Przeszukaj forum

Showing results for tags 'nzk'.



More search options

  • Search By Tags

    Wpisz tagi, oddzielając przecinkami.
  • Search By Author

Typ zawartości


Forum

  • MedFor.me
    • Dyskusja ogólna
    • Specjalizacja: Jaką wybierzesz?
    • Niezbędnik medyka (książki, konferencje, kursy, praktyki, oferty pracy)
    • Naukowo
    • Idę na medycynę
    • Fora lokalne
  • IZBA LEKARSKA
    • Medycyna Ogólna
    • Egzaminy
    • !!! Nowoczesna medycyna
    • Miejsca stażowe i specjalizacyjne
    • Wieści zza granicy
  • PO GODZINACH
    • Na każdy temat
    • MedHumor
    • Fora prywatne
    • MedFor.me - sprawy forum
  • CLUSTERS
    • News
    • Polinnovation
    • Clusters

Kategorie

  • News
  • Opinie i komentarze
  • Ze świata nauki
  • Wywiady
  • Reportaż
  • MED-Memories
  • Weekend For.me
  • Patronaty

Blogi

  • Oficjalny blog MedFor.me
  • Medicus Sapiens Semper Digitum in Ano Tenet
  • Naczelny Lekarz Trąbkowaty
  • Visca El Barça
  • Meoblog
  • Medycyna jest ciekawa
  • Ania18101Blog
  • Zabiegowcy
  • blogs_blog_11
  • blogs_blog_12
  • Dzienniczek przyszłego doktora.
  • Ratuj-z-nami
  • KotBlog
  • JMBlog
  • Breakfast at Tiffany's.
  • DanioJanioBlog
  • NarzedziaLekarza
  • see
  • aniamos - blog
  • vipomaBlog
  • Kawa
  • przyczynaBlog
  • Wino i Medycyna - In vino sanitas

Kategorie

  • Choroby wewnętrzne
  • Chirurgia
  • Pediatria
  • Ginekologia i położnictwo
  • Łacina
  • Inne
  • Redakcyjne

Kalendarze

  • Patronaty MedFor.me

Znaleziono 3 wyniki

  1. Medycyna w chmurach

    Podczas ostatniej podroży, lecąc samolotem, a tym samym błądząc między kolejnymi gazetami, wpadła mi do głowy myśl na temat medycyny w chmurach. Co się dzieje, gdy kilka kilometrów nad ziemią, z dala od wszelkiej pomocy ktoś ogłasza przez głośnik: czy na pokładzie samolotu jest lekarz? Co się dzieje, gdy podczas słynnego lotu do „luksusowej Hurghady” jegomość turysta dostaje duszności, ktoś zatrzymania krążenia, a kobieta zaczyna rodzić? Jak personel pokładowy jest na to wszystko przygotowany? Czy w ogóle jest? Otóż jest! I to całkiem nieźle. Postanowiłem zgłębić temat i oto ku mojemu zaskoczeniu czuję się dziś z tą wiedzą całkiem bezpiecznie w chmurach. Zatem po kolei: Każdy członek załogi samolotu "na dzień dobry" przechodzi bardzo szczegółowe szkolenie z zakresu pierwszej pomocy. Poznaje nie tylko podstawowe objawy chorobowe i sposób reagowania według prostych algorytmów. Pracownicy linii lotniczych mają również dobry sprzęt, leki i stały dostęp do lekarza konsultanta w bazie. Następne szkolenia, w zależności od linii lotniczej, odbywają się co 2-3 lata. To tak, jak zalecają wytyczne Europejskiej Rady Resuscytacji. Badania pokazują, że wiedzę z zakresu pierwszej pomocy należy stale utrwalać, powtarzać i sprawdzać, bo, mówiąc potocznie „nieużywany narząd czy wiedza ponoć zanika”. To przygotowanie jest naprawdę solidne, a wiedza restrykcyjnie kontrolowana. Zapewnia to wysoki standard i dobre możliwości reagowania. Do tego oczywiście szkolenia psychologiczne, czyli jak reagować na wypadek paniki, trudnego pacjenta czy innych przykrych zdarzeń, które mogą zdarzyć się na pokładzie samolotu. Jeżeli chodzi o sprzęt, to na pokładzie samolotu ekwipunek z zakresu pierwszej pomocy (i nie tylko) jest całkiem pokaźny. W końcu w chmurach też można zachorować, a tam LPR raczej nie doleci... Mamy tu 3 rodzaje apteczek, czyli tzw. FAK-ów (First Aid Kit). Pierwsza, podstawowa zawiera najbardziej potrzebne rzeczy w zakresie pierwszej pomocy. Bandaże, opatrunki, nożyczki, koc, szyny do złamań, maseczka do wentylacji pacjenta, chusty, plastry - wszystko do najprostszych urazów, łatwych do miejscowego zabezpieczenia. Jest sprzęt, który każdy świadek zdarzenia powinien umieć wykorzystać. Oprócz tego jest tam też kilka podstawowych leków: przeciwbólowe tj. paracetamol; no-spa na ból brzucha; espumisan na wzdęcia; argosulfan na oparzenia; loperamid na biegunkę; validol na uspokojenie oraz wapń i glukoza. Leki te są oczywiście powszechnie dostępne, dlatego też personel może robić za "powietrzną aptekę" i pacjent zażywa dany specyfik na własne ryzyko. Chodzi o względy prawne i późniejsze liczne oskarżenia. (Mmm... zabrzmiało jak z naszego medycznego podwórka.) Mamy też drugą apteczkę, która jest przeznaczona wyłącznie dla personelu medycznego. Tu się musi pojawić słynne pytanie: Czy leci z nami lekarz? Tam już mamy fajniejszy sprzęt i dużo leków. Sprzęt do intubacji, aż 3 rurki, rurki UG, cewnik, zestawy do wkłucia, słynne Ambu, termometr, pulsoksymetr, ciśnieniomierz, skalpel, stetoskop, igły, glukometr - no jednym słowem można się już bawić w medycynę. Do tego dochodzi dość pokaźna torebka z lekami. Znajdziemy tam: adrenalinę, atropinę, loratadynę, digoksynę, dexaven, hydroksyzynę, ketonal, lignokainę, captopril, nitroglicerynę, propranolol, salbutamol i parę innych. Brzmi jak karetka na skrzydłach? Trochę tak. Oczywiście personel pokładowy nie może wykorzystywać tego sprzętu i leków. Jest to prawnie zakazane. Ale nie zwalnia ich to z obowiązku udzielania pierwszej pomocy, a w zależności od sytuacji mogą przecież korzystać z pomocy lekarza swojej linii (zdalnie). Po połączeniu i przekazaniu stanu i oceny zdrowia pacjenta na jego zlecenie mogą wykorzystać leki bądź konkretny sprzęt i udzielić bardziej zaawansowanej pomocy. I wreszcie mamy apteczkę nr 3 z dodatkowym sprzętem. Tam znajdziemy przede wszystkim ssak, dodatkowe Ambu, zestaw porodowy i zabezpieczający "świeżorodka" oraz AED. Oczywiście rodzaj sprzętu i leków ustalają odrębne przepisy. Każda linia lotnicza może do tego mieć własne wewnętrzne procedury, np. co do większej ilości sprzętu. Do tego w zależności od długości lotu, ilości pasażerów wszystko może być zmieniane. Jeżeli chodzi o zakres wiedzy to personel jest szkolony w najbardziej typowych sytuacjach z tzw. medycyny ratunkowej: udar, zawał, padaczka, wstrząs anafilaktyczny, zaburzenia metaboliczne czy zabezpieczenie wszelkich złamań. Mnie to zadowala. Daje mi poczucie, że lecąc gdziekolwiek i z kimkolwiek pomoc będzie udzielona dobrze, a procedury są tak szczegółowe ze pomoc specjalistyczna dotrze do mnie zawsze. Do tego chyba każdy z nas zareagowałby na pytanie "czy jest z nami lekarz"… A tak mniej oficjalnie to miałem okazję porozmawiać ze znajomym, który pracuje w liniach lotniczych. Ich działania bywają zblizone do naszych: „Często jak nie wiemy, co robić, to podajemy tlen - najczęściej działa”. Tak oto przy ogromnym rozwoju tanich linii będzie coraz więcej podróżujących, a zatem coraz więcej interwencji medycznych w chmurach. Za parę lat nie będzie nas dziwić i szokować artykuł: urodziła w samolocie. Łukasz Surówka
  2. Przekonałem się o tym na wakacjach: Lekarzem nie przestajesz być nigdy. Służysz zawsze. Jak ksiądz. Wierny do końca. Nie od 8 do 16, nie od poniedziałku do piątku, ale ZAWSZE. Prof. Religa mówił, że lekarzem nie przestajesz być nigdy, inaczej zmień swój fach. Ale dziś nie o filozofii życia, ale o tym, że swoje lekarskie obowiązki pełnimy przez całe życie, bez względu na sytuację. W czasie studiów i to na wakacjach, zgodnie z zasadą "biedny student - bogate wakacje" zdarzył mi się mój pierwszy raz... Nie ten, o którym większość myśli, ale ów, na który niejeden lekarz musi czekać do czasu swojego pierwszego trudnego dyżuru. Zdarzyło mi się to dużo wcześniej. Jak to ze współczesną młodzieżą bywa... Zamek, słońce, czerwiec, upał jakieś 38-39 stopni. Z dwiema koleżankami na dziedzińcu pewnego zamku robimy sweet focie i nagle w pobliżu turysta pada na ziemię. W głowie oczywiście myśli: "jesteś super lekarzem, turbo ratownikiem, masz wiedzę, uratujesz go, idź i zostań bohaterem". No i poszedłem. Stojący tłum polewa mężczyznę wodą. Fakt - moja pierwsza myśl: to zwykłe omdlenie przy takiej temperaturze. Może jakieś drgawki... Ale zgodnie ze sztuką podchodzę i sprawdzam oddech oraz tętno. Jako wykształcony członek służb medycznych sprawdzam wszystko za jednym zamachem, bo znam już specjalne metody. Wszak jestem po egzaminie (i to na świeżo) z medycyny ratunkowej. I wtedy wypowiedziałem pierwszy raz słowa: Zatrzymanie krążenia. Brzmiały jak watykańskie Habemus Papam. Tylko tam cieszą się i skaczą z radości. U mnie było trochę inaczej. Te ułamki sekund, kiedy w sercu wakacji i wypoczynku nagle podejmujesz walkę o ludzkie życie. Co masz w głowie za pierwszym razem? To jakaś masakra. Pustka i miliony myśli: Co robić? Algorytmy w głowie, ale co z tego. To już nie manekin, a żywy pacjent. Nie ma nade mną lekarza, nie ma mentora ani kogoś, kto pomoże. Jestem sam. Odpowiedzialny. To ja podejmuje decyzje i to ode mnie zależy los naszego poszkodowanego. Niby banalne ale jak ważne. No to działamy! Koleżance nr 1 zlecam wezwanie pogotowia. Jest ona fizjoterapeutką, więc wie jak postępować. Niestety otrzymuję informację, że karetka dojedzie do 15 minut, bo spora odległość do zamku. Myślę sobie: bosko. Jak moje biedne, odsłonięte kolana wytrzymają tę twardą zamkową kostkę? Szybko pojawiło się silne przekrwienie i zadrapania. Ale co tam. Jestem lekarzem! Tłum dzieci dookoła. A ich cudowne opiekunki zamiast uchronić pociechy przed traumatycznymi widokami, stoją i patrzą jak sroki w... Może któraś ruszy się i pomoże? Pozbyliśmy się ich dopiero po chwili, ale co zostało im w głowach to już ich. Koleżanka nr 2 wspomaga z udrażnianiem dróg oddechowych, woła po cisnących się wkoło ludziach o więcej tlenu. Dopinguje, liczy uciśnięcia. A gdzie obsługa zamku? Strażnicy? Kierownicy? Ktokolwiek? W bramie, jakieś 20 metrów od nas czai się strażnik. Uchyla się, byleby go ktoś o coś nie poprosił. Przy nas nie ma szans na lenistwo. Wołamy go, aby chociaż apteczkę nam przyniósł, cokolwiek. O AED już nie wspomnę. Po chwili łaskawie donosi sprzęt. Nareszcie! Możemy prowadzić wentylację pacjenta, 30:2 nabiera sensu. Ale mięśnie mocno dają się we znaki. Trzeba się zmienić. Algorytm nie bezpodstawnie mówi o zmianach co 2 minuty. Bo moje uciśnięcia nie są już tak skuteczne. Choćbym turbo siłacza zmusił do uciskania to każdy w końcu padnie. Zatem dołączył do nas pewien mężczyzna i wspomógł swoją muskulaturą. Ale oczywiście nigdy nie może być za łatwo. Oto z tłumu wyłania się "specjalista medycyny ratunkowej, anestezjologii i w ogóle wszelakiej medycyny". Podnosi rękę poszkodowanego i bezwładnie puszcza na ziemię po czym stwierdza: On już nie żyje. Ja w ułamku sekundy dostaję hipertensji i drgawek, żona popada w rozpacz. Sytuację ratuje koleżanka od wentylacji - soczysta wiązanka i specjalista znachor znika w tłumie. No i żona. Stoi i płacze nad mężem. Niesamowicie trudna i przejmująca sytuacja. Uciskam klatkę piersiową jej męża, brak oznak życia, a ona przypatruje się i nie może nic zrobić. Ale nie ma lepszej metody w takim momencie, niż uaktywnić rodzinę i włączyć ją do jakichkolwiek działań. Skłaniam ją więc do dyskusji o stanie zdrowia męża, zbieram godnie wywiad. Wiem już, że trochę nadużywa alkoholu, że dziś też dziabnął z rana, że serce chore, że leki takie. Nadjeżdża karetka. Nie zostawiam mojego pacjenta z nimi. Przecież to mój pacjent. Ogłaszam kim jestem i że chętnie im pomogę. Strzał jeden, drugi, migotanie komór, wkłucie, płyny, intubacja. Wzywamy helikopter? Nie ma gdzie wylądować, wzywamy „S”. W między czasie dyskusja, kim jestem, co już zrobiłem, co z wywiadu już wiemy. Przyjeżdża karetka z lekarzem. Dopełniają formalności, badają pacjenta, pakują i jadą. Organizatorka wycieczki, z którą przybył nieszczęśnik zdobyła informacje, gdzie się uczę i wysłali list z podziękowaniami. To miłe. Pacjent przeżył. Bez powikłań. Po kilku dniach wyszedł ze szpitala. A ja zostałem lekarzem. Ten mój pierwszy raz do późnego wieczora przeżywałem. Siedząc na balkonie z piwkiem myślałem, czy wszystko dobrze zrobiłem. Czy prawidłowo rozpoznałem NZK; czy tętno było, czy nie; czy algorytm zastosowałem jak trzeba, czy opóźniałem; czy było jeszcze coś do zrobienia? Miliony myśli, analiza minuta po minucie. Ale jest sukces. Są też te smutne wnioski. Co gdyby mnie tam nie było? Kto udzieliłby pomocy? Służby porządkowe, kierownicy, którzy są teoretycznie przeszkoleni na wypadek takich sytuacji nie reagują. Przypadkowi turyści chętnie rzucają się do pomocy, ale ich wiedza jest też ograniczona. Nikt z tego tłumu nie sprawdził oznak życia. Niestety, ale wciąż brakuje w naszym społeczeństwie gruntownej wiedzy w zakresie pierwszej pomocy. Takiej, która zapewni bezpieczeństwo każdemu z nas. BLS. Jest też osobista refleksja: Jakiż jestem mały wobec potęgi medycyny. Jak bardzo mało wiem. Jak dużo jeszcze mnie czeka. Ale od teraz jestem lekarzem. Po swoim pierwszym razie. Łukasz Surówka
  3. Powszechnie wiadomo, że umierającego człowieka można przywrócić do życia za pomocą zabiegów resuscytacyjnych. W ciągu ostatnich 70 lat pojawiły się najrozmaitsze techniki służące przywracaniu czynności serca u ciężko chorych pacjentów. W latach pięćdziesiątych XX wieku Peter Safar udowodnił, że jeśli zastosuje się sztuczne oddychanie u pacjenta który nie oddycha to ten nie umrze z powodu uduszenia. Pierwszy zauważył, że kluczem do sukcesu jest skuteczne udrożnienie dróg oddechowych przez odgięcie głowy i wysunięcie żuchwy. Prowadził badania nad wdechami ratowniczymi i stwierdził, że nawet laik może po krótkim szkoleniu nauczyć się ich wykonywania. Udowodnił brak skuteczności metody resuscytacji Silvestra (unoszenie i opuszczanie rąk) - która do tej pory była bardzo popularna. Wyniki badań Petera Safara zobaczysz na poniższym filmie. W 1958 by William Kuwenhoven, Guy Knickerbocker i James Jude opracowali technikę uciśnięć klatki piersiowej - taką jaką znamy dzisiaj. Prowadzili badania na psach, którym sztucznie wywoływali migotanie komór. Następnie mierzyli przepływ krwi uzyskiwany podczas uciskania klatki piersiowej. "Masaż serca" pozwalał na wydłużenie czasu do zastosowania skutecznej resuscytacji nawet o pół godziny. Psy wracały do życia. Opracowane przez siebie metody przenieśli na pacjentów z zatrzymaniem krążenia w przebiegu zawału serca. Udowodnili, że poprzez zastosowanie uciskania klatki piersiowej i szybką defibrylację można przywrócić prawidłowy rytm serca u człowieka, który następnie wyjdzie ze szpitala bez ubytków neurologicznych. Poniższy film pięknie pokazuje nadzieje, jakie wiązano z nowoczesnymi technikami resuscytacyjnymi: Połączenie prac Safara i Kuwenhovena przyniosło pierwszy opis "cardopulmonary resuscitation" w 1962 roku z powszechnie znaną sekwencją ABC - "airways, breathing, circulation". Pojawił się zalążek nowoczesnych technik resuscytacyjnych. Wiele koncepcji pojawiało się i znikało - tak jak dosercowa podaż adrenaliny czy ratunkowa torakotomia w zatrzymaniu krążenia na sali operacyjnej. W miarę upływu czasu okazało się, że przynoszą więcej szkody niż pożytku i zaniechano ich wykonywania. Znane i stosowane w szpitalach od lat 30 XX wieku defibrylatory były ciężkie i nieporęczne. Problemem pozostawał czas jaki potrzebny jest na dostarczenie pacjenta z zatrzymaniem krążenie do szpitala. Pierwszy defibrylator do karetki przeniósł w 1965 roku doktor Frank Pantridge z Belfastu. Pierwsze zespoły ratunkowe miały w składzie lekarza, który oceniał rytm serca. Pozwoliło to skrócić czas do pierwszej defibrylacji i przyniosło niewielką poprawę przeżywalności pacjentów w pozaszpitalnym zatrzymaniu krążenia. Kolejny przełom to opracowanie i powszechne zastosowanie automatycznych defibrylatorów zewnętrznych. To urządzenia, które mogą być obsłużone przez każdego - nawet osobę bez wykształcenia medycznego. Podają komunikaty głosowe instruując świadków zdarzenia co po kolei robić. Samodzielnie rozpoznają rytm do defibrylacji i dostarczają wyładowanie. Najbardziej rozpowszechnione w miejscach publicznych defibrylatory półautomatyczne podają komunikaty głosowe i zalecają przeprowadzenie wyładowania przez naciśnięcie przycisku. Nowinki w resuscytacji Moim zdaniem kolejnym ważnym przełomem jest upraszczanie algorytmów resuscytacji. Resuscytacja to czynność, którą trzeba wykonać najczęściej nagle, nie mając czasu na zastanowienie a towarzyszy temu duży stres. Proste procedury pozwalają wykonać krytyczne interwencje szybko i sprawnie zwiększając szanse na przeżycie chorego. Obecnie wycofuje się wiele leków z algorytmów opracowywanych przez towarzystwa naukowe. Najlepszym przykładem jest zaprzestanie podawania atropiny w asystolii. Tymczasem algorytm podstawowych czynności resuscytacyjnych dla laików (tzw. BLS - basic life support) zamyka się właściwie w jednym zdaniu: "Jak poszkodowany jest nieprzytomny i nie oddycha prawidłowo to zadzwoń po pogotowie, znajdź środek klatki piersiowej i uciskaj głęboko, szybko i mocno bez żadnych przerw." To jest dziecinnie proste Ciekawą ideą jest opisywana w amerykańskiej literaturze tzw "pit-stop CPR" - w Polsce nie ma chyba jeszcze ogólnie przyjętego tłumaczenia tej nazwy. Istotą jest tu działanie zgranego zespołu ratowników, który wszystkie czynności wykonuje maksymalnie szybko i sprawnie z minimalizowaniem wszelkich przerw. W świetle badań, które pokazują, że nawet niewielkie przerwy w uciśnięciach klatki piersiowej drastycznie pogarszają przeżycie takie podejście do działań resuscytacyjnych. Wielką nadzieją w resuscytacji była hipotermia terapeutyczna, czyli sztuczne ochładzanie pacjenta po uzyskaniu rytmu serca. W teorii niska temperatura ma zmniejszyć metabolizm i zredukować wtórne uszkodzenie mózgu spowodowane stresem oksydacyjnym. Niestety kolejne prace naukowe nie potwierdzają, żeby miała ona przynieść przełom w medycynie i istotnie poprawić przeżywalność pacjentów. Najnowszym trendem w czynnościach resuscytacyjnych jest zastosowanie pozaustrojowego wspomagania krążenia. Zastosowanie aparatu ECMO (extracorporeal membrane oxygenation device - pozaustrojowe błonowe natlenianie krwi) lub krążenia pozaustrojowego pozwala na podtrzymanie funkcji krążenia i szybkie ogrzewanie pacjentów w ciężkiej hipotermii. Udowodniono skuteczność takich urządzeń w hipotermii i pozytywne wyniki mobilizują naukowców do zastosowania ich także poza oddziałami kardiochirurgii. Wadą jest oczywiście duży koszt oraz inwazyjna i czasochłonna technika wykonania dostępów naczyniowych dla takiego urządzenia. Niestety powyżej opisane zabiegi są spektakularnie skuteczne tylko u osób stosunkowo młodych, które mając zdrowe serce (nie licząc patologii tętnic wiecowych) doznają migotania komór w przebiegu ostrego zawału serca. Wtedy szybkie rozpoczęcie uciskania klatki piersiowej i defibrylacja pozwalają na przywrócenie rytmu serca i wyjście chorego do domu bez ubytków neurologicznych. Należy pamiętać, że nie do każdego takiego pacjenta pomoc dojdzie na czas i wielu z nich umrze - po wielu minutach migotanie komór zdegeneruje do asystolii albo dojdzie do nieodwracalnego uszkodzenia mózgu. Poniższy filmik pokazuje skuteczność czynności resuscytacyjnych w NZK wywołanej przez zawał serca: Czynności resuscytacyjne są najczęściej nieskuteczne, jeśli do zatrzymania krążenia doszło w wyniku urazu, hipoksji, przewlekłej niewydolności serca lub płuc, patologii ośrodkowego układu nerwowego. Jeśli powodem jest na przykład hipoksja to w momencie, w którym serce przestaje bić mózg jest już krytycznie niedotleniony i rozpoczyna się jego nieodwracalne uszkodzenie. Statystyki przeżycia w pozaszpitalnym zatrzymaniu krążenia są nieubłagane - nawet jeśli mamy do czynienia z zawałem serca i migotaniem komór przeżywa maksymalnie kilkanaście procent wszystkich pacjentów. Jeśli ofiara wypadku drogowego z zatrzymaniem krążenia nie ma zorganizowanego rytmu serca (czyli rytmu zatokowego) przy pierwszej ocenie to szansa na przeżycie wynosi 0 procent. Obserwując ewolucję wytycznych i trendów w resuscytacji można ze smutkiem stwierdzić, że w tej materii nie udało się dokonać żadnego spektakularnego przełomu na miarę wewnątrznaczyniowego leczenia ostrych zespołów wieńcowych albo zastosowania insuliny do leczenia cukrzycy. Podstawowe zasady są niezmienne od 70 lat i obejmują uciskanie klatki piersiowej, sztuczną wentylację i szybką defibrylację gdy jest to wskazane. Reszta to w zasadzie kosmetyka, na której skuteczność bądź szkodliwość nie ma jednoznacznych dowodów naukowych. Najlepszym dowodem są statystyki: w latach 70 XX wieku przeżywalność w pozaszpitalnym NZK wynosiła według różnych badań od kilku do kilkunastu procent. Obecnie nawet w najbogatszych krajach, ze sprawnymi procedurami i systemami ratownictwa przeżywalność nie przekracza 20%. Niestety świat zachłysnął się potencjałem czynności resuscytacyjnych. Filmy, seriale i książki pokazują niemal 100% skuteczność resuscytacji a poddawani jej bohaterowie po kilku minutach wstają cali, zdrowi i gotowi do akcji. To przekłada się na społeczne postrzeganie medycyny jako cudownej nauki zdolnej pomóc każdemu. Niepowodzenia w leczeniu i śmierć pacjentów są więc zwykle, w powszechnym mniemaniu, wynikiem zaniedbania lekarza. Mit resuscytacji a rzeczywistość. W szpitalu przebywa wielu ciężko chorych ludzi, dlatego nie jest zaskoczeniem, że bardzo często dochodzi tam do zatrzymania krążenia. Zdecydowana większość takich zdarzeń to naturalny przebieg choroby na którą cierpi pacjent. Czego spodziewać się jeśli do NZK dochodzi u dziewięćdziesięciolatki z ciężka niewydolnością serca i zapaleniem płuc? Albo NZK w przebiegu zatorowości płucnej u pacjenta lat 75 z zaawansowaną chorobą Alzheimera (który od wielu lat leży bez żadnego kontaktu)? W takich przypadkach podejmowanie czynności resuscytacyjnych nie tylko nie przyniesie żadnych korzyści pacjentowi, ale też może zostać uznane za uporczywą terapię. Niestety w Polsce nie ma żadnych przepisów chroniących lekarzy przed odpowiedzialnością za nie wdrożenie czynności resuscytacyjnych u wyżej wymienionych chorych. Co więcej, nie ma żadnych norm dotyczących woli pacjenta odnośnie uporczywej terapii (w krajach zachodnich funkcjonujących jako formularze DNR - "do not resuscitate" lub "testament życia"). W wielu przypadkach podejmowana jest tak zwana "resuscytacja dla prokuratora", czyli czynności, których celem jest nie przywrócenie czynności serca, lecz stworzenie wrażenia, że "zrobiło się wszystko". Najczęściej nie odbywa się zgodnie z ogólnie przyjętymi standardami, a jedynie dla pozorowania wykonania pewnych czynności. Personel w niej uczestniczący najczęściej ma tego pełną świadomość. W efekcie wielu śmiertelnie chorych ludzi, których stan nie rokuje poprawy jest resuscytowanych na macierzystych oddziałach i kwalifikowanych do leczenia w Oddziałach Intensywnej Terapii. Do OIT przyjmowani są nawet pacjenci w rozsianą choroba nowotworową. Zajmują oni miejsca dla chorych, którym intensywna terapia naprawdę może pomóc. Z moich doświadczeń wynika, że sprawnie prowadzone czynności resuscytacyjne są w stanie przywrócić pracę serca w większości przypadków zatrzymania krążenia. Tylko co z tego, skoro nie przekłada się to na późniejsze przeżycie i wyjście ze szpitala. Z danych z mojego szpitala wynika, że w ciągu ostatniego roku zmarło w nim około 1200 pacjentów. 750 z nich było resuscytowanych (niektórzy więcej niż raz). W 103 przypadkach resuscytacja na oddziale macierzystym zakończyła się przywróceniem czynności serca. Większość skutecznie zresuscytowanych pacjentów była następnie leczona w Oddziale Intensywnej Terapii. Tymczasem tylko 8 z tych osób przeżyło więcej jak miesiąc po NZK (pozostali zmarli w OIT). 5 osób przeżyło dłużej niż 3 miesiące. 3 osoby zostały wypisane ze szpitala. Tylko jedna osoba nie miała żadnych ubytków neurologicznych. Powyższa statystyka nie obejmuje pacjentów z pozaszpitalnym zatrzymaniem krążenia, którzy byli przywiezieni do naszego szpitala. To pokazuje rozbieżność pomiędzy propagandą "Wytycznych resuscytacji" a rzeczywistością. Moim zdaniem powinno się przede wszystkim diagnozować i skutecznie leczyć pacjentów, tak, aby zapobiegać wystąpieniu zatrzymania krążenia. Jeśli już takowe wystąpi podczas pobytu pacjenta w szpitalu to najczęściej jest wyrazem tak dużego zaburzenia homeostazy, że nawet intensywna terapia nie jest w stanie pomóc i chory mimo wszystko umrze.