LIBERMED - Książki medyczne i weterynaryjne wszystkich wydawców w jednym miejscu

Przeszukaj forum

Showing results for tags 'sor'.



More search options

  • Search By Tags

    Wpisz tagi, oddzielając przecinkami.
  • Search By Author

Typ zawartości


Forum

  • MedFor.me
    • Dyskusja ogólna
    • Specjalizacja: Jaką wybierzesz?
    • Niezbędnik medyka (książki, konferencje, kursy, praktyki, oferty pracy)
    • Naukowo
    • Idę na medycynę
    • Fora lokalne
  • IZBA LEKARSKA
    • Medycyna Ogólna
    • Egzaminy
    • !!! Nowoczesna medycyna
    • Miejsca stażowe i specjalizacyjne
    • Wieści zza granicy
  • PO GODZINACH
    • Na każdy temat
    • MedHumor
    • Fora prywatne
    • MedFor.me - sprawy forum
  • CLUSTERS
    • News
    • Polinnovation
    • Clusters

Kategorie

  • News
  • Opinie i komentarze
  • Ze świata nauki
  • Wywiady
  • Reportaż
  • MED-Memories
  • Weekend For.me
  • Patronaty

Blogi

  • Oficjalny blog MedFor.me
  • Medicus Sapiens Semper Digitum in Ano Tenet
  • Naczelny Lekarz Trąbkowaty
  • Visca El Barça
  • Meoblog
  • Medycyna jest ciekawa
  • Ania18101Blog
  • Zabiegowcy
  • blogs_blog_11
  • blogs_blog_12
  • Dzienniczek przyszłego doktora.
  • Ratuj-z-nami
  • KotBlog
  • JMBlog
  • Breakfast at Tiffany's.
  • DanioJanioBlog
  • NarzedziaLekarza
  • see
  • aniamos - blog
  • vipomaBlog
  • Kawa
  • przyczynaBlog
  • Wino i Medycyna - In vino sanitas

Kategorie

  • Choroby wewnętrzne
  • Chirurgia
  • Pediatria
  • Ginekologia i położnictwo
  • Łacina
  • Inne
  • Redakcyjne

Kalendarze

  • Patronaty MedFor.me

Znaleziono 13 wyników

  1. Trudnym tematem w polskiej służby zdrowia jest pacjent pijany, przysłowiowy "żul", alkoholik, który trafił do szpitala na oddział ratunkowy i zajmuje miejsce osobom pilnie potrzebującym pomocy lekarskiej. Personel medyczny, lekarze, pielęgniarki, rejestratorki, ratownicy medyczni, a przede wszystkim społeczeństwo burzy się przeciwko temu, że osoba nietrzeźwa ma pierwszeństwo w leczeniu oraz dostępie do specjalistycznej diagnostyki. Jednak sam bunt i głośne napiętnowanie to wciąż za mało, bo gdy pacjent trafia na Szpitalny Oddział Ratunkowy to jesteśmy, jako personel medyczny, zobligowani do tego, żeby pomóc, bez względu na to, czy jest pod wpływem alkoholu czy też nie. Trzeba zaznaczyć istotną różnicę między stałym bywalcem SOR, alkoholikiem-żulem z tak zwanego marginesu a osobą, która spożyła alkohol i przypadkowo doszło do zdarzenia medycznego, które wymaga interwencji lekarskiej. Każdy ma prawo napić się alkoholu. Jako przedstawiciel opieki zdrowotnej uważam, że każdemu należy się pomoc bez względu na jego pochodzenie, wygląd, status majątkowy oraz to czy pił alkohol czy go nie pił. W stanie zagrożenia życia, musimy choremu pomóc - taki wybraliśmy zawód i kierujemy się dobrem naszego pacjenta. Ale jeżeli ów pijany pacjent nadużywa tej pomocy w sposób nie do końca zależny od niego, to wówczas rodzi się niesamowita frustracja zarówno personelu medycznego, jak i społeczeństwa: że coś jest nie tak, że system źle działa, że ten pacjent nie ma prawa znajdować się w SOR, a jego miejsce jest na izbie wytrzeźwień. Zacznijmy od początku. Delikwent, do którego wzywany jest zespół ratownictwa medycznego, często znajduje się w stanie silnego upojenia alkoholowego. I absolutnie nie jest to powód, dla którego jest wzywana pomoc medyczna. Powodem jest często dodatkowy uraz, np. podczas upadku dochodzi do stłuczenia głowy. Wówczas wzywający pomoc medyczną przypadkowi przechodnie lub straż miejska czy policja muszą mieć na uwadze, że temu komuś (NN) może coś faktycznie dolegać. Dlatego przybywający na miejsce zdarzenia zespół ratownictwa medycznego nie może pozostawić w tym przypadku poszkodowanego i domniemywać, że jest on wyłącznie pijany. Upadek mógł doprowadzić do poważnego urazu, który może przynieść różnego rodzaju komplikacje medyczne, a nawet doprowadzić do zgonu. W sytuacji przedszpitalnej nie można kompetentnie ocenić czy uraz jest groźny, czy też nie. Dodatkowym problemem, istotnym czynnikiem jest fakt zaniedbania zarówno higienicznego jak i zdrowotnego (zaniedbanie ciała, wielokrotne urazy, wyniszczenie alkoholowe). To generuje niesamowite deformacje i zaburzenia somatyczne u alkoholika. Personel medyczny musi zatem założyć, że pacjent może mieć szereg innych, dodatkowych chorób poza chorobą alkoholową. Kiedy w końcu taki pacjent trafia do szpitalnego oddziału ratunkowego, no niestety nie jesteśmy w stanie odmówić przyjęcia. Dopóki nie stwierdzimy, że nic poważnego mu nie dolega, nie możemy odesłać go ot tak, po prostu na izbę wytrzeźwień. Żaden lekarz nie weźmie na siebie odpowiedzialności za taką decyzję. Rozsądniej jest zbadać upojonego, poświęcić dodatkowy czas, aniżeli odesłać takiego delikwenta. Później, w wyniku np. ciężkich powikłań, urazu albo nawet zgonu, to sam lekarz może mieć dużo nieprzyjemności z powodu teoretycznego zaniedbania. Dlatego, pomimo ogromnej frustracji, niezadowolenia i braku przyzwolenia na tego typu sytuacje, jesteśmy zmuszeni do zbadania takiej osoby, przeprowadzenia pełnej diagnostyki i stwierdzenia czy stan jest faktycznie zagrażający życiu, czy wyłącznie spowodowany alkoholem. Kolejna istotna kwestia to koszty, jakie taka osoba generuje. Zaniedbanie higieniczne wymaga doprowadzenia tego pacjenta do minimalnej czystości. Musi być zdezynfekowany, odwszawiony, często dostać nowe ubrania. Nierzadko jest zakrwawiony, brudny, śmierdzący, pokryty wydzielinami. Siedlisko brudu i bakterii. Dookoła chorzy, cierpiące dzieci, otwarte złamania i jak między tymi ludźmi położyć takiego delikwenta? Ile razy taki pacjent ma zakładany venflon, ile razy go sobie wyrywa, ile razy cieknie z niego krew i brudzi całą podłogę dookoła... Jest trzecia w nocy, a pani salowa zmywa podłogę już po raz czwarty w ciągu godziny. Tyle już razy trzeźwiał w nocy Serba, a po raz setny nie wie, gdzie jest łazienka... Wyrywa ponownie venflon z ręki, kapie krwią na podłogę, szuka kogoś z personelu, sika pod siebie, defekuje. Szpitalny oddział ratunkowy to przestrzeń otwarta - pacjenci są od siebie oddzieleni wyłącznie parawanami i widać oraz słychać, jeżeli taki pacjent skacze pomiędzy łóżkami, próbuje podrywać pielęgniarki, a do tego jest często agresywny i wulgarny. Ile razy zdarza się, że kilka osób z personelu medycznego musi unieruchamiać taką osobę, żeby nie wyrządziła krzywdy innym oraz samemu sobie. Niestety większość tych alkoholików to stali bywalcy, do których pogotowie jeździ średnio dwa razy w miesiącu, a do SOR trafiają średnio raz w miesiącu. Zawsze napruci - po kilka promili alkoholu we krwi. Znajome twarze potrafią mieć po 20 pobytów w SOR rocznie z powodu zwykłego zapicia na umór. Większość z nich zna imiona wszystkich pielęgniarek czy lekarzy, bo gdy wytrzeźwieją, to nagle poznają społeczeństwo, które im pomaga. Nieważne, że parę godzin wcześniej walczyli, byli agresywni i niechętni do współpracy. Czasami trudno zdzierżyć, gdy ta sama osoba tylko dlatego, że znów napiła się alkoholu ponownie zajmuje czas karetce i personelowi w SOR. A co dalej z takim pacjentem? Trzeba go znów umyć, przebrać, a następnie jakkolwiek powierzchownie zdiagnozować, by sprawdzić, czy mu dolega coś naprawdę poważnego. Jak tu z pijaną osobą zebrać wywiad, jak spytać o leki, o przebyte choroby, o to, ile wypił? Jest to absolutnie niemożliwe. Dlatego lekarze decydują się na diagnostykę. Proszę nie sądzić, że każdy menel, ot tak, dostaje w prezencie tomografię komputerową, rezonans czy inne specjalistyczne badania. Oczywiście, żeby sprawdzić stan zdrowia tego człowieka należy wykonać różnego rodzaju badania i naturalnie zajmuje to czas, zabiera pieniądze, wydłuża kolejkę oczekujących, wzmacnia frustrację zarówno personelu medycznego jak i społeczeństwa. Tak przedstawiony obraz może wydać się trochę surrealistyczny, przerysowany i nierealny. Przecież prawie każdy z nas napił się alkoholu i wie jak nieprzewidywalnie może się po nim zachować. Przecież nie każdy jest od razu brutalny i agresywny. W porządku, ale nie każdy ma po kilka promili alkoholu we krwi przez długi czas, nie każdy żyje w skrajnym zaniedbaniu i nie każdy odwiedza SOR po kilka razy w roku zawsze z tego samego powodu. Inną kwestią jest fakt, że tytułowi menele niechętnie przyjeżdżają do szpitala. Po kilku pobytach w SOR mają świadomość, co ich czeka: gdy okaże się, że ich jedyną dolegliwością jest nadmiar etanolu we krwi, to zawsze trafią na izbę wytrzeźwień, a nie jest to zbyt przyjemne doznanie. Nikt też nie będzie się z nimi patyczkował, współczuł im, głaskał po głowie i mówił jak musi im być ciężko... Jeżeli chodzi o kwestie etyczne, to jako personel medyczny jesteśmy zobligowani do tego, by pomagać tym ludziom mimo wszystko. Po to wybraliśmy ten zawód i zdecydowaliśmy się być lekarzami, żeby nieść pomoc drugiemu człowiekowi. Niestety spotkanie z takimi osobami zdecydowanie mija się z celem naszego zawodu: nie do tego przygotowaliśmy się setki godzin przed egzaminami. Sprzedawca w sklepie ma prawo odmówić sprzedaży osobie nietrzeźwej, osoba pijana nie wejdzie do instytucji publicznej, natomiast do szpitala ma prawo wejść każdy. Wszyscy mogą korzystać z pomocy, a my nigdy nie mamy prawa jej odmówić. W aspekcie społecznym: warto wyraźnie podkreślić, że niedopuszczalnym jest oskarżanie i wyżywanie się na lekarzach, pielęgniarkach czy ratownikach, z powodu, że jest zbyt długa kolejka w Oddziale Ratunkowym, a pan "trunkowy" przywieziony karetką uzyska priorytetowo pomoc specjalistyczną czy badania. Triage działa i mimo wszystko każda osoba pilnie potrzebująca pomocy, otrzyma ją. Czy to z uśmiechem, czy bez - pomoc będzie. Nie ma na to procedur, ale jeżeli ów menel przyjedzie, choćby nawet karetką i w ciężkim stanie, a w kolejce do SOR będzie osoba z zaburzeniami rytmu serca, chore dziecko czy jakikolwiek inny pacjent w poważniejszym stanie, to ta osoba wcześniej uzyska pomoc. Wynika to z tego, że Szanowny Pan Żul, nim zostanie zdezynfekowany, oczyszczony, zabezpieczony i nadawać się będzie do jakiejkolwiek diagnostyki, to z pewnością trochę potrwa. Taka osoba nie dostaje pomocy od ręki wyłącznie z powodu, że przyjechała karetką, choć z pewnością się jej doczeka. Pamiętajmy ze personel medyczny w SOR zobowiązany jest kierować się tak zwaną segregacją medyczną: nadaje priorytety pacjentom. I nawet, jeżeli przyjedzie ambulans, to może się okazać, że przywiozła stan o wiele mniej poważny niż u osoby, która zgłosiła się samodzielnie i siedzi w poczekalni. Nie traktujmy lekarzy i pielęgniarek jak wrogów. Należy się chociaż odrobina zrozumienia i empatii w stosunku do personelu medycznego. Studiujemy wiele lat, poświęcamy swoje życie dla medycyny. To nie są studia takie jak inne. Tutaj mamy wiele wyrzeczeń, ogrom nauki. Wszyscy mówią: "Sami je sobie wybraliście", ale jak my byśmy się nie zdecydowali, to kto miałby iść na medycynę? A po tych wszystkich latach musimy pracować z menelami, a odmowa przyjęcia to dla nas poważne prawne konsekwencje. Apeluję: Wytrzeźwiej i dopiero przyjdź na badania. O ile mniej przypadków medycznych mielibyśmy w SOR. Ale póki prawo nie będzie chronić pracowników ochrony zdrowia i póki nie dostaniemy odpowiedniego wynagrodzenia za nasza pracę, dopóty system zdrowia dalej będzie tak funkcjonować. W SOR nie ma osób zdrowych. Każdy potrzebuje pomocy i doczeka się jej. Ale każdy niech pamięta, że przed nami mogą być inni, bardziej chorzy ludzie. Jest przyzwolenie w społeczeństwie, by traktować priorytetowo kobietę ciężarną (choć to nie choroba!), osobę na wózku inwalidzkim, osobę z jawną chorobą, np. zwolnienie miejsca w autobusie, w poczekalni, w kolejce. Ale osoba, która wygląda na zdrową niech stoi i czeka. Nawet jeśli sądzi, że wszyscy dookoła są bardziej zdrowi niż ona... Łukasz Surówka
  2. Specjalnie użyłem trochę kontrowersyjnego tytułu, bo bardzo często słyszymy, że ktoś na polskim sorze czy izbie przyjęć musiał czekać 4 godziny zanim został "załatwiony". Przeglądałem przed chwilą mapy google i z ciekawości zobaczyłem opinie na jednym z bardziej znanych szpitali londyńskich i proszę bardzo co znalazłem ... Pozwolę sobie bez tłumaczenia I tak się teraz zastanawiam, a w ogóle to zastanawiam się nad tym od dłuższego czasu skąd ten problem w ochronie zdrowia? A no wydaje mi się, że powodów jest kilka: - te najcięższe narzekania dotyczą przede wszystkim wizyt nieumówionych i nagłych, a niekoniecznie poważnych. Tzn. jak ktoś jest nieprzytomny po wypadku pomoc jest niemalże od razu, natomiast tak jak w powyższym przypadku jeśli gość puknął się w plecy i go boli, lekarz czy ktoś z personelu go zobaczył to zapewne ocenił, że nic mu się takiego nie dzieje i może poczekać. Ale może poczekać nie dlatego, że temu lekarzowi się nie chce, tylko dlatego, że z reguły ma mnóstwo innych planowych obowiązków (przecież bardzo często, przynajmniej w moim otoczeniu, jest tak, że do ostrodyżurowych przypadków schodzi lekarz, który też ma swoich pacjentów i wypisy na oddziale). To trochę tak jakbyśmy przyszli nieumówieni do jakiegokolwiek innej instytucji ... np. do fryzjera! Przepraszam za to porównanie, ale ono w sytuacjach, które mogą poczekać jest trafne. Ktoś kogo problemem jest wrastający paznokieć może tak samo poczekać kilka godzin na obsłużenie w placówce zdrowia jak i do fryzjera, kiedy się do niego nie umówił. Swoją drogą jest też tu kwestia nie umawiania się do lekarza... ile razy ktoś przychodzi np w dniu kiedy ma mieć ściągnięty gips i mówi... no ale ja nie wiedziałem, że trzeba się umówić. Ok, ale czy Pani idąc do kosmetyczki idzie bez umówienia się? Przykład może nastręczyć wielu negatywnych komentarzy, ale proszę spróbować zrozumieć taki tok logiczny w tych szczególnych przypadkach, które nie są nie wiadomo jak pilne ze względów zdrowotnych, a na pewno nie rokują nagłym stałym pogorszeniem zdrowia czy utratą życia - brak odpowiedniej ilości personelu lekarskiego. To wg mnie kolejny powód. Tak, może i ten Pan z powyższej historii widział "plotkujące" Panie, ale one nie mogły więcej zrobić bez lekarza, a tych jest w mojej ocenie często zatrudnionych za mało Zachęcam do szerokiej dyskusji i podzielenia się Waszymi spostrzeżeniami.
  3. Każdy pracownik szpitalnej izby przyjęć lub szpitalnego oddziału ratunkowego zna kilka typów pacjentów, którzy pojawiają się na każdym dyżurze. Typowy pacjent z "nagłym pogorszeniem kontaktu" ma 80-90 lat, jest zabierany przez zespół ratownictwa medycznego z domu lub z DPS-u i przywożony do SOR-u do diagnostyki. Wszyscy tacy pacjenci mają wspólną cechę - nie da się zebrać od nich wywiadu. Leżą cicho i patrzą w sufit, jęczą i krzyczą bądź wydają bliżej nieokreślone dźwięki. Często brakuje jakiejkolwiek dokumentacji medycznej. Cechą charakterystyczną jest zawsze taka sama dramatyczna opowieść załogi pogotowia: "jeszcze dziś rano grał w tenisa/szachy/pokera/grał na skrzypcach/kosił trawę/malował obrazy/rąbał drzewo* a nagle pogorszył się kontakt i tak leży". W badaniu fizykalnym stwierdzamy najczęściej odleżyny a pacjent jest zaopatrzony w dawno niezmienianego pampersa. Każdy dociekliwy doktor zadaje sobie pytanie: "Cóż za ciężka choroba mogła doprowadzić do takiego pogorszenia?!". Odpowiedź jest prosta - zespół otępienny. Pacjent funkcjonował sobie w łóżku i fotelu, był z nim prosty kontakt. Od wielu lat choruje na chorobę Alzheimera lub otępienie naczyniopochodne. Wystarczy jakakolwiek infekcja, odwodnienie, podanie leków uspokajających (przodują w tym benzodiazepiny), dekompensacja przewlekłej niewydolności oddechowej, krążenia lub nerek i pacjent rozwija majaczenie lub kontakt słowny się urywa. Czasem "nagłe pogorszenie kontaktu" jest sposobem na pozbycie się problematycznego członka rodziny z domu lub z pensjonariusza z DPSu. Z uwagi na brak możliwości zebrania wywiadu oraz skąpoobjawowy przebieg wielu chorób u osób w podeszłym wieku pacjent taki wymaga zazwyczaj szerokiej diagnostyki. Najczęściej przyczyną "nagłego pogorszenia" jest odwodnienie lub infekcja, ale zdarzają się kwiatki takie jak udar krwotoczny w przebiegu przedawkowania antykoagulantów (swoją drogą kto przepisuje acenokumarol przewlekle leżącej 90-latce z zespołem otępiennym?!) lub zator tętnicy krezkowej z całkowitą martwicą jelit. Pacjent z "nagłym pogorszeniem kontaktu" to wielka przygoda dla każdego lekarza dyżurnego
  4. Godzina 1:00 w nocy. Do SOR przyjeżdża karetka "S". "Mamy pana z bólem brzucha" Pielęgniarki, gdy tylko zobaczyły pacjenta meldują posłusznie: "Doktorze! To pijak który tu przyjeżdża regularnie, symuluje różne objawy żeby go zostawić w szpitalu". Badam starannie. Od wczoraj rzekomo straszny ból brzucha. Nie może wytrzymać dlatego wezwał karetkę. Przy badaniu brzucha prezentuje deskowaty brzuch... Za co drugim dotknięciem bo nie znając tempa w jakim uciskam brzuch nie nadąża z napinaniem mięśni. Przy tym prezentuje różne "OCH! ACH! JAK BOLI! CO ZA KATUSZE!", wykonuje teatralne gesty i zwija się na kozetce. Słowem: symulant! Brzuch miękki, niebolesny. Dla świętego spokoju pobieram komplet badań "brzusznych". Pacjnent otrzymuje oczywiście stosowne leczenie: - Metamizol 2,5g i.m. - Drotaweryna 80 mg i.m. Po kilku godzinach okazuje się, że jedyną nieprawidłowością w badaniach jest.... a to niespodzianka! Etanol 2,5 promila! Pacjent otrzymuje wypis. Ja: Proszę bardzo. To jest wypis, wszystko jest dobrze. Nie jest pan na nic chory. Trzeba zgłosić się do lekarza rodzinnego i nie pić tyle alkoholu. Pacjent: Doktorze ja cierpię! Teraz zaczęło mnie boleć w klatce piersiowej! I duszno mi! Źle się czuję! Musze tu zostać Proszę dać mi KROPLÓWKĘ! Ja: Dostał Pan leki. Wszystko jest dobrze. Proszę iść do domu. Pacjent wyciąga z kieszeni 20 złotych, próbuje wcisnąć mi je do fartucha. Natychmiast cofam się o krok.Odtrącam jego rękę zmierzająca do mojej kieszeni. Ja: Zwariował Pan?! Co to za żarty! Natychmiast proszę sobie stąd iść! Pacjent: Ja muszę dostać kroplówkę! Nie mogę stąd iść. Masz! Zostaw mnie w szpitalu! Ja: DOSYĆ TYCH ŻARTÓW! WYNOCHA! NATYCHMIAST OPUŚCIĆ SZPITAL! Pacjent: Ale... Ale... Ja: WON! Pacjent wychodzi zrezygnowany. Jutro pewnie też wezwie karetkę. Znalazł sobie sposób na życie. Pije a jak trzeba wytrzeźwieć i iść do pracy to wzywa karetkę i przyjeżdża sobie do SOR na szybki "detox". Wyłudza płyny, ową tajemniczą "KROPLÓWKĘ" i benzodiazepiny. Popracuje parę dni, zarobi parę groszy i idzie pić dalej. Jak pieniążków zaczyna brakować znowu wzywa karetkę. W bezczelny sposób pasożytuje na wszystkich ludziach. Oczywiście nie chce się leczyć, skierowania do poradni leczenia uzależnień wywala do śmieci.
  5. 2:00 w nocy. Po uporaniu się z dziennym nawałem pacjentów przytuliłem się do poduszki w pokoju lekarskim. Trochę snu dla zmęczonego mózgu, uspokajam się, adrenalina powoli opada. Już niedługo, może się uda, odpoczynek, może nawet kilka godzin. Moja świadomość powoli rozpływa się, jeszcze chwilka... SURSUM CORDA!! "Co?! Chyba coś mi się przyśniło. Zdawało się. Nieważne. Zasypiam... Już chwilka, już kilka sekund i..." SURSUM CORDA! W GÓRĘ SERCA! - dziki, zachrypnięty głos przecina powietrze i świdruje w mojej głowie Zrywam się. Adrenalina uderza. W głowie myśli śmigają: "Co za c^&$, j%#@%&$, k%$@#, d%^@&!" Wypadam z gabinetu z rządzą mordu w oczach. Na wózku siedzi aromatyczny jegomość przywieziony przez pogotowie ratunkowe. Znaleziony na ulicy. Na głowie opatrunek przesiąknięty krwią. Wita mnie radosny okrzyk: "SURSUM CORDA! W GÓRĘ SERCA!" Gabinet zabiegowy, stół, golenie głowy. Moim oczom ukazuje się głęboka rana. Pacjent się rozkręca. Pacjent: DOBRZE ŻE ŻYJĘ TO SIĘ JESZCZE NAPIJĘ! KOLEGÓW MAM WIELU WIĘC NIE WSTĄPIĘ DO PZPR-u! Szacuneczek Panowie! SURSUM CORDA! Sięgam po szew 2.0... P: SURSUM CORDA! Wyciskam skrzepy z rany, przemywam... P: SURSUM CORDA! WIERZĘ W BOGA, NIE STRASZNA MI ŻADNA TRWOGA! Szyję... P: SURSUM CORDA! Szyję... P: W GÓRĘ SERCA! Ja: Jak się zaraz nie uspokoisz to zaraz będzie trwoga! P: Szacuneczek Panie Dyrektorze! SURSUM CORDA! Ja szanuję wszystkich, nikomu nie wadzę! Ja: Ucisz się! Jest 2 w nocy. I nie ruszaj głową! Opatrunek, anatoksyna, skierowanie na tomografię. "Może w oczekiwaniu na wynik będę miał chwilę spokoju... Chociaż pół godziny, jutro na kolejny dyżur." - nadzieja kołacze się po głowie Niemal jednocześnie podjeżdżają trzy karetki. Obrzęk płuc, ból w klatce piersiowej, chłopak pocięty nożem w jakiś dyskotekowych porachunkach. "To będzie upojna noc" - nadzieja umiera. A potem upojny dzień...
  6. Na SOR trafiła pacjentka z powodu "złego samopoczucia". Badania wykazały, że główną przyczyną jej dolegliwości są 4 promile we krwi. Pacjentka otrzymała "kroplówki", po 8 godzinach kontrolny poziom alkoholu: 3,5 promila. Jest godzina 23:00. Coś tu nie gra... Idę do pacjentki. Ja: Piła Pani alkohol w SOR?! Pacjentka: Nie skąd! Ja: To dlaczego ma Pani teraz 3,5 promila!!?? Pacjentka: Niczego nie piłam!... No może troszkę. Ja: PROSZĘ POKAZAĆ CO MA PANI W TOREBCE! Pacjentka: Ale ja... ale ale... Ja: NATYCHMIAST POKAZYWAĆ TOREBKĘ! ŻARTY SOBIE PANI STROI?! (Pacjentka wyciąga torebkę, wyjmuje prawie pustą butelkę 0,5 litra wódki...) Pacjentka: Tylko resztkówka mi została. Ale ja naprawdę prawie nic nie piłam. Ja: TO JAKIŚ OBŁĘD! PRZYCHODZI PANI DO SZPITALA, MY PANIĄ LECZYMY, A PANI TU CHLEJE! KONIEC TEGO DOBREGO! POLICJA I DO IZBY WYTRZEŹWIEŃ! Pacjentka: Dlaczego jest Pan taki niemiły? Ja: Tu leci kroplówka a pani sobie pod kołderką żłopie wódę. I dziwi się Pani, że się źle czuje?! To proszę nie pić alkoholu! A jak Pani pije, to proszę nie wzywać karetki i nie jeździć sobie do szpitala, jeśli chce Pani sobie pić dalej! POPROSZĘ BUTELKĘ! (Wylewam "resztkówkę" do zlewu. Butelkę wylewam do kosza. Biorę telefon, wzywam patrol. Następnie piszę wypis i oddaję pacjentkę pod opieką policji do Izby wytrzeźwień) To już przekracza wszelkie granice...
  7. Do Izby Przyjęć szpitala zgłasza się niewiasta. Na oko - 19-20 lat. Niewiasta: Chciałam się dostać do ginekologa. Pękła nam gumka i chcę dostać "pigułkę po" i zrobić USG. Ja: A po co Pani USG? Niewiasta: No, żeby sprawdzić czy mi w macicy nic nie zostało! Ja: Jak to w macicy? To z kim albo Z CZYM Pani ten seks uprawiała? (zza pleców pacjentki wyłania się czerwona twarz jakiegoś młodzieńca) Ja: Chyba chodzi Pani o pochwę? Niewiasta: Pochwę, macicę, nie wiem... Nie znam się... Ja: No ale jak się seks uprawia, to Pani wie. Proszę się zgłosić do ginekologa w takim razie. Nie wymaga Pani pomocy doraźnej w szpitalu. Kurtyna.
  8. Jako darmowi pracownicy lekarze rezydenci są często używani do zapychania dziur w szpitalach. Zmyślni dyrektorzy i ordynatorzy zsyłają ich na izby przyjęć oraz SORy. Często pełniąc samodzielne dyżury na oddziałach są wzywani na SOR na konsultację. Autor tego artykułu często spotyka się z rezydentami, którzy pracują w taki sposób. Sam również dyżuruję na izbie przyjęć. Poniżej prezentuję kilka doświadczeń związanych z organizacją pracy na SOR/izbie przyjęć. Pochodzą z doświadczeń własnych, starszych lekarzy oraz innych rezydentów: 1) KAŻDY PACJENT MA BYĆ ZAREJESTROWANY Niedopuszczalne jest "odsyłanie na gębę". Fatalnie potem wygląda w prasie jeśli pacjentowi coś się stanie. 2) KAŻDY PACJENT MA BYĆ ZBADANY Nie wolno wierzyć w informacje przekazywane przez pielęgniarki, członków rodzin, zespoły pogotowia. Z każdym pacjentem trzeba samodzielnie porozmawiać, zbadać go i wyrobić sobie na jego temat własną opinię. W większości przypadków samo badanie przedmiotowe i wywiad pozwalają na postawienie wstępnego rozpoznania. 3) DZIAŁAJ KOMPLEKSOWO Od razu po zbadaniu pacjenta określ główny problem medyczny, napisz zlecenia oraz badania do wykonania. To daje nam 2-3 godziny czasu zanim spłyną wyniki, spłyną kroplówki i zaczną działać leki (np. hipotensyjne). Nie dopuszczaj do sytuacji w której badasz np 3 pacjentów pod rząd i dopiero potem zlecasz im badania i leki. Zawsze zlecaj badania dodatkowe PO zbadaniu pacjenta - unikniesz sytuacji w których po kilku godzinach orientujesz się, że diagnozujesz nie tę chorobę co trzeba. 4) NIGDY NIE WIERZ POGOTOWIU Informacje przekazywane przez zespoły pogotowia są najczęściej nieprawdziwe i niekompletne. Z różnych przyczyn: niewiedza, niedbalstwo, brak badań dodatkowych, zatajenie informacji przez pacjenta. W większości przypadków ostateczne rozpoznanie znacząco odbiega od tego, co jest napisane w karcie medycznych czynności ratunkowych. 5) ZAWSZE PYTAJ O: alergie, przyjmowane leki, choroby przewlekłe, kobiety o ciążę. Pacjenci często negują, że na cokolwiek chorują po czym podają listę 10 leków przyjmowanych przewlekle. 6) NIE OSZCZĘDZAJ NA BADANIACH DODATKOWYCH Jeśli zastanawiasz się, czy zlecić jakieś badanie - ZLEĆ JE. Ja zlecam każdemu pacjentowi "podstawę" czyli zestaw: morfologia, jony, glukoza, kreatynina, mocznik, CRP - pozostałe badania według wskazań. 7) JEŚLI PACJENT WRACA TO GO PRZYJMIJ. Pacjent wie najlepiej (lub wydaje mu się, że wie) co mu dolega. Jeśli przychodzi któryś raz do szpitala z jakimś problemem to dla świętego spokoju przyjmij go na oddział. Jeśli coś się stanie to już nie z Twojej winy. 8) BĄDŹ ASERTYWNY. W rozmowach z innymi lekarzami bądź reprezentantem najlepszego interesu chorego. Skupiaj się na problemach pacjenta a nie kwestiach pozamedycznych. Nie daj się spławić. Nie jesteś sekretarką ani nie masz obowiązku spełniania wszystkich życzeń lekarzy "z góry". 9) OPRACUJ PACJENTA DO KOŃCA - jeśli pacjent ma 5 problemów zdrowotnych i wymaga 5 konsultacji to je zleć. Przekaż pacjenta do innego szpitala jeśli wymaga specjalistycznego leczenia lub konsultacji, napisz receptę na leki, które zalecasz, wypisz zwolnienie lub skierowanie do poradni specjalistycznej. Zwalanie tej pracy na POZ jest delikatnie mówiąc nieeleganckie. Nie zwracaj uwagi na komentarze starszych kolegów "bo u nas jest taki zwyczaj" - to Ty odpowiadasz za pacjenta a nie oni. 10) NA POCZĄTKU WYKLUCZ ZAGROŻENIE ŻYCIA - czyli na przykład: u pacjentki z bólem w klatce wyklucz najpierw zawał, odmę i zatorowość płucną a potem zastanawiaj się czy to nie przypadkiem refluks. 11) ZAPAMIĘTAJ 4 LEKI - tlen, płyny, antybiotyki, leki przeciwbólowe - te 4 grupy leków wystarczą, aby wstępnie pomóc każdemu pacjentowi zgłaszającemu się do SOR i utrzymać go przy życiu do udzielenia fachowej pomocy. 12) ŻYWY CZY ZDIAGNOZOWANY? Twój priorytet to utrzymać pacjenta przy życiu. Żaden pożytek z wyniku np. tomografii komputerowej jeśli pacjent "zatrzyma się" w pracowni TK. Upewnij się, że jest odpowiednio zabezpieczony zanim rozpoczniesz czasochłonną diagnostykę. 13) NIE DAJ SIĘ POGANIAĆ - jeśli ktoś ma dostatecznie dużo siły, żeby się awanturować to na 99% może poczekać. Naprawdę chorzy leżą cicho i nie zwracają na siebie uwagi. To od nich zacznij pracę. 14) JEŚLI KOMPLETNIE NIE WIESZ co dolega pacjentowi nie bój się zostawić go na kilka godzin na obserwacji na IP lub SOR. Możesz też zostawić go na następną zmianę. Twój zmiennik może od razu wpaść na właściwe rozpoznanie. Pracujesz na IP lub SOR? Jakie są Twoje doświadczenia związane z tą trudną i odpowiedzialną pracą?
  9. Idąc na świąteczny dyżur nigdy nie wiadomo, czy czeka nas zupełna cisza i spokój, czy wręcz odwrotnie - totalny sajgon. Ja nigdy nie staram się jakoś specjalnie nastawiać, raczej po prostu otwarta jestem na wszelkie ewentualności. Chociaż wiadomo, że wolałabym mieć jak najmniej pracy w święta. Zmieniamy się około 8.15-8.30. Zaraz potem zaczynam na oddziale wizytę. Pacjentów, jak na święta, mam sporo - koło dwudziestu osób na moim skrzydle. Jak zaczynałam tu pracować bywały święta, na które zostawało dosłownie kilku pacjentów. Od jakiegoś czasu to się zupełnie zmieniło - przez większość dni w roku oddział pęka w szwach, przed dyżurem na całym piętrze bywa, że mamy 1-2 wolne łóżka. Wizyta zajmuje mi dziś jakieś 2 godziny. W „normalny” weekend różnie, czasem nawet do czterech, zależy, ile ciężkich stanów mam na oddziale. Dziś właściwie mam tylko jedną pacjentkę, którą muszę intensywnie się zająć - przyjęta dwa dni temu z niedokrwistością ze stacji dializ. W gastroskopii wykonanej w piątek - duża ilość krwi w żołądku, bez widocznego miejsca krwawienia. Pacjentka na szczęście od przyjęcia stabilna krążeniowo-oddechowo, dostała przy przyjęciu krew i osocze, dziś kolejny spadek parametrów morfologii, zamawiam więc kolejne jednostki krwi i osocza, proszę o konsultację chirurga, przenoszę pacjentkę na salę monitorowaną. Z jednej strony trochę na wszelki wypadek, z drugiej - pacjentka od rana jest w bardzo słabym kontakcie, podsypiająca, a znajdujemy w jej szafce klonazepam, którego jak się chwilę później okazuje, zjadła na noc trzy tabletki, bo nie mogła zasnąć. Jeśli chodzi o krwawienie z przewodu pokarmowego, pacjentka nie ma wymiotów, ani biegunki, chirurg poleca obserwować, toczyć i wykonać kontrolną gastroskopię w razie pogorszenia lub planowo we wtorek. Do końca dyżuru pacjentka stabilna, nawet trochę się obudziła. Krótka przerwa na świąteczny obiad i ciasto. Mała herbatka. Otwieram okno - na dworze przepiękna wiosenna pogoda, zawieszam się na chwilę na widoku gór w promieniach słońca. Pocieszam się jedynie wskazaniami aplikacji smogowej - dziś w kotlinie normy zdecydowanie są przekroczone. Teraz rodziny pacjentów zaczynają dbać o moje zdrowie - odciągają mnie od okna, dowiadując się o stan zdrowia swoich bliskich. Pomimo, iż ordynator już jakiś czas temu na każdej dyżurce wywiesił ogłoszenie o udzielaniu informacji o stanie pacjentów w dni powszednie po godzinie 12, a na dyżurze wyłącznie na temat pacjentów nowo przyjętych, nikt zdaje się nie czytać powyższej kartki. Można by rzec, że walą drzwiami i oknami, każdy zadając tysiące pytań. Udzielam i udzielam tych informacji, aż herbata zdążyła mi już wystygnąć Czas na konsultacje. Ja na dyżurze konsultuję jedną z chirurgii, laryngologię, i przede wszystkim ortopedię. Dziś właśnie tam wzywają mnie do dwóch urazowych pacjentów. Jeden, poza stwierdzoną kilka lat temu marskością wątroby, nie choruje na nic przewlekle, leków na stałe nie przyjmuje, w badaniach laboratoryjnych bez odchyleń, EKG i ciśnienie w porządku, w badaniu bez odchyleń. Wpisuję konsultację, nie mam zastrzeżeń, reszta już w rękach anestezjologa i ortopedy. Drugi to starszy pan, przed 90-tką, po dwóch zawałach, z małopłytkowością 50 tys, z wydłużonym APTT i INR, przywieziony kilka minut temu z SOR-u po urazie biodra. Wpisując konsultację, pytam kolegę ortopedę, czy jest pewny, że chce pana operować, czy widział wyniki, które pojawiły się chwilę wcześniej. Zdziwiony sprawdza przy mnie i stwierdza, że jednak zoperuje dziś tylko tego pierwszego. Szkoda, że nie sprawdził ich zanim zlecił mi tę konsultację. Ale w tym dyżurowym pędzie każdemu zdarza się zupełnie nieumyślnie zlecić innym dodatkową pracę. W końcu mnie żadna wielka krzywda się nie stała, a pacjentowi tym bardziej - został zbadany przez jednego doktora więcej W międzyczasie szuka mnie już SOR. Świąteczny standard - można by rzec - alkoholowa choroba wątroby zdekompensowana: żółtaczka, wodobrzusze, obrzęki, do tego niedokrwistość. Przyjmuję pacjenta, badam, zlecam badania, leki, robię usg brzucha, żeby sprawdzić, czy oprócz wodobrzusza jest coś jeszcze niepokojącego - na szczęście nie. Zamawiam krew i zabieram się do wypełniania tony dokumentacji. Ledwie uporałam się z tym przyjęciem - kolejny telefon z SOR-u. Jest koło godziny 20-21. Pacjent przywieziony rano wychłodzony, bezdomny, pod wpływem alkoholu. Po ogrzaniu pacjenta okazało się, że gorączkujący, z podwyższonymi parametrami zapalnymi, na nogach kikuty po amputacjach palców obu stóp - rok temu po ich odmrożeniu. Pytam o stan kikutów, lekarz SOR-u informuje mnie o zagojonych ranach. Późna pora, albo świąteczny czas zmniejszają moją czujność. Powinnam zejść i sprawdzić nogi, czy aby na pewno pacjent nie powinien trafić na chirurgię. Ale decyduję o przyjęciu pacjenta na oddział. Na oddziale pielęgniarki odwijają opatrunki na nogach, na jednej sucha martwica, na drugiej ropna wydzielina. W dużym skrócie pacjent wyglądający i pachnący jak bezdomny. Mówi, że mieszka w altance. Rozmawiam, badam, znajduję na plecach rozległe blizny po oparzeniach, pacjent przyznaje, że to po pożarze kilkanaście lat temu. Na nic się nie skarży, jest grzeczny. Wracam do dyżurki, zaczynam wypełniać dokumenty, zlecać badania, leczenie, konsultację chirurga, posiew z rany, zajmuje mi to jakieś 20-30 minut. Kiedy już prawie kończę dzwoni telefon. Pielęgniarki wzywają mnie do pacjenta. Chce się wypisać na własne żądanie. Na sali pacjent już ubrany, kończy ubierać z trudem buty na kikuty stóp. Zaczynamy rozmawiać. Pacjent mówi cicho, spokojnie, trochę zrezygnowany, ale jednak chyba pogodzony. Opowiada swoją historię. O uzależnieniu, które będzie już z nim na zawsze, którego tyle razy chciał się pozbyć, o wielu odwykach, na których był, po których i tak wrócił do picia, o jedynej rzeczy, która mu w życiu wychodzi, czyli właśnie o piciu. O matce, którą czasem odwiedza, której jednak nie pozwala dawać pieniędzy, bo i tak je przepije, o ojcu, który umarł na wątrobę w szpitalu. O strachu przed szpitalem, przed śmiercią w szpitalu, o decyzji o ewentualnej śmierci na własnych zasadach. O braku wiary w lepsze jutro, o braku wiary w cokolwiek dobrego, co mogłoby mu się jeszcze przytrafić, o zniszczeniu własnego życia, o wierze tylko w Boga, który od pijaków odwraca oczy. O tym, że tyle lat daje sobie radę, więc i teraz jakoś to będzie. Za pomoc dziękuje, ale wychodzi. Podpisuje odpowiedni dokument. I wychodzi. Ta rozmowa na długo pozostanie we mnie…
  10. W ostatnim czasie zarobki rezydentów stały się bardzo modnym tematem. Różnorakie portale prześcigają się w publikowaniu artykułów o patologiach, które dotykają lekarzy w trakcie specjalizacji oraz ich niskich zarobków. Ile może zarobić młody lekarz? Całkiem sporo! Wszystko zależy od chęci i dyspozycyjności. Pracy jest pod dostatkiem i znalezienie dodatkowego zajęcia nie jest specjalnie skomplikowane. Wielu lekarzy pracuje w kilku miejscach - w ten sposób maskuje się dramatyczny niedobór lekarzy. Niskie zarobki w podstawowej pracy (na rezydenturze) zmuszają wręcz do szukania dodatkowego zajęcia. Poniżej przedstawiam przykładową kalkulację. Na początek założymy, że nasz młody lekarz miał szczęście i udało mu się załapać na rezydenturę. Jako, że jest osobą praktyczną, aby więcej zarabiać wybrał specjalizację deficytową. Pracuje więc w szpitalu w wymiarze jednego etatu czyli około 150h miesięcznie. Zarabia ok 2500 zł netto (czyli na rękę). Do tego dochodzą dyżury w podstawowym miejscu pracy. Za przeciętnie 4 dyżury nocne w miesiącu otrzymuje wynagrodzenie około 1000 zł. Zaledwie 250 zł za dyżur w czasie którego opiekuje się kilkudziesięcioma pacjentami. 4 dyżury po około 16 godzin dają dalsze 64 godziny w pracy. Zarabia więc 3500 zł netto pracując 216 godzin. Młody lekarz zakłada rodzinę - musi więc jakoś zarobić na wesele, remont mieszkania (ma takie szczęście, że odziedziczył mieszkanie po dziadkach), zakup samochodu, zakup ubranek, zabawek, wózka i innych niezbędnych artykułów. Znajduje więc dodatkową "fuchę" w nocnej pomocy lekarskiej (czyli w skrócie NPL). Udaje mu się wynegocjować całkiem dobrą stawkę 60 zł/h brutto. Ma szczęście, że dyrektor przychodni ma nóż na gardle, w przeciwnym razie zaproponowałby mu o wiele niższą stawkę. Wielu lekarzy pracuje w NPL za 50, a nawet 40 zł za godzinę. Nasz bohater bierze 6 dyżurów w miesiącu - 3 w dni powszednie (trwające 14h) i 3 weekendowe (po 12 godzin). Zarabia dalsze 3900 zł netto pracując dalsze 78 godzin w miesiącu. Szef naszego bohatera składa mu propozycję nie do odrzucenia. Będzie zabezpieczał także szpitalną izbę przyjęć. Będzie tam jedynym lekarzem. Dostaje 4 piątkowe dyżury, których nikt nie chciał wziąć. Wiadomo - piątek to dzień "imprezowy", co oznacza więcej nietrzeźwych pacjentów. Stawka nie podlega negocjacji - 60 zł/h brutto. Żeby ominąć przepisy prawa pracy (nie może pracować u jednego pracodawcy na etacie i na umowie zleceniu) zostaje zatrudniony poprzez "znajomą" przychodnię. Nie wdając się w szczegóły: za 64 godziny w szpitalu dostanie "na rękę" 3220 zł. Ponieważ znajomy prowadzi firmę wykonującą transporty medyczne od czasu do czasu trafia mu się takie zlecenie. Średnio raz w miesiącu przewozi gdzieś pacjenta karetką. Za 12h transport zarabia około 600 zł "na rękę". Podsumowując: 2500 zł pensji podstawowej + 1000 zł dyżury + 3900 zł NPL + 3220 zł izba przyjęć + 600 zł transport = 11 220 zł! To prawdziwa fortuna! Według internetowej porównywarki wynagrodzeń, która znajduje się na stronie internetowej partii "Razem", wynagrodzenie tej wysokości stawia młodego lekarza wśród 1% najlepiej zarabiających Polaków! Należy jednak zrobić jeszcze jedno podsumowanie - czasu, jaki spędzi w pracy: Dodajemy 150h podstawowego czasu pracy + 64h dyżury na oddziale + 78h w NPL + 64h w izbie przyjęć + 12h transportu = 368h. Tymczasem miesiąc ma 720 godzin. Nasz młody lekarz spędza w pracy ponad połowę miesiąca! Pełen etat w dni powszednie od 8 do 15:35 oraz 14 dyżurów w miesiącu (w tym 11 nocnych). Kiedyś musi jeszcze spać lub odsypiać noce zarwane na dyżurach. W miejscach takich jak nocna pomoc lekarska lub izba przyjęć przespane noce to ewenement. Jego zadania nie ułatwia fatalna organizacja pracy, nadmiar biurokratycznych procedur oraz zmęczenie. O wiele łatwiej jest popełnić tragiczną pomyłkę, jeśli jest się zbudzonym do nagłej interwencji o godzinie 3:00 w nocy. Ponieważ jest niedoświadczony, wiele czynności wykonuje wolniej, zleca więcej badań dodatkowych i konsultacji specjalistów. Ma szczęście bo do tej pory nie popełnił żadnego "medialnego" błędu. Dla rodziny zostają pojedyncze dni wolne w miesiącu. Młody lekarz jest ciągle przemęczony, rozdrażniony. Przekłada się to na kłótnie w domu, pretensje pacjentów, których przyjmuje - zarzucają mu brak empatii oraz złośliwość, brak czasu na naukę (w domu leżą odłogiem podręczniki do specjalizacji, które powinien czytać), brak czasu dla siebie (nie ma żadnego hobby). Są to rzeczy o wiele cenniejsze niż pieniądze, które może w ten sposób zarobić. Lekarz - nawet ten zaraz po studiach może zarabiać naprawdę dużo. Problemem pozostaje cena, którą pozostaje zapłacić za wysoką pensję. Cena, której przeliczyć na pieniądze nie sposób. *** UWAGA! Do osób, które chcą cytować ten artykuł np. w prasie: Bardzo proszę o zachowanie zasad rzetelności dziennikarskiej podczas udostępniania jego treści. Nie jest w nim napisane, że "lekarz w czasie specjalizacji zarabia 12000 zł na rękę" tylko, że "lekarz w czasie specjalizacji może zarabiać 12000 zł na rękę pracując na 2,5 etatu i przy okazji lekceważąc wszelkie zasady regulujące czas pracy, stanowiąc zagrożenie dla pacjentów oraz niszcząc swoje zdrowie i swoją rodzinę". Artykuł powstał na podstawie doświadczeń własnych autora oraz innych lekarzy i nie jest prostym opisem przypadku jednej osoby. To raczej tendencja, którą można zaobserwować wśród młodych medyków. (Na zdjęciu: młodzi lekarze z Argentyny "odsypiający" zarwaną noc)
  11. Do czego służy SOR? Warto zadać głośno to pytanie, gdy coraz częściej słyszymy o sytuacjach niewłaściwego wykorzystywania tego Oddziału przez pacjentów. O tym, czy wina ratowniczego chaosu leży tu po stronie pacjentów, lekarzy czy systemu opieki zdrowotnej? Jakie są drogi wyjścia z kryzysu? Według podstawowej informacji ze strony Ministerstwa Zdrowia Szpitalny Oddział Ratunkowy to jednostka systemu Państwowe Ratownictwo Medyczne (PRM), która niezwłocznie udziela świadczeń opieki zdrowotnej, polegających na wstępnej diagnostyce oraz podjęciu leczenia niezbędnego dla stabilizacji funkcji życiowych osób znajdujących się w stanie nagłego zagrożenia zdrowotnego. O tym, kto ma prawo korzystać z pomocy takiego oddziału i jakie są zasady jego działania jasno mówią przepisy. chory nie musi mieć skierowania, nie ma też rejonizacji w SOR nie przewiduje się: wystawiania recept na przewlekle stosowane leki, zwolnień lekarskich, zaświadczeń ani konsultacji specjalistycznych w chorobach przewlekłych i nie zagrażających życiu szpitalne zaplecze minimum to oddziały: chirurgii ogólnej z częścią urazową, chorób wewnętrznych, anestezjologii i intensywnej terapii, pracownia diagnostyki obrazowej (wyposażona w tomograf, przyłóżkowe RTG i USG), pracownia endoskopowa i laboratorium oraz lądowisko dla śmigłowców (w odległości nie większej niż 5-minutowy transport - ostatni wymóg będzie obligatoryjny od 2017 roku) jeśli zachodzi taka potrzeba, Oddział zapewnia transport sanitarny pacjenta do najbliższego podmiotu leczniczego wykonującego świadczenia opieki zdrowotnej w odpowiednim zakresie O tym, jak wielkie emocje wzbudza zły stan Państwowego Ratownictwa Medycznego świadczą ostatnie publikacje w prasie medycznej i ogólnopolskiej: Reportaż z "Gazety Lekarskiej" porusza temat z perspektywy postronnego obserwatora (polecamy) Artykuł z portalu natemat.pl przedstawia perspektywę pracownika doraźnej specjalistycznej pomocy lekarskiej Dlaczego instytucja przeznaczona do ratowania życia nagminnie pełni funkcję izby wytrzeźwień, noclegowni, poradni psychologicznej, hurtowni recept i zwolnień lekarskich? Oto krótka, z pewnością niepełna diagnostyka różnicowa tego stanu: Po stronie systemu opieki zdrowotnej przyczyn jest wiele: mała liczba lekarzy specjalistów medycyny rodzinnej, niski prestiż podstawowej opieki zdrowotnej związany z brakiem zaufania pacjentów i przede wszystkim sposób finansowania POZ, który zniechęca do jakiejkolwiek głębszej diagnostyki bardzo ograniczony dostęp do specjalistycznej opieki ambulatoryjnej (największy problem dotyczy endokrynologii, neurologii, kardiologii...), bardzo skomplikowany system rejestracji, długi czas oczekiwania na wizytę filozofia systemu, w której diagnostyka i prawidłowe leczenie osób chorych jest stratą finansową dla ośrodka brak skoordynowanej edukacji pacjentów w zakresie funkcjonowania polskiej ochrony zdrowia Po stronie niektórych grup lekarzy: brak zaplecza technicznego i kompetencji części lekarzy pracujących w POZ w zakresie niektórych aspektów medycyny rodzinnej (proste czynności chirurgiczne, okulistyczne, laryngologiczne) przerzucanie na SOR odpowiedzialności za pomoc doraźną przez część specjalistów w stacji, gdy jest możliwa pomoc ambulatoryjna Po stronie pacjentów do przyczyn zaliczyć należy: roszczeniową postawę wynikającą z przekonania o własnej wyjątkowości jako obywatela, który ma prawo do darmowej służby zdrowia w każdym aspekcie niestosowanie się do zaleceń lekarskich (np. dotyczących przedłużania recept na leki w POZ) i lekceważenie przepisów prawa brak podstawowej wiedzy na temat zasad higieny, ogólnej profilaktyki zakażeń, odpowiedzialnego stosowania substancji psychoaktywnych Grzechów i zaniedbań jest wiele. Ostatnie lata pokazują, że spraw tych nie da się rozwiązać pojedynczymi decyzjami polityków, wprowadzaniem rozwiązań nomen omen doraźnych i tworzeniem przepisów prawnych oderwanych od realiów. Samo dofinansowanie podstawowej opieki zdrowotnej i lecznictwa ambulatoryjnego oraz wzrost liczby personelu medycznego też nie rozwiąże wszystkich problemów, choć zapewne ma szanse złagodzić kryzys. Kluczowe wydają się: edukacja pacjentów i lekarzy oraz stworzenie długofalowej strategii modyfikacji systemu zdrowia i wdrażanie jej we współpracy rządu, organizacji pozarządowych, izb lekarskich, pielęgniarskich, stowarzyszeń pacjentów. Mateusz Malik, lekarz
  12. Pracując w Nocnej i Świątecznej Opiece Zdrowotnej można spotkać najróżniejszych ciekawych osobników. Pewne rodzaje pacjentów przewijają się praktycznie na każdym dyżurze. Jacy to ludzie? Sprawdźcie sami! Oto ironiczny, słodko-gorzki przewodnik świro-lotka! Ból zęba - pan, najczęściej koło 50 lat, przychodzi, bo od kilku dni boli go ząb. U dentysty nie był. Prosi o przepisanie antybiotyku bo boi się wiertła, a sąsiadka poradziła, że dobra ciocia z NPL zapisuje antybiotyki na bolące zęby. Gdy zaglądam do jamy ustnej, widzę zgniłe pieńki czegoś co dawno temu było zębami. Co robię? Zalecam natychmiast zgłosić się do stomatologa. Pacjent niezadowolony opuszcza gabinet. Nadciśnienie - wiele lat temu autorzy wytycznych leczenia nadciśnienia tętniczego przewidywali, że chorobę tę uda się opanować w ciągu 5 lat. 20 lat później do NPLu, SORu ciągle zgłaszają się osoby, których nadciśnienie przerosło. Najczęściej jest to pani lat 60+, która od rana czuje się źle i boli ją głowa, więc przypomniała sobie, że można by zmierzyć ciśnienie. Wartość 170/100 mmHg wywołała autentyczny strach więc zgłosiła się do NPL. Najczęstsza przyczyna takiego stanu rzeczy? Nie bierze leków. Oczywiście za nic na świecie się do tego nie przyzna. Zapytana na co choruje twierdzi, że kiedyś miała NT, ale bierze leki i już nie ma. Po obniżeniu ciśnienia lekami doustnymi (wśród których pierwsze skrzypce gra zawsze hydroksyzyna) i upewnieniu się, że nie mamy do czynienia ze stanem nagłym nadciśnienia tętniczego, zostaje skierowana do swojego lekarza rodzinnego z zaleceniem, by jednak brać te leki. "Ale ja biorę panie doktorze!" Tak, tak... KOSZMARNY KASZEL! - zazwyczaj jest to zaniepokojona mama z dzieckiem. Słyszymy wariację na temat: "Dziecko od rana kaszle, strasznie kaszle, w ogóle jest to szczekający kaszel, nawet przy kaszlu wymiotowało 3 razy, prawie się nie udusi, ale to taki kaszel oskrzelowy więc przyszłam bo to już na pewno jest coś w płucach!" Dziecko siedzi zadowolone i uśmiechnięte, bez gorączki, w płucach nic niepokojącego nie słychać. Zazwyczaj jedynym odchyleniem w badaniu jest wydzielina w nosie. Cecha charakterystyczna tej zagadkowej choroby? W czasie pobytu w poczekalni oraz w gabinecie dziecko ani razu nie zakasłało... "Przyszłam sprawdzić czy wszystko w porządku". W gabinecie słyszymy: "Za 2 dni wyjeżdżamy na wakacje przyszłam więc z dzieckiem zobaczyć czy jest zdrowe. Może na wszelki wypadek gdyby się nie rozchorowało przepisał by nam doktor jakiś antybiotyk". Powyższe występują także w pakietach - rejestruje się na przykład mama i dwójka rodzeństwa. Wszystkich trzeba zbadać, żeby w końcu z przykrością poinformować towarzystwo, że są obecnie zdrowi a ja nie jestem wróżką żeby zapewniać ich, że jutro nie będą mieli zawału, sepsy albo wypadku samochodowego. "Pan Antybiotyk". Wizyta typowa - zwykłe przeziębienie albo zapalenie gardła, które za żadne skarby nie chce być anginą paciorkowcową. Zaczynam pisać na kartce zalecenia, gdy twarz pacjenta przybiera kolor purpury a oczy powiększają się do rozmiaru denka od butelki. "Jak to?! Nie będzie antybiotyku?!" - cedzi przez zęby a kłykcie trzaskają od zaciskanych pięści. Ano nie będzie. Jak się nie podoba to może Pan szanowny iść do innego lekarza. Musiałem patrzeć na ludzi umierających na sepsę wywołaną przez bakterie oporne na wszystkie znane ludzkości antybiotyki i nie mam zamiaru przykładać ręki do produkowania kolejnych opornych szczepów. "A nie moglibyśmy..." - jęczy pacjent z nadzieją w głosie. Nie, nie moglibyśmy. Do widzenia... Jest pan moją ostatnią nadzieją! Pacjent z wydawałoby się pospolitą przypadłością jak np. ból gardła. Był już 3 razy u lekarza rodzinnego, u laryngologa, kardiologa i dwa razy u ortopedy, był już 3x w NPL u innych lekarzy. Zrobił sobie wszystkie możliwe badania, rezonans mózgu i gastroskopię i nikt nie jest w stanie powiedzieć dlaczego go boli. Rozumiem, że mając do dyspozycji szpatułkę do gardła, latarkę i stetoskop w sobotę o godzinie 23:30 to właśnie ja postawię błyskotliwą diagnozę i zakończę wielomiesięczne cierpienia pacjenta. Niestety nie zakończę. Dlaczego nie zapytam, dlaczego nie był jeszcze ze swoją przypadłością u.... psychiatry? "Urocza starsza pani". Siedzi w poczekalni cichutko jak myszka. Gdy wchodzi do gabinetu słyszę, że od wczoraj jej duszno, od godziny boli w klatce piersiowej, od tygodnia ma zawroty głowy a w ogóle miała miesiąc temu wymioty i smoliste stolce. U lekarza rodzinnego była wczoraj i przedwczoraj i w ostatni poniedziałek. Jakie leki bierze? Nie pamięta. Na co się leczy? Nie pamięta. Może jakaś dokumentacja medyczna? Nie ma. W końcu wychodzi na jaw prawdziwy powód wizyty. "Skoro już tu jestem, to czy nie mógłby Pan wypisać mi 2 opakowań pasków do glukometru?" Nie, nie mógłbym.... Ale skoro ma takie objawy, to wypisuję skierowanie do szpitala. Narkoman. Chodzi po różnych gabinetach, SORach, NPLach. Może być równie dobrze wytatuowanym dwudziestolatkiem jak i uroczą starszą panią. Zazwyczaj podaje te same historyjki: zgubił receptę na relanium, umarła mu mama, jak nie dostanie tego leku to będzie miał krwawienia z odbytu czy inny świąd łokcia, bardzo go boli kręgosłup a jest uczulony na wszystkie NLPZ, paracetamol i metamizol itd. W przypadku odmowy próbuje manipulować opowiadając ckliwe historyjki: ma chore dziecko, tata go nie kochał, dorastał w domu dziecka, mama umiera na raka itp. Najlepszy sposób? Całkowity zakaz przepisywania leku po który przyszedł to gwarancja, że już nie wróci. Ciężka choroba! Zgłasza się zazwyczaj grubo po północy. Przecież jego choroba jest zbyt ciężka, żeby czekać do rana. Te podłe kanalie z pogotowia nie chciały wysłać karetki! Po krótkim badaniu okazuje się, że "TEN OGROMNY WĘZEŁ CHŁONNY" pod pachą to nie nowotwór a głowa kości ramiennej a "NIEPOKOJĄCA WYSYPKA" u trzylatka to nic innego jak bąbel po ukąszeniu komara. Kto ciąga do lekarza małe dziecko o 3:00 w nocy z takiego powodu? Może powinna się tym zainteresować opieka społeczna? Symulant - zapił, zaspał czy zabalował? Nieważne. Przecież dobry doktor wypisze zwolnienie na zawołanie! Atakuje zazwyczaj wieczorem podając dziwne i przypadkowe objawy, które nie układają się w żadną logiczną całość. Podczas badania próbuje np. napinać brzuch udając, że go boli. Po odwróceniu uwagi ostry brzuch nagle staje się miękki. Niestety nie zdaje sobie sprawy, że lekarz NIE MUSI wystawiać mu zwolnienia. Co więcej - nie musi wystawiać zwolnienia na kilka dni wstecz. Spotkanie ze smutną rzeczywistością i takim skrajnym brakiem empatii zazwyczaj wyzwala agresję i wyzwiska. Te bardziej barwne? "Nie wiem czy lepiej zaj$&@# czy skargę napisać!". Panie zazwyczaj reagują soczystym fochem "To ja tu więcej nie przyjdę!". I na to liczę! Do widzenia! Recepta - skończyły się leki? Nie ma problemu! Przecież mamy NPL! Niestety - jest to instytucja służąca udzieleniu doraźnej pomocy w nagłych zachorowaniach, a nie przedłużaniu recept na leki przyjmowane przewlekle. Odmowa oczywiście spotyka się z wielkim zdziwieniem. Zawsze można skorzystać z porady receptowej swojego lekarza rodzinnego. Rano zanosi się do rejestracji kartkę z nazwami leków, a wieczorem odbiera receptę. Informuję wszystkich oburzonych, że wszystkie opublikowane tu historie są zmyślone i nie mają nic wspólnego z rzeczywistością, a powstały za podstawie oglądania polskich seriali o szpitalach. Pozdrawiam - Kot
  13. Praktyki SOR/chirurgia

    Jako że za miesiąc czekają mnie praktyki po czwartym roku na oddziale ratunkowym i chirurgicznym, zwracam się z pytaniem do starszych kolegów. Praktyki będę robił w szpitalu w dwudziestotysięcznym, powiatowym mieście w województwie Lubelskim znajdującym się na trasie krajowej siedemnastki. Czy mógłbym zatem prosić o wskazówki na czym się skupić, czy ćwiczyć przede wszystkim to, czego uczyłem się przez te cztery lata (badanie, diagnostyka, obrazowanie) czy "szlifować" (de facto uczyć się) przede wszystkim zabiegów. A jeżeli właśnie o zabiegi chodzi to czy opłaca się przedkładanie ich obserwacji ponad wcześniej wymienione przeze mnie działania, gdy nie pozwolą mi ich wykonywać samodzielnie? Doskonale zdaję sobie sprawę że trzeba być odważnym i nieco inwazyjnym w kierunku upraszania się o coś, to już przećwiczyłem przez te trzy lata : ) Słowem - kluczem, jak najlepiej wykorzystać te praktyki?