LIBERMED - Książki medyczne i weterynaryjne wszystkich wydawców w jednym miejscu
  • Zaloguj się, aby obserwować  

    "Nie ma czegoś takiego jak żywność niezmodyfikowana genetycznie!" Wywiad z profesorem Janem Szopą-Skórkowskim


    MedFor.me

    Rozmowa z profesorem Janem Szopą-Skórkowskim, wybitnym biochemikiem i biotechnologiem z Uniwersytetu Przyrodniczego we Wrocławiu oraz Wydziału Biotechnologii Uniwersytetu Wrocławskiego. Profesor od wielu lat jest zaangażowany w prace badawcze nad strukturą DNA, metabolizmem roślin i roślinami transgenicznymi, co zaowocowało wynalazkami medycznymi, które znalazły swoje miejsce m.in. w leczeniu wspomagającym trudno gojących się ran.

    Prof. Jan Szopa-Skórkowski: Będzie pewnie o żywności GMO?

    Mateusz Malik: Będzie! (śmiech)

    Temat jest rzeczywiście “odgrzewany” - co jakiś czas powraca. Wiedza o GMO dociera coraz niżej, edukujemy się jako społeczeństwo. Pewne fakty już zaakceptowaliśmy, jak istnienie genów, to, że są wszędzie i że jemy geny. Nie jest to już tak szokujące jak niegdyś. Tym natomiast, czego społecznie nie zaakceptowaliśmy jest fakt, że jemy geny, które są manipulowane. Szkoda, że jeszcze nie zaczęliśmy edukacji w szkołach na temat transgenów i genetycznej modyfikacji. Nie wiem dlaczego. Od tego trzeba by zacząć...

    Panie Profesorze! Od kiedy ludzkość wykorzystuje w praktyce istnienie genetyki? Od czasu odkrycia podwójnej helisy DNA przez Watsona i Cricka? Od ery eksperymentów Mendla? A może jeszcze wcześniej?

    szopanotka1.pngDaleko wcześniej. Pierwsze dane wskazują, że zaczęto (jeszcze w sposób nieuświadomiony) manipulować genami 12-13 tysięcy lat temu, kiedy udomawiano rośliny. Wybierano okazy, które się adoptowały do trudnych, przydomowych warunków, a następnie (co według mnie już wkracza w sferę genetyki) krzyżowano ze sobą osobniki, które miały jakieś pozytywne cechy. Na przykład większe nasiona, wysokość, masa. Ale też i zwracano uwagę na jakość - na przykład wybierano mniej toksyczne i o większej produktywności. Zauważono, że coś co rośnie wysoko w górach, gdzie jest sucho i zimno jest odporne na ekstremalne warunki. I krzyżowano takie rośliny z tymi udomowionymi. Nie zdawano sobie sprawy, że to są manipulacje genetyczne, ale już wtedy to się działo. Później historia genetyki powtarza się, ale na coraz wyższym poziomie zrozumienia. Dzisiaj robimy dokładnie to samo. Narażamy organizmy na różnorodne warunki, infekujemy mikroorganizmami, działamy mutagenami chemicznymi, promieniowaniem jonizującym,  czyli postępujemy dość brutalnie, po to, aby wywołać dywersyfikację genetyczną.

    Czyli właściwie nie ma czegoś takiego jak żywność niezmodyfikowana genetycznie?

    Ja twierdzę, że nie ma. Człowiek wciąż kombinuje jak ją ulepszyć, są tylko coraz subtelniejsze techniki, które pozwalają na bardziej świadomy wybór tego co lepsze. Kierujemy się przy tym nie tylko fenotypem (typu duże, mokre, suche), ale również właściwościami wewnętrznymi (prozdrowotne, przeciwzapalne, przeciwbólowe), które przy użyciu technik genetyki i biochemii możemy nadać lub wzmocnić, a dalej wykorzystać.

    Obraz medialny tzw. żywności GMO, a zatem jej obraz społeczny jest często wykrzywiony i zdemonizowany. Chciałbym w imieniu licznych zdezinformowanych osób uzyskać odpowiedzi na najprostsze pytania.

    Bardzo proszę.

    Czy człowiek może nabyć genetyczne cechy produktu spożywanego drogą doustną?

    Nie... Ale zawahałem się mówiąc to, ponieważ jest inny obszar zmienności który towarzyszy genetyce, a mianowicie epigenetyka. Inżynieria genetyczna manifestuje się tym, że przerywamy ciągłość genomu, by zmienić organizm. Zaś epigenetyka wprowadza zmiany bez ingerencji w tą ciągłość, a za pomocą metylacji jednego z czterech nukleotydów budujących DNA. Ta doraźna modyfikacja okazuje się mieć niezwykle duże znaczenie. Dziś, jeżeli porównujemy genom niektórych roślin, które udomowiono 12-13 tysięcy lat temu (np, owies, groch) z aktualnie uprawianymi to okazuje się, że największa zmienność dotyczy zamiany cytozyny na tyminę. Dziś wiemy, że jednym z mechanizmów ewolucji jest taka punktowa mutacja, gdy cytozyna ulega metylacji i w następnej rundzie replikacyjnej przekształca się w tyminę. Dziś zatem wiemy, że epigenetyka także towarzyszyła człowiekowi od zarania: selekcjonując rośliny człowiek robił to nieświadomie łącząc ze sobą genetykę i epigenetykę. A wracając do pytania - związki, które jemy mogą doraźnie modyfikować nasz genom, przystosowując go do tego, co dzieje się w środowisku. Gdyby nie ten mechanizm adaptacyjny, to, podejrzewam, nie wyszlibyśmy poza plazmodium. Człowiek dalej by pełzał po ziemi, jak inne prymitywne organizmy. Dzięki epigenetycznej zmienności doskonalimy się, ale doskonali się cała przyroda. Chcę jednak zwrócić uwagę, że to, co jemy nie ma wpływu na przerwanie ciągłości naszego DNA.

    PROF.SZOPA3.jpgTaką możliwość w naturze mają wirusy, a laboratorium - ludzie…

    Wiemy, że wbudować w genom obcy fragment mogą tylko wirusy. Ale jest jeszcze inny ważny, naturalny element zmienności genetycznej. Każdy ludzki genom posiada fragmenty samoprzenoszące się, zwane transpozonami. Zdarza się, że warunki środowiskowe indukują lub akcelerują ten proces. Takim czynnikiem teoretycznie może być to, co spożywamy jeśli przykładowo dietą wzbudzamy reakcję wolnorodnikową.

    Czy transgeniczne zboże, na przykład z zakodowaną odpornością na środki chwastobójcze może stanowić zagrożenie zdrowia? Czy jest traktowane przez nasz układ pokarmowy tak samo jak zwyczajne?

    Problem polega tu na czymś innym. Jeśli uodpornimy rośliny na czynniki, którymi je opryskujemy to pytanie na ile trwałe są te związki chemiczne, jak szybko się rozkładają i czy pochodne pestycydów nie mają toksycznego działania. Póki co w środkach, które się używa takich nie ma “nierozkładalnych” substancji. Choćby popularny glifosat rozkłada się, jest katabolizowany całkowicie. My na tym zyskujemy: zachowujemy to, co jest ważne w danej roślinie. A środki ochrony roślin mają istotne znaczenie. Albowiem rośliny, jak każdy organizm, nie żyją w próżni, muszą współdziałać z tzw. mikrobiomem, tak jak i ludzie. Zdarza się, że spośród bakterii czy innych mikroorganizmów, które współżyją z rośliną selekcjonują się takie, które produkują toksyny, które mogą zakazić produkty roślinne. Przykład kiełków kozieradki (często występujące w diecie człowieka) rekrutujących szczep E.coli produkujący toksynę shiga, która spowodowała śmierć 53 osób jest wielce pouczający. Dlatego tak ważna jest ochrona: może nią być tworzenie roślin, które są odporne na te patogeny. W ten sposób nie tylko promujemy produktywność, ale i unikamy obecności toksyn w naszym pożywieniu.

    Czy znajduje odzwierciedlenie w rzeczywistości stwierdzenie, że warzywa i owoce transgeniczne są mniej smaczne od tych hodowanych w przydomowych ogródkach czy ekologicznych (tu proszę o opinię)?

    Nikt, póki co, nie odnosił się do smaku, jako czynnika, który miałby determinować użyteczność warzyw czy owoców. Bardziej zwraca się uwagę na czynniki prozdrowotne, rolę zapobiegania chorobom cywilizacyjnym czy czynniki estetyczne jak kolor czy kształt - to jabłuszko jest czerwone, tamto zielone - im bardziej kolorowe, tym lepiej wygląda. Trudno jest definiować smak… Coś jest słodkie, coś jest gorzkie albo kwaśne… Pierwszorzędowym kryterium, który się bierze pod uwagę w modyfikacjach jest wygląd i charakter…

    Polemizuję tu trochę z mitem, że to, co pochodzi z przydomowego ogródka jest “prawdziwsze”, ponieważ niezmodyfikowane, bez wpływu inżynierii i przez to dużo smaczniejsze niż z supermarketu.

    Myślę, że jesteśmy przywiązani do tego, co własne i to potęguje wartość dodaną do danego produktu. Ale to dobrze! Co ciekawe - w leczeniu jest podobnie. Widzieliśmy wiele razy, że jeśli ktoś jest pozytywnie nastawiony do naszych lnianych opatrunków, to rany lepiej mu się goją, niż wtedy, gdy jest wobec nich sceptyczny. Myślę, że ta skłonność jest też wynikiem zmian epigenetycznych. Byłoby wspaniale gdybyśmy posiedli taką epigenetycznie regulowaną skłonność kierowania się wiedzą i zdrowym rozsądkiem (w tej kolejności) również w kwestii inżynierii genetycznej.

    Czy Wrocławska biotechnologia może pochwalić się jakimiś badaniami, odkryciami, wynalazkami związanymi z modyfikacją genetyczną roślin?

    Powinno się mówić lepiej o innych, ale nie znam przykładu z naszego środowiska, który by demonstrował już wdrożony wynalazek z zakresu inżynierii genetycznej roślin. Nieskromnie zatem chciałbym wspomnieć o dwóch produktach własnych. Jeden z nich jest wdrożony i już dostępny w sprzedaży, a drugi lada moment będzie. Ten pierwszy, z obszaru medycyny to nasze lniane opatrunki, które są od lipca 2016 roku w produkcji. Drugi produkt to olej lniany, a właściwie mleczko lniane, które będzie skutecznym sposobem w zapobieganiu miażdżycy i profilaktyce stanu przedcukrzycowego.

    szopanotka.jpgMoże dlatego tak trudno jest mi znaleźć inne przykłady, o których nie wiemy, że modyfikacja genetyczna żywności jest w świetle obowiązujących przepisów de facto zabroniona. Wszystko, co się obecnie oficjalnie robi w obszarze GMO to zamknięte badania laboratoryjne mające na celu ocenę funkcji genu i raczej eksperymentuje się na organizmach modelowych typu rzodkiewnik. Nikt nie ma odwagi pochwalić się swoimi osiągnięciami i odkryciami...

    Rozumiem, że w kontekście żywności GMO na styku nauki i polityki tworzy się konflikt…

    Tak. Bardziej akceptowane jest medyczne zastosowanie modyfikacji genetycznej i dlatego my w to celujemy. Natomiast to żywieniowe praktycznie odpada, bo nie dostajemy zezwolenia na uwolnienie naszych roślin modyfikowanych do środowiska nawet w celach badawczych!

    To jest problem w skali Polski, Unii Europejskiej czy sięga jeszcze dalej?

    Dotyczy to wyłącznie Unii Europejskiej, choć za jej przykładem tworzy się ograniczenia w innych miejscach. Jak choćby w Kanadzie, która chcąc eksportować len na rynek europejski eliminuje z upraw transgeniczny. Podobnie w Chinach, gdzie byliśmy ostatnio, ale nie ma tam zakazu prac nad uwolnieniem GMO do środowiska. U nas nie można dostać zezwolenia na takie badania, a jest ono koniecznym elementem wdrożenia.

    PROF.SZOPA2.jpgW przypadku naukowego podejścia do tematu nie budzi większych kontrowersji ingerencja w genom bakterii, grzyba, rośliny czy zwierzęcia. Dlaczego pojawiają się takie emocje i dylematy, gdy chcemy “poprawiać” ludzi?

    Tu czyha trochę niebezpieczeństw. Jednym z nich jest interakcja transgen-endogen. Wiemy z wielu naszych eksperymentów, że jest taka interakcja. Innymi słowy, wprowadzony do genomu transgen jest nie tylko samodzielną jednostką, która daje jakiś produkt, ale on sam ma wpływ na genom. Jak on się objawia? To jest inne pytanie. Przykładowo może promować metylację innych części genomu, które przez to zmieniają się. Nie bierze się tego pod uwagę, ale tak jest. Po drugie, wprowadzenie do genomu ludzkiego obcych elementów może indukować mobilność ruchomych jego elementów, czyli transpozonów. Mają one szereg różnych funkcji. Mogą wbudowywać się w sekwencje regulatorowe innych genów, także w kodony. Jest to, póki co, nieprzewidywalne. Ale coraz więcej wiemy o tym, jak i gdzie należy wprowadzać “poprawki”, aby nie tworzyć nieprzewidzianych zdarzeń. Tym niemniej trzeba mieć świadomość, że przerwanie ciągłość genomu jest stresem, który prawdopodobnie będzie miał konsekwencje. W roślinach (ziemniaki) przerwanie ciągłości genomowego DNA manifestowało się wzmocnioną syntezą katecholamin (hormony stresu obecne również u ludzi).

    Czyli w przypadku terapii genowych, które widać już na horyzoncie…

    Należy pamiętać, że nawet zamiana jednego nukleotydu ma swoje odzwierciedlenie w pozostałej części genomu…

    Dziękuję serdecznie za rozmowę!

    szopanotka2.png

    Rozmawiał: Mateusz Malik, lekarz. Zdjęcia: M. Malik


      Raport News
    Zaloguj się, aby obserwować  


    Opinie o użytkowniku

    Recommended Comments

    Brak komentarzy do wyświetlenia.



    Utwórz konto lub zaloguj się, aby skomentować

    Musisz być użytkownikiem, aby dodać komentarz

    Utwórz konto

    Zarejestruj nowe konto na forum. To jest łatwe!

    Zarejestruj nowe konto

    Zaloguj się

    Masz już konto? Zaloguj się.

    Zaloguj się


  • Podobna zawartość

    • Przez Nefer
      Nie zawsze rzucają się w oczy, czasem tylko medyczny wzrok wychwyci ich subtelność... Czy Rembrandt i Rubens wiedzieli, że ich modelki chorowały na raka piersi?
      Diagnozujemy sztukę w naszym cyklu. Nie przypuszczasz nawet jak wiele chorób i patologii odnaleźć można na obrazach mistrzów!
      Część II: Choroby genetyczne w malarstwie
      Jak wiemy z poprzedniego artykułu dorobek malarski stanowi ogromny materiał badawczy dla lekarzy-pasjonatów. Dla tych z Państwa, których centrum zainteresowania nie stanowi onkologia, proponuję analizę kilku dzieł przedstawiających chorych na schorzenia genetyczne.
      Długa szyja jest dziś elementem kanonu kobiecej urody, jednak u modelki uwiecznionej na obrazie Madonna z długą szyją Parmigianiniego z 1534 roku jest czymś więcej. Kobieta będąca tutaj wzorem dla wizerunku św. Marii cierpi na zespół Marfana. Świadczyć może o tym wydłużona sylwetka czy cechy arachnodaktylii.

      Symptomy tej samej choroby lekarskie oko dostrzeże w Portrecie młodego mężczyzny Botticellego.

      Botticelli był przedstawicielem renesansu, który nie dbał o szczegóły anatomiczne ludzkiego ciała. Jego prace cechowała raczej maniera świadomego zniekształcania rysunku pod kątem podkreślenia indywidualnych cech portretowanego. Czy chłopak z portretu Botticellego faktycznie cierpiał na zespół Marfana? A może jest to przykład porzekadła "lekarz zawsze wynajdzie jakąś chorobę"?
      Fakt, że rzadkie zespoły genetyczne towarzyszą ludzkości nie od dziś uświadamia nam m.in. dzieło Velazqueza Panny dworskie. 

      Obraz przedstawia pięcioletnią infantkę Małgorzatę Teresę. Zdaniem Vito Franco - profesora anatomii z Uniwersytetu z Palermo, 5-letnia infantka chorowała na tzw. syndrom Albrighta. Przypomnijmy - jest to choroba genetyczna objawiająca się zmianami kostnymi, skórnymi i zaburzeniami hormonalnymi, w tym przedwczesnym dojrzewaniem płciowym.
      Z kolei na zespół Pradera-Williego cierpiała Eugenia Mertinez Vallejo namalowana przez Juana Carreno de Miranda (1680 r.)

      Na obraz kliniczny choroby składają się niski wzrost, upośledzenie umysłowe, hipogonadyzm oraz otyłość, spowodowana mniejszym zapotrzebowaniem energetycznym przy jednoczesnym ciągłym uczuciu głodu. Eugenia z powodu swojej otyłości przezywana była La Monstua - potwór, a jej portret jest najprawdopodobniej najstarszym przedstawieniem tej choroby.
      Lekarz Beata Tomaszewska, specjalista chorób wewnętrznych

    • Przez MedFor.me
      O przekleństwach i błogosławieństwach ludzkości, o cudach eucharystycznych badanych przez wrocławskich genetyków, o największych sukcesach i porażkach nauki zachodniej cywilizacji i jej możliwym schyłku, o komercjalizacji nauki oraz o granicach życia i stworzeniu nowego rozmawiamy z Profesorem Tadeuszem Doboszem, kierownikiem Zakładu Technik Molekularnych Katedry Medycyny Sądowej Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu.
       
      Mateusz Malik: Panie Profesorze! Ludzkość zmierza w kierunku zagłady. Nasze lęki często lokujemy w globalnych katastrofach astronomicznych i zmianach klimatycznych. A czy nie jest tak, że bardziej prawdopodobna jest "nanoapokalipsa" związana z "zabawą genami"?
      Prof. Tadeusz Dobosz: Zacznę od tego, że muszę zakwestionować główna tezę, że idziemy ku zagładzie. Mam na ten temat inne zdanie, dlatego, że mam już swoje lata i pamiętam różne rzeczy. Na przykład jest powszechne odczucie (równie powszechne jak to, o którym pan przed chwilą wspomniał), że wzrasta przestępczość. To nieprawda. Przestępczość maleje, liczba zabójstw na milion mieszkańców spada, wykrywalność przestępstw też jest lepsza. Podobnie z dążeniem ku zagładzie. Narastają pewne problemy, których wcześniej nie było, także środowiskowe. Ekologia zawsze była mi bliska. Dla przykładu narasta problem zaśmiecenia światłem. Pamiętam, że w nocy było widać gwiazdy... A dzisiaj? Kto z młodych ludzi widział drogę mleczną? Dzieciaki w przedszkolu w ogóle nie wiedzą, co to jest droga mleczna. A ja pamiętam to wspaniałe widowisko. Narasta smród - zanieczyszczenie atmosfery. Narasta hałas. Moje dzieciństwo było ciche. Dziś jest wszechogarniający, dudniący, nerwicujący hałas. Dobiega zewsząd przez okrągłą dobę. To wszystko prawda. Ale z drugiej strony proszę popatrzeć, że z kolei stare demony maleją i karleją. Wody są coraz czystsze. Zaczyna się segregacja śmieci. Jest coraz lepszy odzysk starych rzeczy. Już nie wywala się gruzu na olbrzymie hałdy (jak we Wrocławiu wzgórza złożone z resztek dawnego Breslau czy stadion w Stolicy usypany z gruzów powstania warszawskiego), są maszyny do jego przetwarzania, zużywa się go jako kruszywo do budowy dróg. Coś się zaczyna dziać. A w ogóle to mówię młodym ludziom, że nic nie jest jednoznaczne: w każdym nawet największym świństwie można znaleźć dobre strony i w każdym największym anielskim dobru można znaleźć ciemną stronę. I podobnie jest z tymi nowymi rzeczami, które tak bardzo niepokoją ludzi w Europie, to znaczy z inżynierią genetyczną i biomanipulacjami. Nie twierdzę, że nie zdarzy się żadne nieszczęście. Zdarzy się niejedno. O niektórych zagrożeniach mówią zieloni, a niektórych zieloni nawet nie przewidują…
      Ale zagłada nam nie grozi?
      Nie. Uważam, że jest w tym szansa. Daję często studentom taki przykład: przeciwnicy motoryzacji od dziesięcioleci podnoszą słusznie jej ciemne strony: hałas, smród, spaliny, zatłoczone miasta, rosnąca ilość wypadków, zastraszająca śmiertelność na drogach, zanieczyszczenie środowiska przez rabunkową eksploatację ropy naftowej (wie Pan, jak uciążliwe są zakłady petrochemiczne i rafineryjne? Ja wiem, bo mieszkałem w Płocku, tam robiłem maturę…). To wszystko jest prawdą. Przeciwnicy motoryzacji mają rację! Ale czy to znaczy, że Amisze też ją mają, jeżdżąc do dzisiaj powozami? Po prostu trzeba popatrzeć holistycznie, całościowo na sprawy. Motoryzacja to przekleństwo współczesnej cywilizacji, ale jednocześnie jest dobrodziejstwem. Daje nam wolność, szybkość poruszania się - i w sumie to jest cenniejsze. Ważniejsze jest to, żeby szybciej do mnie dotarła karetka czy straż pożarna od tego, że mieszkam kilometr od obwodnicy i jak jest cicha noc, to ją słyszę (nie mam już tej ciszy, którą miałem kiedyś). I tak samo biomanipulacje. Będą różne niespodzianki, niektóre bardzo przykre, ale w sumie da nam to więcej korzyści niż strat.
      Rozumiem, że nie unikniemy „rewolucji molekularnej”, tak jak nie dało się zatrzymać postępu motoryzacji…
      Proszę zwrócić uwagę, jak zmieniają się centra cywilizacyjne. Kiedyś centrum cywilizacji człowieka to był tak zwany żyzny półksiężyc (tam udomowiliśmy zwierzęta, wprowadziliśmy rolnictwo). Dzisiaj jest tam Irak, Iran, Kurdystan, część Egiptu… - czy to jest centrum cywilizacji? Nie. Centrum przeniosło się do Hetytów, o których obecnie niewielu już pamięta. To była cywilizacja, która rozwinęła metalurgię. Jej bladym, późnym cieniem są starożytne Chiny i starożytne Indie. Potem centrum cywilizacji znowu przeniosło się, tym razem w basen Morza Śródziemnego, bo tam opanowano chemię, matematykę, astronomię. Dziś wybrzeża Morza Śródziemnego są już tylko rozpaczliwym wspomnieniem świetlanej przeszłości. Dziś owo centrum przeniosło się do Europy Zachodniej, gdzie rozwinięto architekturę, fizykę, masowy przemysł. Kolejny wielki przełom na horyzoncie to właśnie bioinżynieria. I proszę zwrócić uwagę, że 98% bioinżynierii to są Kanada, Stany Zjednoczone, Meksyk, Argentyna, Brazylia. Jeżeli my - Europa (a ciągle jeszcze możemy to zmienić) będziemy tkwić w tym błędzie krytykowania wszystkiego, tylko dlatego, że to jest GMO, to przestaniemy się liczyć, tak jak przestał się liczyć żyzny półksiężyc, dzisiejsza Mongolia, dawne imperium Hetytów, w tym Chiny (które rozpaczliwie próbują odbudować swoją pozycję ze starożytności, ale coś nie bardzo im to idzie i może się nie udać, co byłoby zresztą złe dla świata), jak basen Morza Śródziemnego. Upadniemy jako cywilizacja. O to toczy się gra - nie o nas, nie o nasze dzieci, ale o nasze wnuki, prawnuki, praprawnuki. O przyszłość. Jak znamy stawkę, możemy grać. A ludziom w Europie wydaje się, że gra idzie o to, czy będziemy jeść pyszne polskie tradycyjne kosztele czy jakieś kanadyjskie, zmanipulowane genetycznie jabłka. To przecież jest drugorzędne. Ważne, czy się włączymy w nowe technologiczne centrum cywilizacji ludzkiej, czy odpadniemy. Gra toczy się o przyszłość Europy!
      Od połowy XX wieku obserwujemy nieprawdopodobny postęp w dziedzinie genetyki, immunologii, biotechnologii i biologii molekularnej. Dziś już korzystamy z wiedzy, jaką pozwalają poznać te dyscypliny. Zapytam jako lekarz: Jakie odkrycie w aspekcie medycznym, klinicznym uważa Pan profesor za najbardziej przełomowe?
      Na pewno bioinżynieria, która pomaga nam nie przegrać z kretesem, do końca i dość szybko wojny z mikrobami. Jak Pan wie, są już pierwsze trzy bardzo niebezpieczne bakterie, które są oporne na wszystko, co człowiek ma do dyspozycji. Chodzi mi o gronkowca, Mycobacterium odpowiedzialne za gruźlicę i dwoinkę Neissera, odpowiedzialną za rzeżączkę. Jest to horror, bo wrócić może XIX wiek i masowa śmiertelność, a jedyną nadzieją jest w tej chwili bioinżynieria, która pozwala nam produkować nowe antybiotyki ze źródeł, które są albo nie do uzyskania ze względów ekologicznych, albo nie potrafimy ich hodować. Tymczasem bioinżynieria pozwala szlaki metaboliczne prowadzące do produkcji tych substancji przenieść do „zwykłych escherichii” i wytwarzać je w dużych ilościach.
      Z rzeczy, które się dzieją obecnie - jeszcze nie dokończyły biegu, ale są bardzo dobrze rokujące, na czoło wychodzą medycyna spersonalizowana z farmakogenetyką włącznie, zrozumienie molekularnych podstaw nowotworzenia oraz odkrycia, które dały nam tzw. „metabadania”. Jest to prowadzenie badań komputerowych na ogromnych grupach ludzkich, których wyniki potrafią być zupełnie nieoczekiwane. Na przykład okazuje się, że antybiotyk rapamycyna (sirolimus) pozyskana z gleby na Wyspach Wielkanocnych i używana w immunosupresji przy przeszczepach, poprzez hamowanie szlaku mTOR opóźnia proces starzenia. Dzięki temu odkryciu być może przestanie się złośliwie mówić, że medycyna nie wydłuża życia, a jedynie wydłuża starość. Bo jedyne, co się panu Bogu nie udało to starość… Dzięki metaanalizom okazało się też, że powszechnie stosowana w cukrzycy metformina ma bardzo dobre skutki onkologiczne, ponieważ opóźnia i spowalnia rozwój nowotworów. Osoby biorące ten lek mają łagodniejszy problem z nowotworami niż reszta populacji. A z drugiej strony okazuje się, że niektóre leki uważane za niesłychanie dobroczynne, jak na przykład statyny maja swoją ciemna stronę. Na przykład simwastatyna indukuje u ludzi genetycznie uwarunkowanych rozwój cukrzycy. „Jak nie kijem go, to pałką.” Wybieraj człowieku - czy wolisz cukrzycę czy miażdżycę… [śmiech]
      W kontekście boskich sukcesów i porażek: Są tacy, którzy odważnie otwierają zestaw „małego stwórcy”. Craig Venter, kontrowersyjny amerykański badacz - genetyk, biochemik, biotechnolog, od lat prowadzi wiele naukowych projektów. Między innymi w 2010 roku, jako pierwszy w historii „ożywił” bakterię o genomie sztucznie wykreowanym w laboratorium, a w marcu 2016 poinformował świat o kolejnym przełomie: jego zespół stworzył żywy organizm o najmniejszej liczbie funkcjonalnych genów - 473. Czy ten etap to już jest science fiction, o którym marzyliśmy, czy to są dopiero początki czegoś niezwykłego?
      Zacznę od tego, że się bardzo cieszę z tego pytania. Mam już swoje lata, żyję dosyć długo, pamiętam świat bez telewizji, bez telefonii komórkowej, bez komputerów. Za mojego dzieciństwa loty pasażerskie były wielką rzadkością. To był zupełnie inny świat niż obecnie, ale wie Pan co:
      Uważam, że właśnie osiągnięcia Ventera (i nie tylko jego - przecież Winer wcześniej uzyskał wirusa polio) to jest największe, co się zdarzyło za mojego życia. To, że człowiek stworzył życie. I nie rozumiem, dlaczego media kompletnie to lekceważą i tego nie widzą. Najpierw, gdy stworzono wirusa polio, to mówiłem: "a może to dlatego, że nie wiadomo czy wirus jest żywy". Ale ta bakteria JVC1 że sztucznym genomem - już nie można powiedzieć, że nie jest żywa. Dlaczego media kompletnie nie zareagowały? Do dzisiaj nie wiem. Jeśli traktować naszą rozmowę, jako przejaw zainteresowania medialnego tym zagadnieniem, no to coś się zmienia. Bardzo się cieszę, że to pytanie padło.
      Ad rem: oczywiście, że to może niepokoić, oczywiście, że to może przynieść jakieś bardzo niepożądane skutki. Ale proszę zwrócić uwagę na korzyści! [błysk w oku profesora - przyp. red.]. Venter jest także oceanologiem. Ma prywatny statek-laboratorium, którym pływa po oceanach (parę lat temu pływał m. in. po Bałtyku) i bada organizmy z dna morskiego, których genomy na pokładzie sekwencjonuje. Odkrył już około 20 milionów nowych, do tej pory nieopisanych genów. W hydrotermalnych kominach ryftowych Pacyfiku znalazł organizm nazwany Methanocaldococcus jannaschii, który pochłania dwutlenek węgla i konwertuje go w metan. Zamienia spaliny w paliwo! Venter geny tego organizmu wprowadził (za pieniądze Shell) do alg, które świetnie sobie radzą w brudnej wodzie, w miejskich ściekach. W Hiszpanii i USA są już pierwsze pilotowe instalacje, które pobierają wodę z oczyszczalni ścieków i spaliny z elektrowni gazowej, a zamieniają to w czystą wodę, metan i osad organiczny dla rolnictwa. Jeżeli to nie jest perpetuum mobile i rozwiązanie naszych problemów z energią, z efektem cieplarnianym, no to co to jest? Powtarzam: Musimy patrzeć holistycznie!
      CZYTAJ DALEJ: Część druga wywiadu

      Rozmawiał: Mateusz Malik, lekarz. Zdjęcia: M. Malik
    • Przez MedFor.me
      O przekleństwach i błogosławieństwach ludzkości, o cudach eucharystycznych badanych przez wrocławskich genetyków, o największych sukcesach i porażkach nauki zachodniej cywilizacji i jej możliwym schyłku, o komercjalizacji nauki oraz o granicach życia i stworzeniu nowego rozmawiamy z Profesorem Tadeuszem Doboszem, kierownikiem Zakładu Technik Molekularnych Katedry Medycyny Sądowej Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu.
      (...) Część pierwsza rozmowy dostępna tutaj.
      Mateusz Malik: W świecie, którym rządzi pieniądz badania naukowe mają na siebie zarabiać. Świat patentów, start-upów, komercjalizacji nauki, badań klinicznych zamyka się na cześć wyzwań. Czy jest jeszcze miejsce na pewien altruizm w nauce?
      Prof. Tadeusz Dobosz: Skupię się na dwóch rzeczach.
      Sprawy patentowe: uważam, że to zabłądziło... Ze zdumieniem przeczytałem, że urząd patentowy w Stanach Zjednoczonych przyjął patent "diagnostyka molekularna choroby Alzheimera". Budzi to moje zdumienie, bo takiej diagnostyki w ogóle nie ma! Ale ktoś wpadł na pomysł, że skoro coraz więcej ludzi dożywa swojego alzheimera to będzie złoty biznes. Niech się jajogłowi martwią, niech wymyślają tę diagnostykę, ale to ja to opatentowałem i ja będę miał z tego tantiemy. To już kolejny straszliwy błąd amerykańskiego urzędu patentowego, o którym wiem. Pierwszy to patentowanie genomu, patentowanie genów. Do tej pory istniało patentowanie wynalazków, a okazało się, że zaczęto patentować odkrycia. Urząd próbuje się z tego rakiem wycofywać, ale coś nie bardzo im to wychodzi. Z tym na pewno trzeba coś zrobić!
      A co do start-upów, to podam przykład. Uwierzyłem w tę politykę, która mówi, że pora na związek nauki z praktyką. Od lat za pieniądze unijne rozwijaliśmy wynalazek politechniki, tj. thermocycler jednorazowego użytku. Coś tak małego i taniego, że się to bierze, nastawia i wyrzuca. Postanowiliśmy zrobić urządzenie do molekularnej diagnostyki w warunkach domowych. Coś w rodzaju testu ciążowego, gdzie kobieta bierze takie coś, idzie do łazienki, czeka chwilę, patrzy ile pasków się pojawiło i wie, czy ma iść do ginekologa czy nie. To nie jest diagnoza, ale ona wie po tym teście, że ma do ginekologa pójść, bo być może w jej życiu dużo się zmieniło. Nasze urządzenie miało być przeznaczone do wstępnej orientacyjnej diagnostyki, która mówi: pójdź do lekarza, przebadaj się porządnie, na razie masz tylko sygnał: uważaj, coś z tobą nie tak. Zatem założyliśmy start-up, który na dzień dobry  kosztował mnie 11 tysięcy złotych, bo się okazało, że jako udziałowiec start-upu nie mogę się rozliczać z małżonką. Korzyści niepewne, straty realne. W związku z tym wycofałem się z udziału i przeszedłem na pozycję konsultanta, by nie ponosić strat. Potem okazało się, że jest problem z patentami. Firma chciałaby zainwestować w serię pilotową, ale jest problem, aby produkt opatentować. Okazuje się, że zagadnienie jest tak obstawione patentami, że nie sposób wymyślić formuły patentu, która by nie zahaczała o jakieś już opatentowane zagadnienia. Nie widzimy na razie w tym gąszczu wyjścia, a najśmieszniejsze jest to, że mimo tego nieprzeniknionego gąszczu patentów podobne urządzenie naprawdę na rynku nie istnieje. Byłoby pierwsze! Proszę zwrócić uwagę, że Einstein w swoim biurze patentowym w Szwajcarii oglądał prototypy, które ludzie mu przynosili. Jeśli działały, to dawał patent. Ale na perpetuum mobile nie dawał, mimo, że niejeden mu je przynosił, bo widział, że to nie działa, że to się owszem kręci całe 45 minut, ale w końcu przestaje.
      A zatem ja na styku nauki i przemysłu widzę przeszkody nie koniecznie tam, gdzie się je lokuje, na przykład, że naukowcy nie chcą. W moim przypadku była to przeszkoda finansowa i wynikająca złego prawa patentowego.
      Technologie obecnie tanieją. W związku z postępem nauki spadają ceny m. in. aparatów do PCR. Daje to w perspektywie czasu bardzo powszechną możliwość sekwencjonowania DNA ludzi, zwierząt czy roślin. Ludzki genom już znamy, poznajemy DNA kolejnych osób. Możemy też to robić coraz szybciej i taniej. Zwiększa się też wiedza o efekcie fenotypowym konkretnych genów czy ich mutacji. Co z tego wyniknie?
      To jest jednocześnie zarówno bardzo kuszące i pożyteczne, jak i bardzo niebezpieczne. Moja odpowiedź brzmi: Tak. Sekwencjonować całe genomy czy pojedyncze eksony, ale sprawić, by wyniki były dostępne tylko dla pacjenta i jego lekarza. Dla nikogo więcej. I tu istnieje problem: gdzie je schować? Mówi się o specjalnych, dobrze zabezpieczonych serwerowniach. Ja w to nie wierzę. W związku z tym wymyśliłem rozwiązanie bardzo proste: genom ludzki trzeba schować tam, gdzie on już i tak jest, czyli w pacjencie. W związku z czym trzeba te sekwencje wgrać do czipu wszczepialnego i zainstalować człowiekowi ten czip. Trzeba celowo spowolnić transfer danych, by trzeba było na parę godzin położyć się, tak, by nikt nie mógł pobrać czyjegoś genomu w kinie, montując mu czujnik w oparciu fotela. A uruchamianie transferu musi być chronione kodem, na przykład peselem pacjenta...
      A czy nie jest tak, że pozyskanie wiedzy o czyimś DNA to będzie kwestia wyrwania włosa i kilku godzin?
      Tak! Oczywiście. Ale tu leży pewne nieporozumienie, na które starałem się zwrócić uwagę rzecznika Generalnego Inspektora Ochrony Danych Osobowych. Rzecznik chce DNA objąć ochroną. A ja tłumaczę, że owszem, można to zrobić. Ale kluczową sprawą są dobre definicje - nie wolno mylić kategorii. Na przykład dla GIODO jest wszystko jedno czy to jest materiał biologiczny (na przykład próbka krwi czy włos), czy próbka wyizolowanego DNA, czy wynik jego analizy, czy interpretacja tego wyniku. A to nie jest to samo. Wszystko powinno być pod ochroną, ale rosnącą. Materiał biologiczny na przykład nie powinien być niszczony z oznaczeniami, tj. przed wyrzuceniem należy odrywać od probówki naklejkę identyfikacyjną i i taka ochrona w zupełności wystarczy. Z kolei ostatni etap, czyli interpretacja wyników badania DNA powinna być pod najściślejszą ochroną, jaką w ogóle istnieje. Naprawdę próbka krwi Jana Pawła II nie jest tym samym, co wnioski wynikające z analizy jego genomu!
      Czyli możemy z tego domyślić się, w jakim stopniu w Polsce istnieje i jest uregulowana prawnie ochrona prawna ludzkiego genomu...
      Na pewno w stopniu niewystarczającym i tym się zajmują się konsultant krajowy ds. genetyki medycznej pani prof. Sąsiadek i pan prof. Wit, przewodniczący Komitetu Genetyki Człowieka PAN. Oni opracowują przepisy. Ja jedynie staram się załatwić z nimi, by moje postulaty dla GIODO zostały uwzględnione...
      W Polsce raczkujemy. Próbujemy z trudem rozpocząć debatę społeczna na temat IVF, podczas gdy w wielu miejscach świata, szczególnie na dalekim wschodzie bez większych skrupułów trwają prace nad klonowaniem człowieka, wykorzystuje się do badań zarodki ludzkie, a w Stanach Zjednoczonych w praktyce można w klinice in vitro wybrać dziecku płeć, kolor oczu, wzrost...
      Dawstwo spermy, diagnostyka preimplantacyjna, macierzyństwo zastępcze...
      Czy aspekt poszanowania godności osoby ludzkiej (choć to może nieco wyświechtany termin) ma szansę realnie zaistnieć w debacie naukowej? Co nam wolno, a jakiej granicy nie przekroczymy?
      Nie jest dobrze, gdy ktoś chce być mądrzejszy od najmądrzejszych. Przecież cały problem w tej kwestii (czyli generowaniu embrionów i wykorzystania ich do celów medycznych) leży w definicji początku życia. Proszę zwrócić uwagę na to, co pisał o tej kwestii św. Augustyn. Gdybyśmy przyjęli jego poglądy problemu by nie było. A jeśli św. Augustyn jest dla nas zbyt starożytny, to możemy przyjąć odwróconą definicję końca życia. Jeżeli końcem życia człowieka jest zanik czynności elektrycznej pnia mózgu, to początkiem życia powinno być pojawienie się tej czynności...
      Mocne, ciekawe spojrzenie. Pierwszy raz się z tym spotykam...
      No bo to moje [śmiech]. I przy takim założeniu na młodych embrionach można byłoby pracować swobodnie, bo to nie jest jeszcze człowiek, jeśli św. Augustyn (który określił, kiedy żywa tkanka staje się człowiekiem) z jakichś powodów nam nie pasuje... Choć zawsze znajdzie się grupa, która autorytatywnie twierdzi, że życie jest od momentu, gdy plemnik zetknie się z jajeczkiem, mimo, że to też jest proces. Wtedy zadaję im złośliwe pytania: czy wtedy, gdy dotknie nosem? Czy wtedy, kiedy przetrawi się na drugą stronę? Czy wtedy, gdy przekaże swój materiał genetyczny? A może, gdy ten materiał genetyczny zespoli się z matczynym materiałem? Albo gdy ruszy pierwszy podział komórkowy? Lub się zakończy? W którym dokładnie momencie? A oni nie znają odpowiedzi, bo takowej oczywiście nie ma.
      Było sobie życie... Pan Profesor znany jest z takiej naukowej ciekawości i dociekliwości. Bez nich nie byłoby badania czaszki bł. Czesława, zęba neandertalczyka, ostatnich badań nad legnicką hostią ani prób przebadania serca Chopina. Czy zdradzi nam Pan jakieś swoje plany i marzenia odnośnie kolejnych projektów?
      Jestem trochę jak buldog. Jak się raz wgryzę, to już nie puszczę. Dlatego te wszystkie rzeczy, o których Pan powiedział chce w jakiejś mierze kontynuować. Czaszki katyńskie będą robione przez kolejną doktorantkę, która opracowała metodę niedestruktywnej izolacji DNA z kości. Tylko my to potrafimy na razie. To nam otwiera zupełne nowe możliwości... Nie wolno nam było zbadać serca Chopina, ale być może metodą nieniszczącą pozwolą nam zbadać kości rodziców kompozytora. Przecież z genów rodziców można dowiedzieć się wiele o genach dzieci.
      Jak?
      Poprzez wykluczenie. Jeśli okaże się, że geny CFTR odpowiedzialne za mukowiscydozę są bez mutacji u obojga rodziców to hipoteza o mukowiscydozie u Chopina automatycznie upadnie. I odpowiadając na Pana pytanie: mając coś tak unikalnego w ręku jak ta niedestruktywna metoda, która otwiera relikwiarze i zbiory muzealne, chciałbym zająć się muzealnictwem, ponieważ uważam, że kończy się powoli era wielkich odkryć w terenie. Zaczyna się era wielkich odkryć w magazynach, strychach i piwnicach muzealnych. Ale musi być jeden warunek. Żaden kustosz nie da Panu zęba pitekantropa, jeżeli będzie wiedział, że nie dostanie go z powrotem w jednym kawałku...
      A powie Pan coś więcej o badaniu hostii z Legnicy podejrzewanej o cudowną przemianę w ludzki mięsień?
      Proszę Pana. To był jeden z czterech cudów eucharystycznych, które badaliśmy. Pierwszy okazał się skutkiem obecności na opłatku kolonii Serratia (czyli czerwonej bakterii żyjącej na skrobi). W drugim okazało się, że w kielichu się utopił komar, który się opił krwią. Nie był to zatem skrzep krwi, jak sądzono, tylko rozmoczony komar z krwią (zwierzęcą). Trzecia sprawa  była bardzo ciekawa, bo myśmy tam nie stwierdzili ludzkiego DNA. Okazało się, że w interpretacji tego faktu kapłani się różnią. Jedni uważają, że przemiana eucharystyczna w czasie mszy polega na tym, że jest odtworzona agonia Chrystusa, który do śmierci był człowiekiem, a więc w kielichu musi być ludzkie DNA. Inni sądzą, że po śmierci Jezus odrodził się jako Bóg i ludzkiego DNA tam być nie może. W związku z tym stwierdzenie ludzkiego DNA nie potwierdza, lecz wyklucza autentyczność cudu, ponieważ Bóg nie może mieć ludzkiego DNA. Biskup legnicki, który podziela poglądy pierwszej grupy, w związku z tym, że my nie stwierdziliśmy ludzkiego DNA wysłał materiał do innej Katedry, która taki DNA stwierdziła. Na tej podstawie uznano cud, nie biorąc pod uwagę, że jeżeli dwa zakłady stwierdzają co innego, to należy przyjąć badanie pierwsze. Dlaczego? Bo jest coś takiego jak kontaminacja. Może ktoś dotknął, może ktoś kichnął… (śmiech) A czwarty cud jest w toku. Jest to ciekawa sprawa (nie mogę powiedzieć, z której diecezji). Mianowicie upadła hostia, kapłan podniósł…
      Nie prezydent?
      Nie, prezydent złapał. A ta hostia upadła. W związku z tym została zbezczeszczona i należało ją zniszczyć. Kapłan wrzucił hostię do wody, żeby się upłynniła. Zamknął kielich z wodą i z tym opłatkiem w tabernakulum i umarł. Zanim pojawił się nowy proboszcz, zanim objął parafię, zanim uruchomił kościół, zanim zajrzał do tabernakulum minęło ładnych parę tygodni. A gdy zajrzał do kielicha, ujrzał dno kielicha pokryte krwistą substancją. Trafiło to do nas. Mamy pewne molekularne wskazówki na obecność organizmów, które są czerwone i które mogą produkować włókna podobne do włókien mięśnia sercowego, które powtarzają się jak mantra we wszystkich zatwierdzonych do tej pory cudach, także w Legnicy i w Sokółce. Jeżeli uda nam się zidentyfikować organizm lub zespół organizmów, który to daje, będzie  wyjaśnienie. Jeżeli nie, sprawa będzie w rękach biskupa.
      No cóż, przyrodnika nikt nie uczy stwierdzania cudów. Nie potrafimy tego robić. Jedyne co możemy, to ze wszystkich sił  starać się udowodnić, że coś cudem nie jest. Ale im bardziej się staramy i nam nie wychodzi, tym biskup ma większą swobodę, bo to do niego należy decyzja o uznaniu prawdziwości cudu…
      Serdecznie dziękuję za rozmowę! Już czekam na kolejną.

      Rozmawiał: Mateusz Malik, lekarz. Zdjęcia: M. Malik
    • Przez MedFor.me
      Ludzka albumina jest szeroko wykorzystywana w terapii (m.in. w leczeniu oparzeń), ale również w przemyśle medycznym do produkcji szczepionek i niektórych leków. Obecnie dostępna albumina jest preparatem krwiopochodnym, produkowanym z krwi dawców. Ze względu na ciągły niedobór krwi oraz ryzyko transmisji zakażeń od lat próbuje się uzyskać syntetyczne "analogi" preparatów krwiopochodnych, w tym albuminy. Już wkrótce produkcja tego białka poza organizmem człowieka może stać się codziennością.
      Chińscy naukowcy opublikowali swego czasu na łamach prestiżowego Proceedings of the National Academy of Sciences wyniki prac nad produkcją przemysłowych ilości albuminy w nasionach transgenicznego ryżu.
      Największym problemem badań nad produkcją rekombinowanej albuminy jest opracowanie stosunkowo taniej metody pozwalającej na uzyskiwanie dużych ilości białka, które nie niosłoby ryzyka reakcji układu odpornościowego. Dotychczasowe próby z użyciem roślin ograniczała stosunkowo niewielka ilość uzyskiwanego białka. Ryż wydaje się rozwiązywać ten problem - nasiona tej rośliny wyspecjalizowały się w przechowywaniu białek, są więc idealnym bioreaktorem do produkcji albumin.
      Autorzy pracy stworzyli transgeniczny ryż, w którym gen dla albuminy jest aktywowany podczas produkcji nasion. Dlatego białko jest odkładane w nasionach i stanowi nawet 10% wszystkich znajdujących się w nich białek. Izolacja tak wyprodukowanego białka jest już stosunkowo łatwa i pozwala na uzyskanie czystego, gotowego do użycia preparatu albumin.
      Źródło: "Lekarz zakaźnik"
      Autor: devitto (2011)
    • Przez Newman
      Żyją w norach pod ziemią w Afryce Zachodniej, są niemal całkiem nagie i ślepe. A przy tym żyją nadspodziewanie długo (jak na gryzonia) i praktycznie nie występują u nich nowotwory złośliwe. Co takiego maja w sobie GOLCE, że nie ima się ich starość?
      Golec piaskowy, jedyny przedstawiciel gryzoniej rodziny kretoszczurowatych to mało znane zwierzę zamieszkujące tereny Somalii, Kenii i Etiopii. Golce żyją w koloniach niemal wyłącznie pod ziemią, gdzie budują rozbudowane korytarze za pomocą potężnych siekaczy.
      Ich różowa skóra jest cienka, prześwitująca i pomarszczona. Wyglądają przez cale swoje długie życie niemal identycznie - ich aparycja budzi skojarzenie z bardzo starą, całkiem łysą myszą. Wyjątkowo szkaradny wygląd to jednak nie jedyna unikalna w królestwie zwierząt cecha.
      David Attenborough o golcach - kliknij na obrazek, by wyświetlić film...

      Golce piaskowe są najdłużej żyjącymi znanymi gryzoniami, o długości życia dochodzącej do 28 lat. Przeciętny gryzoń tej wielkości nie jest w stanie dożyć nawet jednej piątej tego wieku. Mysz domowa żyje przeciętnie tylko 1-1,5 roku, a pojedyncze osobniki na wolności dożywają ledwie 4 lat. Skąd tak wyjątkowa sytuacja golców? Od wielu lat badają je naukowcy (nie tylko ci zafascynowani zoologią). Tym, co szczególnie ich frapuje jest fakt, że ekstremalnie rzadko występują u nich nowotwory… Dopiero w 2016 roku wykryto pierwsze w historii dwa przypadki wystąpienia raka (gruczołowego i neuroendokrynnego) u golców w amerykańskich ogrodach zoologicznych.
      W 2011 roku zsekwencjonowano genom golca i do tej pory trwają badania nad tymi obszarami, które decydują o unikalnych właściwościach tego gatunku. Dogłębne poznanie genetyki i epigenetyki tych zwierząt budzi nadzieję na poszerzenie wiedzy na temat nowotworów u ludzi i sposobów jak im zapobiec. Dotychczasowe badania wykazały szereg ciekawych cech zarówno na poziomie molekularnym, jak i w fizjologii tych zwierząt.
      Niewrażliwość na ból (!) spowodowany niedoborem substancji P - neuroprzekaźnika odpowiedzialnego za odczuwanie bólu w skórze osobników tego gatunku. Co ciekawe, po wstrzyknięciu brakującego neurotransmitera, golce odczuwają zadrapania i otarcia identycznie jak inne ssaki. Duża adaptacja do hipoksji (większe powinowactwo HGB do tlenu, zmniejszona wrażliwość układu nerwowego na kwasicę, niskie tempo metabolizmu. Umiejętność hibernowania w czasie trudnych warunków. Dominująca zmiennocieplność wyjątkowa w gromadzie ssaków. Dodatkowy mechanizm wykrywania komórek nowotworowych oparty na genie p16Ink4a, oprócz istniejącego również u myszy i u ludzi mechanizmu opartego na genach p27Kip1. Większa odporność na raka dzięki mutacji w genie HAS2 który bierze udział w produkcji wielkocząsteczkowego kwasu hialuronowego (HMW-HA). Kilkukrotnie aktywniejsze niż u innych ssaków proteasomy odpowiedzialne za degradację ubikwitynowanego białka do małych peptydów. Mniejsza wrażliwość na bodźce proapoptotyczne (na przykład reaktywne formy tlenu) komórek golców w porównaniu z komórkami innych gryzoni. Czy te i inne zaskakujące właściwości golców pozwolą ludzkości odkryć tajemnicę długowieczności? Czy wykorzystamy ich wyjątkowe genetyczne mechanizmy w onkologii? Tymczasem, mimo wszystko nie zalecamy osobom zainteresowanym przechodzenia na „golcową” dietę złożoną głównie z korzonków i bulw. Zachęcamy natomiast do przejęcia od naszych „dalekich krewnych” spokojnego, niespiesznego stylu życia.
      Mateusz Malik, lekarz