie ponad 500 ustaw. Jednocześnie wielokrotnie wykorzystywany był np. mechanizm projektów poselskich, czyli ominięcia RDS w związku z tym, że te projekty nie podlegają konsultacjom społecznym. Zapytałam kiedyś jednego z ministrów, dlaczego własny projekt dał do podpisania posłom, aby uniknąć dyskusji w Radzie. Powiedział, że konsultacje społeczne są strasznie czasochłonne… [śmiech]. Fakt, są. Ale właśnie po to się je robi, aby dowiedzieć się jakie są argumenty partnerów społecznych, racje różnych stron i jak można je pogodzić. To stanowi o jakości i trwałości prawa.
    W trakcie mojego przewodniczenia, czyli niemal do końca 2017 roku, musimy przygotować nowelizację ustawy o Radzie Dialogu Społecznego. Już wiemy, co działa, a co wymaga poprawy, np. funkcjonowanie WRDS-ów. W dobie decentralizacji będą się stawały coraz ważniejsze. Kiedyś były usytuowane przy wojewodach, a w obecnej ustawie przypisano je do marszałków, którzy z tego narzędzia w większości nie korzystają… Musimy to uporządkować, jak również poprawić finansowanie dialogu w regionach. W tej chwili nie ma środków nie tylko na ekspertyzy, ale nawet na zakup wody dla uczestników dyskusji.
    A jakie najważniejsze cele szykują się na obecny rok?
    Ponieważ mamy za sobą okres, który nazywam „legislacyjnym tsunami”, nie wystarczyło czasu, aby nad wieloma ważnymi sprawami należycie się pochylić. Albo pojawiał się projekt budzący kontrowersje, do którego Rada musiała się odnieść, albo wnioski o pilną interwencję, m. in. w sprawach zamówień, publicznych, hutnictwa, handlu cementem i musieliśmy błyskawicznie wydać w tych sprawach opinię. Chciałabym, aby Rada nie była instytucją zajmującą się wyłącznie sprawami bieżącymi, których są dziesiątki, ale przede wszystkim podejmującą kwestie o strategicznym znaczeniu dla naszego kraju. Mieliśmy już uzgodnienia w sprawach ważnych dla wszystkich, jak np. w sprawie wprowadzenia minimalnej stawki godzinowej, likwidacji tzw. syndromu pierwszej dniówki czy dopuszczające wydłużenie okresu odwołania od zwolnienia z pracy. Chciałabym, aby Rada była jeszcze bardziej aktywna, wychodząca z inicjatywą. Wśród tematów, które chcemy podjąć w tym roku są, m. in.: dostosowanie kompetencji pracowników do potrzeb rynku pracy, zasady funkcjonowania i finansowania ochrony zdrowia, jak również stworzenie warunków do rozwoju innowacyjnej gospodarki. W czasie, kiedy jest spokój, choć obecna sytuacja polityczna jest napięta, musimy wspólnie ustalić ważne tematy, którymi powinniśmy się zająć w sposób odpowiedzialny i w dłuższej perspektywie niż wyborcza. Czy to się uda, nie wiem.
    Chciałabym także, aby sama idea dialogu stała się ważna. Niestety nie mamy w Polsce umiejętności rzeczowej rozmowy… A problemy nabrzmiewają. Barack Obama w swoim pożegnalnym wystąpieniu mówił o potrzebie dialogu i funkcjonowaniu w bańkach informacyjnych. Ludzie są przyzwyczajeni do słuchania tych, którzy myślą tak samo lub podobnie i są zamknięci na argumenty, z którymi się nie zgadzają. Nam w Radzie udało się już w dużej mierze przejść ten etap i w wielu kwestiach związkowcy słuchają argumentów pracodawców i vice versa, nawet w tak trudnych kwestiach, jak minimalna płaca godzinowa. W związku z narastającym kryzysem politycznym w państwie, w grudniu zeszłego roku, partnerzy społeczni zajęli wspólne stanowisko, apelując do polityków o dialog i porozumienie.
    Jednak gdy działamy pod presją czasu, to związkowcy patrzą na daną sprawę tylko pod kątem interesów pracowniczych, a pracodawcy - gospodarczych i nie ma przestrzeni do realnego dialogu. Jeśli dotyczy to spraw tak ważnych dla Polaków, jak służba zdrowia, czy edukacja, to Rada powinna mieć czas, aby odpowiedzialnie odnieść się do propozycji rządu. Pośpiech przekłada się niestety negatywnie na jakość prawa.
    Rada Dialogu Społecznego dysponuje dobrym instrumentem, który powinien być częściej wykorzystywany, czyli może wnioskować o przeprowadzenie wysłuchania publicznego w ważnej sprawie, objętej zakresem jej właściwości. W sprawie reformy edukacji właściwie wszystkie organizacje, poza Solidarnością, która wstrzymała się od głosu, podpisały się pod wnioskiem o lepsze przygotowanie tej ustawy. A reforma, po niedawnym podpisaniu przez Prezydenta, ma wejść w życie 1 września!
    Na kolejnym posiedzeniu plenarnym RDS zaplanowana jest dyskusja na temat reformy systemu ochrony zdrowia i potrzebie postrzegania wydatków na ochronę zdrowia, jako inwestycji w przyszłość Polski. Oddolnie powstało bardzo wiele grup, które, pomimo sprzecznych interesów, postulują odpowiedzialne podejście do reformy, dlatego powinny mieć możliwość przedstawienia swoich racji. Mam nadzieję, że strona rządowa będzie podczas tej dyskusji należycie reprezentowana. Niestety, często jest tak, że przychodzi do nas minister, który wygłasza swoją opinię, po czym wychodzi. Zostawia urzędników, którzy wszystko notują, ale nie mają mocy decyzyjnej. Nierzadko wygląda to tak, jakby od początku nie zamierzał w ogóle wsłuchać się w opinie innych. RDS musi stanowić taką płaszczyznę, na której będzie można wyrazić swoje zdanie, nawet jeśli ono nie zostanie zaakceptowane ze względu na rangę innych argumentów. Na tym polega dialog. Ale trzeba argumentów wysłuchać i na nie odpowiedzieć, a nie ignorować, bo wtedy mamy tylko serię monologów.
    Pytanie trochę ad vocem: Od wielu lat rola państwa sprowadza się do kryzysowych interwencji. Brakuje nam planowania, myślenia długofalowego na okres dłuższy niż jedna kadencja rządu czy parlamentu. To także jedna z bolączek ochrony zdrowia. Czy można wszystko zrzucić na niską jakość klasy politycznej? Czy są jakieś inne tego przyczyny?
    Myślę, że zawsze jest tak, że pole do rozmowy stwarzają ci, którzy mają największą władzę. Na nich też spoczywa największa odpowiedzialność. Dobrze, że pozostali także mogą się zorganizować, oprotestować, a jak przyjdzie 50 tysięcy ludzi, to jest nadzieja, że ktoś ich wysłucha. To jednak nie liczba decyduje o posiadaniu racji. Koszty takich „ćwiczeń” są duże. W Polsce, gdy pojawia się problem, nie ma zwyczaju, aby już na samym początku usiąść i rozmawiać. Problem musi przybrać takie rozmiary, że nie ma wyjścia i trzeba ludzi wysłuchać. Ale wtedy, „pod ścianą”, oferuje się nieprzemyślane rzeczy.
    Myślę, że powodem tego, że stronimy od autentycznego dialogu jest to, że nasza demokracja jest jeszcze bardzo młoda i nie zbudowaliśmy dotąd wielu instytucji, które w takich sytuacjach są bardzo pomocne. Mieszkałam przez kilka lat w Ameryce i wciąż na bieżąco śledzę to, co tam się dzieje. W związku z tym nie boję się o USA, pomimo tego, że prezydentem został człowiek bez żadnego doświadczenia w zarządzaniu państwem. W systemie amerykańskim jest tak wiele bezpieczników, że Ameryka sobie z tym wyzwaniem poradzi. Natomiast my tego w Polsce nie mamy. Nasze organizacje pozarządowe są wciąż słabe i niedofinansowane, bo po okresie funkcjonowania w gospodarce PRL przedstawiciele starszego pokolenia na samą myśl, że mają się z kimś zrzeszyć i zorganizować, od razu się wycofują. Ludzie nie mają na to czasu, nie mają też na to pieniędzy. Ale, co najważniejsze, nie są tego nauczeni.
    Kiedy przyjechałam do Ameryki i zaczęłam uczyć na uniwersytecie, to w ciągu miesiąca byłam członkinią około trzydziestu różnych grup! Przychodził do mnie przedstawiciel każdej z nich i coś proponował. „Słuchaj! Mamy wspólne czytanie książek.”, „Mamy spotkania z farmerami i potrzebujemy wolontariusza, który będzie im tłumaczył różne sprawy”, itd. To było niesamowite. Człowiek od razu stawał się częścią czegoś! U nas, jeśli sami o coś nie zawalczymy, nikt nie przyjdzie i nie powie co mamy robić. Narzekamy więc na brak społeczeństwa obywatelskiego…
    Nasza demokracja jest na etapie może nie noworodkowym, ale takiej młodzieńczej burzy hormonalnej…
    Tak. Dlatego tym większa jest odpowiedzialność ludzi, którzy rządzą. W czasach Komisji Trójstronnej, która nie była idealna, pamiętam okres przewodnictwa premiera Jerzego Hausnera, który bardzo szanował partnerów społecznych. Mimo, że kłóciliśmy się co do setek spraw, to był czas, gdy Komisja podjęła szereg wspólnych decyzji, bo minister finansów podchodził do dialogu w sposób poważny. Jeśli takie będzie podejście władzy, to przy wszystkich różnicach, osobistych sympatiach i antypatiach uda się wiele rzeczy ustalić.
    Kolejnym problemem jest to, że gorący spór polityczny uniemożliwia kontynuację. Jeden rząd podejmuje zobowiązania, a kolejny „wyrzuca je wszystkie do kosza”, tylko dlatego, że były to decyzje poprzedników. Za każdym razem na nowo musimy „odkrywać Amerykę”.
    Jaka jest najwłaściwsza droga? Czy to obywatele muszą dojrzeć i wybrać taką odpowiedzialną władzę, czy to państwo musi sobie wychować obywateli?
    Dochodzimy tutaj do bardzo ważnej kwestii, czyli edukacji. Bo jeżeli Ameryka jest taka, jaką ją znamy, to dlatego, że od przedszkola cały czas stawia się na pracę zespołową! Dzieci uczą się tego i są oceniane z umiejętności pracy w team'ie.
    Pamiętam jak moja córka podczas zajęć w szkole jednego dnia była obrońcą, a drugiego prokuratorem w tej samej sprawie. To ją zmuszało do formułowania dobrych argumentów i wyważenia racji. To prawda, że Ameryka jest krajem indywidualistów, ale z drugiej strony, ma świetnie wyćwiczony sposób wspólnego działania w każdej kwestii. A gdzie się tego uczy w Polsce?
    Kolejna ważna kwestia to wolontariat. W USA szalenie liczy się na każdym etapie kariery, ponieważ uczy zauważania innych, ich problemów, racji, doświadczeń. Nie chcę przez to powiedzieć, że Ameryka jest idealna, bo to nieprawda, ale pewne rzeczy możemy zapożyczyć od Amerykanów, bo stanowią fundament ich sukcesu w wielu dziedzinach. Natomiast w Polsce, wszelkie formy społecznego zaangażowania nie są dobrze widziane - dotyczy to zarówno pracowników, jak i pracodawców. W RDS mamy cztery organizacje reprezentatywne pracodawców i trzy związkowców. Kryteria reprezentatywności to, m. in., zrzeszenie pracodawców zatrudniających łącznie co najmniej 300 tysięcy pracowników. To nie jest oszałamiająca liczba w kraju, w którym pracuje 16 milionów osób. Po stronie pracodawców jest więcej dużych firm, korporacji, bo one rozumieją jak to jest ważne… Po stronie związkowej natomiast, uzwiązkowienie jest na poziomie ok. 12% i są to w dużej mierze starsi ludzie.
    Czy w Polsce w obliczu spadającego bezrobocia, rosnących zarobków i dużego popytu na siłę roboczą możemy już mówić o zjawisku dotąd niespotykanym, o „rynku pracownika”?
    Tak. Prognozowaliśmy, że to się wydarzy. Jeśli spojrzymy na trendy demograficzne, to zjawisko „rynku pracownika” będzie się pogłębiało. Widzimy ogromną emigrację Polaków, szczególnie młodych. Mamy wiele sygnałów z różnych miejsc, że nie ma ludzi do pracy. I to nie tylko w służbie zdrowia, gdzie zawsze był problem i gdzie skala wyjazdów zarobkowych była i będzie duża.
    Dawniej istniała bariera językowa i obawy starszego pokolenia przed zmianami. A młodzi ludzie, którzy zaczynają już na studiach jeździć po świecie w ramach Erasmusa i innych programów, jeszcze nim skończą edukację, mają szereg propozycji pracy. Wykształcenie lekarza sporo kosztuje, więc zagraniczni pracodawcy chętnie przyjmują lekarzy z Polski, i organizują dla nich potrzebne kursy, czy szkolenia.
    W ramach umowy CETA, która wzbudziła takie kontrowersje w Europie, Kanada zadeklarowała, że europejskie dyplomy lekarskie będą uznawane po obu stronach Atlantyku. Dotyczy to także innych kwalifikacji przedstawicieli tzw. wolnych zawodów.
    Jakie mogą być tego konsekwencje w kontekście środowiska medycznego?
    Musimy tworzyć strategiczną, wieloletnią politykę, dzięki której fachowcy, w których jako społeczeństwo inwestowaliśmy, finansując szkolnictwo zawodowe i wyższe, będą chcieli zostać w Polsce. Bez tego, sytuacja może być niezwykle trudna. A nie jest to tylko kwestia pieniędzy! Często słyszę argument, że my nie jesteśmy w stanie zaoferować tego wszystkiego, co np. w Danii, czy Szwecji… Oczywiście, że nie. Ale gdyby na przykład lekarze mieli szansę na systematyczny rozwój, gdyby zamiast wypełniać stosy papierów, mogli skupić się na leczeniu pacjentów, to myślę, że chcieliby choć spróbować pracy w Polsce.
    Gdy Polska została członkiem Unii Europejskiej, Ambasada w Londynie zorganizowała spotkanie z pierwszą grupą pracowników, która przyjechała z Polski do Anglii legalnie i na normalnych warunkach. Jak wtedy z nimi rozmawiałam, a była to bardzo zróżnicowana, kilkudziesięcioosobowa grupa, to wszyscy patrzyli w przyszłość z wielkim optymizmem. Zapytałam ich, kto planuje wrócić do kraju i wówczas chęć powrotu zadeklarowało ok. 90%. Planowali popracować ok. 3-4 lata, zarobić na mieszkanie, samochód i wrócić. Podczas ponownego z nimi spotkania, 2 lub 3 lata później, nie wiem czy 5% odpowiedziało twierdząco na to samo pytanie. Gdy zapytałam ich dlaczego, to wcale nie mówili o pieniądzach. Dla nich ważne było to, że tam ludzie się do siebie uśmiechają, że jest spokojniej, że nie są zmuszani do niemożliwego, do dokonywania oportunistycznych wyborów. Łatwość i wyższa jakość życia, wynikająca z większego zaufania i kapitału społecznego, powodują, że Polacy niechętnie wracają do Polski.
    Ta grupa podkreślała, że pomimo tego, że są obcokrajowcami, traktuje się ich poważnie. Jak przychodzą z jakimś pomysłem, a mają tych pomysłów całą masę, to zawsze są wysłuchani i albo się te pomysły wdraża, albo się z nimi rozmawia i spokojnie tłumaczy, dlaczego jest to niemożliwe. Warunki finansowe są lepsze i jeszcze bardzo długo będą lepsze, ale podkreślam, że to nie jest najważniejsze.
    Daje do myślenia… Młodzi lekarze, w tym lekarze rezydenci (czyli w trakcie specjalizacji na „państwowym” etacie) działają od ponad roku na wielu polach. Głównym bodźcem do tych działań były pogarszające się warunki pracy, niejasne zasady kształcenia, łamanie praw pracowniczych, brak waloryzacji wynagrodzeń, ich rażąca nieproporcjonalność do odpowiedzialności, jaką ponosi lekarz i brak perspektyw na jakąkolwiek zmianę. Po ogromnych przedsięwzięciach, to jest akcje typu adoptuj posła, senatora, izbę lekarską, po wielotysięcznych manifestacjach w Warszawie (także zrzeszona demonstracja wszystkich zawodów medycznych), po licznych listach i petycjach do przedstawicieli władz poszliśmy, jako młodzi medycy, nawet nie o krok naprzód. Wciąż nasze możliwości jako pracowników systemu są bardzo ograniczone. Wciąż istnieje „wolontariat”, wciąż nie wszyscy lekarze, którzy kończą studia mają możliwość zatrudnienia i rozwoju, wciąż nie mamy od władz sygnałów, że jesteśmy tu potrzebni, spada liczba przyznawanych etatów rezydenckich. Czy według Pani wiedzy to, co proponuje władza ma jakiekolwiek szanse zmienić naszą sytuację, czy jest to tylko „kupowanie” spokoju?
    Cieszę, że się zebraliście i działacie wspólnie. Bez tego niewiele można osiągnąć. Problemy mogą mieć różne kolory w różnych placówkach zdrowotnych, ale system jest tak samo chory wszędzie. Natomiast rezydenci prawdopodobnie będą krytykować Radę Dialogu Społecznego za to, że podnosimy sprawę finansowania staży rezydenckich z Funduszu Pracy*.
    Zaczęliśmy o tym rozmawiać już w poprzednim roku, w okresie przewodnictwa Piotra Dudy w RDS. Z jednej strony wiadomo, że nie ma pieniędzy w budżecie, a lekarzom trzeba wypłacać wynagrodzenia, ale z drugiej strony, w ustawie o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy nie ma ani słowa o finansowaniu z tych środków wynagrodzeń lekarzy-rezydentów. Z takiego rozwiązania nikt tak naprawdę nie jest zadowolony. Ani lekarze, bo jest to rozwiązanie przejściowe, ani pracodawcy, którzy płacą na fundusz, który powinien służyć innym celom i nie mają wpływu na sposób wydatkowania tych środków. Podobnie jest z Funduszem Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych.
    Słyszałem niedawno, że im lepszy lekarz, tym będzie gorszym dyrektorem szpitala…
    Pewnie są jakieś chlubne wyjątki, ale według mnie... szkoda lekarza. Sprawami zarządzania powinni zajmować się przygotowani do tego menadżerowie, a nie lekarze. Miałam okazję przez ostatni rok przyglądać się temu z bliska i w zarządzaniu szpitalami jest wiele rzeczy, które absolutnie trzeba zmienić. Personel szpitali to często współcześni siłacze i siłaczki. Cały system jest przeciwko nim, a oni próbują pomóc pacjentom.
    Jeśli uda się skompletować zespół, który będzie się w stanie dogadać, to pomimo trudnych warunków, można dobrze funkcjonować i realizować wspólne cele. Ale to rzadkość. Dlatego ludzie rezygnują, wyjeżdżają do innych miast, innych państw, poszukują lepszego życia.
    A średnia długość życia rośnie i będziemy mieli coraz więcej starszych osób. Wszyscy oczekują, że dostaną pomoc medyczną w ramach środków publicznych. I ta dynamicznie rosnąca fala pacjentów oczekujących pomocy po prostu nas zaleje. Powoli prywatna służba zdrowia robi się podobna do publicznej - w wielu miejscach jest tak samo przeciążona. Wcześniejsze przechodzenie na emeryturę, może ten problem pogłębić. Człowiek pozbawiony rutyny chodzenia do pracy zaczyna „chorować”. Podsumowując, popyt rośnie, podczas gdy mamy ogromną emigrację, niski wskaźnik demograficzny i 500+, które może skłaniać ludzi do wycofania z rynku pracy. Gdyby istniał dobry system opieki zdrowotnej, dzięki któremu ludzie w wieku post-emerytalnym byliby w dobrej formie, staliby się oni wartościowym, koniecznym uzupełnieniem luk na rynku pracy.
    Tak jak w Japonii, gdzie w McDonaldzie pracują i studenci, i staruszkowie…
    To osobna bajka. Nam grozi niesamowity kryzys!
    Myślę, że tych trendów już nie cofniemy. Europejczycy nie chcą i nie będą się rozmnażać. Zabraknie nam po prostu rąk do pracy. Jedyną szansą jest imigracja ludzi ze świata…
    Kiedy mieszkałam w Stanach, to w naszej przychodni wśród lekarzy pierwszego kontaktu, Amerykanów było około 10%. Wszyscy inni to obcokrajowcy! I nie było to pokolenie, które się tam urodziło. Cieszyli się, że przyjechali do Ameryki, że mogli tam studiować. Polskę czeka to samo. Dlatego to nasze bronienie się przed obcokrajowcami jest dla mnie specyficzne.
    Świadkiem na moim ślubie, wieki temu, był Etiopczyk, przyjaciel mojego męża. Pobieraliśmy się w Zielonej Górze i pamiętam jak za nim leciał tłum dzieciaków, które nigdy nie widziały żadnego ciemnoskórego. Ostatnio przyjechali do nas na wieś w odwiedziny ciemnoskórzy przyjaciele i wzbudzali tak samo duże zainteresowanie wśród dzieci. Ciągle to nie jest oswojony temat. Wszędzie tam, gdzie to jest możliwe - w edukacji, w kościele, powinniśmy pokazywać, że przyjazd imigrantów, często z egzotycznych krajów, jest naturalny i dobry dla nas. Niestety u części naszego społeczeństwa, wciąż budzi sprzeciw. Oczywiście, równocześnie uważamy, że my mamy prawo być w każdym miejscu świata i powinno nam się zagwarantować dobre warunki.
    Dyrektor szpitala to specyficzny rodzaj pracodawcy. Najczęściej firma, którą zarządza działa w dużej mierze non-profit (jeśli jest to szpital publiczny), a niezależnie od statusu własnościowego pieniądze na działalność najczęściej otrzymuje od państwa, a nie od „klienta”. Z drugiej strony funkcjonujemy w świecie wolnego rynku… Jaki zatem model finansowania służby zdrowia marzy się Pani, jako pracodawcy i przedsiębiorcy?
    [Śmiech] Uważam, że dobrze funkcjonowały, wprowadzone poprzez regionalne NFZ-ty, Kasy Chorych. Była to idea, aby rozwiązań szukać bardziej „na dole”. Ceny są przecież zróżnicowane regionalnie i dlatego zaczęłabym od tego, żeby oddolnie sprawdzić jak wycenić zestaw usług, który świadczą szpitale. Pytanie tylko, jak niezależni będą ci, którzy pracują w regionalnych kasach chorych. Teraz chcemy zarzucić kompletnie wszystko i wrócić do zamierzchłej przeszłości, co według mnie jest niebezpieczne.
    Centralne sterowanie przez polityków…
    W prywatną służbę zdrowia zainwestowano ogromne środki i nie można tego dorobku zmarnować. Jeśli będziemy szli w kierunku, w którym państwowe jest najlepsze, eliminując prywatne, to utracimy punkt odniesienia co do efektywności działań.  
    Musimy się zastanowić do jakiego momentu powinna być konkurencja, a w jakim zakresie podstawowy koszyk świadczeń medycznych powinien być realnie dostępny dla każdego. Nie ma doskonałych systemów. Ja nie znam idealnego kraju. Niektórzy mówią, że to system kanadyjski, ale mam tam sporą część rodziny, która na ten system narzeka i przyjeżdża się leczyć do Polski. W Ameryce nikt nie wie co się stanie z projektem Obamy (Obamacare), który radykalnie podwyższył ubezpieczenia zdrowotne (średnio o 25%). Z drugiej strony znam Amerykanów, którzy nigdy nie byli objęci żadną podstawową opieką zdrowotną i którzy wreszcie weszli do systemu.
    Wyważenie racji nie jest takie proste. Jednak obserwując niektóre szpitale, widzę ile rzeczy można by było w nich poprawić i to nawet bez „pompowania” w nie milionów złotych. Jeśli między różnymi oddziałami tego samego szpitala mają miejsce zasadnicze różnice wynagrodzeń dla lekarzy o podobnym stażu, to nie jest to normalna sytuacja. Bywa, że tam, gdzie jest więcej pracy, większa odpowiedzialność i stres, są mniejsze zarobki i nikt nie wie z czego to wynika. Jestem przeciwna wywieszaniu publicznie na tablicy, kto ile zarabia, ale ten kto zarządza placówką musi wiedzieć z czego biorą się te różnice.
    W okresie, gdy prowadziłam własną firmę, dowiedziałam się jak na gospodarność wpływa ego różnych osób - profesorów, ordynatorów. Dostawaliśmy tysiące listów, że np. tu by się przydał tomograf, a tam inne drogie urządzenie. Wówczas się na tym nie znałam i wydawało mi się, że są to na pewno niezbędne potrzeby. Po czym się okazywało, że są to raczej niekontrolowane ambicje pewnych osób, a przykładowy tomograf, który będzie służył tylko kilka lat, bo zaraz zostanie zastąpiony przez nowszy i technologicznie lepszy, jest używany przez 2 godziny dziennie! Wygląda na to, że jesteśmy bardzo bogatym krajem... W USA takie urządzenia pracują przez 24 godziny na dobę. Co więcej, stawiając wiele diagnoz na podstawie tomografii, Amerykanie wykorzystują różnicę czasu. W czasie, gdy Ameryka śpi, badania są wysyłane do Indii, gdzie jest centrum diagnostyczne, a rano lekarz ma już dwie opinie. U nas natomiast, wyrzuca się pieniądze na drogie urządzenia, a nie ma na rzeczy podstawowe. Niezbędna jest zatem kontrola nad wydatkami ze strony menedżerów szpitali.
    No właśnie, co z tą kadrą zarządzającą? Wszyscy, którzy się znają na zarządzaniu wolą się trzymać z dala od opieki zdrowotnej?
    Ludzie wiedzą jak bardzo jest ona nieprzewidywalna i upolityczniona. Może Pan mieć świetne pomysły, ale gdy przyjdzie nowa ekipa to i tak wszystkich wymieni. Przychodzą następni, uczą się przez 2 lata, potem zostaje im rok na działanie, a potem zostają zastąpieni przez kolejnych rządzących. W ten sposób nie da się stworzyć długofalowej polityki służącej państwu. Ani ochrony zdrowia, ani edukacji nie da się zreformować w okresie rządów jednej ekipy.
    Niemal wszyscy młodzi lekarze mają wynagrodzenia na podobnym, niskim poziomie. Natomiast, co się tyczy specjalistów, to w większości szpitali od paru lat rośnie tendencja, aby negocjować z nimi indywidualne umowy cywilno-prawne. Zamiast etatów podsuwa się im propozycję znacznie wyższych zarobków i większość lekarzy się na to zgadza nie bacząc na konsekwencje. A efektem pracy "na kontrakcie" jest utrata tarczy ochronnej zarówno w zakresie odpowiedzialności cywilnej, jak i opieki zdrowotnej i socjalnej. Czy popiera Pani pomysł walki ze „śmieciówkami” w ochronie zdrowia?
    Nie znam szczegółów tej sprawy. Jeśli dyrektor szpitala może zaoferować umowę, która ograniczy jego koszty, jako pracodawcy, to pojawia się pytanie, jaki sens mają zaoszczędzone w ten sposób pieniądze? Na ile lekarze, którzy decydują się na kontrakt, zaangażują się w życie szpitala? Wiem, że niestety najczęściej i tak przekraczają umowny czas pracy, ponieważ nie chcą zostawić pacjentów. Nie wiem jak stworzyć optymalne rozwiązanie, aby z jednej strony zachować pewną elastyczność, a z drugiej zadbać o bezpieczeństwo.
    Jesteśmy społeczeństwem nienauczonym tego, jak ważne jest zabezpieczenie na przyszłość. Wrócę do przykładu mojej pracy na Uniwersytecie w Minnesocie. Kiedy moje koleżanki i koledzy profesorowie negocjowali wynagrodzenia, to nie przywiązywali zbytniej wagi do podstawowych stawek, natomiast prawdziwe boje z dziekanem toczyli o ubezpieczenia, emerytury i zabezpieczenie socjalne. Niestety, w Polsce nie uczymy dzieci tego, jak odpowiedzialnie myśleć o finansach, tworzyć budżet domowy! W wielu publicznych instytucjach wciąż funkcjonuje myślenie, że jeśli narobimy długów, to ktoś je później spłaci i jakoś to będzie. Zdobywa się dla placówki urządzenie „za darmo”, czyli za czyjeś pieniądze, a nie bierze się pod uwagę kosztów amortyzacji i utrzymania. Jeśli nie umiemy zarządzać własnym budżetem, to jak mamy być dobrym przełożonym dla tysiąca ludzi?
    Dziękuję za rozmowę!

    Rozmawiał: Mateusz Malik, lekarz. Zdjęcia: M. Malik
    *) Fundusz Pracy - powstała w 1933 r. instytucja, której celem było łagodzenie skutków bezrobocia. Od 1991 r. pozostaje pod jurysdykcją ministerstwa pracy, ma charakter funduszu celowego, a jego budżet stanowią składki obowiązkowe płacone przez pracodawców oraz osoby nieprowadzące działalności rolniczej, dotacji oraz dochodów prowadzonej przez niego działalności gospodarczej, oprocentowania depozytów i udziału w spółkach. Środki te są rozdysponowywane przez urzędy pracy w formie zasiłków dla bezrobotnych, prac interwencyjnych, robót publicznych, szkolenie i przekwalifikowywanie bezrobotnych, rozwój poradnictwa zawodowego oraz na rozwój systemów informatycznych i badania rynku pracy. Od 2009 roku ze środków FP finansowane jest „wspieranie startu kariery osób pracujących w zawodach medycznych”, co w praktyce oznacza finansowanie z niego większości pensji rezydenckich.
    Newman
    Lekarze z Porozumienia Rezydentów OZZL wykorzystali dotychczas w walce o godne warunki pracy wiele dostępnych pokojowych form nacisku na polskie władze. Aktualnie w arsenale możliwości pozostały jeszcze m.in. własna inicjatywa legislacyjna, wniosek o referendum, zatrudnianie lobbystów czy walka wyborcza o własnych reprezentantów w parlamencie i rządzie. Bierne oczekiwanie na ruch władz wobec rosnącego kryzysu kadrowego w polskiej ochronie zdrowia jest strategią dość nierozważną. Dlatego nadszedł czas na oddolny, zaakceptowany przez wszystkie medyczne grupy zawodowe projekt ustawy o minimalnych wynagrodzeniach w polskich placówkach leczniczych.
    Przygotowany starannie w procesie negocjacji i przeanalizowany przez prawników potrzebuje teraz poparcia co najmniej 100 tysięcy obywateli, aby mogła uzyskać parlamentarny bieg. Zachęcamy do zaangażowania w zbieranie podpisów pod projektem. Polskie społeczeństwo, a przede wszystkim władze potrzebują jasnych sygnałów, że inicjatywa jest po stronie obywateli.
    Zamieszczamy informacje dla osób, które chcą aktywnie włączyć się w akcję. W załączeniu oryginał projektu i formularze do zbierania podpisów.
    Obywatelski projekt ustawy w sprawie warunków zatrudnienia w ochronie zdrowia.pdf
    Tabela podpisy pod ustawa.pdf
    Mateusz Malik, lekarz
    Źródło: http://www.rezydenci.org.pl/2017/01/23/obywatelski-projekt-ustawy-100000-podpisow-zebrania-czas-start/
    Newman
    Kogo z nas nigdy nic nie bolało? Ręka do góry...
    Czy ktoś z Państwa zauważył, że w chwilach fizycznego cierpienia każdy staje się w jakimś stopniu zwierzęciem? Przetrwać, wyrwać się ze szponów, uciec, ukryć się, umrzeć... Filozofia bólu jest fascynująca, choć mało kto ma odwagę, by się z nią zmierzyć, chętnie przed nią uciekamy jak przed myślami o chorobie i śmierci. A przecież ból jest w każdym z nas.
    dlaczego nie lubimy bólu? co jest takiego w cierpieniu w samotności, że jest nie do zniesienia? czy kara powinna być proporcjonalna do bólu, który oprawca zadał ofierze? Zapraszam na spotkanie z polskim mistrzem świata w dziedzinie obserwacji rzeczywistości, panem Sławomirem Mrożkiem:

    Mateusz Malik, lekarz
    Skany zaczerpnięte zostały ze zbioru felietonów Sławomira Mrożka "Małe listy" wydanego przez Noir sur Blanc
    Derli
    Studia były ciężkie. Z różnych przyczyn. Plan obowiązków i zabaw najczęściej nie kończył się nawet późnym wieczorem, lecz był rozpisany do wczesnych godzin rannych. Jak w takich warunkach udawało się niektórym z nas znajdować jeszcze czas na hobby?
    Sport? Jogging? Pływanie? Musieliśmy. Cała Polska biega. Każdy jest zameldowany na endomondo i każdy przynajmniej raz w miesiącu rysuje na mapie dziwne kształty, dumnie nazywane trasą biegową, która łącznie mierzy prawie całe trzy kilometry. Tak. Wielu studentów medycyny również biega, a nawet uprawia inne sporty.
    OK. Ale jakim cudem robić to po studiach? Z pracą od rana do popołudnia, z dorabianiem w wysysających resztki sił witalnych NPL-ach i z dyżurami we wszystkie święta i weekendy? Nie, nie, nie. Mimo najszczerszych chęci - istnieją rzeczy niemożliwe. Tak przynajmniej myślałam. Okazuje się jednak, że Lekarze to aktywni sportowcy, którzy mogą nawet zaprezentować swoje wypracowane-nie-wiadomo-kiedy zdolności na specjalnie w tym celu organizowanych zawodach. Tych, których taj jak mnie szokuje przeogromna ilość zawodów sportowych dla lekarzy - zapraszam do lektury . 
    Już po wpisaniu pierwszych kilku liter frazy "zawody dla lekarzy", pokazuje się szereg możliwości. Tutaj pozwolę sobie przedstawić TYLKO NIEKTÓRE Z NICH.
    1.    Mistrzostwa Polski Lekarzy w Tenisie Stołowym- odbędą się 25.02.2017 roku w Nowym Targu.
    2.    Igrzyska Lekarskie 2017- do zawodów można zgłaszać się już po 15.05.2017. Uczestnikiem może być każdy lekarz medycyny lub lekarz dentysta i członkowie ich rodzin w wieku powyżej 15 roku życia. Dyscypliny: piłka nożna, koszykówka, siatkówka, siatkówka plażowa, lekkoatletyka, pływanie, tenis ziemny, tenis stołowy, kolarstwo szosowe, kolarstwo górskie, badminton, trójbój siłowy, triathlon, golf, squash, strzelanie, hokej na lodzie.
    3.    Mistrzostwa Polskie Lekarzy w Półmaratonie- pierwszy bieg z cyklu odbył się już w 1998 roku na trasie z Rowów do Ustki. Od 2004 roku przeniesiono Mistrzostwa na trasę Biegu Lechitów, tj. z Dziekanowic do Gniezna. Do 40 Biegu Lechitów pozostało 237 dni.
    4.    Otwarte Mistrzostwa Polski Mazowsza Lekarzy- bieg odbędzie się 25.06.2017 w ramach V. półmaratonu Radomskiego Czerwca ’76. Do startu w półmaratonie dopuszczeni zostaną lekarze i lekarze dentyści, którzy posiadają prawo wykonywania zawodu na terenie Polski.
    5.    VIII Gdański Bieg Lekarzy- bieg na dystansie 5 i 10 km. W zawodach mogą wziąć udział lekarze, lekarze dentyści oraz studenci wydziału lekarskiego Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego. Bieg odbędzie się 13 maja 2017 roku.
    6.    XIII Mistrzostwa Polski Lekarzy w pływaniu- zawody odbędą się 20-22 kwietnia 2017 roku na basenie sportowym w Dębicy. Będzie można zdecydować się, m.in. na pływanie 100 m stylem grzbietowym, 100, lub 200m lub 400 m stylem dowolnym, 50 m stylem klasycznym, 100m lub 200 m stylem motylkowym
    Ciąg dalszy na pierwszych stronach internetu...