Skocz do zawartości

Kot

MD
  • Postów

    434
  • Dołączył

  • Ostatnio

  • Days Won

    51

Wszystko napisane przez Kot

  1. Jest mi niezmiernie miło poinformować, że uruchamiamy drugą edycję Kursu Dantego - kursu przygotowującego do pracy w SOR. Kiedy?: 9 - 10 czerwca 2018 (sobota-niedziela) - Początek o 9:00 w sobotę, koniec około godziny 18-19 w niedzielę. Miejsce: Centrum Konferencyjne Golden-Floor w budynku Millenium Plaza al. Jerozolimskie 123A na 26 piętrze. Zapisy na stronie: https://kursdantego2.konfeo.com/pl/groups Zapraszamy również na naszą stronę na FB: https://www.facebook.com/kursyDantego/ Cena: 1000 zł Dlaczego tak drogo? Ponieważ w cenie kursu dostajecie: 1) certyfikat z punktami edukacyjnymi 2) materiały kursowe (wydrukowane prezentacje, algorytmy praktyczne, spis literatury, opisy zabiegów) 3) nielimitowane przerwy kawowe (woda, soki, kawa, ciastka) 4) obiad w sobotę i niedzielę 5) przestronną, nowoczesną i kompleksowo wyposażoną salę z pięknym widokiem 6) opiekę merytoryczną naszych instruktorów. Przez rok po kursie przez 24h/7 dni w tygodniu. Jeśli na dyżurze natraficie na problem z pacjentem to będziecie mogli uzyskać poradę przez telefon. 7) I najważniejsze! Kurs zostanie rozszerzony o warsztaty praktyczne. Będziecie mogli przećwiczyć umiejętności, które naszym zdaniem są na SOR niezbędne: a) intubacja, maska krtaniowa, rurka nosowo-gardłowa - ćwiczenia na fantomie; b ) pokaz mechanizmu powstawania odmy prężnej na preparacie odzwierzęcym, odbarczenie odmy opłucnowej na fantomie oraz pokaz jedynych skutecznych opatrunków wentylowych; c) zastosowanie materaca próżniowego, deski i kołnierza, czy zawsze są niezbędne?; d) konikotomia ratunkowa - ćwiczenia na preparatach odzwierzęcych; e) szybkie badanie urazowe; f) bezpieczna defibrylacja z minimalizowaniem przerw w uciskaniu klatki piersiowej; g) ćwiczenia z użycia opaski uciskowej (stazy taktycznej); h) tamowanie krwotoku metodą wound packingu.
  2. Kot

    doktorat

    No i przyszedł czas, że przymierzam się do otwarcia doktoratu. Jakieś wskazówki?
  3. Szpitalny Oddział Ratunkowy jest przez wielu lekarzy postrzegany jako piekło. Najcięższy oddział, natłok pacjentów, ciągłe konflikty, konieczność podejmowania szybkich i trafnych decyzji, wymagających wielospecjalistycznej wiedzy, dużo stresu, awantury, agresja to tylko niektóre z długiej listy minusów tego miejsca. Wielokrotnie spotykam się z opiniami lekarzy, że nikt nie chce pracować na SOR. Wielu moich znajomych powtarza, że nigdy w życiu tam nie pójdzie do pracy. Przez wiele lat pracowałem na SOR i znam go od podszewki. Zdobyłem unikalną wiedzę i doświadczenia. Teraz chcę podzielić się nimi z innymi lekarzami. Dlatego opracowałem jedyny w Polsce, unikalny, survivalowy kurs przygotowujący do pracy na SOR. Na Kursie Dantego: + spotkasz doświadczonych lekarzy, którzy od wielu lat pracują na SOR + odkryjesz praktyczne algorytmy, wskazówki, triki jak radzić sobie w najczęstszych przypadłościach + poznasz aspekty prawne, organizacyjne i specyfikę pracy lekarza na SOR + dowiesz się jak uniknąć najczęstszych pułapek + nie popełnisz błędów, które popełnili inni + SOR przestanie już Cię przerażać Kiedy: 12-13 maja - dwa dni intensywnych zajęć Gdzie: UWAGA! ZMIANA MIEJSCA KURSU: nowe miejsce to Centrum Konferencyjne Golden-Floor w budynku Millenium Plaza al. Jerozolimskie 123A na 26 piętrze. http://www.goldenfloor.pl/centrum/golden-floor-plaza/ Koszt: 600 zł Formularz zgłoszeniowy: https://kursdantego.konfeo.com/pl/groups Znajdziesz nas również na Facebooku! Wiedza i umiejętności, które poruszamy przydadzą się także: > w POZ i NPL > na oddziale szpitalnym > w pogotowiu ratunkowym > na obstawach i podczas transportów medycznych Program szkolenia: SOBOTA 12 maja 2018 roku 9:00 Rejestracja, powitanie, przygotowanie, sprawy organizacyjne 1) SORowiec idealny - jaki powinien być każdy lekarz pracujący na SOR 2) Prawne i organizacyjne aspekty pracy w SOR - jak to wszystko działa? 3) Specyfika lekarskiej pracy w SOR - czym różni się od pracy na zwykłym oddziale? 4) "Życie na zderzaku" – konflikty w SOR 5) Choroby kardiologiczne cz I 6) Choroby kardiologiczne cz II 7) Duszność + Infekcje LUNCH 8) Ból brzucha - prosty algorytm postępowania 9) Zasłabnięcie, utrata przytomności 10) Alkohol i zatrucia czyli codzienność każdego lekarza SOR 11) Zaburzenia neurologiczne - od udaru mózgu do rwy kulszowej 20:00 Koniec pierwszego dnia, sprawy organizacyjne NIEDZIELA 13 maja 2018 roku 9:00 Początek kursu 1) Resuscytacja w SOR - niezbędna umiejętność 2) Stary człowiek na SORze + Kobieta w ciąży 3) Krwawienie z przewodu pokarmowego - ulubione rozpoznanie ZRM 4) Mała chirurgia 5) Urazy głowy, klatki piersiowej, brzucha i kończyn cz I 6) Urazy głowy, klatki piersiowej, brzucha, kończyn cz II LUNCH 7) Uraz wielonarządowy - jak robią to wojskowi? 16:00 Zakończenie kursu, rozdanie certyfikatów, sprawy organizacyjne
  4. No właśnie! Dlaczego rozmowy o zarobkach lekarzy są takim tematem tabu? Koledzy wstydzą się ujawniać swoje stawki. Efektem tego są sytuacje w których okazuje się, że młody rezydent zarabia za godzinę pracy więcej niż kilku specjalistów. Nie wstydźmy się rozmawiać o zarobkach. Nie bójmy się negocjować. Bardzo nas brakuje - powinniśmy śrubować stawki. Inaczej sami sobie gotujemy taki los...
  5. Anestezjolog oczywiście. Angiolog, Audiolog, Na F flebolog (znam lekarza który się tak tytułuje) Na "Ą" i "Ę" nic nie ma
  6. Kot

    Medyczny prepping

    a wożę! i maski krtaniowe też
  7. Kot

    Medyczny prepping

    ja mam w domu wyposażenie jak z karetki (ale bez noszy, tlenu i defibrylatora). W związku z wykonywanymi pracami dodatkowymi No i sprzęt do pozoracji ran, fantoma, duzo opatrunków - przydaje się na kursach z pierwszej pomocy.
  8. Jestem najszczęśliwszym człowiekiem na świecie! Niedawno miałem swój ostatni w życiu (miejmy nadzieję) dyżur w Nocnej i Świątecznej Opiece Zdrowotnej. To bardzo cenne doświadczenie z zakresu medycyny kaszelkowo-katarkowej oraz drobnej pediatrii - uważam, że każdy lekarz powinien nauczyć się diagnozować podstawowe jednostki chorobowe takie jak zakażenia gardła, zatok czy uszu. Te kilka lat spędzonych w NPL to doświadczenie totalnie rujnujące psychikę młodego anestezjologa, który widzi ewidentny rozdźwięk pomiędzy kalibrem problemów pacjentów zgłaszających się z przeziębieniem "Doktorze mam 37,8 i kaszlę! Umieram!" a pacjentów leżących i faktycznie umierających na intensywnej terapii. Pomimo wszelkich starań nie udało mi się wykrzesać z siebie nawet najmniejszej ilości zrozumienia i współczucia dla "ciężko chorych" bywalców NPL. Może dlatego, że prawdziwy dramat to dla mnie los matki trójki dzieci, u której po krwotoku z pękniętego tętniaka trzeba stwierdzić śmierć mózgu? Mimo krótkiego stażu w medycynie udało mi się rozwinąć dziwną umiejętność przeczuwania jak ma wyglądać najbliższy dyżur. Jest to coś na podobieństwo bólu krzyża, który męczy wilka morskiego przed załamaniem pogody. Trudno jest mi zdefiniować jak wygląda to przeczucie. Po prostu jadąc na niektóre dyżury wiem, że z góry będę miał przerąbane. Tak było przed moim ostatnim dyżurem w NPL. Nie myliłem się. Poszedłem tam z nastawieniem, że cokolwiek się nie zdarzy to już właściwie mnie nie dotyczy. W końcu przyniosłem wymówienie i już więcej nie będzie żadnych tłumaczeń, odpowiadania na idiotyczne skargi, tłumaczenia przeróżnym dziwnym ludziom rzeczy oczywistych. Mogę w końcu na luzie odwalić całą robotę i iść do domu zatrzaskując za sobą drzwi z hukiem. Przywitał mnie tłum na korytarzu. Rzecz rzadko spotykana w tym małym NPLu. Pierwszych dwudziestu pacjentów udało mi się przyjąć bez żadnych zawirowań. 90% rozpoznań to J00 i J06 (wtajemniczeni wiedzą o co chodzi. Potem były schody. O 21:00 telefon od spanikowanej mamusi: ma dwie córki 12 i 7 lat. Jedna leczona amoksycyliną z kwasem klawulanowym na zapalenie gardła a druga cefuroksymem na zapalenie oskrzeli. Dwunastolatka zjadła antybiotyk siedmiolatki. "Co może jej się stać?!" - pyta przerażona matka. "W najgorszym razie biegunka" - odpowiadam. "Biegunkę to już ma od 2 dni" - słyszę w słuchawce. Kryzys zażegnany. O 23:30 wielka kumulacja. Przychodzi czteroosobowa rodzina. Wszyscy mają katar, wszyscy od kilku dni. U lekarza rodzinnego nie byli. "Więc jak to było? - pytam głowę rodziny. "Oglądaliście sobie Kevina samego w domu i nagle wpadliście na pomysł, żeby o 23:00 razem przyjść do NPL?". Pan - głowa rodziny się śmieje. Głowa opada mi na biurko. Zazdroszczę dobrego humoru.... 2:00 dzwoni pani. Zgłasza, że jej mama w wieku 88 lat ma gorączkę, ciężko i szybko oddycha i nie można się z nią dogadać. Kilka pytań i upewniam się, że staruszka ma duszność i zaburzenia świadomości. Pani dzwoniła już na pogotowie, ale dyspozytor odmówił wysłania karetki. Każę natychmiast wezwać pogotowie. Za 15 minut dzwoni dyspozytorka i wydziera się do słuchawki. Grzecznie wyjaśniam, że NPL nie jeździ do pacjentów z dusznością i sugeruję sumienne zbieranie wywiadu. To kolejny podobny przypadek - pogotowie w tym rejonie często próbuje "dysponować" lekarza NPL do chorych, żeby sprawdził czy nie trzeba karetki pogotowia. I w 9 na 10 przypadków okazuje się, że pacjent jest chory i wymaga interwencji pogotowia ratunkowego. Tymczasem zegar tyka, a czas do uzyskania fachowej pomocy upływa nieubłaganie. 3:30 przychodzi pacjentka z mężem. Od 3 dni ma katar, ale stwierdziła, że to będzie najlepsza pora na wizytę u lekarza. Co więcej, pani żąda żebym do jutra ją wyleczył bo ma pogrzeb i musi być w formie. Przecież jest zbyt chora, żeby rano czekać w kolejce po numerek do lekarza rodzinnego! Żąda natychmiastowej pomocy! 4:15 dzwoni pacjentka - lat 75. Miała już zawał serca, od 2 godzin boli ją w klatce piersiowej i nie może spać. Zalecam niezwłocznie wezwać pogotowie ratunkowe. 8:00 koniec dyżuru. Zamykam kram. Zdarzenia tej nocy sprawiły, że wychodząc rano do domu wyzbyłem się wszelkiej tęsknoty za powrotem. Nigdy w życiu Nocnej Prostytucji Lekarskiej! Zobacz pełny news
  9. Jestem najszczęśliwszym człowiekiem na świecie! Niedawno miałem swój ostatni w życiu (miejmy nadzieję) dyżur w Nocnej i Świątecznej Opiece Zdrowotnej. To bardzo cenne doświadczenie z zakresu medycyny kaszelkowo-katarkowej oraz drobnej pediatrii - uważam, że każdy lekarz powinien nauczyć się diagnozować podstawowe jednostki chorobowe takie jak zakażenia gardła, zatok czy uszu. Te kilka lat spędzonych w NPL to doświadczenie totalnie rujnujące psychikę młodego anestezjologa, który widzi ewidentny rozdźwięk pomiędzy kalibrem problemów pacjentów zgłaszających się z przeziębieniem "Doktorze mam 37,8 i kaszlę! Umieram!" a pacjentów leżących i faktycznie umierających na intensywnej terapii. Pomimo wszelkich starań nie udało mi się wykrzesać z siebie nawet najmniejszej ilości zrozumienia i współczucia dla "ciężko chorych" bywalców NPL. Może dlatego, że prawdziwy dramat to dla mnie los matki trójki dzieci, u której po krwotoku z pękniętego tętniaka trzeba stwierdzić śmierć mózgu? Mimo krótkiego stażu w medycynie udało mi się rozwinąć dziwną umiejętność przeczuwania jak ma wyglądać najbliższy dyżur. Jest to coś na podobieństwo bólu krzyża, który męczy wilka morskiego przed załamaniem pogody. Trudno jest mi zdefiniować jak wygląda to przeczucie. Po prostu jadąc na niektóre dyżury wiem, że z góry będę miał przerąbane. Tak było przed moim ostatnim dyżurem w NPL. Nie myliłem się. Poszedłem tam z nastawieniem, że cokolwiek się nie zdarzy to już właściwie mnie nie dotyczy. W końcu przyniosłem wymówienie i już więcej nie będzie żadnych tłumaczeń, odpowiadania na idiotyczne skargi, tłumaczenia przeróżnym dziwnym ludziom rzeczy oczywistych. Mogę w końcu na luzie odwalić całą robotę i iść do domu zatrzaskując za sobą drzwi z hukiem. Przywitał mnie tłum na korytarzu. Rzecz rzadko spotykana w tym małym NPLu. Pierwszych dwudziestu pacjentów udało mi się przyjąć bez żadnych zawirowań. 90% rozpoznań to J00 i J06 (wtajemniczeni wiedzą o co chodzi. Potem były schody. O 21:00 telefon od spanikowanej mamusi: ma dwie córki 12 i 7 lat. Jedna leczona amoksycyliną z kwasem klawulanowym na zapalenie gardła a druga cefuroksymem na zapalenie oskrzeli. Dwunastolatka zjadła antybiotyk siedmiolatki. "Co może jej się stać?!" - pyta przerażona matka. "W najgorszym razie biegunka" - odpowiadam. "Biegunkę to już ma od 2 dni" - słyszę w słuchawce. Kryzys zażegnany. O 23:30 wielka kumulacja. Przychodzi czteroosobowa rodzina. Wszyscy mają katar, wszyscy od kilku dni. U lekarza rodzinnego nie byli. "Więc jak to było? - pytam głowę rodziny. "Oglądaliście sobie Kevina samego w domu i nagle wpadliście na pomysł, żeby o 23:00 razem przyjść do NPL?". Pan - głowa rodziny się śmieje. Głowa opada mi na biurko. Zazdroszczę dobrego humoru.... 2:00 dzwoni pani. Zgłasza, że jej mama w wieku 88 lat ma gorączkę, ciężko i szybko oddycha i nie można się z nią dogadać. Kilka pytań i upewniam się, że staruszka ma duszność i zaburzenia świadomości. Pani dzwoniła już na pogotowie, ale dyspozytor odmówił wysłania karetki. Każę natychmiast wezwać pogotowie. Za 15 minut dzwoni dyspozytorka i wydziera się do słuchawki. Grzecznie wyjaśniam, że NPL nie jeździ do pacjentów z dusznością i sugeruję sumienne zbieranie wywiadu. To kolejny podobny przypadek - pogotowie w tym rejonie często próbuje "dysponować" lekarza NPL do chorych, żeby sprawdził czy nie trzeba karetki pogotowia. I w 9 na 10 przypadków okazuje się, że pacjent jest chory i wymaga interwencji pogotowia ratunkowego. Tymczasem zegar tyka, a czas do uzyskania fachowej pomocy upływa nieubłaganie. 3:30 przychodzi pacjentka z mężem. Od 3 dni ma katar, ale stwierdziła, że to będzie najlepsza pora na wizytę u lekarza. Co więcej, pani żąda żebym do jutra ją wyleczył bo ma pogrzeb i musi być w formie. Przecież jest zbyt chora, żeby rano czekać w kolejce po numerek do lekarza rodzinnego! Żąda natychmiastowej pomocy! LUDZIE! LITOŚCI! 4:15 dzwoni pacjentka - lat 75. Miała już zawał serca, od 2 godzin boli ją w klatce piersiowej i nie może spać. Zalecam niezwłocznie wezwać pogotowie ratunkowe. 8:00 koniec dyżuru. Zamykam kram. Zdarzenia tej nocy sprawiły, że wychodząc rano do domu wyzbyłem się wszelkiej tęsknoty za powrotem. Nigdy w życiu Nocnej Prostytucji Lekarskiej! Świro-lotek: Kleszcz! Świro-lotek: Co za typy! Świro-lotek: W mordę dać czy skargę napisać? Świro-lotek: Seks-wypadek (dramat w jednym akcie) Świro-lotek: Mega Kumulacja! Świro-lotek: Piję, więc jestem! Świro-lotek: Łapówka czyli jak przekupić doktora Świro-lotek: SURSUM CORDA! Świro-lotek: "Dobry" tata Świro-lotek: "Nagłe pogorszenie" Świro-lotek: "NPL lekiem na całe zło świata"
  10. Kot

    Świro-lotek: "Ostatni dyżur"

    Zależy kiedy. W sezonie grypowo-kaszelkowym przez 24h dochodziło o 50 osób. Np sobotnia n0cka przez 12h potrafiło być 5-6 osób max. W tygodniu przez 14h zwykle 10-20 osób. Dzieci, dorośli i wyjazdy.
  11. każdy lekarz ma inną stawkę. W każdym szpitalu, przychodni, na każdym oddziale w zależności od stazu pracy, posiadanych specjalizacji, formy zastrudnienia (etat czy kontrakt), ilości i możliwości dyżurów, zapotrzebowania na lekarzy (wielkości braków) w danym miejscu, determinacji dyrekcji do utrzymania danego oddziału/poradni z powodów prestiżowych lub lokalnych uwarunkowań - pensje się różnią. Nikt ci nie powie ile kto dokładnie zarobi bo zależy to od dziesiątek zmiennych. W sektorze prywatnym sytuacja jest jeszcze bardziej skomplikowana....
  12. Jest taka grupa na fejsie dotycząca pracy dodatkowej dla rezydentów i tam nie przyjmują ogłoszeń bez podanej stawki Nie - to nie jest kryptoreklama Ja poniżej 60 zł/h brutto nie schodzę - roboty jest w bród i mogę wybrzydzać. Jak ktoś mi proponuje mniej to ze śmiechem mu dziękuję Inna sprawa, że biorę różne SORy, NPLe i inne kloaki do których większość znajomych boi się wejść. Ale już niedługo będzie dodatkowa robota w anestezji więc luzik maciekkk - nikt Ci na takie pytanie nie odpowie - uczepiłeś się tej medycyny estetycznej... Na przykład Kardiochirurg Zembala zarabia kilkadziesiąt tysiaków miesięcznie bo jest właścicielem prywatnej firmy która prowadzi oddziały kardiologiczne. Inny kardiochirurg u mnie na etacie w szpitalu ma pensję bez dyżurów ok 5000 zł ale pracuje także w prywatnej klinice - tam pewnie dostaje pieniądze od zabiegu. Neurochirurg może pracować praktycznie tylko w państwowym szpitalu dlatego zarobi mniej. Są profesorowie ustawieni na wykładach dla firm farmaceutycznych i oni mogą zarabiać po kilka milionów rocznie. To kwestia pozycji w zawodzie, prestiżu i osobistych cech - nie każdy może liczyć na takie dobre pieniądze. Stawka dla specjalisty na kontrakcie to ok 10000 zł/miesiąc za około 200h pracy. Są tacy co pracują za 4000 zł netto za etat. Lekarze rodzinni (specjaliści) zarabiają zwykle ok 10000 zł/mies za goły etat.
  13. Powszechnie wiadomo, że umierającego człowieka można przywrócić do życia za pomocą zabiegów resuscytacyjnych. W ciągu ostatnich 70 lat pojawiły się najrozmaitsze techniki służące przywracaniu czynności serca u ciężko chorych pacjentów. W latach pięćdziesiątych XX wieku Peter Safar udowodnił, że jeśli zastosuje się sztuczne oddychanie u pacjenta który nie oddycha to ten nie umrze z powodu uduszenia. Pierwszy zauważył, że kluczem do sukcesu jest skuteczne udrożnienie dróg oddechowych przez odgięcie głowy i wysunięcie żuchwy. Prowadził badania nad wdechami ratowniczymi i stwierdził, że nawet laik może po krótkim szkoleniu nauczyć się ich wykonywania. Udowodnił brak skuteczności metody resuscytacji Silvestra (unoszenie i opuszczanie rąk) - która do tej pory była bardzo popularna. Wyniki badań Petera Safara zobaczysz na poniższym filmie. W 1958 by William Kuwenhoven, Guy Knickerbocker i James Jude opracowali technikę uciśnięć klatki piersiowej - taką jaką znamy dzisiaj. Prowadzili badania na psach, którym sztucznie wywoływali migotanie komór. Następnie mierzyli przepływ krwi uzyskiwany podczas uciskania klatki piersiowej. "Masaż serca" pozwalał na wydłużenie czasu do zastosowania skutecznej resuscytacji nawet o pół godziny. Psy wracały do życia. Opracowane przez siebie metody przenieśli na pacjentów z zatrzymaniem krążenia w przebiegu zawału serca. Udowodnili, że poprzez zastosowanie uciskania klatki piersiowej i szybką defibrylację można przywrócić prawidłowy rytm serca u człowieka, który następnie wyjdzie ze szpitala bez ubytków neurologicznych. Poniższy film pięknie pokazuje nadzieje, jakie wiązano z nowoczesnymi technikami resuscytacyjnymi: Połączenie prac Safara i Kuwenhovena przyniosło pierwszy opis "cardopulmonary resuscitation" w 1962 roku z powszechnie znaną sekwencją ABC - "airways, breathing, circulation". Pojawił się zalążek nowoczesnych technik resuscytacyjnych. Wiele koncepcji pojawiało się i znikało - tak jak dosercowa podaż adrenaliny czy ratunkowa torakotomia w zatrzymaniu krążenia na sali operacyjnej. W miarę upływu czasu okazało się, że przynoszą więcej szkody niż pożytku i zaniechano ich wykonywania. Znane i stosowane w szpitalach od lat 30 XX wieku defibrylatory były ciężkie i nieporęczne. Problemem pozostawał czas jaki potrzebny jest na dostarczenie pacjenta z zatrzymaniem krążenie do szpitala. Pierwszy defibrylator do karetki przeniósł w 1965 roku doktor Frank Pantridge z Belfastu. Pierwsze zespoły ratunkowe miały w składzie lekarza, który oceniał rytm serca. Pozwoliło to skrócić czas do pierwszej defibrylacji i przyniosło niewielką poprawę przeżywalności pacjentów w pozaszpitalnym zatrzymaniu krążenia. Kolejny przełom to opracowanie i powszechne zastosowanie automatycznych defibrylatorów zewnętrznych. To urządzenia, które mogą być obsłużone przez każdego - nawet osobę bez wykształcenia medycznego. Podają komunikaty głosowe instruując świadków zdarzenia co po kolei robić. Samodzielnie rozpoznają rytm do defibrylacji i dostarczają wyładowanie. Najbardziej rozpowszechnione w miejscach publicznych defibrylatory półautomatyczne podają komunikaty głosowe i zalecają przeprowadzenie wyładowania przez naciśnięcie przycisku. Nowinki w resuscytacji Moim zdaniem kolejnym ważnym przełomem jest upraszczanie algorytmów resuscytacji. Resuscytacja to czynność, którą trzeba wykonać najczęściej nagle, nie mając czasu na zastanowienie a towarzyszy temu duży stres. Proste procedury pozwalają wykonać krytyczne interwencje szybko i sprawnie zwiększając szanse na przeżycie chorego. Obecnie wycofuje się wiele leków z algorytmów opracowywanych przez towarzystwa naukowe. Najlepszym przykładem jest zaprzestanie podawania atropiny w asystolii. Tymczasem algorytm podstawowych czynności resuscytacyjnych dla laików (tzw. BLS - basic life support) zamyka się właściwie w jednym zdaniu: "Jak poszkodowany jest nieprzytomny i nie oddycha prawidłowo to zadzwoń po pogotowie, znajdź środek klatki piersiowej i uciskaj głęboko, szybko i mocno bez żadnych przerw." To jest dziecinnie proste Ciekawą ideą jest opisywana w amerykańskiej literaturze tzw "pit-stop CPR" - w Polsce nie ma chyba jeszcze ogólnie przyjętego tłumaczenia tej nazwy. Istotą jest tu działanie zgranego zespołu ratowników, który wszystkie czynności wykonuje maksymalnie szybko i sprawnie z minimalizowaniem wszelkich przerw. W świetle badań, które pokazują, że nawet niewielkie przerwy w uciśnięciach klatki piersiowej drastycznie pogarszają przeżycie takie podejście do działań resuscytacyjnych. Wielką nadzieją w resuscytacji była hipotermia terapeutyczna, czyli sztuczne ochładzanie pacjenta po uzyskaniu rytmu serca. W teorii niska temperatura ma zmniejszyć metabolizm i zredukować wtórne uszkodzenie mózgu spowodowane stresem oksydacyjnym. Niestety kolejne prace naukowe nie potwierdzają, żeby miała ona przynieść przełom w medycynie i istotnie poprawić przeżywalność pacjentów. Najnowszym trendem w czynnościach resuscytacyjnych jest zastosowanie pozaustrojowego wspomagania krążenia. Zastosowanie aparatu ECMO (extracorporeal membrane oxygenation device - pozaustrojowe błonowe natlenianie krwi) lub krążenia pozaustrojowego pozwala na podtrzymanie funkcji krążenia i szybkie ogrzewanie pacjentów w ciężkiej hipotermii. Udowodniono skuteczność takich urządzeń w hipotermii i pozytywne wyniki mobilizują naukowców do zastosowania ich także poza oddziałami kardiochirurgii. Wadą jest oczywiście duży koszt oraz inwazyjna i czasochłonna technika wykonania dostępów naczyniowych dla takiego urządzenia. Niestety powyżej opisane zabiegi są spektakularnie skuteczne tylko u osób stosunkowo młodych, które mając zdrowe serce (nie licząc patologii tętnic wiecowych) doznają migotania komór w przebiegu ostrego zawału serca. Wtedy szybkie rozpoczęcie uciskania klatki piersiowej i defibrylacja pozwalają na przywrócenie rytmu serca i wyjście chorego do domu bez ubytków neurologicznych. Należy pamiętać, że nie do każdego takiego pacjenta pomoc dojdzie na czas i wielu z nich umrze - po wielu minutach migotanie komór zdegeneruje do asystolii albo dojdzie do nieodwracalnego uszkodzenia mózgu. Poniższy filmik pokazuje skuteczność czynności resuscytacyjnych w NZK wywołanej przez zawał serca: Czynności resuscytacyjne są najczęściej nieskuteczne, jeśli do zatrzymania krążenia doszło w wyniku urazu, hipoksji, przewlekłej niewydolności serca lub płuc, patologii ośrodkowego układu nerwowego. Jeśli powodem jest na przykład hipoksja to w momencie, w którym serce przestaje bić mózg jest już krytycznie niedotleniony i rozpoczyna się jego nieodwracalne uszkodzenie. Statystyki przeżycia w pozaszpitalnym zatrzymaniu krążenia są nieubłagane - nawet jeśli mamy do czynienia z zawałem serca i migotaniem komór przeżywa maksymalnie kilkanaście procent wszystkich pacjentów. Jeśli ofiara wypadku drogowego z zatrzymaniem krążenia nie ma zorganizowanego rytmu serca (czyli rytmu zatokowego) przy pierwszej ocenie to szansa na przeżycie wynosi 0 procent. Obserwując ewolucję wytycznych i trendów w resuscytacji można ze smutkiem stwierdzić, że w tej materii nie udało się dokonać żadnego spektakularnego przełomu na miarę wewnątrznaczyniowego leczenia ostrych zespołów wieńcowych albo zastosowania insuliny do leczenia cukrzycy. Podstawowe zasady są niezmienne od 70 lat i obejmują uciskanie klatki piersiowej, sztuczną wentylację i szybką defibrylację gdy jest to wskazane. Reszta to w zasadzie kosmetyka, na której skuteczność bądź szkodliwość nie ma jednoznacznych dowodów naukowych. Najlepszym dowodem są statystyki: w latach 70 XX wieku przeżywalność w pozaszpitalnym NZK wynosiła według różnych badań od kilku do kilkunastu procent. Obecnie nawet w najbogatszych krajach, ze sprawnymi procedurami i systemami ratownictwa przeżywalność nie przekracza 20%. Niestety świat zachłysnął się potencjałem czynności resuscytacyjnych. Filmy, seriale i książki pokazują niemal 100% skuteczność resuscytacji a poddawani jej bohaterowie po kilku minutach wstają cali, zdrowi i gotowi do akcji. To przekłada się na społeczne postrzeganie medycyny jako cudownej nauki zdolnej pomóc każdemu. Niepowodzenia w leczeniu i śmierć pacjentów są więc zwykle, w powszechnym mniemaniu, wynikiem zaniedbania lekarza. Mit resuscytacji a rzeczywistość. W szpitalu przebywa wielu ciężko chorych ludzi, dlatego nie jest zaskoczeniem, że bardzo często dochodzi tam do zatrzymania krążenia. Zdecydowana większość takich zdarzeń to naturalny przebieg choroby na którą cierpi pacjent. Czego spodziewać się jeśli do NZK dochodzi u dziewięćdziesięciolatki z ciężka niewydolnością serca i zapaleniem płuc? Albo NZK w przebiegu zatorowości płucnej u pacjenta lat 75 z zaawansowaną chorobą Alzheimera (który od wielu lat leży bez żadnego kontaktu)? W takich przypadkach podejmowanie czynności resuscytacyjnych nie tylko nie przyniesie żadnych korzyści pacjentowi, ale też może zostać uznane za uporczywą terapię. Niestety w Polsce nie ma żadnych przepisów chroniących lekarzy przed odpowiedzialnością za nie wdrożenie czynności resuscytacyjnych u wyżej wymienionych chorych. Co więcej, nie ma żadnych norm dotyczących woli pacjenta odnośnie uporczywej terapii (w krajach zachodnich funkcjonujących jako formularze DNR - "do not resuscitate" lub "testament życia"). W wielu przypadkach podejmowana jest tak zwana "resuscytacja dla prokuratora", czyli czynności, których celem jest nie przywrócenie czynności serca, lecz stworzenie wrażenia, że "zrobiło się wszystko". Najczęściej nie odbywa się zgodnie z ogólnie przyjętymi standardami, a jedynie dla pozorowania wykonania pewnych czynności. Personel w niej uczestniczący najczęściej ma tego pełną świadomość. W efekcie wielu śmiertelnie chorych ludzi, których stan nie rokuje poprawy jest resuscytowanych na macierzystych oddziałach i kwalifikowanych do leczenia w Oddziałach Intensywnej Terapii. Do OIT przyjmowani są nawet pacjenci w rozsianą choroba nowotworową. Zajmują oni miejsca dla chorych, którym intensywna terapia naprawdę może pomóc. Z moich doświadczeń wynika, że sprawnie prowadzone czynności resuscytacyjne są w stanie przywrócić pracę serca w większości przypadków zatrzymania krążenia. Tylko co z tego, skoro nie przekłada się to na późniejsze przeżycie i wyjście ze szpitala. Z danych z mojego szpitala wynika, że w ciągu ostatniego roku zmarło w nim około 1200 pacjentów. 750 z nich było resuscytowanych (niektórzy więcej niż raz). W 103 przypadkach resuscytacja na oddziale macierzystym zakończyła się przywróceniem czynności serca. Większość skutecznie zresuscytowanych pacjentów była następnie leczona w Oddziale Intensywnej Terapii. Tymczasem tylko 8 z tych osób przeżyło więcej jak miesiąc po NZK (pozostali zmarli w OIT). 5 osób przeżyło dłużej niż 3 miesiące. 3 osoby zostały wypisane ze szpitala. Tylko jedna osoba nie miała żadnych ubytków neurologicznych. Powyższa statystyka nie obejmuje pacjentów z pozaszpitalnym zatrzymaniem krążenia, którzy byli przywiezieni do naszego szpitala. To pokazuje rozbieżność pomiędzy propagandą "Wytycznych resuscytacji" a rzeczywistością. Moim zdaniem powinno się przede wszystkim diagnozować i skutecznie leczyć pacjentów, tak, aby zapobiegać wystąpieniu zatrzymania krążenia. Jeśli już takowe wystąpi podczas pobytu pacjenta w szpitalu to najczęściej jest wyrazem tak dużego zaburzenia homeostazy, że nawet intensywna terapia nie jest w stanie pomóc i chory mimo wszystko umrze.
  14. Nigdy nie przestaje mnie zadziwiać co kieruje postępowaniem niektórych pacjentów. Myślę to o osobach, które cierpią na znane schorzenia, zostały zdiagnozowane i wiedzą, co oznaczają ich objawy. Były już w szpitalu, znają sposób diagnostyki i leczenia swoich chorób.Tymczasem w zetknięciu ze znanymi symptomami zgłaszają się do... Nocnej Pomocy Lekarskiej. NPL przyciąga pacjentów jak światło wabi ćmy. Cieszę się, że chorzy mają zaufanie do możliwości przypadkowego lekarza wyposażonego tylko w stetoskop, ciśnieniomierz i aparat do EKG. Ale do pioruna... Co robi w NPL pacjentka, która od 12 dni krwawi z dróg rodnych? Zdiagnozowano u niej przerost błony śluzowej macicy. Miała dwukrotnie wykonywane łyżeczkowanie jamy macicy. Oczywiście nie przyniosła dokumentacji. Jedyne co mogę zrobić to skierować do szpitala. Co robi w NPL pacjent lat 64 po 3 zawałach serca, angioplastyce, po wstawieniu 3 stentów, leczeniu restenozy w stencie, którego nagle zaczęło boleć w klatce piersiowej? To chyba logiczne, że w przypadku bólu zamostkowego u tak obciążonego chorego konieczna jest niezwłoczna diagnostyka w szpitalu. Oczywiste dla wszystkich oprócz chorego. Oczywiście wykonuję EKG - jednak wiem z doświadczenia, że niezależnie od tego czy są w nim jakiekolwiek zmiany pacjent musi trafić do szpitala karetką. Co robi w NPL pacjentka, która podczas pracy w ogrodzie przewróciła się i uderzyła głową w krawężnik doznając utraty przytomności? Na głowie krwawiąca rana tłuczona długości ok 5 cm - ewidentnie do szycia. W NPL nie ma tomografu, nie ma możliwości zaopatrzenia rany. Pacjentka jedzie karetką do szpitala. Co robi w NPL chora z krwawieniem z przewodu słuchowego. Przyjmuje leki przeciwkrzepliwe z powodu migotania przedsionków. Rano czyściła uszy patyczkiem. Z ucha zaczęła lecieć krew i nie przestaje od kilku godzin. Kierunek - ostry dyżur laryngologiczny. Pomijam hordy pacjentów żądających wszelkiej maści zaświadczeń, przychodzących po przedłużanie leków przyjmowanych przewlekle, narkomanów wyłudzających benzodiazepiny. Moim zdaniem winny jest brak edukacji zdrowotnej. Uczymy w szkole dzieci jak myć zęby a nie mówimy gdzie mają się zgłaszać w konkretnych przypadkach. Nie wiedzą kiedy dzwonić po pogotowie ratunkowe a kiedy samemu udać się do szpitala. Nie znają kompetencji lekarza rodzinnego, specjalisty z poradni ani lekarza nocnej pomocy lekarskiej. Żyją w przekonaniu utrwalanym przez polityków i media (osławione seriale medyczne w których ten sam lekarz przyjmuje porody, wycina wyrostki, jeździ w karetce, leczy nowotwory i katar), że należy im się wszystko, natychmiast i za darmo. Spotkanie z realiami funkcjonowania systemu ochrony zdrowia budzi agresję, która skupia się na lekarzach, pielęgniarkach i ratownikach. Z drugiej strony wszechobecne kolejki sprawiają, że pacjenci próbują szukać jakiejkolwiek pomocy. Co zrobić z gorączkującym dzieckiem, skoro najbliższy termin do pediatry w przychodni jest za 4 dni? Lekarz rodzinny jest na urlopie a pacjentka nie wie, że może iść do innego po leki na nadciśnienie. To wszystko sprawia, że nocna pomoc lekarska, szpitalny oddział ratunkowy oraz pogotowie ratunkowe to miejsca, gdzie widać nieudolność systemu opieki zdrowotnej. To tam szukają pomocy ofiary długich kolejek, braku dostępu do specjalistów, braku uczciwej diagnostyki i leczenia chorób przewlekłych. To tam widać do czego prowadzi brak programów profilaktycznych i brak pieniędzy na nowoczesne sposoby leczenia. Życzę politykom, żeby sami zobaczyli jak wygląda system opieki zdrowotnej oczami obywateli. Niestety wiem doskonale, że ich te problemy nie dotyczą. Oni mają najlepszą opiekę i nie muszą czekać w kolejkach, Wiem, bo na własne oczy widzę, jak wiele zależy od pozycji i pieniędzy danej osoby. Zwykli obywatele nie mają szans.
  15. Każdy pracownik szpitalnej izby przyjęć lub szpitalnego oddziału ratunkowego zna kilka typów pacjentów, którzy pojawiają się na każdym dyżurze. Typowy pacjent z "nagłym pogorszeniem kontaktu" ma 80-90 lat, jest zabierany przez zespół ratownictwa medycznego z domu lub z DPS-u i przywożony do SOR-u do diagnostyki. Wszyscy tacy pacjenci mają wspólną cechę - nie da się zebrać od nich wywiadu. Leżą cicho i patrzą w sufit, jęczą i krzyczą bądź wydają bliżej nieokreślone dźwięki. Często brakuje jakiejkolwiek dokumentacji medycznej. Cechą charakterystyczną jest zawsze taka sama dramatyczna opowieść załogi pogotowia: "jeszcze dziś rano grał w tenisa/szachy/pokera/grał na skrzypcach/kosił trawę/malował obrazy/rąbał drzewo* a nagle pogorszył się kontakt i tak leży". W badaniu fizykalnym stwierdzamy najczęściej odleżyny a pacjent jest zaopatrzony w dawno niezmienianego pampersa. Każdy dociekliwy doktor zadaje sobie pytanie: "Cóż za ciężka choroba mogła doprowadzić do takiego pogorszenia?!". Odpowiedź jest prosta - zespół otępienny. Pacjent funkcjonował sobie w łóżku i fotelu, był z nim prosty kontakt. Od wielu lat choruje na chorobę Alzheimera lub otępienie naczyniopochodne. Wystarczy jakakolwiek infekcja, odwodnienie, podanie leków uspokajających (przodują w tym benzodiazepiny), dekompensacja przewlekłej niewydolności oddechowej, krążenia lub nerek i pacjent rozwija majaczenie lub kontakt słowny się urywa. Czasem "nagłe pogorszenie kontaktu" jest sposobem na pozbycie się problematycznego członka rodziny z domu lub z pensjonariusza z DPSu. Z uwagi na brak możliwości zebrania wywiadu oraz skąpoobjawowy przebieg wielu chorób u osób w podeszłym wieku pacjent taki wymaga zazwyczaj szerokiej diagnostyki. Najczęściej przyczyną "nagłego pogorszenia" jest odwodnienie lub infekcja, ale zdarzają się kwiatki takie jak udar krwotoczny w przebiegu przedawkowania antykoagulantów (swoją drogą kto przepisuje acenokumarol przewlekle leżącej 90-latce z zespołem otępiennym?!) lub zator tętnicy krezkowej z całkowitą martwicą jelit. Pacjent z "nagłym pogorszeniem kontaktu" to wielka przygoda dla każdego lekarza dyżurnego
  16. To bym musiał książkę grubą napisać. A piszę "najczęściej" bo to zależy od uczelni i się ciągle zmienia. Nie śledzę tego bo mam inne zainteresowania.
  17. Kot

    Zadowolenie z życia ?

    hmmm zależy od oczekiwań. Jak ktoś chce mieć dużo pieniążków to dużo pracuje, jest przemęczony, wkurzony i niedouczony. Ew. są szczęściarze którzy po wielu latach nabyli pewne rzadkie umiejętności i zarabiają sobie godne pieniążki robiąc non-stop jedną rzecz (np echo serca albo jeden rodzaj rzadko spotykanego zabiegu) po kilka godzin w tygodniu. I tacy mają klawe życie. Większość zapierdziela na kredyty po 300-400h w miesiącu w tym bajzlu organizacyjno-prawnym i skraca sobie życie. Zawsze jest coś za coś...
  18. żeby się dostać na medycynę trzeba mieć dużo punktów z matury. Najczęściej potrzeba biologii i chemii, najczęściej na poziomie rozszerzonym. Najbardziej logiczne wydaje się trafić do klasy, która ma biologie i chemię rozszerzoną.:) Przed tobą jeszcze długa droga i wiele jeszcze może się zmienić. Wybierasz obecnie drogę zawodową wiedząc o przyszłej pracy tyle co człowiek patrzący w nocy na zamknięty sejf z odległości 5 km i próbujący zobaczyć co jest w środku. Wiem co mówię - w Twoim wieku takie miałem pojęcie o tym czym jest praca lekarza. Każdy z nas miał.
  19. Podaj chociaż jeden powód dla którego ktoś miałby Cię "wpuścić" do dobrze płatnej działki? Bo jesteś ładny? Chętny i pełen zapału? Masz jakieś rodzinne powiązania z chirurgami plastycznymi? Czy może widoki na 95% z LEKu żeby dostać tą jedyną rezydenturę z chirurgii plastycznej albo dermatologii? Skąd pewnośc, że będziesz "chciany" w ośrodku do którego przyjdziesz do pracy? Medycyną estetyczną może się zajmować każdy lekarz. Są kursy (płatne) wykonywania różnych zabiegów. Cały problem to miejsce, gdzie będziesz takie zabiegi wykonywać. Tu w grę wchodzi zatrdnienie w jakiejś "przychodni" gdzie potrzeba siły roboczej. Jeśli ktoś Cię zatrudni to nie licz na duże zarobki - zarabia właściciel a Ty będziesz od roboty i usłyszysz popularne hasło "doktor dopiero zaczyna pracę to proponuję może 40 zł/h." Możesz założyć własną "Klinikę" - jak masz wolny milion złotych na sprzęt, budynek ew. dużą zdolnośc kredytową. No i jeszcze kwestia znalezienia chętnych na takie zabiegi. Marzenia marzeniami ale same dobre chęci mogą nie wystarczyć.
  20. Moje przemyślenia po kilku latach pracy na OIT w dużym miejskim szpitalu. Nasz oddział intensywnej terapii jest bardzo duży - większy niż wiele powiatowych chirurgii czy intern. Co roku leczymy kilkuset pacjentów w stanach zagrożenia życia z najróżniejszymi chorobami. Od ciężkich urazów, przez pacjentów po zatrzymaniu krążenia, aż do potencjalnych dawców narządów. Niektórzy pacjenci zapadają w pamięć, inni przechodzą niezauważeni. Większość odchodzi. Śmiertelność wynosi około 60%. To niewiele biorąc pod uwagę, że leczymy pacjentów w stanach skrajnie ciężkich, którym inni lekarze już niewiele mogą zaproponować. W większości przypadków już w chwili przyjmowania pacjenta do OIT wiemy, że nasze najlepsze starania na nic się zdadzą. Najczęściej dotyczy to pacjentów z dużymi uszkodzeniami mózgu w wyniku urazu lub udaru. Jeśli mózg nie działa to reszta ciała jest bezużyteczna. U takich pacjentów wielotygodniowa terapia kończy się na przekazaniu do Zakładu Opiekuńczo-Leczniczego leżącego, wymagającego całodobowej opieki ciała zaopatrzonego w tracheostomię i przezskórną endoskopową gastrostomię. Nie mamy środków, które odwróciłyby pierwotne uszkodzenie mózgu. Nasza rola to podtrzymywanie funkcji narządów, zapobieganie wtórnym uszkodzeniom układu nerwowego i czekanie, aż stan pacjenta sam się ustabilizuje. W pamięci tkwi mi przypadek motocyklisty, który jadąc pod wpływem narkotyków po lesie uderzył w drzewo. Nie miał kasku a cała siła uderzenia skupiła się na głowie. Przebywał na naszym oddziale przez wiele miesięcy. Nigdy nie udało nam się odłączyć go od respiratora. Wielokrotnie leczyliśmy u niego zakażenia patogenami szpitalnymi. W pewnym momencie zabrakło nam antybiotyków - pacjent miał niekończącą się sepsę spowodowaną przez drobnoustrój odporny na wszystkie znane ludzkości leki. Leczenie w OIT to nie przelewki - pacjent ma cewnik moczowy, cewnik centralny, sztuczne drogi oddechowe, często dreny po operacjach. Osłabiony organizm z szeroko otwartymi wrotami zakażenia to łakomy kąsek dla bakterii. Lecząc kolejne zakażenia szpitalne sami pasażujemy wielolekooporne szczepy. Kolejne zakażenie pokonało młody organizm. W czasie pobytu odwiedzała go młoda, zrozpaczona żona w ciąży. Gdy pacjent umierał, na świecie był już jego syn. Dwudziestokilkuletnia kobieta w 38 tygodniu ciąży zgłosiła się do szpitala z powodu wymiotów. Niby nic poważnego, czuła się dobrze, więc wróciła do domu. Po kilku godzinach została przywieziona przez Zespół Ratownictwa nieprzytomna. Badanie TK głowy wykazało zakrzepicę żył mózgowych i rozlany obrzęk mózgu. Chorobę, która zdarza się bardzo rzadko u predysponowanych genetycznie pacjentów. Ciąża sprzyja powikłaniom zakrzepowo-zatorowym. Po pilnym cięciu cesarskim pacjentka trafiła na nasz oddział. Przez kilka dni patrzyliśmy jak jej mózg obumiera. Wyrazem tego była duża niestabilność układu krążenia. Pacjentka miała ciśnienie krwi 250/120 mmHg by za kilka minut potrzebować gigantycznych dawek amin katecholowych. Po komisyjnym stwierdzeniu śmierci mózgu a przed odłączeniem od respiratora odwiedził ją mąż z noworodkiem na rękach i zrozpaczeni rodzice. Zatrzymanie krążenia to częsty powód przyjęcia pacjenta do Oddziału Intensywnej Terapii. Gdy krew przestaje płynąć, wystarczy kilka minut, aby w mózgu zaszły nieodwracalne zmiany. Mimo dostępności zaawansowanych technik resuscytacyjnych, wytycznych oraz sprzętu i wyposażenia karetek pogotowia pomoc najczęściej przychodzi zbyt późno. Mimo, że często udaje się przywrócić czynność serca, w mózgu pacjenta po zatrzymaniu krążenia dochodzi do nieodwracalnych zmian. Pacjent jest przywożony do szpitala a następnie "znika gdzieś na OIT". Ratownicy i lekarze SOR są zadowoleni z dobrze wykonanej pracy. Tymczasem w zdecydowanej większości przypadków dochodzi już do nieodwracalnego uszkodzenia mózgu i mimo wszelkich starań pacjent nigdy nie odzyskuje świadomości. Po wielotygodniowym leczeniu najczęściej doprowadzamy go do optymalnego stanu. To znaczy, że sam oddycha, serce pracuje bez wsparcia amin katecholowych. Mózg jest nieodwracalnie uszkodzony a pacjent jest w przetrwałym stanie wegetatywnym. Jeśli nie zabiją go powikłania infekcyjne to staje się kolejnym pensjonariuszem ZOL wymagającym całodobowej opieki. Cuda zdarzają się bardzo rzadko. Czasem warto mieć swojego anioła stróża, nawet jeśli staje się nim na chwilę przechodzący obok anestezjolog. Starsza pacjentka przyszła do naszego szpitala na kontrolę w poradni. W poczekalni nagle straciła przytomność - doznała zatrzymania krążenia. Zaskakującym zrządzeniem losu korytarzem szpitalnym właśnie w tej chwili przechodził zespół anestezjologiczny. Lekarz rozpoznał zatrzymanie krążenia i niezwłocznie rozpoczął czynności resuscytacyjne. Po kilku minutach dotarł drugi zespół anestezjologiczny wyposażony w defibrylator. Po uzyskaniu powrotu spontanicznego krążenia pacjentka trafiła na OIT. Następnego dnia wybudziła się i została rozintubowana. Udało jej się przeżyć zatrzymanie krążenia bez jakichkolwiek deficytów neurologicznych. Po kilku dniach przeniesiono ją na kardiologię, gdzie miała wszczepiony kardiowerter-defibrylator jako prewencję wtórną nagłego zatrzymania krążenia. Wyszła do domu - wróciła do swojego poprzedniego życia. W jej przypadku spełniliśmy swoją rolę. Nie jest sztuką doprowadzenie do "przeżycia" pacjenta. Wiele osób myśli, że leczenie w Oddziale Intensywnej Terapii to jakaś wiedza tajemna. Tymczasem polega jedynie na podtrzymywaniu funkcji podstawowych narządów - oddychanie wspomaga respirator, krążenie wspieramy wlewami amin katecholowych, zaburzoną funkcję nerek zastępuje dializa. Pacjent jest żywiony, leczymy ból związany z chorobą i długotrwałym unieruchomieniem. Właściwie to leczymy głównie powikłania związane z pobytem na OIT: zakażenia, wrzody stresowe, odleżyny, działania uboczne leków, powikłania pooperacyjne. Nie zawsze jesteśmy w stanie wyleczyć przyczynę niewydolności narządów. Jeśli jest to niewydolność oddechowa lub niewydolność serca będąca skutkiem wieloletniej choroby, to tylko nowy narząd może przynieść pacjentowi ratunek. Podtrzymujemy oddychanie i krążenie licząc na to, że stan płuc i serca poprawi się na tyle, że będą sobie w stanie poradzić bez pomocy. Często jest to niemożliwe i otrzymujemy chorego "OIT-zależnego", który poza środowiskiem naszego oddziału nie jest w stanie przeżyć. Stan taki trwa do kolejnego powikłania septycznego. CDN...
  21. Światło dzienne ujrzał projekt Ministerstwa Zdrowia nowelizacji ustawy o Państwowym Ratownictwie Medycznym. Pośród wielu zmian i ciekawych koncepcji jedna stanowczo wybija się spośród innych. Takiej rewolucji tak szybko chyba nikt się nie spodziewał. Najciekawsza i najważniejsza zmiana to... usunięcie z zespołów ratownictwa medycznego (czyli karetek pogotowia) lekarzy! Tak! To nie żart! Już wkrótce na pomoc wyjadą wyłącznie ratownicy! Moim zdaniem jest to bardzo dobra zmiana. Pogotowie ratunkowe w Polsce od zarania dziejów było domeną stażystów, wziętych z łapanki, dorabiających sobie bądź zsypem dla osób, które nigdzie sobie nie radziły (bądź nie chciały radzić). Wszystkich ich łączyła jedna rzecz: byli nieprzygotowani do zabezpieczenia pacjenta w stanach nagłych. Prawdziwi pasjonaci, którzy posiadali niezbędną wiedzę i umiejętności zawsze stanowili mniejszość. Skończą się zatem bolączki dyrektorów pogotowia z zapełnianiem grafików i szukaniem "jakiegokolwiek" lekarza. Skończy się przedłużanie w nieskończoność okresów przejściowych dla tzw. "lekarzy systemu". Z drugiej strony brak lekarza budzi obawy czy pacjenci zostaną należycie zabezpieczeni i czy sami ratownicy medyczni będą w stanie poradzić sobie ze wszystkimi przypadkami. Wiele lat istnienia zespołów podstawowych pokazuje, że ratownictwo nie wymaga wiedzy tajemnej a ratownicy są bardzo dobrze do tego przygotowani. Oczywiście, ci, którzy zostali odpowiednio wyszkoleni i systematycznie podnoszą swoje kwalifikacje. Życie i rynek szybko zweryfikują kto się nadaje do tej pracy. Wprowadzone minimum 3 ratowników w jednej karetce to koniec postulowanych problemów z dźwiganiem pacjenta, przekładaniem na deskę ortopedyczną oraz brakiem rąk przy resuscytacji. Usunięcie lekarzy z karetek pozwoli poczynić duże oszczędności. Zaoszczędzone pieniądze będzie można przeznaczyć na dofinansowanie szpitalnych oddziałów ratunkowych. Lekarze usunięci z karetek mogą zasilić SORy, które borykają się z ogromnymi niedoborami kadrowymi. Gdyby na przykład w Warszawie wszystkich lekarzy jeżdżących w karetkach przenieść do szpitali to każdy SOR zyskałby 2 dodatkowych a każda izba przyjęć 1 dodatkowego lekarza. Z pożytkiem dla funkcjonowania tych jednostek. Pytanie czy Ci "lekarze systemu", którzy od lat zajmowali się wyłącznie pracą w pogotowiu ratunkowym poradziliby sobie w SORach?
  22. Zapowiadał się bardzo spokojny dyżur w NPL Trzy godziny, kilku pacjentów. Zapada noc. Godzina 22:00. Korzystając z uroków rozpadającej się kanapy i starego telewizora wykorzystuję spokojny czas, aby trochę odpocząć. Sielankę przerywa pielęgniarka: "Doktorze, pacjent jest". "Trudno" - mruczę do siebie i podnoszę się z kanapy. "Załatwię to szybko". W poczekalni moim oczom ukazuje się mężczyzna i dziecko. Na oko 10 lat. Okazuje się, że pacjentem będzie jednak dorosły mężczyzna. Nietypowa sprawa. Zdarza się, że rodzic przychodził z dzieckiem do NPL w nocy, gdy jest chore, ale żeby na odwrót? "Zapraszam do gabinetu" - tymczasem nos wyłapuje dobrze znany zapach, który jednak szybko znika. "Może mi się zdawało" - myślę. "Co Panu dolega?" - próbuję się uśmiechać, gdy pacjent relacjonuje swoje dolegliwości. Mówi dziwnie niewyraźnie. Ponownie wydaje mi się, że poczułem ten zapach. "Trzeba to sprawdzić" - wyciągam szpatułkę i zaglądam do gardła. "Spryciula, wstrzymał oddech" Zaraz się przekonamy. Osłuchuje serce i płuca. Pacjent odwraca głowę ode mnie jakby nie chciał, żebym poczuł. Normalnie żaden pacjent nie przejmuje się zapachem, jaki wydziela się z jego jamy ustnej. Większość bez pardonu dyszy i kaszle na doktora w czasie badania. Tymczasem ten pacjent nagle doznał przypływu dobrych manier. "Zaraz cię dopadnę, bratku" - przebiega mi przez myśl. "Proszę głęboko oddychać! Głębiej! O tak!" Woń przetrawionego alkoholu wypełnia gabinet. "Nie pijesz od dziś" - szybka diagnoza. "Pił pan alkohol?" - szybkie cięcie, bez ogródek. W oczach pacjenta zdziwienie i strach. "Jedno piwo, prawie nic nie piłem" - pada standardowy tekst numer 2. "Przychodzi Pan pijany w nocy z dzieckiem?" "Nie jestem pijany" - protestuje pacjent. Jest dziwnie spokojny. Każdy normalny człowiek już by zrobił awanturę: co sobie ten bezczelny konował wyobraża. "Policja przyjedzie i oceni" - dzwonię na 997, wyjaśniam sprawę dyspozytorowi. "Gdzie jest matka dziecka? Może je odebrać?" - pytam Dziecko próbuje bronić tatusia. Widać, że nie pierwszy raz jest podobny problem. Dowiaduję się, że mama wyjechała pociągiem daleko i nie może przyjechać. Tymczasem pacjent dzwoni i przekazuje komuś przez telefon, że jest problem. Nie zamierzam wypuścić dziecka z przychodni pod opieką pijanego tatusia. Przyjeżdża patrol. Policjanci przystępują do swoich czynności. Badanie alkomatem wykazuje, że pacjent jak najbardziej jest pijany. Po kilku minutach pojawia się matka z jeszcze jednym dzieckiem, małym chłopcem. Ona również spożywała alkohol, ale nie jest pijana. Okazuje się, że nie pojechała nigdzie pociągiem. Była w domu i twierdzi, że tata wyszedł gdy była w innym pokoju. Nawet nie wiedziała, że zabrał ze sobą córkę. Fajna rodzinka... Policjanci spisują wszystko w kajecie. Wychodzą z przychodni w towarzystwie rodzinki. Przez okno widzę, jak puszczają ich wolno. Warto było? Przynajmniej mam czyste sumienie...
  23. Godzina 1:00 w nocy. Do SOR przyjeżdża karetka "S". "Mamy pana z bólem brzucha" Pielęgniarki, gdy tylko zobaczyły pacjenta meldują posłusznie: "Doktorze! To pijak który tu przyjeżdża regularnie, symuluje różne objawy żeby go zostawić w szpitalu". Badam starannie. Od wczoraj rzekomo straszny ból brzucha. Nie może wytrzymać dlatego wezwał karetkę. Przy badaniu brzucha prezentuje deskowaty brzuch... Za co drugim dotknięciem bo nie znając tempa w jakim uciskam brzuch nie nadąża z napinaniem mięśni. Przy tym prezentuje różne "OCH! ACH! JAK BOLI! CO ZA KATUSZE!", wykonuje teatralne gesty i zwija się na kozetce. Słowem: symulant! Brzuch miękki, niebolesny. Dla świętego spokoju pobieram komplet badań "brzusznych". Pacjnent otrzymuje oczywiście stosowne leczenie: - Metamizol 2,5g i.m. - Drotaweryna 80 mg i.m. Po kilku godzinach okazuje się, że jedyną nieprawidłowością w badaniach jest.... a to niespodzianka! Etanol 2,5 promila! Pacjent otrzymuje wypis. Ja: Proszę bardzo. To jest wypis, wszystko jest dobrze. Nie jest pan na nic chory. Trzeba zgłosić się do lekarza rodzinnego i nie pić tyle alkoholu. Pacjent: Doktorze ja cierpię! Teraz zaczęło mnie boleć w klatce piersiowej! I duszno mi! Źle się czuję! Musze tu zostać Proszę dać mi KROPLÓWKĘ! Ja: Dostał Pan leki. Wszystko jest dobrze. Proszę iść do domu. Pacjent wyciąga z kieszeni 20 złotych, próbuje wcisnąć mi je do fartucha. Natychmiast cofam się o krok.Odtrącam jego rękę zmierzająca do mojej kieszeni. Ja: Zwariował Pan?! Co to za żarty! Natychmiast proszę sobie stąd iść! Pacjent: Ja muszę dostać kroplówkę! Nie mogę stąd iść. Masz! Zostaw mnie w szpitalu! Ja: DOSYĆ TYCH ŻARTÓW! WYNOCHA! NATYCHMIAST OPUŚCIĆ SZPITAL! Pacjent: Ale... Ale... Ja: WON! Pacjent wychodzi zrezygnowany. Jutro pewnie też wezwie karetkę. Znalazł sobie sposób na życie. Pije a jak trzeba wytrzeźwieć i iść do pracy to wzywa karetkę i przyjeżdża sobie do SOR na szybki "detox". Wyłudza płyny, ową tajemniczą "KROPLÓWKĘ" i benzodiazepiny. Popracuje parę dni, zarobi parę groszy i idzie pić dalej. Jak pieniążków zaczyna brakować znowu wzywa karetkę. W bezczelny sposób pasożytuje na wszystkich ludziach. Oczywiście nie chce się leczyć, skierowania do poradni leczenia uzależnień wywala do śmieci.
×