LIBERMED - Książki medyczne i weterynaryjne wszystkich wydawców w jednym miejscu

Przeszukaj forum

Showing results for tags 'służba zdrowia w polsce'.



More search options

  • Search By Tags

    Wpisz tagi, oddzielając przecinkami.
  • Search By Author

Typ zawartości


Forum

  • MedFor.me
    • Dyskusja ogólna
    • Specjalizacja: Jaką wybierzesz?
    • Niezbędnik medyka (książki, konferencje, kursy, praktyki, oferty pracy)
    • Naukowo
    • Idę na medycynę
    • Fora lokalne
  • IZBA LEKARSKA
    • Medycyna Ogólna
    • Egzaminy
    • !!! Nowoczesna medycyna
    • Miejsca stażowe i specjalizacyjne
    • Wieści zza granicy
  • PO GODZINACH
    • Na każdy temat
    • MedHumor
    • Fora prywatne
    • MedFor.me - sprawy forum
  • CLUSTERS
    • News
    • Polinnovation
    • Clusters

Kategorie

  • News
  • Opinie i komentarze
  • Ze świata nauki
  • Wywiady
  • Reportaż
  • MED-Memories
  • Weekend For.me
  • Patronaty

Blogi

  • Oficjalny blog MedFor.me
  • Medicus Sapiens Semper Digitum in Ano Tenet
  • Naczelny Lekarz Trąbkowaty
  • Visca El Barça
  • Meoblog
  • Medycyna jest ciekawa
  • Ania18101Blog
  • Zabiegowcy
  • blogs_blog_11
  • blogs_blog_12
  • Dzienniczek przyszłego doktora.
  • Ratuj-z-nami
  • KotBlog
  • JMBlog
  • Breakfast at Tiffany's.
  • DanioJanioBlog
  • NarzedziaLekarza
  • see
  • aniamos - blog
  • vipomaBlog
  • Kawa
  • przyczynaBlog
  • Wino i Medycyna - In vino sanitas

Kategorie

  • Choroby wewnętrzne
  • Chirurgia
  • Pediatria
  • Ginekologia i położnictwo
  • Łacina
  • Inne
  • Redakcyjne

Kalendarze

  • Patronaty MedFor.me

Znaleziono 13 wyników

  1. Premier Mateusz Morawiecki dostał od koalicjantów do dyspozycji identyczny zestaw osób do współpracy. Wymiana premiera nie była okazją, by pozbyć się z Rządu skonfliktowanego ze środowiskami medycznymi Konstantego Radziwiłła. Praca w resorcie byłego członka Najwyższej Izby Lekarskiej była i będzie oceniana różnie, ale Radziwiłł ma jeszcze szanse na poprawę swego wizerunku. Oczekując na kolejnego ministra zdrowia, prawdopodobnie w styczniu 2018 możemy być pewni, że lekarza Radziwiłła zastąpi kolejny lekarz rekrutujący się bądź z szeregów partii, bądź też z kręgu nomen omen znajomych królika. Nie ma znaczenia, czy będzie to ideolog prof. Bogdan Chazan, zgrany polityk Bolesław Piecha czy kardiolog/generał/dyrektor Grzegorz Gielerak - nie są to ludzie, w których ambicją jest cywilizacyjny skok polskiej medycyny. Może w przyszłości premier zaskoczy nas nominacją typu Andrzej Sośnierz (rzadkie połączenie lekarza i dobrego menedżera) lub inna osoba znająca sie na zarządzaniu ochrona zdrowia, co nie zmienia faktu, że każdy narodowosocjalistyczny rząd koalicji KACZYŃSKI-Gowin-Ziobro będzie zapewne dalej pchał polską medycynę w kierunku Siemaszki, długów i ekspansji „bomisiów”. Życzymy nowemu ministrowi powodzenia, zdolności słuchania i siły przebicia u chimery premiera-ministra finansów-ministra rozwoju w jednym. Mateusz Malik, lekarz
  2. Dnia 5.12.2017 w kancelarii Sejmu RP złożono podpisy pod obywatelskim projektem ustawy która gwarantuje wzrost publicznych nakładów na ochronę zdrowia do poziomu nie niższego niż 6,8% PKB - informacje o ustawie. Skrócenie okresu zbiórki podyktowane było dynamiką pracy nad projektem rządowym (zobacz tutaj), który wzrost do raptem 6% (poziomu dawno przekroczonego przez większość krajów unijnych) zakłada dopiero w roku 2025. Tak wolne tempo zwiększania nakładów oraz niedostateczny poziom docelowy nie koresponduje z powagą takich problemów, jak niekorzystne zmiany demograficznie czy bardzo wysoki poziom zadłużenia placówek ochrony zdrowia, który nierzadko wymusza zadłużanie się w parabankach. Pomimo zdecydowanie krótszego czasu zbiórki medykom bez problemu udało się przekroczyć barierę 100 tysięcy podpisów (zebrano blisko 157,5 tysiąca podpisów poparcia). Tak szybka zbiórka była możliwa dzięki wysokiemu poparciu społecznemu dla proponowanego kierunku zmian. Polacy są świadomi, że pomimo wysokiej efektywności polskiej ochrony zdrowia (o czym świadczy np. współczynnik bloomberg healthcare efficiency index) czynnikiem limitującym są rażąco niskie nakłady, w myśl znanego powiedzenia: "Z pustego i Salomon nie naleje". hypersonic
  3. Na prośbę redakcji MedFor.me News ostatnie wydarzenia w obszarze ochrony zdrowia, dialogu społecznego i rynku pracy skomentowała dla nas pani Henryka Bochniarz, doktor nauk ekonomicznych, prezydent Konfederacji Lewiatan, była minister przemysłu i do niedawna przewodnicząca Rady Dialogu Społecznego z ramienia strony pracodawców. MedFor.me: Rada Dialogu Społecznego ma już 2 lata i czas na rządowe przewodnictwo w dialogu społecznym. Jak ocenia Pani miniony rok funkcjonowania Rady? Trzy największe sukcesy. Henryka Bochniarz: RDS w obecnej formule instytucjonalnie dostosował się do konieczności zwiększenia zaangażowania i odpowiedzialności partnerów społecznych (np. poprzez rotacyjne przewodnictwo), a jednocześnie wyrównał szanse na równe traktowanie ze stroną rządową. Niestety, dialog wciąż nie zawsze jest traktowany w kategoriach wartości, a czasami wręcz jako przeszkoda. Jest też często pomijany w konsultacjach projektów legislacyjnych poprzez nadużywanie ścieżki poselskiej. Rok temu obejmując przewodnictwo deklarowałam, że jestem zwolenniczką dialogu i po roku przewodniczenia RDS dalej uważam, że jest on kluczowy dla poprawy jakości stanowienia prawa, choć bywa frustrujący. Efekty często są niewspółmierne do włożonego czasu i wysiłku. Po roku przewodniczenia, mimo przeświadczenia o wadze dialogu, chętnie przekazałam przewodnictwo minister Elżbiecie Rafalskiej, ponieważ obecnie prowadzenie dialogu to praca u podstaw. To na pewno uczy pokory, ale i odpowiedzialności w postawach, bo dziś niektórzy niezwykle lekko niweczą, czasem ogromny wysiłek. W kilku kluczowych sprawach, jak: sposób przyjęcia ustawy budżetowej na 2017 r., czy kontrowersyjne propozycje zmiany w sądach, udało się porozumieć wszystkim partnerom oprócz Solidarności, która głośno oponowała. Podobnie było z próbami wystąpienia z wnioskiem o wysłuchanie publiczne np. w sprawie ochrony zdrowia. Ogromną przeszkodą w dialogu był też brak czasu i możliwości przerobowych. Natomiast udało się porozumieć w kwestii np. wynagrodzeń minimalnych, dokonać przeglądu istniejących rozwiązań i przygotować nową ustawę o radzie dialogu, która została złożona na ręce pana prezydenta i czeka na dalsze kroki. Udało się też wprowadzić koncepcję dialogu społecznego do szerszej świadomości społecznej i spopularyzować działalność RDS oraz - przede wszystkim - usprawnić funkcjonowanie i finansowanie wojewódzkich rad dialogu społecznego, co było wynikiem moich odwiedzin i rozmów w niemal wszystkich województwach. Przed nami kolejny rok pracy nad rozwijaniem dialogu społecznego. To zadanie trudne, ale konieczne, bo dialog jest wartością samą w sobie. Bez rozmowy nie ma szans na porozumienie. Przejęcie przewodnictwa przez rząd będzie prawdziwym testem na podejście rządzących do dialogu. Lekarze rezydenci 30.11.2017 zakończyli protest głodowy, którego postulatem był systematyczny wzrost nakładów na ochronę zdrowia w Polsce do co najmniej 6,8% PKB w ciągu 3 lat. Postulat nie został zrealizowany, a rząd zapowiedział wzrost nakładów do 6% PKB w perspektywie 8 lat, co nie jest do zaakceptowania przez Porozumienie Zawodów Medycznych, które w czasie protestu wypowiadało się w imieniu pracowników sektora zdrowia, ale też w imieniu pacjentów. Obecnie protest całego środowiska medycznego ma przyjąć formę "normalizacji czasu pracy" - powrót do zasad pracy zgodnych z Kodeksem Pracy tj. maksymalnie 48 godzin tygodniowo i zgodnie z zasadą 1 lekarz=1 etat, co w dużym stopniu zdezorganizuje pracę placówek ochrony zdrowia i obnaży niedobory kadrowe, a pośrednio uderzy w pracodawców ochrony zdrowia. Prawdą jest, że protestujący zmienili formułę strajku na mniej zagrażającą ich życiu, ale nie zmienili postanowienia co do tego, że dalej będą walczyć o realizację swoich postulatów. Miesięczny radykalny protest głodowy był wycieńczający dla ich organizmów, a nie przyniósł oczekiwanych rezultatów poza faktycznym wprowadzeniem problematyki do dyskursu publicznego. Wydaje mi się, że forma pracy zgodnej z Kodeksem Pracy dokładnie wskaże wyraźne braki na rynku. I, tak jak Konfederacja Lewiatan od dłuższego czasu wskazuje, to nie sieć szpitali czy inne niekonwencjonalne lub wręcz egzotyczne pomysły będą gwoździem do trumny systemu opieki zdrowotnej, ale właśnie braki kadrowe wśród lekarzy i pielęgniarek. Po zakończeniu protestu głodowego weszło w życie rozporządzenie Ministra Zdrowia K. Radziwiłła interpretujące "Tzw. Ustawę o minimalnych płacach w ochronie zdrowa" na korzyść lekarzy rezydentów, choć w stopniu wciąż niezadowalającym strony pracowników. Poza podwyżką o średnio ok. 450 zł brutto dla już pracujących lekarzy rezydentów i o 1200 zł brutto dla deficytowych specjalizacji, które rozpoczną pracę od przyszłego roku w rozporządzeniu znalazł się zapis, który przenosi ciężar finansowania rezydentur ze środków Funduszu Pracy na budżet państwa w ciągu 2 lat. Warto sobie na początek uświadomić, że rozporządzenie wydano zupełnie arbitralnie, wbrew protestującym i bez jakichkolwiek form dialogu czy konsultacji społecznych. W zakresie źródła finansowania, od początku wraz z innymi partnerami społecznymi reprezentowanymi w Radzie Dialogu Społecznego wskazywaliśmy, że jest to kuriozalny pomysł. Fundusz pracy powstał w zupełnie innym celu i środki w nim zgromadzone nie powinny być przeznaczane na kształcenie. To z resztą miało być jednorazowe działanie. Mam nadzieje, że tym razem tak właśnie będzie. *** Polecamy także lekturę wywiadu z Henryką Bochniarz: "Personel szpitali to współcześni siłacze i siłaczki. Cały system jest przeciwko nim, a oni próbują pomóc pacjentom"
  4. "Nie szarpiemy się o dodatkową dychę do pensji. To nie jest protest części środowiska medycznego. To powinien być protest wszystkich Polaków. O to, by miał ich kto leczyć". 9.10.2017 - Dzień 8 W Sejmie zwołano specjalne posiedzenie Komisji Zdrowia. Władysław Kosiniak-Kamysz, prezes PSL, który z wykształcenia także jest lekarzem ganił rządzących: „Wygraliście wybory, bierzecie 100% odpowiedzialności. Przyszli do was ludzie zdesperowani, którzy poświęcili swoje urlopy wypoczynkowe. Upominają się nie tylko o własne zarobki”. W obecności przedstawicieli lekarzy rezydentów głos zabierali inni politycy, w tym minister zdrowia. Podkreślał, że roku 2017 na ochronę zdrowia w Polsce rząd przeznaczy ponad 4,7% PKB. Na zarzut wiceprzewodniczącego Porozumienia Rezydentów OZZL J. Bilińskiego, że po rządowych reformach wydłużają się kolejki w służbie zdrowia K. Radziwiłł odpowiedział, że niektóre się nie zmniejszają, a inne owszem. Zdaniem szefa resortu zdrowia liczba lekarzy w Polsce rośnie. To powtarzane w mediach i na posiedzeniu zdanie wzbudza wciąż w świadomych lekarzach zdumienie i śmiech. Tym większe, że to Radziwiłł zarzucał mediom kreowanie wirtualnej rzeczywistości oderwanej od tego, co w służbie zdrowia się dzieje. W trakcie przemówienia ministra zdrowia zemdlała lek. K. Pikulska, będąca jedną z głodujących, o której Polska miała jeszcze usłyszeć… (o czym w kolejnych odcinkach). Lekarze rezydenci mówią, że ich głodówkę mogłoby zakończyć spotkanie z premier Beatą Szydło. Tymczasem do protestu odniosła się sama premier i podkreśliła: „Do porozumienia dochodzi wtedy, kiedy obydwie strony chcą porozumienia, więc myślę, że ten dialog zakończy się sukcesem. Po specjalnym posiedzeniu sejmowej Komisji Zdrowia, dotyczącemu protestowi młodych lekarzy, na środę zaplanowano nadzwyczajne posiedzenie Rady Dialogu Społecznego, które w całości ma być poświęcone problemom służby zdrowia. Wieczorem doszło do kolejnego spotkania protestujących rezydentów z ministrem zdrowia, ale strony rozeszły się bez porozumienia. Wartym podkreślenia jest sposób, w jaki całe wydarzenie komentowały media publiczne. Administratorzy serwisu TVP Info usunęli znaczną część wpisów popierających postulaty rezydentów i uniemożliwili użytkownikom komentowanie tekstów blokując ich konta. Po tygodniowym milczeniu materiał przygotowały też Wiadomości TVP1 - publiczny program informacyjny o najwyższej oglądalności. W programie zaprezentowano urywki z posiedzenia Sejmowej Komisji Zdrowia, wypowiedź dwóch osób z Ministerstwa Zdrowia, a w żaden adekwatny sposób nie pokazano motywów lekarzy. A są one ekstremalnie proste. Anonimowo, jeden z młodych lekarzy powiedział o nich: „Nie szarpiemy się o dodatkową dychę do pensji. To nie jest protest części środowiska medycznego. To powinien być protest wszystkich Polaków. O to, by miał ich kto leczyć. O to, by ich lekarz nie był na skraju wycieńczenia. O to, by ich lekarz problemów i frustracji z pracy nie musiał zapijać. O to, by byli leczeni przez dobrze wykształconych specjalistów. Mało kto to rozumie”. Mateusz Malik, lekarz, FOTO: Wprost Wszystkie artykuły z cyklu znajdziesz TUTAJ
  5. Minęło już trochę czasu od pojawienia się słynnego Botoksu, "fenomenalnego" filmu o polskiej służbie zdrowia, głośno rozreklamowanego dzieła. Opadły już emocje, ucichły komentarze, wszyscy, co mieli pokrzyczeć, to pokrzyczeli. Ale w tym wszystkim brakuje mi stwierdzenia, dlaczego ten film jest tak źle odbierany. I ja to wytłumaczę. Nie będę absolutnie zagłębiać się w analizowanie filmu jako takiego, bo się na tym nie znam. Nie jestem ani humanistą, ani filmoznawcą, ani krytykiem filmowym. Mogę jedynie powiedzieć, że coś mi się podoba lub nie. Argumentacja w tej kwestii też może być dość pierwotna. Ale mogę wypowiedzieć się o kwestii medycznej. I o tym powiem głośno i dosadnie. Już na dzień dobry uważam, że jeżeli ktoś chce robić film o medycynie to powinien zwrócić się o pomoc i konsultacje do osób z branży. To jedynie takie osoby mogą zweryfikować czy przedstawiamy prawdę czy wymyślamy (jak to jest w wielu innych produkcjach). Tym, co najbardziej budzi moją złość (a myślę ze i całego środowiska medycznego), jest fakt, że prezentuje kłamstwa, coś, co nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Podobno gdy aktorzy mają zagrać wielką postać, to czytają o tej osobie. Jeśli przygotowują się do roli policjanta to idą nauczyć się strzelać na strzelnicy. A jak lekarza... W Polsce powstał jeden dobry film o medycynie: Bogowie. Ale tam twórcy byli przygotowani od początku do końca. Aktorzy czerpali wiedzę od lekarzy. Wielki profesor Religa i jego postać była przestudiowana na wszelkie sposoby tak, aby pokazać o nim prawdę: jasne i ciemne strony. Jednym z głównych konsultantów był profesor Marian Zembala - lekarz oraz przyjaciel profesora Religi. Przekazał nie tylko historię człowieka, ale przede wszystkim pokazał jak medycyna wygląda. Na przykład to, jak zakłada się sterylnie rękawiczki, jak wygląda sprzęt, resuscytacja itd. A dla mnie film o medycynie musi zawierać tego typu podstawowe elementy, które sprawiają, że ten film staje się autentyczny. Wtedy skupiamy się na historii, którą autor chce pokazać, a nie drażni nas udawanie i próba aktorska. Tego właśnie zabrakło i przez to film staje się kompletnie nie warty obejrzenia. Przechodząc do meritum: Od lat rażące jest dla mnie pokazywanie defibrylacji w telewizji. Mamy tak ogromny problem z nauczaniem polskiego społeczeństwa prawidłowej resuscytacji, a pokazując filmowe wyobrażenia reżysera pokazujemy kolejne nieprawdziwe stereotypy. Od kiedy łyżki defibrylatora trzemy o siebie?! To nie tylko błąd, ale niebezpieczeństwo najwyżej kategorii! Skandal! Po tak nieprofesjonalnym zachowaniu nie pokazałbym się na mieście. To bzdura w stylu Jamesa Bonda w Casino Royale. Tam samemu się zdefibrylował. Kolejna sprawa - podanie haloperidolu. Głośno pada komenda, że podaje się taki lek, po czym dosłownie w sekundę pacjent „odpada”. Rozumiem jakby podali propofol. Ale haloperidol i jeśli się nie mylę to dawka 3 mg. Wystarczy sięgnąć do ulotki tego leku i już wiemy, że mamy do czynienia z jakąś głupotą. A może twórcy filmu zażywali ten lek na uspokojenie przy swojej wzajemnie nakręcanej ekscytacji przy tworzeniu tego… ekmh... filmu? Ogromnie przykre i ze strony twórców paskudne jest pokazanie ratowników medycznych jako niedouczonych, pijanych patoli z osiedlowej ławki. Dzisiejsze polskie Ratownictwo Medyczne uchodzi za jedno z najlepszych w Europie. Mamy świetnie wyszkolonych ludzi, którzy skończyli studia, mają wiedzę i doświadczenie. Wszystko, co dzieje się w karetce jest możliwe do zweryfikowania. Nie ma po prostu takiej możliwości, aby pijana osoba przyszła na dyżur. Już nawet kolega kolegę zgłosi w tej sprawie, bo jest to karalne, ale jest to też zagrożenie dla innych członków zespołu oraz dla całej społeczności medycznej. Pojedyncze marginalne przypadki mogą się zdarzyć, ale taki proceder kończy się zawsze wyrzuceniem z pracy i ciężkimi konsekwencjami. Pokazanie ratowników jako bydła jest dla mnie totalną obrazą. Wszak ratownicy wywalczyli wreszcie, że Polacy ich zauważają, że zawód ten cieszy się coraz większym szacunkiem, że w karetce nie musi jechać wyłącznie lekarz, bo ratownik ma odpowiednią wiedzę. I tu kolejne niedopatrzenia w filmie: karetka "S" wymaga, aby jechał w niej lekarz, a w filmie go nie było. A na plecach owego "ratownika medycznego" widniał napis ratownik, co oznacza, że osoba jest po kursie Kwalifikowanej pierwszej pomocy, a nie jest ratownikiem medycznym! A to nie zezwala na bycie członkiem zespołu karetki pogotowia. Uderzono w ratowników. Uderzono też w farmaceutów. Od kiedy ogolonego osiłka można ubrać w fartuch i postawić za apteczną ladą? Wystarczy przeczytać nawet na Wikipedii informacje, kim jest farmaceuta i kto może sprzedawać w aptece. Bajka. Ale najbardziej odrażające i podłe zagranie związane jest z zachowaniem lekarzy i tematem aborcji. Twórcy filmu idealnie przybili piątkę z tymi, którzy chcą zlikwidować aborcję raz na zawsze. Obrazy noworodków czy to płodów na metalowej tacy i oczekiwanie na ich śmierć? Myślę, że każdy logicznie myślący człowiek zdaje sobie sprawę z głupoty i ogromnej perfidii autora. Słowa: "Muszę złamać barki Pani dziecku…" (mowa tu o dystancji barkowej podczas porodu), to tak, jakby powiedzieć: "Muszę uderzyć panią siekierą w głowę, bo nic innego nie pomoże". Przysięgam, ale nie wiem jak ktoś wymyślił taki scenariusz. Choćby nawet w kontekście historii medycyny nie wiem, jak można łamać barki dziecku? Dramat. Tu kolejne dziwne niedopatrzenie. Owa pani ginekolog najpierw gra podłego lekarza, który łamie barki, grozi odrąbaniem głowy dziecka, patrzy na martwe płody, a potem przechodzi przemianę i nie chce więcej tego robić i jest nagle dobrym lekarzem? To cóż takiego się jej stało? Lekarze są, jacy są. (No może poza profesorem Chazanem - przyp. red.). To są ludzie. Mogą być mili lub nie. Mogą być grzeczni dla pacjenta lub nie. Ale nikt przy zdrowych zmysłach nie odważyłby się powiedzieć do matki: "Masz martwy płód, ale potrzymaj go jeszcze z tydzień”. To są tak delikatne tematy, że nikt nie jest takim zwyrolem, na jakiego Botoks kreuje polskiego lekarza. Podsumowując. Czy ten film zaszkodził polskiej służbie zdrowia? Myślę, że nie. Myślę, że ludzie, którzy mają mózg i umieją odróżnić białe od czarnego rozumieją, jaki ten film jest głupi. Tam nie ma ani spójnej historii, ani wątku głównego. Obraz medycyny jest fikcją, totalnie oderwaną od rzeczywistości. Widzowie wychodzili z kina podczas filmu. To chyba pokazuje, że nie lubimy jak wciska nam się kit i jeszcze mówi, że jest dobry. Oczywiście różnego rodzaju kłamstw i dziwnych historii było o wiele więcej. Ale szkoda o nich mówić tak samo, jak szkoda iść do kina. Przykro mi, że aktorzy, którzy mają swoistą markę i dobrą opinię dali się wkręcić w coś takiego. Zagrali w bajce science-fiction próbującej udawać polski szpital. Reżyser powiedział, że to będzie jego najmocniejszy film. Myślę, że najmocniej to odbiją mu się czkawką opinie o tym filmie. A jedyną naprawą wizerunku byłoby chyba przekazanie całej kwoty, którą film zarobił na jakiś dobry cel, np. na leczenie psychiatryczne w Polsce. Temat niezwykle zapomniany, a po tej ekranizacji chętnych do intensywnego leczenia na pewno jest więcej... Jak ktoś chce pokazać lek to niech o nim poczyta, procedurę medyczną to niech ją zobaczy albo choć zapyta jak. Polacy etap "Na dobre i na złe" już przerobili. Skąd autorzy brali pomysły na te sceny? Bujna wyobraźnia? Medycyna polska połowy XIX wieku? Może część historii znajdzie odzwierciedlenie w dawnej medycynie sprzed laty, ale nie dziś. Łukasz Surówka Zobacz też: Gdzie się zaszył John Rambo? czyli radosna medycyna z kina
  6. Protest jest efektem braku reakcji rządzącej klasy politycznej na ponaddwuletnią akcję informacyjną i notoryczne ignorowanie postulatów całego środowiska medycznego. Dziś z młodymi lekarzami w Szpitalu w Warszawie jest niemal cala medyczna Polska, a słowa poparcia płyną od pacjentów. To pierwszy w historii III RP protest, w którym ktoś głośno upomniał się o prawa polskich pacjentów! 2.10.2017 - Dzień 1 O godzinie 13.00 w hallu Samodzielnego Publicznego Dziecięcego Szpitala Klinicznego przy ul. Żwirki i Wigury 63a oficjalnie rozpoczyna się protest głodowy. Grupa dwudziestu-kilku lekarzy specjalizantów odmawia sobie posiłków, spożywając wyłącznie wodę i elektrolity, aby zwrócić uwagę na fatalny stan ochrony zdrowia w Polsce i 5 podstawowych postulatów środowiska: W przededniu zapowiadanej akcji protestacyjnej na stronach rządowych ukazał się ministerialny projekt rozporządzenia, które ma uregulować dla lekarzy rezydentów wejście w życie rządowej ustawy o sposobie ustalania najniższego wynagrodzenia zasadniczego pracowników wykonujących zawody medyczne zatrudnionych w podmiotach leczniczych podpisanej przez Prezydenta Dudę w lipcu br. W projekcie oprócz stopniowego zróżnicowanego wzrostu wynagrodzeń zaproponowano też specjalne dodatki do pensji (1200zł) dla tych rezydentów, którzy rozpoczną specjalizację w 6 specjalnościach deficytowych od jesieni 2017 roku. Dodatki dla dziedzin szczególnie ważnych dla państwa nie są niczym nowym, ale propozycja spowodowała falę oburzenia, gdyż jest próbą drastycznego zróżnicowania wynagrodzeń lekarzy wykonujących te same zadania w identycznych dziedzinach, ale zaczęli pracę rok, dwa lub kilka lat wcześniej. Propozycję odebrano jako próbę skonfliktowania środowiska. Samą głodówkę poprzedziły i towarzyszą jej akcje poparcia takie jak: „Niech poleje się krew” - akcja oddawania krwi w regionalnych punktach krwiodawstwa w miastach w całej Polsce (nie tylko wojewódzkich), aby wesprzeć głodujących i napełnić banki krwi. (#ProtestMedyków, #GłódKrwi, #glodkrwi). Wiele spośród czekolad, które otrzymują krwiodawcy przekazano dzieciom z oddziałów pediatrycznych. Akcja oddawania włosów na peruki dla pacjentów nowotworowych będących pod opieką fundacji Rak&Roll. Wzięcie urlopu na żądanie. Branie dnia wolnego na opiekę nad dzieckiem. Założenie do pracy specjalnej koszulki „Popieram Protest Głodowy Lekarz”. Już na samym początku uzyskano poparcie: Kolegium Lekarzy Rodzinnych w Polsce, J.M. Rektora Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego, wielu lekarzy specjalistów, stażyści oraz studenci medycyny Głodówka spotkała się z niezrozumieniem ze strony Ministra Zdrowia Konstantego Radziwiłła, który stwierdził na konferencji prasowej (na temat sieci szpitali), że jest to forma protestu nieadekwatna do sytuacji oraz ocenił akcję honorowego krwiodawstwa jako nadużycie. Znamienne, że już pierwszego dnia do kierowników zakładów pracy zatrudniających lekarzy rezydentów skierowano na żądanie MZ pilne pisma z Urzędów Wojewódzkich, aby o raportowano przypadki wystąpienia zakłóceń (np. masowa absencja) w funkcjonowaniu podmiotów leczniczych wraz z ich opisem… Stosunek pracodawców do akcji można określić jako pozytywnie neutralny. Niedobory kadrowe, pomimo, że w wielu miejscach Polski odczuwalne nie spotkały się z radykalnymi reakcjami dyrekcji szpitali i ordynatorów, choć zdarzały się również niechlubne wyjątki. Ogólnopolskie i lokalne media oraz liczni niezależni dziennikarze postulaty młodych lekarzy znają już od ponad roku. O samych lekarzach rezydentach, ich problemach, manifestacji w Warszawie w 2016 roku i propozycjach zmian pisały już wielokrotnie dzienniki, tygodniki, informowały telewizje i stacje radiowe oraz portale informacyjne. Przedstawiciele Porozumienia Rezydentów OZZL dołożyli od jesieni 2015 roku wszelkich starań, by w sposób merytoryczny, wyczerpujący powiadomić społeczeństwo i polityków wszystkich ugrupowań parlamentarnych i pozaparlamentarnych o trudnej sytuacji w ochronie zdrowia. Przedstawiciele rezydentów znaleźli po pracy czas, by dotrzeć zarówno do mediów mainstreamowych, jak i niezależnych; do programów publicystycznych wiązanych zarówno z prawicą, lewicą, jak i centrowych; do prasy branżowej i… brukowej. Ta otwartość i apolityczność zaowocowała dużym zainteresowaniem akcją protestacyjną w środkach masowego przekazu. Oczywiście znalazły się stacje telewizyjne i portale, które ostentacyjnie pominęły temat, nie wspominając o zdarzeniach w swoich serwisach (media publiczne). Młodzi lekarze przypomnieli, że w latach 2009-2015 Rumunia straciła połowę swoich lekarzy. Wyjechali. Podobna sytuacja groziła Czechom. Jednak tamtejsi lekarze przemalowali ambulans na karawan z napisem: "My wyjeżdżamy, wy umieracie". Zadziałało - czeski rząd podniósł im płace, poprawił warunki pracy i kształcenia, a doktorzy przestali wyjeżdżać. Mateusz Malik, lekarz
  7. Jak mogliście przeczytać z powodu stale utrzymującego się lekceważenia przez Rząd problemów polskiej ochrony zdrowia dnia 02.10.2017 Porozumienie Rezydentów OZZL przy oficjalnym wsparciu Porozumienia Zawodów Medycznych rozpoczęło protest głodowy. W Samodzielnym Publicznym Dziecięcym Szpitalu Klinicznym (SPDSK) w Warszawie bohaterska grupa kilkudziesięciu medyków różnych profesji rozpoczęła desperacką walkę o dobro Polskiej ochrony zdrowia. Przypominamy iż głodują oni w imię pięciu głównych postulatów, którymi są: Pierwotną grupę uczestników musiało opuścić (miedzy innymi z powodów zdrowotnych) już kilka osób, jednak wciąż do akcji dołączają się kolejne osoby. Pomimo upływu ponad pięciu dni na horyzoncie nie widać przełomu, gdyż wszelkie próby negocjacji pozostają bezowocne. Wszystkich którzy zgadzają się z powyższymi postulatami zapraszamy by pojawić się na pikiecie która odbędzie się pod Ministerstwem Zdrowia (Warszawa ul. Miodowa) dnia 07.10.2017r o godzinie 15:00 Poniżej kilka fotografii z czwartego dnia głodówki: Autor fotografii: M. Latek
  8. Przekazujemy stanowisko i postulaty młodych lekarzy z Porozumienia Rezydentów OZZL w związku z rozpoczynającą się akcją protestacyjną: Jako redakcja portalu MedFor.me popieramy postulaty młodych lekarzy i zapewniamy regularne relacje z protestu na naszych łamach. Mateusz Malik, lekarz, redaktor naczelny MedFor.me
  9. Odbyłem rozmowę z pielęgniarką, która pracuje w dużym oddziale polskiego szpitala. Z jednej strony, zakochana w zawodzie, podkreśla, że nie wyobraża sobie innej pracy, z drugiej strony sfrustrowana, wciąż zapracowana i wiecznie niedoceniona. To słowa kobiety, która nie krzyczy na manifestacjach, nie woła, że jest biedna. To osoba, która pracuje od rana do nocy i dalej potrafi być miła dla pacjentów, dalej nie zgubiła się w systemie podłej biurokracji i medycznego pesymizmu. Łukasz Surówka: Dlaczego została Pani pielęgniarką? Ponad 20 lat temu kiedy miałam, powiedzmy, wybrać zawód, nie było takich możliwości jak dzisiaj. Nie każdy mógł być lekarzem, prawnikiem czy architektem. Wtedy doceniane były zawody klasy średniej: robotnik, ślusarz, pielęgniarka. Moja mama pracowała jako pielęgniarka i wtedy wydawało mi się, że jest to najlepsza praca na świecie. Bo ona była kimś. Dobrze zarabiała jak na tamte czasy, była szanowana przez wszystkich dookoła, miała wyrobiony status społeczny. I tak w mojej głowie zrodził się pomysł, że to odpowiednia dla mnie praca. Że ja też muszę być pielęgniarką. I tak poszłam do liceum medycznego i zostałam pigułą. Dzisiaj Pani żałuje? I tak i nie. Kocham swoją pracę, kocham kiedy pacjenci się uśmiechają, kocham z nimi żartować. Wciąż po tylu latach pracy słyszę komplementy jaka to cudowna siostrzyczka, albo "ooo, znowu nasza kochana Pani pielęgniarka przyszła na dyżur". To są te chwile, dla których warto wykonywać ten zawód. Ale to jak zaczynałam pracę i jak nas traktowano a jak to wygląda obecnie - to jest dramat. Jeden wielki przewrót o 180 stopni. I żałuję, bo przez to moja praca już nie daje mi tyle satysfakcji, co dawniej. Siedzimy z koleżankami w dyżurce i wciąż między sobą narzekamy i wspominamy jak było kiedyś. Mówi się, że kiedyś było lepiej. I czasami ja tak sobie myślę, że było lepiej. Ale szczerze nie żałuję, bo to najlepsza praca na świecie i mimo, tego co w naszym zawodzie się podziało, nadal chętnie przychodzę na dyżur. A co takiego się podziało? Przede wszystkim zmienił się stosunek pacjentów do personelu. Teraz każdy wymaga i żąda. Szacunek to słowo obce. Jak pracowałam w SOR-ze, wiele razy usłyszałam okropne epitety: jaka to jestem zła, wredna, podła, brzydka, okropna itd. Pacjenci nas wyzywają, potrafią uderzyć, opluć. Ile już razy zdarzyły się groźby sądem i konsekwencjami prawnymi. Teraz pacjenci są niesamowicie roszczeniowi. I z jednej strony zgadzam się z tym, że należy walczyć o swoje i jeżeli doszło faktycznie do poważnego zaniedbania to należy ponieść konsekwencje. Ale jeżeli pacjenci stale traktują personel medyczny (i to nie tylko pielęgniarki, ale lekarzy, ratowników medycznych...) jak łapówkarzy, alkoholików i tych, co to nie wiadomo ile zarabiają, to nigdy nie będę mieć do nas szacunku. Teraz naprawdę rzadko się słyszy, aby ktoś podziękował, aby powiedział komplement czy ot tak zagadał o czymś miłym. Teraz częściej się słyszy tekst w stylu "tylko ostrożnie, bo ostatnio taka pielęgniarka na wylot przebiła mi żyłę. Pewnie teraz biedna ma sprawę sądową z tego powodu". Ale wina też jest w środowisku. Bo dawniej relacja z lekarzami była inna. Byliśmy partnerami. Teraz najczęściej służymy do wykonywania ich poleceń. Oczywiście nie zawsze tak jest. Wszystko zależy od miejsca pracy. Mieliśmy kiedyś ordynatora, który nie reagował nawet na dzień dobry. Gdy odchodził z pracy nawet się nie pożegnał. A gdy pracowałam w gabinecie z pewnym lekarzem ortopedą to praca szła jak po maśle. Żartowaliśmy, razem piliśmy kawę, każdy zawsze coś przyniósł słodkiego. Tak można pracować - dogadywać się, być partnerami, traktować się tak samo. Wiadomo, że ja jestem od wykonywania zleceń lekarza, i jak on coś powie to ja to muszę zrobić, ale tu znowu chodzi o ten szacunek. Czyli gdyby nie utrata szacunku to wszystko byłoby jak dawniej? To jest największy problem? Szacunek przede wszystkim. Ale to zmieniły się czasy. Teraz każdy biega za pieniędzmi, za swoim dobrem, nikt nie patrzy na drugą osobę. A my pielęgniarki wciąż musimy myśleć o drugiej osobie - o naszym pacjencie. Te nowe czasy zmieniły cale społeczeństwo, zatem nas, w medycynie też nie mogło to ominąć. Ludzie wylewają swoje frustracje na nas. No bo na kim innym? Przecież nie pójdą do sejmu mówić, że kolejka do endokrynologa jest ogromna, że w SOR-ze czeka się kilka godzin. To nie politykom będą pluć w twarz, tylko nam. I to też fakt, że pielęgniarka znaczy dużo mniej. Bo do pana doktora już z większym respektem podchodzą. No ale do tego dochodzi też ten status społeczny. No bo dawniej inaczej zarabiałyśmy, a teraz... No właśnie - jak to jest z tymi zarobkami. Teraz niedawno była podwyżka 400zł. Średnia krajowa wyliczana jest na około 3000 zł miesięcznie dla pielęgniarek. A jak jest w rzeczywistości? No tak. 400 zł było. Tylko nikt nie mówi, że jest to kwota brutto, zatem na rękę jakieś 240 zł. Nikt też nie mówi, że jest to dodatek. Nie liczy się do emerytury ani niczego. W każdej chwili może być zabrany i nikt o tym nawet nie wspomni. A te śmieszne 3000 zł to niby gdzie? Bo proszę Pana ja zarabiam 2000 zł brutto. Nie wierzy Pan? Mogą pokazać mój kwitek. Bo te średnie miesięczne są wyliczane przez sumę mojej pensji, ale też pensji Pani szanownej pielęgniarki, która pracuje na wysokim stanowisku i ma uposażenie po 5000-8000 zł zatem średnia zawszy wyjdzie wysoka i wszyscy będą mówić, że przecież my dużo zarabiamy, to czemu wiecznie płaczemy. Z tym, że my pracujemy za takie pieniądze, bo mały szpital, a 30 km dalej w większym szpitalu stawki są już 2500 zł. Więc mam tą samą wiedzę, to samo wykształcenie, a mieszkam w mniejszej miejscowości, to mam zarabiać mniej? Praca taka sama. A rzeczywistość? Mamy ogromny oddział. Ponad 40 łóżek. A nocki potrafimy obstawiać we dwie. Bo nie ma kto pracować. To musimy się na to zgadzać. Oczywiście w nocy nie ma sanitariuszki zatem jedziemy nie tylko z zabiegami, lekami, kroplówkami, dokumentami itd. Ale także musimy wszystkich pacjentów przebrać, zmienić pampersy, zmienić pościel. W ciągu dnia jest różnie: czasem 3, czasem 5 pielęgniarek na dyżurze. Dodatkowych dyżurów nie ma, bo dyrektor nie ma pieniędzy. Więc pracujemy w pocie czoła. Bo to oddział trudny. Internistyczny. Mamy wszystkie przypadki. Na chirurgii zrobią zabieg, a jak komuś cukier skoczy, to spychają go do nas, w celu ustabilizowania i diagnostyki więc mamy również pacjentów ze świeżymi ranami pooperacyjnymi. Pacjent z bólem w klatce po zabiegu na ortopedii też do nas. No to mamy pacjentów z wyciągami ortopedycznymi. Przychodzą święta, to oddział pełen staruszków robiących pod siebie, bo rodzina chce spędzić święta na nartach. I tak od rana do nocy. A na takim oddziale dermatologii czy okulistyki to nawet jak są 2 pielęgniarki na 40 chorych, to pracy mają zdecydowanie mniej. A pensja ta sama. Takie są realia. Sprawiedliwości nie ma. SOR i oddział anestezjologii ma więcej. Bo to te specjalne oddziały. Nasz już nie. A zbieramy wszystko. A czemu nie ma nikogo do pracy? Przecież stale otwierają się nowe prywatne uczelnie kształcące pielęgniarki, na publicznych jest po kilkaset miejsc co roku. Tylko, że te pielęgniarki, które teraz kończą szkoły i mają tytuł magistra, to niestety na tym się kończy. Nie znają realiów pracy. Nie wiedzą, że czeka je ciężka harówka. Myślą, że założą piękny fartuszek i będę pisać dokumenty. Że sanitariusz zrobi wszystko, co brudne i z pacjentem. Ale tak nie jest. Przychodzą do nas na praktyki czy staże. I co? Przerażenie i strach w oczach. Nie umieją dotknąć pacjenta, nie wiedzą za co się zabrać. One by tylko zastrzyki robiły. A to akurat najmniejszy problem. Ale dźwigaj pacjenta 150 kg na tomografię, potem zmień mu pampersa. Każdy dzień pracujemy w gównie. I to należy powiedzieć głośno. Nikt się więc nie garnie do takiej pracy. W przychodniach miejsca pracy są zawsze obstawiane przez znajomości, bo to zdecydowanie odbiega od tego co mamy na oddziale. W karetkach i w SOR-ze praca trudna i specyficzna. Wiele tych młodych dziewczyn myśli o wyjeździe. Bo dostaną fajny socjal, bo fajne zarobki, ba, nawet jako opiekunki osób starszych zarobią więcej niż my. I tu powstaje problem. Że my się starzejemy. Teraz średnia wieku u nas na oddziale to około 50 lat. Za chwile my odejdziemy i kto przyjdzie za nas pracować. Wtedy dopiero powstanie problem. Mam nadzieje, że mnie już nie będzie dotyczył. A my te 50-tki to dopiero mamy ciężką prace. Bo już wzrok nie ten, bo nowoczesny sprzęt, bo już nie mamy tyle siły co dawniej. A pacjenci coraz więksi i ciężcy. No ale zaraz - a przepisy BHP, kontrole, itd.? No są oczywiście. Na papierze. Bo wiemy doskonale kiedy kontrola przyjdzie. To wtedy nie nosimy obrączek na rękach. Kontrola sprawdzi i wszystko wygląda że jest ok. Raport napiszą i w papierach się zgadza. Co tam, że pacjenci w nocy z łóżek spadają bo rączki są pourywane i bandażem przywiązane. Co tam, że w zimie pacjent z zapaleniem płuc, a tu nagle okno wypada i radź tu sobie człowieku. Nasza dyżurka wyremontowana. Zgadzam się. Ale wózek którym wozimy leki: dramat. Winda: modlimy się, żeby się nie zacięła, kiedy wieziemy trudnego pacjenta. I wciąż o tym głośno się mówi. Teraz była książka takiego dziennikarza, co opisał jak to ciężko wszystko w szpitalu wygląda. Jaka znieczulica panuje. Ale jak ma być inaczej, skoro biurokracja załatwiona, papiery wystawione, a dalej jest źle... Przecież ktoś odpowiada za biurokrację. Oddziałowa, ordynator, dyrektor… Tak, oni mają takie stanowiska. I powinni być z tego rozliczani. Ale u nas jak to u nas. Rączka rączkę myje. W poprzednim szpitalu mieliśmy taką oddziałową, że chciało nam się płakać. Ona tylko pięknie wyglądała. Ale brak jakichkolwiek umiejętności. Ani pomocna, ani rozgarnięta. Dostała fuchę, bo znała dyrektora, papier miała zrobiony, no to siedzi do dzisiaj. Nigdy nie pomagała w pracy. Grafik zawsze na ostatnią chwilę. A jak brała się za raporty… wszystko było do poprawki. Tak nie da się pracować. Kiedyś pracowałam na oddziale paliatywnym. Oddziałową była młoda dziewczyna, ale oddział pracował na 150%. Wszystko było załatwione, oddziałowa stała za nami murem. Potrzeba było nowych łóżek to potrafiła napisać każdego dnia po 2 podania do dyrektora, aż w końcu kupił nowe. Wymagała dużo. Potrafiła nas przepytywać z leków i procedur ale aż człowiek był zmotywowany do nauki do rozwoju. Na kursy non stop jeździłyśmy. Uczyłyśmy się. Sprzęt był fajny. Dziewczyny jak przychodziły na praktyki to najpierw narzekały, że tak wymaga, a potem dziękowały, że tyle się nauczyły. Sama też brała się do pracy. Najpierw swoje obowiązki z dokumentami, a potem dawaj: wózek z lekami, zastrzyki i wszystko. To był mój najlepszy oddział gdzie pracowałam. Tylko niestety wszystko dobre szybko u nas się kończy. Pozbyli się jej, bo dyrektorowi się nie podobała. Ale ona dobrze na tym wyszła, bo trafiła do lepszego szpitala i dalej świetnie prowadzi oddział. Takich ludzi z pasją potrzeba w medycynie. A co Pani lubi najbardziej w swojej pracy. Co przynosi radość, dlaczego dalej chce Pani pracować? Heh, może to śmiesznie zabrzmi, ale ja uwielbiam kłuć. I powiem nieskromnie, że mam taką rękę, że nieraz mnie wołają, żebym to ja kuła. I to nie chodzi, że patrzę z iskrą w oku kiedy komuś trzeba zastrzyk czy Venflon. Tylko ot tak lubię to. A poza tym ja kocham pacjentów. Nawet tych usranych. Lubię z nimi rozmawiać, żartować. Kiedy widzę, że daję im choć trochę radości, ulgi w cierpieniu, to mnie jest lepiej na sercu. Nie jedną babcie przytulę, wysmaruję i zabawię. Panowie i podrywanie. No super sprawa. A te wdzięczne słowa. To jest najlepsze podziękowanie. Wcale nie te ekhm... "skromne" i tandetne podarunki np. przeterminowane albo z ostentacyjną ceną na wierzchu, tylko właśnie słowa podziękowania i docenienia naszej pracy. Wiele rodzin przychodzi do nas i mówią, że nie spodziewali się, że tu taki młyn, że tyle pracy, a my dalej dajemy radę. To daje kopa do życia, do dalszej pracy. Do tego żeby wstać rano i przyjść znowu na dyżur. A jak jest z rodzinami pacjentów? No to jest generalnie dramat. Pacjenci często po prostu z bólu czy powodu wieku nic nie mówią. Ale rodzina ma najwięcej do powiedzenia. Pełni pretensji, wszystko najlepiej wiedzą, krytykują, mają ze wszystkim problem. Kiedyś mieliśmy pacjenta z dużą odleżyną. No to robiłyśmy opatrunki. A potem przychodziła żona i wszystko zmieniała. I jeszcze komentowała, że to brzydko, że to źle. No to jednego dnia opatrunek nie zmieniony, a ona akurat tego dnia przyszła trochę później do męża. I nagle okazuje się, że nasz opatrunek jednak może być, bo ona ma teraz inne godziny pracy i jakbyśmy mogły jednak do męża zaglądać. Albo częste nakazy: proszę do mamusi/tatusia zaglądać co 15-20 minut, bo jest teraz w nowym środowisku i może mieć stany lękowe. Stany lękowe? Proszę Pana ja mam 40 pacjentów na oddziale, jest nas dwójka w nocy, a około 10 pacjentów drze się przez całą noc mimo podania dużej dawki leków uspakajających. Przepraszam, ale kiedy ja mam zaglądać do mamusi i pytać czy soczku nie podać? To nie nasze zajęcie. To może zakończmy czymś optymistycznym. Jakie miała Pani śmieszne przypadki w pracy? Co sprawiło, że na przykład oddział śmiał się jeszcze przez kilka dni? To takich historii jest wiele. Jak już mówiłam, mamy mnóstwo wariatów. Drą się po nocach, krzyczą, wyją jak psy. No różni chorzy ludzie różnie reagują i się zachowują. Często osoby starsze, z demencją które leżą, chcą wychodzić i np. iść sadzić ziemniaki i proszę ich natychmiast wypuścić. Czasem wyzywają od szamanek, od wiedźm, klątwy rzucają. A rano kompletnie o niczym nie pamiętają i "Paniusiu pyszna owsianka". Kiedyś jeden pacjent przez sen zaczął bić drugiego. Innym razem dość otyły pan chodził nocą i podjadał ludziom jedzenie z szafek. Raz pacjent zabezpieczony pasami (na zlecenie lekarza) wieczorem położony normalnie w łóżku, po kilku godzinach leżał do góry nogami. Jak? Nie mamy pojęcia. Notorycznie się zdarza, że siedzimy w dyżurce i jemy śniadanie, a pacjent przynosi próbkę z kałem lub moczem i kładzie nam między bułkami. Albo panowie leżący zamiast poprosić o kaczkę potrafią sikać w górę i dookoła łóżka. Fontanny im się zachciewa. Mnóstwo ekshibicjonistów. A pewna Pani postanowiła kiedyś w niedzielę, gdy jest najwięcej odwiedzających, przejść się środkiem korytarza, ciągnąc za sobą cewnik moczowy. Także historii dziwnych, ale generalnie śmiesznych jest dużo. Tylko z czasem, to już nas nie śmieszy, a po prostu załamujemy ręce nad ludzką bezmyślnością... (Bohaterka wywiadu z uwagi na sytuację zawodową postanowiła zachować anonimowość). *** Zobacz też inne artykuły: Praca pielęgniarki anestezjologicznej... bez znieczulenia! Pracownik roku - Chyba na każdym oddziale trafia się taka persona, co to dużo gada, dużo wie, zna wszystkie plotki, zna wszystkich dookoła, wszystkiego się dowie, wszystko załatwi, ale żeby pracować... to już nie bardzo.
  10. Dziennikarz Paweł Reszka na potrzeby swojej książki "Mali bogowie" wcielił się w sanitariusza w jednym ze szpitali i dzięki uważnej obserwacji oraz w rozmowach z białym personelem stworzył przystępny acz szokujący dla przeciętnego obywatela obraz polskiej medycyny. Jednym z największych "szoków" okazały się porażająco niskie wynagrodzenia dla pracowników wszystkich szczebli za wyjątkowo obciążającą pracę i to w niewydolnym i chaotycznym systemie. Pierwszy raz osoba z zewnątrz, niebędąca lekarzem, "nieumoczona" w medyczne korporacje, niezwiązana medyczną etyką publicznie opisała "jądro ciemności" Polskiego systemu, który ma ratować życie i przywracać zdrowie obywateli, a jest źródłem frustracji dla pacjentów i personelu. Tych pierwszych wkurza trudny dostęp do najbardziej fundamentalnej pomocy i brak podmiotowego traktowania, a tych drugich przeciążenie obowiązkami, poczucie permanentnego marnotrawstwa i upokarzające wynagrodzenie. Dziennikarz Newsweeka, a wcześniej pracownik Rzeczpospolitej, Dziennika i Tygodnika Powszechnego wprowadza czytelnika w niezwykły świat przeciętnego polskiego publicznego szpitala, który, chciałoby się rzec wbrew wszystkiemu może pomóc choremu i wymagającemu pomocy człowiekowi, ale jest skonstruowany tak, że paradoksalnie może nawet zabić. Co ważne, Reszka szuka przyczyn "szpitalnego piekła" i na pierwsze miejsce wielokrotnie wysuwa się głębokie, permanentne niedofinansowanie, które odbija się zarówno na jakości usług, dostępności do świadczeń, jak i dostępności oraz satysfakcji personelu. Autor zwraca uwagę na to, że jeszcze wciąż obecne są w Polsce tysiące inteligentnych i ambitnych młodych lekarzy (stażystów, rezydentów, młodych specjalistów), w których tkwi energia, by zmieniać zastaną rzeczywistość, ale wie, że dalsza kapitulacja państwa i podtrzymywanie przez polityków status quo zabije ten entuzjazm, a wielu skłoni do wyjazdu. Sam autor ciekawie opowiada o swoich obserwacjach w wywiadzie dla RzeczpospolitaTV, który po prostu trzeba zobaczyć: Serdecznie polecam i zachęcam do lektury! Mateusz Malik, lekarz
  11. Pod koniec stycznia pisaliśmy o rozpoczynającym się procesie zbiórki podpisów poparcia pod obywatelskim projektem ustawy w sprawie warunków zatrudnienia w ochronie zdrowia. Teraz, na finiszu zbiórki, uwzględniając dobre warunki pogodowe medycy postanowili zebrać ostatnie z 100 000 podpisów (a bez wątpienia nawet więcej) "wychodząc do ludzi" tj. poza podmiotami leczniczymi. Poprzednie tego typu akcje np. "RATUJ SIĘ, bo KTO poMOŻE" pokazały że społeczeństwo z sympatią i zrozumienie podchodzi do problemów medyków. 23 KWIETNIA na ulicach wielu polskich miast, między godziną 12.00 a 16.00 odbędzie się zbiórka podpisów pod projektem ustawy. Kto popiera postulaty medyków, może dać tego świadectwo. Zbiórki podpisów odbędą się m.in. w następujących lokalizacjach: Gdańsk - Starówka, pod pomnikiem Neptuna, Szczecin- Błonia, Warszawa- plac przy metrze Centrum, Poznań - ul Półwiejska, Kraków- Planty pomiędzy teatrem Słowackiego a przystankiem "Dworzec główny", Lublin- okolice Bramy Krakowskiej, Wrocław Rynek i ul. Świdnicka, Rzeszów- Stary Rynek koło studni, Łódź - pl. Schillera, Opole - okolice Rynku. Porozumienie Rezydentow OZZL
  12. „U nas po nieudanej reanimacji rzucamy rękawiczki i zajmujemy się kolejnym pacjentem. Mój rekord pracy to 72 godziny z rzędu”. Polecam mocny tekst Ewy Raczyńskiej. Wiele pisze się ostatnio o pracy lekarzy i ich nieproporcjonalnie niskich zarobkach, ale mało w przestrzeni medialnej poświęca się uwagi innym zawodom medycznym. A ich obecność w systemie opieki zdrowotnej jest wszak niezbędna. Codzienną, niedocenianą, mrówczą pracę mało kto zauważa, na pewno nie państwo. Zresztą o pracy pielęgniarek i położnych krąży wiele szkodliwych mitów, które swój początek biorą w poprzedniej epoce. To właśnie pielęgniarki są obecne i niezbędne w każdej placówce systemu zdrowia, pozostając w cieniu lekarzy. A jest ich coraz mniej w Polsce, bo za ciężką pracę należy się godziwa płaca, a taką oferuje się pielęgniarce (lub pielęgniarzowi) w wielu krajach Europy. W Polsce sytuacja wymusza nie tylko wielokrotnie cięższą pracę (bo wykonywaną w sytuacji stałego niedoboru kadr), ale i wiedza, doświadczenie oraz umiejętności personelu pielęgniarskiego są bardzo wysokie: Praca w anestezjologii i dziedzinach ratunkowych to szczególne narażenie na stres i styk z ludzkimi nieszczęściami, które głęboko odbijają się w psychice pracowników. Odbija się to na życiu pracowników, a także i na życiu ich rodzin o najbliższego otoczenia... Autorka przywołuje bulwersujący przypadek manipulacji medialnej, gdy cała Polska dowiedziała się o pielęgniarce, która "zabiła dziecko" podając mu niewłaściwą kroplówkę. Nawet dla mnie zaskoczeniem jest drugie dno tej sytuacji: Wielokrotnie pielęgniarki i położne walczyły, strajkowały i głośno domagały się poprawy warunków pracy i płacy, bo w ich tej grupie zawodowej średnie pensje zawsze rosły wolniej niż wśród lekarzy, a rąk do pracy wciąż tylko ubywało. Dziś jesteśmy na szarym końcu w Europie pod względem liczby pielęgniarek na 1000 mieszkańców, a akcja "Ostatni dyżur" może się nomen omen ziścić. Było białe miasteczko za pierwszego rzędu PiS, były ostre protesty za min, Zębali, który wdrożył porozumienie-protezę, gdzie podwyżką pensji o kilkaset złotych założył kaganiec i kajdanki związkom zawodowym zrzeszającym PiP. Dziś tysiące pracowniczek, w większości z wyższym wykształceniem i wieloma specjalizacjami z dystansem podchodzą do każdej propozycji polityków, bo nieraz już zostały oszukane i wystawione do wiatru przez kolejnych ministrów, Izby Pielęgniarskie, dyrektorów szpitali. Dużym i wartym podkreślenia postępem jest przyłączenie się OZZPiP do Porozumienia Zawodów Medycznych i wspólna walka o poprawę warunków pracy na wszystkich szczeblach publicznej opieki zdrowotnej. Dziewczyny! Nie wyjeżdżajcie za granicę, chyba, że na wakacje - bez Was nie damy rady! Cały cytowany tekst dostępny na stronie ohme.pl Mateusz Malik, lekarz
  13. Na stronie Ministerstwa Zdrowia ukazały się dokumenty podsumowujące diagnozę realnych możliwości polskiej służby zdrowia i realnych potrzeb zdrowotnych Polaków. To pierwszy krok w kierunku zapowiadanego wprowadzenia map potrzeb zdrowotnych. Aby skutecznie leczyć niezbędna jest diagnoza. Cała historia III RP w aspekcie zdrowia to okres leczenia albo gruźlicy rutinoscorbinem, albo kiły rzeżączką albo albo kataru cytostatykami... Nieproporcjonalność działania wobec problemów była (i wciąż jest) zatrważająca. Wobec poważnych wyzwań dominowało lekceważenie i spychologia, inne próbowano rozwiązać rozwalając cały system (patrz zamiana Kas chorych na NFZ). Brakowało wciąż właściwego rozpoznania problemów, a także środków, by już stwierdzone rozwiązywać. Zapowiadane przez ministra K. Radziwiłła w powyborczych deklaracjach stworzenie map potrzeb zdrowotnych w zakresie lecznictwa szpitalnego i procedur wysokospecjalistycznych realizuje się na naszych oczach. Starannie przygotowane dokumenty, odrębne dla każdego województwa stwierdzają stan faktyczny. Nawet pobieżna lektura tych raportów robi wrażenie dużego profesjonalizmu - obszerny dokument określa m. in: ile lekarzy danej specjalności czy pielęgniarek pracuje na terenie danego województwa, jakie są w związku z tym braki kadrowe i co będzie to oznaczało za kilka lat piramidę wieku społeczności danego regionu ile urządzeń diagnostycznych typu PET-CT, rezonans, sprzętu do kardiologii interwencyjnej, echokardiografów i in znajduje się na terenie konkretnych powiatów i jak to się ma do zapotrzebowania na 100 tys mieszkańców (pacjentów) strukturę hospitalizacji w ostatnich latach Podstawowe pytanie, jakie stawiamy, to czy ktoś z tych cennych informacji skorzysta. Eksperci i doradcy jedno, realizacja postulatów przez polityków to drugie, o czym boleśnie przekonujemy się na co dzień. Determinacja ministra zdrowia wydaje się być duża, choć budzi wątpliwości status i siła przebicia doktora Radziwiłła w Rządzie. Wiele sygnałów, jakie płyną z dotychczasowych rozmów z politykami koalicji (m.in. w trakcie akcji adoptuj posła Porozumienia Rezydentów OZZL) sugeruje, że służba zdrowia wcale nie stała się jednym z priorytetów finansowych państwa. Wręcz przeciwnie, inwestycja w zdrowie Polaków jest wciąż postrzegana jako "dolewanie wody do dziurawego wiadra". Wspieramy postulaty rozsądnej redystrybucji środków finansowych na ochronę zdrowia w Polsce. I przypominamy: warto ekspertów nie tylko słuchać, ale korzystać z ich raportów. Podsumowanie danych nt. lecznictwa szpitalnego w Polsce Załączamy przykładowy raport: Mapa potrzeb zdrowotnych w zakresie lecznictwa szpitalnego dla województwa Dolnośląskiego Mateusz Malik, lekarz MAPA POTRZEB DOLNOŚLĄSKIE.pdf