Skocz do zawartości

MedFor.me

MD
  • Postów

    18
  • Dołączył

  • Ostatnio

  • Days Won

    14

Wszystko napisane przez MedFor.me

  1. Dzisiejsze nadzwyczajne spotkanie przedstawicieli Porozumienia Rezydentów OZZL z Ministrem Zdrowia przyniosło wymierne skutki. Po 29 dniach głodówki oraz ogólnopolskiej akcji #1lekarz1etat (polegającej na pracy zgodnie z postanowieniami Kodeksu Pracy do granicy 48 godz./tydzień) udało uzyskać się dobrze rokujące na przyszłość porozumienie. Jak mówi lek. Mateusz Latek z władz Porozumienia Rezydentów OZZL: Podpisane dziś Porozumienie ma charakter swoistego zawieszenia broni. Rezydenci zobowiązali się do nieeskalowania konfliktu w zamian za wprowadzenie niezbędnych reform w ochronie zdrowia oraz zobowiązanie się do dalszej współpracy w atmosferze dialogu. Ilość znaczących zmian jest pokaźna, jak udało nam się dowiedzieć wśród nich odnajdujemy m.in.: Kwota 2,13 mld zł więcej #NaZdrowie już w 2018 roku. Niemal 16 mld zł więcej #NaZdrowie do końca 2024 roku. Wyeliminowanie klauzuli opt-out do 2028 roku. Podwyżki pensji rezydentów niezależnie od daty rozpoczęcia specjalizacji (koniec tzw. „dwutabelkowości”. Dla specjalizacji niedeficytowych (niezależnie od daty rozpoczęcia specjalizacji): 4000 zł brutto od pierwszego roku 4500zł brutto po drugim roku szkolenia + opcjonalne 600 zł brutto wliczane do podstawy w przypadku deklaracji chęci pozostania w Polsce po ukończeniu specjalizacji Dla specjalizacji deficytowych (niezależnie od daty rozpoczęcia specjalizacji): 4700 zł brutto od pierwszego roku 5300 zł brutto po drugim roku szkolenia + opcjonalne 700 zł brutto wliczane do podstawy w przypadku deklaracji chęci pozostania w Polsce po ukończeniu specjalizacji A ponadto: Podwyżka dla lekarzy specjalistów zatrudnionych na podstawie stosunku pracy, ich wynagrodzenie wyniesie min. 6750 zł brutto miesięcznie. Wprowadzenie obowiązku zatrudnienia sekretarek medycznych przez podmioty posiadające kontrakt z NFZ Wprowadzenia rozwiązań z dziedziny e-zdrowia (e-ZLA, e-recepty, e-zlecenia i e-skierowania) do końca roku 2019. Dodatkowe 6 dni płatnego urlopu szkoleniowego na udział w kursach, konferencjach i szkoleniach dla lekarzy w ciągu roku. Wprowadzenie przepisów zdejmujących z lekarza konieczność określania poziomu refundacji leku na recepcie do końca 2018 roku. Uregulowanie kwestii dyżurów medycznych. Ochrona właściwa dla funkcjonariusza publicznego dla lekarza pracującego w publicznej służbie zdrowia w czasie udzielania przez niego świadczeń zdrowotnych. Jak dodaje doktor Mateusz Latek: Wg ostatniego raportu EHCI Polska nadal plasuje się bliżej końca niż początku stawki. Czy teraz stanie się nowymi Czechami, Słowacją czy Serbią ochrony zdrowia? Czas pokaże. Redakcja MedFor.me
  2. Na co dzień lekarz korzysta z wielu narzędzi, ale najczęściej sięga po... pieczątkę! W Polsce pierwszą wyrabia już w czasie stażu albo tuż po jego zakończeniu, by móc umieścić na każdym dokumencie medycznym swoje nazwisko i numer prawa wykonywania zawodu. Co decyduje o tym, że wybieramy konkretny rodzaj pieczątki? Polecenie starszych koleżanek i kolegów? Własne oczekiwania? A może ślepy traf? By pomóc w wyborze właściwego modelu przygotowaliśmy ranking pełen szczegółów technicznych, opinii użytkowników i aspektów, na które nie zawsze zwraca się uwagę. Wbrew pozorom, właściwy wybór urządzenia w zależności od dominujących zajęć zawodowych czy posiadanych tytułów naukowych pozwoli na wygodniejszą pracę, dużą oszczędność czasu i uniknięcie wielu frustracji. Newman i hypersonic Przedstawiamy naszych bohaterów, a poniżej czytelna tabela rankingowa: Pieczątki klasyczne. Składają się z oddzielnej poduszeczki nasączonej tuszem oraz gumki (pieczątki). Odbicie pieczątki wymaga samodzielnego naniesienia tuszu na pieczątkę. A) Stempel wiszący. Obecnie praktycznie niestosowany typ bez zabezpieczenia gumki. Wymaga podwieszania na specjalnym uchwycie i osobnej, zamykanej w pudełeczku poduszeczki z tuszem. B ) Metalowa kasetka. Klasyczna pieczątka z uchwytem w formie składanego „uszka” zamykana wraz z poduszeczką w stalowej kasetce. C) Pieczątka „myszka”. Najnowocześniejszy rodzaj z uchylaną na zawiasie, zamykaną poduszeczką na tusz (wajcha). Pieczątki automatyczne. W pozycji „spoczynkowej” gumka stale kontaktuje się z poduszką nasączoną tuszem, a przybicie następuje automatyczne w wyniku wymuszonego ruchu w czasie naciskania pieczątki (kliknięcia) D) Pieczątka samotuszująca. Obrotowa gumka z tekstem w pełni automatycznie napełnia się w poduszeczce z tuszem przy każdym przyłożeniu. Niekiedy zaopatrzone w zamknięcie chroniące przed wysychaniem. E) Półautomatyczna, tzw. „zakreślacz” wersja wysuwana. Wysunięcie i schowanie gumki wymaga pracy kciukiem. F) Półautomatyczna łamana w trójkąt. Otwarcie i zamknięcie wymaga pracy kciukiem, szczególnie zamykanie może przysporzyć pewnych kłopotów G) Pieczątki preink (błyskowe/ flashowe). Ich zasada działania opiera się na połączeniu gumki przesiąkalnej dla tuszu z jego zasobnikiem. (Przydomek błyskowe odnosi się do tego że pod wpływem światła guma staje się nieprzesiąkalna a wiec wzór pieczątki uzyskiwany jest przez naświetlenie odpowiednich obszarów surowej powierzchni gumy). Obowiązkowo z zamknięciem od spodu. *** A oto szczegółowy ranking - ocena w 16 kategoriach (+++ - dobrze się sprawdzi; ++ - średnio; + - zapomnij) Rodzaj pieczątki: A B C D E F G Właściwości Szybka i prosta w obsłudze +++ + ++ +++ ++ ++ ++ Do pracy przy biurku +++ ++ ++ +++ ++ ++ +++ Do pracy w biegu, na kolanie + + +++ ++ +++ ++ + Obsługa jedną ręką +++ + +++ +++ ++ +++ ++ Toleruje nierówne powierzchnie ++ + + + +++ ++ ++ Na długi okres pracy bez przerw +++ + + +++ + ++ ++ Łatwo się uzupełnia tusz +++ + +++ ++ +++ + ++ Niebrudząca + + + +++ + ++ +++ Nie przybije się „do góry nogami” + + +++ + +++ +++ + Trudno ją zgubić ++ ++ + +++ + ++ ++ Zmieści się do każdej kieszeni + +++ +++ + +++ +++ ++ Niezniszczalna +++ +++ ++ ++ + + +++ Wysoka elegancja + ++ + +++ ++ + +++ Pomieści dużą objętość tekstu + ++ ++ +++ + ++ +++ Precyzja przybijania +++ +++ ++ + +++ ++ ++ Można powiesić na smyczy + + +++ + +++ +++ + Najlepsze pieczątki według MedFor.me: Pieczątka automatyczna samotuszująca (D) - 35 pkt, za klasyczną elegancję i dowolność rozmiarów Ex aequo: Pieczątka myszka (C) i Pieczątka typu "zakreślacz" (E) - 34 pkt, za mobilność i podręczny rozmiar Pieczątka typu preink (G) - 33 pkt, za innowacyjność i łączenie kilku dobrych cech konkurentów *** A na koniec trochę z przymrużeniem oka. Ustawa ani rozporządzenie nie ogranicza wielkości ani rodzaju pieczątki lekarskiej, więc co stoi na przeszkodzie, by lekarz z fantazją wybrał coś „z innej bajki”:
  3. Na prośbę redakcji MedFor.me News ostatnie wydarzenia w obszarze ochrony zdrowia, dialogu społecznego i rynku pracy skomentowała dla nas pani Henryka Bochniarz, doktor nauk ekonomicznych, prezydent Konfederacji Lewiatan, była minister przemysłu i do niedawna przewodnicząca Rady Dialogu Społecznego z ramienia strony pracodawców. MedFor.me: Rada Dialogu Społecznego ma już 2 lata i czas na rządowe przewodnictwo w dialogu społecznym. Jak ocenia Pani miniony rok funkcjonowania Rady? Trzy największe sukcesy. Henryka Bochniarz: RDS w obecnej formule instytucjonalnie dostosował się do konieczności zwiększenia zaangażowania i odpowiedzialności partnerów społecznych (np. poprzez rotacyjne przewodnictwo), a jednocześnie wyrównał szanse na równe traktowanie ze stroną rządową. Niestety, dialog wciąż nie zawsze jest traktowany w kategoriach wartości, a czasami wręcz jako przeszkoda. Jest też często pomijany w konsultacjach projektów legislacyjnych poprzez nadużywanie ścieżki poselskiej. Rok temu obejmując przewodnictwo deklarowałam, że jestem zwolenniczką dialogu i po roku przewodniczenia RDS dalej uważam, że jest on kluczowy dla poprawy jakości stanowienia prawa, choć bywa frustrujący. Efekty często są niewspółmierne do włożonego czasu i wysiłku. Po roku przewodniczenia, mimo przeświadczenia o wadze dialogu, chętnie przekazałam przewodnictwo minister Elżbiecie Rafalskiej, ponieważ obecnie prowadzenie dialogu to praca u podstaw. To na pewno uczy pokory, ale i odpowiedzialności w postawach, bo dziś niektórzy niezwykle lekko niweczą, czasem ogromny wysiłek. W kilku kluczowych sprawach, jak: sposób przyjęcia ustawy budżetowej na 2017 r., czy kontrowersyjne propozycje zmiany w sądach, udało się porozumieć wszystkim partnerom oprócz Solidarności, która głośno oponowała. Podobnie było z próbami wystąpienia z wnioskiem o wysłuchanie publiczne np. w sprawie ochrony zdrowia. Ogromną przeszkodą w dialogu był też brak czasu i możliwości przerobowych. Natomiast udało się porozumieć w kwestii np. wynagrodzeń minimalnych, dokonać przeglądu istniejących rozwiązań i przygotować nową ustawę o radzie dialogu, która została złożona na ręce pana prezydenta i czeka na dalsze kroki. Udało się też wprowadzić koncepcję dialogu społecznego do szerszej świadomości społecznej i spopularyzować działalność RDS oraz - przede wszystkim - usprawnić funkcjonowanie i finansowanie wojewódzkich rad dialogu społecznego, co było wynikiem moich odwiedzin i rozmów w niemal wszystkich województwach. Przed nami kolejny rok pracy nad rozwijaniem dialogu społecznego. To zadanie trudne, ale konieczne, bo dialog jest wartością samą w sobie. Bez rozmowy nie ma szans na porozumienie. Przejęcie przewodnictwa przez rząd będzie prawdziwym testem na podejście rządzących do dialogu. Lekarze rezydenci 30.11.2017 zakończyli protest głodowy, którego postulatem był systematyczny wzrost nakładów na ochronę zdrowia w Polsce do co najmniej 6,8% PKB w ciągu 3 lat. Postulat nie został zrealizowany, a rząd zapowiedział wzrost nakładów do 6% PKB w perspektywie 8 lat, co nie jest do zaakceptowania przez Porozumienie Zawodów Medycznych, które w czasie protestu wypowiadało się w imieniu pracowników sektora zdrowia, ale też w imieniu pacjentów. Obecnie protest całego środowiska medycznego ma przyjąć formę "normalizacji czasu pracy" - powrót do zasad pracy zgodnych z Kodeksem Pracy tj. maksymalnie 48 godzin tygodniowo i zgodnie z zasadą 1 lekarz=1 etat, co w dużym stopniu zdezorganizuje pracę placówek ochrony zdrowia i obnaży niedobory kadrowe, a pośrednio uderzy w pracodawców ochrony zdrowia. Prawdą jest, że protestujący zmienili formułę strajku na mniej zagrażającą ich życiu, ale nie zmienili postanowienia co do tego, że dalej będą walczyć o realizację swoich postulatów. Miesięczny radykalny protest głodowy był wycieńczający dla ich organizmów, a nie przyniósł oczekiwanych rezultatów poza faktycznym wprowadzeniem problematyki do dyskursu publicznego. Wydaje mi się, że forma pracy zgodnej z Kodeksem Pracy dokładnie wskaże wyraźne braki na rynku. I, tak jak Konfederacja Lewiatan od dłuższego czasu wskazuje, to nie sieć szpitali czy inne niekonwencjonalne lub wręcz egzotyczne pomysły będą gwoździem do trumny systemu opieki zdrowotnej, ale właśnie braki kadrowe wśród lekarzy i pielęgniarek. Po zakończeniu protestu głodowego weszło w życie rozporządzenie Ministra Zdrowia K. Radziwiłła interpretujące "Tzw. Ustawę o minimalnych płacach w ochronie zdrowa" na korzyść lekarzy rezydentów, choć w stopniu wciąż niezadowalającym strony pracowników. Poza podwyżką o średnio ok. 450 zł brutto dla już pracujących lekarzy rezydentów i o 1200 zł brutto dla deficytowych specjalizacji, które rozpoczną pracę od przyszłego roku w rozporządzeniu znalazł się zapis, który przenosi ciężar finansowania rezydentur ze środków Funduszu Pracy na budżet państwa w ciągu 2 lat. Warto sobie na początek uświadomić, że rozporządzenie wydano zupełnie arbitralnie, wbrew protestującym i bez jakichkolwiek form dialogu czy konsultacji społecznych. W zakresie źródła finansowania, od początku wraz z innymi partnerami społecznymi reprezentowanymi w Radzie Dialogu Społecznego wskazywaliśmy, że jest to kuriozalny pomysł. Fundusz pracy powstał w zupełnie innym celu i środki w nim zgromadzone nie powinny być przeznaczane na kształcenie. To z resztą miało być jednorazowe działanie. Mam nadzieje, że tym razem tak właśnie będzie. *** Polecamy także lekturę wywiadu z Henryką Bochniarz: "Personel szpitali to współcześni siłacze i siłaczki. Cały system jest przeciwko nim, a oni próbują pomóc pacjentom"
  4. MedFor.me

    Ustawa rządowa - coś zmienia?

    Prezydent Andrzej Duda podpisał ustawę o sposobie ustalania najniższego wynagrodzenia zasadniczego pracowników wykonujących zawody medyczne zatrudnionych w podmiotach leczniczych. Tak będą podwyżki płac w ochronie zdrowia, tak lekarze (bo o tej grupie mogę najbardziej kompetentnie się wypowiadać) będą za miesiąc, za rok za dwa lata zarabiać więcej niż w dniu dzisiejszym. Czy lekarze (a na pewno rezydenci - bo ci mają jednolitą w skali kraju i prawnie umocowaną wysokość wynagrodzenia) będą zarabiać więcej niż 8 lat temu? I tak i nie, kwotowo na pewno, jako relacja do kondycji gospodarki i przeciętnych wynagrodzeń nie, jako wartość towaru jaki będą w stanie nabyć za swoją wypłatę - raczej nie (choć to w dużym stopniu zależy od tego jaki zbiór towarów uznamy za referencyjny. Owe podwyżki to tak naprawdę dla rezydentów (a to oni stanowią główny motor napędowy zachodzących zmian) rewaloryzacja płac, poziomem który obowiązywał kiedy wprowadzano aktualną wysokość wynagrodzeń. Kwota 3170 zł brutto obowiązuje od 2009r, wynagrodzenia określane jako pochodne wskaźników gospodarczych odnoszą się na ogół do wartości za poprzedni rok (a czasem nawet jeszcze jeden wstecz), w komunikacie GUS z dnia 10 lutego 2009 r. czytamy „Na podstawie art. 20 pkt 1 lit. a ustawy z dnia 17 grudnia 1998 r. o emeryturach i rentach z Funduszu Ubezpieczeń Społecznych (Dz. U. z 2004 r. Nr 39, poz. 353, z późn. zm.1)) ogłasza się, iż przeciętne wynagrodzenie w gospodarce narodowej w 2008 r. wyniosło 2943,88 zł. ” Teraz wystarczy wziąć kalkulator w dłoń i porównać stosunek ustanowionej w tej czas pensji zasadniczej lekarzy rezydentów do „przeciętnego wynagrodzenia w gospodarce narodowej ” z uchwalonym w rządowej ustawie współczynnikiem pracy dla odpowiedniej grupy zawodowej (podpowiem 1,05). Zakotwiczenie płac lekarzy (odbywających specjalizacje w trybie rezydenckim) w ustawie o zawodzie lekarza i lekarza dentysty polegało na określeniu ich minimalnego poziomu jako odniesienia do przeciętnego wynagrodzenia w sektorze przedsiębiorstw bez wypłaty nagród z zysku, poziom ten ustanowiono na 70% w/w kwoty, jednak realna wysokość wynikająca z aktów wykonawczych, wysokość obowiązująca do dziś kształtowała się na poziomie ok 110%. Taki też poziom postulowało w tamtych dniach Prawo i Sprawiedliwość, w swoich poprawkach do tejże ustawy. Dlaczego więc dziś obecna władza chlubi się podwyżkami które są niższe (105% vs 110%) oraz operują na niższym wskaźniku gospodarczym (przeciętne wynagrodzenie w gospodarce narodowej vs przeciętne wynagrodzenie w sektorze przedsiębiorstw)? Dlaczego uczciwymi podwyżkami nazywa się waloryzację plac czyli po prostu naprawę zaniedbań ostatnich lat? Na zakończenie chciałbym nadmienić , że podwyżki wynikające z właśnie podpisanej ustawy swój docelowy (ten waloryzujący) poziom mają osiągnąć dopiero w 2022r a ich wysokość do roku 2019 jest marginalna (do wtedy współczynnik pracy będzie mnożony nie przez aktualną wysokość przeciętnych wynagrodzeń a zamrożony wskaźnik z 2015r). Mam nadzieje iż rzuciłem trochę światła na temat aktualnych podwyżek. lek. Mateusz Latek, Redakcja MedFor.me
  5. W dobie fantastycznego rozwoju medycyny codziennie zderzamy się z irracjonalnym lękiem przed jej wielkimi zdobyczami. Jednym z największych przełomów w XX wieku był ogromny postęp w rozumieniu i leczeniu niepłodności. Właśnie zdrowiu reprodukcyjnemu poświęcona jest czwarta edycja międzynarodowej konferencji naukowej, którą MedFor.me objęło patronatem: "Development of Scientific Cooperation in Reproductive Medicine Research" Warszawa, 9-10 czerwca 2017 w Airport Hotel Okęcie. Rejestracja trwa, a będzie można wysłuchać m.in. światowych i polskich pionierów metody zapłodnienia IVF. Jednym z nich jest profesor Marian Szamatowicz, którego polemiczny tekst publikujemy. *** Zdecydowałem się napisać krótki komentarz do niektórych medialnych wypowiedzi. „Wstrząsająca prawda o In vitro: żeby mogło urodzić się 122 tys dzieci poświęcono życie prawie 4 mln innych dzieci” „Żaden poważny ginekolog nie twierdzi, że In vitro leczy niepłodność” „Z dziecka poczętego In vitro posłowie większości uczynili narzędzie zaspokojenia pustki ludzi życiowo niespełnionych” „Ustawa równa się cywilizacja śmierci” Pozwolę sobie zadać kilka pytań, na które zechcieliby udzielić odpowiedzi ci, którzy w sposób niezwykle agresywny i niestety kłamliwy atakują leczenie niepłodności przy wykorzystaniu metody In vitro i pokrewnych. Po pierwsze - kiedy Pan Bóg stworzył mężczyznę i kobietę powiedział: „Bądźcie owocni i rozmnażajcie się”. Nie mówił w jaki sposób. Prawie 90% populacji nie ma problemu z rozrodem. Natomiast, w sposób niezawiniony, około 10% nie może doczekać się ciąży i porodu upragnionego dziecka. W skali globalnej to oznacza ponad 72 mln par, z których prawie 43 mln poszukuje pomocy. W Polsce według danych szacunkowych problemy z rozrodem ma ponad milion par, z których około 200 tys. zgłasza się po pomoc. Uniwersalna Deklaracja Praw Człowieka mówi, że prawo do posiadania potomstwa jest podstawowym prawem człowieka. A zatem pytanie - czy leczenie niepłodności jest „zaspokojeniem pustki ludzi życiowo niespełnionych” czy też wypełnianiem obowiązku w doprowadzeniu do ciąży i porodu? Po drugie - nie umiem skategoryzować kto jest poważnym a kto niepoważnym ginekologiem. Natomiast wiem, że jeden utytułowany ginekolog w Polsce przed laty powiedział: „Techniki rozrodu wspomaganego medycznie to nie są procedury lecznicze, czasami pomagają uniknąć bezdzietności.” I ta nonsensowna teza do dnia dzisiejszego jest powtarzana jako argument. W 2015 roku w połowie czerwca w Lizbonie prawie 10 000 ludzi z całego świata debatowało jak najskuteczniej pomagać niepłodnym parom. Nikomu nie przyszło do głowy aby metodę In vitro dyskredytować. Komitet Nagrody Nobla w 2010 r kiedy tę nagrodę przyznawał Robertowi Edwardsowi uzasadnił ją „za największe osiągnięcie medycyny klinicznej XX wieku”. A zatem kolejne pytanie - czy metoda In vitro jest metodą leczenia niepłodności? Po trzecie - głosi się, najdelikatniej określając, kłamliwe tezy, że naprotechnologia zastąpi In vitro. Naprotechnologia posługuje się w wielu sytuacjach takimi samymi jak medycyna rozrodu technikami diagnostycznymi i stosuje takie samo leczenie farmakologiczne i zabiegowe (do tego ostatniego dodaje „napro”). Podstawowa różnica polega na tym, że naprotechnologia nie uznaje leczenia niepłodności za pomocą metod wspomaganej prokreacji. Po nie-skutecznym leczeniu farmakologicznym lub zabiegowym oferuje adopcję. Natomiast, przy nieodwracalnie uszkodzonych jajowodach, w zaawansowanej endometriozie, w ciężkich postaciach czynnika męskiego (dominująca przyczyna niepłodności), a także po wcześniejszych niepowodzeniach w leczeniu naprotechnologia nie daje żadnej szansy na ciążę. A to dotyczy ponad 50% niepłodnych par. Jednocześnie wiem, że w takich nie dających szansy na sukces sytuacjach za instruktaż pobiera się niemałe pieniądze. Kolejne pytanie - czy jest to moralne (mógłbym użyć innego, dosadniejszego sformułowania) aby głosić tezę, że naprotechnologia zastąpi In vitro? Po czwarte - przedstawia się pseudoargumenty, że In vitro jest metodą mało skuteczną. Bardzo dotkliwym dla leczonych pacjentów jest fakt, że metoda nie daje pełnej gwarancji na ciążę i urodzenie dziecka. Natomiast prawda jest taka, że skuteczność In vitro na poziomie 30-40% na cykl zdecydowanie przewyższa tzw. miesięczny wskaźnik płodności, który wynosi ok. 20 i tylko wtedy jeśli kobieta jest poniżej 30 roku życia. Ten wskaźnik sukcesu 30-40% jest bardzo dobry, ale to również oznacza, że wskaźnik niepowodzeń wynosi 60-70%. Nie zadaje się pytania jakie dramaty wtedy ci ludzie przeżywają. Medycyna rozrodu cały czas pracuje nad sposobami poprawy skuteczności, ale także nad opracowaniem dokładniejszych metod predykcyjnych. Udowodniono, że im większa ingerencja polityków w procedurę leczenia niepłodności tym mniejsza jej skuteczność. Jakie jest uzasadnienie dla ingerencji polityków w procedury lecznicze? Po piąte - rozpisuje się wiele na temat dzieci urodzonych po In vitro. Nie sposób cytować wszystkich. Nie ma potrzeby uzasadniać, że dzieci nie mają bruzd. Po In vitro żyje ich na świecie ponad 5 mln. Wiele z nich ma własne potomstwo. Dzieci z defektami rodzą się zarówno po naturalnym poczęciu, jak i po stosowaniu metod wspomaganej prokreacji. Udowodniono , że niepłodność jako taka, jest czynnikiem sprawczym zwiększonego odsetka defektów. Ale czy można zakazać rodzenia dzieci po naturalnym poczęciu skoro notuje się wady i czy można na tej samej drodze odmawiać leczenia niepłodności bo istnieje ryzyko defektu? Po szóste - są niezwykle zagorzali przeciwnicy mrożenia zarodków. Jest bardzo wiele argumentów przemawiających za. Natomiast elementarna wiedza o rozrodzie, której wielu brakuje, wskazuje, że aby zaistniała ciąża i poród muszą być spełnione dwa kluczowe warunki: musi być zarodek dobrej jakości (w naturalnym rozrodzie 60-70% zarodków obciążonych jest defektami genetycznymi, im starsza kobieta tym więcej) i musi być odpowiedni stan anatomiczny i czynnościowy endometrium (błony śluzowej macicy). Przeniesienie (transfer) zarodka na nieprzygotowane endometrium, jak chcą przeciwnicy mrożenia, to tak jak „skazanie go na śmierć”. Alternatywą jest mrożenie. Podobnie, mrożenie zarodków jest procedurą ratującą przed zagrożeniem życia w zespołach hiperstymulacji jajników. Z licznych opracowań wynika, że ciąże z mrożonych zarodków wykazują mniej powikłań oraz że dzieci rodzą się zdrowsze. A zatem kolejne pytanie. Jakie są rzetelne argumenty aby nie stosować procedury mrożenia? Po siódme - to będzie ostatnie pytanie. Jak wynika z mego rozeznania prawie wszystkie kraje UE mają uchwalone prawo regulujące leczenie niepłodności (30 krajów). W żadnym z nich nie uchwalono zakazu leczenia niepłodności przy zastosowaniu metody In vitro. Natomiast niektóre z nich uchwaliły prawo restrykcyjne, dotyczące liczby embrionów, krioprezerwacji, itp (Niemcy, Włochy), które zmniejsza skuteczność leczenia. Doświadczenia lat ostatnich pokazują, że takie restrykcyjne prawo skutkuje „turystyką prokreacyjną”, która jest dobrze udokumentowanym zjawiskiem w obrębie Unii Europejskiej. Jest jedna drobna uwaga. Na tego typu turystykę mogą pozwolić sobie ludzie za-możni, których stać na wszystko, na omijanie restrykcji we własnym kraju. I teraz ostatnie pytanie. Dlaczego jest tyle zawziętości w stosunku do „maluczkich”, którzy powinni być otoczeni szczególną troską, którzy mają takie same pragnienia jak bogaci a których po prostu nie stać na leczenie we własnym kraju nie mówiąc już o zagranicy. Prof. zw. dr hab. n. med Marian Szamatowicz
  6. Nasze, jako lekarzy, postrzeganie świata jest zdeterminowane przez medycynę. Nie umkną naszej uwadze symptomy choroby dostrzeżone u bliźnich. Żartobliwie mówimy czasem "Strassen Diagnose” kwitując najbardziej malownicze i patognomoniczne objawy. Proponuję percepcję sztuki wizualnej, jaką jest malarstwo, przez pryzmat naszego zawodu. Malarze, jako doskonali obserwatorzy i dokumentaliści, uwieczniali na swych dziełach (w sposób świadomy lub nie) cechy, które lekarze mogą ocenić pod względem klinicznym. Część I: Rak piersi w malarstwie Bodaj najbardziej znanym, chodź może nie najbardziej wyrazistym w kwestii patologii klinicznej, jest obraz Batszeba w kąpieli Rembrandta z 1654 roku. Mówi się, że zasinienie i nierówność lewej piersi Batszeby to nic innego jak symptom raka piersi. Ciekawostką jest, że rozpoznanie takie postawiło według różnych źródeł dwóch australijskich chirurgów w latach 80. zeszłego stulecia oraz niezależnie włoski lekarz. Powstała nawet inspirowana obrazem książka "Pierś Batszeby: Kobiety, Rak i Historia” autorstwa Jamesa S. Olsona oraz kilka prac naukowych publikowanych w czasopismach medycznych. Sprawa była najwyraźniej mocno intrygująca, gdyż w 2012 roku naukowcy z Uniwersytetu Twente (Holandia) na podstawie analizy właściwości tkanek zanegowali powyższą diagnozę. Modelką Rembrandta była tutaj Hendrickje Stoffels (kochanka malarza), która zmarła kilka lat później według źródeł historycznych po długiej chorobie lub podczas epidemii dżumy. Bardziej spektakularne symptomy nowotworu piersi możemy dostrzec na obrazach P. P. Rubensa. Jako przedstawiciel realizmu uwieczniał na swoich pracach dokładnie to co widział. Pozwala nam to zauważyć oznaki choroby u przedstawianych przez niego postaci. Jedna z gracji (pierwsza z prawej) z obrazu Trzy gracje (1637-38) ma otwartą ranę, "skórkę pomarańczową", przemieszczenie brodawki sutkowej, widoczny guz i powiększone węzły pachowe po stronie lewej. Innym dziełem Rubensa mogącym być dla nas materiałem do analizy klinicznej jest Diana i jej nimfy podglądane przez satyry (1616). Znowu lewa pierś centralnej postaci kobiecej obrazu wykazuje znamiona chorobowe w postaci deformacji. Bardzo podobne kliniczne cechy raka piersi ma przedstawienie Eurydyki z obrazu Orfeusz i Eurydyka tego samego autora. Pozwala to wysunąć przypuszczenie, że do wszystkich trzech dzieł pozowała Rubensowi ta sama modelka. Portret młodej kobiety (La Fornarina) Rafaela z 1520 roku to kolejny przykład na to, jak malarz udokumentował objawy choroby u swej modelki. Młoda kobieta sportretowana przez artystę prawą dłonią jednocześnie zasłania i wskazuje na guz deformujący lewą pierś. Giovanni Battista Crespi (Il Cerano) na jednym ze swoich fresków (La Madonna libera Milano dalla peste) przedstawił Madonnę o widocznych powiększonych węzłach chłonnych oraz ze zmianą skórną w obrębie górnego kwadrantu prawej piersi. Fresk przedstawia Madonnę wybawiającą Mediolan od plagi. Czyżby autor celowo zobrazował w ten sposób „plagę” mylnie przyjmując oznaki raka piersi za objaw choroby zakaźnej? Lek. Beata Tomaszewska, specjalista chorób wewnętrznych
  7. Są takie sympozja, które są czymś więcej niż suchą akademicką debatą czy spotkaniem branżowym. Aranżują spotkanie różnorodnych specjalistów, ekspertów i autorytetów, by zmierzyć się z prawdziwymi wyzwaniami współczesności. Dają szansę na przełomowe, nowe spojrzenie, wytyczają nowe szlaki i zwracają uwagę społeczeństwa na ważne tematy. Bez wątpienia należy do nich wrocławska Konferencja "Główne wyzwania HIV / AIDS w Polsce" 10 IV 2017. W imieniu kierowników naukowych konferencji: prof. dr hab. Elwiry Marszałkowskiej-Krześ oraz prof. dr hab. Andrzeja Gładysza zapraszamy do udziału (Wrocław, sala konferencyjna Dolnośląskiej Izby Lekarskiej, ul. Matejki 6, 10.04.2017 g. 12.00). Rejestracja: http://fundacjaegida.pl/konferencje.html# Jak rozwiązać problemy ostracyzmu społecznego osób żyjących z HIV? Jak zwiększyć dostęp do świadczeń pozamedycznych dla tych osób? Jak utrzymać dotychczasowy wzorcowy standard opieki medycznej stworzony w Polsce? Jak zachęcić do badań w kierunku HIV? Jak pomóc w radzeniu sobie z aspektami życia w rodzinie i w społeczeństwie osób żyjących z HIV i ich bliskich? Jak żyć z osobą współzakażoną (związki mieszane)? Wystąpienia ekspertów z całej Polski oraz owocna dyskusja, do której zaprosimy wszystkich uczestników, pozwolą na wypracowanie rozwiązań odpowiadających na rosnące wyzwania związane z profilaktyką przed ekspozycyjną, życiem z HIV / AIDS. Wśród zaproszonych gości są eksperci z dziedzin medycznych, prawniczych, etycznych i społecznych. Konferencja skierowana jest do lekarzy, pielęgniarek, innych pracowników podmiotów leczniczych, prawników, teologów, przedstawicieli edukacji (nauczycieli i pedagogów, pracowników kuratoriów), firm ubezpieczeniowych i wszystkich dla których problemy HIV i AIDS są istotne. Program konferencji Główne wyzwania HIV / AIDS w Polsce Źródło: materiały fundacji EGIDA Program_konferencji_GWHA.pdf
  8. MedFor.me

    Przyszedł rak nieborak...

    Dzisiaj ponoć każdy ma raka, ale nie każdy jeszcze o tym wie. Ja się dowiedziałem. Pełen życia, energii, pasji, zajęć i nagle bang. Trochę jakby biec i zderzyć się ze ścianą. Chwila po diagnozie to oczywiście wizyta w Internecie. Medyczne strony przeczytane wszystkie. Jaki to rak, jakie stadium, jakie rokowanie, jakie leczenie. Wszystko. No ale potem przychodzi kolejny dzień i kolejny i powoli żyje się z tym nowym towarzyszem. Ale wciąż brakowało mi informacji o takim codziennym funkcjonowaniu, o tym co będzie, jak to wszystko wygląda. I właśnie o tym chcę opowiedzieć. Przychodzi pierwszy dzień chemioterapii. Od razu zaznaczam, że są różne rodzaje i metody leczenia, ale ja opowiem o swojej chemii. Na początek nawodnienie, czyli odpowiednia dawka krystaloidów, trochę magnezu i mannitol. A potem przyjeżdża wózek z "workami na śmieci". Cztery dwulitrowe worki kolorowych płynów, kilka drenów, pompa infuzyjna i ruszamy. Już nie było mi do śmiechu. Nagle poczułem, co się dzieje. Że to jest naprawdę poważne. Że rak to choroba, którą można wygrać, ale te smutne historie dookoła też są prawdziwe. Patrzę na krople jak spadają i czekam kiedy się zacznie. Kiedy zwymiotuję, kiedy brzuch zacznie boleć, kiedy będą pierwsze objawy. Ale nie dzieje się nic. A przepraszam. Po tylu litrach odwiedzam toaletę co 5 minut. Na zmianę z sąsiadem, którego chemia obdarzyła biegunką. Jedna, druga gazeta, film, Internet, odwiedziny i jakoś te godziny lecą. Przychodzi wieczór i powoli coś zaczyna się dziać. Jest mi słabo. Opadam z sił. Poprosiłem o leki nasenne i odpłynąłem. Niestety z rana kolosalnie silne nudności. Szybka interwencja białego personelu, trochę zastrzyków, kroplówki do płukania i obyło się bez wymiotów. Kilka godzin później w obstawie torecanu wychodzę do domu. Kolejne dni to zawieszenie. Osłabienie, brak skupienia i ogromny, największy w życiu kac. Uczucie jakby się miało kaca. Coś czego nie da się opisać. Żadna pozycja w łóżku, na stojąco, na plecach czy na boku - wiecznie niewygodnie, wciąż coś przeszkadza. Ciało jakby obce, jakby stało z boku. Tu noga boli, tam coś kłuje. Najgorsze jest jedzenie. Albo raczej niechęć do jedzenia. Każdy oczywiście odczuwa to indywidualnie. Ja, wielki fan słodyczy, nie mogłem nawet o nich myśleć, bo od razu mną zarzucało. Jedynym darem była szyneczka. Kromeczka z szyneczką. I tak przez 3 dni. I te ubywające kilogramy. Dieta cud! No a potem powrót do życia. Normalnego funkcjonowania. Osłabienie trwało przez około tydzień. Ale dało się normalnie żyć, pracować. Dużo wcześniej chodziłem spać, aktywność fizyczna zdecydowanie na nie. Niestety dopadła mnie silna neutropenia. Potrzebny czynnik wzrostu. I tak zabawa w kotka i myszkę, aby wyrównać wyniki, które są raz za wysokie, raz za niskie. W tym okresie zaczęło się wypadanie włosów. Na początku pojedynczo, potem coraz więcej. Wreszcie podczas pewnej kąpieli patrzę a tu pływa ich stado wokół mnie. Patrzę do lustra i wyglądam jak wyliniały szczur. Nie było już odwrotu. Maszynka w rękę i na zero. Wtedy pojawiła się pierwsza i jedyna łza w oku. Zobaczyłem, że mam raka. Wyglądałem, że mam raka. I czułem się wciąż źle. Każda kolejna wizyta na onkologii to witanie się z nowymi znajomymi. Taka ‘’nowa rodzina”. Bo wciąż się tam spotykamy co 2-3 tygodnie. Wciąż pobierają nam krew, mówią czy będzie dziś chemia, czy walczymy z wynikami. Są dni, że zbiorowo opuszczamy oddział, bo tak się stało, że każdy ma złe wyniki. Każdy życzy sobie zdrowia, wymieniamy się nową książką do czytania podczas wielogodzinnego oczekiwania. Po tak długim okresie kłucia na widok igły mam już odruchowy skręt głowy w bok. Dawniej nie bałem się kłucia. Dziś już mam go po prostu dość. Jest oczywiście propozycja portu, ale uważam, że jest to zarezerwowane dla osób z totalnym brakiem żył albo bardzo wyniszczonych chorobą. Ważne rzeczy to dieta i higiena jamy ustnej. Zmieniłem zdecydowanie podejście do jedzenia. Regularne, zdrowe 5 posiłków dziennie, odrzucenie tego co złe. Duże ilości płynów. Suplementacja witamin. Owoce, owoce, owoce. To faktycznie pomaga. Wyniki są lepsze. Słynny sok z buraka. Do tego po każdym posiłku mycie zębów, płyn do płukania. Żeby nie było grzybicy. Potem powrót do domu, do życia. Każdy dookoła nagle zauważa, że masz raka. Każdy dopytuje, współczuje, pyta czy nie pomóc. Sporo dobrego można usłyszeć. Ale też wiele osób nie wie jak zareagować, jak zapytać, jak się zachować. Czy boli? Nie. Jest dużo nieprzyjemnych chwil, złego samopoczucia, rozbicia, przygnębienia, zdecydowanie osłabienia, ale nie boli. I tak trzeba żyć z dnia na dzień. Aż rozpadnie się nasz ‘’związek” z tym rakiem. Nie wolno się poddawać, nie wolno myśleć o tym, że coś pójdzie nie tak. Ważne jest odpowiednie podejście, zdrowy rozsądek i przede wszystkim dobre zorientowanie w temacie. Oczywiście każdy pacjent onkologiczny po jednej wizycie w szpitalu jest specjalistą w tym zakresie. Każdy jest zaznajomiony ze specyfiką leczenia, jego działaniem i skutkami ubocznymi. I to jest ważne, bo wiemy czego się należy spodziewać. Już dziś mówi się o raku jak o kredycie czy grypie. I tak należy do tego podchodzić. To sprawa przejściowa, do przeżycia, do wygrania. Każdego może dopaść, ale dzisiaj wiemy jak z nią walczyć i dajemy sobie radę. Imię i nazwisko autora - lekarza do wiadomości Redakcji
  9. Rozmowa z dr Henryką Bochniarz, ekonomistką, założycielką i prezydentem Konfederacji Pracodawców "Lewiatan". Jako przedsiębiorca, członkini organizacji pozarządowych, polityk i publicystka od lat jest aktywnie zaangażowana w życie społeczne w Polsce. Od 2016 roku jako reprezentant strony przedsiębiorców przewodniczy Radzie Dialogu Społecznego, gdzie w ramach konsultacji społecznych planuje rozpocząć ogólnopolską debatę m.in. na temat polskiego systemu opieki zdrowotnej. Mateusz Malik: Pani Prezydent! Rada Dialogu Społecznego, której Pani przewodniczy od 22 października 2016 roku, czyli nowa wersja Komisji Trójstronnej to przestrzeń do rozmowy między stroną rządową, pracodawcami i pracownikami. Co udało się osiągnąć dzięki temu ciału w ciągu pierwszego roku jego działania? Henryka Bochniarz: Początek działania nowej instytucji jest zawsze trudny, dlatego na tej podstawie trudno ocenić jaki będzie ciąg dalszy funkcjonowania RDS. Nie jest to jednak tylko nowa wersja Trójstronnej Komisji. To był pierwszy rok obowiązywania nowej ustawy o Radzie, którą obecnie wypełniamy treścią. W ustawie są ogólne zapisy, nowe kompetencje i zasady działania instytucji, które muszą zostać przełożone na konkretne, szczegółowe, wewnętrzne regulacje, jak np. system głosowania podczas posiedzeń, czy jest konieczność sporządzenia protokołu, itd. Ten pierwszy rok był wyjątkowy także dlatego, że był to pierwszy rok funkcjonowania rządu, który zasypał nas dziesiątkami projektów legislacyjnych. Policzyliśmy, że konsultowaliśmy w tym czasie ponad 500 ustaw. Jednocześnie wielokrotnie wykorzystywany był np. mechanizm projektów poselskich, czyli ominięcia RDS w związku z tym, że te projekty nie podlegają konsultacjom społecznym. Zapytałam kiedyś jednego z ministrów, dlaczego własny projekt dał do podpisania posłom, aby uniknąć dyskusji w Radzie. Powiedział, że konsultacje społeczne są strasznie czasochłonne… [śmiech]. Fakt, są. Ale właśnie po to się je robi, aby dowiedzieć się jakie są argumenty partnerów społecznych, racje różnych stron i jak można je pogodzić. To stanowi o jakości i trwałości prawa. W trakcie mojego przewodniczenia, czyli niemal do końca 2017 roku, musimy przygotować nowelizację ustawy o Radzie Dialogu Społecznego. Już wiemy, co działa, a co wymaga poprawy, np. funkcjonowanie WRDS-ów. W dobie decentralizacji będą się stawały coraz ważniejsze. Kiedyś były usytuowane przy wojewodach, a w obecnej ustawie przypisano je do marszałków, którzy z tego narzędzia w większości nie korzystają… Musimy to uporządkować, jak również poprawić finansowanie dialogu w regionach. W tej chwili nie ma środków nie tylko na ekspertyzy, ale nawet na zakup wody dla uczestników dyskusji. A jakie najważniejsze cele szykują się na obecny rok? Ponieważ mamy za sobą okres, który nazywam „legislacyjnym tsunami”, nie wystarczyło czasu, aby nad wieloma ważnymi sprawami należycie się pochylić. Albo pojawiał się projekt budzący kontrowersje, do którego Rada musiała się odnieść, albo wnioski o pilną interwencję, m. in. w sprawach zamówień, publicznych, hutnictwa, handlu cementem i musieliśmy błyskawicznie wydać w tych sprawach opinię. Chciałabym, aby Rada nie była instytucją zajmującą się wyłącznie sprawami bieżącymi, których są dziesiątki, ale przede wszystkim podejmującą kwestie o strategicznym znaczeniu dla naszego kraju. Mieliśmy już uzgodnienia w sprawach ważnych dla wszystkich, jak np. w sprawie wprowadzenia minimalnej stawki godzinowej, likwidacji tzw. syndromu pierwszej dniówki czy dopuszczające wydłużenie okresu odwołania od zwolnienia z pracy. Chciałabym, aby Rada była jeszcze bardziej aktywna, wychodząca z inicjatywą. Wśród tematów, które chcemy podjąć w tym roku są, m. in.: dostosowanie kompetencji pracowników do potrzeb rynku pracy, zasady funkcjonowania i finansowania ochrony zdrowia, jak również stworzenie warunków do rozwoju innowacyjnej gospodarki. W czasie, kiedy jest spokój, choć obecna sytuacja polityczna jest napięta, musimy wspólnie ustalić ważne tematy, którymi powinniśmy się zająć w sposób odpowiedzialny i w dłuższej perspektywie niż wyborcza. Czy to się uda, nie wiem. Chciałabym także, aby sama idea dialogu stała się ważna. Niestety nie mamy w Polsce umiejętności rzeczowej rozmowy… A problemy nabrzmiewają. Barack Obama w swoim pożegnalnym wystąpieniu mówił o potrzebie dialogu i funkcjonowaniu w bańkach informacyjnych. Ludzie są przyzwyczajeni do słuchania tych, którzy myślą tak samo lub podobnie i są zamknięci na argumenty, z którymi się nie zgadzają. Nam w Radzie udało się już w dużej mierze przejść ten etap i w wielu kwestiach związkowcy słuchają argumentów pracodawców i vice versa, nawet w tak trudnych kwestiach, jak minimalna płaca godzinowa. W związku z narastającym kryzysem politycznym w państwie, w grudniu zeszłego roku, partnerzy społeczni zajęli wspólne stanowisko, apelując do polityków o dialog i porozumienie. Jednak gdy działamy pod presją czasu, to związkowcy patrzą na daną sprawę tylko pod kątem interesów pracowniczych, a pracodawcy - gospodarczych i nie ma przestrzeni do realnego dialogu. Jeśli dotyczy to spraw tak ważnych dla Polaków, jak służba zdrowia, czy edukacja, to Rada powinna mieć czas, aby odpowiedzialnie odnieść się do propozycji rządu. Pośpiech przekłada się niestety negatywnie na jakość prawa. Rada Dialogu Społecznego dysponuje dobrym instrumentem, który powinien być częściej wykorzystywany, czyli może wnioskować o przeprowadzenie wysłuchania publicznego w ważnej sprawie, objętej zakresem jej właściwości. W sprawie reformy edukacji właściwie wszystkie organizacje, poza Solidarnością, która wstrzymała się od głosu, podpisały się pod wnioskiem o lepsze przygotowanie tej ustawy. A reforma, po niedawnym podpisaniu przez Prezydenta, ma wejść w życie 1 września! Na kolejnym posiedzeniu plenarnym RDS zaplanowana jest dyskusja na temat reformy systemu ochrony zdrowia i potrzebie postrzegania wydatków na ochronę zdrowia, jako inwestycji w przyszłość Polski. Oddolnie powstało bardzo wiele grup, które, pomimo sprzecznych interesów, postulują odpowiedzialne podejście do reformy, dlatego powinny mieć możliwość przedstawienia swoich racji. Mam nadzieję, że strona rządowa będzie podczas tej dyskusji należycie reprezentowana. Niestety, często jest tak, że przychodzi do nas minister, który wygłasza swoją opinię, po czym wychodzi. Zostawia urzędników, którzy wszystko notują, ale nie mają mocy decyzyjnej. Nierzadko wygląda to tak, jakby od początku nie zamierzał w ogóle wsłuchać się w opinie innych. RDS musi stanowić taką płaszczyznę, na której będzie można wyrazić swoje zdanie, nawet jeśli ono nie zostanie zaakceptowane ze względu na rangę innych argumentów. Na tym polega dialog. Ale trzeba argumentów wysłuchać i na nie odpowiedzieć, a nie ignorować, bo wtedy mamy tylko serię monologów. Pytanie trochę ad vocem: Od wielu lat rola państwa sprowadza się do kryzysowych interwencji. Brakuje nam planowania, myślenia długofalowego na okres dłuższy niż jedna kadencja rządu czy parlamentu. To także jedna z bolączek ochrony zdrowia. Czy można wszystko zrzucić na niską jakość klasy politycznej? Czy są jakieś inne tego przyczyny? Myślę, że zawsze jest tak, że pole do rozmowy stwarzają ci, którzy mają największą władzę. Na nich też spoczywa największa odpowiedzialność. Dobrze, że pozostali także mogą się zorganizować, oprotestować, a jak przyjdzie 50 tysięcy ludzi, to jest nadzieja, że ktoś ich wysłucha. To jednak nie liczba decyduje o posiadaniu racji. Koszty takich „ćwiczeń” są duże. W Polsce, gdy pojawia się problem, nie ma zwyczaju, aby już na samym początku usiąść i rozmawiać. Problem musi przybrać takie rozmiary, że nie ma wyjścia i trzeba ludzi wysłuchać. Ale wtedy, „pod ścianą”, oferuje się nieprzemyślane rzeczy. Myślę, że powodem tego, że stronimy od autentycznego dialogu jest to, że nasza demokracja jest jeszcze bardzo młoda i nie zbudowaliśmy dotąd wielu instytucji, które w takich sytuacjach są bardzo pomocne. Mieszkałam przez kilka lat w Ameryce i wciąż na bieżąco śledzę to, co tam się dzieje. W związku z tym nie boję się o USA, pomimo tego, że prezydentem został człowiek bez żadnego doświadczenia w zarządzaniu państwem. W systemie amerykańskim jest tak wiele bezpieczników, że Ameryka sobie z tym wyzwaniem poradzi. Natomiast my tego w Polsce nie mamy. Nasze organizacje pozarządowe są wciąż słabe i niedofinansowane, bo po okresie funkcjonowania w gospodarce PRL przedstawiciele starszego pokolenia na samą myśl, że mają się z kimś zrzeszyć i zorganizować, od razu się wycofują. Ludzie nie mają na to czasu, nie mają też na to pieniędzy. Ale, co najważniejsze, nie są tego nauczeni. Kiedy przyjechałam do Ameryki i zaczęłam uczyć na uniwersytecie, to w ciągu miesiąca byłam członkinią około trzydziestu różnych grup! Przychodził do mnie przedstawiciel każdej z nich i coś proponował. „Słuchaj! Mamy wspólne czytanie książek.”, „Mamy spotkania z farmerami i potrzebujemy wolontariusza, który będzie im tłumaczył różne sprawy”, itd. To było niesamowite. Człowiek od razu stawał się częścią czegoś! U nas, jeśli sami o coś nie zawalczymy, nikt nie przyjdzie i nie powie co mamy robić. Narzekamy więc na brak społeczeństwa obywatelskiego… Nasza demokracja jest na etapie może nie noworodkowym, ale takiej młodzieńczej burzy hormonalnej… Tak. Dlatego tym większa jest odpowiedzialność ludzi, którzy rządzą. W czasach Komisji Trójstronnej, która nie była idealna, pamiętam okres przewodnictwa premiera Jerzego Hausnera, który bardzo szanował partnerów społecznych. Mimo, że kłóciliśmy się co do setek spraw, to był czas, gdy Komisja podjęła szereg wspólnych decyzji, bo minister finansów podchodził do dialogu w sposób poważny. Jeśli takie będzie podejście władzy, to przy wszystkich różnicach, osobistych sympatiach i antypatiach uda się wiele rzeczy ustalić. Kolejnym problemem jest to, że gorący spór polityczny uniemożliwia kontynuację. Jeden rząd podejmuje zobowiązania, a kolejny „wyrzuca je wszystkie do kosza”, tylko dlatego, że były to decyzje poprzedników. Za każdym razem na nowo musimy „odkrywać Amerykę”. Jaka jest najwłaściwsza droga? Czy to obywatele muszą dojrzeć i wybrać taką odpowiedzialną władzę, czy to państwo musi sobie wychować obywateli? Dochodzimy tutaj do bardzo ważnej kwestii, czyli edukacji. Bo jeżeli Ameryka jest taka, jaką ją znamy, to dlatego, że od przedszkola cały czas stawia się na pracę zespołową! Dzieci uczą się tego i są oceniane z umiejętności pracy w team'ie. Pamiętam jak moja córka podczas zajęć w szkole jednego dnia była obrońcą, a drugiego prokuratorem w tej samej sprawie. To ją zmuszało do formułowania dobrych argumentów i wyważenia racji. To prawda, że Ameryka jest krajem indywidualistów, ale z drugiej strony, ma świetnie wyćwiczony sposób wspólnego działania w każdej kwestii. A gdzie się tego uczy w Polsce? Kolejna ważna kwestia to wolontariat. W USA szalenie liczy się na każdym etapie kariery, ponieważ uczy zauważania innych, ich problemów, racji, doświadczeń. Nie chcę przez to powiedzieć, że Ameryka jest idealna, bo to nieprawda, ale pewne rzeczy możemy zapożyczyć od Amerykanów, bo stanowią fundament ich sukcesu w wielu dziedzinach. Natomiast w Polsce, wszelkie formy społecznego zaangażowania nie są dobrze widziane - dotyczy to zarówno pracowników, jak i pracodawców. W RDS mamy cztery organizacje reprezentatywne pracodawców i trzy związkowców. Kryteria reprezentatywności to, m. in., zrzeszenie pracodawców zatrudniających łącznie co najmniej 300 tysięcy pracowników. To nie jest oszałamiająca liczba w kraju, w którym pracuje 16 milionów osób. Po stronie pracodawców jest więcej dużych firm, korporacji, bo one rozumieją jak to jest ważne… Po stronie związkowej natomiast, uzwiązkowienie jest na poziomie ok. 12% i są to w dużej mierze starsi ludzie. Czy w Polsce w obliczu spadającego bezrobocia, rosnących zarobków i dużego popytu na siłę roboczą możemy już mówić o zjawisku dotąd niespotykanym, o „rynku pracownika”? Tak. Prognozowaliśmy, że to się wydarzy. Jeśli spojrzymy na trendy demograficzne, to zjawisko „rynku pracownika” będzie się pogłębiało. Widzimy ogromną emigrację Polaków, szczególnie młodych. Mamy wiele sygnałów z różnych miejsc, że nie ma ludzi do pracy. I to nie tylko w służbie zdrowia, gdzie zawsze był problem i gdzie skala wyjazdów zarobkowych była i będzie duża. Dawniej istniała bariera językowa i obawy starszego pokolenia przed zmianami. A młodzi ludzie, którzy zaczynają już na studiach jeździć po świecie w ramach Erasmusa i innych programów, jeszcze nim skończą edukację, mają szereg propozycji pracy. Wykształcenie lekarza sporo kosztuje, więc zagraniczni pracodawcy chętnie przyjmują lekarzy z Polski, i organizują dla nich potrzebne kursy, czy szkolenia. W ramach umowy CETA, która wzbudziła takie kontrowersje w Europie, Kanada zadeklarowała, że europejskie dyplomy lekarskie będą uznawane po obu stronach Atlantyku. Dotyczy to także innych kwalifikacji przedstawicieli tzw. wolnych zawodów. Jakie mogą być tego konsekwencje w kontekście środowiska medycznego? Musimy tworzyć strategiczną, wieloletnią politykę, dzięki której fachowcy, w których jako społeczeństwo inwestowaliśmy, finansując szkolnictwo zawodowe i wyższe, będą chcieli zostać w Polsce. Bez tego, sytuacja może być niezwykle trudna. A nie jest to tylko kwestia pieniędzy! Często słyszę argument, że my nie jesteśmy w stanie zaoferować tego wszystkiego, co np. w Danii, czy Szwecji… Oczywiście, że nie. Ale gdyby na przykład lekarze mieli szansę na systematyczny rozwój, gdyby zamiast wypełniać stosy papierów, mogli skupić się na leczeniu pacjentów, to myślę, że chcieliby choć spróbować pracy w Polsce. Gdy Polska została członkiem Unii Europejskiej, Ambasada w Londynie zorganizowała spotkanie z pierwszą grupą pracowników, która przyjechała z Polski do Anglii legalnie i na normalnych warunkach. Jak wtedy z nimi rozmawiałam, a była to bardzo zróżnicowana, kilkudziesięcioosobowa grupa, to wszyscy patrzyli w przyszłość z wielkim optymizmem. Zapytałam ich, kto planuje wrócić do kraju i wówczas chęć powrotu zadeklarowało ok. 90%. Planowali popracować ok. 3-4 lata, zarobić na mieszkanie, samochód i wrócić. Podczas ponownego z nimi spotkania, 2 lub 3 lata później, nie wiem czy 5% odpowiedziało twierdząco na to samo pytanie. Gdy zapytałam ich dlaczego, to wcale nie mówili o pieniądzach. Dla nich ważne było to, że tam ludzie się do siebie uśmiechają, że jest spokojniej, że nie są zmuszani do niemożliwego, do dokonywania oportunistycznych wyborów. Łatwość i wyższa jakość życia, wynikająca z większego zaufania i kapitału społecznego, powodują, że Polacy niechętnie wracają do Polski. Ta grupa podkreślała, że pomimo tego, że są obcokrajowcami, traktuje się ich poważnie. Jak przychodzą z jakimś pomysłem, a mają tych pomysłów całą masę, to zawsze są wysłuchani i albo się te pomysły wdraża, albo się z nimi rozmawia i spokojnie tłumaczy, dlaczego jest to niemożliwe. Warunki finansowe są lepsze i jeszcze bardzo długo będą lepsze, ale podkreślam, że to nie jest najważniejsze. Daje do myślenia… Młodzi lekarze, w tym lekarze rezydenci (czyli w trakcie specjalizacji na „państwowym” etacie) działają od ponad roku na wielu polach. Głównym bodźcem do tych działań były pogarszające się warunki pracy, niejasne zasady kształcenia, łamanie praw pracowniczych, brak waloryzacji wynagrodzeń, ich rażąca nieproporcjonalność do odpowiedzialności, jaką ponosi lekarz i brak perspektyw na jakąkolwiek zmianę. Po ogromnych przedsięwzięciach, to jest akcje typu adoptuj posła, senatora, izbę lekarską, po wielotysięcznych manifestacjach w Warszawie (także zrzeszona demonstracja wszystkich zawodów medycznych), po licznych listach i petycjach do przedstawicieli władz poszliśmy, jako młodzi medycy, nawet nie o krok naprzód. Wciąż nasze możliwości jako pracowników systemu są bardzo ograniczone. Wciąż istnieje „wolontariat”, wciąż nie wszyscy lekarze, którzy kończą studia mają możliwość zatrudnienia i rozwoju, wciąż nie mamy od władz sygnałów, że jesteśmy tu potrzebni, spada liczba przyznawanych etatów rezydenckich. Czy według Pani wiedzy to, co proponuje władza ma jakiekolwiek szanse zmienić naszą sytuację, czy jest to tylko „kupowanie” spokoju? Cieszę, że się zebraliście i działacie wspólnie. Bez tego niewiele można osiągnąć. Problemy mogą mieć różne kolory w różnych placówkach zdrowotnych, ale system jest tak samo chory wszędzie. Natomiast rezydenci prawdopodobnie będą krytykować Radę Dialogu Społecznego za to, że podnosimy sprawę finansowania staży rezydenckich z Funduszu Pracy*. Zaczęliśmy o tym rozmawiać już w poprzednim roku, w okresie przewodnictwa Piotra Dudy w RDS. Z jednej strony wiadomo, że nie ma pieniędzy w budżecie, a lekarzom trzeba wypłacać wynagrodzenia, ale z drugiej strony, w ustawie o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy nie ma ani słowa o finansowaniu z tych środków wynagrodzeń lekarzy-rezydentów. Z takiego rozwiązania nikt tak naprawdę nie jest zadowolony. Ani lekarze, bo jest to rozwiązanie przejściowe, ani pracodawcy, którzy płacą na fundusz, który powinien służyć innym celom i nie mają wpływu na sposób wydatkowania tych środków. Podobnie jest z Funduszem Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych. Słyszałem niedawno, że im lepszy lekarz, tym będzie gorszym dyrektorem szpitala… Pewnie są jakieś chlubne wyjątki, ale według mnie... szkoda lekarza. Sprawami zarządzania powinni zajmować się przygotowani do tego menadżerowie, a nie lekarze. Miałam okazję przez ostatni rok przyglądać się temu z bliska i w zarządzaniu szpitalami jest wiele rzeczy, które absolutnie trzeba zmienić. Personel szpitali to często współcześni siłacze i siłaczki. Cały system jest przeciwko nim, a oni próbują pomóc pacjentom. Jeśli uda się skompletować zespół, który będzie się w stanie dogadać, to pomimo trudnych warunków, można dobrze funkcjonować i realizować wspólne cele. Ale to rzadkość. Dlatego ludzie rezygnują, wyjeżdżają do innych miast, innych państw, poszukują lepszego życia. A średnia długość życia rośnie i będziemy mieli coraz więcej starszych osób. Wszyscy oczekują, że dostaną pomoc medyczną w ramach środków publicznych. I ta dynamicznie rosnąca fala pacjentów oczekujących pomocy po prostu nas zaleje. Powoli prywatna służba zdrowia robi się podobna do publicznej - w wielu miejscach jest tak samo przeciążona. Wcześniejsze przechodzenie na emeryturę, może ten problem pogłębić. Człowiek pozbawiony rutyny chodzenia do pracy zaczyna „chorować”. Podsumowując, popyt rośnie, podczas gdy mamy ogromną emigrację, niski wskaźnik demograficzny i 500+, które może skłaniać ludzi do wycofania z rynku pracy. Gdyby istniał dobry system opieki zdrowotnej, dzięki któremu ludzie w wieku post-emerytalnym byliby w dobrej formie, staliby się oni wartościowym, koniecznym uzupełnieniem luk na rynku pracy. Tak jak w Japonii, gdzie w McDonaldzie pracują i studenci, i staruszkowie… To osobna bajka. Nam grozi niesamowity kryzys! Myślę, że tych trendów już nie cofniemy. Europejczycy nie chcą i nie będą się rozmnażać. Zabraknie nam po prostu rąk do pracy. Jedyną szansą jest imigracja ludzi ze świata… Kiedy mieszkałam w Stanach, to w naszej przychodni wśród lekarzy pierwszego kontaktu, Amerykanów było około 10%. Wszyscy inni to obcokrajowcy! I nie było to pokolenie, które się tam urodziło. Cieszyli się, że przyjechali do Ameryki, że mogli tam studiować. Polskę czeka to samo. Dlatego to nasze bronienie się przed obcokrajowcami jest dla mnie specyficzne. Świadkiem na moim ślubie, wieki temu, był Etiopczyk, przyjaciel mojego męża. Pobieraliśmy się w Zielonej Górze i pamiętam jak za nim leciał tłum dzieciaków, które nigdy nie widziały żadnego ciemnoskórego. Ostatnio przyjechali do nas na wieś w odwiedziny ciemnoskórzy przyjaciele i wzbudzali tak samo duże zainteresowanie wśród dzieci. Ciągle to nie jest oswojony temat. Wszędzie tam, gdzie to jest możliwe - w edukacji, w kościele, powinniśmy pokazywać, że przyjazd imigrantów, często z egzotycznych krajów, jest naturalny i dobry dla nas. Niestety u części naszego społeczeństwa, wciąż budzi sprzeciw. Oczywiście, równocześnie uważamy, że my mamy prawo być w każdym miejscu świata i powinno nam się zagwarantować dobre warunki. Dyrektor szpitala to specyficzny rodzaj pracodawcy. Najczęściej firma, którą zarządza działa w dużej mierze non-profit (jeśli jest to szpital publiczny), a niezależnie od statusu własnościowego pieniądze na działalność najczęściej otrzymuje od państwa, a nie od „klienta”. Z drugiej strony funkcjonujemy w świecie wolnego rynku… Jaki zatem model finansowania służby zdrowia marzy się Pani, jako pracodawcy i przedsiębiorcy? [Śmiech] Uważam, że dobrze funkcjonowały, wprowadzone poprzez regionalne NFZ-ty, Kasy Chorych. Była to idea, aby rozwiązań szukać bardziej „na dole”. Ceny są przecież zróżnicowane regionalnie i dlatego zaczęłabym od tego, żeby oddolnie sprawdzić jak wycenić zestaw usług, który świadczą szpitale. Pytanie tylko, jak niezależni będą ci, którzy pracują w regionalnych kasach chorych. Teraz chcemy zarzucić kompletnie wszystko i wrócić do zamierzchłej przeszłości, co według mnie jest niebezpieczne. Centralne sterowanie przez polityków… W prywatną służbę zdrowia zainwestowano ogromne środki i nie można tego dorobku zmarnować. Jeśli będziemy szli w kierunku, w którym państwowe jest najlepsze, eliminując prywatne, to utracimy punkt odniesienia co do efektywności działań. Musimy się zastanowić do jakiego momentu powinna być konkurencja, a w jakim zakresie podstawowy koszyk świadczeń medycznych powinien być realnie dostępny dla każdego. Nie ma doskonałych systemów. Ja nie znam idealnego kraju. Niektórzy mówią, że to system kanadyjski, ale mam tam sporą część rodziny, która na ten system narzeka i przyjeżdża się leczyć do Polski. W Ameryce nikt nie wie co się stanie z projektem Obamy (Obamacare), który radykalnie podwyższył ubezpieczenia zdrowotne (średnio o 25%). Z drugiej strony znam Amerykanów, którzy nigdy nie byli objęci żadną podstawową opieką zdrowotną i którzy wreszcie weszli do systemu. Wyważenie racji nie jest takie proste. Jednak obserwując niektóre szpitale, widzę ile rzeczy można by było w nich poprawić i to nawet bez „pompowania” w nie milionów złotych. Jeśli między różnymi oddziałami tego samego szpitala mają miejsce zasadnicze różnice wynagrodzeń dla lekarzy o podobnym stażu, to nie jest to normalna sytuacja. Bywa, że tam, gdzie jest więcej pracy, większa odpowiedzialność i stres, są mniejsze zarobki i nikt nie wie z czego to wynika. Jestem przeciwna wywieszaniu publicznie na tablicy, kto ile zarabia, ale ten kto zarządza placówką musi wiedzieć z czego biorą się te różnice. W okresie, gdy prowadziłam własną firmę, dowiedziałam się jak na gospodarność wpływa ego różnych osób - profesorów, ordynatorów. Dostawaliśmy tysiące listów, że np. tu by się przydał tomograf, a tam inne drogie urządzenie. Wówczas się na tym nie znałam i wydawało mi się, że są to na pewno niezbędne potrzeby. Po czym się okazywało, że są to raczej niekontrolowane ambicje pewnych osób, a przykładowy tomograf, który będzie służył tylko kilka lat, bo zaraz zostanie zastąpiony przez nowszy i technologicznie lepszy, jest używany przez 2 godziny dziennie! Wygląda na to, że jesteśmy bardzo bogatym krajem... W USA takie urządzenia pracują przez 24 godziny na dobę. Co więcej, stawiając wiele diagnoz na podstawie tomografii, Amerykanie wykorzystują różnicę czasu. W czasie, gdy Ameryka śpi, badania są wysyłane do Indii, gdzie jest centrum diagnostyczne, a rano lekarz ma już dwie opinie. U nas natomiast, wyrzuca się pieniądze na drogie urządzenia, a nie ma na rzeczy podstawowe. Niezbędna jest zatem kontrola nad wydatkami ze strony menedżerów szpitali. No właśnie, co z tą kadrą zarządzającą? Wszyscy, którzy się znają na zarządzaniu wolą się trzymać z dala od opieki zdrowotnej? Ludzie wiedzą jak bardzo jest ona nieprzewidywalna i upolityczniona. Może Pan mieć świetne pomysły, ale gdy przyjdzie nowa ekipa to i tak wszystkich wymieni. Przychodzą następni, uczą się przez 2 lata, potem zostaje im rok na działanie, a potem zostają zastąpieni przez kolejnych rządzących. W ten sposób nie da się stworzyć długofalowej polityki służącej państwu. Ani ochrony zdrowia, ani edukacji nie da się zreformować w okresie rządów jednej ekipy. Niemal wszyscy młodzi lekarze mają wynagrodzenia na podobnym, niskim poziomie. Natomiast, co się tyczy specjalistów, to w większości szpitali od paru lat rośnie tendencja, aby negocjować z nimi indywidualne umowy cywilno-prawne. Zamiast etatów podsuwa się im propozycję znacznie wyższych zarobków i większość lekarzy się na to zgadza nie bacząc na konsekwencje. A efektem pracy "na kontrakcie" jest utrata tarczy ochronnej zarówno w zakresie odpowiedzialności cywilnej, jak i opieki zdrowotnej i socjalnej. Czy popiera Pani pomysł walki ze „śmieciówkami” w ochronie zdrowia? Nie znam szczegółów tej sprawy. Jeśli dyrektor szpitala może zaoferować umowę, która ograniczy jego koszty, jako pracodawcy, to pojawia się pytanie, jaki sens mają zaoszczędzone w ten sposób pieniądze? Na ile lekarze, którzy decydują się na kontrakt, zaangażują się w życie szpitala? Wiem, że niestety najczęściej i tak przekraczają umowny czas pracy, ponieważ nie chcą zostawić pacjentów. Nie wiem jak stworzyć optymalne rozwiązanie, aby z jednej strony zachować pewną elastyczność, a z drugiej zadbać o bezpieczeństwo. Jesteśmy społeczeństwem nienauczonym tego, jak ważne jest zabezpieczenie na przyszłość. Wrócę do przykładu mojej pracy na Uniwersytecie w Minnesocie. Kiedy moje koleżanki i koledzy profesorowie negocjowali wynagrodzenia, to nie przywiązywali zbytniej wagi do podstawowych stawek, natomiast prawdziwe boje z dziekanem toczyli o ubezpieczenia, emerytury i zabezpieczenie socjalne. Niestety, w Polsce nie uczymy dzieci tego, jak odpowiedzialnie myśleć o finansach, tworzyć budżet domowy! W wielu publicznych instytucjach wciąż funkcjonuje myślenie, że jeśli narobimy długów, to ktoś je później spłaci i jakoś to będzie. Zdobywa się dla placówki urządzenie „za darmo”, czyli za czyjeś pieniądze, a nie bierze się pod uwagę kosztów amortyzacji i utrzymania. Jeśli nie umiemy zarządzać własnym budżetem, to jak mamy być dobrym przełożonym dla tysiąca ludzi? Dziękuję za rozmowę! Rozmawiał: Mateusz Malik, lekarz. Zdjęcia: M. Malik *) Fundusz Pracy - powstała w 1933 r. instytucja, której celem było łagodzenie skutków bezrobocia. Od 1991 r. pozostaje pod jurysdykcją ministerstwa pracy, ma charakter funduszu celowego, a jego budżet stanowią składki obowiązkowe płacone przez pracodawców oraz osoby nieprowadzące działalności rolniczej, dotacji oraz dochodów prowadzonej przez niego działalności gospodarczej, oprocentowania depozytów i udziału w spółkach. Środki te są rozdysponowywane przez urzędy pracy w formie zasiłków dla bezrobotnych, prac interwencyjnych, robót publicznych, szkolenie i przekwalifikowywanie bezrobotnych, rozwój poradnictwa zawodowego oraz na rozwój systemów informatycznych i badania rynku pracy. Od 2009 roku ze środków FP finansowane jest „wspieranie startu kariery osób pracujących w zawodach medycznych”, co w praktyce oznacza finansowanie z niego większości pensji rezydenckich.
  10. Rozmowa z profesorem Janem Szopą-Skórkowskim, wybitnym biochemikiem i biotechnologiem z Uniwersytetu Przyrodniczego we Wrocławiu oraz Wydziału Biotechnologii Uniwersytetu Wrocławskiego. Profesor od wielu lat jest zaangażowany w prace badawcze nad strukturą DNA, metabolizmem roślin i roślinami transgenicznymi, co zaowocowało wynalazkami medycznymi, które znalazły swoje miejsce m.in. w leczeniu wspomagającym trudno gojących się ran. Prof. Jan Szopa-Skórkowski: Będzie pewnie o żywności GMO? Mateusz Malik: Będzie! (śmiech) Temat jest rzeczywiście “odgrzewany” - co jakiś czas powraca. Wiedza o GMO dociera coraz niżej, edukujemy się jako społeczeństwo. Pewne fakty już zaakceptowaliśmy, jak istnienie genów, to, że są wszędzie i że jemy geny. Nie jest to już tak szokujące jak niegdyś. Tym natomiast, czego społecznie nie zaakceptowaliśmy jest fakt, że jemy geny, które są manipulowane. Szkoda, że jeszcze nie zaczęliśmy edukacji w szkołach na temat transgenów i genetycznej modyfikacji. Nie wiem dlaczego. Od tego trzeba by zacząć... Panie Profesorze! Od kiedy ludzkość wykorzystuje w praktyce istnienie genetyki? Od czasu odkrycia podwójnej helisy DNA przez Watsona i Cricka? Od ery eksperymentów Mendla? A może jeszcze wcześniej? Daleko wcześniej. Pierwsze dane wskazują, że zaczęto (jeszcze w sposób nieuświadomiony) manipulować genami 12-13 tysięcy lat temu, kiedy udomawiano rośliny. Wybierano okazy, które się adoptowały do trudnych, przydomowych warunków, a następnie (co według mnie już wkracza w sferę genetyki) krzyżowano ze sobą osobniki, które miały jakieś pozytywne cechy. Na przykład większe nasiona, wysokość, masa. Ale też i zwracano uwagę na jakość - na przykład wybierano mniej toksyczne i o większej produktywności. Zauważono, że coś co rośnie wysoko w górach, gdzie jest sucho i zimno jest odporne na ekstremalne warunki. I krzyżowano takie rośliny z tymi udomowionymi. Nie zdawano sobie sprawy, że to są manipulacje genetyczne, ale już wtedy to się działo. Później historia genetyki powtarza się, ale na coraz wyższym poziomie zrozumienia. Dzisiaj robimy dokładnie to samo. Narażamy organizmy na różnorodne warunki, infekujemy mikroorganizmami, działamy mutagenami chemicznymi, promieniowaniem jonizującym, czyli postępujemy dość brutalnie, po to, aby wywołać dywersyfikację genetyczną. Czyli właściwie nie ma czegoś takiego jak żywność niezmodyfikowana genetycznie? Ja twierdzę, że nie ma. Człowiek wciąż kombinuje jak ją ulepszyć, są tylko coraz subtelniejsze techniki, które pozwalają na bardziej świadomy wybór tego co lepsze. Kierujemy się przy tym nie tylko fenotypem (typu duże, mokre, suche), ale również właściwościami wewnętrznymi (prozdrowotne, przeciwzapalne, przeciwbólowe), które przy użyciu technik genetyki i biochemii możemy nadać lub wzmocnić, a dalej wykorzystać. Obraz medialny tzw. żywności GMO, a zatem jej obraz społeczny jest często wykrzywiony i zdemonizowany. Chciałbym w imieniu licznych zdezinformowanych osób uzyskać odpowiedzi na najprostsze pytania. Bardzo proszę. Czy człowiek może nabyć genetyczne cechy produktu spożywanego drogą doustną? Nie... Ale zawahałem się mówiąc to, ponieważ jest inny obszar zmienności który towarzyszy genetyce, a mianowicie epigenetyka. Inżynieria genetyczna manifestuje się tym, że przerywamy ciągłość genomu, by zmienić organizm. Zaś epigenetyka wprowadza zmiany bez ingerencji w tą ciągłość, a za pomocą metylacji jednego z czterech nukleotydów budujących DNA. Ta doraźna modyfikacja okazuje się mieć niezwykle duże znaczenie. Dziś, jeżeli porównujemy genom niektórych roślin, które udomowiono 12-13 tysięcy lat temu (np, owies, groch) z aktualnie uprawianymi to okazuje się, że największa zmienność dotyczy zamiany cytozyny na tyminę. Dziś wiemy, że jednym z mechanizmów ewolucji jest taka punktowa mutacja, gdy cytozyna ulega metylacji i w następnej rundzie replikacyjnej przekształca się w tyminę. Dziś zatem wiemy, że epigenetyka także towarzyszyła człowiekowi od zarania: selekcjonując rośliny człowiek robił to nieświadomie łącząc ze sobą genetykę i epigenetykę. A wracając do pytania - związki, które jemy mogą doraźnie modyfikować nasz genom, przystosowując go do tego, co dzieje się w środowisku. Gdyby nie ten mechanizm adaptacyjny, to, podejrzewam, nie wyszlibyśmy poza plazmodium. Człowiek dalej by pełzał po ziemi, jak inne prymitywne organizmy. Dzięki epigenetycznej zmienności doskonalimy się, ale doskonali się cała przyroda. Chcę jednak zwrócić uwagę, że to, co jemy nie ma wpływu na przerwanie ciągłości naszego DNA. Taką możliwość w naturze mają wirusy, a laboratorium - ludzie… Wiemy, że wbudować w genom obcy fragment mogą tylko wirusy. Ale jest jeszcze inny ważny, naturalny element zmienności genetycznej. Każdy ludzki genom posiada fragmenty samoprzenoszące się, zwane transpozonami. Zdarza się, że warunki środowiskowe indukują lub akcelerują ten proces. Takim czynnikiem teoretycznie może być to, co spożywamy jeśli przykładowo dietą wzbudzamy reakcję wolnorodnikową. Czy transgeniczne zboże, na przykład z zakodowaną odpornością na środki chwastobójcze może stanowić zagrożenie zdrowia? Czy jest traktowane przez nasz układ pokarmowy tak samo jak zwyczajne? Problem polega tu na czymś innym. Jeśli uodpornimy rośliny na czynniki, którymi je opryskujemy to pytanie na ile trwałe są te związki chemiczne, jak szybko się rozkładają i czy pochodne pestycydów nie mają toksycznego działania. Póki co w środkach, które się używa takich nie ma “nierozkładalnych” substancji. Choćby popularny glifosat rozkłada się, jest katabolizowany całkowicie. My na tym zyskujemy: zachowujemy to, co jest ważne w danej roślinie. A środki ochrony roślin mają istotne znaczenie. Albowiem rośliny, jak każdy organizm, nie żyją w próżni, muszą współdziałać z tzw. mikrobiomem, tak jak i ludzie. Zdarza się, że spośród bakterii czy innych mikroorganizmów, które współżyją z rośliną selekcjonują się takie, które produkują toksyny, które mogą zakazić produkty roślinne. Przykład kiełków kozieradki (często występujące w diecie człowieka) rekrutujących szczep E.coli produkujący toksynę shiga, która spowodowała śmierć 53 osób jest wielce pouczający. Dlatego tak ważna jest ochrona: może nią być tworzenie roślin, które są odporne na te patogeny. W ten sposób nie tylko promujemy produktywność, ale i unikamy obecności toksyn w naszym pożywieniu. Czy znajduje odzwierciedlenie w rzeczywistości stwierdzenie, że warzywa i owoce transgeniczne są mniej smaczne od tych hodowanych w przydomowych ogródkach czy ekologicznych (tu proszę o opinię)? Nikt, póki co, nie odnosił się do smaku, jako czynnika, który miałby determinować użyteczność warzyw czy owoców. Bardziej zwraca się uwagę na czynniki prozdrowotne, rolę zapobiegania chorobom cywilizacyjnym czy czynniki estetyczne jak kolor czy kształt - to jabłuszko jest czerwone, tamto zielone - im bardziej kolorowe, tym lepiej wygląda. Trudno jest definiować smak… Coś jest słodkie, coś jest gorzkie albo kwaśne… Pierwszorzędowym kryterium, który się bierze pod uwagę w modyfikacjach jest wygląd i charakter… Polemizuję tu trochę z mitem, że to, co pochodzi z przydomowego ogródka jest “prawdziwsze”, ponieważ niezmodyfikowane, bez wpływu inżynierii i przez to dużo smaczniejsze niż z supermarketu. Myślę, że jesteśmy przywiązani do tego, co własne i to potęguje wartość dodaną do danego produktu. Ale to dobrze! Co ciekawe - w leczeniu jest podobnie. Widzieliśmy wiele razy, że jeśli ktoś jest pozytywnie nastawiony do naszych lnianych opatrunków, to rany lepiej mu się goją, niż wtedy, gdy jest wobec nich sceptyczny. Myślę, że ta skłonność jest też wynikiem zmian epigenetycznych. Byłoby wspaniale gdybyśmy posiedli taką epigenetycznie regulowaną skłonność kierowania się wiedzą i zdrowym rozsądkiem (w tej kolejności) również w kwestii inżynierii genetycznej. Czy Wrocławska biotechnologia może pochwalić się jakimiś badaniami, odkryciami, wynalazkami związanymi z modyfikacją genetyczną roślin? Powinno się mówić lepiej o innych, ale nie znam przykładu z naszego środowiska, który by demonstrował już wdrożony wynalazek z zakresu inżynierii genetycznej roślin. Nieskromnie zatem chciałbym wspomnieć o dwóch produktach własnych. Jeden z nich jest wdrożony i już dostępny w sprzedaży, a drugi lada moment będzie. Ten pierwszy, z obszaru medycyny to nasze lniane opatrunki, które są od lipca 2016 roku w produkcji. Drugi produkt to olej lniany, a właściwie mleczko lniane, które będzie skutecznym sposobem w zapobieganiu miażdżycy i profilaktyce stanu przedcukrzycowego. Może dlatego tak trudno jest mi znaleźć inne przykłady, o których nie wiemy, że modyfikacja genetyczna żywności jest w świetle obowiązujących przepisów de facto zabroniona. Wszystko, co się obecnie oficjalnie robi w obszarze GMO to zamknięte badania laboratoryjne mające na celu ocenę funkcji genu i raczej eksperymentuje się na organizmach modelowych typu rzodkiewnik. Nikt nie ma odwagi pochwalić się swoimi osiągnięciami i odkryciami... Rozumiem, że w kontekście żywności GMO na styku nauki i polityki tworzy się konflikt… Tak. Bardziej akceptowane jest medyczne zastosowanie modyfikacji genetycznej i dlatego my w to celujemy. Natomiast to żywieniowe praktycznie odpada, bo nie dostajemy zezwolenia na uwolnienie naszych roślin modyfikowanych do środowiska nawet w celach badawczych! To jest problem w skali Polski, Unii Europejskiej czy sięga jeszcze dalej? Dotyczy to wyłącznie Unii Europejskiej, choć za jej przykładem tworzy się ograniczenia w innych miejscach. Jak choćby w Kanadzie, która chcąc eksportować len na rynek europejski eliminuje z upraw transgeniczny. Podobnie w Chinach, gdzie byliśmy ostatnio, ale nie ma tam zakazu prac nad uwolnieniem GMO do środowiska. U nas nie można dostać zezwolenia na takie badania, a jest ono koniecznym elementem wdrożenia. W przypadku naukowego podejścia do tematu nie budzi większych kontrowersji ingerencja w genom bakterii, grzyba, rośliny czy zwierzęcia. Dlaczego pojawiają się takie emocje i dylematy, gdy chcemy “poprawiać” ludzi? Tu czyha trochę niebezpieczeństw. Jednym z nich jest interakcja transgen-endogen. Wiemy z wielu naszych eksperymentów, że jest taka interakcja. Innymi słowy, wprowadzony do genomu transgen jest nie tylko samodzielną jednostką, która daje jakiś produkt, ale on sam ma wpływ na genom. Jak on się objawia? To jest inne pytanie. Przykładowo może promować metylację innych części genomu, które przez to zmieniają się. Nie bierze się tego pod uwagę, ale tak jest. Po drugie, wprowadzenie do genomu ludzkiego obcych elementów może indukować mobilność ruchomych jego elementów, czyli transpozonów. Mają one szereg różnych funkcji. Mogą wbudowywać się w sekwencje regulatorowe innych genów, także w kodony. Jest to, póki co, nieprzewidywalne. Ale coraz więcej wiemy o tym, jak i gdzie należy wprowadzać “poprawki”, aby nie tworzyć nieprzewidzianych zdarzeń. Tym niemniej trzeba mieć świadomość, że przerwanie ciągłość genomu jest stresem, który prawdopodobnie będzie miał konsekwencje. W roślinach (ziemniaki) przerwanie ciągłości genomowego DNA manifestowało się wzmocnioną syntezą katecholamin (hormony stresu obecne również u ludzi). Czyli w przypadku terapii genowych, które widać już na horyzoncie… Należy pamiętać, że nawet zamiana jednego nukleotydu ma swoje odzwierciedlenie w pozostałej części genomu… Dziękuję serdecznie za rozmowę! Rozmawiał: Mateusz Malik, lekarz. Zdjęcia: M. Malik
  11. Na szczęście wreszcie są! Udało się wdrożyć produkt. W Polsce jednak się da, choć najczęściej w bólach: http://www.pkblinum.pl/index.php?lang=pl
  12. MedFor.me

    Lekarska Mitologia

    Święta, święta i po świętach. Przedświąteczny okres, kończący się rok, pierwszy przepracowany jako lekarz kwartał: ostatnimi czasy miałem mnóstwo okazji do refleksji. Święta się skończyły, elfy wróciły do wioski Mikołaja, więc pomyślałem, że można już wyłożyć kawę na ławę bez posądzenia o bycie jak Grinch. By być medykiem w tym kraju, trzeba chyba być masochistą. Istnieje jeszcze opcja traktowania pracy jako oryginalnego hobby, ale wymaga to spełnienia dwóch warunków: A ) Trzeba mieć naprawdę spaczony gust B ) Inne źródło utrzymania Jestem lekarzem, więc w tym wpisie oceniam otaczający świat na podstawie mojej grupy zawodowej, ale obraz jest zbieżny chyba dla każdego medyka bez względu na profesję. Wiele sprzeczności tkwi w postrzeganiu lekarzy przez społeczeństwo, a dzisiaj zajmę się rozliczeniem kilku dość powszechnych mitów w świadomości ogółu. Mit 1: Ciepła posadka w budżetówce Bardzo często spotykam się z przeświadczeniem, iż lekarze to pracownicy tak zwanej budżetówki, a co za tym idzie nasza praca jest pewna, a nam przysługuje mnóstwo bonusów. Tak. Większość szpitali jest prowadzona przez samorządy. Tak. Część pracowników ma pensje ustalone ustawowo. Ale nie mamy zagwarantowanych „trzynastek” ani darmowych leków. Spotkałem się wielokrotnie z opinią, że górnicy mają deputaty węgla, a lekarze darmowe leki - może kiedyś tak było (tego nie wiem), ale teraz tak nie jest. Kwestia paczek/premii świątecznych jest mocno zróżnicowana, bo są szpitale, które takie świadczenia przewidują, ale również wiele, w których nie może być o tym mowy. Szpitale jako podmioty samorządowe (lub prywatne, ale o dość licznej załodze) na ogół muszą prowadzić fundusz socjalny, ale ujemne wyniki finansowe często prowadzą do albo dość specyficznej konstrukcji regulaminu lub nieprawidłowości w jego prowadzeniu. W ramach funduszu można starać się o dofinansowanie tylko wczasów i biletów na imprezy kulturalne, ale dyrektor może udzielić decyzji odmownej bez uzasadnienia, a jego decyzja jest ostateczna [sic!]). W tym momencie zajmijmy się wątkiem bezpieczeństwa i stabilności pracy. Wbrew pozorom praca w publicznych podmiotach wcale nie jest gwarantem jej przebiegu lege artis. Nieprawidłowości w zakresie przestrzegania prawa pracy są powszechną zmorą szkoleń specjalizacyjnych. Jakiś czas temu dość głośno było o rezydentce z Białegostoku, którą szpital próbował zmusić do pełnienia dyżurów za stawkę 1zł/h. Bezsprzecznie stawka ta jest horrendalnie niska, ale warto również zauważyć, iż zgodnie z kodeksem pracy niedozwolone jest zawieranie dodatkowych umów cywilno-prawnych na ten sam zakres obowiązków. Wiele szpitali potrąca od pensji okres obowiązkowego odpoczynku po dyżurze (prawo wymaga 11 godzin nieprzerwanego wypoczynku) pomimo iż czas ten jest opłacany ze środków budżetowych. Tuż przed świętami jeden ze szpitali na południu Polski zażądał od nowo przyjętych rezydentów podpisania aneksu do umowy, w którym zobowiążą się do pełnienia wolontariatu w postaci świadczenia usług medycznych na rzecz społeczności lokalnej, jeśli zaistnieje taka konieczność. Oczywiście bez jakiegokolwiek zdefiniowania ów stanu konieczności. Jako wisienkę na torcie chciałbym zaznaczyć istnienie ogromnej presji ze strony kadry zarządzającej, by lekarzy zatrudniać jako podwykonawców, a zatem jako zewnętrzne firmy. Jak to się ma do pracy w urzędzie czy szkole? Mit 2: Kończąc studia zostaje się kardiologiem/neurologiem/chirurgiem… Po ukończeniu studiów lekarz jest dopiero w połowie drogi do zdobycia w/w tytułu. Po 6 latach nauki następuje staż podyplomowy (na którym można ordynować leki pacjentom, ale już nie samemu sobie [sic!]), a następnie żmudny okres specjalizacji. Wg danych Naczelnej Izby Lekarskiej średni wiek osiągnięcia tytułu specjalisty to blisko 38 lat! Mit 3: Dopiero specjalista leczy, wcześniejszy okres to tylko przyglądanie się Według aktualnego porządku prawnego już stażysta jest uprawniony (po konsultacji w niektórych przypadkach) do badania pacjentów, prowadzenia dokumentacji, wydawania zleceń, wystawiania recept i zaświadczeń czy stwierdzania zgonu. Lekarz po stażu, niezależnie od tego czy rozpocznie proces specjalizacji czy nie, jest pełnoprawnym lekarzem, którego zakres działalności ogranicza jedynie jego własna wiedza i doświadczenie. Mit 4: Lekarze ukrywają przed światem swoje zarobki, ponieważ są kolosalne Duża cześć niechętnie mówi o swoich zarobkach, ale dzieję się tak, ponieważ są one... wstydliwie niskie. Od lat następuje sukcesywna pauperyzacja naszego zawodu, jednak na skutek milczenia wyobrażenia społeczne (osób zarówno niezwiązanych medycyną, jak również tych pracujących w szeroko rozumianej branży) na temat naszych zarobków są wybujałe. Przez 3 miesiące praktyki dostrzegłem, że w moim miejscu pracy nikt nic nie wie o innych! Lekarze myślą ze zarabiają lepiej niż pozostali pracownicy, inni ostro przeszacowują pensje lekarzy, a jedyne co wszystkich łączy to niezadowolenie i frustracja. Kilka razy zdarzyło mi się zabawić w "mini quiz" z pacjentami czy przedstawicielami farmaceutycznymi - za każdym razem moja pensja była przeszacowana 2-3 razy. Kuriozalna była dla mnie sytuacja, w której panie z kadr powiedziały mi: „Wie Pan jak u nas dobrze płacą? - Rezydent to ma tyle co specjalista”. Siatka płac dla starszego asystenta (lekarza specjalisty) przewiduje 3200 zł brutto, a więc prawie tyle ile wynosi wynagrodzenie rezydenta w ciągu 2 pierwszych lat, a mniej niż jego pensja po jednokrotnym wzroście. Zaskakujące było też dla mnie podkreślenie tego „u nas”. Wszak stawki rezydentur są jednakowe dla całego kraju. Od 1 stycznia 2017 lekarze stażyści są najsłabiej zarabiającą grupą zawodową w Polsce. Pensja lekarza stażysty wynosi 2007 zł brutto, a pensja minimalna 2000zł. Wydawałoby się, że poprzednie zdanie jest fałszywe, jednak nie należy zapominać, iż na lekarzu ciąży obowiązek uiszczenia składki członkowskiej do OIL. Stażyści płacą co prawdą preferencyjną składkę w wysokości 10 zł (zamiast 60 zł) jednak jest to kwota na tyle wysoka, iż obniża ona pensję poniżej minimalnej. Według danych GUS dominanta zarobków lekarzy wypada poniżej przeciętnego wynagrodzenia w Polsce, a średnia pensja (dla umowy 1/1 etatu) ciut powyżej przeciętnego wynagrodzenia. Lekarze nie są najsłabiej zarabiającym zawodem, ale stwierdzenie, że zarabiają kilkakrotnie więcej niż przeciętny Polak jest fałszywe. Nowy rok przynosi podwyżki w jednej ze znanych sieci handlowych (meble, wykończenia), gdzie pensja minimalna wyniesie tam nie mniej niż 20 zł brutto za godzinę, a to więcej niż obecna stawka lekarza rezydenta. W niczym nie chcę umniejszać pracowników supermarketu czy centrum meblowego (sam kiedyś pracowałem w podobnym charakterze). Rodzi to pytanie o to, czy warto brać na siebie odpowiedzialność za ludzkie życie, kiedy podobny (lub wyższy) standard egzystencji można zapewnić sobie przez wiele innych zajęć o niższym poziomie ryzyka... Mit 5: Lekarze chcą zarabiać tyle, co na Zachodzie nie bacząc na to, że w Polsce każdy zarabia słabo Takie stwierdzenia pojawiają się bardzo często w reakcji na obecne działania kadr medycznych (dwie wielkie manifestacje, przygotowanie obywatelskiego projektu ustawy). Nie jest to jednak prawda. Postulowany przez lekarzy wskaźnik 2 i 3 średnich krajowych po pierwsze nie jest postulatem nowym (jest to postulat NRL z 2006 roku, kiedy to jej prezesem był obecny minister Konstanty Radziwiłł), a po drugie poziom ten jest zbliżony do proporcji jakie występują w innych państwach regionu. Od kilku lat czescy lekarze specjaliści mają ustawową gwarancję, iż ich pensja nie może być niższa od poziomu 3 średnich (a od stycznia 2017 planowana jest podwyżka o 10%). Słowaccy lekarze również mają ustawowe gwarancje. Wielu Polaków wyemigrowało do Wielkiej Brytanii, wielu założyło tam rodziny, otworzyło firmy, system prawny jest uznawany za prosty i przyjazny. Polscy lekarze nie żądają zarobków równych tym jakie otrzymaliby na wyspach. Postulują jedynie podobną proporcję do zarobków przeciętnych. Według danych statystycznych średnia pensja w UK wynosi około 2300 funtów miesięcznie. NHS podaje, że podstawowa pensja dla specjalisty wynosi pomiędzy 76 a 102,5 tysięcy funtów rocznie. Przyjmijmy do obliczeń dolną kwotę 76 tysięcy: to około 6333 funtów miesięcznie a wiec pensja 2,75 razy więcej niż przeciętna. Myślę że na dziś już wystarczy, za jakiś czas postaram się odnieść do kilku innych powszechnych, aczkolwiek błędnych przeświadczeń. Mówi się że „u sąsiada trawa zawsze jest bardziej zielona”. Ja tym wpisem starałem się obnażyć kilka mankamentów „mojego trawnika” byście mogli ocenić jego prawdziwą barwę. Z chęcią odpowiem na Wasze pytania - piszcie je w komentarzach... Na zakończenie życzę Wam wszystkiego co najlepsze w Nowym Roku 2017. Lek. Mateusz Latek
  13. O przekleństwach i błogosławieństwach ludzkości, o cudach eucharystycznych badanych przez wrocławskich genetyków, o największych sukcesach i porażkach nauki zachodniej cywilizacji i jej możliwym schyłku, o komercjalizacji nauki oraz o granicach życia i stworzeniu nowego rozmawiamy z Profesorem Tadeuszem Doboszem, kierownikiem Zakładu Technik Molekularnych Katedry Medycyny Sądowej Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu. (...) Część pierwsza rozmowy dostępna tutaj. Mateusz Malik: W świecie, którym rządzi pieniądz badania naukowe mają na siebie zarabiać. Świat patentów, start-upów, komercjalizacji nauki, badań klinicznych zamyka się na cześć wyzwań. Czy jest jeszcze miejsce na pewien altruizm w nauce? Prof. Tadeusz Dobosz: Skupię się na dwóch rzeczach. Sprawy patentowe: uważam, że to zabłądziło... Ze zdumieniem przeczytałem, że urząd patentowy w Stanach Zjednoczonych przyjął patent "diagnostyka molekularna choroby Alzheimera". Budzi to moje zdumienie, bo takiej diagnostyki w ogóle nie ma! Ale ktoś wpadł na pomysł, że skoro coraz więcej ludzi dożywa swojego alzheimera to będzie złoty biznes. Niech się jajogłowi martwią, niech wymyślają tę diagnostykę, ale to ja to opatentowałem i ja będę miał z tego tantiemy. To już kolejny straszliwy błąd amerykańskiego urzędu patentowego, o którym wiem. Pierwszy to patentowanie genomu, patentowanie genów. Do tej pory istniało patentowanie wynalazków, a okazało się, że zaczęto patentować odkrycia. Urząd próbuje się z tego rakiem wycofywać, ale coś nie bardzo im to wychodzi. Z tym na pewno trzeba coś zrobić! A co do start-upów, to podam przykład. Uwierzyłem w tę politykę, która mówi, że pora na związek nauki z praktyką. Od lat za pieniądze unijne rozwijaliśmy wynalazek politechniki, tj. thermocycler jednorazowego użytku. Coś tak małego i taniego, że się to bierze, nastawia i wyrzuca. Postanowiliśmy zrobić urządzenie do molekularnej diagnostyki w warunkach domowych. Coś w rodzaju testu ciążowego, gdzie kobieta bierze takie coś, idzie do łazienki, czeka chwilę, patrzy ile pasków się pojawiło i wie, czy ma iść do ginekologa czy nie. To nie jest diagnoza, ale ona wie po tym teście, że ma do ginekologa pójść, bo być może w jej życiu dużo się zmieniło. Nasze urządzenie miało być przeznaczone do wstępnej orientacyjnej diagnostyki, która mówi: pójdź do lekarza, przebadaj się porządnie, na razie masz tylko sygnał: uważaj, coś z tobą nie tak. Zatem założyliśmy start-up, który na dzień dobry kosztował mnie 11 tysięcy złotych, bo się okazało, że jako udziałowiec start-upu nie mogę się rozliczać z małżonką. Korzyści niepewne, straty realne. W związku z tym wycofałem się z udziału i przeszedłem na pozycję konsultanta, by nie ponosić strat. Potem okazało się, że jest problem z patentami. Firma chciałaby zainwestować w serię pilotową, ale jest problem, aby produkt opatentować. Okazuje się, że zagadnienie jest tak obstawione patentami, że nie sposób wymyślić formuły patentu, która by nie zahaczała o jakieś już opatentowane zagadnienia. Nie widzimy na razie w tym gąszczu wyjścia, a najśmieszniejsze jest to, że mimo tego nieprzeniknionego gąszczu patentów podobne urządzenie naprawdę na rynku nie istnieje. Byłoby pierwsze! Proszę zwrócić uwagę, że Einstein w swoim biurze patentowym w Szwajcarii oglądał prototypy, które ludzie mu przynosili. Jeśli działały, to dawał patent. Ale na perpetuum mobile nie dawał, mimo, że niejeden mu je przynosił, bo widział, że to nie działa, że to się owszem kręci całe 45 minut, ale w końcu przestaje. A zatem ja na styku nauki i przemysłu widzę przeszkody nie koniecznie tam, gdzie się je lokuje, na przykład, że naukowcy nie chcą. W moim przypadku była to przeszkoda finansowa i wynikająca złego prawa patentowego. Technologie obecnie tanieją. W związku z postępem nauki spadają ceny m. in. aparatów do PCR. Daje to w perspektywie czasu bardzo powszechną możliwość sekwencjonowania DNA ludzi, zwierząt czy roślin. Ludzki genom już znamy, poznajemy DNA kolejnych osób. Możemy też to robić coraz szybciej i taniej. Zwiększa się też wiedza o efekcie fenotypowym konkretnych genów czy ich mutacji. Co z tego wyniknie? To jest jednocześnie zarówno bardzo kuszące i pożyteczne, jak i bardzo niebezpieczne. Moja odpowiedź brzmi: Tak. Sekwencjonować całe genomy czy pojedyncze eksony, ale sprawić, by wyniki były dostępne tylko dla pacjenta i jego lekarza. Dla nikogo więcej. I tu istnieje problem: gdzie je schować? Mówi się o specjalnych, dobrze zabezpieczonych serwerowniach. Ja w to nie wierzę. W związku z tym wymyśliłem rozwiązanie bardzo proste: genom ludzki trzeba schować tam, gdzie on już i tak jest, czyli w pacjencie. W związku z czym trzeba te sekwencje wgrać do czipu wszczepialnego i zainstalować człowiekowi ten czip. Trzeba celowo spowolnić transfer danych, by trzeba było na parę godzin położyć się, tak, by nikt nie mógł pobrać czyjegoś genomu w kinie, montując mu czujnik w oparciu fotela. A uruchamianie transferu musi być chronione kodem, na przykład peselem pacjenta... A czy nie jest tak, że pozyskanie wiedzy o czyimś DNA to będzie kwestia wyrwania włosa i kilku godzin? Tak! Oczywiście. Ale tu leży pewne nieporozumienie, na które starałem się zwrócić uwagę rzecznika Generalnego Inspektora Ochrony Danych Osobowych. Rzecznik chce DNA objąć ochroną. A ja tłumaczę, że owszem, można to zrobić. Ale kluczową sprawą są dobre definicje - nie wolno mylić kategorii. Na przykład dla GIODO jest wszystko jedno czy to jest materiał biologiczny (na przykład próbka krwi czy włos), czy próbka wyizolowanego DNA, czy wynik jego analizy, czy interpretacja tego wyniku. A to nie jest to samo. Wszystko powinno być pod ochroną, ale rosnącą. Materiał biologiczny na przykład nie powinien być niszczony z oznaczeniami, tj. przed wyrzuceniem należy odrywać od probówki naklejkę identyfikacyjną i i taka ochrona w zupełności wystarczy. Z kolei ostatni etap, czyli interpretacja wyników badania DNA powinna być pod najściślejszą ochroną, jaką w ogóle istnieje. Naprawdę próbka krwi Jana Pawła II nie jest tym samym, co wnioski wynikające z analizy jego genomu! Czyli możemy z tego domyślić się, w jakim stopniu w Polsce istnieje i jest uregulowana prawnie ochrona prawna ludzkiego genomu... Na pewno w stopniu niewystarczającym i tym się zajmują się konsultant krajowy ds. genetyki medycznej pani prof. Sąsiadek i pan prof. Wit, przewodniczący Komitetu Genetyki Człowieka PAN. Oni opracowują przepisy. Ja jedynie staram się załatwić z nimi, by moje postulaty dla GIODO zostały uwzględnione... W Polsce raczkujemy. Próbujemy z trudem rozpocząć debatę społeczna na temat IVF, podczas gdy w wielu miejscach świata, szczególnie na dalekim wschodzie bez większych skrupułów trwają prace nad klonowaniem człowieka, wykorzystuje się do badań zarodki ludzkie, a w Stanach Zjednoczonych w praktyce można w klinice in vitro wybrać dziecku płeć, kolor oczu, wzrost... Dawstwo spermy, diagnostyka preimplantacyjna, macierzyństwo zastępcze... Czy aspekt poszanowania godności osoby ludzkiej (choć to może nieco wyświechtany termin) ma szansę realnie zaistnieć w debacie naukowej? Co nam wolno, a jakiej granicy nie przekroczymy? Nie jest dobrze, gdy ktoś chce być mądrzejszy od najmądrzejszych. Przecież cały problem w tej kwestii (czyli generowaniu embrionów i wykorzystania ich do celów medycznych) leży w definicji początku życia. Proszę zwrócić uwagę na to, co pisał o tej kwestii św. Augustyn. Gdybyśmy przyjęli jego poglądy problemu by nie było. A jeśli św. Augustyn jest dla nas zbyt starożytny, to możemy przyjąć odwróconą definicję końca życia. Jeżeli końcem życia człowieka jest zanik czynności elektrycznej pnia mózgu, to początkiem życia powinno być pojawienie się tej czynności... Mocne, ciekawe spojrzenie. Pierwszy raz się z tym spotykam... No bo to moje [śmiech]. I przy takim założeniu na młodych embrionach można byłoby pracować swobodnie, bo to nie jest jeszcze człowiek, jeśli św. Augustyn (który określił, kiedy żywa tkanka staje się człowiekiem) z jakichś powodów nam nie pasuje... Choć zawsze znajdzie się grupa, która autorytatywnie twierdzi, że życie jest od momentu, gdy plemnik zetknie się z jajeczkiem, mimo, że to też jest proces. Wtedy zadaję im złośliwe pytania: czy wtedy, gdy dotknie nosem? Czy wtedy, kiedy przetrawi się na drugą stronę? Czy wtedy, gdy przekaże swój materiał genetyczny? A może, gdy ten materiał genetyczny zespoli się z matczynym materiałem? Albo gdy ruszy pierwszy podział komórkowy? Lub się zakończy? W którym dokładnie momencie? A oni nie znają odpowiedzi, bo takowej oczywiście nie ma. Było sobie życie... Pan Profesor znany jest z takiej naukowej ciekawości i dociekliwości. Bez nich nie byłoby badania czaszki bł. Czesława, zęba neandertalczyka, ostatnich badań nad legnicką hostią ani prób przebadania serca Chopina. Czy zdradzi nam Pan jakieś swoje plany i marzenia odnośnie kolejnych projektów? Jestem trochę jak buldog. Jak się raz wgryzę, to już nie puszczę. Dlatego te wszystkie rzeczy, o których Pan powiedział chce w jakiejś mierze kontynuować. Czaszki katyńskie będą robione przez kolejną doktorantkę, która opracowała metodę niedestruktywnej izolacji DNA z kości. Tylko my to potrafimy na razie. To nam otwiera zupełne nowe możliwości... Nie wolno nam było zbadać serca Chopina, ale być może metodą nieniszczącą pozwolą nam zbadać kości rodziców kompozytora. Przecież z genów rodziców można dowiedzieć się wiele o genach dzieci. Jak? Poprzez wykluczenie. Jeśli okaże się, że geny CFTR odpowiedzialne za mukowiscydozę są bez mutacji u obojga rodziców to hipoteza o mukowiscydozie u Chopina automatycznie upadnie. I odpowiadając na Pana pytanie: mając coś tak unikalnego w ręku jak ta niedestruktywna metoda, która otwiera relikwiarze i zbiory muzealne, chciałbym zająć się muzealnictwem, ponieważ uważam, że kończy się powoli era wielkich odkryć w terenie. Zaczyna się era wielkich odkryć w magazynach, strychach i piwnicach muzealnych. Ale musi być jeden warunek. Żaden kustosz nie da Panu zęba pitekantropa, jeżeli będzie wiedział, że nie dostanie go z powrotem w jednym kawałku... A powie Pan coś więcej o badaniu hostii z Legnicy podejrzewanej o cudowną przemianę w ludzki mięsień? Proszę Pana. To był jeden z czterech cudów eucharystycznych, które badaliśmy. Pierwszy okazał się skutkiem obecności na opłatku kolonii Serratia (czyli czerwonej bakterii żyjącej na skrobi). W drugim okazało się, że w kielichu się utopił komar, który się opił krwią. Nie był to zatem skrzep krwi, jak sądzono, tylko rozmoczony komar z krwią (zwierzęcą). Trzecia sprawa była bardzo ciekawa, bo myśmy tam nie stwierdzili ludzkiego DNA. Okazało się, że w interpretacji tego faktu kapłani się różnią. Jedni uważają, że przemiana eucharystyczna w czasie mszy polega na tym, że jest odtworzona agonia Chrystusa, który do śmierci był człowiekiem, a więc w kielichu musi być ludzkie DNA. Inni sądzą, że po śmierci Jezus odrodził się jako Bóg i ludzkiego DNA tam być nie może. W związku z tym stwierdzenie ludzkiego DNA nie potwierdza, lecz wyklucza autentyczność cudu, ponieważ Bóg nie może mieć ludzkiego DNA. Biskup legnicki, który podziela poglądy pierwszej grupy, w związku z tym, że my nie stwierdziliśmy ludzkiego DNA wysłał materiał do innej Katedry, która taki DNA stwierdziła. Na tej podstawie uznano cud, nie biorąc pod uwagę, że jeżeli dwa zakłady stwierdzają co innego, to należy przyjąć badanie pierwsze. Dlaczego? Bo jest coś takiego jak kontaminacja. Może ktoś dotknął, może ktoś kichnął… (śmiech) A czwarty cud jest w toku. Jest to ciekawa sprawa (nie mogę powiedzieć, z której diecezji). Mianowicie upadła hostia, kapłan podniósł… Nie prezydent? Nie, prezydent złapał. A ta hostia upadła. W związku z tym została zbezczeszczona i należało ją zniszczyć. Kapłan wrzucił hostię do wody, żeby się upłynniła. Zamknął kielich z wodą i z tym opłatkiem w tabernakulum i umarł. Zanim pojawił się nowy proboszcz, zanim objął parafię, zanim uruchomił kościół, zanim zajrzał do tabernakulum minęło ładnych parę tygodni. A gdy zajrzał do kielicha, ujrzał dno kielicha pokryte krwistą substancją. Trafiło to do nas. Mamy pewne molekularne wskazówki na obecność organizmów, które są czerwone i które mogą produkować włókna podobne do włókien mięśnia sercowego, które powtarzają się jak mantra we wszystkich zatwierdzonych do tej pory cudach, także w Legnicy i w Sokółce. Jeżeli uda nam się zidentyfikować organizm lub zespół organizmów, który to daje, będzie wyjaśnienie. Jeżeli nie, sprawa będzie w rękach biskupa. No cóż, przyrodnika nikt nie uczy stwierdzania cudów. Nie potrafimy tego robić. Jedyne co możemy, to ze wszystkich sił starać się udowodnić, że coś cudem nie jest. Ale im bardziej się staramy i nam nie wychodzi, tym biskup ma większą swobodę, bo to do niego należy decyzja o uznaniu prawdziwości cudu… Serdecznie dziękuję za rozmowę! Już czekam na kolejną. Rozmawiał: Mateusz Malik, lekarz. Zdjęcia: M. Malik
  14. O przekleństwach i błogosławieństwach ludzkości, o cudach eucharystycznych badanych przez wrocławskich genetyków, o największych sukcesach i porażkach nauki zachodniej cywilizacji i jej możliwym schyłku, o komercjalizacji nauki oraz o granicach życia i stworzeniu nowego rozmawiamy z Profesorem Tadeuszem Doboszem, kierownikiem Zakładu Technik Molekularnych Katedry Medycyny Sądowej Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu. Mateusz Malik: Panie Profesorze! Ludzkość zmierza w kierunku zagłady. Nasze lęki często lokujemy w globalnych katastrofach astronomicznych i zmianach klimatycznych. A czy nie jest tak, że bardziej prawdopodobna jest "nanoapokalipsa" związana z "zabawą genami"? Prof. Tadeusz Dobosz: Zacznę od tego, że muszę zakwestionować główna tezę, że idziemy ku zagładzie. Mam na ten temat inne zdanie, dlatego, że mam już swoje lata i pamiętam różne rzeczy. Na przykład jest powszechne odczucie (równie powszechne jak to, o którym pan przed chwilą wspomniał), że wzrasta przestępczość. To nieprawda. Przestępczość maleje, liczba zabójstw na milion mieszkańców spada, wykrywalność przestępstw też jest lepsza. Podobnie z dążeniem ku zagładzie. Narastają pewne problemy, których wcześniej nie było, także środowiskowe. Ekologia zawsze była mi bliska. Dla przykładu narasta problem zaśmiecenia światłem. Pamiętam, że w nocy było widać gwiazdy... A dzisiaj? Kto z młodych ludzi widział drogę mleczną? Dzieciaki w przedszkolu w ogóle nie wiedzą, co to jest droga mleczna. A ja pamiętam to wspaniałe widowisko. Narasta smród - zanieczyszczenie atmosfery. Narasta hałas. Moje dzieciństwo było ciche. Dziś jest wszechogarniający, dudniący, nerwicujący hałas. Dobiega zewsząd przez okrągłą dobę. To wszystko prawda. Ale z drugiej strony proszę popatrzeć, że z kolei stare demony maleją i karleją. Wody są coraz czystsze. Zaczyna się segregacja śmieci. Jest coraz lepszy odzysk starych rzeczy. Już nie wywala się gruzu na olbrzymie hałdy (jak we Wrocławiu wzgórza złożone z resztek dawnego Breslau czy stadion w Stolicy usypany z gruzów powstania warszawskiego), są maszyny do jego przetwarzania, zużywa się go jako kruszywo do budowy dróg. Coś się zaczyna dziać. A w ogóle to mówię młodym ludziom, że nic nie jest jednoznaczne: w każdym nawet największym świństwie można znaleźć dobre strony i w każdym największym anielskim dobru można znaleźć ciemną stronę. I podobnie jest z tymi nowymi rzeczami, które tak bardzo niepokoją ludzi w Europie, to znaczy z inżynierią genetyczną i biomanipulacjami. Nie twierdzę, że nie zdarzy się żadne nieszczęście. Zdarzy się niejedno. O niektórych zagrożeniach mówią zieloni, a niektórych zieloni nawet nie przewidują… Ale zagłada nam nie grozi? Nie. Uważam, że jest w tym szansa. Daję często studentom taki przykład: przeciwnicy motoryzacji od dziesięcioleci podnoszą słusznie jej ciemne strony: hałas, smród, spaliny, zatłoczone miasta, rosnąca ilość wypadków, zastraszająca śmiertelność na drogach, zanieczyszczenie środowiska przez rabunkową eksploatację ropy naftowej (wie Pan, jak uciążliwe są zakłady petrochemiczne i rafineryjne? Ja wiem, bo mieszkałem w Płocku, tam robiłem maturę…). To wszystko jest prawdą. Przeciwnicy motoryzacji mają rację! Ale czy to znaczy, że Amisze też ją mają, jeżdżąc do dzisiaj powozami? Po prostu trzeba popatrzeć holistycznie, całościowo na sprawy. Motoryzacja to przekleństwo współczesnej cywilizacji, ale jednocześnie jest dobrodziejstwem. Daje nam wolność, szybkość poruszania się - i w sumie to jest cenniejsze. Ważniejsze jest to, żeby szybciej do mnie dotarła karetka czy straż pożarna od tego, że mieszkam kilometr od obwodnicy i jak jest cicha noc, to ją słyszę (nie mam już tej ciszy, którą miałem kiedyś). I tak samo biomanipulacje. Będą różne niespodzianki, niektóre bardzo przykre, ale w sumie da nam to więcej korzyści niż strat. Rozumiem, że nie unikniemy „rewolucji molekularnej”, tak jak nie dało się zatrzymać postępu motoryzacji… Proszę zwrócić uwagę, jak zmieniają się centra cywilizacyjne. Kiedyś centrum cywilizacji człowieka to był tak zwany żyzny półksiężyc (tam udomowiliśmy zwierzęta, wprowadziliśmy rolnictwo). Dzisiaj jest tam Irak, Iran, Kurdystan, część Egiptu… - czy to jest centrum cywilizacji? Nie. Centrum przeniosło się do Hetytów, o których obecnie niewielu już pamięta. To była cywilizacja, która rozwinęła metalurgię. Jej bladym, późnym cieniem są starożytne Chiny i starożytne Indie. Potem centrum cywilizacji znowu przeniosło się, tym razem w basen Morza Śródziemnego, bo tam opanowano chemię, matematykę, astronomię. Dziś wybrzeża Morza Śródziemnego są już tylko rozpaczliwym wspomnieniem świetlanej przeszłości. Dziś owo centrum przeniosło się do Europy Zachodniej, gdzie rozwinięto architekturę, fizykę, masowy przemysł. Kolejny wielki przełom na horyzoncie to właśnie bioinżynieria. I proszę zwrócić uwagę, że 98% bioinżynierii to są Kanada, Stany Zjednoczone, Meksyk, Argentyna, Brazylia. Jeżeli my - Europa (a ciągle jeszcze możemy to zmienić) będziemy tkwić w tym błędzie krytykowania wszystkiego, tylko dlatego, że to jest GMO, to przestaniemy się liczyć, tak jak przestał się liczyć żyzny półksiężyc, dzisiejsza Mongolia, dawne imperium Hetytów, w tym Chiny (które rozpaczliwie próbują odbudować swoją pozycję ze starożytności, ale coś nie bardzo im to idzie i może się nie udać, co byłoby zresztą złe dla świata), jak basen Morza Śródziemnego. Upadniemy jako cywilizacja. O to toczy się gra - nie o nas, nie o nasze dzieci, ale o nasze wnuki, prawnuki, praprawnuki. O przyszłość. Jak znamy stawkę, możemy grać. A ludziom w Europie wydaje się, że gra idzie o to, czy będziemy jeść pyszne polskie tradycyjne kosztele czy jakieś kanadyjskie, zmanipulowane genetycznie jabłka. To przecież jest drugorzędne. Ważne, czy się włączymy w nowe technologiczne centrum cywilizacji ludzkiej, czy odpadniemy. Gra toczy się o przyszłość Europy! Od połowy XX wieku obserwujemy nieprawdopodobny postęp w dziedzinie genetyki, immunologii, biotechnologii i biologii molekularnej. Dziś już korzystamy z wiedzy, jaką pozwalają poznać te dyscypliny. Zapytam jako lekarz: Jakie odkrycie w aspekcie medycznym, klinicznym uważa Pan profesor za najbardziej przełomowe? Na pewno bioinżynieria, która pomaga nam nie przegrać z kretesem, do końca i dość szybko wojny z mikrobami. Jak Pan wie, są już pierwsze trzy bardzo niebezpieczne bakterie, które są oporne na wszystko, co człowiek ma do dyspozycji. Chodzi mi o gronkowca, Mycobacterium odpowiedzialne za gruźlicę i dwoinkę Neissera, odpowiedzialną za rzeżączkę. Jest to horror, bo wrócić może XIX wiek i masowa śmiertelność, a jedyną nadzieją jest w tej chwili bioinżynieria, która pozwala nam produkować nowe antybiotyki ze źródeł, które są albo nie do uzyskania ze względów ekologicznych, albo nie potrafimy ich hodować. Tymczasem bioinżynieria pozwala szlaki metaboliczne prowadzące do produkcji tych substancji przenieść do „zwykłych escherichii” i wytwarzać je w dużych ilościach. Z rzeczy, które się dzieją obecnie - jeszcze nie dokończyły biegu, ale są bardzo dobrze rokujące, na czoło wychodzą medycyna spersonalizowana z farmakogenetyką włącznie, zrozumienie molekularnych podstaw nowotworzenia oraz odkrycia, które dały nam tzw. „metabadania”. Jest to prowadzenie badań komputerowych na ogromnych grupach ludzkich, których wyniki potrafią być zupełnie nieoczekiwane. Na przykład okazuje się, że antybiotyk rapamycyna (sirolimus) pozyskana z gleby na Wyspach Wielkanocnych i używana w immunosupresji przy przeszczepach, poprzez hamowanie szlaku mTOR opóźnia proces starzenia. Dzięki temu odkryciu być może przestanie się złośliwie mówić, że medycyna nie wydłuża życia, a jedynie wydłuża starość. Bo jedyne, co się panu Bogu nie udało to starość… Dzięki metaanalizom okazało się też, że powszechnie stosowana w cukrzycy metformina ma bardzo dobre skutki onkologiczne, ponieważ opóźnia i spowalnia rozwój nowotworów. Osoby biorące ten lek mają łagodniejszy problem z nowotworami niż reszta populacji. A z drugiej strony okazuje się, że niektóre leki uważane za niesłychanie dobroczynne, jak na przykład statyny maja swoją ciemna stronę. Na przykład simwastatyna indukuje u ludzi genetycznie uwarunkowanych rozwój cukrzycy. „Jak nie kijem go, to pałką.” Wybieraj człowieku - czy wolisz cukrzycę czy miażdżycę… [śmiech] W kontekście boskich sukcesów i porażek: Są tacy, którzy odważnie otwierają zestaw „małego stwórcy”. Craig Venter, kontrowersyjny amerykański badacz - genetyk, biochemik, biotechnolog, od lat prowadzi wiele naukowych projektów. Między innymi w 2010 roku, jako pierwszy w historii „ożywił” bakterię o genomie sztucznie wykreowanym w laboratorium, a w marcu 2016 poinformował świat o kolejnym przełomie: jego zespół stworzył żywy organizm o najmniejszej liczbie funkcjonalnych genów - 473. Czy ten etap to już jest science fiction, o którym marzyliśmy, czy to są dopiero początki czegoś niezwykłego? Zacznę od tego, że się bardzo cieszę z tego pytania. Mam już swoje lata, żyję dosyć długo, pamiętam świat bez telewizji, bez telefonii komórkowej, bez komputerów. Za mojego dzieciństwa loty pasażerskie były wielką rzadkością. To był zupełnie inny świat niż obecnie, ale wie Pan co: Uważam, że właśnie osiągnięcia Ventera (i nie tylko jego - przecież Winer wcześniej uzyskał wirusa polio) to jest największe, co się zdarzyło za mojego życia. To, że człowiek stworzył życie. I nie rozumiem, dlaczego media kompletnie to lekceważą i tego nie widzą. Najpierw, gdy stworzono wirusa polio, to mówiłem: "a może to dlatego, że nie wiadomo czy wirus jest żywy". Ale ta bakteria JVC1 że sztucznym genomem - już nie można powiedzieć, że nie jest żywa. Dlaczego media kompletnie nie zareagowały? Do dzisiaj nie wiem. Jeśli traktować naszą rozmowę, jako przejaw zainteresowania medialnego tym zagadnieniem, no to coś się zmienia. Bardzo się cieszę, że to pytanie padło. Ad rem: oczywiście, że to może niepokoić, oczywiście, że to może przynieść jakieś bardzo niepożądane skutki. Ale proszę zwrócić uwagę na korzyści! [błysk w oku profesora - przyp. red.]. Venter jest także oceanologiem. Ma prywatny statek-laboratorium, którym pływa po oceanach (parę lat temu pływał m. in. po Bałtyku) i bada organizmy z dna morskiego, których genomy na pokładzie sekwencjonuje. Odkrył już około 20 milionów nowych, do tej pory nieopisanych genów. W hydrotermalnych kominach ryftowych Pacyfiku znalazł organizm nazwany Methanocaldococcus jannaschii, który pochłania dwutlenek węgla i konwertuje go w metan. Zamienia spaliny w paliwo! Venter geny tego organizmu wprowadził (za pieniądze Shell) do alg, które świetnie sobie radzą w brudnej wodzie, w miejskich ściekach. W Hiszpanii i USA są już pierwsze pilotowe instalacje, które pobierają wodę z oczyszczalni ścieków i spaliny z elektrowni gazowej, a zamieniają to w czystą wodę, metan i osad organiczny dla rolnictwa. Jeżeli to nie jest perpetuum mobile i rozwiązanie naszych problemów z energią, z efektem cieplarnianym, no to co to jest? Powtarzam: Musimy patrzeć holistycznie! CZYTAJ DALEJ: Część druga wywiadu Rozmawiał: Mateusz Malik, lekarz. Zdjęcia: M. Malik
  15. Jesteś lekarką/lekarzem i lubisz dziennikarską, detektywistyczną pracę? Jesteś dziennikarką/dziennikarzem, a pasjonuje Cię tematyka medyczna i okołomedyczna? Piszesz artykuły do szuflady albo przydługie posty na Facebooku? Jeśli odpowiedź na choćby jedno pytanie brzmi TAK, to szukamy właśnie Ciebie! Dołącz do naszego grona: pisz, komentuj, chwal i krytykuj, ujawniaj i nagłaśniaj. Informacja i publicystyka, naukowo i satyrycznie - to wszystko lubi nasz dział News, forum, facebook, twitter i google +... Wolność wypowiedzi i kompetentna redakcja i korekta tekstów. A przede wszystkim prestiż, doświadczenie i elastyczność. Jesteś z nami i pod skrzydłami firmy MEDUCASE. Czekamy na Twój pierwszy tekst na redakcja@medfor.me - odezwiemy się na pewno z ciekawą ofertą! Rozpocznij długą przygodę z wyjątkową redakcją MedFor.me! lek. Mateusz Malik, redaktor naczelny
  16. Dziś już wiadomo, że Manifestacja PZM z 24.09.2016 wywarła realny wpływ na pewne polityczne decyzje. Jak bardzo odległe będą to skutki - przyszłość pozostaje niewiadomą. Pewnie wiele osób się ze mną zgodzi, że jednym z największych sukcesów tego wydarzenia, jak i trwającej od wielu miesięcy kampanii informacyjnej jest wzrost społecznej świadomości na temat realiów funkcjonowania opieki zdrowotnej w Polsce. Na niespotykaną dotąd skalę ogólnopolskie i lokalne media analizują i relacjonują postulaty środowisk medycznych, a do opinii publicznej w końcu przebija się przekaz, że tylko dobrze opłacana i sprawnie funkcjonująca opieka zdrowotna może zagwarantować bezpieczeństwo dla pacjentów. Drodzy Medycy - przejęliśmy media w tym dniu i co do tego wątpliwości być nie może! Zachęcamy do obejrzenia drugiej części naszej fotorelacji. Tym razem przedstawiamy kulisy przygotowań do marszu. Manifestacja PZM "od zaplecza". FOTORELACJA Ratownicy medyczni na placu Zamkowym Manifestacja umożliwiła wyjście z cienia wielu środowiskom związkowym, które do tej pory nie miały siły przebicia... Tak, chodzi o Nysę z Opolszczyzny! Przybyliście z całej Polski! Dobra organizacja = dobra manifestacja! Młode twarze i charakterystyczne PR wplecione w stetoskop - było Was naprawdę wiele, Młodzi Lekarze! Katarzyna Pikulska nie traci werwy i głosu od początku do samego końca! Warszawska Starówka, polska młodzieżówka... Z humorem, dystansem, ale o poważnych sprawach... Codzienne dylematy młodych lekarzy... Jest w nas wiele nadziei i entuzjazmu. Nie wyjedziemy za granicę, jeśli stworzycie nam warunki do pracy i rozwoju! Nic nie jest za darmo. Karma też! Warszawa jest nasza - wszystkie zawody medyczne! To nie hamletyzowanie! Nikt nas nie podzieli! Tekst: Mateusz Malik. Autorzy zdjęć: Kinga Antos-Latek i Mateusz Latek
  17. Ludzka albumina jest szeroko wykorzystywana w terapii (m.in. w leczeniu oparzeń), ale również w przemyśle medycznym do produkcji szczepionek i niektórych leków. Obecnie dostępna albumina jest preparatem krwiopochodnym, produkowanym z krwi dawców. Ze względu na ciągły niedobór krwi oraz ryzyko transmisji zakażeń od lat próbuje się uzyskać syntetyczne "analogi" preparatów krwiopochodnych, w tym albuminy. Już wkrótce produkcja tego białka poza organizmem człowieka może stać się codziennością. Chińscy naukowcy opublikowali swego czasu na łamach prestiżowego Proceedings of the National Academy of Sciences wyniki prac nad produkcją przemysłowych ilości albuminy w nasionach transgenicznego ryżu. Największym problemem badań nad produkcją rekombinowanej albuminy jest opracowanie stosunkowo taniej metody pozwalającej na uzyskiwanie dużych ilości białka, które nie niosłoby ryzyka reakcji układu odpornościowego. Dotychczasowe próby z użyciem roślin ograniczała stosunkowo niewielka ilość uzyskiwanego białka. Ryż wydaje się rozwiązywać ten problem - nasiona tej rośliny wyspecjalizowały się w przechowywaniu białek, są więc idealnym bioreaktorem do produkcji albumin. Autorzy pracy stworzyli transgeniczny ryż, w którym gen dla albuminy jest aktywowany podczas produkcji nasion. Dlatego białko jest odkładane w nasionach i stanowi nawet 10% wszystkich znajdujących się w nich białek. Izolacja tak wyprodukowanego białka jest już stosunkowo łatwa i pozwala na uzyskanie czystego, gotowego do użycia preparatu albumin. Źródło: "Lekarz zakaźnik" Autor: devitto (2011)
  18. Konwencjonalna terapia osteoporozy charakteryzuje się wieloma przeciwwskazaniami i prowadzić może do mnogich działań niepożądanych, stąd bada się alternatywne substancje, które wpływałyby korzystnie na metabolizm tkanki kostnej. Odkąd izoflawony sojowe zaczęły tracić swoją mocną pozycję na rynku preparatów zwiększających gęstość kości, trwa poszukiwanie innych substancji roślinnych. Badacze ze Stanowego Uniwersytetu na Florydzie od lat zajmują się testowaniem korzystnych właściwości śliwek w kontekście osteoporozy. Ich najnowsza praca badawcza sugeruje, że wzbogacenie diety w suszone śliwki skutkuje znaczącym wzrostem gęstości kości (bone mineral density - BMD). (...) Spośród wszystkich produktów pochodzenia roślinnego to właśnie działanie suszonej śliwki przedstawia się najbardziej obiecująco. Kobiety w okresie postmenopauzalnym narażone są na gwałtowną utratę masy kostnej. Tymczasem spożywanie śliwki może nie tylko zapobiegać temu niekorzystnemu zjawisku, ale również odwracać zmiany, które już zaszły. Prawdopodobnie odbywa się to poprzez inhibicję resorpcji kostnej. Co więcej, unikalne właściwości suszonej śliwki wspomagają rozbudowę struktury beleczkowej kości, co poprawia jej architektonikę. Wstępne testy potwierdziły, że spożywanie suszonych śliwek przez kobiety w okresie postmenopauzalnym polepsza wskaźniki obrotu kostnego. (...) Mechanizmy korzystnego wpływu konsumpcji owoców i warzyw na gęstość kości pozostają niejasne. Przesunięcie równowagi kwasowo-zasadowej to jedna z koncepcji wyjaśniająca to zjawisko. Tymczasem niektóre badania sugerują, że to wysokie stężenie witaminy C i K i odpowiedzialne jest za ochronę kości. Suszone śliwki bogate są ponadto w związki fenolowe, takie jak kwas chlorogenowy, który ma właściwości antyoksydacyjne i wymiata wolne rodniki mające swój udział w resorpcji kości. Poza tym uważa się, że suszone śliwki są bogatym źródłem boru. Istnieją liczne doniesienia, że pierwiastek ten moduluje metabolizm wapnia w organizmie ludzkim, zmienia równowagę hormonalną i w ten sposób wpływa na BMD. Supresja stanu zapalnego, która wyraża się poprzez obniżone CRP, również może mieć swój udział w całym mechanizmie. Podsumowując, wydaje się, że suszone śliwki mają szczególnie korzystne działanie na gęstość kości u kobiet w czasie postmenopauzalnym, ponieważ zawierają multum substancji, które razem prowadzą do zmniejszenia tempa obrotu kostnego. Za portalem MedTube gp_doctor
  19. Radiolodzy, chirurdzy, ortopedzi, kardiolodzy interwencyjni - to tylko część specjalizacji medycznych narażonych na działanie promieniowania jonizującego. Szacuje się, że w przypadku specjalizacji zabiegowych, takich jak kardiologia interwencyjna, ekspozycja zawodowa 2-3-krotnie przekracza dawkę promieniowania otrzymywaną przez radiologów, co zwiększa ryzyko rozwoju nowotworu do 1:100 w ciągu całego życia. Okazuje się, że stałe narażenie na wysokie dawki promieniowania powoduje zmiany na poziomie komórkowym zabezpieczające organizm przed szkodliwym działaniem promieniowania gamma. Tezę tę potwierdzają wyniki badania opublikowane na łamach European Heart Journal obejmującego obserwacją grupę dziesięciu kardiologów interwencyjnych, którzy byli przewlekle narażeni na promieniowanie jonizujące. U badanych osób zaobserwowano zwiększenie poziomu dwóch substancji chemicznych - glutationu i nadtlenku wodoru. Ponadto w limfocytach badanych osób zaobserwowano podwyższony poziom kaspazy 3, która uwrażliwia te komórki na apoptozę. Zdaniem autorów uzyskane wyniki wskazują, że u badanych lekarzy promieniowanie jonizujące doprowadziło do zwiększenia ilości reaktywnych form tlenu (3-krotne podwyższenie poziomu nadtlenku wodoru), ale w odpowiedzi na potencjalnie groźne działanie organizm wytworzył odpowiedź ochronną w postaci 2-krotnego wzrostu ekspresji czynników antyoksydacyjnych (glutation) chroniących przed reaktywnymi formami tlenu oraz zwiększył wrażliwość leukocytów na apoptozę, która służy w tym wypadku do usuwania uszkodzonych i potencjalnie nowotworowych komórek. Wydaje się zatem, że w wyniku przewlekłej, powtarzającej się ekspozycji zawodowej na promieniowanie jonizujące dochodzi do wytworzenia mechanizmów adaptacyjnych chroniących przed szkodliwym działaniem promieniowania. Za portalem chirurg.pl gp_doctor
  20. Rozmowa MedFor.me z prof. dr hab. Tomaszem Stomporem, specjalistą chorób wewnętrznych, nefrologii, hipertensjologii i transplantologii klinicznej, prodziekanem ds. nauki Wydziału Nauk Medycznych Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie, ordynatorem Oddziału Klinicznego Nefrologicznego, Hipertensjologii i Chorób Wewnętrznych w Wojewódzkim Szpitalu Specjalistycznym w Olsztynie, a prywatnie biegaczem-amatorem i wokalistą zespołu rockowego "The Painkillers". Mateusz Malik: Pozwolę sobie rozpocząć od tematu elektryzującego w ostatnim czasie środowisko lekarzy w trakcie specjalizacji. Trwa kolejna batalia o uczciwe zasady szkolenia specjalizacyjnego oraz płacę adekwatną do nakładu pracy i odpowiedzialności. Młodzi lekarze zrzeszeni w Porozumieniu Rezydentów na różnych szczeblach (izby lekarskie, parlamentarzyści, media) informują społeczeństwo i decydentów o charakterze i znaczeniu swojej pracy. Zatrudnia Pan profesor rezydentów w i widzi ich codzienną pracę. Czy pensja niecałe 2500 zł na rękę miesięcznie na pierwszym roku specjalizacji jest według Pana adekwatna do tego, co robią? Prof. Tomasz Stompór: Wydaje mi się, że dysproporcja jest znaczna między tym, co zarabiają rezydenci w porównaniu ze specjalistami. O ile znam stawki godzinowe na kontrakcie to są kwoty rzędu 8-10 tysięcy, więc rzeczywiście ten skok jest istotny. Odpowiedź jednak według mnie nie jest jednoznaczna. Wydaje mi się, że to nie jest adekwatne do stopnia obciążenia obowiązkami, jeżeli porówna się to z lekarzami specjalistami, bo rezydenci pracują co najmniej tyle, a może nawet więcej. Zastanawiam się natomiast nad tym, czy nie jest to poniekąd cena szkolenia. Mam na myśli to, że zdobycie środków budżetowych na podwyżki mogłoby się odbyć kosztem dostępności miejsc rezydenckich. Zatem z zasady uważam, że nie są to adekwatne stawki, z drugiej strony: jeśli weźmiemy pod uwagę perspektywę wzrostu dochodu po uzyskaniu specjalizacji (zakładając, że każdy znajdzie zatrudnienie), tudzież jeśli kwota rzędu 2,5-3 tysiące na rękę to jest poziom do którego mnóstwo profesjonalistów z wyższym wykształceniem dochodzi po 15-20 latach pracy (np. nauczyciele, urzędnicy magistratów) to w tym kontekście nie są to też pieniądze… niegodne. Lekarz rezydent na dość wczesnym etapie pracy ma też możliwość dorabiania… Zachęcałby Pan swoich rezydentów do zdecydowanej walki w Ministerstwie Zdrowia o półtorej lub dwie średnie krajowe? A może powinni brać więcej dyżurów, nocek na SOR-ze czy Nocnej pomocy lekarskiej... Gdyby było możliwe, aby podwyższyć pensje rezydenckie bez szkody dla dostępności rezydentur, to jestem za. Moja droga życiowa ułożyła się tak, że na pewnym etapie świadomie zrezygnowałem z dorabiania. Dyżurowałem, ale wyłącznie w podstawowym miejscu pracy plus miałem też obowiązkowe dyżury w pogotowiu, z czego akurat ja, w przeciwieństwie do chyba 90% innych szkolących się (śmiech), się wywiązywałem. Ale zrezygnowałem z dodatkowych zyskownych zajęć, aby skupić się na zawodowym rozwoju. Zawsze tak jest: coś za coś. Szczerze mówiąc dopiero jako ordynator i szef kliniki zacząłem lepiej zarabiać; w dużych ośrodkach akademickich nie zarabia się dużo. Szpitale kliniczne dają szanse na szkolenie, ale z tym też różnie bywa. Na marginesie dostrzegam (co potwierdzi jedna z moich rezydentek, absolwentka CMUJ tak jak ja), że rozwój i kształcenie w mniejszym ośrodku na poziomie Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego w Olsztynie są bardziej dynamiczne i wielowątkowe. Bardzo ważne jest też to, aby rezydenci mieli poczucie samodzielności w tym, co robią. Choć i w tym trzeba zachować umiar… Kwestia zaufania… Otóż to. Ufam moim rezydentom, nakładając na nich różnorodne ambitne obowiązki, ale wiedząc też, że jeśli staną przed dylematem, którego nie będą w stanie sami rozwiązać to zapytają starszego (swojego bezpośredniego opiekuna czy mnie). Warto podkreślić też inny problem, który wiąże się z kształceniem lekarzy w Polsce: inwestycja państwa w kapitał ludzki często całkiem chybiona, gdy młodzi po studiach wyemigrują. Dostępność miejsc rezydenckich jest przyzwoita i wciąż rośnie, ale pozostaje ogromny rozdźwięk między zarobkami w Polsce i zagranicą. Przed lekarzem świeżo po studniach pojawia się dylemat: Mam tę rezydenturę w Polsce, ale nie będę tracił 6-7 lat życia i wolę wyjechać tu czy tam, gdzie dostanę zarówno wyższą stawkę, jak i nieporównanie bardziej przyjazne warunki pracy. Trudno oskarżać młodego człowieka o brak patriotyzmu, gdy ma do wykarmienia rodzinę… Działa tu oczywiście mechanizm rynkowy. Jeśli nie zapłacimy rezydentom dostatecznie dużo to oni poszukają pracy nie tylko w innym miejscu w Polsce, lecz po prostu zagranicą. To jest ważny argument, który należy brać pod uwagę. Panie Profesorze, jest Pan zarówno wykładowcą akademickim, jak i naukowcem i praktykującym klinicystą. Jak ocenia Pan stan Polskiej szeroko pojętej medycyny na tle Europy? Gdzie jesteśmy? W czym przodujemy, a w czym grzejemy tyły? Mam wrażenie, a najłatwiej mi patrzeć ze swojej perspektywy - nefrologii, diabetologii, chorób wewnętrznych, nadciśnienia tętniczego, że jesteśmy (wbrew temu co się utarło i co należy wręcz do dobrego tonu, aby krytykować) w niezłej sytuacji jeśli chodzi o (niech mi wolno będzie użyć takiego określenia) „wystandaryzowaną medycynę populacyjną”. Choć niektórzy młodzi koledzy mi zarzucają, że patrzę z pozycji ordynatora i lekarza dużego szpitala, w którym praktycznie wszystko można, więc nie znam „prawdziwego życia”. W leczeniu chorób przewlekłych stosujemy w zasadzie większość tych terapii, które ma do dyspozycji Europa. W nefrologii czy nadciśnieniu tętniczym tych różnic praktycznie nie ma. Pewne terapie są jeszcze niedostępne dla naszych pacjentów, natomiast jeśli by się dobrze zastanowić przez pryzmat Evidence Based Medicine to wyjątkowa przewaga wielu najnowszych leków nad tymi dostępnymi i refundowanymi nie jest taka jednoznaczna. Zapewne jednak istnieją specjalizacje, w których brak dostępności najnowocześniejszych leków i terapii daje się we znaki (na przykład onkologia, hematologia)… Nefrologia. To dziedzina, którą trudno zaszufladkować. Nie bez kozery specjalizacje doktora House'a to nefrologia i choroby zakaźne. Pogorszenie funkcji nerek może być zarówno przyczyną, jak i objawem, maską chorób układowych. Przez Oddział Kliniczny, któremu Pan szefuje przewija się wielu pacjentów. Co Pana zaciekawiło w tej dziedzinie interny? Życiem zawsze trochę rządzą przypadki, bo gdy zdałem egzamin z chorób wewnętrznych bodaj na piątym roku stwierdziłem, że warto zachować kontakt z interną i dopiero wtedy zaangażowałem się w działalność studenckiego koła naukowego nefrologii - była to już końcówka studiów. Nefrologia jest taką dziedziną która rzeczywiście integruje choroby wewnętrzne, w tym sensie, że - tak, jak Pan powiedział - dysfunkcja nerek to przyczyna wielu problemów, ale również skutek chorób pozanerkowych. Poza tym dziedzina ta ma też tę część, nazwijmy ją zabiegową związaną z dużym stopniem usprzętowienia (mam tu na myśli różne terapie nerkozastępcze) i sama hemodializa od strony technicznej to niesamowicie zaawansowana procedura wykonywana z zachowaniem wyjątkowej staranności o bezpieczeństwo krążenia pozaustrojowego. Do tego dochodzi też oczyszczanie krwi u pacjentów w stanie krytycznym, wszystkie terapie ciągłe tj. plazmaferezy, ogromny i fascynujący obszar chorób autoimmunologicznych i transplantacji. Wydaje się, że transplantacja nerek to swego rodzaju ukoronowanie wiedzy nefrologicznej, chirurgii, immunologii i szeroko rozumianych chorób wewnętrznych. Dopiero tu zrobiłem specjalizację z transplantologii i staliśmy się z prof. Rowińskim „ojcami założycielami” olsztyńskiej transplantologii. To jest fascynująca wiedza. U naszym ośrodku efekt skali może jeszcze nie zaistniał, ale 30 nerek przeszczepianych w ciągu roku to już jest powód do dumy. Pozwolę sobie na pytanie osobiste dotyczące emigracji za pracą - z dużego miasta do mniejszego. Nie każdy ma odwagę zdecydować się na taki krok. To nie tylko miejsce pobytu, ale rewolucyjna zmiana w życiu. Pan Profesor zostawił Kraków, by budować akademicką, nowoczesną medycynę w Olsztynie. Jakie są z perspektywy czasu największa zaleta i największa wada takiej decyzji. Powiem najpierw o motywach. Unikając nadmiernej ambicji, na jakimś etapie naukowiec chce się usamodzielnić i zacząć pracę na własny rachunek. Znam przypadki profesorów, którzy obejmowali kierownictwo katedr czy klinik uniwersyteckich w Krakowie osiągając wiek na przykład 64 czy 67 lat, czyli na chwilę przed emeryturą. W tym sensie duże ośrodki nie ułatwiają samodzielności i dlatego wyzwanie polegające na pracy na swoim w sensie akademickim i lekarskim, zarządzanie zespołem i fakt, że buduje się tu nowy wydział lekarski - to były moje motywy. Jeśli natomiast miałbym wymienić zaletę numer jeden… Jest taka specyfika szpitala uniwersyteckiego w Krakowie, gdzie osoby pracujące szczycą się ponad dwustuletnimi budynkami o bardzo finezyjnej architekturze, które zajmują ulicę Kopernika na długości ok. 1,5 kilometra. Jeśli więc zimą, w środku nocy jest potrzebny pilnie anestezjolog, który dyżuruje w budynku na drugim końcu ulicy, to najpierw odśnieża auto, a następnie jedzie na konsultację na nefrologię. W związku z tym dla mnie chyba największym przełomem było zafunkcjonowanie w strukturach szpitala, który ma w jednym budynku wszystkie niemal specjalności i oddziały, a zatem nigdy nie zostaje się samemu z problemem. Mamy tu na miejscu doświadczonego lekarza radiologa ze wszystkimi możliwymi technikami obrazowania, mamy chirurgów, kardiologów interwencyjnych, świetnie wyposażoną anestezjologię. Tego się nie da przecenić. A wada? Z mojej perspektywy nie widzę istotnych wad. Namieszkałem się w tym wielkim mieście, w którym komfort życia nie jest wcale najwyższy. Wiadomo - zawsze podnosi się dyżurny temat uczestnictwa w kulturze wysokiej, ale czy ja rzeczywiście miałem z tego bezpośrednie korzyści, mieszkając w Krakowie… wątpię (śmiech). To, co tutaj odbieram jako wadę jeśli chodzi o działalność zawodową, to fakt, że w wymiarze miasta czy województwa brakuje zintegrowanej polityki zdrowotnej. Medycyna jest działalnością konkurencyjną, ale nie może też być w tej branży całkowicie wolnej konkurencji i należy z szerszej perspektywy dostrzegać potrzeby zdrowotne i bardziej je planować. Nie powinno być tak, że jeśli każdemu dyrektorowi, któremu zamarzy się opłacalna procedura nie zważając na to, czy to w województwie ma sens czy nie, może otworzyć oddział pomimo, że realnie na tego rodzaju działalność nie ma już miejsca. Brakuje mi tu zatem takiej globalnej integracji działalności medycznej. Ale podkreślam, że nie mam pełnej wiedzy czy to jest tutejsza specyfika czy jest tak wszędzie. Jest Pan jednym z "akuszerów" Wydziału Lekarskiego Uniwersytetu Warmińsko - Mazurskiego. Obecnie w powijakach są podobne wydziały w Rzeszowie czy Kielcach. Co by Pan powiedział tym, którzy od podstaw tworzą ośrodki kształcące przyszłych lekarzy? Myślę, że moja sytuacja jest o tyle specyficzna, że przeniosłem się do Olsztyna na stałe, a tutejsza kadra profesorska oparta jest przynajmniej w części na osobach, które pracują gdzie indziej i dojeżdżają na zajęcia dydaktyczne. Mam sygnały, że także na przykład w Rzeszowie czy Kielcach kadra jest tworzona w oparciu o takie osoby. I na początek się to sprawdza, później jednak powinno się tworzyć bardziej stabilną kadrę. Tymczasem wciąż na niektóre atrakcyjne, moim zdaniem, stanowiska kierowników katedr teoretycznych czy klinicznych nie można znaleźć przysłowiowego „młodego docenta”. Brakuje postawy: „Szukam własnej szansy, jestem młodym, samodzielnym (w pełnym tego słowa znaczeniu) pracownikiem naukowym”. I to jest pewna słabość nowych wydziałów. W jakiejś mierze stają się miejscem dla weteranów, którzy chcą gdzieś dorobić, a nie szansą dla młodych… I na koniec: Czy bogate zainteresowania takie jak muzyka (gra w zespole rockowym) czy sport w pracy zawodowej bardziej pomagają czy przeszkadzają? Uważam, że zdecydowanie pomagają. Tego typu zainteresowania wymuszają, aby znaleźć na to czas - i to już jest pozytywny skutek: by nie dać się całkiem zamknąć w obowiązkach zawodowych. Dbam o to, aby na różne zajęcia ruchowe znajdować czas bardzo systematycznie. Natomiast jeśli chodzi o muzykę to sprawa się komplikuje, bo trzeba pomnożyć problem razy cztery: zintegrować harmonogram czterech indywidualistów - też się udaje, choć nie jest to proste. Ale uważam, że niesłychanie ważne. Dla mnie te aktywności to jest także ogromy bonus związany z przeprowadzką, bo akurat w Krakowie sam region nie zachęca na przykład do biegania - wymaga to dłuższej jazdy samochodem za miasto. Olsztyn pod tym względem jest zupełnie inny, a ludzie są tu wyjątkowo otwarci i nastawieni na rekreację i życie towarzyskie. Przyznam, że nie znam drugiego miejsca, gdzie byłoby tyle chórów i zespołów muzycznych prowadzonych przez lekarzy. Genius loci? Rozmawiał lek. Mateusz Malik
  21. Ekskluzywna rozmowa MedFor.me z doktorem Markiem Zabłockim, specjalistą chorób wewnętrznych i diabetologii, prezesem Warmińsko-Mazurskiej Izby Lekarskiej, koordynatorem Oddziału Wewnętrznego Miejskiego Szpitala Zespolonego w Olsztynie. Mateusz Malik: Panie Doktorze! W ostatnich miesiącach głośno jest o młodych lekarzach i ich batalii o poprawę warunków pracy. W akcję aktywnie zaangażowani są m. in. przedstawiciele Komisji Młodych Lekarzy przy Izbach. W jaki sposób WMIL może wesprzeć ich w walce o godziwe zarobki i przyjazne warunki kształcenia? Marek Zabłocki: Bardzo się cieszę, że aktywność młodych lekarzy jest tak duża i że jest zauważalna na forum samorządu - w NRL, ale również w naszym regionie. Jeśli chodzi o postawę samorządu związaną z postulatami najmłodszej grupy członków, to zawsze byliśmy rzecznikiem młodych lekarzy i wsparciem w rozwiązywaniu ich problemów. W związku z tym także na poziomie regionalnym takie działania mają miejsce i to na dwóch płaszczyznach. Na płaszczyźnie ogólnej, to jest próbie zmian systemowych, czego najlepszym przykładem są ostatnio przyjęte apele Okręgowego Zjazdu Lekarzy WMIL, gdzie poparliśmy postulaty złożone przez naszą Komisję Młodych Lekarzy dotyczące przede wszystkim uregulowania dyżurów rezydenckich, ale również całościowego uporządkowania zagadnień prawnych dotyczących lekarzy rezydentów. To jest ta płaszczyzna szersza. Tym drugim polem działania jest pomoc w pojedynczych, indywidualnych zdarzeniach. Często ja, jako prezes czy inni przedstawiciele Prezydium Okręgowej Izby Lekarskiej w konkretnym miejscu, konkretnym szpitalu reprezentujemy młodych i pomagamy im walczyć o swoje prawa. Przykład z ostatniego czasu: Jesteśmy teraz w sporze sądowym w Sądzie Pracy, gdzie nasz prawnik reprezentuje dwójkę rezydentów, którzy zostali niezgodnie z prawem zwolnieni z pracy w trakcie rezydentury z powodu nieprzyjęcia nakazu wykorzystania urlopu w danym okresie. Staramy się również uczulać osoby zarządzające szpitalami, by warunki pracy w tych zakładach opieki zdrowotnej były przyjazne dla młodych ludzi i by młody człowiek nie był traktowany jak przysłowiowy „zapchajdziura” czyli kierowany w miejsce, gdzie w danej chwili nikt inny nie może pracować. Różnie bywa ze skutecznością tych działań, ale staramy się pomagać. Uprzedził Pan doktor moje kolejne pytanie. Izba lekarska ma dla swoich członków ofertę edukacyjną, socjalną, kulturalną, sportową czy prawną. O tę ostatnią chciałem zapytać. Istotnie wzrasta liczba pozwów przeciw lekarzom. Jak wygląda dostęp do pomocy prawnej w Izbie? Czy każdy lekarz może liczyć na korporacyjne wsparcie merytoryczne, ale też pomoc adwokata w przypadku sprawy dotyczącej odpowiedzialności cywilnej czy karnej? Zdecydowanie tak. Nasze biuro prawne jest otwarte codziennie dla wszystkich lekarzy, ale w szczególności dla lekarzy z mniejszym stażem zatrudnienia, ponieważ to oni są często łapani w „pułapki” prawne, gdy podejmują się pewnych działań nie do końca może świadomi konsekwencji prawnych. Im zawsze nasi radcowie służą pomocą i często dzieje się tak, że zapobiegamy ewentualnym przykrym konsekwencjom. Natomiast bywa różnie jeśli chodzi o pomoc w indywidualnych procesach, czyli reprezentowanie interesów danego lekarza w sądzie (tak zwane zastępstwo procesowe). Tu na pomoc można liczyć w zależności od tego, z jakim przypadkiem mamy do czynienia, czyli nie zawsze. Jeśli są to procesy karne z powództwa cywilnego zawsze służymy opinią prawną, ale zwykle lekarz w takiej sytuacji jako swego obrońcę wybiera osobę, z którą zna się bliżej, z którą już współpracował. Wszyscy byliśmy lub jesteśmy młodymi lekarzami. Łączy nas wyjątkowy czas zdobywania specjalizacyjnych szlifów, doświadczeń klinicznych, pierwszych dyżurów, terapeutycznych sukcesów i porażek, trudnych egzaminów i konfrontacji marzeń z rzeczywistością... Jak wspomina Pan Doktor swój okres specjalizacji? O! (śmiech) Bardzo dobrze wspominam. Tak jest z naszą naturą, że wyrzucamy te rzeczy, które były nienajlepsze, a zawsze takie bywają. Początek pracy zawodowej to rzucenie na głęboką wodę. Oczywiście, nie było jeszcze takich zagrożeń prawnych, takiego stosu dokumentów do wypełniania, gdy zaczynałem pracę w 1988 roku. Mimo wszystko dobrze wspominam tamte czasy. Może właśnie sam fakt bycia młodym tak pozytywnie się kojarzy, no bo wtedy byliśmy beztroscy i szczęśliwi. I parę rzeczy, które utrudniały życie mało się pamięta. Natomiast jeśli miałbym wskazać największy problem z tamtych lat, to chyba jednak ten sam, co teraz, czyli przepracowanie. Dysproporcja między możliwością zarabiania godziwych pieniędzy w jednym miejscy pracy a koniecznością utrzymania rodziny. Każdy z nas miał po 2-3 różne miejsca, w których pracował. Czas pracy lekarza od lat się nie zmienia - zawsze oscyluje między 200 a 300 godzin w miesiącu i to jest okropne. Minęło prawie 30 lat i gdy patrzę na mojego syna, który jest lekarzem, to on również rozgląda się gdzie by można trochę dorobić. Miałem nadzieję, że to się zmieni. Ta opinia, że jako lekarze zarabiamy dużo jest dla nas niesprawiedliwa, bo pracujemy na dwóch, trzech etatach! Jak się zsumuje wynagrodzenie z poszczególnych miejsc, to nie jest ono najwyższe… To wspomnienie wiąże się też z pewnym poczuciem winy, że rodzina nie zawsze ojca miała wtedy, kiedy on powinien być i to z perspektywy czasu trochę boli. Ale to też jest wpisane w specyfikę naszego zawodu. Nasze rodziny są skazane na to, że rodzice (jeszcze jeśli obydwoje są lekarzami, a w moim przypadku tak było) nie mają zbyt dużej możliwości przebywania razem. Ale generalnie tak jak powiedziałem na początku samo wspomnienie bycia młodym lekarzem jest miłe. Lekarze z Porozumienia Rezydentów OZZL w trakcie konsultacji i spotkań dotyczących realizacji postulatów całego środowiska mają okazję rozmawiać z politykami, związkowcami, przedstawicielami mediów. Niestety w kontaktach z przedstawicielami części środowiska medycznego spotykają się niekiedy z oporem i swoistym dystansem starszych kolegów, którzy mówią im: "W naszych czasach mieliśmy znacznie gorsze warunki pracy, płacy, ledwo wiązaliśmy koniec z końcem i było nam trudno, zatem nie ma co grymasić, powinniście się cieszyć z tego, co macie". Jak ocenia Pan taką postawę? Oczywiście negatywnie. To wynika z takiej niedobrej cechy, że jeśli ja kiedyś miałem źle, to znaczy, że teraz też nie powinno być lepiej. Ta cecha jest niestety trochę naszą narodową. Nie mam pojęcia, z czego się to bierze. Wiele zależy od osobowości ludzi, z którymi się przebywa, od zespołu w którym się pracuje, w związku z tym sytuacja w konkretnych miejscach pracy bywa różna. W jednym miejscu młodemu człowiekowi łatwiej jest uzyskać wsparcie, w innym trudniej. A też są tacy, którzy mówią „Nie marudź, tylko pracuj, bo ja miałem jeszcze gorzej.” To jest argumentacja nie do przyjęcia, szkodzi całemu środowisku. Bo jeśli sami nie mówimy wspólnym głosem, to każda argumentacja na zewnątrz od razu staje się słabsza… Czy ma Pan Doktor kolegów lub przyjaciół, którzy na stałe wyemigrowali za pracą do krajów Europy Zachodniej czy w ogóle gdzieś dalej? Tak, znam kilka osób, które w tej chwili na stałe tam pracują! Mieliśmy w ramach Unii Europejskiej na początku lat 90-tych program współpracy z Châteauroux (miasto bliźniacze Olsztyna). I tam kolega, który razem ze mną zdawał specjalizacyjną „dwójkę” pracuje tam od wielu lat i bardzo sobie chwali tę pracę. A czy myślał o tym, by wrócić? Oj, nie. Muszę powiedzieć, że chociaż znam kilka osób, które wróciły, to większość niestety pozostaje na emigracji. Tamte warunki pracy są jednak inne. I to nie chodzi o nawet o wielkość zarobków - oni wszyscy podkreślają komfort pracy, którego u nas nie było i nie ma. To jest bardzo ważna rzecz, z której nie zdają sobie sprawy nasi pacjenci. Jest to również w jakimś stopniu zarzut do mediów, do ludzi kształtujących opinię społeczną. Jeśli lekarzy będzie się przedstawiało tylko i wyłącznie jako tych złych, no to trudno będzie zasypać dziurę pokoleniową, która dramatycznie w naszym zawodzie się powiększa. Dziennikarze nie próbują zrozumieć dlaczego tak często lekarz ma problem z całościowym, holistycznym potraktowaniem pacjenta - a wpływają na to warunki pracy. Jak ma się dwudziestu pacjentów na izbie przyjęć czy na SOR-ze, to doktor nie jest w stanie wszystkich zadowolić, sprawić by po takim „spotkaniu z lekarzem” pacjenci byli usatysfakcjonowani. I nie jest to jego zła wola. Wynika to przede wszystkim z patologicznego systemu ochrony zdrowia, w którym dominuje totalne niedofinansowanie, prowadzące do totalnych braków w obsadzie personelu medycznego. I dotyczy to wszystkich poziomów leczenia: od podstawowej opieki zdrowotnej, na szpitalach kończąc. W związku z tym trudno się spodziewać, że przy utrzymaniu dotychczasowego stanu (finansowania, ale też sposobu przekazywania informacji o polskiej medycynie) cokolwiek się zmieni, że zatrzyma się w kraju młodych lekarzy. A już pomysły, by robić to szantażem ekonomicznym są irracjonalne, a wręcz obraźliwe… Pan minister Konstanty Radziwiłł jest postrzegany jako polityk, który chętniej niż poprzednicy rozmawia z lekarzami. Mówi się, że jak już lekarz wejdzie w politykę, to szybko rewiduje swoje poglądy. Pan, z racji sprawowanej funkcji prezesa Izby Lekarskiej, miał okazję spotykać Konstantego Radziwiłła zarówno jako działacza Naczelnej Rady Lekarskiej, jak i ministra. Czy widać już polityczną ewolucję? Nie. Muszę powiedzieć, że cieszę się, że mamy wreszcie ministra, który wyrósł z samorządu i który jednocześnie ma ogromną praktykę medyczną - był praktykującym lekarzem przez większość swojego zawodowego życia. Zna więc problemy środowiska jak nikt inny dotychczas. I wszystko w tej chwili wskazuje na to, że żyje tymi problemami i stara się pomóc. Natomiast możliwości ma jakie ma. Nie chcę go usprawiedliwiać, ani żądać od niego cudownych osiągnięć, ale sam fakt, że staż podyplomowy praktycznie został przywrócony - chapeau bas dla ministra, że udało mu się to zrobić. Wszelkie deklaracje, jakie w tej chwili padają zmierzają ku uporządkowaniu systemu ochrony zdrowia. Mówi się między innymi o zmniejszeniu przytłaczającej „papierologii” w medycynie... Chyba ministra bardziej związanego z naszym środowiskiem mieć nie będziemy, więc trzymajmy za niego kciuki i wspierajmy tam, gdzie się da, aczkolwiek również wymagajmy. Jest jakiś kredyt zaufania, ale nikt nie mówi, że skoro to nasz kolega, nie będziemy oczekiwać konkretnych działań. Jak pogodzić funkcję prezesa ORL i pracę zawodową na Oddziale? Bardzo trudno. Nasza praca zawodowa jest tak pochłaniająca, tak wymagająca czasu, że niestety, na działalność pozazawodową często go brakuje. Co wcale nie znaczy, że jest to usprawiedliwienie w stylu „niech robią inni”. Trudności są, ale staram się godzić aktywność zawodową i samorządową. Od dawna zastanawiamy się, czy nie powinno być tak, że na okres prezesury bierze się urlop i poświęca w pełni prowadzeniu samorządu lekarskiego. Gdyby jednak ktoś mi kazał wybierać, to absolutnie wybrałbym pracę zawodową. Jesteśmy przede wszystkim lekarzami, a niektórzy z nas dodatkowo działają, m.in. w samorządzie. Aktualnie udział izb lekarskich w procesie kształcenia podyplomowego lekarzy ogranicza się właściwie do organizacji szkoleń i konferencji edukacyjnych. Jakie są perspektywy poszerzenia kompetencji Izb w tym zakresie? Bardzo nam zależy na tym, aby jak najszerzej przejąć kształcenie podyplomowe. Na ostatnim naszym zjeździe wystosowaliśmy apel o przekazanie części kompetencji CMKP dla samorządu… W jakim zakresie? Przede wszystkim w obszarze kształcenia specjalizacyjnego. Mamy na razie jeden kurs, ze zdrowia publicznego i jesteśmy w trakcie organizowania kursu z prawa medycznego. Myślimy o kursie z ratownictwa i tych, które są wspólne dla wielu specjalizacji. Marzyłoby się nam, aby przejąć szkolenie specjalizacyjne. Nie to jest łatwo, ale także o tym rozmawiamy z ministrem zdrowia. Województwo Warmińsko-Mazurskie od zawsze jest znane jako wyjątkowe zagłębie turystyki, idealne miejsce na wakacje, urlop, zjazdy. Jeziora, lasy, natura... A czy jest również atrakcyjnym miejscem pracy? Czym może przyciągać lekarzy, pielęgniarki, pracowników ochrony zdrowia, którzy szukają swojego miejsca pracy, samorozwoju, kariery zawodowej? Myślę, że jest coraz bardziej atrakcyjnym miejscem pracy. Przede wszystkim dlatego, że powstał Wydział Lekarski Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego, a wraz z nim kliniki i możliwość łatwiejszego rozwoju naukowego. Znacznie łatwiej jest otworzyć przewód doktorski, a od tego roku dostępny jest również przewód habilitacyjny. Zatem i poziom leczenia w poszczególnych ośrodkach podniósł się. Także dlatego, że pozyskaliśmy z całej Polski wielu mądrych ludzi z ogromną wiedzą, patrzących inaczej na różne problemy. Dlatego myślę, możliwości indywidualnego rozwoju zawodowego są zdecydowanie większe. Dotyczy to przede wszystkim Olsztyna, ale również w niektórych ośrodkach powiatowych są dość atrakcyjne warunki pracy, głównie finansowe. Praca w mniejszych ośrodkach jest specyficzna, związana z ogromną odpowiedzialnością zawodową, przy jednoczesnym błyskawicznym nabieraniu doświadczenia. Ma to związek z tym, że zakres przypadków medycznych jest niezwykle szeroki, a wsparcie specjalistyczne ograniczone. Tak jak mówię - co kto lubi… Jesteśmy, jako województwo, coraz bardziej atrakcyjni. Zapraszamy! Generalnie lekarzy jest nas ciągle zbyt mało. To jest problem ogólnopolski, ale nasz region pod tym względem jest szczególny: bardzo rozległy i z wyjątkowo małą liczbą lekarzy. Trochę żałuję, że środowiska lokalne nie starają się czymś dodatkowym zachęcić młodych lekarzy do rozpoczynania pracy w konkretnym szpitalu czy poradni. Myślę tu o ułatwieniach już na studiach. Kiedyś było coś takiego jak stypendium fundowane. Dlaczego do tego nie wrócić? Obligowało to młodego lekarza, by wrócił do miejsca, skąd brał takie stypendium a jednocześnie było znaczną pomocą w studiowaniu. Bo przecież nie jest tak, że ciężar kształcenia lekarzy spoczywa na państwie - studia medyczne to ogromy wysiłek całej rodziny, która łoży na wykształcenie młodego człowieka. Rozmawialiśmy z niektórymi starostami proponując zachęty dla młodych lekarzy na przykład w postaci mieszkania. Możliwości jest wiele. Natomiast ograniczając się do ogłoszenia „poszukujemy lekarza” w mediach nie rozwiąże się problemów z kadrą medyczną w takich mniej atrakcyjnych rejonach. Jako samorząd wielokrotnie gościłem tutaj burmistrzów z różnych miast powiatowych, ale wciąż tłumaczyli się brakiem pieniędzy. Myślę, że to nie do końca prawda, ale tak to już jest. Dziękuję bardzo za rozmowę! Dziękuję i życzę powodzenia całej grupie młodych lekarzy: Trzymam kciuki, abyście nie musieli szukać pracy poza Polską! Rozmawiał Mateusz Malik, lekarz. Zdjęcia: M.Malik
  22. "To o co można obecnie rozważać to obniżenie wynagrodzeń" - taką informację otrzymali Przedstawiciele Porozumienia Rezydentów podczas konferencji uzgodnieniowej, która odbyła się 19 kwietnia 2016 w Ministerstwie Zdrowia. Na usta aż ciśnie się pytanie: Czy rezydentom nie zaśmiano się tym samym w twarz? A może warto rozważyć zgodę na obniżki, gdyż kryje się za tym jakieś wyższe dobro? Od wielu miesięcy Porozumienie Rezydentów OZZL prowadzi szereg bardzo przemyślanych i edukacyjnych działań mających na celu podniesienie podstawowego wynagrodzenia dla lekarzy rezydentów (przypomnijmy, że w chwili obecnej to... 70% średniej krajowej!) Tu od razu pada kolejne pytanie: Czy dotychczasowe rządy świadomie przeznaczały tylko 70% średniej krajowej na pensje osób, które dbają o nasze zdrowie? Czy tylko tyle ono jest warte? A może zdrowie nie jest priorytetem? Pytań jest zdecydowanie więcej ale nie zmienia to faktu, że w Polsce młody lekarz, który poświęca, jak bywało dotychczas, minimum 8 lat swojej edukacji (początek rezydentury, a pod jej koniec nawet 16 lat) zarabia średnio 2250 zł netto... Na podobny problem zwrócili uwagę nasi koledzy z Wielkiej Brytanii - oni jednak już protestują na ulicach. Na jakie zakończenie możemy liczyć w Polsce? To pokażą najbliższe miesiące! Tymczasem zapraszamy do lektury całego komunikatu, który wydało PR OZZL po spotkaniu z 19 kwietnia br. Komunikat Porozumienia Rezydentów.docx
  23. Rozmowa MedFor.me z Joanną Kozakiewicz, doulą ze Stowarzyszenia DOULA w Polsce i Promotorem Karmienia Piersią: o znaczeniu douli, godnym porodzie, „oksytocynowej” miłości i standardach opieki okołoporodowej. Barbara Iwanik: Zakończył się „Tydzień Godnego Porodu”, który współorganizowałaś, czy mogłabyś przybliżyć czytelnikom główne idee tego wydarzenia? Joanna Kozakiewicz: Tydzień Godnego Porodu to wydarzenie będące częścią kampanii „Rodzę - Mam prawa” Fundacji Rodzić po Ludzku. To ogólnopolski cykl lokalnych spotkań dla kobiet, organizowany w 80 miejscach w Polsce (i w jednym zagranicą) w jednym tygodniu marca po to, aby kobiety mogły edukować się w zakresie swoich praw i dzielić doświadczeniami. Zatwierdzone przez Ministerstwo Zdrowia „Standardy Opieki Okołoporodowej” są wciąż mało znane rodzącym. Rzadko mówi się o nich w szkołach rodzenia, nie wspominając o tym, że, jak pokazują badania przeprowadzone niedawno np. w szpitalach mazowieckich czy małopolskich, zapisy Standardów nie są odpowiednio wdrażane przez personel szpitalny. Tydzień Godnego Porodu ma na celu poszerzenie świadomości społecznej jeśli chodzi o prawa przysługujące rodzącym. Wydaje się, że dzięki obszernym działaniom fundacji „Rodzić po ludzku” na przestrzeni ostatnich lat znacznie polepszyła się opieka okołoporodowa w Polsce. Czy córki rodzą dziś godniej, niż rodziły ich matki? Na pewno tak. Powszechne stały się tzw. porody rodzinne. Ojcowie mogą być uczestnikami porodu, a nie jedynie oglądać swoje dzieci przez szybkę na oddziale noworodkowym. Kobiety nie muszą leżeć w czasie porodu, często rodzą w dogodnej pozycji wertykalnej. Stosowanych jest więcej niefarmakologicznych metod łagodzenia bólu. W wielu szpitalach wspiera się karmienie piersią czego w czasach naszych mam nie było. Odradzają się alternatywne miejsca do porodu. Zamiast izb porodowych powstają nowoczesne domy narodzin. Poród domowy staje się coraz bardziej popularny, także dzięki działalności Stowarzyszenia 'Dobrze urodzeni'. Mamy Standardy Opieki Okołoporodowej, które są opracowane zgodnie ze światowymi standardami. Wygląda na to, że sytuacja rodzących jest coraz lepsza, choć na pewno jest jeszcze wiele do zrobienia. Gdybyś mogła zmienić jedną rzecz w rutynowym przebiegu porodu szpitalnego, co by to było? Przeniosłabym środek ciężkości z zainteresowania procedurami, zapisami KTG, presją czasu na skupienie uwagi na rodzącej i fizjologii porodu. Tak pracują położne przyjmujące porody domowe i osiągają bardzo dobre efekty. Praca w szpitalu rządzi się swoimi prawami. Braki kadrowe, sterty dokumentów, presja czasu... a czasu dla pacjenta jak na lekarstwo. Jakiego wsparcia potrzebują rodzące kobiety i kto może go udzielić? Myślę, że każda kobieta ma indywidualne potrzeby, ale są też oczekiwania, o których mówi wiele kobiet. Na przykład potrzeba profesjonalnej opieki medycznej, wykwalifikowanego personelu, który respektuje prawa i godność nie tylko kobiety, ale też ojca oraz dziecka, zapewnia rodzicom odpowiedni zakres informacji na temat postępu porodu czy zakresu stosowanych interwencji medycznych. Często słyszę od kobiet, z którymi współpracuję o potrzebie bezpieczeństwa i intymności. Kobiety zgłaszają też potrzebę obecności innej matki, która zna i rozumie fizjologię porodu i potrafi wesprzeć emocjonalnie, pomóc złagodzić ból w sposób niefarmakologiczny, uspokoić, zmobilizować na ostatniej prostej. Taką potrzebę potrafi spełnić np. doula. Mówisz, że kobiety często potrzebują wsparcia od bardziej doświadczonej matki. Taką rolę mogą pełnić kobiety z rodziny, lekarki, położne i doule. A czy Twoim zdaniem poród z partnerem to dobry pomysł? Przecież mężczyzna nigdy w pełni nie zrozumie rodzącej kobiety! To zależy czy on i ona tego chcą. Uważam, że jeśli oboje chcą to obecność ojca dziecka może niesłychanie pomóc kobiecie. W czasie gdy potrzebna jest oksytocyna, kto jak nie ukochany człowiek, ojciec dziecka otoczy rodzącą i dziecko „oksytocynogenną” miłością? Jednakże jeśli tata nie chce być przy porodzie uważam, że nie należy go do tego zmuszać. Może to przynieść więcej szkody niż pożytku, bo zmuszony do obecności mężczyzna będzie wnosił swój lęk, stres, adrenalinę, a to będzie bardzo mocno wpływać na rodzącą. Michel Odent, słynny francuski ginekolog-położnik twierdzi nawet, że mężczyźni z zasady nie powinni być obecni na porodówkach, co jest oczywiście bardzo kontrowersyjną opinią. A jeśli partner wspiera kobietę przy porodzie, to czy doula może się do czegoś przydać? Doula nigdy nie zastąpi taty dziecka w czasie porodu. Moja relacją z rodzącą, mimo tworzącej się bliskości, to dla niej zupełnie inna relacja niż z rodziną, ojcem dziecka. Ja zachowuję pewien dystans, nieco inaczej widzę sytuację, inaczej się angażuję w poród czy opiekę okołoporodową. Mam też za sobą doświadczenie macierzyństwa. Bardzo lubię pracować z obojgiem rodziców, wydaje mi się, że umiem się wczuć w potrzeby taty, umiem pomóc mu znaleźć przestrzeń, aby aktywnie wziął udział w tym porodzie. I staram się nie przeszkadzać w rodzeniu się… rodziny (śmiech). Położna, ojciec, doula.. Przy rodzącej zaczyna się robić tłoczno. Kim właściwie jest ta doula i czy żeby nią zostać trzeba dużo się uczyć i zdawać trudne egzaminy? Doula to stosunkowo nowy zawód w Polsce, oficjalnie zarejestrowany w styczniu 2015 roku dzięki staraniom Stowarzyszenia DOULA w Polsce. Nie dziwi zatem fakt, że może jeszcze nie wszyscy zdążyli się zapoznać z zakresem kompetencji douli, dla wielu też wciąż sama nazwa naszego zawodu nic nie mówi. Z drugiej strony tak naprawdę doula nie jest niczym nowym. Zanim porody na stałe trafiły do szpitali, kobiety od wieków rodziły w towarzystwie innych kobiet. Doula została jakby „na nowo odkryta” w latach 70-tych przez niedawno zmarłą antropolożkę Danę Raphael, a potem przez amerykańskich lekarzy i badaczy. Byli nimi Marshall Klaus i John Kennel, którzy dzięki swoim badaniom potwierdzili, że ciągłe, społeczne, kobiece wsparcie w czasie porodu znacznie ten poród skraca, rodząca rzadziej sięga po znieczulenie farmakologiczne, maleje liczba interwencji medycznych i rzadziej dochodzi do cięć cesarskich, ojcu łatwiej odnaleźć się w nowej roli, a mama lepiej radzi sobie z karmieniem piersią. Doule mają w tej chwili dwie drogi kształcenia - obie zaczynają się od podstawowego szkolenia dla doul. Potem można albo uzupełniać po kolei poszczególne szkolenia specjalistyczne - np. z laktacji, niefarmakologicznych metod łagodzenia bólu, masażu chustą rebozo, trudnych sytuacji okołoporodowych itp. albo odbyć roczne studium. Jako członkinie Stowarzyszenia DOULA w Polsce odbywamy też staż, mamy swojego superwizora - doulę, która wcześniej przeszła drogę certyfikacji i ma spore zawodowe doświadczenie, prowadzimy dokumentację porodów, mamy listę obowiązujących lektur. Kto czuwa nad poziomem merytorycznym i profesjonalizmem polskich doul? Stowarzyszenia DOULA w Polsce jak organ szkolący i certyfikujący doule. Jak to się stało, że zostałaś doulą? To będzie bardzo osobiste. Zawsze leżało mi na sercu godne rodzenie, nie zgadzałam się wewnętrznie, że jeszcze wciąż nie wszyscy rodzą „po ludzku”. Kiedy zaszłam w ciążę oczywiste było dla mnie, że chcę rodzić w domu i wszystko wskazywało na to, że tak się stanie. Niestety musiałam się zmierzyć z niespodziewaną hospitalizacją i nagłym cięciem cesarskim w 7 miesiącu ciąży. Pobyt w szpitalu przed i po urodzeniu córki to był niezwykle trudny czas... Przerażało mnie łamanie praw rodzących, praw dzieci, szczególnie tych najmniejszych urodzonych przedwcześnie. Zastanawiałam się nad mechanizmami, które sprawiają że człowiek człowiekowi wyrządza taką krzywdę… Czy walcząc o życie i zdrowie swojego dziecka miałaś jeszcze siłę, by rozglądać się dookoła i działać? Pewnego dnia, będąc na obserwacji na porodówce (a trafiałam tam często, bo mój stan się raptownie pogarszał na oddziale patologii ciąży), zrobiłam coś, czego nie umiem do tej pory wytłumaczyć. Za zasłoną rodziła moja koleżanka z sali, ja byłam podpięta pod kardiotokograf i czułam się bezsilna wobec słów adresowanych przez personel do mojej rodzącej koleżanki. To nie był pierwszy jej poród, a po tym jak została potraktowana była zbyt roztrzęsiona, aby poradzić sobie z przystawieniem córeczki do piersi. Więc odpięłam się od KTG, gdy nikt nie widział i poszłam jej pomóc, mimo że nie wiedziałam jak się to robi. Działałam instynktownie i się udało. Dziecko zaczęło efektywnie ssać a mama odetchnęła z ulgą. Słowa wdzięczności, które potem od niej słyszałam np. w rocznicę urodzin jej córeczki utwierdziły mnie w przekonaniu, że taka pomoc jest potrzebna. Że nawet ja mogę zmienić jakiś maleńki fragment rzeczywistości. Więc zaczęłam zmieniać. Ukończyłam podstawowy kurs douli i zaczęłam szkolić się dalej jako członkini Stowarzyszenia DOULA w Polsce. Zostałam wolontariuszem Fundacji Bank Mleka Kobiecego, żeby pomagać mamom wcześniaków i ich dzieciom. Oprócz bezpośredniego wspierania kobiet w okresie okołoporodowym, zaczęłam też działać społecznie – organizuję spotkania, warsztaty, pokazy filmów, cykle spotkań (np. Krąg Opowieści Porodowych, Mlekotekę czy ostatnio Tydzień Godnego Porodu). Niedawno uzyskałam tytuł Promotora Karmienia Piersią i prowadzę grupę wsparcia laktacyjnego dla mam karmiących. Imponuje mi Twoje zaangażowanie! Swoją codzienną, mrówczą pracą zmieniasz świat na lepsze. Czy otrzymujesz zrozumienie i wsparcie od personelu medycznego? Czy doule są mile widziane na polskich porodówkach? Dziękuję za ciepłe słowa. Kropla drąży skałę. Jeśli chodzi o wsparcie ze strony personelu medycznego to szczerze mówiąc bywa różnie, ale jest coraz lepiej. W niektórych szpitalach oficjalnie obowiązuje zakaz wstępu doul na porodówki. Jednakże w wielu innych personel traktuje nas z coraz mniejszym dystansem. Widzę na przykład, że położne coraz częściej czują się odciążone, wiedząc, że rodzącej towarzyszy doula. A czy to prawda, że doule zachęcają kobiety do porodów domowych? Ja nie zachęcam do porodów domowych, nie wolno mi namawiać rodzącej do rodzenia w tym czy innym miejscu, to jest jej decyzja. Dla każdej kobiety najlepszym miejscem do porodu jest to, które one sama wybierze! Jednakże zapytana o moje prywatne zdanie na temat porodów domowych zawsze wyrażam się o nich pochlebnie, gdyż uważam, że to niezwykłe doświadczenie i dzięki zachowaniu wysokich standardów bezpieczeństwa (np. tych opracowanych przez Stowarzyszenie "Dobrze urodzeni") także bezpieczne. Często rodzące proszą mnie o pomoc w skontaktowaniu z położnymi przyjmującymi porody domowe i oczywiście z chęcią w takim kontakcie pośredniczę. Z jeszcze większą chęcią uczestniczę w porodach domowych jako doula. Porody domowe w Polsce to rzadkość, zdecydowana większość kobiet rodzi w szpitalach, w których spędzają również pierwsze dni po narodzinach. Kiedy po hospitalizacji mama wraca z dzieckiem do domu często miewa trudności z odnalezieniem się w nowej roli, a dookoła nie ma już zespołu profesjonalistów w białych fartuchach. Jak doula może wesprzeć młoda mamę w pierwszych krokach rodzicielstwa? Jakie są najczęstsze problemy w pierwszych dniach po porodzie? Połóg to bardzo niedoceniony moment w życiu kobiety. Wiele wskazuje na to, że nieprzygotowanie do niego jest jednym z czynników zwiększających ryzyko depresji poporodowej. To czas tworzenia się więzi z dzieckiem, stabilizacji laktacji i odnajdywania się w życiu w trójkę a nie we dwójkę. Współczesne matki wymagają od siebie bardzo dużo - powrotu do dawnej sylwetki, dobrego samopoczucia, nakarmionego i śpiącego dziecka, tej samej aktywności co przed narodzinami dziecka, wysprzątanego domu i ugotowanego obiadu. Jeszcze przed porodem usiłuję pomóc tworzącej się rodzinie przygotować się na zmianę i właśnie na czas połogu. Pomagam stworzyć „własną wioskę wsparcia” - namawiam aby zrobić sobie zapasy jedzenia, zadbać o życzliwe osoby do pomocy, które ugotują coś ciepłego, zrobią zakupy czy posprzątają. Już w czasie połogu pomagam zrozumieć emocje jakie się pojawiają, uspokajam, a w razie gdy potrzebna jest pomoc specjalistyczna - polecam sprawdzonych specjalistów. Jakiego rodzaju wsparcia doula może udzielić świeżo upieczonemu ojcu? Zwykle pomagam zrozumieć to co dzieje się z matką i wspierać ją. Zachęcam i inspiruję do nawiązywania kontaktu z nowo narodzonym dzieckiem - pokazuję tacie dziecka jaką on może spełnić rolę, zachęcam do kangurowania, uczestnictwa w pielęgnacji, bliskości… Młodzi rodzice na pewno zadają Ci przeróżne pytania dotyczące pielęgnacji i zdrowia niemowlęcia. Czy to prawda, że doule są przeciwniczkami szczepień? Jako doula nie udzielam porad medycznych, bo nie taka jest moja rola. Na szczęście mogę polecić doświadczonych lekarzy - neonatologów, pediatrów i specjalistów chorób zakaźnych, którzy chętnie odpowiadają na pytania rodziców, których do nich kieruję. Na przykład w szkole rodzenia, której pracę koordynuję zajęcia poświęcone szczepieniom prowadzi wspaniała neonatolog. Bardzo często zgadza się przyjąć na swoje zajęcia dodatkowe osoby zainteresowane tematem, a skierowane tam przeze mnie. Czy chciałabyś, aby usługi douli były refundowane przez NFZ? Obecnie nie każdą kobietę stać na opłacenie tak profesjonalnego wsparcia w okresie okołoporodowym. Tak, gdyż uważam, że nasza praca przynosi realne korzyści. Kobiety, które rodzą z doulami znacznie rzadziej korzystają ze znieczulenia, rzadziej ich porody kończą się cięciem cesarskim, kobiety łatwiej nawiązują więź z dzieckiem. Myślę, że to oszczędności dla systemu, które można by wziąć pod uwagę. Z drugiej strony jeszcze nigdy nie zdarzyło mi się, aby bariera finansowa stanowiła przeszkodę do podjęcia współpracy. Zawsze znajdujemy rozwiązanie. Gdzie można znaleźć doulę, która wesprze nas w okresie okołoporodowym i kiedy trzeba zacząć jej szukać? Można nas znaleźć na stronie Stowarzyszenia DOULA w Polsce w zakładce "Znajdź doulę" - wybieramy na mapie województwo, które nas interesuje i wyświetla się lista doul. Szukać dobrze jest jak najwcześniej albo przynajmniej w momencie, gdy stajemy przed wyborem miejsca i osób towarzyszących do porodu. Bardzo Ci dziękuję za inspirującą rozmowę. Czy na zakończenie naszej rozmowy masz jakieś rady, które jako doula chciałabyś przekazać młodym lekarzom i studentom medycyny? Rady? Nie. Jedynie nieśmiałą zachętę. Zachęcam do przyjrzenia się realnym efektom działalności doul podobnie jak to zrobili amerykańscy lekarze i badacze - Marshall Klaus i John Kennel. Rozmawiała: Barbara Iwanik, lekarz. Zdjęcia: Ania Menzel Dobry Portret
  24. Długie kolejki do lekarza i oczekiwanie na zapisy do specjalistów to prawdziwa zmora Polaków, wszystko to jednak może się zmienić. Rewolucja w ochronie zdrowia, polegająca na szerokim wykorzystaniu technologii informacyjno-komunikacyjnych, stała się faktem. System porad on-line, a w tym konsultacje dzięki wideokonferencjom, sprawnie funkcjonuje na świecie już od kilku lat. U nas to prawdziwa nowość, która znacznie może skrócić kolejki do lekarzy, głównie tych pierwszego kontaktu. Poznaj Platformę Telemedyczną Telemedi.co. Kolejki do lekarza to prawdziwa zmora. Co na to NFZ? Każdy z nas spotkał się z długą kolejką do lekarza pierwszego kontaktu oraz długim czasem oczekiwania na wizytę u specjalisty. Taką sytuacje obserwujemy od kilku lat. Ministerstwo zdrowia oraz NFZ od wielu lat obiecuje poprawę jakości obsługi pacjentów. Niestety, bez skutku. Problem kolejek w naszym kraju zauważa również Organizacja Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD – ang. Organisation for Economic Co-operation and Development). W ich raporcie z 2012 r. Polska zajęła pierwsze miejsce w Europie pod względem długości kolejek i czasu oczekiwania na obsługę medyczną. W 2013 wyprzedziła nas jedynie Łotwa. Z danych NIK, która przeprowadziła kontrolę w ośrodkach zdrowia, wynika, że w poradniach okulistycznych, średni czas oczekiwania wzrósł w grudniu 2013 w porównaniu z poprzednim rokiem z 32 do 40 dni, a w poradniach kardiologicznych z 69 do 79 dni. Z kolei na wizytę u neurologa pacjenci musieli czekać średnio już 30 dni, do ortopedy 29. Na tomografię komputerową trzeba czekać nawet 43 dni. To średni czas oczekiwania. W wielu przypadkach pacjenci na wizytę u specjalistów czekają nawet lata. U lekarzy rodzinnych sytuacja nie wygląda lepiej. Kolejki stale rosną. Można się zastanawiać nad przyczynami. Wina leży po stronie lekarzy, systemu opieki zdrowotnej, a także samych pacjentów, którzy lawinowo zamawiają wizyty, z których nie korzystają. Lekarze, których i tak brakuje, mają nadmiar obowiązków, a NFZ – według raportu NIK – nieodpowiednio dysponuje dostępnymi środkami. Czy jest szansa na poprawę i zmniejszenie kolejek? Wideokonsultacje przez internet. Świat idzie do przodu Trudno śledzić najnowsze osiągnięcia technologii. Elektronika rozwija się w błyskawicznym tempie, dając nam nowe możliwości i udogodnienia. Oczywiście, nie omija to świata medycyny. W krajach bardziej rozwiniętych niż Polska, takich jak chociażby USA i Kanada, prężenie rozwija się system telemedycyny, oparty na wideokonsultacjach. Wystarczy, bez wychodzenia z domu, połączyć się z lekarzem przez internet. Dzięki systemowi konsultacji Telemedi.co, jest to wyjątkowo proste. To odpowiedź na problemy występujące w polskiej ochronie zdrowia, to przede wszystkim korzyści dla osób związanych z opieką zdrowotną. Według raportu, przygotowanego przez Telemedyczną Grupę Roboczą, wynika, że w 2013 r., aż 52% szpitali w USA wykorzystywało rozwiązania telemedyczne, a dalsze 10% rozpoczynało proces implementacji tych rozwiązań. Analizy przekonują, że cały runek telemedyczny będzie w 2020 roku wart około 34,27 mld USD. Już w 2014 szacowano go na 17,8 mld USD. Liczba pacjentów, korzystających z podobnych rozwiązań ma, zgodnie z dostępnymi danymi szacunkowymi, wzrosnąć z 250 tys. w 2013 r. do 3,2 miliona w 2018 r., co wynika m.in. z rosnącej akceptacji społecznej i coraz większego zaufania do m.in. wideokonsultacji w medycynie. Aż 74% amerykanów zadeklarowało chęć skorzystania z tej technologii. Zalety wideokonsultacji w medycynie dostrzega też Komisja Europejska, która stwierdziła, że tak zwana telemedycyna jest bezpieczna dla pacjentów oraz niesie za sobą inne korzyści, takie jak szybkość kontaktu pacjent-lekarz, zmniejszenie fizycznych kolejek w gabinetach i mniejsze koszty opieki medycznej. Nowe metody są już dostępne w wielu europejskich krajach, takich jak Norwegia, Wielka Brytania czy Niemcy. Korzyści płynące z telemedycyny i wideokonsultacji Korzyści płynące z kontaktu lekarz-pacjent przez internet, dzięki Platformie Telemedycznej Telemedi.co, odczują wszyscy, zarówno lekarze i pacjenci, jak i służba zdrowia i budżet państwa. Oczywiście, główną zaletą dla pacjentów i lekarzy, będzie szybkość dostępu i zmniejszenie kolejek w gabinetach. Pacjenci będą mogli konsultować wszelkie objawy bez wychodzenia z domu, przez internet. Jest to też ważna dla placówek i samych lekarzy, którym odejdzie wiele obowiązków, w tym obsługa tak wielu pacjentów. Skorzystają też płatnicy oraz budżet państwa, co łączy się z niskimi kosztami obsługi przez internet. Co przyniesie przyszłość? Usługi związane z ochroną zdrowia to potężny rynek. Rocznie na jego utrzymanie wydaje się biliony USD. Wszystko przez koszty związane z fizyczną obsługą pacjentów. Szacuje się, że tylko w 2013 r., wydatki te wyniosły 7,9 biliona USD, a tym samym wzrosły o 2,6% w stosunku do 2012 r. Analitycy szacuje również, że średnie tempo wzrostu wydatków na ochronę zdrowia na świecie w latach 2014-2018 wyniesie 5,3% rocznie. Znaczny wzrost wydatków czeka też Polskę. Zgodnie z długoterminowymi prognozami GUS, na lata 2013-2050, nastąpi spadek liczby osób w wieku przedprodukcyjnym, a wzrośnie liczba osób w wieku emerytalnym, z ok. 7 milionów w 2013 r. do około 10 milionów w 2050 r. Co się z tym łączy? O ile NFZ nie znajdzie rozwiązania, oznacza to stały wzrost kolejek oraz wydatków na ochronę zdrowia. Ogólnej wizji nie poprawia też ilość lekarzy, która przyda w Polsce. Z danych OECD Health AT Glance z 2014 roku wynika, że ta liczba w poszczególnych województwach waha się od 1,52 lekarzy na 1000 mieszkańców do 2,56 lekarza na 1000 mieszkańców. Na pochwałę nie zasługuje również jakość usług. Według raportu „Internet + Pacjent = Diagnoza?” Polacy twierdzą, że żeby dostać prawidłową diagnozę, trzeba lekarza odwiedzić co najmniej trzykrotnie, a czasami nawet pięciokrotnie. To również diametralnie wydłuża kolejki. Z tych, i wielu innych powodów, coraz więcej Polaków zaczyna szukać porad w internecie. Prawie połowa, bo aż 45% polskich pacjentów, deklaruje, że porad o własnym zdrowiu oraz zdrowiu swoich najbliższych szuka on-line. Stale rosnąca liczba pacjentów, przy obecnych problemach z kolejkami, brakiem pieniędzy na obsługę medyczną i jakością usług, a także duże zaufanie, którym Polacy darzą internet, wszystko wskazuje na to, że wideokonsultacje w naszym kraju mają świetlaną przyszłość. Wideokonsultacje – w Polsce to już działa w praktyce W naszym kraju stopniowo testuje się nowe rozwiązania telemedycyny. Śląskie Centrum Chorób Serca w Zabrzu wykorzystuje wideokonsultacje w diagnostyce pacjentów kardiologicznych. Dzięki wykorzystaniu wideokonsultacji, znacznie skrócono czas oczekiwania na poradę kardiologa. Pacjenci placówki mogą skontaktować się bezpośrednio ze swoim lekarza, będąc na wizycie u lekarza rodzinnego lub lekarza specjalisty. Na razie jednak nie ma możliwości konsultacji z własnego domu. Komunikator zapewnia dobrą łączność i wizualizację. Kardiolog, dzięki temu, może porozmawiać z chorym i uczestniczyć w jego badaniu, równocześnie konsultując jego przebieg z lekarzem znajdującym się przy pacjencie. Daje nawet lepsze pole manewru, niż w przypadku tradycyjnej wizyty. Pozwala również na szybkie przesyłanie badań EKG czy USG, a także osłuchowych przy wykorzystaniu stetoskopu elektronicznego. Testowany system telemedyczny znacznie ułatwił też pracę pracownikom zabrzańskiej placówki. Wideokonsultacje to przyszłość światowej medycyny. Takie rozwiązanie znacznie skraca czas oczekiwania pacjenta do poradni, a co najważniejsze, pozwala wyeliminować straty czasu, upływającego od momentu rozpoznania choroby, do diagnozy i prawidłowego leczenia pacjenta. Również w naszym kraju testuje się podobne rozwiązania. Platforma Telemedyczna Telemedi.co to komfort, oszczędność czasu i pieniędzy oraz wysoka jakość obsługi. Źródła: „Otoczenie regulacyjne telemedycyny w Polsce” – stan obecny i nowe otwarcie, 2015 – raport Telemedyczna Grupa Robocza „Internet + Pacjent = Diagnoza?”, 2015 – raport Procontent Communication „Jakość obsługo pacjentów przez NFZ”, 2013 – raport NIK OECD Health AT Glance Gazeta Wyborcza newsrm.tv TVP/x-news
  25. W internetowym i papierowym wydaniu Gazety Wyborczej (14.03.2016) ukazał się artykuł pt. "Młodzi lekarze: bogaci rodzice albo emigracja", który w sposób rzeczowy i rzetelny przedstawia problemy środowiska lekarzy w trakcie specjalizacji. Z przyjemnością informujemy, że w imieniu portalu MedFor.me i całego środowiska lekarzy rezydentów wypowiada się w nim lekarz Mateusz Malik. Tekst redaktor Adriany Rozwadowskiej cechuje się szczególną wrażliwością na sprawy społeczne i prawa pracownicze środowiska lekarzy, za co redakcja wyraża duże uznanie. W treści przedstawiono główne problemy, z jakimi boryka się przeciętny lekarz w trakcie specjalizacji i przedstawiono naczelne postulaty, z którymi wystąpiło w ostatnim czasie Porozumienie Rezydentów OZZL. Na pierwszym miejscu młodzi lekarze stawiają kwestię podwyżki wynagrodzenia rezydenta, które od 2009 roku nie uległo jakiejkolwiek waloryzacji i niebezpiecznie zbliża się do poziomu płacy minimalnej. Rezydenci stanowią ważną część białego personelu na każdym szczeblu pomocy medycznej, a coraz większa rzesza pacjentów zdaje sobie sprawę, że i ich najlepszym interesie jest, by pomoc nieśli im dobrze wyedukowani, wynagradzani i wypoczęci adepci medycyny. Stąd walka o dwie średnie krajowe, unormowanie czasu pracy, większe docenianie pracy opiekunów specjalizacji, elastyczne formy kształcenia i racjonalne sposoby oceny zdobytej wiedzy. Te cele wpisane są w listę postulatów i działań Porozumienia Rezydentów, Komisji Młodych Lekarzy NIL i innych organizacji wspierających młodych lekarzy. W ich realizacji pomagają liczne oddolne inicjatywy rezydentów. Zarówno akcja „Adoptuj posła” nastawiona na pozyskiwanie parlamentarzystów przychylnych dla zmian w prawie, jak i ogólnopolska akcja medialna (prasa, informacyjne portale internetowe, Facebook, radio, telewizja, programy publicystyczne i rozrywkowe) służą uwrażliwieniu ogółu społeczeństwa na postulaty środowiska lekarskiego. Życzymy lekarzom i wszystkim sympatykom białego personelu wiele determinacji i skuteczności w walce o podniesienie jakości opieki medycznej w Polsce. Redakcja MedFor.me
×