LIBERMED - Książki medyczne i weterynaryjne wszystkich wydawców w jednym miejscu

Przeszukaj forum

Showing results for tags 'dyżur'.



More search options

  • Search By Tags

    Wpisz tagi, oddzielając przecinkami.
  • Search By Author

Typ zawartości


Forum

  • MedFor.me
    • Dyskusja ogólna
    • Specjalizacja: Jaką wybierzesz?
    • Niezbędnik medyka (książki, konferencje, kursy, praktyki, oferty pracy)
    • Naukowo
    • Idę na medycynę
    • Fora lokalne
  • IZBA LEKARSKA
    • Medycyna Ogólna
    • Egzaminy
    • !!! Nowoczesna medycyna
    • Miejsca stażowe i specjalizacyjne
    • Wieści zza granicy
  • PO GODZINACH
    • Na każdy temat
    • MedHumor
    • Fora prywatne
    • MedFor.me - sprawy forum
  • CLUSTERS
    • News
    • Polinnovation
    • Clusters

Kategorie

  • News
  • Opinie i komentarze
  • Ze świata nauki
  • Wywiady
  • Reportaż
  • MED-Memories
  • Weekend For.me
  • Patronaty

Blogi

  • Oficjalny blog MedFor.me
  • Medicus Sapiens Semper Digitum in Ano Tenet
  • Naczelny Lekarz Trąbkowaty
  • Visca El Barça
  • Meoblog
  • Medycyna jest ciekawa
  • Ania18101Blog
  • Zabiegowcy
  • blogs_blog_11
  • blogs_blog_12
  • Dzienniczek przyszłego doktora.
  • Ratuj-z-nami
  • KotBlog
  • JMBlog
  • Breakfast at Tiffany's.
  • DanioJanioBlog
  • NarzedziaLekarza
  • see
  • aniamos - blog
  • vipomaBlog
  • Kawa
  • przyczynaBlog
  • Wino i Medycyna - In vino sanitas

Kategorie

  • Choroby wewnętrzne
  • Chirurgia
  • Pediatria
  • Ginekologia i położnictwo
  • Łacina
  • Inne
  • Redakcyjne

Kalendarze

  • Patronaty MedFor.me

Znaleziono 4 wyniki

  1. Środa. Godzina 20.20 - wreszcie chwila ciszy i spokoju, można zjeść kolację, właściwie obiado-kolację. Wcześniej dzień pełen wrażeń... Poranek jak zwykle - godzinna odprawa z ordynatorem, całą lekarską ekipą, oddziałową i rehabilitantem. Po omówieniu przyjęć dyżurowych, następnie wszystkich około siedemdziesięciu pacjentów, których mamy na oddziale, wspólnych konsultacjach, podjętych decyzjach - zabieramy się do "roboty". Dziś na moim skrzydle (gdzie leży aktualnie 28 pacjentów) jest trzech lekarzy (koleżance rozchorowała się opiekunka do dziecka i musiała zostać w domu). Ja prowadzę dziś w związku z tym dziesięciu pacjentów - ośmiu "swoich" i dwóch koleżanki. Zaczynam jak zawsze od sprawdzenia wyników, przedłużenia zleceń, potem szybkie wypisy - dziś wypisuję trzy osoby: 40-letniego anorektyka po leczeniu onkologicznym kilka lat temu, którego wczoraj konsultował psychiatra, a wcześniej nasz specjalista ds. żywienia, obecnie bez większych zaburzeń w badaniach laboratoryjnych, wskazane dalsze leczenie psychiatryczne, 86-letnią "babciunię" z rozsianym rakiem pęcherzyka żółciowego z przerzutami do wątroby, nie zakwalifikowaną do żadnego leczenia, wypisaną pod opiekę troskliwej rodziny i 60-letnią pacjentkę przyjętą do diagnostyki niedokrwistości, po wykonanych badaniach endoskopowych, z nadżerkowym zapaleniem żołądka i jak się okazało po konsultacji psychologicznej z ponad stutysięcznym zadłużeniem, na wielu chwilówkach i innych kredytach, które bierze, by móc robić niekończące się zakupy, z podejrzeniem zakupoholizmu, wysłana do dalszego leczenia psychiatrycznego ambulatoryjnie... Poza tym robię dziś wizytę u (1) starszego pacjenta, przyjętego po raz kolejny z powodu dekompensacji niewydolności krążenia... Godzina 21.40 - telefon z SORu. Poleciałam na dół zobaczyć wypisanego dziś od nas z oddziału pacjenta, przed 90-tką, przywiezionego z powodu zaburzeń kontaktu. Dziś rano, wychodząc, był jeszcze w kontakcie. Teraz nie odpowiada na żadne pytania, przyjęty do SOR z podejrzeniem udaru. Przy okazji dowiedziałam się o przyjęciu planowanym na późne godziny nocne: 40-letni pacjent z kreatyniną 10, na razie w trakcie diagnostyki i przed ostrą dializą. Po drodze wracając sprawdziłam na oddziale wieczorne "cukry", czyli glikemie pacjentów. Ale wracając do mojego poranka... (2) Pacjent przyjęty jakieś dwa tygodnie temu w stanie przedśpiączkowym - z glikemią ponad 1500, dziś kończy diagnostykę, jutro wychodzi do domu, (3) 90-letni pacjent z tysiącem chorób przyjęty do diagnostyki niedokrwistości, w GFS zapalenie żołądka i dwunastnicy z niszą wrzodową, (4) 89-letnia pacjentka przyjęta kilka dni temu z infekcją, hipotensją, dziś już rehabilitowana, (5) 60-letnia pacjentka do diagnostyki zaparć i krwawienia z dolnego odcinka przewodu pokarmowego, dziś miała badania endoskopowe, (6 i 7) dwójka pacjentów koleżanki - jeden rehabilitowany pod udarze, którego dostał na naszym oddziale (mimo profilaktyki przeciwzakrzepowej) i pacjentka przekazana z OAiIT okolicznego szpitala, również do rehabilitacji. Nie, nie jesteśmy oddziałem rehabilitacyjnym tylko interną. Do tego jeszcze przyjęcie - nasz stały bywalec - alkoholowe uszkodzenie wątroby, z żylakami przełyku, zapaleniem żołądka i zmianami angiodysplastycznymi w jelicie grubym, po raz kolejny z powodu anemizacji. Godzina 12. Wracam z wizyty, uzupełniam papiery, ogarniam przyjęcie. W międzyczasie psuje się niszczarka do dokumentów. Dzwonię do informatyków z zapytaniem, czy przypadkiem nie naprawiają niszczarek. "Przemiły" informatyk odpowiada mi, że oczywiście nie i dlaczego wydaje mi się, że niszczarka to sprzęt informatyczny?! I teraz cytat : "To tak jakby pani zadzwoniła do kuchni i zapytała, czy tam nie naprawiają, bo niszczarka jest podobna do maszynki do mielenia mięsa". Rzucam słuchawką. Proszę o połączenie z działem technicznym. Odbiera kolejny, nieco milszy pan, który informuje mnie, że oni zajmują się naprawą sprzętu medycznego, a nie niszczarek i mam dzwonić do konserwatorów. Dzwonię, tam ubawiony całą sytuacją pan mówi, że on się zajmuje, ale konserwacją zabytków (mówię, że niszczarka nie jest zbyt nowa, więc może by się zajął?), odpowiada mi na to, że może się co najwyżej zająć zrzuceniem jej przez okno z pierwszego piętra... Odpowiadam, że jestem na czwartym i jakby co z tym dam sobie radę sama. Rozłączam się. Mój "dobry humor" osiągnął apogeum. Dzwonię do sekretariatu dyrektora z zapytaniem, co mam zrobić w tej sytuacji (nie omieszkałam przytoczyć wszystkich powyższych cytatów). Pani Ela poleca napisanie odpowiedniego pisma z zapytaniem do dyrektora o to, kto naprawia w tym szpitalu niszczarki, a oni się ustosunkują. A najlepiej iść do oddziałowej. Idę, nakreślam po raz kolejny problem. Oddziałowa bierze niszczarkę pod pachę, idzie do działu technicznego, skąd odsyłają ją z kwitkiem do informatyków, a tam dowiaduje się, że ewentualnie jutro będzie ktoś kto może się na tym zna. Nie wiem, czy w czeskim filmie dzieją się takie rzeczy. Przez następne godziny ogarniam kolejne papiery. Potem jeszcze jakieś USG do zrobienia, konsultacje, rozmowy z rodzinami. Schodzi do późnych godzin popołudniowych, kiedy to zaczynają się kolejne wezwania na SOR. I tak całe popołudnie. Wpis kończę na kolejnym dyżurze, bo po 22 znów zaczął się "sajgon". Przyjęcia robiłam do 1 w nocy, jeden to pacjent po ostrej dializie wspomniany wcześniej, a drugi to przyjęty w stanie bardzo ciężkim mężczyzna z rozsianym rakiem pęcherza moczowego, odwodniony, wyniszczony, z infekcją. Obraz, który na długo pozostaje, szczególnie, że pacjent ma niewiele ponad 50 lat. Zasypiam ledwie żywa o 3.30. Spokój do 6, kiedy zaczynają się pierwsze telefony z oddziału. A dziś pozdrawiam Was serdecznie z niedzielnego dyżuru, nieco spokojniejszego
  2. 2:00 w nocy. Po uporaniu się z dziennym nawałem pacjentów przytuliłem się do poduszki w pokoju lekarskim. Trochę snu dla zmęczonego mózgu, uspokajam się, adrenalina powoli opada. Już niedługo, może się uda, odpoczynek, może nawet kilka godzin. Moja świadomość powoli rozpływa się, jeszcze chwilka... SURSUM CORDA!! "Co?! Chyba coś mi się przyśniło. Zdawało się. Nieważne. Zasypiam... Już chwilka, już kilka sekund i..." SURSUM CORDA! W GÓRĘ SERCA! - dziki, zachrypnięty głos przecina powietrze i świdruje w mojej głowie Zrywam się. Adrenalina uderza. W głowie myśli śmigają: "Co za c^&$, j%#@%&$, k%$@#, d%^@&!" Wypadam z gabinetu z rządzą mordu w oczach. Na wózku siedzi aromatyczny jegomość przywieziony przez pogotowie ratunkowe. Znaleziony na ulicy. Na głowie opatrunek przesiąknięty krwią. Wita mnie radosny okrzyk: "SURSUM CORDA! W GÓRĘ SERCA!" Gabinet zabiegowy, stół, golenie głowy. Moim oczom ukazuje się głęboka rana. Pacjent się rozkręca. Pacjent: DOBRZE ŻE ŻYJĘ TO SIĘ JESZCZE NAPIJĘ! KOLEGÓW MAM WIELU WIĘC NIE WSTĄPIĘ DO PZPR-u! Szacuneczek Panowie! SURSUM CORDA! Sięgam po szew 2.0... P: SURSUM CORDA! Wyciskam skrzepy z rany, przemywam... P: SURSUM CORDA! WIERZĘ W BOGA, NIE STRASZNA MI ŻADNA TRWOGA! Szyję... P: SURSUM CORDA! Szyję... P: W GÓRĘ SERCA! Ja: Jak się zaraz nie uspokoisz to zaraz będzie trwoga! P: Szacuneczek Panie Dyrektorze! SURSUM CORDA! Ja szanuję wszystkich, nikomu nie wadzę! Ja: Ucisz się! Jest 2 w nocy. I nie ruszaj głową! Opatrunek, anatoksyna, skierowanie na tomografię. "Może w oczekiwaniu na wynik będę miał chwilę spokoju... Chociaż pół godziny, jutro na kolejny dyżur." - nadzieja kołacze się po głowie Niemal jednocześnie podjeżdżają trzy karetki. Obrzęk płuc, ból w klatce piersiowej, chłopak pocięty nożem w jakiś dyskotekowych porachunkach. "To będzie upojna noc" - nadzieja umiera. A potem upojny dzień...
  3. Idąc na świąteczny dyżur nigdy nie wiadomo, czy czeka nas zupełna cisza i spokój, czy wręcz odwrotnie - totalny sajgon. Ja nigdy nie staram się jakoś specjalnie nastawiać, raczej po prostu otwarta jestem na wszelkie ewentualności. Chociaż wiadomo, że wolałabym mieć jak najmniej pracy w święta. Zmieniamy się około 8.15-8.30. Zaraz potem zaczynam na oddziale wizytę. Pacjentów, jak na święta, mam sporo - koło dwudziestu osób na moim skrzydle. Jak zaczynałam tu pracować bywały święta, na które zostawało dosłownie kilku pacjentów. Od jakiegoś czasu to się zupełnie zmieniło - przez większość dni w roku oddział pęka w szwach, przed dyżurem na całym piętrze bywa, że mamy 1-2 wolne łóżka. Wizyta zajmuje mi dziś jakieś 2 godziny. W „normalny” weekend różnie, czasem nawet do czterech, zależy, ile ciężkich stanów mam na oddziale. Dziś właściwie mam tylko jedną pacjentkę, którą muszę intensywnie się zająć - przyjęta dwa dni temu z niedokrwistością ze stacji dializ. W gastroskopii wykonanej w piątek - duża ilość krwi w żołądku, bez widocznego miejsca krwawienia. Pacjentka na szczęście od przyjęcia stabilna krążeniowo-oddechowo, dostała przy przyjęciu krew i osocze, dziś kolejny spadek parametrów morfologii, zamawiam więc kolejne jednostki krwi i osocza, proszę o konsultację chirurga, przenoszę pacjentkę na salę monitorowaną. Z jednej strony trochę na wszelki wypadek, z drugiej - pacjentka od rana jest w bardzo słabym kontakcie, podsypiająca, a znajdujemy w jej szafce klonazepam, którego jak się chwilę później okazuje, zjadła na noc trzy tabletki, bo nie mogła zasnąć. Jeśli chodzi o krwawienie z przewodu pokarmowego, pacjentka nie ma wymiotów, ani biegunki, chirurg poleca obserwować, toczyć i wykonać kontrolną gastroskopię w razie pogorszenia lub planowo we wtorek. Do końca dyżuru pacjentka stabilna, nawet trochę się obudziła. Krótka przerwa na świąteczny obiad i ciasto. Mała herbatka. Otwieram okno - na dworze przepiękna wiosenna pogoda, zawieszam się na chwilę na widoku gór w promieniach słońca. Pocieszam się jedynie wskazaniami aplikacji smogowej - dziś w kotlinie normy zdecydowanie są przekroczone. Teraz rodziny pacjentów zaczynają dbać o moje zdrowie - odciągają mnie od okna, dowiadując się o stan zdrowia swoich bliskich. Pomimo, iż ordynator już jakiś czas temu na każdej dyżurce wywiesił ogłoszenie o udzielaniu informacji o stanie pacjentów w dni powszednie po godzinie 12, a na dyżurze wyłącznie na temat pacjentów nowo przyjętych, nikt zdaje się nie czytać powyższej kartki. Można by rzec, że walą drzwiami i oknami, każdy zadając tysiące pytań. Udzielam i udzielam tych informacji, aż herbata zdążyła mi już wystygnąć Czas na konsultacje. Ja na dyżurze konsultuję jedną z chirurgii, laryngologię, i przede wszystkim ortopedię. Dziś właśnie tam wzywają mnie do dwóch urazowych pacjentów. Jeden, poza stwierdzoną kilka lat temu marskością wątroby, nie choruje na nic przewlekle, leków na stałe nie przyjmuje, w badaniach laboratoryjnych bez odchyleń, EKG i ciśnienie w porządku, w badaniu bez odchyleń. Wpisuję konsultację, nie mam zastrzeżeń, reszta już w rękach anestezjologa i ortopedy. Drugi to starszy pan, przed 90-tką, po dwóch zawałach, z małopłytkowością 50 tys, z wydłużonym APTT i INR, przywieziony kilka minut temu z SOR-u po urazie biodra. Wpisując konsultację, pytam kolegę ortopedę, czy jest pewny, że chce pana operować, czy widział wyniki, które pojawiły się chwilę wcześniej. Zdziwiony sprawdza przy mnie i stwierdza, że jednak zoperuje dziś tylko tego pierwszego. Szkoda, że nie sprawdził ich zanim zlecił mi tę konsultację. Ale w tym dyżurowym pędzie każdemu zdarza się zupełnie nieumyślnie zlecić innym dodatkową pracę. W końcu mnie żadna wielka krzywda się nie stała, a pacjentowi tym bardziej - został zbadany przez jednego doktora więcej W międzyczasie szuka mnie już SOR. Świąteczny standard - można by rzec - alkoholowa choroba wątroby zdekompensowana: żółtaczka, wodobrzusze, obrzęki, do tego niedokrwistość. Przyjmuję pacjenta, badam, zlecam badania, leki, robię usg brzucha, żeby sprawdzić, czy oprócz wodobrzusza jest coś jeszcze niepokojącego - na szczęście nie. Zamawiam krew i zabieram się do wypełniania tony dokumentacji. Ledwie uporałam się z tym przyjęciem - kolejny telefon z SOR-u. Jest koło godziny 20-21. Pacjent przywieziony rano wychłodzony, bezdomny, pod wpływem alkoholu. Po ogrzaniu pacjenta okazało się, że gorączkujący, z podwyższonymi parametrami zapalnymi, na nogach kikuty po amputacjach palców obu stóp - rok temu po ich odmrożeniu. Pytam o stan kikutów, lekarz SOR-u informuje mnie o zagojonych ranach. Późna pora, albo świąteczny czas zmniejszają moją czujność. Powinnam zejść i sprawdzić nogi, czy aby na pewno pacjent nie powinien trafić na chirurgię. Ale decyduję o przyjęciu pacjenta na oddział. Na oddziale pielęgniarki odwijają opatrunki na nogach, na jednej sucha martwica, na drugiej ropna wydzielina. W dużym skrócie pacjent wyglądający i pachnący jak bezdomny. Mówi, że mieszka w altance. Rozmawiam, badam, znajduję na plecach rozległe blizny po oparzeniach, pacjent przyznaje, że to po pożarze kilkanaście lat temu. Na nic się nie skarży, jest grzeczny. Wracam do dyżurki, zaczynam wypełniać dokumenty, zlecać badania, leczenie, konsultację chirurga, posiew z rany, zajmuje mi to jakieś 20-30 minut. Kiedy już prawie kończę dzwoni telefon. Pielęgniarki wzywają mnie do pacjenta. Chce się wypisać na własne żądanie. Na sali pacjent już ubrany, kończy ubierać z trudem buty na kikuty stóp. Zaczynamy rozmawiać. Pacjent mówi cicho, spokojnie, trochę zrezygnowany, ale jednak chyba pogodzony. Opowiada swoją historię. O uzależnieniu, które będzie już z nim na zawsze, którego tyle razy chciał się pozbyć, o wielu odwykach, na których był, po których i tak wrócił do picia, o jedynej rzeczy, która mu w życiu wychodzi, czyli właśnie o piciu. O matce, którą czasem odwiedza, której jednak nie pozwala dawać pieniędzy, bo i tak je przepije, o ojcu, który umarł na wątrobę w szpitalu. O strachu przed szpitalem, przed śmiercią w szpitalu, o decyzji o ewentualnej śmierci na własnych zasadach. O braku wiary w lepsze jutro, o braku wiary w cokolwiek dobrego, co mogłoby mu się jeszcze przytrafić, o zniszczeniu własnego życia, o wierze tylko w Boga, który od pijaków odwraca oczy. O tym, że tyle lat daje sobie radę, więc i teraz jakoś to będzie. Za pomoc dziękuje, ale wychodzi. Podpisuje odpowiedni dokument. I wychodzi. Ta rozmowa na długo pozostanie we mnie…
  4. I jak tu nie burknąć?

    Jakkolwiek jest to kolejny wpis na blogu, bardziej chciałem zachęcić Was do dyskusji. Chciałem poruszyć temat zmęczenia na dyżurze a podejściem do pacjenta. Jak Wy sobie radzicie, przyjmując 10 czy 15 godzinę w izbie przyjęć, gdy sen Was już zmaga, a za drzwiami czekają kolejny pacjenci? Do tego z niekoniecznie zawsze wymagającymi interwencji problemami - delikatnie mówiąc a żadnym potrzebom nie umniejszając Czy udaje się Wam zawsze zachować spokój i opanowanie? Macie jakieś "mechanizmy obronne" czy sposoby? Np. jesteście po prostu mniej wylewni, ograniczacie rozmowę do minimum, a może prosicie o wyrozumienie?