• Piątkowy dyżur lekarki z prowincji


    inkalekarka

    Tym razem tytuł powinien brzmieć: "w oparach absurdu", albo może "bezczelność nie zna granic". Zależy jak na to spojrzeć...

    Ale od początku:

    Wybiła godzina 15 w piątek. Zaczynam dyżur. Zmęczona już niemiłosiernie. Całym tygodniem, jak i dzisiejszym szalonym dniem. Z moich 9 pacjentów wypisałam dziś 5, a i przyjęłam dwóch nowych. Tona "papierkowej roboty" - w komputerze oczywiście  

    Wybiła 15.00. Telefon z triage'u na SORze. Jeszcze jeden przerywnik - w moim szpitalu, aby rozładować ruch na SORze, dyrekcja wymyśliła rewelacyjne rozwiązanie - dyżurny lekarz z interny zajmuje się na sorze każdym pacjentem ze skierowaniem na internę. 

    Zatem zostawiam całe moje skrzydło i schodzę na dół. Przez telefon dowiaduję się tylko, że to pacjent z kolką nerkową.

    Na SORze spotykam pacjenta, zapraszam do wydzielonego pomieszczenia i zaczynam zbierać wywiad. Zaczynam oczywiście od rzeczonej kolki, zapytuję o początek objawów, pytam czy to pierwszy atak, czy wcześniej chorował "na nerki". Pacjent patrzy na mnie coraz bardziej zdziwiony. Gdy pokazuję mu skierowanie z wyraźnym rozpoznaniem "kolka nerkowa" pacjent dopiero wtedy zdradza mi przyczynę swojego zdziwienia. Po skierowanie do POZ poszła żona, a on z nerkami nie ma żadnych problemów, ani nigdy nie miał, a i nawet nie wiedział co lekarz POZ na skierowaniu napisał. Poziom złości 1.

    Dowiaduję się po chwili, że problemem pacjenta jest występujący od kilku miesięcy ból kręgosłupa, kończyny dolnej prawej, z postępującym jej niedowładem, zanikiem mięśni. Idealny internistyczny problem. Poziom złości 2.

    Badam więc pacjenta, opisuję, zlecam badania, zdjęcie klatki piersiowej (standard) i oczywiście konsultację neurologiczną. Pomimo, że konsultację zlecam w systemie informatycznym, muszę jeszcze zadzwonić do dyżurnego neurologa i „ładnie” go poprosić o zejście na dół i skonsultowanie pacjenta. Bo to przecież "pacjent skierowany na internę". Poziom złości 2,5.

    Zostawiam pacjenta na dole, sama wracam na górę, zobaczyć, co dzieje się na oddziale. Okazuje się, że jak zwykle dzieje się sporo. W tak zwanym między czasie sprawdzam w systemie wyniki pacjenta - leukocytoza, trochę podwyższone CRP, trochę bakterii w moczu. Na pewno nie ma wskazań do hospitalizacji na internie. 

    Oddzwania do mnie neurolożka - pacjent rzeczywiście „neurologiczny”, ale koniecznie musi być skonsultowany przez neurochirurga. Wracamy więc do punktu wyjścia, czyli zabawy z dzwonieniem i proszeniem o konsultację, zmieniam tylko numer telefonu, pod który dzwonię. Poziom złości 3.

    Neurochirurg idzie na SOR, bada pacjenta, ogląda na szczęście wykonany ambulatoryjnie rezonans kręgosłupa i stwierdza jednoznacznie, że zasadniczym problemem pacjenta jest przede wszystkim prawe biodro, a nie kręgosłup, zleca zdjęcie bioder i konsultację ortopedyczną. No i zabawa zaczyna się znów od początku. Nawet zaczyna mnie to bawić, a nie złościć. 

    Wszystko załatwiam oczywiście telefonicznie, bo na oddziale pracy co nie miara. Dzwonię na ortopedię, gdzie dowiaduję się, że doktor dyżurny właśnie poszedł do zabiegu. Jest ok.18.00. Zaczynam wieczorną wizytę na oddziale. W trakcie wizyty przypominam sobie o ortopedzie, dzwonię jeszcze raz - nadal operuje.

    Ok. 20.00 dzwonię po raz kolejny - ortopeda właśnie robi swoją wieczorną wizytę, ale jak tylko skończy zbada pacjenta na SORze.

    20.30 - telefon z SORu, ortopeda zbadał pacjenta, obejrzał RTG bioder, podejrzewa zmiany zapalne lub nowotworowe w kościach miednicy, obejmujące m.in. panewkę stawu biodrowego. Stwierdza, że konieczne będzie zrobienie TK miednicy. Które oczywiście załatwić mam ja. Wchodzimy na poziom 4.

    Dzwonię do dyżurnego radiologa, którym jak się dowiaduję jest dziś mój dobry kolega. W końcu załatwienie czegokolwiek w moim szpitalu, a szczególnie szybkość załatwienia zależy od stopnia zażyłości, albo poziomu wzajemnej chęci bądź niechęci. Ja z większością lekarzy na szczęście bardzo się lubię, no może poza tymi, którzy nikogo nie lubią poza sobą 

    W nieco lepszym humorze próbuję zlokalizować kolegę radiologa. Numerów telefonów na radiologię mam ok.10. Dzwonię po kolei, wszędzie brak odpowiedzi. Zaczynam więc od nowa. I 3 kolejkę. Poziom złości już prawie 4,5. W końcu kolega odbiera. Tłumaczę sytuację, na co kolega odpowiada mi, zgodnie zresztą z prawdą, że nie jest to badanie ostrodyżurowe, tylko planowe z oddziału. 5.

    Dzwonię więc po raz kolejny na ortopedię. Tłumaczę zaistniałą sytuację, ortopeda próbuje mi "wytłumaczyć", że pacjent powinien być diagnozowany na internie, ja zupełnie spokojnie, próbuję mu wytłumaczyć, że chyba jednak na ortopedii. W końcu ortopeda daje się przekonać. Sama nie wiem, jak to zrobiłam, ale ortopeda decyduje o przyjęciu pacjenta na swój oddział.

    Dzwonię uradowana na SOR, proszę o zawiezienie pacjenta na ortopedię. Godzina - przed 22.00.

    22.15 telefon z SORu. Okazuje się, że pacjent w trakcie zapisywania go na oddział ortopedyczny zaczął krzyczeć, że na żadną hospitalizację zgody nie wyraża. Wszyscy zdezorientowani. Ortopeda tłumaczy pacjentowi powagę sytuacji, możliwe konsekwencje, itd.

    Pacjent wraca na SOR, a ja jako lekarz zajmujący się w dniu dzisiejszym pacjentem mam zejść i zrobić wypis. Poziom złości 10.
    Koniec historii. 


    Jak myślicie - pacjent był aż tak bezczelny, tylko po to, żeby w szybkim tempie zrobić sobie wszystkie badania i wcześniej udawał zainteresowanie hospitalizacją czy może był po prostu takim ignorantem w stosunku do swojego zdrowia?


    • Like 1
      Raport News


    Opinie o użytkowniku

    Recommended Comments

    65% chama i 35% ignoranta. Inteligencji nie oceniam. Jednak po tym wpisie sądzę, że akcja nie nie dzieje się na prawdziwej prowincji, a jedynie w mniejszym mieście.

    Sukcesów!

    Udostępnij ten komentarz


    Link do komentarza
    Udostępnij na innych stronach

    Widocznie mało precyzyjnie sie wyraziłam - pacjent wypisal sie na własne żądanie pomimo wytłumaczenia mu jego powaznego stanu. Nie pracuję w psychiatryku (chociaż czasem się zastanawiam, czy aby na pewno) i nie mam możliwości hospitalizować pacjenta bez jego zgody.

    Pozdrawiam.

    Udostępnij ten komentarz


    Link do komentarza
    Udostępnij na innych stronach

    Nie, to ja napisałem niejasno - chodziło mi o to jak zareagował przy wręczaniu mu jego wypisu na żądanie? Jakaś refleksja z jego strony? Powiedział, że się tym zajmie dalej sam czy coś...?

    Udostępnij ten komentarz


    Link do komentarza
    Udostępnij na innych stronach


    Utwórz konto lub zaloguj się, aby skomentować

    Musisz być użytkownikiem, aby dodać komentarz

    Utwórz konto

    Zarejestruj nowe konto na forum. To jest łatwe!

    Zarejestruj nowe konto

    Zaloguj się

    Masz już konto? Zaloguj się.

    Zaloguj się


  • Podobna zawartość

    • Przez inkalekarka
      Wróciłam właśnie z VI Zjazdu Polskiego Towarzystwa Badań nad Otyłością, gdzie przez prawie trzy dni szerokie grono specjalistów zarówno medycyny zachowawczej (czyli różnych specjalizacji wywodzących się z interny: diabetologii, kardiologii, hipertensjologii, geriatrii, endokrynologii, ale też psychologowie, psychiatrzy), jak i zabiegowcy - chirurdzy bariatrzy i ginekolodzy dyskutowali o coraz poważniejszym problemie, jakim jest nadmierna masa ciała w społeczeństwie.
      Trudno byłoby zawrzeć wszystkie ciekawe wnioski i spostrzeżenia w jednym artykule, dlatego postanowiłam rozpocząć mały cykl tekstów o nadwadze i otyłości. Dziś zacznę od przyczyn i przerażających badań statystycznych o rozpowszechnieniu problemu w populacji polskiej.
      Według pierwszych danych z badania WOBASZ  II (Wieloośrodkowego Ogólnopolskiego Badania Stanu Zdrowia Ludności, przeprowadzonego w latach 2013-2016) w Polsce tylko 32% mężczyzn i 45% kobiet w wieku 20 lat i więcej ma prawidłową masę ciała.  O prawidłowej masie ciała mówimy oczywiście obliczając BMI pacjenta - norma to zakres 18,5-25. O osobach z BMI poniżej 18,5 mówimy jako o niedożywionych, a jeśli chodzi o wartości powyżej normy tutaj sytuacja jest nieco bardziej skomplikowana: 
      25,0–29,99 – nadwaga 30,0–34,99 – I stopień otyłości  35,0–39,99 – II stopień otyłości > 40,0 – III stopień otyłości (otyłość skrajna) Oczywiście poza BMI pacjenta bierzemy pod uwagę także obwód talii (maksymalny prawidłowy u kobiet to 80 cm, u mężczyzn 94 cm) oraz wskaźnik WHR (Waist-to-Hip Ratio), inaczej „talia-biodro” - graniczne wartości referencyjne dla mężczyzn to 1, dla kobiet natomiast 0,8.
      Jeśli chodzi o przyczyny tu sprawa zaczyna się komplikować. Podstawową rzeczą jest oczywiście nadmierna podaż energii z pożywienia oraz brak ruchu. Ale niestety sytuacja nie jest tak prosta jak mogłoby się wydawać. Okazuje się, że przyczyn  według różnego rodzaju badań naukowych jest dużo więcej. Pamiętamy oczywiście o zaburzeniach hormonalnych i każdego pacjenta z nadmierną masą ciała powinniśmy „sprawdzić” pod tym kątem. Ale co z pacjentami, u których „hormonalną” przyczynę wykluczyliśmy?
      Po pierwsze, jak zawsze - genetyka. Wyizolowano gen otyłości - tzw. gen FTO (fat mass and obesity associated gene), którego polimorfizmy mają wpływ na naszą masę ciała. Gen FTO jest zlokalizowany na chromosomie 16 (16q12.2). Nie poznano jednak całkowicie mechanizmu działania genu FTO w regulacji gospodarki energetycznej. Wiadomo, że gen ten koduje demetylazę 2-oxoglutaranową, zależną od DNA - enzym obecny w wielu tkankach, szczególnie w podwzgórzu, ośrodku kontrolują- cym łaknienie i wydatkowanie energii. Ekspresja tego genu jest hamowana przez pośrednie metabolity cyklu Krebsa, w szczególności fumaran. Uważa się, że wariant genu FTO predysponującego do otyłości może odgrywać rolę raczej w kontroli przyjmowania pokarmu i rodzaju preferencji żywieniowych, w mniejszym stopniu w regulacji wydatkowania energii. Ponadto uważa się, że nosicielstwo niektórych alleli sprzyja pewnemu zwiększonemu ryzyku zachorowania, choć nie jest to czynnik decydujący, gdyż dominującą rolę odgrywają jednak czynniki środowiskowe.
      Jeśli chodzi o połączenie czynników środowiskowych i genetyki, a dokładnie diety i genów, tutaj pojawiają się nutrigenetyka i nutrigenomika, czyli dziedziny badające zależność między genomem a składnikami odżywczymi diety. Nutrigenomika określa wpływ składników odżywczych diety na ekspresję genów, a także opisuje oddziaływanie poszczególnych składników na przemiany metaboliczne i homeostazę organizmu (np. związek między składnikami diety a chorobami nowotworowymi). Natomiast uwarunkowanymi genetycznie różnicami w odpowiedzi metabolicznej na poszczególne składniki diety zajmuje się nutrigenetyka. I tu dochodzimy do dietetyki przyszłości, czyli stosowania diety zależnej od DNA. Badanie genetyczne określa np. predyspozycje pacjenta do hiperglikemii oraz hipercholesterolemii, a także do rozwoju tkanki tłuszczowej trzewnej i zespołu metabolicznego. Raport omawiający wynik uwzględnia również informację dotyczącą metabolizowania węglowodanów, białek, tłuszczów, witamin: D, E, A, C, B6, B12, homocysteiny, kwasu foliowego, analizuje reakcję organizmu na ograniczenia kaloryczne oraz potencjał detoksykacyjny i antyoksydacyjny. Dzięki temu możemy łatwo dobrać pacjentowi dietę pod kątem jego możliwości metabolizmu białek, węglowodanów, tłuszczów i związku z tym ich zawartości procentowej w diecie.
      Z drugiej strony mówi się też o przyczynach pochodzenia „mózgowego” – badania mówią o znacznym wpływie czynników psychologicznych, neurohormonalnych na nadmierną masę ciała.
      Zacznijmy od tego, że jedzenie w dzisiejszych czasach nie zaspokaja tylko naszych potrzeb fizjologicznych (głód), ale też zaspokaja potrzeby psychiczne jednostki, jak pragnienie miłości, bezpieczeństwa, aprobaty, pomaga w radzeniu sobie ze stresem, odczuwanym żalem i złością, służy też do wyrażania sympatii, szacunku, miłości. Jedzenie jest więc złożoną czynnością psychologiczną i społeczną. Ale przejdźmy do konkretów na poziomie ośrodkowego układu nerwowego. Podwzgórze jest częścią mózgu, która kieruje podstawowymi funkcjami biologicznymi, kontroluje procesy odpowiedzialne za regulację uczucia głodu i sytości. Regulacja ta oparta jest na sieci wzajemnych powiązań: układu hormonalnego (insulina, hormony płciowe, glikokortykosterydy, glukagon i in.), substancji regulacyjnych (leptyny, neuropeptyd Y, endorfiny, galanina), enzymów, oraz neuroprzekaźników (serotonina, dopamina, noradrenalina). Jakiekolwiek zaburzenia powstałe na każdym z tych etapów mogą prowadzić do zaburzeń odżywiania. Biologia tłumaczy również mechanizm wpływu jedzenia na samopoczucie człowieka. Dostarczenie organizmowi pokarmu, szczególnie słodkiego związane jest ze zwiększonym wydzielaniem endorfin, co z kolei działa na człowieka uspokajająco. Serotonina i endorfiny, modyfikujące apetyt, mają ścisły związek z nałogowym jedzeniem. Endorfiny obniżają też poziom niepokoju i poprawiają samopoczucie.
      Ponadto badania wykazały również, że mózgi osób otyłych, podobnie jak mózgi osób uzależnionych, mają mniejszą gęstość tzw. receptorów dopaminowych typu 2, związanych z układem nagrody. Prawdopodobnie jest to reakcja, mająca osłabić efekt częstych wyrzutów dopaminy, które są skutkiem częstego przyjmowania narkotyku lub pożywienia.
      Nadmierne łaknienie (binge-eating) - żarłoczność, obżarstwo, jako zaburzenie charakteryzuje się (podobnie jak bulimia) gwałtownym pochłanianiem pożywienia, jednak napadom nadmiernego łaknienia nie towarzyszą wymioty, ani inne formy przeczyszczania organizmu. Zaburzenia tego typu stwierdza się u 30% otyłych podejmujących leczenie. Badania pokazują stosunkowo silne korelacje pomiędzy psychopatologią związaną z odżywianiem, otyłością i agresją. Objadane się jest też związane z wysokim poziomem lęku oraz z niską samooceną i oceną własnego ciała.
      Ponadto wpływ na masę ciała mają także nawyki żywieniowe, wyniesione z rodzinnego domu oraz sytuacje, w których jemy. Okazuje się bowiem, że najwięcej jemy „nieświadomie”, czyli wykonując inną czynność, najczęściej oglądając telewizję czy prowadząc samochód, a także podczas spotkań towarzyskich połączonych z piciem alkoholu.
      W kolejnym „odcinku” parę słów o badaniach na temat wpływu naszej jelitowej flory bakteryjnej na otyłość, czyli jak z myszy chudej po przeszczepieniu kału ze „złą” florą zrobiono mysz grubą

      Piśmiennictwo:
      Edyta Adamska, Lucyna Ostrowska, Nutrigenetyka i nutrigenomika a leczenie otyłości i chorób towarzyszących, Forum Zaburzeń Metabolicznych 2010;1(3):156-167. Katarzyna Kolackov, Łukasz Łaczmański, Grażyna Bednarek-Tupikowska: Wpływ polimorfizmów genu FTO na ryzyko otyłości, Via Medica Endokrynologia MARTA MAKARA-STUDZIŃSKA , ALINA BUCZYJAN , JUSTYNA MORYLOWSKA, Jedzenie - przyjaciel i wróg. Korelaty psychologiczne otyłości. Przegląd piśmiennictwa, Zdr Publ 2007;117(3):392-396 Agata Juruć, Paweł Bogdański, Osobowość w rozmiarze XXL. Psychologiczne czynniki ryzyka otyłości, WYBRANE PROBLEMY KLINICZNE Via Medica
    • Przez mania
      Hej!
      Czy ktoś orientuje się może, czy warto robić specjalizację z medycyny nuklearnej? Czy jest to dziedzina, która będzie raczej się nadal rozwijać i będzie rosło zapotrzebowanie na specjalistów, czy też będzie ono raczej stałe? Jak wygląda przeciętny dzień pracy w tej specjalności?
      I oczywiście jak się kształtują zarobki - jakie są możliwości dorabiania? Czy zarobki po rezydenturze tylko w szpitalu są w miarę godne?
    • Przez ElizaE
      Wyjechalam z Polski do USA jak bylam mala wiec moj polski jest taki sobie
      Jestem tutaj lekarzem i mam kilka pytan bo od czasu do czasu dostaje pytania jak wszystko wyglada w Polsce.
      Z tego co czytalam to konczy sie szkole srednia, idzie sie na studia medyczne (6 lat?), potem staz (1 rok) i egzamin LEK.  A pozniej rezydentura np w pediatri, chirurgi, etc (2-6 lat).
      Jak wyglada staz?  Czy tak jak w USA to znaczy kilka miesiecy kliniki, szpitalu, na oddziale ICU, etc?
      Jak wyglada residentura?  Co robicie, ile godzin, etc.
      Przepraszam za wszelkie bledy.
    • Przez Hormeo
      Cześć! Mam takie pytania do Was:
      1. Usłyszałem gdzieś, że otworzenie doktoratu umożliwia zrobienie specjalizacji. Jak rzeczywiście to wygląda? Czy wystarczy, ze otworzę doktorat i wtedy nie muszę już startować w konkursie na rezydentury?
      2. Jakie są możliwości zarobienia pieniędzy podczas wolontariatu? Dyżury, pomoc nocna?
    • Przez inkalekarka
      Dziś parę słów o kulisach robienia specjalizacji.
      Zacznijmy od teorii - specjalizację z chorób wewnętrznych, w obecnym modułowym systemie, robi się 5 lat - trzy lata moduł podstawowy i 2 lata moduł tzw. specjalistyczny. Ja w listopadzie kończę moduł podstawowy, zakończony egzaminem u kierownika specjalizacji. To tyle w teorii. W praktyce większość specjalizantów żadnego egzaminu pewnie nie zobaczy, poza oczywiście egzaminem na koniec specjalizacji, przerażającym chyba wszystkich, PES-em - państwowym egzaminem specjalizacyjnym. Ale do egzaminu mam jeszcze 3 lata...
      Szkolenie specjalizacyjne, jak to się ładnie nazywa, polega na pracy na własnym, macierzystym oddziale oraz odbywaniu obowiązkowych kursów i staży. W moim przypadku w module podstawowym jest to dokładnie po 1,5 roku, czyli mówiąc wprost połowę czasu spędzam na swoim oddziale, a resztę poza. I tu zaczyna się temat turystyki specjalizacyjnej. Ale o tym za chwilę. Jednym z absurdów są praktycznie te same staże w module podstawowym, jak i specjalistycznym, różnią się tylko długością. Chyba, żebym w odstępie kilku lat odwiedziła te same miejsca i utrwaliła wiadomości...
      Jeśli chodzi o kursy, w większości odbywają się one tylko w ośrodkach akademickich, do których niestety moja "prowincja" się nie zalicza. Tak więc w ciągu modułu podstawowego odbyłam jakieś 10 kursów, liczących od 2-3 do 14 dni. Wszystkie wyjazdy muszę oczywiście finansować z własnej kieszeni, mój szpital mocno broni się przed wypłacaniem nam delegacji. Ostatnio szpitalny radca prawny wydał opinię, w której obowiązkowy kurs nie jest delegacją, ponieważ nie spełnia wszystkich kryteriów delegacji, czyli "polecenie pracodawcy, zadanie o charakterze incydentalnym, sporadycznym i wyjazd poza miejscowość, w której znajduje się siedziba pracodawcy lub poza stałe miejsce pracy". Ale to już temat do osobnego artykułu...
      To samo tyczy się obowiązkowych staży, które odbywamy na specjalistycznych oddziałach lub w klinikach akademickich. I tutaj niestety też większość znajduje się poza moją "prowincją". Staże trwają od 3 do 16 tygodni. Moje wyjazdowe trwają na szczęście maksymalnie 6 tygodni. Wszystkie powyższe problemy wyjazdowe nie dotyczą oczywiście osób, które zostały w dużych akademickich ośrodkach, oni wszystko mają na miejscu, nie muszą wydawać dodatkowych pieniędzy na wyjazdy, noclegi, wyżywienie...
      Ja jednak postanowiłam połączyć robienie specjalizacji z moją największą pasją, czyli podróżami. Na kursy (bo w module podstawowym zrobiłam już wszystkie) wybierałam najdalej położone na liście ośrodki. Dzięki temu zwiedziłam Białystok i Podlasie, a nawet Wilno i Troki (robiłam tam kurs ze zdrowia publicznego), Lublin, Kazimierz Dolny nad Wisłą, Zamość, Sandomierz (ratownictwo medyczne), Bielsko-Białą, Żywiec, Wisłę, Cieszyn (onkologia), a także Kraków i Warszawę. Jeśli chodzi o staże - hematologię robiłam w Olsztynie, teraz na reumatologię jadę do Sopotu, pozostałe niestety z powodu redukcji kosztów robiłam we Wrocławiu - tam zawsze któreś z przyjaciół ze studiów przygarnie mnie pod swój dach i tak pomieszkuję po ludziach robiąc specjalizację...
      Temat bliski memu sercu, bo właśnie wróciłam z sześciotygodniowego stażu w jednej z klinik wrocławskich. Jak to zwykle ze stażami bywa, ludzie sympatyczni, ale żeby człowiek wrócił stamtąd nie wiadomo jak wyedukowany to nie powiem.. Według mojej obserwacji staże powinny trwać maksymalnie 2-3 tygodnie, ale powinny być intensywne. Ale żeby tak było lekarz prowadzący takiego specjalizanta nie może mieć "tony" pacjentów z toną dokumentacji do zrobienia, bo wtedy jak zawsze praca kończy się na pomaganiu starszemu w ogarnianiu dokumentacji, bo na to jak wiadomo współczesny lekarz musi poświęcić 90% swojego czasu pracy... Ostatni staż różnił się tylko tym od pozostałych, że tam komputeryzacja jeszcze nie za bardzo dotarła i moje zadania polegały m.in na wypisywaniu pacjentom skierowań na wszystkie możliwe badania ręcznie (na każdym oczywiście muszą być imię, nazwisko, pesel, adres, rozpoznanie, kod ICD-10, data, miejsce wystawienia, no i rodzaj badania). Kolejnym moim bardzo ciekawym zadaniem było przepisywanie wyników badań pacjentów z kartki z laboratorium do pliku w wordzie, gdzie powstawał wypis pacjenta. Tak, wszystkich wyników badań laboratoryjnych! Takie rzeczy tylko w klinice Nie żebym miała to za złe mojemu opiekunowi, który jest przesympatycznym i, co najważniejsze, mega mądrym lekarzem, od którego i tak nauczyłam się chyba najwięcej ze wszystkich staży. Ale piszę to, żeby pokazać absurdy polskiej medycyny. Podobno medycyny XXI wieku...
      Tutaj pozostawię miejsce na wasze wnioski i przemyślenia. Pozdrowienia ze świątecznego dyżuru.