• Zaloguj się, aby obserwować  
    Obserwujący 0

    Medyczna flegma


    surowy

    Medyczna flegma. Brzmi okropnie ale tak najlepiej można oddać stosunki w naszym  środowisku. Brakuje porządnego "expectoration". Kto przyjdzie i wstrząśnie? Kto naprawi i oczyści tę zalegającą wśród nas "sputum"?

    Pisałem ostatnio o najgorszych praktykach. I nagle środowisko się podzieliło. Dostałem wiadomości, że wreszcie ktoś podnosi głos i mówi, że jest źle, że potrafi napisać jak lekarze są niemili wobec siebie, jak praktyki młodych adeptów medycyny są de facto fikcyjne. Ale dostałem, też opinie, że nie ma co się dziwić, bo przecież mało umieją (to po co mają zalegać w gabinetach i czas innym zajmować), że każdy przeszedł taką drogę, że to wada systemu.

    W tym wszystkim najbardziej mi przeszkadza PODZIAŁ. Nie ma wspólnej chęci do zmian na lepsze. Nie ma wciąż jednego wspólnego głosu. To tak, jak z walką zjednoczonych rezydentów - wszyscy się zgadzamy, popieramy, a i tak znajdą się Ci, którzy stwierdzą: A po co to robić, po co się starać, przecież i tak nic się nie zmieni. Podobnie jest z pielęgniarkami - podobno wszystkie chcą podwyżek i lepszych warunków pracy, ale wciąż nie ma jedności w środowisku. Wciąż są podziały, bo lepiej jest narzekać niż coś zrobić.
    Odniosę się do praktyk dla studentów medycyny. Wiadomo, że system nauczania jest wadliwy. Każdy Uniwersytet ma własny program, własne siatki godzin, każdy kierownik Katedry czy Kliniki może zarządzać swoim przedmiotem jak chce, a w efekcie z przedmiotu niepotrzebnego można zrobić arcytrudny egzamin, a z przedmiotu najistotniejszego w kształceniu lekarzy można zrobić zaliczenie dzięki obecności. Studia trwają niesamowicie długo i w efekcie kiepsko przygotowują do praktyki. Studenci są zarzuceni, szczególnie na pierwszych latach, ogromem niepotrzebnej wiedzy. Informacjami, które z czasem są zapominane i wypierane przez kolejne. Zajęcia kliniczne są prowadzone różnie. Jedni lekarze-nauczyciele akademiccy chętnie pokażą i pomogą, inni zaś zaczynają zajęcia godzinę po czasie, niechętnie współpracują, mają "gdzieś" swoich studentów. Jeżeli zaś chodzi o praktyki wakacyjne, to faktycznie: wpuszczanie studentów do POZ po 2 roku studiów jest absurdem. Ale to samo można powiedzieć o praktykach pielęgniarskich po 1 roku. Po cóż mamy iść na nie po pierwszym roku, naładowani wiedzą z anatomii i fizjologii, gdy nie umiemy nawet trzymać strzykawki w ręku? Zatem ma ktoś nas tego musi nauczyć - pielęgniarka. Czyli te praktyki mają sens? Ale idziemy po 2 roku do POZ i mamy:

    1 Poznanie zasad rejestracji chorych, rodzaju dokumentacji i systemu prowadzenia kartoteki chorego.
    2 Asystowanie lekarzowi w przychodni przy przyjmowaniu chorych, a w miarę możliwości także w wizytach domowych oraz w zbieraniu wywiadu.
    3 Poznanie zasad wydawania zaświadczeń lekarskich i orzeczeń o czasowej niezdolności do pracy.
    4 Poznanie zasad kierowania chorych do badań specjalistycznych, ich transportu oraz sposobów wypełniania skierowań do takich badań.
    5 Opanowanie zasad organizacji pracy w gabinecie zabiegowym.
    6 Doskonalenie umiejętności wykonywania wstrzyknięć podskórnych i domięśniowych.
    7 Nabycie umiejętności wykonywania i interpretacji prób nadwrażliwości na niektóre leki (głównie antybiotyki).
    8 Opanowanie zasad udzielania pierwszej pomocy w nagłych wypadkach.
    9 Współudział w wykonywaniu drobnych zabiegów lekarskich.
    10 Zasady pobierania i przesyłania materiałów do badań laboratoryjnych i rejestracji wyników.
    11 Zapoznanie się z metodami przeprowadzania badania bilansowego pacjenta do ukończenia 18. roku życia.
    12 Poznanie zasad kwalifikowania pacjenta do szczepień oraz stosowania kalendarza szczepień u pacjentów do ukończenia 18. roku życia.

    Kiedy więc tych wszystkich punktów mamy się nauczyć? Przerzucić może zajęcia w POZ z 2 na 6 rok? Chyba tylko po to, aby już utwierdzonych studentów jeszcze bardziej uprzedzić przed pracą w takim miejscu. O, wprowadźmy jeszcze obowiązkowo kilka dni w całodobowej opiece. Dopiero będzie się działo!

    Absolutnie nigdy nie zgodzę się z opinią, że student jest niepotrzebny w gabinecie, że podbijam mu pieczątkę w indeksie i żegnam! Tak nie może być! Już wolę "starych męczycieli", co to trzymają studentów od 8:00 do 15:05 aniżeli leni, którzy za nic mają studentów - przyszłych lekarzy, przyszłych kolegów. To tak, jakby na kursie prawa jazdy instruktor na piękne oczy podbijał pieczątkę, a potem puszczał w świat 50 km/h lewym pasem.

    Jak już narzekamy, to pójdźmy o krok dalej: piszmy do władz i powiedzmy im co jest źle - dając odpowiedni przykład zmiany. Po to idziemy na praktyki, żeby się czegoś nauczyć. Jeżeli ktoś się zgadza nas przyjąć, bierze odpowiedzialność za to, byśmy wyszli chociażby z dobrą opinią o tym miejscu: że tam dzieje się dobrze, że dba się o dobro pacjenta i PERSONELU, a nie pracuje jak "maszyny do stawiania pieczątek". Idąc na chirurgię jakoś nie jesteśmy zbędni. I nie zgodzę się, że mamy nagle niesamowicie większą wiedzę po 3 czy 4 roku, która sprawia, że stajemy się ogromnie przydatni. Ledwo umiemy dotknąć pacjenta, zbadać i ewentualnie rozpoznać podstawowe jednostki chorobowe, trochę wiemy o farmakologii i leczeniu. Może warto byłoby się zastanowić nad solidnym przedmiotem propedeutyki medycyny już na 1 roku, tak żeby ten biedny niedouczony i NIEPRZYDATNY według niektórych student miał jakiekolwiek pojęcie o tym, co dzieje się na oddziale czy w szacownej przychodni.

    A ten lichy taboret dla praktykanta, fartuch zakładany na korytarzu, własne kolana to tylko kwestia dobrej kultury i wychowania lekarzy, bo są tacy, którzy znajdą miejsce na biurku dla nowego kolegi, poświęcą dodatkową minutę, żeby i "młody" osłuchał pacjenta. Ale to kwestia podejścia i tego jak bardzo nam się chce. Rozumiem skalę problemu przeładowanych przychodni, braku czasu na dobry wywiad i badanie pacjenta, ale nie możemy sami dyskwalifikować przyszłych lekarzy. To jest forma edukacji społeczeństwa. Zaniżamy szacunek do własnego zawodu. Na przestrzeni lat nasze środowisko zyskało opinię skorumpowanych, bogatych, wrednych i opryskliwych doktorów. Sami do tego doprowadziliśmy. No może z pomocą mediów. Jak potem pacjent ma wyrazić zgodę na badanie przez studenta, na podstawowy zabieg czy cokolwiek widząc pokrzywionego w kącie zahukanego błazna w białym kitlu, którym nikt się nie interesuje...

    Dziwne, że akurat POZ stwarza najwięcej problemów… Może faktycznie jest do jedna z najbardziej wadliwych gałęzi medycyny…


    Zaloguj się, aby obserwować  
    Obserwujący 0


    Opinie o użytkowniku


    POZ nie jest wadliwy, POZ jest najlepiej funkcjonująca gałęzią polskiej medycyny zarówno wg pacjentów jak i ekspertów.  Co prawda mógłby byc jeszcze lepszy gdyby dodano oprócz stawki kapitacyjnej finansowanie drobnych procedur typu mała chirurgia czy zwiększonoby możliwości diagnostyczne.

    Praktyki w POZ sa bardo ważne ale także najbardziej wymagające(z uwagi na swoja multidyscyplinarnosc) więc powinny być prowadzone jako jedne z ostatnich-wtedy bylby z nich największy pożytek.

    Praktyki pielęgniarskie są właśnie po to byś wiedział jak trzymać strzykawke, bo przynajmniej w moim programie (UM Lublin program klasyczny) nie było żadnego przedmiotu których dotykal tego typu tematyki.

    U nas na 3 roku pojawiały się przedmioty kliniczne, a konkretnie występowały 2 : propedeutyka interny oraz propedeutyka pediatrii. Właśnie wtedy pozmawialiśmy zasady badania przedmiotowego i podmiotowego, w mojej ocenie  właśnie dopiero po tych 2 przedmiotach sens mają praktyki "lekarskie". Praktyki lekarskie w obrebie lecznictwa zamkniętego gdzie po kontakcie z pacjentem mozna wrócić do dyżurki i go omówić także tu kolejny argument by POZ był duzo dalej w cyklu kształcenia bo tam tego czasu na dyskusję jest bardzo mało.

    Udostępnij ten komentarz


    Link do komentarza
    Udostępnij na innych stronach

    Wniosek o podziale środowiska na podstawie 4 komentarzy? Trochę chyba za daleko idący... 

    Kolega Surowy się chyba trochę zdenerwował swoją sytuacją z praktyk. Świetnie, że są tacy zaangażowani, ambitni studenci, którzy chcą poświęcić każdą chwilę spędzoną na praktykach na naukę. Trafić na takiego to jak trafić... 4 w totka (daję tym samym sobie i innym nadzieję, że tych zaangażowanych jest jednak więcej ;) ). Przytoczony przez Ciebie program praktyk jest nawet całkiem możliwy do zrealizowania. W skrócie można go sprowadzić go do przebywania z pielęgniarkami w rejestracji, zabiegowym i punkcie pobrań (gdzie robisz niemal to co na praktykach po 1 roku), siedzeniu za/obok dochtora, wypełnianiu mu druczków... Wywiad w POZ nie wygląda tak jak w klinice, zwłaszcza jeśli przebywasz z lekarzem, który swoich pacjentów dobrze zna, więc nie wypyta ich o wszystko wg schematu. Badanie też nie przystaje do tego, którego uczy się studenta w trakcie studiów. Dużo bardziej logiczne i z korzyścią dla studenta byłoby jednak wprowadzenie zmian w programie praktyk. 

    A żeby nie było, jakie te stare doktory są niedobre, jak to nie przejmują się studentami i nie chcą tych diamencików szlifować - w swojej nie tak długiej karierze miałam do czynienia z kilkoma studentami i stażystami. Znacząca większość wykazała się karygodną ignorancją, lenistwem, brakiem podstawowej wiedzy i umiejętności. Gdyby chociaż wykazywali chęci, żeby się czegoś nauczyć... Ale więcej energii poświęcali na zdobyciu mojej pieczątki w dzienniczku praktyk, niż na zdobywanie wiedzy. I skoro ja to widzę po tak krótkim okresie pracy w szpitalu, to co mogą powiedzieć moi starsi koledzy? Może to z tego wynika ich niechęć do młodzieży, która jest po prostu leniwa (w większości)? 

    Pozdrawiam i życzę nieustającego zapału w zdobywaniu wiedzy. 

    Udostępnij ten komentarz


    Link do komentarza
    Udostępnij na innych stronach

    PS. Pokrzywiony w kącie, zahukany błazen w białym kitlu? Serio? Na prawdę tak słabo jest z przyszłymi lekarzami? ;) 

    Udostępnij ten komentarz


    Link do komentarza
    Udostępnij na innych stronach

    Akurat praktyki pielęgniarskie po pierwszym roku do bardzo dobry pomysł. Do bycia lekarzem na się tyle, co przedszkolak, więc można nie być zadufanym w sobie studenciakiem MEDYCYNY, tylko pouczyć się jakże potem przydatnych czynności pielęgniarskich ;) Jak z tym jest? Wiadomo, różnie, jak ze wszystkim. Ale zamysł jest imo dobry.

    Udostępnij ten komentarz


    Link do komentarza
    Udostępnij na innych stronach


    Utwórz konto lub zaloguj się, aby skomentować

    Musisz być użytkownikiem, aby dodać komentarz

    Utwórz konto

    Zarejestruj nowe konto na forum. To jest łatwe!


    Zarejestruj nowe konto

    Zaloguj się

    Masz już konto? Zaloguj się.


    Zaloguj się

  • Podobna zawartość

    • Przez hypersonic
      Co sądzicie o medycynie concierge (premium direct care medicine)?
      Jakiś czas temu czytając jedną z książek Robina Cooka spotkałem się właśnie z takim typem medycyny który podzielił środowiska medyczne w USA.
      Polega to na tym, że prowadząc przychodnię medyczną (internista, GP) zamiast przyjmować setki pacjentów za "niewielkie" opłaty, pobiera się wysokie (np kilkadziesiąt tys $) od np. 10-15 pacjentów, którzy w zamian mają u takiego lekarza natychmiastowe wizyty w gabinecie albo w wybranym przez siebie miejscu (np w domu). Lekarz jest 24/7 pod telefonem i jest na każde zawołanie pacjenta .
      Sprzeciw części środowiska medycznego opera się na tym iż obywatele powinni mieć równy dostęp do opieki medycznej, a system ten zapewnia bogatym o wiele wyższy standard i posiadanie lekarza prawie że na własność w zamian za umożliwienie lekarzom uzyskania bardzo wysokich zarobków...
    • Przez Nefer
      Jako lekarz czuję się w obowiązku posiadać wiedzę na temat leczenia nie mniejszą niż moi pacjenci, nawet jeśli „leczenie” jest tu słowem wysoce na wyrost. Onkologia jest dziedziną, w której pęd do eksperymentowania na własnym ciele jest u pacjentów wysoko rozwinięty. Chorzy często pytają co sądzę o terapii pestkami moreli, ciecierzycą czy terapii Gersona. Nawet jeśli moja rola ogranicza się do studzenia zapędów pacjenta do „samoleczenia”, wypadałoby wiedzieć przynajmniej o czym chory mówi.
      Stąd pomysł powstania leksykonu obecnie modnych "terapii" onkologicznych rozpowszechnianych w internecie.
      Metoda
      Forma podania

      Postulowane działanie

      Faktyczne działanie
      Antyneoplastony

      Doustna lub iniekcje

      Korygowanie nieprawidłowych komórek

      Teoretycznie -peptydy o działaniu aktywującym geny supresorowe, brak podstaw i dowodów naukowych potwierdzających działanie

      "Witamina B17" (amigdalina)

      Preparat Laetril, jedzenie migdałów, pigwy, czeremchy, pestek moreli, wiśni, jabłek

      Cyjanek niszczy tylko komórki rakowe, nowotworzenie u pacjentów z „niedoborem wit. B17”

      Podczas jej rozpadu powstaje silnie trujący cyjanek, szczególnie przy jednoczesnej podaży wit. C

      Witamina C

      Wysokie dawki p.o lubi.v. (3-12 gramów/dobę)

      Zwiększenie poziomu interferonu, stymulacja produkcji limfocytów

      Przyjmowana  powyżej 2 g/dobę może wywoływać dolegliwości żołądka, nudności, biegunkę, wymioty, wysypkę skórną, obniżać odporność po radykalnym zmniejszeniu dawki. Zazwyczaj nadmiar wydalany jest z organizmu z moczem

      Chloryn sodu

      ( NaClO2- chloran II sodu)

      MMS -  28% tlenowy roztwór chlorynu sodu (NaClO2) w wodzie destylowanej – picie gotowego roztworu zmieszanego z sokiem cytryny

      Silne działanie bakteriobójcze, utlenienie  wirusów, pleśni, bakterii, pasożytów i grzybów.   MMS sprawia, że wydolność układu immunologicznego wzrasta aż 10-krotnie!

      Używany do wybielania papieru, jako herbicyd,odczynnik laboratoryjny, połknięty powoduje methemoglobinemię i w ciężkich przypadkach zgon.

      Chrząstka rekina

      Tabletki, iniekcje iv

      Niszczenie nowotworu, stymulacja układu immunologicznego, hamowanie angiogenezy guza

      Suplementacja wapnia i fosforu

      Dieta dr Budwig

      Dieta olejowo-białkowa, olej lniany i  chudy twaróg

      Dieta przeciwnowotworowa

      Podaż kwasów  tłuszczowych omega-3 - obniżenie poziomu trójglicerydów, korzystny wpływ na zmniejszenie ryzyka chorób układu sercowo-naczyniowego

      Dieta (terapia) Gersona

      Picie 3l soków owocowo-warzywnych oraz lewatywy z kawy 2xdziennie

      Leczenie raka, migreny, gruźlicy, osteoporozy, uzależnień, długowieczność

      Możliwe niedobory wskutek stosowania diety eliminacyjnej, powikłania częstych lewatyw

      Graviola

      Roślina rosnąca w Ameryce Południowej – picie soku

      Zawierają acetogeniny o silnym działaniu przeciwrakowym, mikrobójczym i insektobójczym. 10 000 razy silniejszy od chemioterapii

      Neurotoksyczność acetogenin, powodują odmianę parkinsonizmu- Parkinsonizm Gwadelupski

      Krzem

      ANRY- homeopatyczny preparat związku krzemu

      Leczenie raka, astmy, padaczki, wodogłowia, marskości wątroby, stwardnienia rozsianego, schizofrenii, zapalenia mózgu, niepłodności, żylaków odbytu a nawet AIDS

      Organizm ludzki potrzebuje 20-30 mg krzemu dziennie, składnik tkanki łącznej

      Kurkuma

      1/2 łyżeczki kurkumy 2xdobę (spożywać łącznie z pieprzem)

      Wpływają na 700 ludzkich genów, eliminacja komórek rakowych

      Zawarte w niej substancje wykazują silne działanie przeciwwirusowe, przeciwbakteryjne i przeciwgrzybicze

      Metoda Ashkara

      Utrzymywanie otwartej rany podudzia z ziarnem ciecierzycy w środku

      Usunięcie toksyn z organizmu,a co za tym idzie-wyleczenie raka

      Konsekwencje utrzymywania wiele miesięcy otwartej rany – infekcje, utrata krwi itp.

      Szczepionka dra Rybczyńskiego

      Zastrzyk z zarodników pleśni poddanych działaniu prądu

      Chore na raka zwierzęta zdrowiały, a zdrowe nie chorowały na raka

      ???

      Dla szerzej zainteresowanych tematem - informacje czerpałam ze stron dedykowanych propagowaniu niekonwencjonalnych metod "leczenia" raka: www.leczenieraka.org i www.ligawalkizrakiem.pl. Dostępnych jest jednak wiele materiałów ogólnikowo podkreślających walory i skuteczność terapii niekonwencjonalnych. Uwagę zwraca powtarzający się wśród autorów argument jakoby powyższe terapie były odkryte i stosowane już wiele lat temu - w czasach, gdy nie było mowy o chemioterapii, radioterapii, o immunoterapii nie wspominając. Ponadto podkreśla się ich mniejszą szkodliwość w porównaniu z chemioterapią. Z lekarskiego punktu widzenia część z tych pomysłów terapeutycznych może być częściowo korzystnych, jak choćby uzupełnienie diety chorego na nowotwór o soki owocowe z ekologicznych upraw. Inne (jak metoda Ashkara) napawają grozą i zakrawają na samookaleczenie.
      Celowo pominęłam tu metody powszechnie znane: joga, akupunktura, marihuana, leczenie temperaturą (hipo- i hipertermia). Na uwagę zasługuje wyjątkowe zainteresowanie pacjentów onkologicznych wpływem diety na przebieg choroby i wyniki badań laboratoryjnych. Żałuję, że nie wykazują takiego zainteresowania pacjenci z cukrzycą, nadciśnieniem tętniczym, zespołem metabolicznym czy alkoholową marskością wątroby.
      Lekarz Beata Tomaszewska, specjalista chorób wewnętrznych
    • Przez moniikaa
      Jakie mieliście wyniki z matur branych pod uwagę w rekrutacji i jaka to była uczelnia?
      Będę bardzo wdzięczna za odpowiedzi. W prawdzie mam maturę dopiero za kilka lat, ale zawsze jest pewien niepokój , że jednak nie da się rady Dlatego zawsze stawiać sobie pewien cel. 
    • Przez surowy
      Kiedy studiujemy, poznajemy medycynę od środka. Nowe przedmioty, wielcy profesorowie, tyle ambitnych planów. Zdobywamy wiedzę i chcemy poszerzać swoje horyzonty. Obcujemy z ludźmi chorymi, cierpiącymi oraz tymi, którzy leczą - mentorami, wybitnymi specjalistami. Ale niestety trafiają się i przykre historie, kiedy to poznajesz wadliwy dział medycyny, albo raczej środowiska medycznego.
      Chyba po drugim roku mieliśmy praktyki u lekarza rodzinnego. Znamy go wszyscy, chodzimy od dziecka do jednej przychodni. Witamy się na ulicy. A teraz razem usiądziemy w gabinecie i będziemy leczyć. O, jak marzyłem o tych praktykach. Przecież od małego przychodzę tutaj jako pacjent, wszystkie "starsze" pielęgniarki już mnie kłuły, szczepiły, mierzyły. Niejeden lekarz diagnozował ospę czy anginę. Dzisiaj to ja będę z nimi pracować.
      Przecież mnie znają - będzie super! Na początek wspólna kawka, aby się poznać, a potem dumnie będziemy kroczyć przez korytarz w białym kitlu. Tak, żeby wszyscy widzieli, że idą oni - doktory. Potem będę pisać recepty, badać, diagnozować, kierować do specjalistów. Ktoś na pewno trafi z zatrzymaniem krążenia i poprowadzę całą akcję reanimacyjną; ktoś przyjdzie ze złamaną ręką i założę swój pierwszy gips, a może nawet rozpoznam cukrzycę albo raka.
      Tyle marzenia o wspaniałych praktykach.
      Ani jedno słowo się nie sprawdziło. Ani jedna pielęgniarka mnie "nie pamiętała". Ani jeden lekarz nie badał ze mną. Główne pytanie: po co ja tu jestem? No, sprawa oczywista: żeby nauczyć się, jak być dobrym lekarzem. Żeby poznawać pracę od środka, żeby badać pacjentów, nauczyć się z nimi rozmawiać, zdobywać nowe doświadczenia. Pielęgniarki dumnie kroczyły, wielkie Panie ośrodka zdrowia, zacnej przychodni. Doktory pochowane w gabinetach z przygotowaną stertą recept. Nikt nie odpowie dzień dobry, nikt się nie uśmiechnie. Pytam kiedy przyjmuje dany lekarz i dostaje odpowiedź, że przecież "pisze na drzwiach". Tak bardzo ten obraz dobrego personelu medycznego z dzieciństwa nie zgadza mi się z tym, co otrzymuję teraz - pogarda, brak chęci współpracy...
      Trafiłem wreszcie do gabinetu internisty. Przyjęliśmy "aż" dwóch pacjentów, z czego jeden to przedłużenie recept, a drugi z neuralgią i skierowaniem do specjalisty. Po czym lekarz mówi: może Pan sobie już iść do domu, dziś już nic ciekawego nie będzie.
      Oczywiście w gabinecie miałem dodatkowy fotel, miejsce do robienia notatek, także zostałem poczęstowany herbatą w upalny dzień i mogłem swobodnie rozmawiać z pacjentami a potem zadawać pytania lekarzowi, by pogłębić swoją wiedzę. A nie … tak chciałem żeby było. Nie było. Był taboret w kącie, moje kolana i to wszystko. Pacjenta nie dotknąłem. A i fartuch też na korytarzu zakładałem, bo miejsca w szatni nie było.
      Resztkami nadziei, że może będzie inaczej spróbowałem zagadać do Pani w laboratorium, że może chociaż krew komuś pobiorę, gazometrię nawet. A gdzieżby! "Pan miał to na praktykach rok temu, ja nie będę odpowiadać za Pana, poza tym my tu mamy dużo pracy” - usłyszałem. Dziękuję było mi bardzo miło. Ale jeszcze są specjaliści. Znany ginekolog w mieście, świetne opinie to może chociaż on mnie przyjmie i pokaże USG. „Panie Doktorze, nazywam się X, jestem studentem… czy mógłbym dzisiaj Panu asystować w badaniu pacjentów…?” Pada jasna i klarowna odpowiedź: Nie. Proszę przyjść sobie na oddział do szpitala, ale nie w przychodni.
      Tak oto minęły moje praktyki w dziedzinie medycyny rodzinnej. Bardzo się zraziłem i żałowałem każdej chwili tam spędzonej. Nabrałem też dystansu do tych wszystkich ludzi tam pracujących. Przykre to było. Myślę sobie: oni też kiedyś byli młodzi. Też chcieli się uczyć i zdobywać wiedzę. I też ktoś im to musiał pokazać, doradzić, nauczyć. Szkoda, że zapomnieli o tym. Szkoda też, że zapomnieli o kulturze i szacunku do drugiego człowieka.
      Pozostaje apel: szanowni medycy, szanowni lekarze, szanowne pielęgniarki: pamiętajcie, że was też ktoś uczył i wy też przekażcie tę wiedzę innym. Młody adept medycyny może być kiedyś waszym lekarzem. Dajcie mu szansę i traktujcie go z szacunkiem tak jak wy chcieliście być traktowani.
      A wy, studenci: nie bójcie się reagować na takie zachowania. Praktyki można zmienić. Waszym prawem jest zdobycie wiedzy i wyniesienie z takich zajęć jak najwięcej treści, a nie poczucia beznadziei i tego, że ktoś was zmieszał z błotem. Nie możecie sobie na to pozwolić, choćby dopuszczał się tego największy profesor!