LIBERMED - Książki medyczne i weterynaryjne wszystkich wydawców w jednym miejscu

Przeszukaj forum

Showing results for tags 'lekarka'.



More search options

  • Search By Tags

    Wpisz tagi, oddzielając przecinkami.
  • Search By Author

Typ zawartości


Forum

  • MedFor.me
    • Dyskusja ogólna
    • Specjalizacja: Jaką wybierzesz?
    • Niezbędnik medyka (książki, konferencje, kursy, praktyki, oferty pracy)
    • Naukowo
    • Idę na medycynę
    • Fora lokalne
  • IZBA LEKARSKA
    • Medycyna Ogólna
    • Egzaminy
    • !!! Nowoczesna medycyna
    • Miejsca stażowe i specjalizacyjne
    • Wieści zza granicy
  • PO GODZINACH
    • Na każdy temat
    • MedHumor
    • Fora prywatne
    • MedFor.me - sprawy forum
  • CLUSTERS
    • News
    • Polinnovation
    • Clusters

Kategorie

  • News
  • Opinie i komentarze
  • Ze świata nauki
  • Wywiady
  • Reportaż
  • MED-Memories
  • Weekend For.me
  • Patronaty

Blogi

  • Oficjalny blog MedFor.me
  • Medicus Sapiens Semper Digitum in Ano Tenet
  • Naczelny Lekarz Trąbkowaty
  • Visca El Barça
  • Meoblog
  • Medycyna jest ciekawa
  • Ania18101Blog
  • Zabiegowcy
  • blogs_blog_11
  • blogs_blog_12
  • Dzienniczek przyszłego doktora.
  • Ratuj-z-nami
  • KotBlog
  • JMBlog
  • Breakfast at Tiffany's.
  • DanioJanioBlog
  • NarzedziaLekarza
  • see
  • aniamos - blog
  • vipomaBlog
  • Kawa
  • przyczynaBlog
  • Wino i Medycyna - In vino sanitas

Kategorie

  • Choroby wewnętrzne
  • Chirurgia
  • Pediatria
  • Ginekologia i położnictwo
  • Łacina
  • Inne
  • Redakcyjne

Kalendarze

  • Patronaty MedFor.me

Znaleziono 8 wyników

  1. Wróciłam właśnie z VI Zjazdu Polskiego Towarzystwa Badań nad Otyłością, gdzie przez prawie trzy dni szerokie grono specjalistów zarówno medycyny zachowawczej (czyli różnych specjalizacji wywodzących się z interny: diabetologii, kardiologii, hipertensjologii, geriatrii, endokrynologii, ale też psychologowie, psychiatrzy), jak i zabiegowcy - chirurdzy bariatrzy i ginekolodzy dyskutowali o coraz poważniejszym problemie, jakim jest nadmierna masa ciała w społeczeństwie. Trudno byłoby zawrzeć wszystkie ciekawe wnioski i spostrzeżenia w jednym artykule, dlatego postanowiłam rozpocząć mały cykl tekstów o nadwadze i otyłości. Dziś zacznę od przyczyn i przerażających badań statystycznych o rozpowszechnieniu problemu w populacji polskiej. Według pierwszych danych z badania WOBASZ II (Wieloośrodkowego Ogólnopolskiego Badania Stanu Zdrowia Ludności, przeprowadzonego w latach 2013-2016) w Polsce tylko 32% mężczyzn i 45% kobiet w wieku 20 lat i więcej ma prawidłową masę ciała. O prawidłowej masie ciała mówimy oczywiście obliczając BMI pacjenta - norma to zakres 18,5-25. O osobach z BMI poniżej 18,5 mówimy jako o niedożywionych, a jeśli chodzi o wartości powyżej normy tutaj sytuacja jest nieco bardziej skomplikowana: 25,0–29,99 – nadwaga 30,0–34,99 – I stopień otyłości 35,0–39,99 – II stopień otyłości > 40,0 – III stopień otyłości (otyłość skrajna) Oczywiście poza BMI pacjenta bierzemy pod uwagę także obwód talii (maksymalny prawidłowy u kobiet to 80 cm, u mężczyzn 94 cm) oraz wskaźnik WHR (Waist-to-Hip Ratio), inaczej „talia-biodro” - graniczne wartości referencyjne dla mężczyzn to 1, dla kobiet natomiast 0,8. Jeśli chodzi o przyczyny tu sprawa zaczyna się komplikować. Podstawową rzeczą jest oczywiście nadmierna podaż energii z pożywienia oraz brak ruchu. Ale niestety sytuacja nie jest tak prosta jak mogłoby się wydawać. Okazuje się, że przyczyn według różnego rodzaju badań naukowych jest dużo więcej. Pamiętamy oczywiście o zaburzeniach hormonalnych i każdego pacjenta z nadmierną masą ciała powinniśmy „sprawdzić” pod tym kątem. Ale co z pacjentami, u których „hormonalną” przyczynę wykluczyliśmy? Po pierwsze, jak zawsze - genetyka. Wyizolowano gen otyłości - tzw. gen FTO (fat mass and obesity associated gene), którego polimorfizmy mają wpływ na naszą masę ciała. Gen FTO jest zlokalizowany na chromosomie 16 (16q12.2). Nie poznano jednak całkowicie mechanizmu działania genu FTO w regulacji gospodarki energetycznej. Wiadomo, że gen ten koduje demetylazę 2-oxoglutaranową, zależną od DNA - enzym obecny w wielu tkankach, szczególnie w podwzgórzu, ośrodku kontrolują- cym łaknienie i wydatkowanie energii. Ekspresja tego genu jest hamowana przez pośrednie metabolity cyklu Krebsa, w szczególności fumaran. Uważa się, że wariant genu FTO predysponującego do otyłości może odgrywać rolę raczej w kontroli przyjmowania pokarmu i rodzaju preferencji żywieniowych, w mniejszym stopniu w regulacji wydatkowania energii. Ponadto uważa się, że nosicielstwo niektórych alleli sprzyja pewnemu zwiększonemu ryzyku zachorowania, choć nie jest to czynnik decydujący, gdyż dominującą rolę odgrywają jednak czynniki środowiskowe. Jeśli chodzi o połączenie czynników środowiskowych i genetyki, a dokładnie diety i genów, tutaj pojawiają się nutrigenetyka i nutrigenomika, czyli dziedziny badające zależność między genomem a składnikami odżywczymi diety. Nutrigenomika określa wpływ składników odżywczych diety na ekspresję genów, a także opisuje oddziaływanie poszczególnych składników na przemiany metaboliczne i homeostazę organizmu (np. związek między składnikami diety a chorobami nowotworowymi). Natomiast uwarunkowanymi genetycznie różnicami w odpowiedzi metabolicznej na poszczególne składniki diety zajmuje się nutrigenetyka. I tu dochodzimy do dietetyki przyszłości, czyli stosowania diety zależnej od DNA. Badanie genetyczne określa np. predyspozycje pacjenta do hiperglikemii oraz hipercholesterolemii, a także do rozwoju tkanki tłuszczowej trzewnej i zespołu metabolicznego. Raport omawiający wynik uwzględnia również informację dotyczącą metabolizowania węglowodanów, białek, tłuszczów, witamin: D, E, A, C, B6, B12, homocysteiny, kwasu foliowego, analizuje reakcję organizmu na ograniczenia kaloryczne oraz potencjał detoksykacyjny i antyoksydacyjny. Dzięki temu możemy łatwo dobrać pacjentowi dietę pod kątem jego możliwości metabolizmu białek, węglowodanów, tłuszczów i związku z tym ich zawartości procentowej w diecie. Z drugiej strony mówi się też o przyczynach pochodzenia „mózgowego” – badania mówią o znacznym wpływie czynników psychologicznych, neurohormonalnych na nadmierną masę ciała. Zacznijmy od tego, że jedzenie w dzisiejszych czasach nie zaspokaja tylko naszych potrzeb fizjologicznych (głód), ale też zaspokaja potrzeby psychiczne jednostki, jak pragnienie miłości, bezpieczeństwa, aprobaty, pomaga w radzeniu sobie ze stresem, odczuwanym żalem i złością, służy też do wyrażania sympatii, szacunku, miłości. Jedzenie jest więc złożoną czynnością psychologiczną i społeczną. Ale przejdźmy do konkretów na poziomie ośrodkowego układu nerwowego. Podwzgórze jest częścią mózgu, która kieruje podstawowymi funkcjami biologicznymi, kontroluje procesy odpowiedzialne za regulację uczucia głodu i sytości. Regulacja ta oparta jest na sieci wzajemnych powiązań: układu hormonalnego (insulina, hormony płciowe, glikokortykosterydy, glukagon i in.), substancji regulacyjnych (leptyny, neuropeptyd Y, endorfiny, galanina), enzymów, oraz neuroprzekaźników (serotonina, dopamina, noradrenalina). Jakiekolwiek zaburzenia powstałe na każdym z tych etapów mogą prowadzić do zaburzeń odżywiania. Biologia tłumaczy również mechanizm wpływu jedzenia na samopoczucie człowieka. Dostarczenie organizmowi pokarmu, szczególnie słodkiego związane jest ze zwiększonym wydzielaniem endorfin, co z kolei działa na człowieka uspokajająco. Serotonina i endorfiny, modyfikujące apetyt, mają ścisły związek z nałogowym jedzeniem. Endorfiny obniżają też poziom niepokoju i poprawiają samopoczucie. Ponadto badania wykazały również, że mózgi osób otyłych, podobnie jak mózgi osób uzależnionych, mają mniejszą gęstość tzw. receptorów dopaminowych typu 2, związanych z układem nagrody. Prawdopodobnie jest to reakcja, mająca osłabić efekt częstych wyrzutów dopaminy, które są skutkiem częstego przyjmowania narkotyku lub pożywienia. Nadmierne łaknienie (binge-eating) - żarłoczność, obżarstwo, jako zaburzenie charakteryzuje się (podobnie jak bulimia) gwałtownym pochłanianiem pożywienia, jednak napadom nadmiernego łaknienia nie towarzyszą wymioty, ani inne formy przeczyszczania organizmu. Zaburzenia tego typu stwierdza się u 30% otyłych podejmujących leczenie. Badania pokazują stosunkowo silne korelacje pomiędzy psychopatologią związaną z odżywianiem, otyłością i agresją. Objadane się jest też związane z wysokim poziomem lęku oraz z niską samooceną i oceną własnego ciała. Ponadto wpływ na masę ciała mają także nawyki żywieniowe, wyniesione z rodzinnego domu oraz sytuacje, w których jemy. Okazuje się bowiem, że najwięcej jemy „nieświadomie”, czyli wykonując inną czynność, najczęściej oglądając telewizję czy prowadząc samochód, a także podczas spotkań towarzyskich połączonych z piciem alkoholu. W kolejnym „odcinku” parę słów o badaniach na temat wpływu naszej jelitowej flory bakteryjnej na otyłość, czyli jak z myszy chudej po przeszczepieniu kału ze „złą” florą zrobiono mysz grubą Piśmiennictwo: Edyta Adamska, Lucyna Ostrowska, Nutrigenetyka i nutrigenomika a leczenie otyłości i chorób towarzyszących, Forum Zaburzeń Metabolicznych 2010;1(3):156-167. Katarzyna Kolackov, Łukasz Łaczmański, Grażyna Bednarek-Tupikowska: Wpływ polimorfizmów genu FTO na ryzyko otyłości, Via Medica Endokrynologia MARTA MAKARA-STUDZIŃSKA , ALINA BUCZYJAN , JUSTYNA MORYLOWSKA, Jedzenie - przyjaciel i wróg. Korelaty psychologiczne otyłości. Przegląd piśmiennictwa, Zdr Publ 2007;117(3):392-396 Agata Juruć, Paweł Bogdański, Osobowość w rozmiarze XXL. Psychologiczne czynniki ryzyka otyłości, WYBRANE PROBLEMY KLINICZNE Via Medica
  2. Dziś parę słów o kulisach robienia specjalizacji. Zacznijmy od teorii - specjalizację z chorób wewnętrznych, w obecnym modułowym systemie, robi się 5 lat - trzy lata moduł podstawowy i 2 lata moduł tzw. specjalistyczny. Ja w listopadzie kończę moduł podstawowy, zakończony egzaminem u kierownika specjalizacji. To tyle w teorii. W praktyce większość specjalizantów żadnego egzaminu pewnie nie zobaczy, poza oczywiście egzaminem na koniec specjalizacji, przerażającym chyba wszystkich, PES-em - państwowym egzaminem specjalizacyjnym. Ale do egzaminu mam jeszcze 3 lata... Szkolenie specjalizacyjne, jak to się ładnie nazywa, polega na pracy na własnym, macierzystym oddziale oraz odbywaniu obowiązkowych kursów i staży. W moim przypadku w module podstawowym jest to dokładnie po 1,5 roku, czyli mówiąc wprost połowę czasu spędzam na swoim oddziale, a resztę poza. I tu zaczyna się temat turystyki specjalizacyjnej. Ale o tym za chwilę. Jednym z absurdów są praktycznie te same staże w module podstawowym, jak i specjalistycznym, różnią się tylko długością. Chyba, żebym w odstępie kilku lat odwiedziła te same miejsca i utrwaliła wiadomości... Jeśli chodzi o kursy, w większości odbywają się one tylko w ośrodkach akademickich, do których niestety moja "prowincja" się nie zalicza. Tak więc w ciągu modułu podstawowego odbyłam jakieś 10 kursów, liczących od 2-3 do 14 dni. Wszystkie wyjazdy muszę oczywiście finansować z własnej kieszeni, mój szpital mocno broni się przed wypłacaniem nam delegacji. Ostatnio szpitalny radca prawny wydał opinię, w której obowiązkowy kurs nie jest delegacją, ponieważ nie spełnia wszystkich kryteriów delegacji, czyli "polecenie pracodawcy, zadanie o charakterze incydentalnym, sporadycznym i wyjazd poza miejscowość, w której znajduje się siedziba pracodawcy lub poza stałe miejsce pracy". Ale to już temat do osobnego artykułu... To samo tyczy się obowiązkowych staży, które odbywamy na specjalistycznych oddziałach lub w klinikach akademickich. I tutaj niestety też większość znajduje się poza moją "prowincją". Staże trwają od 3 do 16 tygodni. Moje wyjazdowe trwają na szczęście maksymalnie 6 tygodni. Wszystkie powyższe problemy wyjazdowe nie dotyczą oczywiście osób, które zostały w dużych akademickich ośrodkach, oni wszystko mają na miejscu, nie muszą wydawać dodatkowych pieniędzy na wyjazdy, noclegi, wyżywienie... Ja jednak postanowiłam połączyć robienie specjalizacji z moją największą pasją, czyli podróżami. Na kursy (bo w module podstawowym zrobiłam już wszystkie) wybierałam najdalej położone na liście ośrodki. Dzięki temu zwiedziłam Białystok i Podlasie, a nawet Wilno i Troki (robiłam tam kurs ze zdrowia publicznego), Lublin, Kazimierz Dolny nad Wisłą, Zamość, Sandomierz (ratownictwo medyczne), Bielsko-Białą, Żywiec, Wisłę, Cieszyn (onkologia), a także Kraków i Warszawę. Jeśli chodzi o staże - hematologię robiłam w Olsztynie, teraz na reumatologię jadę do Sopotu, pozostałe niestety z powodu redukcji kosztów robiłam we Wrocławiu - tam zawsze któreś z przyjaciół ze studiów przygarnie mnie pod swój dach i tak pomieszkuję po ludziach robiąc specjalizację... Temat bliski memu sercu, bo właśnie wróciłam z sześciotygodniowego stażu w jednej z klinik wrocławskich. Jak to zwykle ze stażami bywa, ludzie sympatyczni, ale żeby człowiek wrócił stamtąd nie wiadomo jak wyedukowany to nie powiem.. Według mojej obserwacji staże powinny trwać maksymalnie 2-3 tygodnie, ale powinny być intensywne. Ale żeby tak było lekarz prowadzący takiego specjalizanta nie może mieć "tony" pacjentów z toną dokumentacji do zrobienia, bo wtedy jak zawsze praca kończy się na pomaganiu starszemu w ogarnianiu dokumentacji, bo na to jak wiadomo współczesny lekarz musi poświęcić 90% swojego czasu pracy... Ostatni staż różnił się tylko tym od pozostałych, że tam komputeryzacja jeszcze nie za bardzo dotarła i moje zadania polegały m.in na wypisywaniu pacjentom skierowań na wszystkie możliwe badania ręcznie (na każdym oczywiście muszą być imię, nazwisko, pesel, adres, rozpoznanie, kod ICD-10, data, miejsce wystawienia, no i rodzaj badania). Kolejnym moim bardzo ciekawym zadaniem było przepisywanie wyników badań pacjentów z kartki z laboratorium do pliku w wordzie, gdzie powstawał wypis pacjenta. Tak, wszystkich wyników badań laboratoryjnych! Takie rzeczy tylko w klinice Nie żebym miała to za złe mojemu opiekunowi, który jest przesympatycznym i, co najważniejsze, mega mądrym lekarzem, od którego i tak nauczyłam się chyba najwięcej ze wszystkich staży. Ale piszę to, żeby pokazać absurdy polskiej medycyny. Podobno medycyny XXI wieku... Tutaj pozostawię miejsce na wasze wnioski i przemyślenia. Pozdrowienia ze świątecznego dyżuru.
  3. Środa. Godzina 20.20 - wreszcie chwila ciszy i spokoju, można zjeść kolację, właściwie obiado-kolację. Wcześniej dzień pełen wrażeń... Poranek jak zwykle - godzinna odprawa z ordynatorem, całą lekarską ekipą, oddziałową i rehabilitantem. Po omówieniu przyjęć dyżurowych, następnie wszystkich około siedemdziesięciu pacjentów, których mamy na oddziale, wspólnych konsultacjach, podjętych decyzjach - zabieramy się do "roboty". Dziś na moim skrzydle (gdzie leży aktualnie 28 pacjentów) jest trzech lekarzy (koleżance rozchorowała się opiekunka do dziecka i musiała zostać w domu). Ja prowadzę dziś w związku z tym dziesięciu pacjentów - ośmiu "swoich" i dwóch koleżanki. Zaczynam jak zawsze od sprawdzenia wyników, przedłużenia zleceń, potem szybkie wypisy - dziś wypisuję trzy osoby: 40-letniego anorektyka po leczeniu onkologicznym kilka lat temu, którego wczoraj konsultował psychiatra, a wcześniej nasz specjalista ds. żywienia, obecnie bez większych zaburzeń w badaniach laboratoryjnych, wskazane dalsze leczenie psychiatryczne, 86-letnią "babciunię" z rozsianym rakiem pęcherzyka żółciowego z przerzutami do wątroby, nie zakwalifikowaną do żadnego leczenia, wypisaną pod opiekę troskliwej rodziny i 60-letnią pacjentkę przyjętą do diagnostyki niedokrwistości, po wykonanych badaniach endoskopowych, z nadżerkowym zapaleniem żołądka i jak się okazało po konsultacji psychologicznej z ponad stutysięcznym zadłużeniem, na wielu chwilówkach i innych kredytach, które bierze, by móc robić niekończące się zakupy, z podejrzeniem zakupoholizmu, wysłana do dalszego leczenia psychiatrycznego ambulatoryjnie... Poza tym robię dziś wizytę u (1) starszego pacjenta, przyjętego po raz kolejny z powodu dekompensacji niewydolności krążenia... Godzina 21.40 - telefon z SORu. Poleciałam na dół zobaczyć wypisanego dziś od nas z oddziału pacjenta, przed 90-tką, przywiezionego z powodu zaburzeń kontaktu. Dziś rano, wychodząc, był jeszcze w kontakcie. Teraz nie odpowiada na żadne pytania, przyjęty do SOR z podejrzeniem udaru. Przy okazji dowiedziałam się o przyjęciu planowanym na późne godziny nocne: 40-letni pacjent z kreatyniną 10, na razie w trakcie diagnostyki i przed ostrą dializą. Po drodze wracając sprawdziłam na oddziale wieczorne "cukry", czyli glikemie pacjentów. Ale wracając do mojego poranka... (2) Pacjent przyjęty jakieś dwa tygodnie temu w stanie przedśpiączkowym - z glikemią ponad 1500, dziś kończy diagnostykę, jutro wychodzi do domu, (3) 90-letni pacjent z tysiącem chorób przyjęty do diagnostyki niedokrwistości, w GFS zapalenie żołądka i dwunastnicy z niszą wrzodową, (4) 89-letnia pacjentka przyjęta kilka dni temu z infekcją, hipotensją, dziś już rehabilitowana, (5) 60-letnia pacjentka do diagnostyki zaparć i krwawienia z dolnego odcinka przewodu pokarmowego, dziś miała badania endoskopowe, (6 i 7) dwójka pacjentów koleżanki - jeden rehabilitowany pod udarze, którego dostał na naszym oddziale (mimo profilaktyki przeciwzakrzepowej) i pacjentka przekazana z OAiIT okolicznego szpitala, również do rehabilitacji. Nie, nie jesteśmy oddziałem rehabilitacyjnym tylko interną. Do tego jeszcze przyjęcie - nasz stały bywalec - alkoholowe uszkodzenie wątroby, z żylakami przełyku, zapaleniem żołądka i zmianami angiodysplastycznymi w jelicie grubym, po raz kolejny z powodu anemizacji. Godzina 12. Wracam z wizyty, uzupełniam papiery, ogarniam przyjęcie. W międzyczasie psuje się niszczarka do dokumentów. Dzwonię do informatyków z zapytaniem, czy przypadkiem nie naprawiają niszczarek. "Przemiły" informatyk odpowiada mi, że oczywiście nie i dlaczego wydaje mi się, że niszczarka to sprzęt informatyczny?! I teraz cytat : "To tak jakby pani zadzwoniła do kuchni i zapytała, czy tam nie naprawiają, bo niszczarka jest podobna do maszynki do mielenia mięsa". Rzucam słuchawką. Proszę o połączenie z działem technicznym. Odbiera kolejny, nieco milszy pan, który informuje mnie, że oni zajmują się naprawą sprzętu medycznego, a nie niszczarek i mam dzwonić do konserwatorów. Dzwonię, tam ubawiony całą sytuacją pan mówi, że on się zajmuje, ale konserwacją zabytków (mówię, że niszczarka nie jest zbyt nowa, więc może by się zajął?), odpowiada mi na to, że może się co najwyżej zająć zrzuceniem jej przez okno z pierwszego piętra... Odpowiadam, że jestem na czwartym i jakby co z tym dam sobie radę sama. Rozłączam się. Mój "dobry humor" osiągnął apogeum. Dzwonię do sekretariatu dyrektora z zapytaniem, co mam zrobić w tej sytuacji (nie omieszkałam przytoczyć wszystkich powyższych cytatów). Pani Ela poleca napisanie odpowiedniego pisma z zapytaniem do dyrektora o to, kto naprawia w tym szpitalu niszczarki, a oni się ustosunkują. A najlepiej iść do oddziałowej. Idę, nakreślam po raz kolejny problem. Oddziałowa bierze niszczarkę pod pachę, idzie do działu technicznego, skąd odsyłają ją z kwitkiem do informatyków, a tam dowiaduje się, że ewentualnie jutro będzie ktoś kto może się na tym zna. Nie wiem, czy w czeskim filmie dzieją się takie rzeczy. Przez następne godziny ogarniam kolejne papiery. Potem jeszcze jakieś USG do zrobienia, konsultacje, rozmowy z rodzinami. Schodzi do późnych godzin popołudniowych, kiedy to zaczynają się kolejne wezwania na SOR. I tak całe popołudnie. Wpis kończę na kolejnym dyżurze, bo po 22 znów zaczął się "sajgon". Przyjęcia robiłam do 1 w nocy, jeden to pacjent po ostrej dializie wspomniany wcześniej, a drugi to przyjęty w stanie bardzo ciężkim mężczyzna z rozsianym rakiem pęcherza moczowego, odwodniony, wyniszczony, z infekcją. Obraz, który na długo pozostaje, szczególnie, że pacjent ma niewiele ponad 50 lat. Zasypiam ledwie żywa o 3.30. Spokój do 6, kiedy zaczynają się pierwsze telefony z oddziału. A dziś pozdrawiam Was serdecznie z niedzielnego dyżuru, nieco spokojniejszego
  4. Interna - królowa medycyny… Czy aby na pewno? Zaczynając przygodę z interną na studiach najpierw uczymy się badać pacjentów, potem poznajemy „małego” i „dużego” Szczeklika, czyli „biblię internistów”, uczymy się różnych chorób, przechodząc przez różne działy interny czyli różne specjalizacje szczegółowe, na których oglądamy pacjentów z danymi jednostkami chorobowymi . Jedni wolą gastroenterologię, inni kardiologię, a jeszcze inni panicznie boją się profesora ścigającego za zbyt krótkie rękawy fartuchów albo niedopięty fartuch u studentów. Każdy ma jakieś lepsze czy gorsze wspomnienia z 4 i 5 roku studiów, czyli czasu interny. A potem przychodzi czas wyboru specjalizacji. W związku z wprowadzeniem systemu modułowego kształcenia większość wybiera od razu specjalizację szczegółową, trochę według mnie zamykając się od razu w danej wąskiej dziedzinie, zapominając o pięknie interny jako całości. Ale wynika też to po części z tego, że większość lekarzy kończąc studia zostaje w dużych ośrodkach akademickich, gdzie prawdziwej interny szukać można ze świeczką - gdzie się nie rozejrzeć tylko wysoko specjalistyczne oddziały, kliniki. Dopiero wyjeżdżając na przysłowiową prowincję mamy według mnie szansę zobaczyć internę w całej okazałości. I co widzimy? Cały przekrój pacjentów - m.in. wszystkich tych, których nie chcą specjalistyczne oddziały. Mamy zapalenia płuc, bo na pulmonologii ciągle brakuje miejsc, mamy zdekompensowane niewydolności krążenia, których nie chce kardiologia, mamy diagnostykę stanów podejrzanych o nowotwory i rozsiane nowotwory, którym pomagamy odejść, bo w hospicjum dyrektor zmniejszył liczbę miejsc o połowę, mamy starszych pacjentów, których nie chcą rodzinny albo którzy nie mają rodziny, odleżyny, których nie chce chirurgia, do tego rozchwiane nadciśnienie tętnicze, cukrzyca, diagnostykę bólu brzucha, spadku masy ciała, niedokrwistości, gorączek, zawrotów głowy, omdleń, plus wiele wiele innych… Jednym słowem prawie wszystko, co w medycynie jesteśmy w stanie sobie wyobrazić. Ma to swoje plusy i minusy. Zasadniczym plusem jest nauka praktycznie całej interny, nabranie doświadczenia, bo edukacja to nie tylko książki, ale też pacjent, z konkretnymi problemami, dolegliwościami, a do tego starsi koledzy, którzy w każdej chwili służą nam pomocą, kiedy pojawia się jakieś nowe „wyzwanie”. Ale to też przeciążenie pracą, bo jak pisałam wcześniej mało kto wybiera specjalizację z interny na prowincji. Kończy się to prawie ciągłym obłożeniem 90-100% łóżek, przy prawie zawsze niepełnym składzie lekarskim - zawsze ktoś jest na stażu do specjalizacji, na urlopie, zwolnieniu. A przeciążenie pracą to też przeciążenie stresem, bo prowadzenie kilku-kilkunastu pacjentów w ciężkich stanach to poważne obciążenie, szczególnie dla młodego lekarza w tracie specjalizacji. Do tego dochodzą jeszcze ciężkie dyżury, których mamy minimum 5-6 w miesiącu, co daje zwykle około 250 godzin pracy w miesiącu. Nie mówiąc o pracach dodatkowych. Dlaczego jednak ludzie wybierają internę? Według mnie lekarze wybierający specjalizację dzielą się na dwa podstawowe typy - zabiegowców i teoretyków (czyli interna, neurologia, medycyna rodzinna, psychiatria). Zabiegowcy to typ człowieka z układem nagrody natychmiastowej: wykonuje jakiś zabieg, od razu widzi efekt - nagroda pojawia się natychmiast w postaci dobrze wykonanej pracy. Teoretycy, głównie właśnie interniści, to typ nagrody odroczonej - włączają różne leki, i czekają aż zaczną one działać, efekt nie pojawia się natychmiast (poza oczywiście ciężkimi stanami, ale efekt ten zwykle jest krótkotrwały, więc i tak potrzebne jest nasze długofalowe działanie). Wiąże się to też od razu z naszym największym problemem i powodem frustracji. U zabiegowców większość efektu końcowego zależy od nich samych, w naszych działaniach, szczególnie tych poszpitalnych, wszystko zależy od pracy samego pacjenta, czyli mojego ulubionego określenia „compliance” tłumaczonego jako przestrzeganie zaleceń terapeutycznych. Możemy oczywiście próbować dotrzeć do pacjenta, wytłumaczyć mu wszystkie plusy i minusy, zagrożenia, skutki jego i naszych działań, możemy edukować, przekonywać, a potem i tak wracają do nas ci sami pacjenci, z tymi samymi problemami co ostatnio. Ale jest to też wyzwanie warte podjęcia, próba dotarcia do swoich pacjentów, i radość, kiedy spotyka się ich potem na ulicy czy gdziekolwiek indziej i widzi ich uśmiechy, jako wyraz dobrego samopoczucia. Interna to też taka gałąź medycyny, gdzie w związku z dłuższym przebywaniem pacjentów na oddziale możemy ich lepiej poznać, a przez to móc lepiej im pomóc, bo nie zawsze pierwsza wizyta i pierwszy wywiad przeprowadzony z pacjentem da nam odpowiedź na wszystkie pytania. Interna to też niełatwe zadanie pomocy ludziom w ich ostatnich dniach, godzinach, kiedy już nic nie da się zrobić, a trzeba po prostu być, zwalczyć ból, czy inne niepokojące pacjenta objawy. I chociaż to trudne chwile, dają pewien rodzaj satysfakcji z pomocy. Na koniec jeszcze spojrzenie na internę z perspektywy zwykłego Kowalskiego: - Jaką robisz specjalizację? - Internę. - Eeee….? Czyli jesteś takim zwykłym lekarzem? - Nie, pracuję w szpitalu na Oddziale Chorób Wewnętrznych i zajmuje się większości najcięższymi stanami, no poza zawałami, udarami i operacjami ? - Aha. A kiedy będziesz jakimś specjalistą? -…… Mimo wszystkich minusów, o których wspomniałam, nie zmieniłabym mojej specjalizacji na żadną inną.
  5. Dawno nic nie pisałam, nie dlatego, że przestałam pracować jako prowincjonalna lekarka, ani nie dlatego, że nie miałam ciekawych przypadków, czy ciekawych sytuacji z pacjentami do opisania. Sytuacje i pacjentów, o których mogłabym wam opowiadać mam mnóstwo, codziennie przynajmniej kilka. Wpadłam po prostu w wir pracy, dzień za dniem, dyżur za dyżurem, codziennie ta sama trasa – praca, dom, potem jakieś tam domowe obowiązki, jak każdy z nas, jakaś chwila na własne życie, i znów kolejny dzień. W między czasie jakieś własne rozrywki, wyjazdy, na których ładuję moje lekarskie akumulatory, i znów powrót do pracy, do codziennej harówki, której końca nigdy nie widać. Jak jednego dnia wydaje się, że udało się wyleczyć kilka osób, wypisać do domu, zmniejszyć trochę obłożenie oddziału, to następnego dnia potrafi się nagle przyjąć 10 nowych pacjentów, i znów nie wiadomo w co „włożyć ręce”. I zaczynamy od nowa naszą walkę o zdrowie i życie, jakkolwiek banalnie by to brzmiało. W między czasie pojawiają się nowi ludzie, nowi koledzy, koleżanki, inni odchodzą, a reszta tylko narzeka na nawał pracy, na ilość obowiązków, ale pracuje dalej, najwyżej w największym kryzysie bierze urlop, żeby trochę odsapnąć. Rozrywek dostarczają nam też ciągłe wezwania do prokuratury, rzecznika odpowiedzialności zawodowej. W okresie przedświątecznym wydawałoby się, że w szpitalu też powinno się chociaż trochę czuć tę świąteczną atmosferę. Nie na internie. Mimo, że na środku oddziału, przy ladzie pielęgniarskiej, stoi od tygodnia ubrana pięknie choinka, to pacjenci nadal „walą drzwiami i oknami”, codziennie kilka nowych przyjęć, zarówno tych ostrodyżurowych, jak i planowych. Mało kto z naszych ciężko chorych, leżących, niektórych już umierających pacjentów pamięta, że za parę dni wigilia, chyba najbardziej rodzinne i najważniejsze święto w roku. Ja w tym roku mam dyżur w pierwszy dzień świąt. Czeka mnie doba, mam nadzieję, że dosyć spokojnego dyżuru, chociaż tego nigdy nie można przewidzieć. Szczególnie, że oddział jest prawie pełny pacjentów leżących, w ciężkich stanach, w końcu kogo się da w piątek będziemy starali się wypisać do domów. Ale nie wszystkich będzie można – część jest w za ciężkim stanie, część nie ma rodziny, która mogłaby się nimi zająć. A kolejki w ośrodkach typu ZOL, hospicjum obecnie sięgają kilku miesięcy. I kończy się to tak, że pacjenci, którzy mogli by tam dożyć swoich ostatnich dni, umierają w szpitalu, najczęściej z powodu jednej ze szpitalnych infekcji. Ja obecnie prowadzę dziewięciu pacjentów: 92-letnią pacjentkę z rzekomobłoniastym zapaleniem jelita grubego, bardzo przez tą infekcję osłabioną, ale i z powodu braku opieki (pomaga jej jedynie siostra w podobnym wieku) zniechęconą do życia, jakichkolwiek form ćwiczeń (dziś będzie miała konsultację psychologa), 90-letniego pacjenta z ostrym uszkodzeniem nerek, z powodu braku przez tydzień opieki w domu (żona trafiła do szpitala, pacjent mocno się odwodnił), 91-letnią pacjentkę z głębokim zespołem otępiennym z sepsą, rozległymi odleżynami, przyjętą z domu, z której opieką rodzina nie dawała sobie rady, 92-letniego pacjenta z rakiem prostaty, niedosłyszącego i prawie niewidzącego, przyjętego do planowej diagnostyki niedokrwistości (okazał się być to niedobór żelaza i kwasu foliowego), który przy okazji złapał zapalenie oskrzeli i właśnie dochodzi do siebie – na święta zabierze go do domu syn. Z nieco młodszych – 65-letnią pacjentkę z infekcją układu moczowego (jutro wychodzi do domu), 72-letniego pacjenta przyjętego do diagnostyki gorączek, 64-letniego pacjenta skierowanego celem diagnostyki zmiany ogniskowej w wątrobie, 60-letniego pacjenta, dializowanego przyjętego do diagnostyki wysokich parametrów zapalnych i przetoczenia krwi oraz 46-letniego pacjenta z marskością wątroby, wodobrzuszem, obrzękami, i jak się okazało kardiomiopatią toksyczną (frakcją 18%), który może uda się, że wyjdzie na święta do domu… Ale przed nami nowy rok, oby ten nowy rok przyniósł poprawę zdrowia społeczeństwa, ale i naprawę sytuacji w służbie zdrowia. W co niestety, osobiście, słabo wierzę. Nie żebym była pesymistką, chyba mój naturalny życiowy optymizm, w codziennym kontakcie z chorymi, ale i z pomiatającymi mną ludźmi, pacjentami i rodzinami, w kontakcie z absurdami pracy służby zdrowia, gdzieś się zatracił. Został realizm, którego mało co jeszcze jest w stanie zdziwić. Oby ten nowy rok i mnie, i was pozytywnie zaskoczył. Wesołych, zdrowych Świąt i szczęśliwego Nowego Roku!
  6. Idąc na świąteczny dyżur nigdy nie wiadomo, czy czeka nas zupełna cisza i spokój, czy wręcz odwrotnie - totalny sajgon. Ja nigdy nie staram się jakoś specjalnie nastawiać, raczej po prostu otwarta jestem na wszelkie ewentualności. Chociaż wiadomo, że wolałabym mieć jak najmniej pracy w święta. Zmieniamy się około 8.15-8.30. Zaraz potem zaczynam na oddziale wizytę. Pacjentów, jak na święta, mam sporo - koło dwudziestu osób na moim skrzydle. Jak zaczynałam tu pracować bywały święta, na które zostawało dosłownie kilku pacjentów. Od jakiegoś czasu to się zupełnie zmieniło - przez większość dni w roku oddział pęka w szwach, przed dyżurem na całym piętrze bywa, że mamy 1-2 wolne łóżka. Wizyta zajmuje mi dziś jakieś 2 godziny. W „normalny” weekend różnie, czasem nawet do czterech, zależy, ile ciężkich stanów mam na oddziale. Dziś właściwie mam tylko jedną pacjentkę, którą muszę intensywnie się zająć - przyjęta dwa dni temu z niedokrwistością ze stacji dializ. W gastroskopii wykonanej w piątek - duża ilość krwi w żołądku, bez widocznego miejsca krwawienia. Pacjentka na szczęście od przyjęcia stabilna krążeniowo-oddechowo, dostała przy przyjęciu krew i osocze, dziś kolejny spadek parametrów morfologii, zamawiam więc kolejne jednostki krwi i osocza, proszę o konsultację chirurga, przenoszę pacjentkę na salę monitorowaną. Z jednej strony trochę na wszelki wypadek, z drugiej - pacjentka od rana jest w bardzo słabym kontakcie, podsypiająca, a znajdujemy w jej szafce klonazepam, którego jak się chwilę później okazuje, zjadła na noc trzy tabletki, bo nie mogła zasnąć. Jeśli chodzi o krwawienie z przewodu pokarmowego, pacjentka nie ma wymiotów, ani biegunki, chirurg poleca obserwować, toczyć i wykonać kontrolną gastroskopię w razie pogorszenia lub planowo we wtorek. Do końca dyżuru pacjentka stabilna, nawet trochę się obudziła. Krótka przerwa na świąteczny obiad i ciasto. Mała herbatka. Otwieram okno - na dworze przepiękna wiosenna pogoda, zawieszam się na chwilę na widoku gór w promieniach słońca. Pocieszam się jedynie wskazaniami aplikacji smogowej - dziś w kotlinie normy zdecydowanie są przekroczone. Teraz rodziny pacjentów zaczynają dbać o moje zdrowie - odciągają mnie od okna, dowiadując się o stan zdrowia swoich bliskich. Pomimo, iż ordynator już jakiś czas temu na każdej dyżurce wywiesił ogłoszenie o udzielaniu informacji o stanie pacjentów w dni powszednie po godzinie 12, a na dyżurze wyłącznie na temat pacjentów nowo przyjętych, nikt zdaje się nie czytać powyższej kartki. Można by rzec, że walą drzwiami i oknami, każdy zadając tysiące pytań. Udzielam i udzielam tych informacji, aż herbata zdążyła mi już wystygnąć Czas na konsultacje. Ja na dyżurze konsultuję jedną z chirurgii, laryngologię, i przede wszystkim ortopedię. Dziś właśnie tam wzywają mnie do dwóch urazowych pacjentów. Jeden, poza stwierdzoną kilka lat temu marskością wątroby, nie choruje na nic przewlekle, leków na stałe nie przyjmuje, w badaniach laboratoryjnych bez odchyleń, EKG i ciśnienie w porządku, w badaniu bez odchyleń. Wpisuję konsultację, nie mam zastrzeżeń, reszta już w rękach anestezjologa i ortopedy. Drugi to starszy pan, przed 90-tką, po dwóch zawałach, z małopłytkowością 50 tys, z wydłużonym APTT i INR, przywieziony kilka minut temu z SOR-u po urazie biodra. Wpisując konsultację, pytam kolegę ortopedę, czy jest pewny, że chce pana operować, czy widział wyniki, które pojawiły się chwilę wcześniej. Zdziwiony sprawdza przy mnie i stwierdza, że jednak zoperuje dziś tylko tego pierwszego. Szkoda, że nie sprawdził ich zanim zlecił mi tę konsultację. Ale w tym dyżurowym pędzie każdemu zdarza się zupełnie nieumyślnie zlecić innym dodatkową pracę. W końcu mnie żadna wielka krzywda się nie stała, a pacjentowi tym bardziej - został zbadany przez jednego doktora więcej W międzyczasie szuka mnie już SOR. Świąteczny standard - można by rzec - alkoholowa choroba wątroby zdekompensowana: żółtaczka, wodobrzusze, obrzęki, do tego niedokrwistość. Przyjmuję pacjenta, badam, zlecam badania, leki, robię usg brzucha, żeby sprawdzić, czy oprócz wodobrzusza jest coś jeszcze niepokojącego - na szczęście nie. Zamawiam krew i zabieram się do wypełniania tony dokumentacji. Ledwie uporałam się z tym przyjęciem - kolejny telefon z SOR-u. Jest koło godziny 20-21. Pacjent przywieziony rano wychłodzony, bezdomny, pod wpływem alkoholu. Po ogrzaniu pacjenta okazało się, że gorączkujący, z podwyższonymi parametrami zapalnymi, na nogach kikuty po amputacjach palców obu stóp - rok temu po ich odmrożeniu. Pytam o stan kikutów, lekarz SOR-u informuje mnie o zagojonych ranach. Późna pora, albo świąteczny czas zmniejszają moją czujność. Powinnam zejść i sprawdzić nogi, czy aby na pewno pacjent nie powinien trafić na chirurgię. Ale decyduję o przyjęciu pacjenta na oddział. Na oddziale pielęgniarki odwijają opatrunki na nogach, na jednej sucha martwica, na drugiej ropna wydzielina. W dużym skrócie pacjent wyglądający i pachnący jak bezdomny. Mówi, że mieszka w altance. Rozmawiam, badam, znajduję na plecach rozległe blizny po oparzeniach, pacjent przyznaje, że to po pożarze kilkanaście lat temu. Na nic się nie skarży, jest grzeczny. Wracam do dyżurki, zaczynam wypełniać dokumenty, zlecać badania, leczenie, konsultację chirurga, posiew z rany, zajmuje mi to jakieś 20-30 minut. Kiedy już prawie kończę dzwoni telefon. Pielęgniarki wzywają mnie do pacjenta. Chce się wypisać na własne żądanie. Na sali pacjent już ubrany, kończy ubierać z trudem buty na kikuty stóp. Zaczynamy rozmawiać. Pacjent mówi cicho, spokojnie, trochę zrezygnowany, ale jednak chyba pogodzony. Opowiada swoją historię. O uzależnieniu, które będzie już z nim na zawsze, którego tyle razy chciał się pozbyć, o wielu odwykach, na których był, po których i tak wrócił do picia, o jedynej rzeczy, która mu w życiu wychodzi, czyli właśnie o piciu. O matce, którą czasem odwiedza, której jednak nie pozwala dawać pieniędzy, bo i tak je przepije, o ojcu, który umarł na wątrobę w szpitalu. O strachu przed szpitalem, przed śmiercią w szpitalu, o decyzji o ewentualnej śmierci na własnych zasadach. O braku wiary w lepsze jutro, o braku wiary w cokolwiek dobrego, co mogłoby mu się jeszcze przytrafić, o zniszczeniu własnego życia, o wierze tylko w Boga, który od pijaków odwraca oczy. O tym, że tyle lat daje sobie radę, więc i teraz jakoś to będzie. Za pomoc dziękuje, ale wychodzi. Podpisuje odpowiedni dokument. I wychodzi. Ta rozmowa na długo pozostanie we mnie…
  7. Weźmy na przykład wtorek. We wtorki bardzo rzadko miewam dyżury, ale o tym za chwilę. We wtorek, jak każdego dnia wstaję rano, zjadam śniadanie i spacerem udaję się do pracy. Mieszkanie na prowincji ma jeden podstawowy plus - do pracy chodzę spacerem, jakieś 5-7 minut, spoglądając w międzyczasie na góry. Góry mnie wyciszają. Tak wyciszona przed 8.00 docieram do pracy. Przebieram się i idę na oddział. Przed odprawą, która zaczyna się o 8.15, robię sobie jeszcze herbatę i zerkam w system, sprawdzając, co u moich pacjentów. Punkt 8.15 schodzimy się wszyscy w jednej dyżurce - lekarze, ordynator, oddziałowa, czasem jacyś stażyści. Przez minimum godzinę omawiamy po kolei wszystkich naszych 60-70 pacjentów. Każdy po kolei opowiada o swoich pacjentach, o stanie zdrowia, o wynikach badań, o planach. Po 9.00, czasem trochę później kończy się czas mojego wyciszenia. Wpadam do swojej dyżurki, po drodze zabierając z punktu pielęgniarskiego zleceniówki moich pacjentów. Ostatnio ok. dziewięciu-dziesięciu. Wszystko z powodu problemów związanych z organizacją pracy, o której pisałam w jednym z poprzednich artykułów. No i się zaczyna jedna wielka gonitwa. Rozpoczynam pracę od sprawdzenia wyników badań moich pacjentów - koło 9.30 na szczęście większość dzisiejszych badań jest już zrobiona - chyba, że są to witamina B12, kwas foliowy, czy wirusy hepatotropowe - te badania nasz szpital wykonuje raz w tygodniu koło czwartku. Sprawdzam wyniki, zmieniam w zależności od nich zlecenia, planuję kolejne badania laboratoryjne czy obrazowe. Sprawdzam też dzisiejsze „planówki”. Na naszym oddziale panuje system „kolejkowy”. Wszyscy lekarze na danym skrzydle ustawieni są w „kolejkę” w kolejności alfabetycznej - i według niej przyjmujemy pacjentów, tak samo ostrodyżurowych, jak i planowych. Dzisiaj, póki co, mam jedną planówkę. Wyruszam na wizytę. Zaczynam od pań na czwórce - obie przyjęte na nasz pododdział gastroenterologiczny. Jedna miała wczoraj kolonoskopię kontrolną po usuniętym rok temu raku esicy, druga kolonoskopię ma dziś - kontrola po wykonanej rok temu polipektomii. Obie przesympatyczne, jedna wychodzi do domu dziś, druga jutro. Niestety druga, pomimo moich nalegań (z jednej strony związanych z płatnościami za hospitalizację - NFZ płaci nam dopiero za 3-dniowe hospitalizacje, z drugiej z możliwymi powikłaniami po znieczuleniu do kolonoskopii czy wykonanej ponownie dziś polipektomii) decyduje się jednak na wypis na własne żądanie. Drugi wypis do zrobienia w dniu dzisiejszym. Rewelacja. Idę dalej. Następna sala to pacjent, którego prowadzę od około 3 tygodni. Przyjęty niby planowo - stacja dializ, co jakiś czas wysyła nam niedokrwistości do przetoczenia. W dniu wypisu jednak zagorączkował. W dwukrotnie pobieranych posiewach krwi nic. A gorączka do 40 stopni. W zdjęciu płuc nic, zero objawów, w ECHO serca nic, zero pomysłu. A w badaniach CRP koło 100, prokalcytonina 3,5. Włączamy po kolei różne antybiotyki, codziennie wiszę na telefonie ze stacją dializ i onkologami - pacjent jest po usunięciu właściwie całego układu moczowego z powodu rozsianego nowotworu. Zostało mu tylko lewe nadnercze - z przerzutem 6x6 cm, z rozpadem w części centralnej. Po około tygodniu wreszcie pojawiają się jakieś objawy - zmiany osłuchowe nad płucami. Dziś pacjent ma się już zupełnie nieźle, prokalcytonina spadła do 0,7, CRP niestety nadal wysokie, ale cały czas je kontrolujemy, temperatura co kilka dni wzrasta jedynie do 37-37,5, zmiany osłuchowe ładnie się wycofują. Może niedługo uda się wreszcie wypisać pacjenta do domu. Następna męska sala - tu przyjęty kilka dni temu pacjent ostrodyżurowy z alkoholową marskością wątroby, żółtaczką, wodobrzuszem dziś czuje się już lepiej, bilirubina spadła z 12 do 5, zaczyna być rehabilitowany, na jutro zleconą ma gastrofiberoskopię. Tutaj jak codziennie czeka mnie jeszcze długa rozmowa z troskliwą żoną, która przez większość dnia nie opuszcza pijącego całe życie męża. Sala numer 12 - izolatka. Tutaj "mieszka" przyjęta w zeszłym tygodniu w trybie pilnym pacjentka z podejrzeniem niedokrwiennego zapalenia jelita grubego. Po zebraniu wywiadu głównym problemem okazuje się być biegunka poantybiotykowa od listopada. Pacjentka badana była przez różnych lekarzy, leżała już w dwóch szpitalach, nikt nie był w stanie jej pomóc. Badanie nr 1 na naszym oddziale przy biegunce to badanie kału w kierunku toksyn Clostridium difficile. Już w dniu przyjęcia dowiadujemy się o przyczynie biegunki u pacjentki, włączamy metronidazol, stosujemy izolację, drugą w tym momencie na naszym skrzydle. Po tygodniu leczenia pacjentka czuje się lepiej, biegunka ustąpiła, pewnie pod koniec tygodnia wyjdzie do domu. Została mi jeszcze wychodząca dziś do domu starsza pani, po 80-tce, hospitalizowana w naszym poddziale geriatrii z powodu zawrotów głowy i gorączek (tak, większość zawrotów głowy w naszym rejonie lekarze rodzinni kierują na internę, a nie na neurologię). Zawroty głowy okazały się być związane ze zmianami zwyrodnieniowymi kręgosłupa szyjnego, upośledzeniem przepływu mózgowego i zanikami korowo-podkorowymi oraz móżdżku. A gorączki banalnie, jak u 90% starszych osób, spowodowane były zakażeniem układu moczowego. Na koniec dwie starsze panie z zespołem otępiennym znacznego stopnia, przyjęte w trybie ostrodyżurowym z powodu odwodnienia, ostrego uszkodzenia nerek, zaburzeń kontaktu i zakażenia układu moczowego - czyli taki nasz stardard. Dziś już w nieco lepszym stanie. Uff. Minęła godzina albo dwie. Zależy, ile rodzin po drodze zdążyło mnie zaczepić, pytając o stan zdrowia swoich najbliższych. Czas na „planówkę”. Pacjent skierowany do szpitala jako „ICD10 - inne choroby wątroby”. Zaraz na początku wyciąga badania obrazowe wykonane ambulatoryjnie - USG z opisanymi zmianami w wątrobie, najpewniej o charakterze naczyniaka, do dalszej diagnostyki oraz TK brzucha wykonane tydzień później - trzy naczyniaki, największy wielkości 11cm. Poza tym do tej pory niechorujący, nie leczący się przewlekle, okresowo ma bóle brzucha i pleców. Pytanie podstawowe - po co ktoś kieruje takiego pacjenta na planową hospitalizację? Wyłącznie, żeby wydać z systemu opieki zdrowotnej niepotrzebnie pieniądze. Wracam do dyżurki. Kończę uzupełniać zleceniówki, zabieram się za wypełnianie papierów nowego pacjenta, zlecam podstawowe badania, zdjęcie klatki piersiowej, w wolnej chwili obejrzę jeszcze później te naczyniaki w USG. Koło 12.00, codziennie, choćby się waliło i paliło, robimy sobie z koleżankami 15-20-minutową przerwę na obiad. Na parterze szpitala mamy stołówkę, w której żywi się cały szpital - przyjście później niż o 12.00 skutkuje możliwością zjedzenia wyłącznie „resztek”. Po obiedzie szybka herbata i czas na wypisy. W między czasie wpada co chwilę jakaś rodzina pacjentów moich albo moich kolegów; co chwilę dzwoni jakiś telefon - czy to pielęgniarki, czy to inne oddziały z prośbą o konsultację, czy tzw.”linie miejskie” z pytaniami różnej maści. Skupienie się na wypisach w tym „ulu” graniczy z cudem. Jakby tego jeszcze było mało, okazuje się, że znów jest moja kolejka. Będzie przyjęcie z SORu - pacjentka z niedokrwistością. Lecę jak najprędzej zrobić przyjęcie, zlecam badania, grupę krwi, wypisuję zapotrzebowanie na KKCz. Zaraz zrobię jeszcze pacjentce USG brzucha. Zapomniałabym całkiem o przedstawicielach firm farmaceutycznych, którzy przynajmniej raz na godzinę wpadają do naszej dyżurki na 10-15 min. Opowiadają o swoich preparatach, pomimo, że nikt ich nie słucha, głównie z powodu braku czasu i ciągłej gonitwy. W międzyczasie skończyłam wypisy, zaniosłam do sekretariatu, zrobiłam USG brzucha nowym pacjentom, skończyłam wypełniać wszystkie ankiety i inne „najpotrzebniejsze” przy przyjęciu dokumenty. Do tego od południa próbuję załatwić pacjentowi z naczyniakiem konsultację chirurga naczyniowego - wiszę od dwóch godzin na telefonie, wreszcie udaje mi się złapać któregoś z kolegów. Uff. Wybiła 14.30. Padam na twarz ze zmęczenia i pragnienia. Czas na kolejną herbatę. I na przebiegi. Najważniejszy element mojej pracy, przynajmniej dla prokuratora. Koło 15.00 kończę moją pracę. Zbieram szybko rzeczy i pędzę do centrum, jak co wtorek do szkoły, w której dorabiam. Zwykle, kiedy mówię komuś, że dorabiam jako nauczyciel, wszyscy robią wielkie oczy. A ja nawet to lubię. Uczę techników farmaceutycznych farmakologii. Z jednej strony na bieżąco powtarzam sobie wszystkie leki, przede wszystkim te, których na co dzień nie używam, a z drugiej mam chwilę oddechu od tej gonitwy na oddziale, od ciągłej odpowiedzialności za życie drugiego człowieka. Tutaj odpowiadam jedynie za przeprowadzone zajęcia i wystawienie ocen. I za sprawdzenie kartkówek, które robię im co tydzień Do domu wracam po 18.00. Zmęczona. Ale zadowolona. Jutro dyżur… A Wam jak minął dzisiejszy dzień?
  8. Studia skończyłam z jednym z najlepszych wyników na roku, ale ku zdziwieniu wszystkich, albo przynajmniej części: nie zostałam w klinikach, nie zaczęłam doktoratu, nie zaczęłam też dorabiać w przychodniach, czy NPL-ach. Zaraz po studiach wróciłam na swoją górską prowincję, żeby tam leczyć ludzi. Tak - brzmi to dumnie. Myślałby człowiek, że na prowincji szczególnie dumnie. W osobistych kontaktach może i dumnie, ale w przeświadczeniu zwykłego obywatela zostałam myślącą tylko o sobie i pieniądzach osobą, z której zdaniem rzadko kiedy trzeba się liczyć, a częściej osobą, na której każde potknięcie czekamy, licząc na hojnie zasądzone odszkodowanie. Wróciłam, zostawiając za sobą wielką medycynę, najnowsze osiągnięcia wielkich uczonych, najnowsze badania, czy nawet zwykłe badania kliniczne. Wróciłam na prowincję nie chcąc pracować od rana do nocy, czy nosić teczek za profesorem. Wróciłam najpierw na staż, nie chcąc jak na studiach podpierać ścian jak moi koledzy. Staż skończyłam zachwycona - przez ten rok nauczyłam się praktycznie i teoretycznie więcej niż przez całe studia. Prowadziłam własnych pacjentów, nakłuwałam opłucne, otrzewne, pobierałam szpiki, na anestezjologii sama intubowałam, wprowadzałam w znieczulenie, a potem niekiedy nawet sama, z braku personelu, zostawałam na całej operacji jako anestezjolog. Tyle samo nerwów, co satysfakcji przyniósł mi ten rok. Po roku wybrałam wymarzoną specjalizację - internę. Jako jedna z niewielu w moim szpitalu, a i pierwsza specjalizantka od 7 lat na moim oddziale. Dzięki pracy na prowincji, mogłam zdecydować się na lepiej płatny etat, nie musząc martwić się, jak inni o wyniki postępowania kwalifikacyjnego na rezydenturę. Z początku praca była bajką, uczyłam się dużo, mogłam liczyć na wsparcie mojego szefa specjalizacji, który okazał się trochę aniołem stróżem. Uczył mnie dużo, a i proponował jeszcze więcej - na wszystko niestety nie starczyło czasu. Potem pierwszy dyżur. Stres, ogromny stres. Na szczęście dzięki staraniom mojego szefa specjalizacji, jednocześnie będącego ordynatorem naszego oddziału, udało się wywalczyć w dyrekcji podwójny dyżur (nasza cała interna liczy ok. 65 łóżek, położona jest na dwóch skrzydłach piętra). Dzięki temu dyżurować zaczęłam pierwszego dnia podwójnych dyżurów - zawsze mając ze sobą starszego, bardziej doświadczonego lekarza. Wydawałoby się to normalne, że młody lekarz powinien mieć kogoś nad sobą - jak się okazało, trzeba było faktycznie o to zawalczyć. Pierwszy dyżur miałam po 4 miesiącach pracy - do dziś pamiętam to był 1 kwietnia . Przeżyłam ten, jak i wszystkie kolejne. Jedne pamiętam lepiej, inne gorzej, czasem musiałam prosić o pomoc, a czasem współdyżuranta spotykałam rano na odprawie. Czasem nie spałam całą noc, a czasem przesypiałam nawet 7 godzin. Czasem wszyscy dożyli do końca dyżuru, a czasem się nie udawało. Po dyżurze na moim oddziale schodzimy po zrobieniu porannej wizyty, po zdaniu dyżuru i porozmawianiu z ordynatorem, czyli ok. 8.30. Nikt nie zmusza nas, nie wymaga od nas, ani nawet nie oczekuje, że zostaniemy choć 5 minut dłużej. Nasze prawa od zawsze są respektowane. Pensje zawsze dostajemy na czas, pomimo podobno 40 mln długu naszego szpitala. Sprzęt mamy najnowszy, przede wszystkim za sprawą WOŚP - dysponujemy pododdziałem geriatrii, dzięki czemu dostajemy dużo fajnego, nowoczesnego sprzętu. Dzięki temu też raz w miesiącu przyjeżdża do nas z wizytą konsultant wojewódzki w dziedzinie geriatrii, zawsze jest szansa podpytać o nowinki, a i zawsze dostajemy cenne podpowiedzi na temat prowadzonych pacjentów. Lekarze z naszego oddziału szkolą się nieustannie, jedni robią kolejne specjalizacje - obecnie diabetologię, endokrynologię, inni doszkalają się w USG brzucha, serca, naczyń. Szef zawsze mile widzi każdy przejaw zainteresowania nauką. I byłoby tak pięknie, gdyby nie to, że w trakcie mojej specjalizacji dyrekcja postanowiła połączyć dwa oddziały internistyczne - oba skrzydła w jeden oddział, próbując przy okazji zmniejszyć z powrotem dyżurnego do jednej osoby, co na szczęście nie doszło do skutku. Połączenie miało przynieść szpitalowi oszczędności. W osobie jednego ordynatora i jednej oddziałowej. Szalone oszczędności. A bu… bałagan jaki powstał do dziś nie może się pozbierać. Zaczęły się przetasowania na stanowisku ordynatora, zmieniające się co rusz zasady funkcjonowania, roszady lekarzy na obu skrzydłach. Najnowszy ordynator tak nie ma nic przeciwko stażom, szkoleniom, i urlopom, że nie kontroluje totalnie pracy na oddziale. Bywa, że na jednym skrzydle pracują danego dnia 2 osoby - zajmując się 30 pacjentami. Bo reszty nie ma w pracy. W tym jednym wielkim chaosie nie ma czasu na naukę własną, na naukę od innych, bo wszyscy są tak zapracowani, że nie wiedzą jak się nazywają. A dyrekcja podliczając liczbę pracujących na oddziale nie widzi problemu, bo jakże miałaby widzieć, skoro zatrudnionych jest 12 osób plus ordynator. Nic dziwnego, że wszyscy po kolei zaczynają mieć dość. I zaczynają odchodzić. W marcu odchodzi z pracy mój szef specjalizacji, w kwietniu jedna z koleżanek. Wszyscy, którzy mają możliwość spokojniejszej pracy, pracy, w której człowiek ma czas zastanowić się nad pacjentem, nad diagnozą i terapią, a jednocześnie pracy, w której pacjenci mają nieco więcej szacunku do lekarza, niż na zwykłej internie, gdzie człowiek co rusz dostaje tylko wezwanie do prokuratury. Czy zmiana na „gorsze” była konieczna? Interna to nie tylko ciężka harówa, nie tylko codzienna walka z tłumem pacjentów, ich rodzinami, co jakiś czas tłumaczenie się w prokuraturze-najczęściej ze śmierci 90-letnich pacjentów, ale może przede wszystkim robienie za ZOL, przytułek, hospicjum, miejsce pomocy socjalnej. Na drugim miejscu jest leczenie poważnych stanów – najczęściej niewydolności krążenia, której nie chcą kardiolodzy i wszystkie trafiają na internę. Interna to też leczenie wszelkiej maści osób uzależnionych, alkoholików i narkomanów, osób czasem w lepszym, a czasie tragicznym stanie. Ale tak jak wspomniałam na początku to przede wszystkim pacjenci samotni, starsi, schorowani, bez rodziny, albo bez opieki rodziny, ciągle ci sami, których jak tylko uda nam się wypisać do domu, po tygodniu, dwóch wracają. Niektórzy oczekują u nas na miejsce w ZOL-u, hospicjum – czasem dwa, trzy, cztery tygodnie. Niektórzy nie doczekują. Niedobór łóżek w miejscach opieki długoterminowej, niewydolność systemu, wszystko to spada na naszą internę. A długi rosną. I wielka interna w obliczu alkoholików, narkomanów, samobójców, ale i starszych schorowanych, w większości mocno otępiałych osób, rozsianych nowotworów, albo zakażeń układu moczowego, gdzieś się zatraca. Chociaż czy to zatracenie wynika faktycznie z tego z jakimi schorzeniami mierzymy się na co dzień czy raczej z pośpiechu w jakim musimy pracować? I nic dziwnego, że niewiele osób widząc to wszystko decyduje się na taką specjalizację. Decyduje się na codzienną walkę, ale i pogodzenie się z tym, że prawie codziennie ktoś na oddziale umiera. Ale może jeszcze będzie lepiej?