Skocz do zawartości

marcinn

Members
  • Postów

    4
  • Dołączył

  • Ostatnio

Reputacja

0 Użytkownik o neutralnej reputacji

O marcinn

  • Ranga
    Początkujący

Profile Information

  • Status
    Student
  • Miasto uczelni:
    nie dotyczy
  • Rok rozpoczęcia studiów
    2012
  • Wydział
    LEK

Ostatnio na profilu byli

964 wyświetleń profilu
  1. Wszystko zależy od Ciebie. Jak daleko jesteś posunięta w tej dietetyce? Może lepiej ją najpierw skończyć, żeby mieć ewentualny punkt zaczepienia, gdyby z lekarskim nie wyszło? Jeśli chodzi o introwertyzm i nieśmiałość - z reguły nie są one wielkim problemem, o ile nie mają gigantycznego nasilenia. Znam parę osób, które mają właśnie takie cechy i świetnie sobie radzą, przynajmniej na studiach, a jesteśmy już na finiszu. Zwłaszcza że z reguły to pacjent przychodzi do Ciebie po pomoc (tzn. on inicjuje kontakt, a nie Ty, a z tym chyba jako osoba nieśmiała miałabyś największy problem), no i rozmawiacie o problemach pacjenta, a więc macie jakiś wspólny temat do "obgadania". Jeśli potrafisz zdobyć się na bycie rzeczową i uprzejmą dla pacjenta, to nie sądzę, żeby Twój charakter był jakąś przeszkodą. Tak naprawdę chyba nikt z nas - czy to jeszcze studiujących, czy to już praktykujących - nigdy nie był na 100% pewien, czy to zawód dla niego. Ba, większość miała jakiś mniejszy lub większy kryzys w trakcie studiów. Czy warto spróbować? Nie wiem. Pierwszy rok, a pewnie nawet i dwa pierwsze lata i tak nie dają Ci żadnego wglądu w to, jak wygląda praca lekarzy na oddziale. Z prostego powodu - nie masz wtedy jeszcze zajęć klinicznych z pacjentami. Zajmujesz się przez ten czas podwalinami medycyny, jak anatomia, fizjologia czy biochemia (oraz inne). Dla każdego się coś znajdzie. Istnieją spokojne specjalizacje i ja sam w takie celuję. Jednakże realia są takie, że są specjalizacje, na które bardzo ciężko jest się dostać. Pomysły na to, jaką specjalizację wybrać, rodzą się z reguły podczas zajęć klinicznych, ale - patrząc na siebie i swoich kolegów - widzę, że często się to zmienia. Dobre pytanie. Systematyczność na pewno ułatwia sprostanie wymaganiom i jest szczególnie istotna na początku, kiedy jest bardzo dużo materiału do wyuczenia praktycznie na pamięć. Istnieją jednak osoby, które nie uczą się systematycznie, a jednak wszystko zdają ucząc się dosłownie "za pięć dwunasta". Jednak taka wiedza szybko ulatuje z głowy. Powołanie to można mieć do zakonu. Nie lubię tego słowa, bo sugeruje ono, że medycyna jest czymś nadprzyrodzonym i jakoś dziwnie blisko stąd do poglądu, że lekarz nie powinien się bogacić na swojej pracy. Lekarz powinien być dobrze wyszkolony oraz nie być bucem. Taka jest moja opinia. Zacznę od końca. Można zarobić dużo. Jeśli jesteś dobrym specjalistą, pracujesz na oddziale i w prywatnym gabinecie, to możesz naprawdę sporo zarobić. Jeśli pracujesz tylko na oddziale szpitalnym, to zarobki z reguły są takie sobie, nawet jeśli jesteś specjalistą. A podczas specjalizacji, jeśli nie bierzesz jakichś dodatkowych dyżurów, pracy w nocnej i świątecznej pomocy lekarskiej i tym podobnych "fuch", to podstawowe zarobki są kiepskie. Mówiąc krótko: zarobić można, ale wymaga to dużych nakładów pracy... albo wyjazdu za granicę. Zwróć uwagę, że średnia długość życia lekarzy w Polsce jest niższa niż reszty populacji. Część młodych lekarzy podczas specjalizacji pracuje 300 i więcej godzin w miesiącu. 300 godzin - to 10 godzin dziennie, codziennie.
  2. Chodzi o podręcznik autorstwa Narkiewicza i Morysia? Takie 4 nieduże (jak na anatomię) książeczki? Moim zdaniem dość dobre opracowanie, ale to rzecz gustu. Nie wszystkim się podoba. Ja nie byłem jakimś anatomicznym geniuszem (nie leży mi nauka na pamięć), a korzystałem z różnych rzeczy: a) Gray - porażka. Dobre rysunki, ale nic więcej. Zupełnie bez sensu, kiedy jeden koniec kości jest opisany na stronie x, a drugi na stronie x+20. Żeby się u nas z niego nauczyć, trzeba było mieć sporo determinacji i naskakać się po całej książce.Sporo błędów i rozbieżności z Bochenkiem (a asystenci, zwłaszcza starsi, wychowani są na Bochenkach i jest to dla nich świętość - co tam jakieś amerykańskie g...o ) b ) Pituchowa - całkiem niezła książka, dość zwięźle i wszystko, co istotne w jednym miejscu, aczkolwiek korzystałem z niej głównie przy brzuchu i kończynie dolnej, więc nie wypowiem się odnośnie tego, jak zrobione są inne preparaty. A, jeszcze OUN zacząłem zeń robić, ale coś mi nie leżało. c) Narkiewicz & Moryś - niezłe, korzystałem dość długo, często do kompletu z Pituchową. Opis przyjazny, wiedza skondensowana, ale nie aż tak, jak w Skawinie. d) Skawina - tomy dość nierówne, np. OUN to imo jakieś nieporozumienie, ale już czaszka czy głowa i szyja - miodzio. Z tych dwóch tomów korzystałem i mogę polecić, chyba, że ktoś nie lubi aż takiego stopnia kondensacji wiedzy e) Bochenek - ostateczność, kiedy wszystko inne zawiodło. Mimo wszystko, wiele osób się z Bochenka uczyło, co podziwiam szczerze. f) Krechowiecki & Czerwiński - próbowałem się kiedyś uczyć z tej książki, ale wiedza wydawała mi się jakaś niekompletna, nawet jak na moje własne, niewysokie standardy. h) Wójtowicz - książeczka napisana na naszej uczelni z myślą o przyszłych paniach pielęgniarkach, położnych, itd. Nie jest wyczerpująca i na samej niej nie da się przebrnąć przez anatomię, ale kiedy brak nam sił, to lepiej coś już przeczytać z Wójtowicza i potem to uzupełnić czymś innym, niż nie przeczytać nic i zrobić sobie plecy. Zwłaszcza w Lublinie. Chociaż niektóre rzeczy opisane całkiem, całkiem. A jeśli chodzi o atlas, to miałem dwa: a) Gilroy - miałem niestety polskie wydanie (wszystko po polsku, nawet podpisy na rycinach), było w nim parę błędów, ale ogólnie dość dobry. Fajne rysunki, jakieś tabelki odnośnie mięśni tam były itd. Godny polecenia tym bardziej, że jednotomowy. Podobno to taka skrócona wersja Prometeusza (chociaż tego drugiego nie widziałem, więc nie jestem pewien). b ) Sinelnikow - bomba, stary ruski atlas, ale za to z genialnymi imo rycinami. Niestety, nie ma go po polsku - a szkoda, są tam też opisy, które mogłyby coś wnieść do naszej wiedzy anatomicznej Na szczęście jest wersja anglojęzyczna. Ryciny wszędzie te same, opisane zawsze po łacinie.
  3. marcinn

    Podręcznik do patofizjologii

    Zanim zacząłem patofizjologię słyszałem, że na 1 semestr Guzek, a na 2 - Zahorska. Z tych dwóch sam korzystam + ewentualnie jakieś inne materiały (prezentacje z zajęć i inne kwiatki). A prawda jest taka, że wszystko zależy od asystenta. U nas na ostatnim kolokwium były jakieś pierdółki wyjęte ze Szczeklika (w sumie jest podany w literaturze...), podczas gdy u innych grup wystarczyły prezentacje i notatki z ćwiczeń. Maśliński owszem, przewija się gdzieś w tle, ale nie jest szczególnie popularny wśród studentów. Nie ma się co dziwić, wg mnie jest napisany koszmarnie i strasznie "rozwlekle".
  4. U nas generalnie polecano Harpera starszego, z żółtą okładką. Ale prawdę mówiąc, u nas każdy szanujący się student zaczyna edukację od Bańkowskiego (czasem na tym poprzestając).
×