• Zaloguj się, aby obserwować  

    Moda dla lekarzy - lekki temat na wiosnę


    Nefer

    Coraz więcej słońca, rozkwitające pierwiosnki i krokusy... Wiosna. A mnie wczesnowiosenna aura skłoniła do refleksji nad ubiorem kolegów i koleżanek po fachu. Wiem, że będąc lekarzem nie wypada interesować się modą. Rozumiem, że nie ma czasu na zgłębianie trendów i dopasowywanie koloru apaszki do paska od zegarka. Tylko dlaczego zapominamy o elementarnych zasadach dotyczących wyglądu?

    O ile wśród kolegów po fachu nie jest jeszcze najgorzej, to doświadczenia z wyglądem studentów medycyny mam jak najgorsze. Jeśli chodzi i znajomość zasad estetycznego wyglądu wśród studentów medycyny chyba osiągnęliśmy dno. Ściślej rzecz biorąc - mam nadzieję, że gorzej już być nie może.

    Skąd u mnie tak jednoznacznie negatywne opinie? Z doświadczenia. Jedna dziewucha (przepraszam za zgrubienie) potrafi popsuć wizerunek całej grupy studenckiej, a nawet całego wydziału. Czyja to wina? Nasza - starszych kolegów i prowadzących zajęcia? Pamiętam z czasów studiów jak profesor wyrzucał z zajęć za zbyt ozdobne kolczyki lub brak elementarnej higieny. A obecnie? Nie wyrzuciłam z zajęć dziewczyny z brudnymi, pokrytymi resztkami lakieru paznokciami u stóp, w podartych klapkach. Nie wyrzuciłam z zaliczenia studenta w poszarpanych jeansach do kolan, mimo negatywnych komentarzy ze strony uczestniczących w zaliczeniu pacjentów.

    W moim głębokim przekonaniu student medycyny powinien dowiedzieć się w domu rodzinnym jak powinno się schludnie wyglądać i dbać o higienę. Dlaczego tego nie wie? Tu pojawić się może wywód z pogranicza socjologii, etyki i filozofii. Pójdę jednak na skróty...

    moda4.png

    Poradnik stylu dla lekarzy i studentów medycyny.

    Dla studenta i medyka - zasady ogólne

    • Na zajęcia (do szpitala) przychodzimy zawsze umyci i po użyciu dezodorantu. Czyste muszą być włosy, zęby i paznokcie. Co ważne zęby wyleczone - bo i z tym bywa różnie. Widoczne braki w uzębieniu u młodego adepta sztuki medycznej? Niedopuszczalne!

    • Perfumy: jak najbardziej na tak, jednak małe ilości (jeden „psik”) oraz koniecznie zapachy o małej projekcji i bez tzw. „ogona”.

    • Włosy: muszą być uczesane i spięte. Fryzura „na topielicę”, tak obecnie modna wśród dziewcząt nie jest odpowiednia do szpitala. Polecam wszelkie upięcia i warkocze. Ładne to, praktyczne i jakże dziewczęce.

    • Zarówno włosy jak i zarost u panów muszą być zadbane, przycięte. Wysoce niewskazane są wszelkie ekstrawagancje. Nigdy nie będzie wyglądał elegancko i profesjonalnie medyk z zielonymi włosami lub ogoloną połową głowy. Fryzury wybieramy klasyczne, kolor włosów możliwie naturalny. Zarówno mężczyzna i kobieta z bardzo długimi włosami nie będzie wyglądać schludnie.

    • Paznokcie: obcięte krótko; zabronione hybrydy i inne wynalazki. Są inne zawody pozwalające na emanację swojej osobowości na płytkach paznokci - zawsze można z bycia lekarzem zrezygnować

    • Makijaż: podkład, puder, tusz do rzęs, ewentualnie mało widoczna szminka są jak najbardziej dopuszczalne. Studentki z wulgarnymi czerwonymi lub czarnymi ustami na zajęciach? Nie do przyjęcia.

    • Strój „prywatny” - czyli to co pod fartuchem lub poza zajęciami klinicznymi: ubranie czyste, uprasowane, dostosowane rozmiarem oraz do pory roku (bose stopy w zimie naprawdę nie wyglądają dobrze). Ideałem jest strój możliwie uproszczony, bez koronek, aplikacji, falban czy przetarć.

    • Ważny szczegół - skarpety: w neutralnym dopasowanym do spodni kolorze. Do jasnego stroju szpitalnego mogą być białe, gładkie, nierzucające się w oczy. Nie zakładamy frotowych skarpet w pieski i świnki. Kabaretki także nie pasują do wizerunku lekarki.

    • Fartuch: czysty, biały, uprasowany. Obuwie: czyste, neutralny kolor bez widocznych oznak zniszczenia.

    • Biżuteria: na rękach jedynie zegarek, kolczyki przy uchu, dopuszczalne są niewielkie naszyjniki. Zawsze lepiej wygląda biżuteria szlachetna, ewentualnie małe perełki. Duże bransolety, pierścionki, wielkie wisiory oraz kolczyki w innych częściach ciała niż uszy - zostawiamy na inne okazje.

    • Niedopuszczalne są tatuaże w widocznych miejscach, strój wyzywający, wulgarny, podarty, zawierający kontrowersyjne treści czy obrazy.

      * Nie nosimy do szpitala koszulek z wielkim nadrukiem „trupiej czaszki”pod rozpiętym fartuchem (prawdziwy przykład 37-letniej pani doktor, internistki z doktoratem pracującej w szpitalu klinicznym).

    moda2.jpgStrój na egzamin/zaliczenie

    • Mężczyźni: garnitur + biała koszula. Krawat, kamizelka lub mucha nie są konieczne. Dopuszczalne są spodnie od garnituru i koszula. Buty czyste - półbuty w kolorze czarnym. Czarne skarpetki! Zabronione jest obuwie czy strój sportowy.

    • Kobiety: spodnie, spódnica lub sukienka - nie krótsze niż do kolana w ciemnym kolorze. Biała bluzka. Generalnie paleta dopuszczalnych barw jest dość szeroka - czarny, granat, szarości, biele a nawet błękity czy beże. Strój nie może być prześwitujący, odkrywający bieliznę, posiadający duży dekolt. Konieczne są cieliste rajstopy i zakryte buty (nie mają tu prawa bytu sandały, klapki czy adidasy). Dopuszcza się pantofle bez pięty. Raczej niski obcas niż szpilki lub koturny.

    • Zasady dotyczące makijażu, fryzury i biżuterii jak wyżej.

    • Do stroju na zaliczenie kobieta powinna dobrać odpowiednią torebkę - małą lub średnią, ze skóry. Nie pasuje tutaj podarty płócienny worek z naszywkami pamiętający czasy nastoletniego buntu właściciela.

    Strój do szpitala - konkrety

    Jeśli chodzi o praktyczne przykłady to studentkę widzę na zajęciach klinicznych w długich dopasowanych spodniach lub spódnicy do kolan, do tego bluzka z materiału (nie T-shirt) najlepiej z krótkimi rękawami. Wygodnym rozwiązaniem jest też sukienka rozszerzana do kolan. Na to biały fartuch do kolan (nie bluza) oraz białe skórzane klapki lub baletki. Dobrze wyglądają także długie spodnie od fartucha (białe, błękitne, zielone, różowe) i biały krótszy fartuch. Spodnie można zastąpić białą prostą spódnicą „fartuchową” do kolan.

    Student powinien zakładać gładkie spodnie (jeśli jeansy to bez dziur, ściągaczy itp., możliwie jak najprostsze), bluzka gładka lub koszula (tutaj dobrze wygląda biały gładki T-shirt). Fartuch i obuwie szpitalne - zasady jak u koleżanek. Generalnie pod fartuch polecam gładkie jasne stroje, bo prześwitujące spod fartucha wielobarwne wzory psują wrażenie czystości i schludności. W mojej opinii wszelkie scrubsy w kwiatki, ptaszki i motylki nie nadają się dla studenta na zajęcia. Pasują tylko chirurgowi dziecięcemu, ale to subiektywna i mało popularna opinia.

    moda3.3.jpg

    W obronie białego fartucha.

    Ze zdziwieniem obserwuję jak lekarze rezygnują z atrybutu swojego zawodu. Wybierają odzież chirurgiczną lub fartuchy w kolorze szarym, granatowym lub fioletowym. Ja noszę zawsze biały fartuch i tak zostanie. Dlaczego?

    Po pierwsze, jak wspomniałam, jest to atrybut lekarza. Pełni już nie tylko funkcję odzieży ochronnej która, w pierwotnym założeniu, miała chronić prywatny strój lekarza przed zabrudzeniem wydzielinami oraz kontaminacją drobnoustrojami. Odróżnia nas od innych zawodów w tym medycznych (np. ratowników) oraz od pacjentów. Jest to swego rodzaju uniform, nadający nam powagi. Biały fartuch wygląda schludnie, profesjonalnie, elegancko. Biel kojarzy się z czystością, uczciwością, prawością. Na białym fartuchu widać najmniejsze zabrudzenie co wymusza jego częstą zmianę i pranie.

    Innym powodem są względy praktyczne - podczas badania przedmiotowego w świetle dziennym, różowy lub granatowy strój lekarza rzuca poświatę - odblask na skórę pacjenta, co może zakłócić właściwą ocenę np. zmian skórnych.

    Na koniec usprawiedliwienie: powyższy poradnik jest czysto subiektywny. Wykorzystuję tylko częściowo zasady dotyczące stroju formalnego, możliwie upraszczając dobór stroju zarówno zapracowanemu lekarzowi jak i niewyspanemu studentowi. Pamiętajmy tylko, że w szpitalu jesteśmy stale obserwowani przez innych lekarzy, ale przede wszystkim przez pacjentów. Lekarz to w pewnym sensie, eksponowane stanowisko, dlatego nie zaniedbujmy, proszę, naszego wizerunku.

    PS. Ostatnio modne stroje sprzed lat wracają do łask, kto wie... ;-)

    UBISOFT

    Lek. Beata Tomaszewska, specjalista chorób wewnętrznych


      Raport News
    Zaloguj się, aby obserwować  


    Opinie o użytkowniku

    Recommended Comments

    To znaczy, że pielęgniarkom nie wolno nosić białych fartuchów, bo są one zarezerwowane dla poważnych zawodów, czyli lekarzy? :D 

    O ile zgadzam się w pełni co do higieny osobistej, to ta wszechobecna biel bardziej niż z oddziałem szpitalnym kojarzy mi się ze sztywną atmosferą jakichś laboratoriów z początku studiów typu biochemia, biofizyka i inny bioszit.

    Udostępnij ten komentarz


    Link do komentarza
    Udostępnij na innych stronach

    Z częścią "porad" zgadzam się w pełni, z innymi nie. Pośród tych drugich znajduje się wymóg o konieczności  wyleczenia zębów... Po 1-sze martwica postępuje w różnym tempie i nie wyobrażam sobie, żeby ktokolwiek usprawiedliwił nieobecność studenta przez kilka tygodni z jej powodu, skoro mam obowiązek pojawienia się na zajęciach z aktywną infekcją (to samo tyczy się próchnicy), po drugie leczenie stomatologiczne prywatnie jest drogie, a na wizytę w klinice prowadzonej przez studentów lub w innej formie w ramach NFZ trzeba poczekać. Sama nie miałam nigdy problemu z zębami w taki zakresie, ale zdarzało mi się połamać siekacze i co w związku z tym- zostanę wyrzucona z zajęć?
    Druga sprawa to paznokcie- zalecenia WHO owszem mówią o nieużywaniu lakierów, natomiast sytuacją, w której faktycznie zauważono zwiększone ryzyko przeniesienia infekcji jest noszenie odpryśniętego lakieru, co akurat w przypadku hybryd jest najmniej prawdopodobne (badanie przeprowadzano na instrumentariuszkach myjących się do zabiegów z i bez lakieru na paznokciach), oczywiście nie jestem zwolenniczką długich paznokci i krzykliwych barw, ale nie przesadzajmy.

    Buty- noszę i będę nosić adidasy, bo w "chodakach" mam problem z kolanami.

    I jeszcze jedna sprawa- jak już się czepiamy innych o nie przestrzeganie zasad, to warto samemu przestrzegać prawa- skąd zdjęcie (brak źródła) i czy jest zgoda Ubisoftu na użycie ich grafiki?

    Pozdrawiam

    Udostępnij ten komentarz


    Link do komentarza
    Udostępnij na innych stronach

    Dla mnie abstrakcja. Rozumiem dbanie o higienę ale zgadzam się z kawą że kolorowa załoga wcale nie jest mniej profesjonalna.

    Zważmy na to że w UK często pracuje sie w koszuli z krawatem, USA jest pełne kolorowych scrub'ów.

     

    Jak też wprowadzić postulat braku hybryd, no po to stworzono hybrydy by się utrzymywały kilka tyg a nie kilka dni wiec jak mieć czyste paznokcie w pracy a kolorowe poza. Wiadomo że manicure typu akwarium można uznać za ekstrawagancję (przynamniej ja tak uważam) ale jest przecież mnóstwo "profesjonalnych" odcieni np. cała gama pasteli.

    Wpis rozmija się w pełni z moim światopoglądem.

    Nasz zawód wymaga od nas sporo poświeceń i zabija w nas dość znacznie indywidualizm a mamy iść w kierunku jeszcze wyższej unifikacji ? 

    Czy internista z burgundowych crocksach , siwych chinos'ach i granatowym scrub'ie z littmanem w wersji rainbow wzbudza odczucie braku profesjonalizmu ? - w moim odczuciu nie, tak samo jak prawnik w tweedowej marynarce i skarpetach w grochy. Moda nie musi być szara by być w dobrym smaku.

     

    Udostępnij ten komentarz


    Link do komentarza
    Udostępnij na innych stronach

    Dawno nie widziałem tak zaciętej dyskusji na MF ;) Jestem za dbaniem o wygląd w pracy lekarza, Autorka zwraca uwagę na to, że pisze subiektywnie i myślę, że można na całość popatrzeć także z przymróżeniem oka ;) Nie do końca rozumiem co miała Nefer na myśli pisząć "że nie powinniśmy interesować się modą". Noo, być może nie byłoby naturalne gdyby 99% lekarzy było zaciętymi wizażystami czy coś w tym stylu, ale ja uważam, że trzeba wiedzieć jaką koszulę wybrać w sklepie. Ja pracuję z dziećmi, dość często w ogóle się nie przebieram tylko idę w koszuli w spodniach. A na ubranie jak Pan powyżej (koszula, krawat i fartuch) u mnie nie ma szans - jedna warstwa max, bo inaczej przy takiej liczbie zadań, biegania i gorąca w szpitalu popłynąłbym ...

    Udostępnij ten komentarz


    Link do komentarza
    Udostępnij na innych stronach

    Jeszcze mnie ciekawi jedno: dlaczego kobity nie mają nosić T-skirtów? O ile nakaz bieli można tłumaczyć starymi zaszłościami ordynatorskimi, to zakaz T-shirtów? W takim razie co? 

    Udostępnij ten komentarz


    Link do komentarza
    Udostępnij na innych stronach

    Dawno nie czytałem takiego steku bzdur. Może ten tekst jest specjalnie tak napisany i nie wyłapuję żartu, bo aż ciężko uwierzyć, że ktoś umieścił nieironicznie tyle głupot w tak krótkim wpisie.

    Chciałem się odnieść do kolejnych głupotek, ale wyszło, że cytuję zdanie po zdaniu i wyszedł długi elaborat.

    Jakim prawem chcesz narzucać komuś, że ma nie farbować włosów na jakiś kolor, nie tatuować się, nie malować ust zbyt wyraziście czy naszyć coś na fartuchu? Dziecinne i żenujące są te porady. Jeszcze tego brakowało, żebyś wyrzucała kogoś z zajęć bo ci się malowanie paznokci u stóp nie spodobało xD
    To, że Tobie się coś nie podoba to Twoja sprawa i Twój problem, zachowaj to dla siebie.
    Zabawne jest też to, że piszesz o lekarzach jakby byli co najmniej jakąś wyższą od zwykłego plebsu kastą. Tekst o białym fartuchu jest piękny. Brakuje tylko, żebyś chodziła z karteczką przylepioną do czoła "jestem lekarzem, jestem lepsza".

    Udostępnij ten komentarz


    Link do komentarza
    Udostępnij na innych stronach

    A niby dlaczego ma zachowywać dla siebie? Chyba jest wolność słowa, może mówić co jej ślina na język przyniesie. Ty z resztą też, co widać, a forum jest od tego, żeby dyskutować o swoich poglądach.

    Co do samego tekstu, to powiem, że klasyka nigdy nie wychodzi z mody. Owszem, tak samo jak na ślub możesz przyjść w klasycznej białej sukni, albo takiej rodem ze wschodniej Rosji,

    b7ed3b64df215ea2a2989a23964f0b19.jpg

    tak samo możesz przyjść do pracy w czym się tylko podoba. Z kolczykiem w nosie, wardze, policzkach, tatuażem na czole. Kto zabrania? Klasyka to ubiór schludny, czysty, elegancki i prezentujący powagę zawodu, jakim niewątpliwie jest każdy zawód medyczny. Poczucie smaku, sprawa osobista. Mi podoba się styl brytyjski i amerykański, czyli przychodzenie do pracy pod krawatem, chociaż wiem, że nie zawsze i wszędzie się to sprawdza. Zwłaszcza przy takim nawale pracy, jaki jest w polskim systemie, ale co mi szkodzi być fanem.

    Powiem jeszcze, że nie jestem również za kolorowymi fartuchami. Chociaż to też zależy gdzie. Jak moi znajomi z pogotowia narzekają czasami na kolor ich odzieży roboczej i pytają mnie o zdanie, to od razu mówię, że ratownicy powinni jeździć ubrani na biało, albo może nawet lepiej w alarmowym zielonym (takim jak na Słowacji, Czechach, Austrii i Wielkiej Brytanii) i kiedy zdziwieni robią oczy jak talerze odpowiadam zawsze, że ta odzież ma być dla nich, ale nie do patrzenia, żeby ładnie wyglądać, jak na rewii mody, tylko dla ich bezpieczeństwa. Na oddziale, zwłaszcza internistycznym, czy w jakimś gabinecie w przychodni, można sobie chodzić w czym się chce. Tylko jak się ma pacjenta, który może znienacka siknąć krwią albo, za przeproszeniem, zafajdać się po same uszy, to lepiej nie skupiać się na tym, czy się dobrze wygląda, tylko czy po całej akcji szukać ubrania na zmianę. I na takich kolorach (plus także na jasnym niebieskim) to wszystko wyłazi jak na dłoni. I nie ma tak, jak miał mój kumpel, że wygnietli faceta po wypadku komunikacyjnym, oddali go na SOR, a po powrocie na bazę, jak się rzucił na kojo i dotknął spodni, odkrył, że w miejscu czarnej wstawki ma po pacjencie jeszcze nie skrzepłą krew. Owszem - przez skórę nie spenetruje żadne paskudztwo, tylko czy to taki problem podczas tego typu zdarzeń nabawić się jakiegoś zadrapania? To jest takie przypomnienie, że jednak po coś ten fartuch jest. Ma jakieś funkcje, o dziwo.

    A prawda jest taka, że jak pacjent jest bardzo chory, to choćby się na niego z czarnym workiem zaczaić, to i tak słowa nie piśnie. Bo bardzo chory pacjent nie ma czasu się rozglądać, kto się nim zajmuje, tylko jak.

    Udostępnij ten komentarz


    Link do komentarza
    Udostępnij na innych stronach

    Z czysto pragmatycznego punktu widzenia nie jestem fanem innych kolorów, niż tych w klasycznym dress kodzie szpitalnym, czyli: Białe - czyste; Zielone, Niebieskie - sterylne; Żółte, Czerwone - brudne. Z czysto sentymentalnego - podoba mi się przychodzenie pod krawatem, a przecież np. do gabinetu i niekrwawych oddziałów można.

    Natomiast tak jak napisałem - dopóki pacjent nie będzie marudził (kto by się tam pacjentem przejmował - o ile SZEF nie będzie marudził), a bardzo chory nie ma na to czasu, można się ubierać w co się chce. Z tego, co mi wiadomo, nie ma przymusów nigdzie w ustawach (poza tym rozporządzeniem w sprawie ubioru obsady ZRM).

    Udostępnij ten komentarz


    Link do komentarza
    Udostępnij na innych stronach


    Utwórz konto lub zaloguj się, aby skomentować

    Musisz być użytkownikiem, aby dodać komentarz

    Utwórz konto

    Zarejestruj nowe konto na forum. To jest łatwe!

    Zarejestruj nowe konto

    Zaloguj się

    Masz już konto? Zaloguj się.

    Zaloguj się


  • Podobna zawartość

    • Przez Kot
      Szpitalny Oddział Ratunkowy jest przez wielu lekarzy postrzegany jako piekło. Najcięższy oddział, natłok pacjentów, ciągłe konflikty, konieczność podejmowania szybkich i trafnych decyzji, wymagających wielospecjalistycznej wiedzy, dużo stresu, awantury, agresja to tylko niektóre z długiej listy minusów tego miejsca.
      Wielokrotnie spotykam się z opiniami lekarzy, że nikt nie chce pracować na SOR. Wielu moich znajomych powtarza, że nigdy w życiu tam nie pójdzie do pracy.
      Przez wiele lat pracowałem na SOR i znam go od podszewki. Zdobyłem unikalną wiedzę i doświadczenia. Teraz chcę podzielić się nimi z innymi lekarzami. Dlatego opracowałem jedyny w Polsce, unikalny, survivalowy kurs przygotowujący do pracy na SOR.
      Na Kursie Dantego:
      + spotkasz doświadczonych lekarzy, którzy od wielu lat pracują na SOR
      + odkryjesz praktyczne algorytmy, wskazówki, triki jak radzić sobie w najczęstszych przypadłościach
      + poznasz aspekty prawne, organizacyjne i specyfikę pracy lekarza na SOR
      + dowiesz się jak uniknąć najczęstszych pułapek
      + nie popełnisz błędów, które popełnili inni
      + SOR przestanie już Cię przerażać
      Kiedy: 12-13 maja - dwa dni intensywnych zajęć
      Gdzie: UWAGA! ZMIANA MIEJSCA KURSU: nowe miejsce to Centrum Konferencyjne Golden-Floor w budynku Millenium Plaza al. Jerozolimskie 123A na 26 piętrze. http://www.goldenfloor.pl/centrum/golden-floor-plaza/
      Koszt: 600 zł
      Formularz zgłoszeniowy: https://kursdantego.konfeo.com/pl/groups
      Znajdziesz nas również na Facebooku!
      Wiedza i umiejętności, które poruszamy przydadzą się także:
      > w POZ i NPL
      > na oddziale szpitalnym
      > w pogotowiu ratunkowym
      > na obstawach i podczas transportów medycznych
      Program szkolenia:
      SOBOTA 12 maja 2018 roku
      9:00 Rejestracja, powitanie, przygotowanie, sprawy organizacyjne
      1) SORowiec idealny - jaki powinien być każdy lekarz pracujący na SOR
      2) Prawne i organizacyjne aspekty pracy w SOR - jak to wszystko działa?
      3) Specyfika lekarskiej pracy w SOR - czym różni się od pracy na zwykłym oddziale?
      4) "Życie na zderzaku" – konflikty w SOR
      5) Choroby kardiologiczne cz I
      6) Choroby kardiologiczne cz II
      7) Duszność + Infekcje
      LUNCH
      8) Ból brzucha - prosty algorytm postępowania
      9) Zasłabnięcie, utrata przytomności
      10) Alkohol i zatrucia czyli codzienność każdego lekarza SOR
      11) Zaburzenia neurologiczne - od udaru mózgu do rwy kulszowej
      20:00 Koniec pierwszego dnia, sprawy organizacyjne

      NIEDZIELA 13 maja 2018 roku
      9:00 Początek kursu
      1) Resuscytacja w SOR - niezbędna umiejętność
      2) Stary człowiek na SORze + Kobieta w ciąży
      3) Krwawienie z przewodu pokarmowego - ulubione rozpoznanie ZRM
      4) Mała chirurgia
      5) Urazy głowy, klatki piersiowej, brzucha i kończyn cz I
      6) Urazy głowy, klatki piersiowej, brzucha, kończyn cz II
      LUNCH
      7) Uraz wielonarządowy - jak robią to wojskowi?
      16:00 Zakończenie kursu, rozdanie certyfikatów, sprawy organizacyjne
    • Przez Newman
      Agresja słowna.
      Agresja fizyczna.
      Groźby i zastraszanie.
      Ignorowanie zasad.
      Utrudnianie wykonywania obowiązków służbowych.
      Oczernianie i budowanie negatywnego wizerunku.
      Brak okazywania elementarnego szacunku.
      To tylko niektóre ze zjawisk, które dotykają lekarzy ze strony... pacjentów. Nie będzie nic fałszywego w tezie, że problem niewłaściwego traktowania pracowników ochrony zdrowia przez jej beneficjentów nasila się z roku na rok.
      Tło dramatu
      Żyjemy w dobie doktora Google i głębokiej dewaluacji instytucji lekarza w społeczeństwie. Jesteśmy świadkami cywilnego „polowania” na błędy medyczne, nie tak dawno także rządowej nagonki na „doktora-śmierć”, a o medykach można wyrazić subiektywną opinię nie tylko znajomemu przed gabinetem, ale też całkowicie anonimowo za pośrednictwem portali typu znany lekarz.
      Ciekawe zjawisko następuje na styku zarówno pokoleń polskich lekarzy, jak i pokoleń polskich pacjentów:
      Powojenne pokolenie lekarzy przekazało adeptom medycyny szczególny etos: szacunek dla mistrzów i ich spuścizny, silną hierarchię, potrzebę bezinteresowności i wysoce etyczny kodeks zachowania wobec pacjenta. Tak edukowane drugie pokolenie przeszło z gospodarki niedoborowej i centralnie sterowanej w erę finansowych reform, a zderzenie z nimi okazało się dla wielu bolesne. Trzeciemu pokoleniu wskazało zatem w dużym stopniu egoizm jako drogę do zawodowej realizacji (na czele z emigracją zarobkową). Obecnie medyczne pokolenie aktywnie korzystające z rewolucji cyfrowej i głośno, w sposób zorganizowany domagające się zmian jest też pokoleniem które przedkłada zespół ponad hierarchię oraz nie ma problemu z tym, że praca w medycynie służy do zarobkowania.
      Zdumienie budzi też ewolucja stosunku pacjentów do lekarzy. Powojenne pokolenie wyrosło w głębokim szacunku dla przedstawicieli „białych zawodów”, a w niektórych miejscach Polski wciąż lekarz rodzinny oprócz proboszcza i wójta jest jednym z autorytetów. Pokolenie dzieci PRL wzrastało w czasach wszechobecnej korupcji, traktowania pacjentów i ich rodzin z góry (patrz słynna scena z Pora umierać), a reformatorski zapał polityków lat 90-tych dodał tylko poczucia nieprzewidywalności. Pokolenie pacjentów współczesnych 20-, 30-latków, co potwierdzi każdy praktykujący współcześnie właściciel PWZ lekarza czy pielęgniarki, to jedna z najbardziej roszczeniowych grup w Polsce (tzw. „bomisie”, od powtarzanego wciąż „bo mi się należy...”).
      Akt I. Kim jest lekarz, kim jest pacjent?
      Stoimy przed dokonanym faktem: państwo przewartościowało sztukę lekarską i abstrahując od szczególnej relacji terapeutycznej nazywa w ustawie lekarza świadczeniodawcą, a pacjenta świadczeniobiorcą, sprowadzając zakłady opieki zdrowotnej do roli punktów usługowych. Niejako potwierdzeniem takiego stanu rzeczy jest galopująca komercjalizacja medycyny, do której przyczynia się duży popyt starzejącego się społeczeństwa, rosnąca świadomość obywateli, postęp techniczny, trudności z finansowaniem zdrowia przez państwa narodowe, ale też opisywana wyżej zmiana mentalności białego personelu i pacjentów.
      Akt II. Prawo do zdrowia.
      Konstytucyjne prawo Polków do ochrony zdrowia (Art. 68) jest przez polityków rozumiane opacznie i w związku z tym Polacy mają prawo na papierze, a nie w rzeczywistości. Ta konfrontacja już rodzi konflikt. Pacjenci nie mają wiedzy, gdzie i jak swoich praw się domagać (NFZ i Ministerstwo Zdrowia nie są bynajmniej zasypywane tonami listów ze skargami i roszczeniami pacjentów).
      Kwiatkiem do kożucha w całej tej sytuacji jest specyficzna dla Polski instytucja Rzecznika Praw Pacjenta, który ma być na poziomie centralnym, regionalnym, jak i większości dużych ośrodków zdrowia (Pełnomocnik ds Pacjentów) adresatem wyrazów niezadowolenia i obrońcą leczącej się jednostki przed trybami bezdusznego systemu. Czy tak się dzieje w praktyce?
      Państwo polskie stworzyło sytuację, w której szpitale, aby przetrwać (niestety nie, aby się rozwijać) konkurują między sobą o wybrane grupy pacjentów. Konkurują na szczęście coraz częściej jakością, ale wciąż do klasycznych sposobów należy polityczne pompowanie środków dla „swoich”, odbieranie jednym, a dawanie innym procedur przez nieprzychylnych konsultantów, blokowanie miejsc szkoleniowych, podbieranie pracowników czy tworzenie czarnego PR w mediach. Smutna rzeczywistość.
      Rzecznik/Pełnomocnik jest więc często listkiem figowym przykrywającym niedobory kadrowe, atmosferę pośpiechu, brak umiejętności miękkich pracowników stykających się na co dzień z pacjentami, brak przejrzystej informacji czy wreszcie brak środków na podstawowe procedury i w konsekwencji kolejki. Dodatkowo naturalny stres wynikający z zagrożenia dobrostanu/ zdrowia/ życia zaognia każdy problem, a to już prosta droga do „eksplozji”.
      Akt III. Kulminacja emocji.
      Sytuacja autentyczna, jakich wiele: Pracownia USG w wojewódzkim szpitalu. Lekarka przeprowadza jedno z 20 planowych tego dnia badań. W ciągu zmiany powinno się robić 18 badań, ale w rejestracji dopisano „ekstra” 2 pilne osoby. Po zakończeniu jednego z badań, do gabinetu wchodzi około 50-letni mężczyzna i oświadcza, że już od 40 minut czeka na swoje badanie. Lekarka informuje, że czas przeznaczony na badanie jednego pacjenta jest z założenia niewystarczający, że wszyscy zaplanowani pacjenci zostaną przyjęci według kolejności z tzw. wokandy i prosi o cierpliwość oraz pozostawienie w skierowania na badanie u pani rejestratorki. Pacjent oświadcza, że nie ma skierowania, bo nie dostał. Lekarka pyta, skąd był kierowany na badanie i dowiaduje się, że z przyszpitalnej poradni. Mówi, że nie może wykonać badania bez skierowania, bo szpital za taka procedurę nie dostanie środków, nawet pomimo że mężczyzna jest na liście. Ale aby podszedł do poradni, która go kierowała i poprosił o ponowne wystawienie skierowania. Pacjent, podwójnie zirytowany, ewidentnie nie mając ochoty na wycieczkę do poradni pyta „Więc nie zrobi mi Pani tego badania?” Lekarka zgodnie z prawdą odpowiada, że nie ma takiej możliwości. Mężczyzna bez słowa wychodzi, trzaskając drzwiami.
      Specjalnie nie podaję tu skrajnej historii (z pobiciem czy wyzwiskami), ale taką wersje niby-lite. Nie ulega wątpliwości skandaliczne i absurdalne zachowanie pacjenta (o tym niżej). Skupię się jednak na sytuacji, w jakiej znajduje się nasza lekarka. Wobec kogo pani doktor ma w całej tej sytuacji zachować się nie w porządku? (pytanie retoryczne wielokrotnego wyboru):
      Wobec pozostałych czekających w kolejce pacjentów? (bo przedłużająca się rozmowa zabiera innym pozostały czas badanie) Wobec rzeczonego pacjenta? (bez tłumaczenia wypraszając go z gabinetu) Wobec swojej rodziny? (siedząc po pracy 45 minut dłużej niż wynika to z jej zatrudnienia) Wobec swojego pracodawcy? (wysyłając pacjenta do dyrekcji z tekstem - „może pan napisać skargę”) Odpłacić się swoim kolegom, którzy nie dopilnowali skierowania i nie poinstruowali właściwie pacjenta? (sugerując pacjentowi niekompetencję lub zaniedbanie lekarza z poradni) A może wobec siebie samej? Albo badając pacjenta bez skierowania dla tymczasowego „świętego spokoju” lub w dobrej wierze, albo robiąc wszystkie badania w przewidzianym grafikiem czasie, czyli szybko i niedbale? Przed takim "dylematem" staje codziennie wielu z nas.
      Pacjent w omawianej sytuacji pokazał, jaki ma stosunek do przyjmującej w gabinecie absolwentki sześcioletnich studiów, doświadczonej i z ukończonym kursem w zakresie ultrasonografii, przedstawicielki zawodu zaufania publicznego i osoby, która może mu pomóc być zdrowszym. Potraktował panią doktor z pogardą, opryskliwie, jak parobka. Czy postąpiłby podobnie w Urzędzie Skarbowym czy na komisariacie? Śmiem wątpić. 
      To właśnie przedstawiciele zawodów medycznych są świadkami nieproporcjonalnych, przyprawiających o zdumienie reakcji pacjentów. Może jest tak, że skumulowane emocje przelewają się właśnie na lekarza i personel pielęgniarski, jako ostatnie ogniwo szpitalnego lub poradnianego łańcucha (portiernia -> szatnia -> rejestracja -> laboratoria, pracownie diagnostyczne -> odległe wędrówki po korytarzach). Ale to nie tłumaczy żadnych skandalicznych zachowań.
      Znamienne są sytuacje, gdy bierna agresja przybiera formę "sprawdzę go/ją": Pacjenci świadomie nie dostarczają wcześniejszych wyników badań, dokumentów, nośników z danymi medycznymi, bo sądzą, że lekarz zasugeruje się nimi czy "ściągnie" z poprzedniego opisu. Absurdalne podejście niesie negatywne konsekwencje dla samego pacjenta (niewłaściwa diagnoza, niepewność), jak i dla systemu (konieczność powtarzania badań), ale przede wszystkim jest dowodem dramatycznego spadku zaufania.
      Zarówno lekarz, jak i pacjent są ludźmi, mają swoje emocje i prawo do nich. Ale umowa społeczna zakłada, że ludzie między sobą nie powinni używać agresji i nawet w sytuacji konfliktowej załatwiać sprawy z należnym sobie szacunkiem, zgodnie z zasadą „nie czyń drugiemu, co tobie niemiłe”. Co zatem sprawia, że tyle negatywnych zachowań wymienionych w pierwszym akapicie ma miejsce w placówkach ochrony zdrowia?
      Akt IV. Upadek.
      Zawód lekarza przeszedł niesłychaną wręcz przemianę wizerunkową. „Bogowie” w ciągu kilku dekad stali się chłopcami i dziewczynkami do bicia. Wiele czynników złożyło się na ten anty-awans społeczny. Doza ludzkiej zazdrości i powszechnego dziś anonimowego hejtu, kilka kompromitujących afer z kręgu korupcji i oraz żerowania na ludzkim nieszczęściu, w które zamieszani byli ludzie ze świata medycyny, narastające rozwarstwienie finansowe i rozdźwięk między dostępnością świadczeń a wynagrodzeniem garstki najlepiej zarabiających lekarzy-biznesmenów, brak rzeczowej informacji o medycynie (szczepienia, badania kliniczne, zdrowie reprodukcyjne) w środkach komunikacji społecznej, negatywny przekaz ze strony polityków, niedobór skutecznych szkoleń dla lekarzy w zakresie komunikacji z pacjentami i reagowania w sytuacjach stresowych. Do tego czarno-biały przekaz medialny, szczególnie w mediach brukowych, gdzie lekarze albo są wybitni i kochani albo są ostatnimi konowałami i traktują ludzi jak zwierzęta. Tertium non datur.
      Nade wszystko dezorganizacja systemu ochrony zdrowia powoduje, że pacjencji z lekkimi lub średnio poważnymi przypadłościami zamiast do Podstawowej Opieki Zdrowotnej trafiają od razu na „Ostry dyżur”, który w wersji SOR lub NPL jest areną najbardziej spektakularnych przykładów agresywnych zachowań wobec medyków.
      Akt V. Na ratunek.
      Mało kto wie, że w 2010 roku w Naczelnej Izbie Lekarskiej utworzone zostało Biuro Praw Lekarza. Podstawowym zadaniem Rzecznika Praw Lekarza jest występowanie w obronie godności zawodu lekarza i obrona zbiorowych interesów lekarzy. W każdej okręgowej izbie jest także rzecznik okręgowy, którego rolą jest pomoc w indywidualnych przypadkach. Na stronie NIL można odnaleźć wzory pism takich jak zawiadomienia o popełnieniu przestępstwa wobec lekarza korzystającego z ochrony właściwej dla funkcjonariusza publicznego oraz prywatnego aktu oskarżenia (dot. zniesławienia) czy zgłoszenia nadużycia na portalu internetowym oraz żądania usunięcia wpisu zamieszczonego na stronie internetowej.
      Szanowne koleżanki i koledzy - mamy nawet coś takiego jak System MAWOZ (Monitorowanie agresji w ochronie zdrowia), który został utworzony przez Naczelną Izbę Lekarską i Naczelną Izbę Pielęgniarek i Położnych w celu umożliwienia lekarzom i pielęgniarkom zgłaszania przypadków agresji w miejscach pracy.
      Gdyby lekarze częściej korzystali z tych narzędzi z pewnością wpłynęłoby to przynajmniej na część nazbyt krewkich pacjentów (jak mandaty w pewnym stopniu ograniczają agresję na drogach). Oczywistym jest, że systematyczne i systemowe rozwiązywanie problemów systemu ochrony zdrowia będzie fundamentalnie ograniczać przyczyny agresji.
      Jednak to także od nas samych, lekarzy, trzeba zaczynać zmiany na lepsze. Nie tylko poprzez budowę prawdziwego i pozytywnego przekazu medialnego, co ma miejsce za sprawą wyjścia z ukrycia tysięcy młodych ludzi zwanych rezydentami. O naszej gotowości do zmierzenia się z agresją w ochronie zdrowia będzie świadczyć liczba chętnych na kursy i warsztaty w zakresie komunikacji interpersonalnej organizowane przez lekarzy dla lekarzy. Przed nami jeszcze wiele pracy.
      Mateusz Malik, lekarz

    • Przez Newman
      Czas się skonsultować z chirurgiem z pobliskiego szpitala, a telefon w dyżurce nie odpowiada. Co robisz? Dzwonisz z prywatnej komórki na prywatny numer... Albo: pokazujesz rodzinie zdjęcia na smartfonie: tu ciocia, tam babcia z wnukiem, wyjazd nad morze, piesek sąsiadów, ... martwica stopy u twojego pacjenta... o, przepraszam, to z pracy.
      Czy tak musi wyglądać medyczna rzeczywistość?
      Era powszechnych telefonów komórkowych (nie chce się wierzyć) to raptem ostatnie 15 lat, a smartfon w kieszeni przeciętnych Polki i Polaka to dzieło ostatnich niecałych 10 lat! Nikt społeczeństwa wcześniej nie przygotował na błyskawiczny dostęp do aparatu, kamery, dyktafony, telefonu, kalendarza, komunikatora tekstowego, całej sieci Internet, bankowości, odtwarzacza wszelakich mediów, map, bogatej oferty rozrywki w jednym urządzeniu, które można w każdej chwili wyciągnąć z kieszeni. To się po prostu wydarzyło, a ludzkość odkrywa wciąż mniej lub bardziej rozsądne metody używania telefonów komórkowych. I różnie radzi sobie z kontrolowaniem bezpieczeństwa informacji. Problem dotyczy właściwie każdej grupy zawodowej, bo jedynie w kilku branżach posiadanie prywatnego smartfona w pracy jest zakazane lub ograniczone.
      Nie będzie to artykuł o scrollowaniu fejsa za plecami pracodawcy. Proponuję raczej refleksję nad tym, do czego posuwamy się korzystając z prywatnego urządzenia w miejscu pracy i jakie to niesie dla nas zagrożenie.
      1. Rozmowy (nie)kontrolowane.
      Niegdyś było normą, że jakiekolwiek połączenie wychodzące z firmy wykonywało się telefonem stacjonarnym, a biling był niezawodnym sposobem kontroli i weryfikacji kto, jak długo i do kogo dzwonił. Do dziś na szczęście instytucje publiczne są najlepiej stelefonizowanymi miejscami, aby obywatel mógł sobie wykręcić jakiś numer. Normą w przedsiębiorstwach usługowych staje się jednak obecność służbowych komórek, czego w Polskich szpitalach jakoś wciąż nie widać (poza anestezjologiem, gońcem i czasem lekarzem SOR). Tym sposobem właściwie każdy pracownik szpitala wykonuje dziennie od kilku do kilkuset służbowych połączeń prywatnym telefonem. Robi to z wygody? lenistwa? konieczności? - przyczyny są różne, ale trudno nazwać to zjawiskiem normalnym. Poza tym jest jeszcze prawny aspekt: udokumentowany w szpitalnym rejestrze połączeń kontakt z pacjentem, jogo rodziną czy ośrodkiem referencyjnym może być istotny w procesie.
      Czy zastanowiło Cię kiedyś ile środków podarowałeś swojemu pracodawcy korzystając ze swojego abonamentu/pakietu minut? A może prosiłeś kiedyś o służbowy telefon? Nie? No tak, przecież służbowy trzeba zawsze odbierać...
      2. "Pracowy WhatsApp".
      Zjawisko kilku ostatnich lat: Nic tak dobrze nie ułatwia i przyspiesza komunikacji w zespole, który pracuje w różnych miejscach szpitala jak grupa "Praca", "Oddział" czy inne tam "Złote misie" w aplikacji WhatsApp, do której dołączone są numery kom. całego zespołu. Czasem służy wyłącznie celom informacyjnym, ale ma też wybitną wartość integracyjną i wzmacnia więzy międzyludzkie dzięki wrzucaniu memów, przemyśleń czy zabawnych aluzji. A są także miejsca, gdzie WhatsApp stanowi podstawowe forum komunikacji w takich sprawach jak ustalanie grafiku na kolejny miesiąc czy wzajemne konsultacje... Problem pojawia się, gdy lekarz/pielęgniarka wraca do domu, a wraz z nimi praca zaklęta w nawrotowych... powiadomieniach. Potrafi to nieźle wkurzać.
      Twój psychiatra radzi: zostawiaj pracę w pracy
      3. Ciekawy przypadek medyczny - zróbmy fotkę...
      Zmora lekarskich smartfonów. Galeria zdjęć, a tam wśród portretów żony, męża, dziecka spotkać można: otwarte złamania, pięknie zszyte rany, ropiejące guzy piersi, nietypowe przerzuty, kiłową zmianę pierwotną, dermatologiczne cacka, zdjęcie zdjęcia TK z guzem mózgu, czyjeś niekompletne wnętrzności i inne warte uwiecznienia "unikalne przypadki medyczne". Pół biedy, gdy jest to plan amerykański z niepowtarzalnym tuptusiem z SOR idealny na mema czy też selfie z zakrwawionym kolegą z pracy, ale prezentowanie (nawet przypadkowe) służbowych zdjęć przy rodzinnym obiedzie jest po prostu niesmaczne. Jest tez aspekt prawny i etyczny fotografowania pacjentów za pomocą prywatnego aparatu - wynoszenie takich zdjęć poza szpital jest lekceważeniem ochrony danych pacjenta i jego prywatności.
      Nie polecamy, nawet jeśli masz iPhona8 i jesteś niespełnionym portrecistą. Zmuś swego pracodawcę, by zainwestował w oddziałowy aparat lub tablet. Pamiętaj: happens in Vegas, stays in Vegas.
      4. "Doktorze, da mi Pan swój numer. Mi żaden profesor nigdy nie odmówił..."
      Zasada jest prosta - prywatnego numeru telefonu pacjentom się nie podaje. Kto tak robi, jest bezmyślny i nieodpowiedzialny. Do chorych nie dzwoni się z prywatnego telefonu, chyba, że numer jest zastrzeżony. A co jeśli ktoś prowadzi prywatną praktykę, wizyty domowe, pracuje w hospicjum? Powinien mieć drugi numer lub kartę SIM. A gdy "uprzejmy" kolega przekaże numer pacjentowi. który chce się "pilnie" skontaktować? Kończy się to tym, że najbardziej upierdliwi i bezczelni  potrafią wydzwaniać na urlopie, w nocy,  po dyżurze.
      Są też tak absurdalne i tupeciarskie zachowania, jak to, gdy "pacjent ważniak" lub "pacjentka VIPoma" próbuje szantażować i wymusić kontakt różnymi metodami, np. powołując się na znajomość z innymi lekarzami, nawet Twoimi przełożonymi. Nie daj się. Chcesz mieć prywatne życie - miej prywatny numer.
      5. Zakażenie odsmartfonowe
      Pytanie z mikrobiologii: "Jaka komórka odpowiada za zakażenia wirusowe i bakteryjne". Odpowiedź brzmi: "Twoja". Ile razy w ostatnim miesiącu zdarzyło Ci się zdezynfekować smartfon po powrocie z pracy? Jeśli się nie zdarzyło, to zdaje się, że życzysz wszystkiego najlepszego z głębi agarowego żelu swoim najbliższym: Twojemu dziecku, które nieraz poliże telefon, partnerowi, który chwyci go przy porannej kawie i innym. Wyobraź sobie, że ktoś z Twojej rodziny nieświadomie dotyka (i to bez rękawiczki) tego wszystkiego, czego Ty w swojej pracy przez cały dzień...
      I jest to najmniejszy problem, bo nawet szpitalne, antybiotykooporne szczepy są dla Twoich zdrowych domowników niewielkim zagrożeniem. Ale co powiesz na przenoszenie zakażeń szpitalnych z jednej sali chorych do drugiej, z pracowni gastroskopii do USG, z Oddziału na Oddział... a to wszystko za pomocą "nieodłącznego narzędzia pracy". Twój Galaxy/LG/iPhone/Huawei/Lumia/Xperia/itepe nie nosi lateksowych rękawiczek...
      ***
      Bez wątpienia "moja komórka" pozostanie już na zawsze nieocenionym źródłem szybkiej informacji, pomocą naukową, czasem rozrywką z przerwie czy na dyżurze, a nade wszystko sposobem kontaktu ze światem. Ale warto zawalczyć o swoją prywatność. Im bardziej życie osobiste i zawodowe zlewają się w jedno, tym większe ryzyko przewlekłego stresu czy zespołu wypalenia zawodowego.
      Masz wybór. To Ty decydujesz o tym, kiedy jest czas na kontakt z pracą.
      Mateusz Malik, lekarz
    • Przez surowy
      Czy warto iść na medycynę? Czy warto zostać lekarzem? Co jest magnesem, który przyciąga w tym kierunku? Dlaczego wciąż tysiące młodych osób chcą założyć biały kitel, stetoskop i walczyć o ludzkie życie?
      Czyżby nowe pokolenie stało się bardziej empatyczne, chętne do pomocy, wrażliwe na ludzkie cierpienie? Może chcą zmienić świat? A może jednak liczą na duże i szybkie pieniądze, prestiż zawodu?
      Czy lubią pracę ponad siły, ciągłe dyżurowanie, presję społeczeństwa, narażenie na regularne konflikty?
      Oto wypowiedzi polskich studentów medycyny: dlaczego wybrali ten zawód, dlaczego zdecydowali się poświęcić kilkanaście lat swojego życia na edukację i samokształcenia.
      Julia, 24 lata, studentka medycyny
      Antek, 23 lat, student medycyny
      Marta, 23 lata, studentka medycyny
      To tylko parę wypowiedzi studentów. Ale myślę, że większość podpisuje się pod tymi słowami.
      Liczymy na zawód z pasją, przyszłością, z poczuciem, że każdego dnia jesteśmy we właściwym miejscu i że te lata poświęceń nie są stracone.
      Liczymy oczywiście na satysfakcjonującą pensję, zarobek godny tego co robimy. Wiele uwag dotyczy również prestiżu zawodu lekarza. Każdy chce być doceniany, zauważony.
      Na te studia medyczne rzadko kiedy dostają się przeciętne, słabe jednostki. To w większości osoby zdecydowane, umiejące myśleć dedukcyjnie, dokonywać wyborów, ot choćby najlepszej ścieżki edukacji. Żaden przypadek. Wyrachowanie? To już chyba zbyt mocne słowa i niemożliwe podejście w tak młodym wieku.
      Ale ważne jest też, że wśród przytoczonych wypowiedzi nie padają słowa: bo rodzice kazali, bo rodzice są lekarzami itp. Ten etap chyba mamy już za sobą. Nie da się kogoś zmusić, żeby przetrwał tyle lat w książkach, żeby poświęcał swoje życie prywatne na poczet celów i ambicji rodziców. Oczywiście są jednostki, które idą w ślady rodziców, "bo trzeba" albo gdy widzą wielkie pieniądze. Ale polscy studenci medycyny wybierają ten kierunek raczej dla pewnego bytu i zatrudnienia w przyszłości. Wynika to poniekąd z mentalności i problemów jakie dotykają nasze społeczeństwo.
      Szkoda tylko, że tym pięknym celom, długoletniej ciężkiej edukacji i trudnej oraz odpowiedzialnej pracy towarzyszą też negatywne zjawiska takie jak upadający autorytet zawodu, chybotliwa etyka lekarska, niskie płace, wypalenie zawodowe, znieczulica, społeczna nagonka i obojętność, a nade wszystko pogarda polityków wobec środowiska medycznego.
      Łukasz Surówka
       
      Wszystkie imiona bohaterów zostały zmienione.
      Masz swoje doświadczenia i przemyślenia? Podziel się z innymi na forum: http://medfor.me/topic/4882-po-co-iść-na-medycynę-czy-naprawdę-bilans-zysków-i-strat-wychodzi-na-korzyść-tych-studiów-i-pracy/
    • Przez Newman
      Wiele ostatnio w mediach pisze się o młodych lekarzach. Czy w obecnej polskiej rzeczywistości entuzjastycznie nastawieni młodzi ludzie czerpią prawdziwą radość z zawodu, którego uczą się przez 6+1+5= ok. 12 lat?
      W reportażu "Po co iść na medycynę?" @surowy przytacza wiele z tych plusów dodatnich i ujemnych...
      A Wy? Nie żałujecie?