LIBERMED - Książki medyczne i weterynaryjne wszystkich wydawców w jednym miejscu

MedFor.me

MD
  • Postów

    16
  • Dołączył

  • Ostatnio

  • Days Won

    13

MedFor.me last won the day on April 8

MedFor.me had the most liked content!

Reputacja

4 Użytkownik o neutralnej reputacji

O MedFor.me

  • Ranga
    Użytkownik

Profile Information

  • Status
    Lekarz
  • Medal Marketingowca
    Przyznano
  • Miasto uczelni:
    nie dotyczy
  • Rok rozpoczęcia studiów
    2006
  • Wydział
    LEK
  1. Na prośbę redakcji MedFor.me News ostatnie wydarzenia w obszarze ochrony zdrowia, dialogu społecznego i rynku pracy skomentowała dla nas pani Henryka Bochniarz, doktor nauk ekonomicznych, prezydent Konfederacji Lewiatan, była minister przemysłu i do niedawna przewodnicząca Rady Dialogu Społecznego z ramienia strony pracodawców. MedFor.me: Rada Dialogu Społecznego ma już 2 lata i czas na rządowe przewodnictwo w dialogu społecznym. Jak ocenia Pani miniony rok funkcjonowania Rady? Trzy największe sukcesy. Henryka Bochniarz: RDS w obecnej formule instytucjonalnie dostosował się do konieczności zwiększenia zaangażowania i odpowiedzialności partnerów społecznych (np. poprzez rotacyjne przewodnictwo), a jednocześnie wyrównał szanse na równe traktowanie ze stroną rządową. Niestety, dialog wciąż nie zawsze jest traktowany w kategoriach wartości, a czasami wręcz jako przeszkoda. Jest też często pomijany w konsultacjach projektów legislacyjnych poprzez nadużywanie ścieżki poselskiej. Rok temu obejmując przewodnictwo deklarowałam, że jestem zwolenniczką dialogu i po roku przewodniczenia RDS dalej uważam, że jest on kluczowy dla poprawy jakości stanowienia prawa, choć bywa frustrujący. Efekty często są niewspółmierne do włożonego czasu i wysiłku. Po roku przewodniczenia, mimo przeświadczenia o wadze dialogu, chętnie przekazałam przewodnictwo minister Elżbiecie Rafalskiej, ponieważ obecnie prowadzenie dialogu to praca u podstaw. To na pewno uczy pokory, ale i odpowiedzialności w postawach, bo dziś niektórzy niezwykle lekko niweczą, czasem ogromny wysiłek. W kilku kluczowych sprawach, jak: sposób przyjęcia ustawy budżetowej na 2017 r., czy kontrowersyjne propozycje zmiany w sądach, udało się porozumieć wszystkim partnerom oprócz Solidarności, która głośno oponowała. Podobnie było z próbami wystąpienia z wnioskiem o wysłuchanie publiczne np. w sprawie ochrony zdrowia. Ogromną przeszkodą w dialogu był też brak czasu i możliwości przerobowych. Natomiast udało się porozumieć w kwestii np. wynagrodzeń minimalnych, dokonać przeglądu istniejących rozwiązań i przygotować nową ustawę o radzie dialogu, która została złożona na ręce pana prezydenta i czeka na dalsze kroki. Udało się też wprowadzić koncepcję dialogu społecznego do szerszej świadomości społecznej i spopularyzować działalność RDS oraz - przede wszystkim - usprawnić funkcjonowanie i finansowanie wojewódzkich rad dialogu społecznego, co było wynikiem moich odwiedzin i rozmów w niemal wszystkich województwach. Przed nami kolejny rok pracy nad rozwijaniem dialogu społecznego. To zadanie trudne, ale konieczne, bo dialog jest wartością samą w sobie. Bez rozmowy nie ma szans na porozumienie. Przejęcie przewodnictwa przez rząd będzie prawdziwym testem na podejście rządzących do dialogu. Lekarze rezydenci 30.11.2017 zakończyli protest głodowy, którego postulatem był systematyczny wzrost nakładów na ochronę zdrowia w Polsce do co najmniej 6,8% PKB w ciągu 3 lat. Postulat nie został zrealizowany, a rząd zapowiedział wzrost nakładów do 6% PKB w perspektywie 8 lat, co nie jest do zaakceptowania przez Porozumienie Zawodów Medycznych, które w czasie protestu wypowiadało się w imieniu pracowników sektora zdrowia, ale też w imieniu pacjentów. Obecnie protest całego środowiska medycznego ma przyjąć formę "normalizacji czasu pracy" - powrót do zasad pracy zgodnych z Kodeksem Pracy tj. maksymalnie 48 godzin tygodniowo i zgodnie z zasadą 1 lekarz=1 etat, co w dużym stopniu zdezorganizuje pracę placówek ochrony zdrowia i obnaży niedobory kadrowe, a pośrednio uderzy w pracodawców ochrony zdrowia. Prawdą jest, że protestujący zmienili formułę strajku na mniej zagrażającą ich życiu, ale nie zmienili postanowienia co do tego, że dalej będą walczyć o realizację swoich postulatów. Miesięczny radykalny protest głodowy był wycieńczający dla ich organizmów, a nie przyniósł oczekiwanych rezultatów poza faktycznym wprowadzeniem problematyki do dyskursu publicznego. Wydaje mi się, że forma pracy zgodnej z Kodeksem Pracy dokładnie wskaże wyraźne braki na rynku. I, tak jak Konfederacja Lewiatan od dłuższego czasu wskazuje, to nie sieć szpitali czy inne niekonwencjonalne lub wręcz egzotyczne pomysły będą gwoździem do trumny systemu opieki zdrowotnej, ale właśnie braki kadrowe wśród lekarzy i pielęgniarek. Po zakończeniu protestu głodowego weszło w życie rozporządzenie Ministra Zdrowia K. Radziwiłła interpretujące "Tzw. Ustawę o minimalnych płacach w ochronie zdrowa" na korzyść lekarzy rezydentów, choć w stopniu wciąż niezadowalającym strony pracowników. Poza podwyżką o średnio ok. 450 zł brutto dla już pracujących lekarzy rezydentów i o 1200 zł brutto dla deficytowych specjalizacji, które rozpoczną pracę od przyszłego roku w rozporządzeniu znalazł się zapis, który przenosi ciężar finansowania rezydentur ze środków Funduszu Pracy na budżet państwa w ciągu 2 lat. Warto sobie na początek uświadomić, że rozporządzenie wydano zupełnie arbitralnie, wbrew protestującym i bez jakichkolwiek form dialogu czy konsultacji społecznych. W zakresie źródła finansowania, od początku wraz z innymi partnerami społecznymi reprezentowanymi w Radzie Dialogu Społecznego wskazywaliśmy, że jest to kuriozalny pomysł. Fundusz pracy powstał w zupełnie innym celu i środki w nim zgromadzone nie powinny być przeznaczane na kształcenie. To z resztą miało być jednorazowe działanie. Mam nadzieje, że tym razem tak właśnie będzie. *** Polecamy także lekturę wywiadu z Henryką Bochniarz: "Personel szpitali to współcześni siłacze i siłaczki. Cały system jest przeciwko nim, a oni próbują pomóc pacjentom"
  2. Ustawa rządowa - coś zmienia?

    Prezydent Andrzej Duda podpisał ustawę o sposobie ustalania najniższego wynagrodzenia zasadniczego pracowników wykonujących zawody medyczne zatrudnionych w podmiotach leczniczych. Tak będą podwyżki płac w ochronie zdrowia, tak lekarze (bo o tej grupie mogę najbardziej kompetentnie się wypowiadać) będą za miesiąc, za rok za dwa lata zarabiać więcej niż w dniu dzisiejszym. Czy lekarze (a na pewno rezydenci - bo ci mają jednolitą w skali kraju i prawnie umocowaną wysokość wynagrodzenia) będą zarabiać więcej niż 8 lat temu? I tak i nie, kwotowo na pewno, jako relacja do kondycji gospodarki i przeciętnych wynagrodzeń nie, jako wartość towaru jaki będą w stanie nabyć za swoją wypłatę - raczej nie (choć to w dużym stopniu zależy od tego jaki zbiór towarów uznamy za referencyjny. Owe podwyżki to tak naprawdę dla rezydentów (a to oni stanowią główny motor napędowy zachodzących zmian) rewaloryzacja płac, poziomem który obowiązywał kiedy wprowadzano aktualną wysokość wynagrodzeń. Kwota 3170 zł brutto obowiązuje od 2009r, wynagrodzenia określane jako pochodne wskaźników gospodarczych odnoszą się na ogół do wartości za poprzedni rok (a czasem nawet jeszcze jeden wstecz), w komunikacie GUS z dnia 10 lutego 2009 r. czytamy „Na podstawie art. 20 pkt 1 lit. a ustawy z dnia 17 grudnia 1998 r. o emeryturach i rentach z Funduszu Ubezpieczeń Społecznych (Dz. U. z 2004 r. Nr 39, poz. 353, z późn. zm.1)) ogłasza się, iż przeciętne wynagrodzenie w gospodarce narodowej w 2008 r. wyniosło 2943,88 zł. ” Teraz wystarczy wziąć kalkulator w dłoń i porównać stosunek ustanowionej w tej czas pensji zasadniczej lekarzy rezydentów do „przeciętnego wynagrodzenia w gospodarce narodowej ” z uchwalonym w rządowej ustawie współczynnikiem pracy dla odpowiedniej grupy zawodowej (podpowiem 1,05). Zakotwiczenie płac lekarzy (odbywających specjalizacje w trybie rezydenckim) w ustawie o zawodzie lekarza i lekarza dentysty polegało na określeniu ich minimalnego poziomu jako odniesienia do przeciętnego wynagrodzenia w sektorze przedsiębiorstw bez wypłaty nagród z zysku, poziom ten ustanowiono na 70% w/w kwoty, jednak realna wysokość wynikająca z aktów wykonawczych, wysokość obowiązująca do dziś kształtowała się na poziomie ok 110%. Taki też poziom postulowało w tamtych dniach Prawo i Sprawiedliwość, w swoich poprawkach do tejże ustawy. Dlaczego więc dziś obecna władza chlubi się podwyżkami które są niższe (105% vs 110%) oraz operują na niższym wskaźniku gospodarczym (przeciętne wynagrodzenie w gospodarce narodowej vs przeciętne wynagrodzenie w sektorze przedsiębiorstw)? Dlaczego uczciwymi podwyżkami nazywa się waloryzację plac czyli po prostu naprawę zaniedbań ostatnich lat? Na zakończenie chciałbym nadmienić , że podwyżki wynikające z właśnie podpisanej ustawy swój docelowy (ten waloryzujący) poziom mają osiągnąć dopiero w 2022r a ich wysokość do roku 2019 jest marginalna (do wtedy współczynnik pracy będzie mnożony nie przez aktualną wysokość przeciętnych wynagrodzeń a zamrożony wskaźnik z 2015r). Mam nadzieje iż rzuciłem trochę światła na temat aktualnych podwyżek. lek. Mateusz Latek, Redakcja MedFor.me
  3. W dobie fantastycznego rozwoju medycyny codziennie zderzamy się z irracjonalnym lękiem przed jej wielkimi zdobyczami. Jednym z największych przełomów w XX wieku był ogromny postęp w rozumieniu i leczeniu niepłodności. Właśnie zdrowiu reprodukcyjnemu poświęcona jest czwarta edycja międzynarodowej konferencji naukowej, którą MedFor.me objęło patronatem: "Development of Scientific Cooperation in Reproductive Medicine Research" Warszawa, 9-10 czerwca 2017 w Airport Hotel Okęcie. Rejestracja trwa, a będzie można wysłuchać m.in. światowych i polskich pionierów metody zapłodnienia IVF. Jednym z nich jest profesor Marian Szamatowicz, którego polemiczny tekst publikujemy. *** Zdecydowałem się napisać krótki komentarz do niektórych medialnych wypowiedzi. „Wstrząsająca prawda o In vitro: żeby mogło urodzić się 122 tys dzieci poświęcono życie prawie 4 mln innych dzieci” „Żaden poważny ginekolog nie twierdzi, że In vitro leczy niepłodność” „Z dziecka poczętego In vitro posłowie większości uczynili narzędzie zaspokojenia pustki ludzi życiowo niespełnionych” „Ustawa równa się cywilizacja śmierci” Pozwolę sobie zadać kilka pytań, na które zechcieliby udzielić odpowiedzi ci, którzy w sposób niezwykle agresywny i niestety kłamliwy atakują leczenie niepłodności przy wykorzystaniu metody In vitro i pokrewnych. Po pierwsze - kiedy Pan Bóg stworzył mężczyznę i kobietę powiedział: „Bądźcie owocni i rozmnażajcie się”. Nie mówił w jaki sposób. Prawie 90% populacji nie ma problemu z rozrodem. Natomiast, w sposób niezawiniony, około 10% nie może doczekać się ciąży i porodu upragnionego dziecka. W skali globalnej to oznacza ponad 72 mln par, z których prawie 43 mln poszukuje pomocy. W Polsce według danych szacunkowych problemy z rozrodem ma ponad milion par, z których około 200 tys. zgłasza się po pomoc. Uniwersalna Deklaracja Praw Człowieka mówi, że prawo do posiadania potomstwa jest podstawowym prawem człowieka. A zatem pytanie - czy leczenie niepłodności jest „zaspokojeniem pustki ludzi życiowo niespełnionych” czy też wypełnianiem obowiązku w doprowadzeniu do ciąży i porodu? Po drugie - nie umiem skategoryzować kto jest poważnym a kto niepoważnym ginekologiem. Natomiast wiem, że jeden utytułowany ginekolog w Polsce przed laty powiedział: „Techniki rozrodu wspomaganego medycznie to nie są procedury lecznicze, czasami pomagają uniknąć bezdzietności.” I ta nonsensowna teza do dnia dzisiejszego jest powtarzana jako argument. W 2015 roku w połowie czerwca w Lizbonie prawie 10 000 ludzi z całego świata debatowało jak najskuteczniej pomagać niepłodnym parom. Nikomu nie przyszło do głowy aby metodę In vitro dyskredytować. Komitet Nagrody Nobla w 2010 r kiedy tę nagrodę przyznawał Robertowi Edwardsowi uzasadnił ją „za największe osiągnięcie medycyny klinicznej XX wieku”. A zatem kolejne pytanie - czy metoda In vitro jest metodą leczenia niepłodności? Po trzecie - głosi się, najdelikatniej określając, kłamliwe tezy, że naprotechnologia zastąpi In vitro. Naprotechnologia posługuje się w wielu sytuacjach takimi samymi jak medycyna rozrodu technikami diagnostycznymi i stosuje takie samo leczenie farmakologiczne i zabiegowe (do tego ostatniego dodaje „napro”). Podstawowa różnica polega na tym, że naprotechnologia nie uznaje leczenia niepłodności za pomocą metod wspomaganej prokreacji. Po nie-skutecznym leczeniu farmakologicznym lub zabiegowym oferuje adopcję. Natomiast, przy nieodwracalnie uszkodzonych jajowodach, w zaawansowanej endometriozie, w ciężkich postaciach czynnika męskiego (dominująca przyczyna niepłodności), a także po wcześniejszych niepowodzeniach w leczeniu naprotechnologia nie daje żadnej szansy na ciążę. A to dotyczy ponad 50% niepłodnych par. Jednocześnie wiem, że w takich nie dających szansy na sukces sytuacjach za instruktaż pobiera się niemałe pieniądze. Kolejne pytanie - czy jest to moralne (mógłbym użyć innego, dosadniejszego sformułowania) aby głosić tezę, że naprotechnologia zastąpi In vitro? Po czwarte - przedstawia się pseudoargumenty, że In vitro jest metodą mało skuteczną. Bardzo dotkliwym dla leczonych pacjentów jest fakt, że metoda nie daje pełnej gwarancji na ciążę i urodzenie dziecka. Natomiast prawda jest taka, że skuteczność In vitro na poziomie 30-40% na cykl zdecydowanie przewyższa tzw. miesięczny wskaźnik płodności, który wynosi ok. 20 i tylko wtedy jeśli kobieta jest poniżej 30 roku życia. Ten wskaźnik sukcesu 30-40% jest bardzo dobry, ale to również oznacza, że wskaźnik niepowodzeń wynosi 60-70%. Nie zadaje się pytania jakie dramaty wtedy ci ludzie przeżywają. Medycyna rozrodu cały czas pracuje nad sposobami poprawy skuteczności, ale także nad opracowaniem dokładniejszych metod predykcyjnych. Udowodniono, że im większa ingerencja polityków w procedurę leczenia niepłodności tym mniejsza jej skuteczność. Jakie jest uzasadnienie dla ingerencji polityków w procedury lecznicze? Po piąte - rozpisuje się wiele na temat dzieci urodzonych po In vitro. Nie sposób cytować wszystkich. Nie ma potrzeby uzasadniać, że dzieci nie mają bruzd. Po In vitro żyje ich na świecie ponad 5 mln. Wiele z nich ma własne potomstwo. Dzieci z defektami rodzą się zarówno po naturalnym poczęciu, jak i po stosowaniu metod wspomaganej prokreacji. Udowodniono , że niepłodność jako taka, jest czynnikiem sprawczym zwiększonego odsetka defektów. Ale czy można zakazać rodzenia dzieci po naturalnym poczęciu skoro notuje się wady i czy można na tej samej drodze odmawiać leczenia niepłodności bo istnieje ryzyko defektu? Po szóste - są niezwykle zagorzali przeciwnicy mrożenia zarodków. Jest bardzo wiele argumentów przemawiających za. Natomiast elementarna wiedza o rozrodzie, której wielu brakuje, wskazuje, że aby zaistniała ciąża i poród muszą być spełnione dwa kluczowe warunki: musi być zarodek dobrej jakości (w naturalnym rozrodzie 60-70% zarodków obciążonych jest defektami genetycznymi, im starsza kobieta tym więcej) i musi być odpowiedni stan anatomiczny i czynnościowy endometrium (błony śluzowej macicy). Przeniesienie (transfer) zarodka na nieprzygotowane endometrium, jak chcą przeciwnicy mrożenia, to tak jak „skazanie go na śmierć”. Alternatywą jest mrożenie. Podobnie, mrożenie zarodków jest procedurą ratującą przed zagrożeniem życia w zespołach hiperstymulacji jajników. Z licznych opracowań wynika, że ciąże z mrożonych zarodków wykazują mniej powikłań oraz że dzieci rodzą się zdrowsze. A zatem kolejne pytanie. Jakie są rzetelne argumenty aby nie stosować procedury mrożenia? Po siódme - to będzie ostatnie pytanie. Jak wynika z mego rozeznania prawie wszystkie kraje UE mają uchwalone prawo regulujące leczenie niepłodności (30 krajów). W żadnym z nich nie uchwalono zakazu leczenia niepłodności przy zastosowaniu metody In vitro. Natomiast niektóre z nich uchwaliły prawo restrykcyjne, dotyczące liczby embrionów, krioprezerwacji, itp (Niemcy, Włochy), które zmniejsza skuteczność leczenia. Doświadczenia lat ostatnich pokazują, że takie restrykcyjne prawo skutkuje „turystyką prokreacyjną”, która jest dobrze udokumentowanym zjawiskiem w obrębie Unii Europejskiej. Jest jedna drobna uwaga. Na tego typu turystykę mogą pozwolić sobie ludzie za-możni, których stać na wszystko, na omijanie restrykcji we własnym kraju. I teraz ostatnie pytanie. Dlaczego jest tyle zawziętości w stosunku do „maluczkich”, którzy powinni być otoczeni szczególną troską, którzy mają takie same pragnienia jak bogaci a których po prostu nie stać na leczenie we własnym kraju nie mówiąc już o zagranicy. Prof. zw. dr hab. n. med Marian Szamatowicz
  4. Nasze, jako lekarzy, postrzeganie świata jest zdeterminowane przez medycynę. Nie umkną naszej uwadze symptomy choroby dostrzeżone u bliźnich. Żartobliwie mówimy czasem "Strassen Diagnose” kwitując najbardziej malownicze i patognomoniczne objawy. Proponuję percepcję sztuki wizualnej, jaką jest malarstwo, przez pryzmat naszego zawodu. Malarze, jako doskonali obserwatorzy i dokumentaliści, uwieczniali na swych dziełach (w sposób świadomy lub nie) cechy, które lekarze mogą ocenić pod względem klinicznym. Część I: Rak piersi w malarstwie Bodaj najbardziej znanym, chodź może nie najbardziej wyrazistym w kwestii patologii klinicznej, jest obraz Batszeba w kąpieli Rembrandta z 1654 roku. Mówi się, że zasinienie i nierówność lewej piersi Batszeby to nic innego jak symptom raka piersi. Ciekawostką jest, że rozpoznanie takie postawiło według różnych źródeł dwóch australijskich chirurgów w latach 80. zeszłego stulecia oraz niezależnie włoski lekarz. Powstała nawet inspirowana obrazem książka "Pierś Batszeby: Kobiety, Rak i Historia” autorstwa Jamesa S. Olsona oraz kilka prac naukowych publikowanych w czasopismach medycznych. Sprawa była najwyraźniej mocno intrygująca, gdyż w 2012 roku naukowcy z Uniwersytetu Twente (Holandia) na podstawie analizy właściwości tkanek zanegowali powyższą diagnozę. Modelką Rembrandta była tutaj Hendrickje Stoffels (kochanka malarza), która zmarła kilka lat później według źródeł historycznych po długiej chorobie lub podczas epidemii dżumy. Bardziej spektakularne symptomy nowotworu piersi możemy dostrzec na obrazach P. P. Rubensa. Jako przedstawiciel realizmu uwieczniał na swoich pracach dokładnie to co widział. Pozwala nam to zauważyć oznaki choroby u przedstawianych przez niego postaci. Jedna z gracji (pierwsza z prawej) z obrazu Trzy gracje (1637-38) ma otwartą ranę, "skórkę pomarańczową", przemieszczenie brodawki sutkowej, widoczny guz i powiększone węzły pachowe po stronie lewej. Innym dziełem Rubensa mogącym być dla nas materiałem do analizy klinicznej jest Diana i jej nimfy podglądane przez satyry (1616). Znowu lewa pierś centralnej postaci kobiecej obrazu wykazuje znamiona chorobowe w postaci deformacji. Bardzo podobne kliniczne cechy raka piersi ma przedstawienie Eurydyki z obrazu Orfeusz i Eurydyka tego samego autora. Pozwala to wysunąć przypuszczenie, że do wszystkich trzech dzieł pozowała Rubensowi ta sama modelka. Portret młodej kobiety (La Fornarina) Rafaela z 1520 roku to kolejny przykład na to, jak malarz udokumentował objawy choroby u swej modelki. Młoda kobieta sportretowana przez artystę prawą dłonią jednocześnie zasłania i wskazuje na guz deformujący lewą pierś. Giovanni Battista Crespi (Il Cerano) na jednym ze swoich fresków (La Madonna libera Milano dalla peste) przedstawił Madonnę o widocznych powiększonych węzłach chłonnych oraz ze zmianą skórną w obrębie górnego kwadrantu prawej piersi. Fresk przedstawia Madonnę wybawiającą Mediolan od plagi. Czyżby autor celowo zobrazował w ten sposób „plagę” mylnie przyjmując oznaki raka piersi za objaw choroby zakaźnej? Lek. Beata Tomaszewska, specjalista chorób wewnętrznych
  5. Są takie sympozja, które są czymś więcej niż suchą akademicką debatą czy spotkaniem branżowym. Aranżują spotkanie różnorodnych specjalistów, ekspertów i autorytetów, by zmierzyć się z prawdziwymi wyzwaniami współczesności. Dają szansę na przełomowe, nowe spojrzenie, wytyczają nowe szlaki i zwracają uwagę społeczeństwa na ważne tematy. Bez wątpienia należy do nich wrocławska Konferencja "Główne wyzwania HIV / AIDS w Polsce" 10 IV 2017. W imieniu kierowników naukowych konferencji: prof. dr hab. Elwiry Marszałkowskiej-Krześ oraz prof. dr hab. Andrzeja Gładysza zapraszamy do udziału (Wrocław, sala konferencyjna Dolnośląskiej Izby Lekarskiej, ul. Matejki 6, 10.04.2017 g. 12.00). Rejestracja: http://fundacjaegida.pl/konferencje.html# Jak rozwiązać problemy ostracyzmu społecznego osób żyjących z HIV? Jak zwiększyć dostęp do świadczeń pozamedycznych dla tych osób? Jak utrzymać dotychczasowy wzorcowy standard opieki medycznej stworzony w Polsce? Jak zachęcić do badań w kierunku HIV? Jak pomóc w radzeniu sobie z aspektami życia w rodzinie i w społeczeństwie osób żyjących z HIV i ich bliskich? Jak żyć z osobą współzakażoną (związki mieszane)? Wystąpienia ekspertów z całej Polski oraz owocna dyskusja, do której zaprosimy wszystkich uczestników, pozwolą na wypracowanie rozwiązań odpowiadających na rosnące wyzwania związane z profilaktyką przed ekspozycyjną, życiem z HIV / AIDS. Wśród zaproszonych gości są eksperci z dziedzin medycznych, prawniczych, etycznych i społecznych. Konferencja skierowana jest do lekarzy, pielęgniarek, innych pracowników podmiotów leczniczych, prawników, teologów, przedstawicieli edukacji (nauczycieli i pedagogów, pracowników kuratoriów), firm ubezpieczeniowych i wszystkich dla których problemy HIV i AIDS są istotne. Program konferencji Główne wyzwania HIV / AIDS w Polsce Źródło: materiały fundacji EGIDA Program_konferencji_GWHA.pdf
  6. Przyszedł rak nieborak...

    Dzisiaj ponoć każdy ma raka, ale nie każdy jeszcze o tym wie. Ja się dowiedziałem. Pełen życia, energii, pasji, zajęć i nagle bang. Trochę jakby biec i zderzyć się ze ścianą. Chwila po diagnozie to oczywiście wizyta w Internecie. Medyczne strony przeczytane wszystkie. Jaki to rak, jakie stadium, jakie rokowanie, jakie leczenie. Wszystko. No ale potem przychodzi kolejny dzień i kolejny i powoli żyje się z tym nowym towarzyszem. Ale wciąż brakowało mi informacji o takim codziennym funkcjonowaniu, o tym co będzie, jak to wszystko wygląda. I właśnie o tym chcę opowiedzieć. Przychodzi pierwszy dzień chemioterapii. Od razu zaznaczam, że są różne rodzaje i metody leczenia, ale ja opowiem o swojej chemii. Na początek nawodnienie, czyli odpowiednia dawka krystaloidów, trochę magnezu i mannitol. A potem przyjeżdża wózek z "workami na śmieci". Cztery dwulitrowe worki kolorowych płynów, kilka drenów, pompa infuzyjna i ruszamy. Już nie było mi do śmiechu. Nagle poczułem, co się dzieje. Że to jest naprawdę poważne. Że rak to choroba, którą można wygrać, ale te smutne historie dookoła też są prawdziwe. Patrzę na krople jak spadają i czekam kiedy się zacznie. Kiedy zwymiotuję, kiedy brzuch zacznie boleć, kiedy będą pierwsze objawy. Ale nie dzieje się nic. A przepraszam. Po tylu litrach odwiedzam toaletę co 5 minut. Na zmianę z sąsiadem, którego chemia obdarzyła biegunką. Jedna, druga gazeta, film, Internet, odwiedziny i jakoś te godziny lecą. Przychodzi wieczór i powoli coś zaczyna się dziać. Jest mi słabo. Opadam z sił. Poprosiłem o leki nasenne i odpłynąłem. Niestety z rana kolosalnie silne nudności. Szybka interwencja białego personelu, trochę zastrzyków, kroplówki do płukania i obyło się bez wymiotów. Kilka godzin później w obstawie torecanu wychodzę do domu. Kolejne dni to zawieszenie. Osłabienie, brak skupienia i ogromny, największy w życiu kac. Uczucie jakby się miało kaca. Coś czego nie da się opisać. Żadna pozycja w łóżku, na stojąco, na plecach czy na boku - wiecznie niewygodnie, wciąż coś przeszkadza. Ciało jakby obce, jakby stało z boku. Tu noga boli, tam coś kłuje. Najgorsze jest jedzenie. Albo raczej niechęć do jedzenia. Każdy oczywiście odczuwa to indywidualnie. Ja, wielki fan słodyczy, nie mogłem nawet o nich myśleć, bo od razu mną zarzucało. Jedynym darem była szyneczka. Kromeczka z szyneczką. I tak przez 3 dni. I te ubywające kilogramy. Dieta cud! No a potem powrót do życia. Normalnego funkcjonowania. Osłabienie trwało przez około tydzień. Ale dało się normalnie żyć, pracować. Dużo wcześniej chodziłem spać, aktywność fizyczna zdecydowanie na nie. Niestety dopadła mnie silna neutropenia. Potrzebny czynnik wzrostu. I tak zabawa w kotka i myszkę, aby wyrównać wyniki, które są raz za wysokie, raz za niskie. W tym okresie zaczęło się wypadanie włosów. Na początku pojedynczo, potem coraz więcej. Wreszcie podczas pewnej kąpieli patrzę a tu pływa ich stado wokół mnie. Patrzę do lustra i wyglądam jak wyliniały szczur. Nie było już odwrotu. Maszynka w rękę i na zero. Wtedy pojawiła się pierwsza i jedyna łza w oku. Zobaczyłem, że mam raka. Wyglądałem, że mam raka. I czułem się wciąż źle. Każda kolejna wizyta na onkologii to witanie się z nowymi znajomymi. Taka ‘’nowa rodzina”. Bo wciąż się tam spotykamy co 2-3 tygodnie. Wciąż pobierają nam krew, mówią czy będzie dziś chemia, czy walczymy z wynikami. Są dni, że zbiorowo opuszczamy oddział, bo tak się stało, że każdy ma złe wyniki. Każdy życzy sobie zdrowia, wymieniamy się nową książką do czytania podczas wielogodzinnego oczekiwania. Po tak długim okresie kłucia na widok igły mam już odruchowy skręt głowy w bok. Dawniej nie bałem się kłucia. Dziś już mam go po prostu dość. Jest oczywiście propozycja portu, ale uważam, że jest to zarezerwowane dla osób z totalnym brakiem żył albo bardzo wyniszczonych chorobą. Ważne rzeczy to dieta i higiena jamy ustnej. Zmieniłem zdecydowanie podejście do jedzenia. Regularne, zdrowe 5 posiłków dziennie, odrzucenie tego co złe. Duże ilości płynów. Suplementacja witamin. Owoce, owoce, owoce. To faktycznie pomaga. Wyniki są lepsze. Słynny sok z buraka. Do tego po każdym posiłku mycie zębów, płyn do płukania. Żeby nie było grzybicy. Potem powrót do domu, do życia. Każdy dookoła nagle zauważa, że masz raka. Każdy dopytuje, współczuje, pyta czy nie pomóc. Sporo dobrego można usłyszeć. Ale też wiele osób nie wie jak zareagować, jak zapytać, jak się zachować. Czy boli? Nie. Jest dużo nieprzyjemnych chwil, złego samopoczucia, rozbicia, przygnębienia, zdecydowanie osłabienia, ale nie boli. I tak trzeba żyć z dnia na dzień. Aż rozpadnie się nasz ‘’związek” z tym rakiem. Nie wolno się poddawać, nie wolno myśleć o tym, że coś pójdzie nie tak. Ważne jest odpowiednie podejście, zdrowy rozsądek i przede wszystkim dobre zorientowanie w temacie. Oczywiście każdy pacjent onkologiczny po jednej wizycie w szpitalu jest specjalistą w tym zakresie. Każdy jest zaznajomiony ze specyfiką leczenia, jego działaniem i skutkami ubocznymi. I to jest ważne, bo wiemy czego się należy spodziewać. Już dziś mówi się o raku jak o kredycie czy grypie. I tak należy do tego podchodzić. To sprawa przejściowa, do przeżycia, do wygrania. Każdego może dopaść, ale dzisiaj wiemy jak z nią walczyć i dajemy sobie radę. Imię i nazwisko autora - lekarza do wiadomości Redakcji
  7. Rozmowa z dr Henryką Bochniarz, ekonomistką, założycielką i prezydentem Konfederacji Pracodawców "Lewiatan". Jako przedsiębiorca, członkini organizacji pozarządowych, polityk i publicystka od lat jest aktywnie zaangażowana w życie społeczne w Polsce. Od 2016 roku jako reprezentant strony przedsiębiorców przewodniczy Radzie Dialogu Społecznego, gdzie w ramach konsultacji społecznych planuje rozpocząć ogólnopolską debatę m.in. na temat polskiego systemu opieki zdrowotnej. Mateusz Malik: Pani Prezydent! Rada Dialogu Społecznego, której Pani przewodniczy od 22 października 2016 roku, czyli nowa wersja Komisji Trójstronnej to przestrzeń do rozmowy między stroną rządową, pracodawcami i pracownikami. Co udało się osiągnąć dzięki temu ciału w ciągu pierwszego roku jego działania? Henryka Bochniarz: Początek działania nowej instytucji jest zawsze trudny, dlatego na tej podstawie trudno ocenić jaki będzie ciąg dalszy funkcjonowania RDS. Nie jest to jednak tylko nowa wersja Trójstronnej Komisji. To był pierwszy rok obowiązywania nowej ustawy o Radzie, którą obecnie wypełniamy treścią. W ustawie są ogólne zapisy, nowe kompetencje i zasady działania instytucji, które muszą zostać przełożone na konkretne, szczegółowe, wewnętrzne regulacje, jak np. system głosowania podczas posiedzeń, czy jest konieczność sporządzenia protokołu, itd. Ten pierwszy rok był wyjątkowy także dlatego, że był to pierwszy rok funkcjonowania rządu, który zasypał nas dziesiątkami projektów legislacyjnych. Policzyliśmy, że konsultowaliśmy w tym czasie ponad 500 ustaw. Jednocześnie wielokrotnie wykorzystywany był np. mechanizm projektów poselskich, czyli ominięcia RDS w związku z tym, że te projekty nie podlegają konsultacjom społecznym. Zapytałam kiedyś jednego z ministrów, dlaczego własny projekt dał do podpisania posłom, aby uniknąć dyskusji w Radzie. Powiedział, że konsultacje społeczne są strasznie czasochłonne… [śmiech]. Fakt, są. Ale właśnie po to się je robi, aby dowiedzieć się jakie są argumenty partnerów społecznych, racje różnych stron i jak można je pogodzić. To stanowi o jakości i trwałości prawa. W trakcie mojego przewodniczenia, czyli niemal do końca 2017 roku, musimy przygotować nowelizację ustawy o Radzie Dialogu Społecznego. Już wiemy, co działa, a co wymaga poprawy, np. funkcjonowanie WRDS-ów. W dobie decentralizacji będą się stawały coraz ważniejsze. Kiedyś były usytuowane przy wojewodach, a w obecnej ustawie przypisano je do marszałków, którzy z tego narzędzia w większości nie korzystają… Musimy to uporządkować, jak również poprawić finansowanie dialogu w regionach. W tej chwili nie ma środków nie tylko na ekspertyzy, ale nawet na zakup wody dla uczestników dyskusji. A jakie najważniejsze cele szykują się na obecny rok? Ponieważ mamy za sobą okres, który nazywam „legislacyjnym tsunami”, nie wystarczyło czasu, aby nad wieloma ważnymi sprawami należycie się pochylić. Albo pojawiał się projekt budzący kontrowersje, do którego Rada musiała się odnieść, albo wnioski o pilną interwencję, m. in. w sprawach zamówień, publicznych, hutnictwa, handlu cementem i musieliśmy błyskawicznie wydać w tych sprawach opinię. Chciałabym, aby Rada nie była instytucją zajmującą się wyłącznie sprawami bieżącymi, których są dziesiątki, ale przede wszystkim podejmującą kwestie o strategicznym znaczeniu dla naszego kraju. Mieliśmy już uzgodnienia w sprawach ważnych dla wszystkich, jak np. w sprawie wprowadzenia minimalnej stawki godzinowej, likwidacji tzw. syndromu pierwszej dniówki czy dopuszczające wydłużenie okresu odwołania od zwolnienia z pracy. Chciałabym, aby Rada była jeszcze bardziej aktywna, wychodząca z inicjatywą. Wśród tematów, które chcemy podjąć w tym roku są, m. in.: dostosowanie kompetencji pracowników do potrzeb rynku pracy, zasady funkcjonowania i finansowania ochrony zdrowia, jak również stworzenie warunków do rozwoju innowacyjnej gospodarki. W czasie, kiedy jest spokój, choć obecna sytuacja polityczna jest napięta, musimy wspólnie ustalić ważne tematy, którymi powinniśmy się zająć w sposób odpowiedzialny i w dłuższej perspektywie niż wyborcza. Czy to się uda, nie wiem. Chciałabym także, aby sama idea dialogu stała się ważna. Niestety nie mamy w Polsce umiejętności rzeczowej rozmowy… A problemy nabrzmiewają. Barack Obama w swoim pożegnalnym wystąpieniu mówił o potrzebie dialogu i funkcjonowaniu w bańkach informacyjnych. Ludzie są przyzwyczajeni do słuchania tych, którzy myślą tak samo lub podobnie i są zamknięci na argumenty, z którymi się nie zgadzają. Nam w Radzie udało się już w dużej mierze przejść ten etap i w wielu kwestiach związkowcy słuchają argumentów pracodawców i vice versa, nawet w tak trudnych kwestiach, jak minimalna płaca godzinowa. W związku z narastającym kryzysem politycznym w państwie, w grudniu zeszłego roku, partnerzy społeczni zajęli wspólne stanowisko, apelując do polityków o dialog i porozumienie. Jednak gdy działamy pod presją czasu, to związkowcy patrzą na daną sprawę tylko pod kątem interesów pracowniczych, a pracodawcy - gospodarczych i nie ma przestrzeni do realnego dialogu. Jeśli dotyczy to spraw tak ważnych dla Polaków, jak służba zdrowia, czy edukacja, to Rada powinna mieć czas, aby odpowiedzialnie odnieść się do propozycji rządu. Pośpiech przekłada się niestety negatywnie na jakość prawa. Rada Dialogu Społecznego dysponuje dobrym instrumentem, który powinien być częściej wykorzystywany, czyli może wnioskować o przeprowadzenie wysłuchania publicznego w ważnej sprawie, objętej zakresem jej właściwości. W sprawie reformy edukacji właściwie wszystkie organizacje, poza Solidarnością, która wstrzymała się od głosu, podpisały się pod wnioskiem o lepsze przygotowanie tej ustawy. A reforma, po niedawnym podpisaniu przez Prezydenta, ma wejść w życie 1 września! Na kolejnym posiedzeniu plenarnym RDS zaplanowana jest dyskusja na temat reformy systemu ochrony zdrowia i potrzebie postrzegania wydatków na ochronę zdrowia, jako inwestycji w przyszłość Polski. Oddolnie powstało bardzo wiele grup, które, pomimo sprzecznych interesów, postulują odpowiedzialne podejście do reformy, dlatego powinny mieć możliwość przedstawienia swoich racji. Mam nadzieję, że strona rządowa będzie podczas tej dyskusji należycie reprezentowana. Niestety, często jest tak, że przychodzi do nas minister, który wygłasza swoją opinię, po czym wychodzi. Zostawia urzędników, którzy wszystko notują, ale nie mają mocy decyzyjnej. Nierzadko wygląda to tak, jakby od początku nie zamierzał w ogóle wsłuchać się w opinie innych. RDS musi stanowić taką płaszczyznę, na której będzie można wyrazić swoje zdanie, nawet jeśli ono nie zostanie zaakceptowane ze względu na rangę innych argumentów. Na tym polega dialog. Ale trzeba argumentów wysłuchać i na nie odpowiedzieć, a nie ignorować, bo wtedy mamy tylko serię monologów. Pytanie trochę ad vocem: Od wielu lat rola państwa sprowadza się do kryzysowych interwencji. Brakuje nam planowania, myślenia długofalowego na okres dłuższy niż jedna kadencja rządu czy parlamentu. To także jedna z bolączek ochrony zdrowia. Czy można wszystko zrzucić na niską jakość klasy politycznej? Czy są jakieś inne tego przyczyny? Myślę, że zawsze jest tak, że pole do rozmowy stwarzają ci, którzy mają największą władzę. Na nich też spoczywa największa odpowiedzialność. Dobrze, że pozostali także mogą się zorganizować, oprotestować, a jak przyjdzie 50 tysięcy ludzi, to jest nadzieja, że ktoś ich wysłucha. To jednak nie liczba decyduje o posiadaniu racji. Koszty takich „ćwiczeń” są duże. W Polsce, gdy pojawia się problem, nie ma zwyczaju, aby już na samym początku usiąść i rozmawiać. Problem musi przybrać takie rozmiary, że nie ma wyjścia i trzeba ludzi wysłuchać. Ale wtedy, „pod ścianą”, oferuje się nieprzemyślane rzeczy. Myślę, że powodem tego, że stronimy od autentycznego dialogu jest to, że nasza demokracja jest jeszcze bardzo młoda i nie zbudowaliśmy dotąd wielu instytucji, które w takich sytuacjach są bardzo pomocne. Mieszkałam przez kilka lat w Ameryce i wciąż na bieżąco śledzę to, co tam się dzieje. W związku z tym nie boję się o USA, pomimo tego, że prezydentem został człowiek bez żadnego doświadczenia w zarządzaniu państwem. W systemie amerykańskim jest tak wiele bezpieczników, że Ameryka sobie z tym wyzwaniem poradzi. Natomiast my tego w Polsce nie mamy. Nasze organizacje pozarządowe są wciąż słabe i niedofinansowane, bo po okresie funkcjonowania w gospodarce PRL przedstawiciele starszego pokolenia na samą myśl, że mają się z kimś zrzeszyć i zorganizować, od razu się wycofują. Ludzie nie mają na to czasu, nie mają też na to pieniędzy. Ale, co najważniejsze, nie są tego nauczeni. Kiedy przyjechałam do Ameryki i zaczęłam uczyć na uniwersytecie, to w ciągu miesiąca byłam członkinią około trzydziestu różnych grup! Przychodził do mnie przedstawiciel każdej z nich i coś proponował. „Słuchaj! Mamy wspólne czytanie książek.”, „Mamy spotkania z farmerami i potrzebujemy wolontariusza, który będzie im tłumaczył różne sprawy”, itd. To było niesamowite. Człowiek od razu stawał się częścią czegoś! U nas, jeśli sami o coś nie zawalczymy, nikt nie przyjdzie i nie powie co mamy robić. Narzekamy więc na brak społeczeństwa obywatelskiego… Nasza demokracja jest na etapie może nie noworodkowym, ale takiej młodzieńczej burzy hormonalnej… Tak. Dlatego tym większa jest odpowiedzialność ludzi, którzy rządzą. W czasach Komisji Trójstronnej, która nie była idealna, pamiętam okres przewodnictwa premiera Jerzego Hausnera, który bardzo szanował partnerów społecznych. Mimo, że kłóciliśmy się co do setek spraw, to był czas, gdy Komisja podjęła szereg wspólnych decyzji, bo minister finansów podchodził do dialogu w sposób poważny. Jeśli takie będzie podejście władzy, to przy wszystkich różnicach, osobistych sympatiach i antypatiach uda się wiele rzeczy ustalić. Kolejnym problemem jest to, że gorący spór polityczny uniemożliwia kontynuację. Jeden rząd podejmuje zobowiązania, a kolejny „wyrzuca je wszystkie do kosza”, tylko dlatego, że były to decyzje poprzedników. Za każdym razem na nowo musimy „odkrywać Amerykę”. Jaka jest najwłaściwsza droga? Czy to obywatele muszą dojrzeć i wybrać taką odpowiedzialną władzę, czy to państwo musi sobie wychować obywateli? Dochodzimy tutaj do bardzo ważnej kwestii, czyli edukacji. Bo jeżeli Ameryka jest taka, jaką ją znamy, to dlatego, że od przedszkola cały czas stawia się na pracę zespołową! Dzieci uczą się tego i są oceniane z umiejętności pracy w team'ie. Pamiętam jak moja córka podczas zajęć w szkole jednego dnia była obrońcą, a drugiego prokuratorem w tej samej sprawie. To ją zmuszało do formułowania dobrych argumentów i wyważenia racji. To prawda, że Ameryka jest krajem indywidualistów, ale z drugiej strony, ma świetnie wyćwiczony sposób wspólnego działania w każdej kwestii. A gdzie się tego uczy w Polsce? Kolejna ważna kwestia to wolontariat. W USA szalenie liczy się na każdym etapie kariery, ponieważ uczy zauważania innych, ich problemów, racji, doświadczeń. Nie chcę przez to powiedzieć, że Ameryka jest idealna, bo to nieprawda, ale pewne rzeczy możemy zapożyczyć od Amerykanów, bo stanowią fundament ich sukcesu w wielu dziedzinach. Natomiast w Polsce, wszelkie formy społecznego zaangażowania nie są dobrze widziane - dotyczy to zarówno pracowników, jak i pracodawców. W RDS mamy cztery organizacje reprezentatywne pracodawców i trzy związkowców. Kryteria reprezentatywności to, m. in., zrzeszenie pracodawców zatrudniających łącznie co najmniej 300 tysięcy pracowników. To nie jest oszałamiająca liczba w kraju, w którym pracuje 16 milionów osób. Po stronie pracodawców jest więcej dużych firm, korporacji, bo one rozumieją jak to jest ważne… Po stronie związkowej natomiast, uzwiązkowienie jest na poziomie ok. 12% i są to w dużej mierze starsi ludzie. Czy w Polsce w obliczu spadającego bezrobocia, rosnących zarobków i dużego popytu na siłę roboczą możemy już mówić o zjawisku dotąd niespotykanym, o „rynku pracownika”? Tak. Prognozowaliśmy, że to się wydarzy. Jeśli spojrzymy na trendy demograficzne, to zjawisko „rynku pracownika” będzie się pogłębiało. Widzimy ogromną emigrację Polaków, szczególnie młodych. Mamy wiele sygnałów z różnych miejsc, że nie ma ludzi do pracy. I to nie tylko w służbie zdrowia, gdzie zawsze był problem i gdzie skala wyjazdów zarobkowych była i będzie duża. Dawniej istniała bariera językowa i obawy starszego pokolenia przed zmianami. A młodzi ludzie, którzy zaczynają już na studiach jeździć po świecie w ramach Erasmusa i innych programów, jeszcze nim skończą edukację, mają szereg propozycji pracy. Wykształcenie lekarza sporo kosztuje, więc zagraniczni pracodawcy chętnie przyjmują lekarzy z Polski, i organizują dla nich potrzebne kursy, czy szkolenia. W ramach umowy CETA, która wzbudziła takie kontrowersje w Europie, Kanada zadeklarowała, że europejskie dyplomy lekarskie będą uznawane po obu stronach Atlantyku. Dotyczy to także innych kwalifikacji przedstawicieli tzw. wolnych zawodów. Jakie mogą być tego konsekwencje w kontekście środowiska medycznego? Musimy tworzyć strategiczną, wieloletnią politykę, dzięki której fachowcy, w których jako społeczeństwo inwestowaliśmy, finansując szkolnictwo zawodowe i wyższe, będą chcieli zostać w Polsce. Bez tego, sytuacja może być niezwykle trudna. A nie jest to tylko kwestia pieniędzy! Często słyszę argument, że my nie jesteśmy w stanie zaoferować tego wszystkiego, co np. w Danii, czy Szwecji… Oczywiście, że nie. Ale gdyby na przykład lekarze mieli szansę na systematyczny rozwój, gdyby zamiast wypełniać stosy papierów, mogli skupić się na leczeniu pacjentów, to myślę, że chcieliby choć spróbować pracy w Polsce. Gdy Polska została członkiem Unii Europejskiej, Ambasada w Londynie zorganizowała spotkanie z pierwszą grupą pracowników, która przyjechała z Polski do Anglii legalnie i na normalnych warunkach. Jak wtedy z nimi rozmawiałam, a była to bardzo zróżnicowana, kilkudziesięcioosobowa grupa, to wszyscy patrzyli w przyszłość z wielkim optymizmem. Zapytałam ich, kto planuje wrócić do kraju i wówczas chęć powrotu zadeklarowało ok. 90%. Planowali popracować ok. 3-4 lata, zarobić na mieszkanie, samochód i wrócić. Podczas ponownego z nimi spotkania, 2 lub 3 lata później, nie wiem czy 5% odpowiedziało twierdząco na to samo pytanie. Gdy zapytałam ich dlaczego, to wcale nie mówili o pieniądzach. Dla nich ważne było to, że tam ludzie się do siebie uśmiechają, że jest spokojniej, że nie są zmuszani do niemożliwego, do dokonywania oportunistycznych wyborów. Łatwość i wyższa jakość życia, wynikająca z większego zaufania i kapitału społecznego, powodują, że Polacy niechętnie wracają do Polski. Ta grupa podkreślała, że pomimo tego, że są obcokrajowcami, traktuje się ich poważnie. Jak przychodzą z jakimś pomysłem, a mają tych pomysłów całą masę, to zawsze są wysłuchani i albo się te pomysły wdraża, albo się z nimi rozmawia i spokojnie tłumaczy, dlaczego jest to niemożliwe. Warunki finansowe są lepsze i jeszcze bardzo długo będą lepsze, ale podkreślam, że to nie jest najważniejsze. Daje do myślenia… Młodzi lekarze, w tym lekarze rezydenci (czyli w trakcie specjalizacji na „państwowym” etacie) działają od ponad roku na wielu polach. Głównym bodźcem do tych działań były pogarszające się warunki pracy, niejasne zasady kształcenia, łamanie praw pracowniczych, brak waloryzacji wynagrodzeń, ich rażąca nieproporcjonalność do odpowiedzialności, jaką ponosi lekarz i brak perspektyw na jakąkolwiek zmianę. Po ogromnych przedsięwzięciach, to jest akcje typu adoptuj posła, senatora, izbę lekarską, po wielotysięcznych manifestacjach w Warszawie (także zrzeszona demonstracja wszystkich zawodów medycznych), po licznych listach i petycjach do przedstawicieli władz poszliśmy, jako młodzi medycy, nawet nie o krok naprzód. Wciąż nasze możliwości jako pracowników systemu są bardzo ograniczone. Wciąż istnieje „wolontariat”, wciąż nie wszyscy lekarze, którzy kończą studia mają możliwość zatrudnienia i rozwoju, wciąż nie mamy od władz sygnałów, że jesteśmy tu potrzebni, spada liczba przyznawanych etatów rezydenckich. Czy według Pani wiedzy to, co proponuje władza ma jakiekolwiek szanse zmienić naszą sytuację, czy jest to tylko „kupowanie” spokoju? Cieszę, że się zebraliście i działacie wspólnie. Bez tego niewiele można osiągnąć. Problemy mogą mieć różne kolory w różnych placówkach zdrowotnych, ale system jest tak samo chory wszędzie. Natomiast rezydenci prawdopodobnie będą krytykować Radę Dialogu Społecznego za to, że podnosimy sprawę finansowania staży rezydenckich z Funduszu Pracy*. Zaczęliśmy o tym rozmawiać już w poprzednim roku, w okresie przewodnictwa Piotra Dudy w RDS. Z jednej strony wiadomo, że nie ma pieniędzy w budżecie, a lekarzom trzeba wypłacać wynagrodzenia, ale z drugiej strony, w ustawie o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy nie ma ani słowa o finansowaniu z tych środków wynagrodzeń lekarzy-rezydentów. Z takiego rozwiązania nikt tak naprawdę nie jest zadowolony. Ani lekarze, bo jest to rozwiązanie przejściowe, ani pracodawcy, którzy płacą na fundusz, który powinien służyć innym celom i nie mają wpływu na sposób wydatkowania tych środków. Podobnie jest z Funduszem Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych. Słyszałem niedawno, że im lepszy lekarz, tym będzie gorszym dyrektorem szpitala… Pewnie są jakieś chlubne wyjątki, ale według mnie... szkoda lekarza. Sprawami zarządzania powinni zajmować się przygotowani do tego menadżerowie, a nie lekarze. Miałam okazję przez ostatni rok przyglądać się temu z bliska i w zarządzaniu szpitalami jest wiele rzeczy, które absolutnie trzeba zmienić. Personel szpitali to często współcześni siłacze i siłaczki. Cały system jest przeciwko nim, a oni próbują pomóc pacjentom. Jeśli uda się skompletować zespół, który będzie się w stanie dogadać, to pomimo trudnych warunków, można dobrze funkcjonować i realizować wspólne cele. Ale to rzadkość. Dlatego ludzie rezygnują, wyjeżdżają do innych miast, innych państw, poszukują lepszego życia. A średnia długość życia rośnie i będziemy mieli coraz więcej starszych osób. Wszyscy oczekują, że dostaną pomoc medyczną w ramach środków publicznych. I ta dynamicznie rosnąca fala pacjentów oczekujących pomocy po prostu nas zaleje. Powoli prywatna służba zdrowia robi się podobna do publicznej - w wielu miejscach jest tak samo przeciążona. Wcześniejsze przechodzenie na emeryturę, może ten problem pogłębić. Człowiek pozbawiony rutyny chodzenia do pracy zaczyna „chorować”. Podsumowując, popyt rośnie, podczas gdy mamy ogromną emigrację, niski wskaźnik demograficzny i 500+, które może skłaniać ludzi do wycofania z rynku pracy. Gdyby istniał dobry system opieki zdrowotnej, dzięki któremu ludzie w wieku post-emerytalnym byliby w dobrej formie, staliby się oni wartościowym, koniecznym uzupełnieniem luk na rynku pracy. Tak jak w Japonii, gdzie w McDonaldzie pracują i studenci, i staruszkowie… To osobna bajka. Nam grozi niesamowity kryzys! Myślę, że tych trendów już nie cofniemy. Europejczycy nie chcą i nie będą się rozmnażać. Zabraknie nam po prostu rąk do pracy. Jedyną szansą jest imigracja ludzi ze świata… Kiedy mieszkałam w Stanach, to w naszej przychodni wśród lekarzy pierwszego kontaktu, Amerykanów było około 10%. Wszyscy inni to obcokrajowcy! I nie było to pokolenie, które się tam urodziło. Cieszyli się, że przyjechali do Ameryki, że mogli tam studiować. Polskę czeka to samo. Dlatego to nasze bronienie się przed obcokrajowcami jest dla mnie specyficzne. Świadkiem na moim ślubie, wieki temu, był Etiopczyk, przyjaciel mojego męża. Pobieraliśmy się w Zielonej Górze i pamiętam jak za nim leciał tłum dzieciaków, które nigdy nie widziały żadnego ciemnoskórego. Ostatnio przyjechali do nas na wieś w odwiedziny ciemnoskórzy przyjaciele i wzbudzali tak samo duże zainteresowanie wśród dzieci. Ciągle to nie jest oswojony temat. Wszędzie tam, gdzie to jest możliwe - w edukacji, w kościele, powinniśmy pokazywać, że przyjazd imigrantów, często z egzotycznych krajów, jest naturalny i dobry dla nas. Niestety u części naszego społeczeństwa, wciąż budzi sprzeciw. Oczywiście, równocześnie uważamy, że my mamy prawo być w każdym miejscu świata i powinno nam się zagwarantować dobre warunki. Dyrektor szpitala to specyficzny rodzaj pracodawcy. Najczęściej firma, którą zarządza działa w dużej mierze non-profit (jeśli jest to szpital publiczny), a niezależnie od statusu własnościowego pieniądze na działalność najczęściej otrzymuje od państwa, a nie od „klienta”. Z drugiej strony funkcjonujemy w świecie wolnego rynku… Jaki zatem model finansowania służby zdrowia marzy się Pani, jako pracodawcy i przedsiębiorcy? [Śmiech] Uważam, że dobrze funkcjonowały, wprowadzone poprzez regionalne NFZ-ty, Kasy Chorych. Była to idea, aby rozwiązań szukać bardziej „na dole”. Ceny są przecież zróżnicowane regionalnie i dlatego zaczęłabym od tego, żeby oddolnie sprawdzić jak wycenić zestaw usług, który świadczą szpitale. Pytanie tylko, jak niezależni będą ci, którzy pracują w regionalnych kasach chorych. Teraz chcemy zarzucić kompletnie wszystko i wrócić do zamierzchłej przeszłości, co według mnie jest niebezpieczne. Centralne sterowanie przez polityków… W prywatną służbę zdrowia zainwestowano ogromne środki i nie można tego dorobku zmarnować. Jeśli będziemy szli w kierunku, w którym państwowe jest najlepsze, eliminując prywatne, to utracimy punkt odniesienia co do efektywności działań. Musimy się zastanowić do jakiego momentu powinna być konkurencja, a w jakim zakresie podstawowy koszyk świadczeń medycznych powinien być realnie dostępny dla każdego. Nie ma doskonałych systemów. Ja nie znam idealnego kraju. Niektórzy mówią, że to system kanadyjski, ale mam tam sporą część rodziny, która na ten system narzeka i przyjeżdża się leczyć do Polski. W Ameryce nikt nie wie co się stanie z projektem Obamy (Obamacare), który radykalnie podwyższył ubezpieczenia zdrowotne (średnio o 25%). Z drugiej strony znam Amerykanów, którzy nigdy nie byli objęci żadną podstawową opieką zdrowotną i którzy wreszcie weszli do systemu. Wyważenie racji nie jest takie proste. Jednak obserwując niektóre szpitale, widzę ile rzeczy można by było w nich poprawić i to nawet bez „pompowania” w nie milionów złotych. Jeśli między różnymi oddziałami tego samego szpitala mają miejsce zasadnicze różnice wynagrodzeń dla lekarzy o podobnym stażu, to nie jest to normalna sytuacja. Bywa, że tam, gdzie jest więcej pracy, większa odpowiedzialność i stres, są mniejsze zarobki i nikt nie wie z czego to wynika. Jestem przeciwna wywieszaniu publicznie na tablicy, kto ile zarabia, ale ten kto zarządza placówką musi wiedzieć z czego biorą się te różnice. W okresie, gdy prowadziłam własną firmę, dowiedziałam się jak na gospodarność wpływa ego różnych osób - profesorów, ordynatorów. Dostawaliśmy tysiące listów, że np. tu by się przydał tomograf, a tam inne drogie urządzenie. Wówczas się na tym nie znałam i wydawało mi się, że są to na pewno niezbędne potrzeby. Po czym się okazywało, że są to raczej niekontrolowane ambicje pewnych osób, a przykładowy tomograf, który będzie służył tylko kilka lat, bo zaraz zostanie zastąpiony przez nowszy i technologicznie lepszy, jest używany przez 2 godziny dziennie! Wygląda na to, że jesteśmy bardzo bogatym krajem... W USA takie urządzenia pracują przez 24 godziny na dobę. Co więcej, stawiając wiele diagnoz na podstawie tomografii, Amerykanie wykorzystują różnicę czasu. W czasie, gdy Ameryka śpi, badania są wysyłane do Indii, gdzie jest centrum diagnostyczne, a rano lekarz ma już dwie opinie. U nas natomiast, wyrzuca się pieniądze na drogie urządzenia, a nie ma na rzeczy podstawowe. Niezbędna jest zatem kontrola nad wydatkami ze strony menedżerów szpitali. No właśnie, co z tą kadrą zarządzającą? Wszyscy, którzy się znają na zarządzaniu wolą się trzymać z dala od opieki zdrowotnej? Ludzie wiedzą jak bardzo jest ona nieprzewidywalna i upolityczniona. Może Pan mieć świetne pomysły, ale gdy przyjdzie nowa ekipa to i tak wszystkich wymieni. Przychodzą następni, uczą się przez 2 lata, potem zostaje im rok na działanie, a potem zostają zastąpieni przez kolejnych rządzących. W ten sposób nie da się stworzyć długofalowej polityki służącej państwu. Ani ochrony zdrowia, ani edukacji nie da się zreformować w okresie rządów jednej ekipy. Niemal wszyscy młodzi lekarze mają wynagrodzenia na podobnym, niskim poziomie. Natomiast, co się tyczy specjalistów, to w większości szpitali od paru lat rośnie tendencja, aby negocjować z nimi indywidualne umowy cywilno-prawne. Zamiast etatów podsuwa się im propozycję znacznie wyższych zarobków i większość lekarzy się na to zgadza nie bacząc na konsekwencje. A efektem pracy "na kontrakcie" jest utrata tarczy ochronnej zarówno w zakresie odpowiedzialności cywilnej, jak i opieki zdrowotnej i socjalnej. Czy popiera Pani pomysł walki ze „śmieciówkami” w ochronie zdrowia? Nie znam szczegółów tej sprawy. Jeśli dyrektor szpitala może zaoferować umowę, która ograniczy jego koszty, jako pracodawcy, to pojawia się pytanie, jaki sens mają zaoszczędzone w ten sposób pieniądze? Na ile lekarze, którzy decydują się na kontrakt, zaangażują się w życie szpitala? Wiem, że niestety najczęściej i tak przekraczają umowny czas pracy, ponieważ nie chcą zostawić pacjentów. Nie wiem jak stworzyć optymalne rozwiązanie, aby z jednej strony zachować pewną elastyczność, a z drugiej zadbać o bezpieczeństwo. Jesteśmy społeczeństwem nienauczonym tego, jak ważne jest zabezpieczenie na przyszłość. Wrócę do przykładu mojej pracy na Uniwersytecie w Minnesocie. Kiedy moje koleżanki i koledzy profesorowie negocjowali wynagrodzenia, to nie przywiązywali zbytniej wagi do podstawowych stawek, natomiast prawdziwe boje z dziekanem toczyli o ubezpieczenia, emerytury i zabezpieczenie socjalne. Niestety, w Polsce nie uczymy dzieci tego, jak odpowiedzialnie myśleć o finansach, tworzyć budżet domowy! W wielu publicznych instytucjach wciąż funkcjonuje myślenie, że jeśli narobimy długów, to ktoś je później spłaci i jakoś to będzie. Zdobywa się dla placówki urządzenie „za darmo”, czyli za czyjeś pieniądze, a nie bierze się pod uwagę kosztów amortyzacji i utrzymania. Jeśli nie umiemy zarządzać własnym budżetem, to jak mamy być dobrym przełożonym dla tysiąca ludzi? Dziękuję za rozmowę! Rozmawiał: Mateusz Malik, lekarz. Zdjęcia: M. Malik *) Fundusz Pracy - powstała w 1933 r. instytucja, której celem było łagodzenie skutków bezrobocia. Od 1991 r. pozostaje pod jurysdykcją ministerstwa pracy, ma charakter funduszu celowego, a jego budżet stanowią składki obowiązkowe płacone przez pracodawców oraz osoby nieprowadzące działalności rolniczej, dotacji oraz dochodów prowadzonej przez niego działalności gospodarczej, oprocentowania depozytów i udziału w spółkach. Środki te są rozdysponowywane przez urzędy pracy w formie zasiłków dla bezrobotnych, prac interwencyjnych, robót publicznych, szkolenie i przekwalifikowywanie bezrobotnych, rozwój poradnictwa zawodowego oraz na rozwój systemów informatycznych i badania rynku pracy. Od 2009 roku ze środków FP finansowane jest „wspieranie startu kariery osób pracujących w zawodach medycznych”, co w praktyce oznacza finansowanie z niego większości pensji rezydenckich.
  8. Rozmowa z profesorem Janem Szopą-Skórkowskim, wybitnym biochemikiem i biotechnologiem z Uniwersytetu Przyrodniczego we Wrocławiu oraz Wydziału Biotechnologii Uniwersytetu Wrocławskiego. Profesor od wielu lat jest zaangażowany w prace badawcze nad strukturą DNA, metabolizmem roślin i roślinami transgenicznymi, co zaowocowało wynalazkami medycznymi, które znalazły swoje miejsce m.in. w leczeniu wspomagającym trudno gojących się ran. Prof. Jan Szopa-Skórkowski: Będzie pewnie o żywności GMO? Mateusz Malik: Będzie! (śmiech) Temat jest rzeczywiście “odgrzewany” - co jakiś czas powraca. Wiedza o GMO dociera coraz niżej, edukujemy się jako społeczeństwo. Pewne fakty już zaakceptowaliśmy, jak istnienie genów, to, że są wszędzie i że jemy geny. Nie jest to już tak szokujące jak niegdyś. Tym natomiast, czego społecznie nie zaakceptowaliśmy jest fakt, że jemy geny, które są manipulowane. Szkoda, że jeszcze nie zaczęliśmy edukacji w szkołach na temat transgenów i genetycznej modyfikacji. Nie wiem dlaczego. Od tego trzeba by zacząć... Panie Profesorze! Od kiedy ludzkość wykorzystuje w praktyce istnienie genetyki? Od czasu odkrycia podwójnej helisy DNA przez Watsona i Cricka? Od ery eksperymentów Mendla? A może jeszcze wcześniej? Daleko wcześniej. Pierwsze dane wskazują, że zaczęto (jeszcze w sposób nieuświadomiony) manipulować genami 12-13 tysięcy lat temu, kiedy udomawiano rośliny. Wybierano okazy, które się adoptowały do trudnych, przydomowych warunków, a następnie (co według mnie już wkracza w sferę genetyki) krzyżowano ze sobą osobniki, które miały jakieś pozytywne cechy. Na przykład większe nasiona, wysokość, masa. Ale też i zwracano uwagę na jakość - na przykład wybierano mniej toksyczne i o większej produktywności. Zauważono, że coś co rośnie wysoko w górach, gdzie jest sucho i zimno jest odporne na ekstremalne warunki. I krzyżowano takie rośliny z tymi udomowionymi. Nie zdawano sobie sprawy, że to są manipulacje genetyczne, ale już wtedy to się działo. Później historia genetyki powtarza się, ale na coraz wyższym poziomie zrozumienia. Dzisiaj robimy dokładnie to samo. Narażamy organizmy na różnorodne warunki, infekujemy mikroorganizmami, działamy mutagenami chemicznymi, promieniowaniem jonizującym, czyli postępujemy dość brutalnie, po to, aby wywołać dywersyfikację genetyczną. Czyli właściwie nie ma czegoś takiego jak żywność niezmodyfikowana genetycznie? Ja twierdzę, że nie ma. Człowiek wciąż kombinuje jak ją ulepszyć, są tylko coraz subtelniejsze techniki, które pozwalają na bardziej świadomy wybór tego co lepsze. Kierujemy się przy tym nie tylko fenotypem (typu duże, mokre, suche), ale również właściwościami wewnętrznymi (prozdrowotne, przeciwzapalne, przeciwbólowe), które przy użyciu technik genetyki i biochemii możemy nadać lub wzmocnić, a dalej wykorzystać. Obraz medialny tzw. żywności GMO, a zatem jej obraz społeczny jest często wykrzywiony i zdemonizowany. Chciałbym w imieniu licznych zdezinformowanych osób uzyskać odpowiedzi na najprostsze pytania. Bardzo proszę. Czy człowiek może nabyć genetyczne cechy produktu spożywanego drogą doustną? Nie... Ale zawahałem się mówiąc to, ponieważ jest inny obszar zmienności który towarzyszy genetyce, a mianowicie epigenetyka. Inżynieria genetyczna manifestuje się tym, że przerywamy ciągłość genomu, by zmienić organizm. Zaś epigenetyka wprowadza zmiany bez ingerencji w tą ciągłość, a za pomocą metylacji jednego z czterech nukleotydów budujących DNA. Ta doraźna modyfikacja okazuje się mieć niezwykle duże znaczenie. Dziś, jeżeli porównujemy genom niektórych roślin, które udomowiono 12-13 tysięcy lat temu (np, owies, groch) z aktualnie uprawianymi to okazuje się, że największa zmienność dotyczy zamiany cytozyny na tyminę. Dziś wiemy, że jednym z mechanizmów ewolucji jest taka punktowa mutacja, gdy cytozyna ulega metylacji i w następnej rundzie replikacyjnej przekształca się w tyminę. Dziś zatem wiemy, że epigenetyka także towarzyszyła człowiekowi od zarania: selekcjonując rośliny człowiek robił to nieświadomie łącząc ze sobą genetykę i epigenetykę. A wracając do pytania - związki, które jemy mogą doraźnie modyfikować nasz genom, przystosowując go do tego, co dzieje się w środowisku. Gdyby nie ten mechanizm adaptacyjny, to, podejrzewam, nie wyszlibyśmy poza plazmodium. Człowiek dalej by pełzał po ziemi, jak inne prymitywne organizmy. Dzięki epigenetycznej zmienności doskonalimy się, ale doskonali się cała przyroda. Chcę jednak zwrócić uwagę, że to, co jemy nie ma wpływu na przerwanie ciągłości naszego DNA. Taką możliwość w naturze mają wirusy, a laboratorium - ludzie… Wiemy, że wbudować w genom obcy fragment mogą tylko wirusy. Ale jest jeszcze inny ważny, naturalny element zmienności genetycznej. Każdy ludzki genom posiada fragmenty samoprzenoszące się, zwane transpozonami. Zdarza się, że warunki środowiskowe indukują lub akcelerują ten proces. Takim czynnikiem teoretycznie może być to, co spożywamy jeśli przykładowo dietą wzbudzamy reakcję wolnorodnikową. Czy transgeniczne zboże, na przykład z zakodowaną odpornością na środki chwastobójcze może stanowić zagrożenie zdrowia? Czy jest traktowane przez nasz układ pokarmowy tak samo jak zwyczajne? Problem polega tu na czymś innym. Jeśli uodpornimy rośliny na czynniki, którymi je opryskujemy to pytanie na ile trwałe są te związki chemiczne, jak szybko się rozkładają i czy pochodne pestycydów nie mają toksycznego działania. Póki co w środkach, które się używa takich nie ma “nierozkładalnych” substancji. Choćby popularny glifosat rozkłada się, jest katabolizowany całkowicie. My na tym zyskujemy: zachowujemy to, co jest ważne w danej roślinie. A środki ochrony roślin mają istotne znaczenie. Albowiem rośliny, jak każdy organizm, nie żyją w próżni, muszą współdziałać z tzw. mikrobiomem, tak jak i ludzie. Zdarza się, że spośród bakterii czy innych mikroorganizmów, które współżyją z rośliną selekcjonują się takie, które produkują toksyny, które mogą zakazić produkty roślinne. Przykład kiełków kozieradki (często występujące w diecie człowieka) rekrutujących szczep E.coli produkujący toksynę shiga, która spowodowała śmierć 53 osób jest wielce pouczający. Dlatego tak ważna jest ochrona: może nią być tworzenie roślin, które są odporne na te patogeny. W ten sposób nie tylko promujemy produktywność, ale i unikamy obecności toksyn w naszym pożywieniu. Czy znajduje odzwierciedlenie w rzeczywistości stwierdzenie, że warzywa i owoce transgeniczne są mniej smaczne od tych hodowanych w przydomowych ogródkach czy ekologicznych (tu proszę o opinię)? Nikt, póki co, nie odnosił się do smaku, jako czynnika, który miałby determinować użyteczność warzyw czy owoców. Bardziej zwraca się uwagę na czynniki prozdrowotne, rolę zapobiegania chorobom cywilizacyjnym czy czynniki estetyczne jak kolor czy kształt - to jabłuszko jest czerwone, tamto zielone - im bardziej kolorowe, tym lepiej wygląda. Trudno jest definiować smak… Coś jest słodkie, coś jest gorzkie albo kwaśne… Pierwszorzędowym kryterium, który się bierze pod uwagę w modyfikacjach jest wygląd i charakter… Polemizuję tu trochę z mitem, że to, co pochodzi z przydomowego ogródka jest “prawdziwsze”, ponieważ niezmodyfikowane, bez wpływu inżynierii i przez to dużo smaczniejsze niż z supermarketu. Myślę, że jesteśmy przywiązani do tego, co własne i to potęguje wartość dodaną do danego produktu. Ale to dobrze! Co ciekawe - w leczeniu jest podobnie. Widzieliśmy wiele razy, że jeśli ktoś jest pozytywnie nastawiony do naszych lnianych opatrunków, to rany lepiej mu się goją, niż wtedy, gdy jest wobec nich sceptyczny. Myślę, że ta skłonność jest też wynikiem zmian epigenetycznych. Byłoby wspaniale gdybyśmy posiedli taką epigenetycznie regulowaną skłonność kierowania się wiedzą i zdrowym rozsądkiem (w tej kolejności) również w kwestii inżynierii genetycznej. Czy Wrocławska biotechnologia może pochwalić się jakimiś badaniami, odkryciami, wynalazkami związanymi z modyfikacją genetyczną roślin? Powinno się mówić lepiej o innych, ale nie znam przykładu z naszego środowiska, który by demonstrował już wdrożony wynalazek z zakresu inżynierii genetycznej roślin. Nieskromnie zatem chciałbym wspomnieć o dwóch produktach własnych. Jeden z nich jest wdrożony i już dostępny w sprzedaży, a drugi lada moment będzie. Ten pierwszy, z obszaru medycyny to nasze lniane opatrunki, które są od lipca 2016 roku w produkcji. Drugi produkt to olej lniany, a właściwie mleczko lniane, które będzie skutecznym sposobem w zapobieganiu miażdżycy i profilaktyce stanu przedcukrzycowego. Może dlatego tak trudno jest mi znaleźć inne przykłady, o których nie wiemy, że modyfikacja genetyczna żywności jest w świetle obowiązujących przepisów de facto zabroniona. Wszystko, co się obecnie oficjalnie robi w obszarze GMO to zamknięte badania laboratoryjne mające na celu ocenę funkcji genu i raczej eksperymentuje się na organizmach modelowych typu rzodkiewnik. Nikt nie ma odwagi pochwalić się swoimi osiągnięciami i odkryciami... Rozumiem, że w kontekście żywności GMO na styku nauki i polityki tworzy się konflikt… Tak. Bardziej akceptowane jest medyczne zastosowanie modyfikacji genetycznej i dlatego my w to celujemy. Natomiast to żywieniowe praktycznie odpada, bo nie dostajemy zezwolenia na uwolnienie naszych roślin modyfikowanych do środowiska nawet w celach badawczych! To jest problem w skali Polski, Unii Europejskiej czy sięga jeszcze dalej? Dotyczy to wyłącznie Unii Europejskiej, choć za jej przykładem tworzy się ograniczenia w innych miejscach. Jak choćby w Kanadzie, która chcąc eksportować len na rynek europejski eliminuje z upraw transgeniczny. Podobnie w Chinach, gdzie byliśmy ostatnio, ale nie ma tam zakazu prac nad uwolnieniem GMO do środowiska. U nas nie można dostać zezwolenia na takie badania, a jest ono koniecznym elementem wdrożenia. W przypadku naukowego podejścia do tematu nie budzi większych kontrowersji ingerencja w genom bakterii, grzyba, rośliny czy zwierzęcia. Dlaczego pojawiają się takie emocje i dylematy, gdy chcemy “poprawiać” ludzi? Tu czyha trochę niebezpieczeństw. Jednym z nich jest interakcja transgen-endogen. Wiemy z wielu naszych eksperymentów, że jest taka interakcja. Innymi słowy, wprowadzony do genomu transgen jest nie tylko samodzielną jednostką, która daje jakiś produkt, ale on sam ma wpływ na genom. Jak on się objawia? To jest inne pytanie. Przykładowo może promować metylację innych części genomu, które przez to zmieniają się. Nie bierze się tego pod uwagę, ale tak jest. Po drugie, wprowadzenie do genomu ludzkiego obcych elementów może indukować mobilność ruchomych jego elementów, czyli transpozonów. Mają one szereg różnych funkcji. Mogą wbudowywać się w sekwencje regulatorowe innych genów, także w kodony. Jest to, póki co, nieprzewidywalne. Ale coraz więcej wiemy o tym, jak i gdzie należy wprowadzać “poprawki”, aby nie tworzyć nieprzewidzianych zdarzeń. Tym niemniej trzeba mieć świadomość, że przerwanie ciągłość genomu jest stresem, który prawdopodobnie będzie miał konsekwencje. W roślinach (ziemniaki) przerwanie ciągłości genomowego DNA manifestowało się wzmocnioną syntezą katecholamin (hormony stresu obecne również u ludzi). Czyli w przypadku terapii genowych, które widać już na horyzoncie… Należy pamiętać, że nawet zamiana jednego nukleotydu ma swoje odzwierciedlenie w pozostałej części genomu… Dziękuję serdecznie za rozmowę! Rozmawiał: Mateusz Malik, lekarz. Zdjęcia: M. Malik
  9. Na szczęście wreszcie są! Udało się wdrożyć produkt. W Polsce jednak się da, choć najczęściej w bólach: http://www.pkblinum.pl/index.php?lang=pl
  10. Lekarska Mitologia

    Święta, święta i po świętach. Przedświąteczny okres, kończący się rok, pierwszy przepracowany jako lekarz kwartał: ostatnimi czasy miałem mnóstwo okazji do refleksji. Święta się skończyły, elfy wróciły do wioski Mikołaja, więc pomyślałem, że można już wyłożyć kawę na ławę bez posądzenia o bycie jak Grinch. By być medykiem w tym kraju, trzeba chyba być masochistą. Istnieje jeszcze opcja traktowania pracy jako oryginalnego hobby, ale wymaga to spełnienia dwóch warunków: A ) Trzeba mieć naprawdę spaczony gust B ) Inne źródło utrzymania Jestem lekarzem, więc w tym wpisie oceniam otaczający świat na podstawie mojej grupy zawodowej, ale obraz jest zbieżny chyba dla każdego medyka bez względu na profesję. Wiele sprzeczności tkwi w postrzeganiu lekarzy przez społeczeństwo, a dzisiaj zajmę się rozliczeniem kilku dość powszechnych mitów w świadomości ogółu. Mit 1: Ciepła posadka w budżetówce Bardzo często spotykam się z przeświadczeniem, iż lekarze to pracownicy tak zwanej budżetówki, a co za tym idzie nasza praca jest pewna, a nam przysługuje mnóstwo bonusów. Tak. Większość szpitali jest prowadzona przez samorządy. Tak. Część pracowników ma pensje ustalone ustawowo. Ale nie mamy zagwarantowanych „trzynastek” ani darmowych leków. Spotkałem się wielokrotnie z opinią, że górnicy mają deputaty węgla, a lekarze darmowe leki - może kiedyś tak było (tego nie wiem), ale teraz tak nie jest. Kwestia paczek/premii świątecznych jest mocno zróżnicowana, bo są szpitale, które takie świadczenia przewidują, ale również wiele, w których nie może być o tym mowy. Szpitale jako podmioty samorządowe (lub prywatne, ale o dość licznej załodze) na ogół muszą prowadzić fundusz socjalny, ale ujemne wyniki finansowe często prowadzą do albo dość specyficznej konstrukcji regulaminu lub nieprawidłowości w jego prowadzeniu. W ramach funduszu można starać się o dofinansowanie tylko wczasów i biletów na imprezy kulturalne, ale dyrektor może udzielić decyzji odmownej bez uzasadnienia, a jego decyzja jest ostateczna [sic!]). W tym momencie zajmijmy się wątkiem bezpieczeństwa i stabilności pracy. Wbrew pozorom praca w publicznych podmiotach wcale nie jest gwarantem jej przebiegu lege artis. Nieprawidłowości w zakresie przestrzegania prawa pracy są powszechną zmorą szkoleń specjalizacyjnych. Jakiś czas temu dość głośno było o rezydentce z Białegostoku, którą szpital próbował zmusić do pełnienia dyżurów za stawkę 1zł/h. Bezsprzecznie stawka ta jest horrendalnie niska, ale warto również zauważyć, iż zgodnie z kodeksem pracy niedozwolone jest zawieranie dodatkowych umów cywilno-prawnych na ten sam zakres obowiązków. Wiele szpitali potrąca od pensji okres obowiązkowego odpoczynku po dyżurze (prawo wymaga 11 godzin nieprzerwanego wypoczynku) pomimo iż czas ten jest opłacany ze środków budżetowych. Tuż przed świętami jeden ze szpitali na południu Polski zażądał od nowo przyjętych rezydentów podpisania aneksu do umowy, w którym zobowiążą się do pełnienia wolontariatu w postaci świadczenia usług medycznych na rzecz społeczności lokalnej, jeśli zaistnieje taka konieczność. Oczywiście bez jakiegokolwiek zdefiniowania ów stanu konieczności. Jako wisienkę na torcie chciałbym zaznaczyć istnienie ogromnej presji ze strony kadry zarządzającej, by lekarzy zatrudniać jako podwykonawców, a zatem jako zewnętrzne firmy. Jak to się ma do pracy w urzędzie czy szkole? Mit 2: Kończąc studia zostaje się kardiologiem/neurologiem/chirurgiem… Po ukończeniu studiów lekarz jest dopiero w połowie drogi do zdobycia w/w tytułu. Po 6 latach nauki następuje staż podyplomowy (na którym można ordynować leki pacjentom, ale już nie samemu sobie [sic!]), a następnie żmudny okres specjalizacji. Wg danych Naczelnej Izby Lekarskiej średni wiek osiągnięcia tytułu specjalisty to blisko 38 lat! Mit 3: Dopiero specjalista leczy, wcześniejszy okres to tylko przyglądanie się Według aktualnego porządku prawnego już stażysta jest uprawniony (po konsultacji w niektórych przypadkach) do badania pacjentów, prowadzenia dokumentacji, wydawania zleceń, wystawiania recept i zaświadczeń czy stwierdzania zgonu. Lekarz po stażu, niezależnie od tego czy rozpocznie proces specjalizacji czy nie, jest pełnoprawnym lekarzem, którego zakres działalności ogranicza jedynie jego własna wiedza i doświadczenie. Mit 4: Lekarze ukrywają przed światem swoje zarobki, ponieważ są kolosalne Duża cześć niechętnie mówi o swoich zarobkach, ale dzieję się tak, ponieważ są one... wstydliwie niskie. Od lat następuje sukcesywna pauperyzacja naszego zawodu, jednak na skutek milczenia wyobrażenia społeczne (osób zarówno niezwiązanych medycyną, jak również tych pracujących w szeroko rozumianej branży) na temat naszych zarobków są wybujałe. Przez 3 miesiące praktyki dostrzegłem, że w moim miejscu pracy nikt nic nie wie o innych! Lekarze myślą ze zarabiają lepiej niż pozostali pracownicy, inni ostro przeszacowują pensje lekarzy, a jedyne co wszystkich łączy to niezadowolenie i frustracja. Kilka razy zdarzyło mi się zabawić w "mini quiz" z pacjentami czy przedstawicielami farmaceutycznymi - za każdym razem moja pensja była przeszacowana 2-3 razy. Kuriozalna była dla mnie sytuacja, w której panie z kadr powiedziały mi: „Wie Pan jak u nas dobrze płacą? - Rezydent to ma tyle co specjalista”. Siatka płac dla starszego asystenta (lekarza specjalisty) przewiduje 3200 zł brutto, a więc prawie tyle ile wynosi wynagrodzenie rezydenta w ciągu 2 pierwszych lat, a mniej niż jego pensja po jednokrotnym wzroście. Zaskakujące było też dla mnie podkreślenie tego „u nas”. Wszak stawki rezydentur są jednakowe dla całego kraju. Od 1 stycznia 2017 lekarze stażyści są najsłabiej zarabiającą grupą zawodową w Polsce. Pensja lekarza stażysty wynosi 2007 zł brutto, a pensja minimalna 2000zł. Wydawałoby się, że poprzednie zdanie jest fałszywe, jednak nie należy zapominać, iż na lekarzu ciąży obowiązek uiszczenia składki członkowskiej do OIL. Stażyści płacą co prawdą preferencyjną składkę w wysokości 10 zł (zamiast 60 zł) jednak jest to kwota na tyle wysoka, iż obniża ona pensję poniżej minimalnej. Według danych GUS dominanta zarobków lekarzy wypada poniżej przeciętnego wynagrodzenia w Polsce, a średnia pensja (dla umowy 1/1 etatu) ciut powyżej przeciętnego wynagrodzenia. Lekarze nie są najsłabiej zarabiającym zawodem, ale stwierdzenie, że zarabiają kilkakrotnie więcej niż przeciętny Polak jest fałszywe. Nowy rok przynosi podwyżki w jednej ze znanych sieci handlowych (meble, wykończenia), gdzie pensja minimalna wyniesie tam nie mniej niż 20 zł brutto za godzinę, a to więcej niż obecna stawka lekarza rezydenta. W niczym nie chcę umniejszać pracowników supermarketu czy centrum meblowego (sam kiedyś pracowałem w podobnym charakterze). Rodzi to pytanie o to, czy warto brać na siebie odpowiedzialność za ludzkie życie, kiedy podobny (lub wyższy) standard egzystencji można zapewnić sobie przez wiele innych zajęć o niższym poziomie ryzyka... Mit 5: Lekarze chcą zarabiać tyle, co na Zachodzie nie bacząc na to, że w Polsce każdy zarabia słabo Takie stwierdzenia pojawiają się bardzo często w reakcji na obecne działania kadr medycznych (dwie wielkie manifestacje, przygotowanie obywatelskiego projektu ustawy). Nie jest to jednak prawda. Postulowany przez lekarzy wskaźnik 2 i 3 średnich krajowych po pierwsze nie jest postulatem nowym (jest to postulat NRL z 2006 roku, kiedy to jej prezesem był obecny minister Konstanty Radziwiłł), a po drugie poziom ten jest zbliżony do proporcji jakie występują w innych państwach regionu. Od kilku lat czescy lekarze specjaliści mają ustawową gwarancję, iż ich pensja nie może być niższa od poziomu 3 średnich (a od stycznia 2017 planowana jest podwyżka o 10%). Słowaccy lekarze również mają ustawowe gwarancje. Wielu Polaków wyemigrowało do Wielkiej Brytanii, wielu założyło tam rodziny, otworzyło firmy, system prawny jest uznawany za prosty i przyjazny. Polscy lekarze nie żądają zarobków równych tym jakie otrzymaliby na wyspach. Postulują jedynie podobną proporcję do zarobków przeciętnych. Według danych statystycznych średnia pensja w UK wynosi około 2300 funtów miesięcznie. NHS podaje, że podstawowa pensja dla specjalisty wynosi pomiędzy 76 a 102,5 tysięcy funtów rocznie. Przyjmijmy do obliczeń dolną kwotę 76 tysięcy: to około 6333 funtów miesięcznie a wiec pensja 2,75 razy więcej niż przeciętna. Myślę że na dziś już wystarczy, za jakiś czas postaram się odnieść do kilku innych powszechnych, aczkolwiek błędnych przeświadczeń. Mówi się że „u sąsiada trawa zawsze jest bardziej zielona”. Ja tym wpisem starałem się obnażyć kilka mankamentów „mojego trawnika” byście mogli ocenić jego prawdziwą barwę. Z chęcią odpowiem na Wasze pytania - piszcie je w komentarzach... Na zakończenie życzę Wam wszystkiego co najlepsze w Nowym Roku 2017. Lek. Mateusz Latek
  11. O przekleństwach i błogosławieństwach ludzkości, o cudach eucharystycznych badanych przez wrocławskich genetyków, o największych sukcesach i porażkach nauki zachodniej cywilizacji i jej możliwym schyłku, o komercjalizacji nauki oraz o granicach życia i stworzeniu nowego rozmawiamy z Profesorem Tadeuszem Doboszem, kierownikiem Zakładu Technik Molekularnych Katedry Medycyny Sądowej Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu. (...) Część pierwsza rozmowy dostępna tutaj. Mateusz Malik: W świecie, którym rządzi pieniądz badania naukowe mają na siebie zarabiać. Świat patentów, start-upów, komercjalizacji nauki, badań klinicznych zamyka się na cześć wyzwań. Czy jest jeszcze miejsce na pewien altruizm w nauce? Prof. Tadeusz Dobosz: Skupię się na dwóch rzeczach. Sprawy patentowe: uważam, że to zabłądziło... Ze zdumieniem przeczytałem, że urząd patentowy w Stanach Zjednoczonych przyjął patent "diagnostyka molekularna choroby Alzheimera". Budzi to moje zdumienie, bo takiej diagnostyki w ogóle nie ma! Ale ktoś wpadł na pomysł, że skoro coraz więcej ludzi dożywa swojego alzheimera to będzie złoty biznes. Niech się jajogłowi martwią, niech wymyślają tę diagnostykę, ale to ja to opatentowałem i ja będę miał z tego tantiemy. To już kolejny straszliwy błąd amerykańskiego urzędu patentowego, o którym wiem. Pierwszy to patentowanie genomu, patentowanie genów. Do tej pory istniało patentowanie wynalazków, a okazało się, że zaczęto patentować odkrycia. Urząd próbuje się z tego rakiem wycofywać, ale coś nie bardzo im to wychodzi. Z tym na pewno trzeba coś zrobić! A co do start-upów, to podam przykład. Uwierzyłem w tę politykę, która mówi, że pora na związek nauki z praktyką. Od lat za pieniądze unijne rozwijaliśmy wynalazek politechniki, tj. thermocycler jednorazowego użytku. Coś tak małego i taniego, że się to bierze, nastawia i wyrzuca. Postanowiliśmy zrobić urządzenie do molekularnej diagnostyki w warunkach domowych. Coś w rodzaju testu ciążowego, gdzie kobieta bierze takie coś, idzie do łazienki, czeka chwilę, patrzy ile pasków się pojawiło i wie, czy ma iść do ginekologa czy nie. To nie jest diagnoza, ale ona wie po tym teście, że ma do ginekologa pójść, bo być może w jej życiu dużo się zmieniło. Nasze urządzenie miało być przeznaczone do wstępnej orientacyjnej diagnostyki, która mówi: pójdź do lekarza, przebadaj się porządnie, na razie masz tylko sygnał: uważaj, coś z tobą nie tak. Zatem założyliśmy start-up, który na dzień dobry kosztował mnie 11 tysięcy złotych, bo się okazało, że jako udziałowiec start-upu nie mogę się rozliczać z małżonką. Korzyści niepewne, straty realne. W związku z tym wycofałem się z udziału i przeszedłem na pozycję konsultanta, by nie ponosić strat. Potem okazało się, że jest problem z patentami. Firma chciałaby zainwestować w serię pilotową, ale jest problem, aby produkt opatentować. Okazuje się, że zagadnienie jest tak obstawione patentami, że nie sposób wymyślić formuły patentu, która by nie zahaczała o jakieś już opatentowane zagadnienia. Nie widzimy na razie w tym gąszczu wyjścia, a najśmieszniejsze jest to, że mimo tego nieprzeniknionego gąszczu patentów podobne urządzenie naprawdę na rynku nie istnieje. Byłoby pierwsze! Proszę zwrócić uwagę, że Einstein w swoim biurze patentowym w Szwajcarii oglądał prototypy, które ludzie mu przynosili. Jeśli działały, to dawał patent. Ale na perpetuum mobile nie dawał, mimo, że niejeden mu je przynosił, bo widział, że to nie działa, że to się owszem kręci całe 45 minut, ale w końcu przestaje. A zatem ja na styku nauki i przemysłu widzę przeszkody nie koniecznie tam, gdzie się je lokuje, na przykład, że naukowcy nie chcą. W moim przypadku była to przeszkoda finansowa i wynikająca złego prawa patentowego. Technologie obecnie tanieją. W związku z postępem nauki spadają ceny m. in. aparatów do PCR. Daje to w perspektywie czasu bardzo powszechną możliwość sekwencjonowania DNA ludzi, zwierząt czy roślin. Ludzki genom już znamy, poznajemy DNA kolejnych osób. Możemy też to robić coraz szybciej i taniej. Zwiększa się też wiedza o efekcie fenotypowym konkretnych genów czy ich mutacji. Co z tego wyniknie? To jest jednocześnie zarówno bardzo kuszące i pożyteczne, jak i bardzo niebezpieczne. Moja odpowiedź brzmi: Tak. Sekwencjonować całe genomy czy pojedyncze eksony, ale sprawić, by wyniki były dostępne tylko dla pacjenta i jego lekarza. Dla nikogo więcej. I tu istnieje problem: gdzie je schować? Mówi się o specjalnych, dobrze zabezpieczonych serwerowniach. Ja w to nie wierzę. W związku z tym wymyśliłem rozwiązanie bardzo proste: genom ludzki trzeba schować tam, gdzie on już i tak jest, czyli w pacjencie. W związku z czym trzeba te sekwencje wgrać do czipu wszczepialnego i zainstalować człowiekowi ten czip. Trzeba celowo spowolnić transfer danych, by trzeba było na parę godzin położyć się, tak, by nikt nie mógł pobrać czyjegoś genomu w kinie, montując mu czujnik w oparciu fotela. A uruchamianie transferu musi być chronione kodem, na przykład peselem pacjenta... A czy nie jest tak, że pozyskanie wiedzy o czyimś DNA to będzie kwestia wyrwania włosa i kilku godzin? Tak! Oczywiście. Ale tu leży pewne nieporozumienie, na które starałem się zwrócić uwagę rzecznika Generalnego Inspektora Ochrony Danych Osobowych. Rzecznik chce DNA objąć ochroną. A ja tłumaczę, że owszem, można to zrobić. Ale kluczową sprawą są dobre definicje - nie wolno mylić kategorii. Na przykład dla GIODO jest wszystko jedno czy to jest materiał biologiczny (na przykład próbka krwi czy włos), czy próbka wyizolowanego DNA, czy wynik jego analizy, czy interpretacja tego wyniku. A to nie jest to samo. Wszystko powinno być pod ochroną, ale rosnącą. Materiał biologiczny na przykład nie powinien być niszczony z oznaczeniami, tj. przed wyrzuceniem należy odrywać od probówki naklejkę identyfikacyjną i i taka ochrona w zupełności wystarczy. Z kolei ostatni etap, czyli interpretacja wyników badania DNA powinna być pod najściślejszą ochroną, jaką w ogóle istnieje. Naprawdę próbka krwi Jana Pawła II nie jest tym samym, co wnioski wynikające z analizy jego genomu! Czyli możemy z tego domyślić się, w jakim stopniu w Polsce istnieje i jest uregulowana prawnie ochrona prawna ludzkiego genomu... Na pewno w stopniu niewystarczającym i tym się zajmują się konsultant krajowy ds. genetyki medycznej pani prof. Sąsiadek i pan prof. Wit, przewodniczący Komitetu Genetyki Człowieka PAN. Oni opracowują przepisy. Ja jedynie staram się załatwić z nimi, by moje postulaty dla GIODO zostały uwzględnione... W Polsce raczkujemy. Próbujemy z trudem rozpocząć debatę społeczna na temat IVF, podczas gdy w wielu miejscach świata, szczególnie na dalekim wschodzie bez większych skrupułów trwają prace nad klonowaniem człowieka, wykorzystuje się do badań zarodki ludzkie, a w Stanach Zjednoczonych w praktyce można w klinice in vitro wybrać dziecku płeć, kolor oczu, wzrost... Dawstwo spermy, diagnostyka preimplantacyjna, macierzyństwo zastępcze... Czy aspekt poszanowania godności osoby ludzkiej (choć to może nieco wyświechtany termin) ma szansę realnie zaistnieć w debacie naukowej? Co nam wolno, a jakiej granicy nie przekroczymy? Nie jest dobrze, gdy ktoś chce być mądrzejszy od najmądrzejszych. Przecież cały problem w tej kwestii (czyli generowaniu embrionów i wykorzystania ich do celów medycznych) leży w definicji początku życia. Proszę zwrócić uwagę na to, co pisał o tej kwestii św. Augustyn. Gdybyśmy przyjęli jego poglądy problemu by nie było. A jeśli św. Augustyn jest dla nas zbyt starożytny, to możemy przyjąć odwróconą definicję końca życia. Jeżeli końcem życia człowieka jest zanik czynności elektrycznej pnia mózgu, to początkiem życia powinno być pojawienie się tej czynności... Mocne, ciekawe spojrzenie. Pierwszy raz się z tym spotykam... No bo to moje [śmiech]. I przy takim założeniu na młodych embrionach można byłoby pracować swobodnie, bo to nie jest jeszcze człowiek, jeśli św. Augustyn (który określił, kiedy żywa tkanka staje się człowiekiem) z jakichś powodów nam nie pasuje... Choć zawsze znajdzie się grupa, która autorytatywnie twierdzi, że życie jest od momentu, gdy plemnik zetknie się z jajeczkiem, mimo, że to też jest proces. Wtedy zadaję im złośliwe pytania: czy wtedy, gdy dotknie nosem? Czy wtedy, kiedy przetrawi się na drugą stronę? Czy wtedy, gdy przekaże swój materiał genetyczny? A może, gdy ten materiał genetyczny zespoli się z matczynym materiałem? Albo gdy ruszy pierwszy podział komórkowy? Lub się zakończy? W którym dokładnie momencie? A oni nie znają odpowiedzi, bo takowej oczywiście nie ma. Było sobie życie... Pan Profesor znany jest z takiej naukowej ciekawości i dociekliwości. Bez nich nie byłoby badania czaszki bł. Czesława, zęba neandertalczyka, ostatnich badań nad legnicką hostią ani prób przebadania serca Chopina. Czy zdradzi nam Pan jakieś swoje plany i marzenia odnośnie kolejnych projektów? Jestem trochę jak buldog. Jak się raz wgryzę, to już nie puszczę. Dlatego te wszystkie rzeczy, o których Pan powiedział chce w jakiejś mierze kontynuować. Czaszki katyńskie będą robione przez kolejną doktorantkę, która opracowała metodę niedestruktywnej izolacji DNA z kości. Tylko my to potrafimy na razie. To nam otwiera zupełne nowe możliwości... Nie wolno nam było zbadać serca Chopina, ale być może metodą nieniszczącą pozwolą nam zbadać kości rodziców kompozytora. Przecież z genów rodziców można dowiedzieć się wiele o genach dzieci. Jak? Poprzez wykluczenie. Jeśli okaże się, że geny CFTR odpowiedzialne za mukowiscydozę są bez mutacji u obojga rodziców to hipoteza o mukowiscydozie u Chopina automatycznie upadnie. I odpowiadając na Pana pytanie: mając coś tak unikalnego w ręku jak ta niedestruktywna metoda, która otwiera relikwiarze i zbiory muzealne, chciałbym zająć się muzealnictwem, ponieważ uważam, że kończy się powoli era wielkich odkryć w terenie. Zaczyna się era wielkich odkryć w magazynach, strychach i piwnicach muzealnych. Ale musi być jeden warunek. Żaden kustosz nie da Panu zęba pitekantropa, jeżeli będzie wiedział, że nie dostanie go z powrotem w jednym kawałku... A powie Pan coś więcej o badaniu hostii z Legnicy podejrzewanej o cudowną przemianę w ludzki mięsień? Proszę Pana. To był jeden z czterech cudów eucharystycznych, które badaliśmy. Pierwszy okazał się skutkiem obecności na opłatku kolonii Serratia (czyli czerwonej bakterii żyjącej na skrobi). W drugim okazało się, że w kielichu się utopił komar, który się opił krwią. Nie był to zatem skrzep krwi, jak sądzono, tylko rozmoczony komar z krwią (zwierzęcą). Trzecia sprawa była bardzo ciekawa, bo myśmy tam nie stwierdzili ludzkiego DNA. Okazało się, że w interpretacji tego faktu kapłani się różnią. Jedni uważają, że przemiana eucharystyczna w czasie mszy polega na tym, że jest odtworzona agonia Chrystusa, który do śmierci był człowiekiem, a więc w kielichu musi być ludzkie DNA. Inni sądzą, że po śmierci Jezus odrodził się jako Bóg i ludzkiego DNA tam być nie może. W związku z tym stwierdzenie ludzkiego DNA nie potwierdza, lecz wyklucza autentyczność cudu, ponieważ Bóg nie może mieć ludzkiego DNA. Biskup legnicki, który podziela poglądy pierwszej grupy, w związku z tym, że my nie stwierdziliśmy ludzkiego DNA wysłał materiał do innej Katedry, która taki DNA stwierdziła. Na tej podstawie uznano cud, nie biorąc pod uwagę, że jeżeli dwa zakłady stwierdzają co innego, to należy przyjąć badanie pierwsze. Dlaczego? Bo jest coś takiego jak kontaminacja. Może ktoś dotknął, może ktoś kichnął… (śmiech) A czwarty cud jest w toku. Jest to ciekawa sprawa (nie mogę powiedzieć, z której diecezji). Mianowicie upadła hostia, kapłan podniósł… Nie prezydent? Nie, prezydent złapał. A ta hostia upadła. W związku z tym została zbezczeszczona i należało ją zniszczyć. Kapłan wrzucił hostię do wody, żeby się upłynniła. Zamknął kielich z wodą i z tym opłatkiem w tabernakulum i umarł. Zanim pojawił się nowy proboszcz, zanim objął parafię, zanim uruchomił kościół, zanim zajrzał do tabernakulum minęło ładnych parę tygodni. A gdy zajrzał do kielicha, ujrzał dno kielicha pokryte krwistą substancją. Trafiło to do nas. Mamy pewne molekularne wskazówki na obecność organizmów, które są czerwone i które mogą produkować włókna podobne do włókien mięśnia sercowego, które powtarzają się jak mantra we wszystkich zatwierdzonych do tej pory cudach, także w Legnicy i w Sokółce. Jeżeli uda nam się zidentyfikować organizm lub zespół organizmów, który to daje, będzie wyjaśnienie. Jeżeli nie, sprawa będzie w rękach biskupa. No cóż, przyrodnika nikt nie uczy stwierdzania cudów. Nie potrafimy tego robić. Jedyne co możemy, to ze wszystkich sił starać się udowodnić, że coś cudem nie jest. Ale im bardziej się staramy i nam nie wychodzi, tym biskup ma większą swobodę, bo to do niego należy decyzja o uznaniu prawdziwości cudu… Serdecznie dziękuję za rozmowę! Już czekam na kolejną. Rozmawiał: Mateusz Malik, lekarz. Zdjęcia: M. Malik
  12. O przekleństwach i błogosławieństwach ludzkości, o cudach eucharystycznych badanych przez wrocławskich genetyków, o największych sukcesach i porażkach nauki zachodniej cywilizacji i jej możliwym schyłku, o komercjalizacji nauki oraz o granicach życia i stworzeniu nowego rozmawiamy z Profesorem Tadeuszem Doboszem, kierownikiem Zakładu Technik Molekularnych Katedry Medycyny Sądowej Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu. Mateusz Malik: Panie Profesorze! Ludzkość zmierza w kierunku zagłady. Nasze lęki często lokujemy w globalnych katastrofach astronomicznych i zmianach klimatycznych. A czy nie jest tak, że bardziej prawdopodobna jest "nanoapokalipsa" związana z "zabawą genami"? Prof. Tadeusz Dobosz: Zacznę od tego, że muszę zakwestionować główna tezę, że idziemy ku zagładzie. Mam na ten temat inne zdanie, dlatego, że mam już swoje lata i pamiętam różne rzeczy. Na przykład jest powszechne odczucie (równie powszechne jak to, o którym pan przed chwilą wspomniał), że wzrasta przestępczość. To nieprawda. Przestępczość maleje, liczba zabójstw na milion mieszkańców spada, wykrywalność przestępstw też jest lepsza. Podobnie z dążeniem ku zagładzie. Narastają pewne problemy, których wcześniej nie było, także środowiskowe. Ekologia zawsze była mi bliska. Dla przykładu narasta problem zaśmiecenia światłem. Pamiętam, że w nocy było widać gwiazdy... A dzisiaj? Kto z młodych ludzi widział drogę mleczną? Dzieciaki w przedszkolu w ogóle nie wiedzą, co to jest droga mleczna. A ja pamiętam to wspaniałe widowisko. Narasta smród - zanieczyszczenie atmosfery. Narasta hałas. Moje dzieciństwo było ciche. Dziś jest wszechogarniający, dudniący, nerwicujący hałas. Dobiega zewsząd przez okrągłą dobę. To wszystko prawda. Ale z drugiej strony proszę popatrzeć, że z kolei stare demony maleją i karleją. Wody są coraz czystsze. Zaczyna się segregacja śmieci. Jest coraz lepszy odzysk starych rzeczy. Już nie wywala się gruzu na olbrzymie hałdy (jak we Wrocławiu wzgórza złożone z resztek dawnego Breslau czy stadion w Stolicy usypany z gruzów powstania warszawskiego), są maszyny do jego przetwarzania, zużywa się go jako kruszywo do budowy dróg. Coś się zaczyna dziać. A w ogóle to mówię młodym ludziom, że nic nie jest jednoznaczne: w każdym nawet największym świństwie można znaleźć dobre strony i w każdym największym anielskim dobru można znaleźć ciemną stronę. I podobnie jest z tymi nowymi rzeczami, które tak bardzo niepokoją ludzi w Europie, to znaczy z inżynierią genetyczną i biomanipulacjami. Nie twierdzę, że nie zdarzy się żadne nieszczęście. Zdarzy się niejedno. O niektórych zagrożeniach mówią zieloni, a niektórych zieloni nawet nie przewidują… Ale zagłada nam nie grozi? Nie. Uważam, że jest w tym szansa. Daję często studentom taki przykład: przeciwnicy motoryzacji od dziesięcioleci podnoszą słusznie jej ciemne strony: hałas, smród, spaliny, zatłoczone miasta, rosnąca ilość wypadków, zastraszająca śmiertelność na drogach, zanieczyszczenie środowiska przez rabunkową eksploatację ropy naftowej (wie Pan, jak uciążliwe są zakłady petrochemiczne i rafineryjne? Ja wiem, bo mieszkałem w Płocku, tam robiłem maturę…). To wszystko jest prawdą. Przeciwnicy motoryzacji mają rację! Ale czy to znaczy, że Amisze też ją mają, jeżdżąc do dzisiaj powozami? Po prostu trzeba popatrzeć holistycznie, całościowo na sprawy. Motoryzacja to przekleństwo współczesnej cywilizacji, ale jednocześnie jest dobrodziejstwem. Daje nam wolność, szybkość poruszania się - i w sumie to jest cenniejsze. Ważniejsze jest to, żeby szybciej do mnie dotarła karetka czy straż pożarna od tego, że mieszkam kilometr od obwodnicy i jak jest cicha noc, to ją słyszę (nie mam już tej ciszy, którą miałem kiedyś). I tak samo biomanipulacje. Będą różne niespodzianki, niektóre bardzo przykre, ale w sumie da nam to więcej korzyści niż strat. Rozumiem, że nie unikniemy „rewolucji molekularnej”, tak jak nie dało się zatrzymać postępu motoryzacji… Proszę zwrócić uwagę, jak zmieniają się centra cywilizacyjne. Kiedyś centrum cywilizacji człowieka to był tak zwany żyzny półksiężyc (tam udomowiliśmy zwierzęta, wprowadziliśmy rolnictwo). Dzisiaj jest tam Irak, Iran, Kurdystan, część Egiptu… - czy to jest centrum cywilizacji? Nie. Centrum przeniosło się do Hetytów, o których obecnie niewielu już pamięta. To była cywilizacja, która rozwinęła metalurgię. Jej bladym, późnym cieniem są starożytne Chiny i starożytne Indie. Potem centrum cywilizacji znowu przeniosło się, tym razem w basen Morza Śródziemnego, bo tam opanowano chemię, matematykę, astronomię. Dziś wybrzeża Morza Śródziemnego są już tylko rozpaczliwym wspomnieniem świetlanej przeszłości. Dziś owo centrum przeniosło się do Europy Zachodniej, gdzie rozwinięto architekturę, fizykę, masowy przemysł. Kolejny wielki przełom na horyzoncie to właśnie bioinżynieria. I proszę zwrócić uwagę, że 98% bioinżynierii to są Kanada, Stany Zjednoczone, Meksyk, Argentyna, Brazylia. Jeżeli my - Europa (a ciągle jeszcze możemy to zmienić) będziemy tkwić w tym błędzie krytykowania wszystkiego, tylko dlatego, że to jest GMO, to przestaniemy się liczyć, tak jak przestał się liczyć żyzny półksiężyc, dzisiejsza Mongolia, dawne imperium Hetytów, w tym Chiny (które rozpaczliwie próbują odbudować swoją pozycję ze starożytności, ale coś nie bardzo im to idzie i może się nie udać, co byłoby zresztą złe dla świata), jak basen Morza Śródziemnego. Upadniemy jako cywilizacja. O to toczy się gra - nie o nas, nie o nasze dzieci, ale o nasze wnuki, prawnuki, praprawnuki. O przyszłość. Jak znamy stawkę, możemy grać. A ludziom w Europie wydaje się, że gra idzie o to, czy będziemy jeść pyszne polskie tradycyjne kosztele czy jakieś kanadyjskie, zmanipulowane genetycznie jabłka. To przecież jest drugorzędne. Ważne, czy się włączymy w nowe technologiczne centrum cywilizacji ludzkiej, czy odpadniemy. Gra toczy się o przyszłość Europy! Od połowy XX wieku obserwujemy nieprawdopodobny postęp w dziedzinie genetyki, immunologii, biotechnologii i biologii molekularnej. Dziś już korzystamy z wiedzy, jaką pozwalają poznać te dyscypliny. Zapytam jako lekarz: Jakie odkrycie w aspekcie medycznym, klinicznym uważa Pan profesor za najbardziej przełomowe? Na pewno bioinżynieria, która pomaga nam nie przegrać z kretesem, do końca i dość szybko wojny z mikrobami. Jak Pan wie, są już pierwsze trzy bardzo niebezpieczne bakterie, które są oporne na wszystko, co człowiek ma do dyspozycji. Chodzi mi o gronkowca, Mycobacterium odpowiedzialne za gruźlicę i dwoinkę Neissera, odpowiedzialną za rzeżączkę. Jest to horror, bo wrócić może XIX wiek i masowa śmiertelność, a jedyną nadzieją jest w tej chwili bioinżynieria, która pozwala nam produkować nowe antybiotyki ze źródeł, które są albo nie do uzyskania ze względów ekologicznych, albo nie potrafimy ich hodować. Tymczasem bioinżynieria pozwala szlaki metaboliczne prowadzące do produkcji tych substancji przenieść do „zwykłych escherichii” i wytwarzać je w dużych ilościach. Z rzeczy, które się dzieją obecnie - jeszcze nie dokończyły biegu, ale są bardzo dobrze rokujące, na czoło wychodzą medycyna spersonalizowana z farmakogenetyką włącznie, zrozumienie molekularnych podstaw nowotworzenia oraz odkrycia, które dały nam tzw. „metabadania”. Jest to prowadzenie badań komputerowych na ogromnych grupach ludzkich, których wyniki potrafią być zupełnie nieoczekiwane. Na przykład okazuje się, że antybiotyk rapamycyna (sirolimus) pozyskana z gleby na Wyspach Wielkanocnych i używana w immunosupresji przy przeszczepach, poprzez hamowanie szlaku mTOR opóźnia proces starzenia. Dzięki temu odkryciu być może przestanie się złośliwie mówić, że medycyna nie wydłuża życia, a jedynie wydłuża starość. Bo jedyne, co się panu Bogu nie udało to starość… Dzięki metaanalizom okazało się też, że powszechnie stosowana w cukrzycy metformina ma bardzo dobre skutki onkologiczne, ponieważ opóźnia i spowalnia rozwój nowotworów. Osoby biorące ten lek mają łagodniejszy problem z nowotworami niż reszta populacji. A z drugiej strony okazuje się, że niektóre leki uważane za niesłychanie dobroczynne, jak na przykład statyny maja swoją ciemna stronę. Na przykład simwastatyna indukuje u ludzi genetycznie uwarunkowanych rozwój cukrzycy. „Jak nie kijem go, to pałką.” Wybieraj człowieku - czy wolisz cukrzycę czy miażdżycę… [śmiech] W kontekście boskich sukcesów i porażek: Są tacy, którzy odważnie otwierają zestaw „małego stwórcy”. Craig Venter, kontrowersyjny amerykański badacz - genetyk, biochemik, biotechnolog, od lat prowadzi wiele naukowych projektów. Między innymi w 2010 roku, jako pierwszy w historii „ożywił” bakterię o genomie sztucznie wykreowanym w laboratorium, a w marcu 2016 poinformował świat o kolejnym przełomie: jego zespół stworzył żywy organizm o najmniejszej liczbie funkcjonalnych genów - 473. Czy ten etap to już jest science fiction, o którym marzyliśmy, czy to są dopiero początki czegoś niezwykłego? Zacznę od tego, że się bardzo cieszę z tego pytania. Mam już swoje lata, żyję dosyć długo, pamiętam świat bez telewizji, bez telefonii komórkowej, bez komputerów. Za mojego dzieciństwa loty pasażerskie były wielką rzadkością. To był zupełnie inny świat niż obecnie, ale wie Pan co: Uważam, że właśnie osiągnięcia Ventera (i nie tylko jego - przecież Winer wcześniej uzyskał wirusa polio) to jest największe, co się zdarzyło za mojego życia. To, że człowiek stworzył życie. I nie rozumiem, dlaczego media kompletnie to lekceważą i tego nie widzą. Najpierw, gdy stworzono wirusa polio, to mówiłem: "a może to dlatego, że nie wiadomo czy wirus jest żywy". Ale ta bakteria JVC1 że sztucznym genomem - już nie można powiedzieć, że nie jest żywa. Dlaczego media kompletnie nie zareagowały? Do dzisiaj nie wiem. Jeśli traktować naszą rozmowę, jako przejaw zainteresowania medialnego tym zagadnieniem, no to coś się zmienia. Bardzo się cieszę, że to pytanie padło. Ad rem: oczywiście, że to może niepokoić, oczywiście, że to może przynieść jakieś bardzo niepożądane skutki. Ale proszę zwrócić uwagę na korzyści! [błysk w oku profesora - przyp. red.]. Venter jest także oceanologiem. Ma prywatny statek-laboratorium, którym pływa po oceanach (parę lat temu pływał m. in. po Bałtyku) i bada organizmy z dna morskiego, których genomy na pokładzie sekwencjonuje. Odkrył już około 20 milionów nowych, do tej pory nieopisanych genów. W hydrotermalnych kominach ryftowych Pacyfiku znalazł organizm nazwany Methanocaldococcus jannaschii, który pochłania dwutlenek węgla i konwertuje go w metan. Zamienia spaliny w paliwo! Venter geny tego organizmu wprowadził (za pieniądze Shell) do alg, które świetnie sobie radzą w brudnej wodzie, w miejskich ściekach. W Hiszpanii i USA są już pierwsze pilotowe instalacje, które pobierają wodę z oczyszczalni ścieków i spaliny z elektrowni gazowej, a zamieniają to w czystą wodę, metan i osad organiczny dla rolnictwa. Jeżeli to nie jest perpetuum mobile i rozwiązanie naszych problemów z energią, z efektem cieplarnianym, no to co to jest? Powtarzam: Musimy patrzeć holistycznie! CZYTAJ DALEJ: Część druga wywiadu Rozmawiał: Mateusz Malik, lekarz. Zdjęcia: M. Malik
  13. Jesteś lekarką/lekarzem i lubisz dziennikarską, detektywistyczną pracę? Jesteś dziennikarką/dziennikarzem, a pasjonuje Cię tematyka medyczna i okołomedyczna? Piszesz artykuły do szuflady albo przydługie posty na Facebooku? Jeśli odpowiedź na choćby jedno pytanie brzmi TAK, to szukamy właśnie Ciebie! Dołącz do naszego grona: pisz, komentuj, chwal i krytykuj, ujawniaj i nagłaśniaj. Informacja i publicystyka, naukowo i satyrycznie - to wszystko lubi nasz dział News, forum, facebook, twitter i google +... Wolność wypowiedzi i kompetentna redakcja i korekta tekstów. A przede wszystkim prestiż, doświadczenie i elastyczność. Jesteś z nami i pod skrzydłami firmy MEDUCASE. Czekamy na Twój pierwszy tekst na redakcja@medfor.me - odezwiemy się na pewno z ciekawą ofertą! Rozpocznij długą przygodę z wyjątkową redakcją MedFor.me! lek. Mateusz Malik, redaktor naczelny
  14. Dziś już wiadomo, że Manifestacja PZM z 24.09.2016 wywarła realny wpływ na pewne polityczne decyzje. Jak bardzo odległe będą to skutki - przyszłość pozostaje niewiadomą. Pewnie wiele osób się ze mną zgodzi, że jednym z największych sukcesów tego wydarzenia, jak i trwającej od wielu miesięcy kampanii informacyjnej jest wzrost społecznej świadomości na temat realiów funkcjonowania opieki zdrowotnej w Polsce. Na niespotykaną dotąd skalę ogólnopolskie i lokalne media analizują i relacjonują postulaty środowisk medycznych, a do opinii publicznej w końcu przebija się przekaz, że tylko dobrze opłacana i sprawnie funkcjonująca opieka zdrowotna może zagwarantować bezpieczeństwo dla pacjentów. Drodzy Medycy - przejęliśmy media w tym dniu i co do tego wątpliwości być nie może! Zachęcamy do obejrzenia drugiej części naszej fotorelacji. Tym razem przedstawiamy kulisy przygotowań do marszu. Manifestacja PZM "od zaplecza". FOTORELACJA Ratownicy medyczni na placu Zamkowym Manifestacja umożliwiła wyjście z cienia wielu środowiskom związkowym, które do tej pory nie miały siły przebicia... Tak, chodzi o Nysę z Opolszczyzny! Przybyliście z całej Polski! Dobra organizacja = dobra manifestacja! Młode twarze i charakterystyczne PR wplecione w stetoskop - było Was naprawdę wiele, Młodzi Lekarze! Katarzyna Pikulska nie traci werwy i głosu od początku do samego końca! Warszawska Starówka, polska młodzieżówka... Z humorem, dystansem, ale o poważnych sprawach... Codzienne dylematy młodych lekarzy... Jest w nas wiele nadziei i entuzjazmu. Nie wyjedziemy za granicę, jeśli stworzycie nam warunki do pracy i rozwoju! Nic nie jest za darmo. Karma też! Warszawa jest nasza - wszystkie zawody medyczne! To nie hamletyzowanie! Nikt nas nie podzieli! Tekst: Mateusz Malik. Autorzy zdjęć: Kinga Antos-Latek i Mateusz Latek
  15. Ludzka albumina jest szeroko wykorzystywana w terapii (m.in. w leczeniu oparzeń), ale również w przemyśle medycznym do produkcji szczepionek i niektórych leków. Obecnie dostępna albumina jest preparatem krwiopochodnym, produkowanym z krwi dawców. Ze względu na ciągły niedobór krwi oraz ryzyko transmisji zakażeń od lat próbuje się uzyskać syntetyczne "analogi" preparatów krwiopochodnych, w tym albuminy. Już wkrótce produkcja tego białka poza organizmem człowieka może stać się codziennością. Chińscy naukowcy opublikowali swego czasu na łamach prestiżowego Proceedings of the National Academy of Sciences wyniki prac nad produkcją przemysłowych ilości albuminy w nasionach transgenicznego ryżu. Największym problemem badań nad produkcją rekombinowanej albuminy jest opracowanie stosunkowo taniej metody pozwalającej na uzyskiwanie dużych ilości białka, które nie niosłoby ryzyka reakcji układu odpornościowego. Dotychczasowe próby z użyciem roślin ograniczała stosunkowo niewielka ilość uzyskiwanego białka. Ryż wydaje się rozwiązywać ten problem - nasiona tej rośliny wyspecjalizowały się w przechowywaniu białek, są więc idealnym bioreaktorem do produkcji albumin. Autorzy pracy stworzyli transgeniczny ryż, w którym gen dla albuminy jest aktywowany podczas produkcji nasion. Dlatego białko jest odkładane w nasionach i stanowi nawet 10% wszystkich znajdujących się w nich białek. Izolacja tak wyprodukowanego białka jest już stosunkowo łatwa i pozwala na uzyskanie czystego, gotowego do użycia preparatu albumin. Źródło: "Lekarz zakaźnik" Autor: devitto (2011)