LIBERMED - Książki medyczne i weterynaryjne wszystkich wydawców w jednym miejscu

ankax

Members
  • Postów

    3
  • Dołączył

  • Ostatnio

Reputacja

0 Użytkownik o neutralnej reputacji

O ankax

  • Ranga
    Początkujący

Profile Information

  • Status
    Student
  • Miasto uczelni:
    nie dotyczy
  • Rok rozpoczęcia studiów
    2017
  • Wydział
    LEK
  1. Rozterki na 1 roku

    Dziękuję za wszystkie odpowiedzi. Na razie nie wiem jeszcze, co zrobię. Na pewno leki, psychoterapia, a potem się zobaczy. Mam za to pytanie. Znacie kogoś, kto zrezygnował z tych studiów i po dłuższym czasie nie żałował tego, wyszło mu to koniec końców na dobre? I Nie chodzi mi o osoby, które nie poszły na te studia np pod wpływem rodziców, tylko same chciały, ale odpuściły.
  2. Pytanie może dziwne, ale nigdzie nie mogę znaleźć odpowiedzi. Na czym polega robienie specjalizacji? Dlaczego rezydenci tak skrajnie dużo pracują? Czy to "tylko" przez kwestie finansowe? Czy to jest tak, że trzeba wyrobić określoną ilość godzin i im szybciej się to zrobi, tym szybciej się zostaje specjalistą? Innymi słowy...czy gdyby w ogóle nie zależało mi na kwestiach finansowych, wszystko jedno czy zarobię 1000 czy 4000 zł, to mogę robić specjalizację w normalnym wymiarze godzin i skończyć ją równie szybko co ktoś, kto bierze milion dyżurów itd? Z góry dziękuję za pomoc
  3. Witam Wiem, że nikt nie powie mi na 100% co powinnam zrobić w mojej sytuacji, ale jestem już w takiej rozsypce, że pomyślałam, że może tu ktoś mnie zrozumie, doradzi. Może ktoś był w podobnej sytuacji...Na medycynę dostałam się za 2 razem. Wydawało mi się, że to moje wielkie marzenie. Mówię 'wydawało mi się', bo teraz sama nie jestem już pewna. W zasadzie idąc na te studia za bardzo nie myślalam, jak to będzie, wiedziałam po prostu, że tak ma być (jakkolwiek dziwnie by to nie brzmiało). Slyszałam oczywiście, że jest ciężko, ale dopóki na własnej skórze się nie przekonalam, myślałam, że jakos to będzie, że ludzie trochę przesadzają..Do tematu podeszłam bardzo ambitnie. Od razu narzuciłam sobie drakońskie tempo, nic innego poza książkami, a i tak nie czułam, że jestem jakoś bardzo do przodu. Szybko dopadł mnie ogromny stres, który początkowo nie pozwolił jeść, potem spać, (budziłam się nad ranem z poczuciem, że nie zdążę się już niczego nauczyć), aż w końcu nie pozwalał już ani na moment skoncentrować się, myśleć, a co za tym idzie - uczyć się. Po drodze wizyta u psychiatry, benzodiazepina, ale szybko przestała hamowac lęk. Cały czas doskwierało mi potworne poczucie, że nie chce mi się tego uczyć, musiałam się strasznie zmuszać do anatomii, nie mówiąc już o biofizyce, histologii nawet nie dałam rady tknąć miałam wrażenie, że uczę się strasznie wolno, ale nie wiem czy to przez wieczną panikę, czy po prostu nie jestem zbyt zdolna. Pierwsze kolokwium z anatomii zdałam rewelacyjnie, po 5 minutach radości z powrotem dopadł mnie strach, że trzeba się już uczyć na następne zajęcia. Przez miesiąc nie potrafiłam ani przez chwile mentalnie wypocząć, non stop się bałam, stresowałam, nawet nie wiem czym, bo nic strasznego póki co się nie działo. Niestety po tym pierwszym kolokwium po prostu....przestałam móc się uczyć. Wiem, że brzmi to komicznie, ale nie da się tego inaczej opisać. Przez parę dni z rzędu 8 godzin przesiedzianych w czytelni, 3-4 strony do przodu, nic mi już nie wchodziło, nie dawałam rady się koncentrować, opanować stresu, mimo usilnych starań. Gdzieś w środku już chyba się poddałam. Wiedziałam, że zaległości się mnożą. W domu nie miałam już siły podnieść się z łóżka, nic nie jadłam, leżałam tylko na łóżku, łapałam dosłownie pojedyncze 'lepsze' momenty. Znów psychiatra, antydepresanty. W końcu doprowadziłam się do takiego stanu psychofizycznego, że potrzebna była kroplówka i inne szpitalne historie. Uczelnia zaproponowała mi wzięcie urlopu, więc do końca roku jestem na zwolnieniu. Tylko teraz...nie wiem jak się w tym wszystkim odnaleźć. Czekam aż zaczną działać leki, psychoterapia...ale co potem? Próbować od przyszłego roku znowu? Czy uznać, że po prostu psychicznie się nie nadaje i wystartować od nowego roku z planem B? Wiem, że będzie to dla mnie lepsze rozwiązanie na ten czas (najbliższe lata), ponieważ przez pierwszy miesiąc kompletnie nie mogłam się przystoswać do trybu życia, gdzie nauka jest na 1 miejscu i na swoje życie praktycznie nie ma czasu...i boję się, że te studia mogą się okazać dla mnie 6 latami piekła. Ale lekarzem chciałabym być. Plan B z kolei nie wyjmie mi kolejnych kilku lat z życia, ale nie da też takiej satysfakcji zawodowej w przyszłości. Tak mi się wydaje. I co tu ważniejsze? Z drugiej strony...mogłabym w ogóle na tych studiach nie dać rady. Co zrobić? Czy wybierając 'plan B' można osiągnąć pełnię szczęścia? Do tego załamuje mnie myśl o najbliższych miesiącach przesiedzianych w domu, bez celu Pocieszam się, że zrobiłam na tę chwilę wszystko, co mogłam.Czy miał ktoś kiedyś podobny dylemat? Może zna podobny przypadek? Będę wdzięczna za wszystkie szczere opinie, pozdrawiam.