LIBERMED - Książki medyczne i weterynaryjne wszystkich wydawców w jednym miejscu

Przeszukaj forum

Showing results for tags 'specjalizacja'.



More search options

  • Search By Tags

    Wpisz tagi, oddzielając przecinkami.
  • Search By Author

Typ zawartości


Forum

  • MedFor.me
    • Dyskusja ogólna
    • Specjalizacja: Jaką wybierzesz?
    • Niezbędnik medyka (książki, konferencje, kursy, praktyki, oferty pracy)
    • Naukowo
    • Idę na medycynę
    • Fora lokalne
  • IZBA LEKARSKA
    • Medycyna Ogólna
    • Egzaminy
    • !!! Nowoczesna medycyna
    • Miejsca stażowe i specjalizacyjne
    • Wieści zza granicy
  • PO GODZINACH
    • Na każdy temat
    • MedHumor
    • Fora prywatne
    • MedFor.me - sprawy forum
  • CLUSTERS
    • News
    • Polinnovation
    • Clusters

Kategorie

  • News
  • Opinie i komentarze
  • Ze świata nauki
  • Wywiady
  • Reportaż
  • MED-Memories
  • Weekend For.me
  • Patronaty

Blogi

  • Oficjalny blog MedFor.me
  • Medicus Sapiens Semper Digitum in Ano Tenet
  • Naczelny Lekarz Trąbkowaty
  • Visca El Barça
  • Meoblog
  • Medycyna jest ciekawa
  • Ania18101Blog
  • Zabiegowcy
  • blogs_blog_11
  • blogs_blog_12
  • Dzienniczek przyszłego doktora.
  • Ratuj-z-nami
  • KotBlog
  • JMBlog
  • Breakfast at Tiffany's.
  • DanioJanioBlog
  • NarzedziaLekarza
  • see
  • aniamos - blog
  • vipomaBlog
  • Kawa
  • przyczynaBlog
  • Wino i Medycyna - In vino sanitas

Kategorie

  • Choroby wewnętrzne
  • Chirurgia
  • Pediatria
  • Ginekologia i położnictwo
  • Łacina
  • Inne
  • Redakcyjne

Kalendarze

  • Patronaty MedFor.me

Znaleziono 67 wyników

  1. Hej! Czy ktoś orientuje się może, czy warto robić specjalizację z medycyny nuklearnej? Czy jest to dziedzina, która będzie raczej się nadal rozwijać i będzie rosło zapotrzebowanie na specjalistów, czy też będzie ono raczej stałe? Jak wygląda przeciętny dzień pracy w tej specjalności? I oczywiście jak się kształtują zarobki - jakie są możliwości dorabiania? Czy zarobki po rezydenturze tylko w szpitalu są w miarę godne?
  2. Dziś parę słów o kulisach robienia specjalizacji. Zacznijmy od teorii - specjalizację z chorób wewnętrznych, w obecnym modułowym systemie, robi się 5 lat - trzy lata moduł podstawowy i 2 lata moduł tzw. specjalistyczny. Ja w listopadzie kończę moduł podstawowy, zakończony egzaminem u kierownika specjalizacji. To tyle w teorii. W praktyce większość specjalizantów żadnego egzaminu pewnie nie zobaczy, poza oczywiście egzaminem na koniec specjalizacji, przerażającym chyba wszystkich, PES-em - państwowym egzaminem specjalizacyjnym. Ale do egzaminu mam jeszcze 3 lata... Szkolenie specjalizacyjne, jak to się ładnie nazywa, polega na pracy na własnym, macierzystym oddziale oraz odbywaniu obowiązkowych kursów i staży. W moim przypadku w module podstawowym jest to dokładnie po 1,5 roku, czyli mówiąc wprost połowę czasu spędzam na swoim oddziale, a resztę poza. I tu zaczyna się temat turystyki specjalizacyjnej. Ale o tym za chwilę. Jednym z absurdów są praktycznie te same staże w module podstawowym, jak i specjalistycznym, różnią się tylko długością. Chyba, żebym w odstępie kilku lat odwiedziła te same miejsca i utrwaliła wiadomości... Jeśli chodzi o kursy, w większości odbywają się one tylko w ośrodkach akademickich, do których niestety moja "prowincja" się nie zalicza. Tak więc w ciągu modułu podstawowego odbyłam jakieś 10 kursów, liczących od 2-3 do 14 dni. Wszystkie wyjazdy muszę oczywiście finansować z własnej kieszeni, mój szpital mocno broni się przed wypłacaniem nam delegacji. Ostatnio szpitalny radca prawny wydał opinię, w której obowiązkowy kurs nie jest delegacją, ponieważ nie spełnia wszystkich kryteriów delegacji, czyli "polecenie pracodawcy, zadanie o charakterze incydentalnym, sporadycznym i wyjazd poza miejscowość, w której znajduje się siedziba pracodawcy lub poza stałe miejsce pracy". Ale to już temat do osobnego artykułu... To samo tyczy się obowiązkowych staży, które odbywamy na specjalistycznych oddziałach lub w klinikach akademickich. I tutaj niestety też większość znajduje się poza moją "prowincją". Staże trwają od 3 do 16 tygodni. Moje wyjazdowe trwają na szczęście maksymalnie 6 tygodni. Wszystkie powyższe problemy wyjazdowe nie dotyczą oczywiście osób, które zostały w dużych akademickich ośrodkach, oni wszystko mają na miejscu, nie muszą wydawać dodatkowych pieniędzy na wyjazdy, noclegi, wyżywienie... Ja jednak postanowiłam połączyć robienie specjalizacji z moją największą pasją, czyli podróżami. Na kursy (bo w module podstawowym zrobiłam już wszystkie) wybierałam najdalej położone na liście ośrodki. Dzięki temu zwiedziłam Białystok i Podlasie, a nawet Wilno i Troki (robiłam tam kurs ze zdrowia publicznego), Lublin, Kazimierz Dolny nad Wisłą, Zamość, Sandomierz (ratownictwo medyczne), Bielsko-Białą, Żywiec, Wisłę, Cieszyn (onkologia), a także Kraków i Warszawę. Jeśli chodzi o staże - hematologię robiłam w Olsztynie, teraz na reumatologię jadę do Sopotu, pozostałe niestety z powodu redukcji kosztów robiłam we Wrocławiu - tam zawsze któreś z przyjaciół ze studiów przygarnie mnie pod swój dach i tak pomieszkuję po ludziach robiąc specjalizację... Temat bliski memu sercu, bo właśnie wróciłam z sześciotygodniowego stażu w jednej z klinik wrocławskich. Jak to zwykle ze stażami bywa, ludzie sympatyczni, ale żeby człowiek wrócił stamtąd nie wiadomo jak wyedukowany to nie powiem.. Według mojej obserwacji staże powinny trwać maksymalnie 2-3 tygodnie, ale powinny być intensywne. Ale żeby tak było lekarz prowadzący takiego specjalizanta nie może mieć "tony" pacjentów z toną dokumentacji do zrobienia, bo wtedy jak zawsze praca kończy się na pomaganiu starszemu w ogarnianiu dokumentacji, bo na to jak wiadomo współczesny lekarz musi poświęcić 90% swojego czasu pracy... Ostatni staż różnił się tylko tym od pozostałych, że tam komputeryzacja jeszcze nie za bardzo dotarła i moje zadania polegały m.in na wypisywaniu pacjentom skierowań na wszystkie możliwe badania ręcznie (na każdym oczywiście muszą być imię, nazwisko, pesel, adres, rozpoznanie, kod ICD-10, data, miejsce wystawienia, no i rodzaj badania). Kolejnym moim bardzo ciekawym zadaniem było przepisywanie wyników badań pacjentów z kartki z laboratorium do pliku w wordzie, gdzie powstawał wypis pacjenta. Tak, wszystkich wyników badań laboratoryjnych! Takie rzeczy tylko w klinice Nie żebym miała to za złe mojemu opiekunowi, który jest przesympatycznym i, co najważniejsze, mega mądrym lekarzem, od którego i tak nauczyłam się chyba najwięcej ze wszystkich staży. Ale piszę to, żeby pokazać absurdy polskiej medycyny. Podobno medycyny XXI wieku... Tutaj pozostawię miejsce na wasze wnioski i przemyślenia. Pozdrowienia ze świątecznego dyżuru.
  3. Witam jestem obecnie uczniem drugiej klasy liceum. Od bardzo dawna mam dylemat dotyczący kierynku mojej nauki i przyszłych studiów tzn.: Jestem rozdarty jeśli chodzi o przyszły wybór specjalizacji. Mam świadomość iż zostało mi do tego jeszcze sporo czasu lecz mimo wszystko wolałbym być rozeznany w temacie. Bardzo ciągnie mnie do chirurgi / anastazjologii i specjalizacji tym podobnych. Z drugiej strony bardzo poważnie rozważam też studiowanie stomatologii. Dylemat wynika ze świadomości iż studia w obu kierunkach różnią się czasem ich ukończenia, a następnie moga występywać "problemy" ze znalezieniem pracy, samorozwojem itp. Więc moja prośba: czy ktoś rozeznany w temacie mógłby się wypowiedzieć jak wygladaja realia tych studiów i zawodów w chwili obecnej i jakie sa wady i zalety każdej z nich?
  4. Czy wiecie jak wyglada sytuacja dla specjalistów chcących wyjechać do pracy w Wielkiej Brytanii? Jestem w trakcie specjalizacji z ortopedii w Polsce i zastanawiam się nad wyjazdem do UK po egzaminie. Podobno specjalista w Polsce nie jest równy specjaliście w UK. Czy można zacząć specjalizacje (w moim przypadku z ortopedii) na jakimś wyższym etapie czy trzeba zaczynać prace od poziomu stażysty?
  5. Interna - królowa medycyny… Czy aby na pewno? Zaczynając przygodę z interną na studiach najpierw uczymy się badać pacjentów, potem poznajemy „małego” i „dużego” Szczeklika, czyli „biblię internistów”, uczymy się różnych chorób, przechodząc przez różne działy interny czyli różne specjalizacje szczegółowe, na których oglądamy pacjentów z danymi jednostkami chorobowymi . Jedni wolą gastroenterologię, inni kardiologię, a jeszcze inni panicznie boją się profesora ścigającego za zbyt krótkie rękawy fartuchów albo niedopięty fartuch u studentów. Każdy ma jakieś lepsze czy gorsze wspomnienia z 4 i 5 roku studiów, czyli czasu interny. A potem przychodzi czas wyboru specjalizacji. W związku z wprowadzeniem systemu modułowego kształcenia większość wybiera od razu specjalizację szczegółową, trochę według mnie zamykając się od razu w danej wąskiej dziedzinie, zapominając o pięknie interny jako całości. Ale wynika też to po części z tego, że większość lekarzy kończąc studia zostaje w dużych ośrodkach akademickich, gdzie prawdziwej interny szukać można ze świeczką - gdzie się nie rozejrzeć tylko wysoko specjalistyczne oddziały, kliniki. Dopiero wyjeżdżając na przysłowiową prowincję mamy według mnie szansę zobaczyć internę w całej okazałości. I co widzimy? Cały przekrój pacjentów - m.in. wszystkich tych, których nie chcą specjalistyczne oddziały. Mamy zapalenia płuc, bo na pulmonologii ciągle brakuje miejsc, mamy zdekompensowane niewydolności krążenia, których nie chce kardiologia, mamy diagnostykę stanów podejrzanych o nowotwory i rozsiane nowotwory, którym pomagamy odejść, bo w hospicjum dyrektor zmniejszył liczbę miejsc o połowę, mamy starszych pacjentów, których nie chcą rodzinny albo którzy nie mają rodziny, odleżyny, których nie chce chirurgia, do tego rozchwiane nadciśnienie tętnicze, cukrzyca, diagnostykę bólu brzucha, spadku masy ciała, niedokrwistości, gorączek, zawrotów głowy, omdleń, plus wiele wiele innych… Jednym słowem prawie wszystko, co w medycynie jesteśmy w stanie sobie wyobrazić. Ma to swoje plusy i minusy. Zasadniczym plusem jest nauka praktycznie całej interny, nabranie doświadczenia, bo edukacja to nie tylko książki, ale też pacjent, z konkretnymi problemami, dolegliwościami, a do tego starsi koledzy, którzy w każdej chwili służą nam pomocą, kiedy pojawia się jakieś nowe „wyzwanie”. Ale to też przeciążenie pracą, bo jak pisałam wcześniej mało kto wybiera specjalizację z interny na prowincji. Kończy się to prawie ciągłym obłożeniem 90-100% łóżek, przy prawie zawsze niepełnym składzie lekarskim - zawsze ktoś jest na stażu do specjalizacji, na urlopie, zwolnieniu. A przeciążenie pracą to też przeciążenie stresem, bo prowadzenie kilku-kilkunastu pacjentów w ciężkich stanach to poważne obciążenie, szczególnie dla młodego lekarza w tracie specjalizacji. Do tego dochodzą jeszcze ciężkie dyżury, których mamy minimum 5-6 w miesiącu, co daje zwykle około 250 godzin pracy w miesiącu. Nie mówiąc o pracach dodatkowych. Dlaczego jednak ludzie wybierają internę? Według mnie lekarze wybierający specjalizację dzielą się na dwa podstawowe typy - zabiegowców i teoretyków (czyli interna, neurologia, medycyna rodzinna, psychiatria). Zabiegowcy to typ człowieka z układem nagrody natychmiastowej: wykonuje jakiś zabieg, od razu widzi efekt - nagroda pojawia się natychmiast w postaci dobrze wykonanej pracy. Teoretycy, głównie właśnie interniści, to typ nagrody odroczonej - włączają różne leki, i czekają aż zaczną one działać, efekt nie pojawia się natychmiast (poza oczywiście ciężkimi stanami, ale efekt ten zwykle jest krótkotrwały, więc i tak potrzebne jest nasze długofalowe działanie). Wiąże się to też od razu z naszym największym problemem i powodem frustracji. U zabiegowców większość efektu końcowego zależy od nich samych, w naszych działaniach, szczególnie tych poszpitalnych, wszystko zależy od pracy samego pacjenta, czyli mojego ulubionego określenia „compliance” tłumaczonego jako przestrzeganie zaleceń terapeutycznych. Możemy oczywiście próbować dotrzeć do pacjenta, wytłumaczyć mu wszystkie plusy i minusy, zagrożenia, skutki jego i naszych działań, możemy edukować, przekonywać, a potem i tak wracają do nas ci sami pacjenci, z tymi samymi problemami co ostatnio. Ale jest to też wyzwanie warte podjęcia, próba dotarcia do swoich pacjentów, i radość, kiedy spotyka się ich potem na ulicy czy gdziekolwiek indziej i widzi ich uśmiechy, jako wyraz dobrego samopoczucia. Interna to też taka gałąź medycyny, gdzie w związku z dłuższym przebywaniem pacjentów na oddziale możemy ich lepiej poznać, a przez to móc lepiej im pomóc, bo nie zawsze pierwsza wizyta i pierwszy wywiad przeprowadzony z pacjentem da nam odpowiedź na wszystkie pytania. Interna to też niełatwe zadanie pomocy ludziom w ich ostatnich dniach, godzinach, kiedy już nic nie da się zrobić, a trzeba po prostu być, zwalczyć ból, czy inne niepokojące pacjenta objawy. I chociaż to trudne chwile, dają pewien rodzaj satysfakcji z pomocy. Na koniec jeszcze spojrzenie na internę z perspektywy zwykłego Kowalskiego: - Jaką robisz specjalizację? - Internę. - Eeee….? Czyli jesteś takim zwykłym lekarzem? - Nie, pracuję w szpitalu na Oddziale Chorób Wewnętrznych i zajmuje się większości najcięższymi stanami, no poza zawałami, udarami i operacjami ? - Aha. A kiedy będziesz jakimś specjalistą? -…… Mimo wszystkich minusów, o których wspomniałam, nie zmieniłabym mojej specjalizacji na żadną inną.
  6. Prezentujemy nowy cykl na temat blasków i cieni pracy za zachodnią granicą. Dużo praktycznych porad, informacje i ciekawostki oraz opinie o zdobywaniu specjalizacji oraz dalszej lekarskiej pracy w Niemczech. Zainteresowanych zapraszamy do dyskusji na forum! Krok Pierwszy: ZNALEZIENIE PRACY Znalezienie pracy w Niemczech nie jest wcale sprawą trudną. Wprawdzie czasy, kiedy to praca szukała nas (najczęściej wraz z mieszkaniem i kursem językowym) powoli odchodzą w zapomnienie i już wręcz coraz odważniej można mówić o konkurencji, to jednak cały czas szpitale niemieckie drżą przed wizją braku wykwalifikowanego personelu medycznego. Warto też wiedzieć, że nadal najbardziej pożądanymi pracownikami (naturalnie po obywatelu niemieckim) są właśnie Polacy. W Niemieckich szpitalach jest coraz więcej lekarzy ze wschodniej Europy oraz medyków z krajów arabskich, ale to właśnie Polacy są uważani za grupę ludzi, która najlepiej się aklimatyzuje i co najważniejsze - jesteśmy członkami Unii Europejskiej, a więc zdobycie przez nas pozwolenia na pracę jest znacznie łatwiejsze i szybsze. Jak szukać pracy? 1. Samodzielnie: Wchodzimy na stronę wybranego niemieckiego szpitala i sprawdzamy oferty pracy lub też, jeżeli jesteśmy zdeterminowani- wysyłamy nasze dokumenty bez względu na to, czy aktualnie nas szukają, czy też nie. 2. Firmy pośredniczące: Obecnie jest bardzo dużo firm zajmujących się szukaniem pracy dla polskich lekarzy. Działają one podobnie jak biura matrymonialne: pytają o nasze preferencje, a następnie dopasowują nam najlepszy szpital. Jest to opcja bardzo dobra dla osób, które są dopiero na początku swojej przygody z językiem niemieckim lub też dla osób, którym zależy głównie na określonej specjalizacji, a nie określonym mieście- firma pośrednicząca ma bazę ofert i potrafi znaleźć dla nas wymarzoną kardiologię w niemieckim zakątku, do którego byśmy sami nie zajrzeli. Warto jednak dokładnie dopytać się o warunki współpracy z pośrednikiem. Wiele z nich opisuje swoją pomoc jako bezpłatną, jednak tak naprawdę nie zostaniemy obciążeni kosztami, tylko w przypadku gdy nie zrezygnujemy (w konkretnym okresie czasu) z miejsca pracy, które znalazła dla nas firma. Oznacza to, że na przykład, gdy szpital okaże się nie spełniać naszych oczekiwań, będziemy musieli mimo wszystko przepracować w nim pewien, określony czas lub zapłacić ”karę”. 3. Trzecią opcją, idealną na osób, które bardzo wcześnie są przekonane, że chcą wyjechać do Niemiec zaraz po zdobyciu prawa wykonywania zawodu lekarza, jest współpraca z grupą AMEOS. Grupa AMEOS oferuje polskim studentom wydziału lekarskiego stypendia w wysokości 282 Euro miesięcznie przez okres do 4 lat. Dobrą informacją jest fakt, że wymagania, które musi spełnić kandydat ubiegający się o stypendium są naprawdę niewielkie - należy posługiwać się językiem niemieckim na poziomie A2, a przez okres studiów i stażu opanować go do poziomu B2. Prace będziemy musieli podjąć w jednym ze szpitali należących do grupy AMEOS (Austria, Niemcy). Zgłoszenia można wysyłać także w języki polskim (mnic.med@badaussee.ameos.at), profesor Marius Nickel płynnie posługuje się językiem polskim i osobiście kontaktuje się ze szpitalami, w których chcemy podjąć pracę (często również pomaga napisać podanie o pracę oraz pośredniczy w korespondencji między nami, a naszym przyszłym pracodawcą). Naturalnie jeżeli w okresie pobierania stypendium będziemy chcieli wycofać się z tej oferty, będziemy zobowiązani do zwrócenia całej wypłaconej nam sumy, jednak nie będziemy obciążeni żadnymi innymi kosztami w związku z naszą rezygnacją.
  7. Moje przemyślenia po kilku latach pracy na OIT w dużym miejskim szpitalu. Nasz oddział intensywnej terapii jest bardzo duży - większy niż wiele powiatowych chirurgii czy intern. Co roku leczymy kilkuset pacjentów w stanach zagrożenia życia z najróżniejszymi chorobami. Od ciężkich urazów, przez pacjentów po zatrzymaniu krążenia, aż do potencjalnych dawców narządów. Niektórzy pacjenci zapadają w pamięć, inni przechodzą niezauważeni. Większość odchodzi. Śmiertelność wynosi około 60%. To niewiele biorąc pod uwagę, że leczymy pacjentów w stanach skrajnie ciężkich, którym inni lekarze już niewiele mogą zaproponować. W większości przypadków już w chwili przyjmowania pacjenta do OIT wiemy, że nasze najlepsze starania na nic się zdadzą. Najczęściej dotyczy to pacjentów z dużymi uszkodzeniami mózgu w wyniku urazu lub udaru. Jeśli mózg nie działa to reszta ciała jest bezużyteczna. U takich pacjentów wielotygodniowa terapia kończy się na przekazaniu do Zakładu Opiekuńczo-Leczniczego leżącego, wymagającego całodobowej opieki ciała zaopatrzonego w tracheostomię i przezskórną endoskopową gastrostomię. Nie mamy środków, które odwróciłyby pierwotne uszkodzenie mózgu. Nasza rola to podtrzymywanie funkcji narządów, zapobieganie wtórnym uszkodzeniom układu nerwowego i czekanie, aż stan pacjenta sam się ustabilizuje. W pamięci tkwi mi przypadek motocyklisty, który jadąc pod wpływem narkotyków po lesie uderzył w drzewo. Nie miał kasku a cała siła uderzenia skupiła się na głowie. Przebywał na naszym oddziale przez wiele miesięcy. Nigdy nie udało nam się odłączyć go od respiratora. Wielokrotnie leczyliśmy u niego zakażenia patogenami szpitalnymi. W pewnym momencie zabrakło nam antybiotyków - pacjent miał niekończącą się sepsę spowodowaną przez drobnoustrój odporny na wszystkie znane ludzkości leki. Leczenie w OIT to nie przelewki - pacjent ma cewnik moczowy, cewnik centralny, sztuczne drogi oddechowe, często dreny po operacjach. Osłabiony organizm z szeroko otwartymi wrotami zakażenia to łakomy kąsek dla bakterii. Lecząc kolejne zakażenia szpitalne sami pasażujemy wielolekooporne szczepy. Kolejne zakażenie pokonało młody organizm. W czasie pobytu odwiedzała go młoda, zrozpaczona żona w ciąży. Gdy pacjent umierał, na świecie był już jego syn. Dwudziestokilkuletnia kobieta w 38 tygodniu ciąży zgłosiła się do szpitala z powodu wymiotów. Niby nic poważnego, czuła się dobrze, więc wróciła do domu. Po kilku godzinach została przywieziona przez Zespół Ratownictwa nieprzytomna. Badanie TK głowy wykazało zakrzepicę żył mózgowych i rozlany obrzęk mózgu. Chorobę, która zdarza się bardzo rzadko u predysponowanych genetycznie pacjentów. Ciąża sprzyja powikłaniom zakrzepowo-zatorowym. Po pilnym cięciu cesarskim pacjentka trafiła na nasz oddział. Przez kilka dni patrzyliśmy jak jej mózg obumiera. Wyrazem tego była duża niestabilność układu krążenia. Pacjentka miała ciśnienie krwi 250/120 mmHg by za kilka minut potrzebować gigantycznych dawek amin katecholowych. Po komisyjnym stwierdzeniu śmierci mózgu a przed odłączeniem od respiratora odwiedził ją mąż z noworodkiem na rękach i zrozpaczeni rodzice. Zatrzymanie krążenia to częsty powód przyjęcia pacjenta do Oddziału Intensywnej Terapii. Gdy krew przestaje płynąć, wystarczy kilka minut, aby w mózgu zaszły nieodwracalne zmiany. Mimo dostępności zaawansowanych technik resuscytacyjnych, wytycznych oraz sprzętu i wyposażenia karetek pogotowia pomoc najczęściej przychodzi zbyt późno. Mimo, że często udaje się przywrócić czynność serca, w mózgu pacjenta po zatrzymaniu krążenia dochodzi do nieodwracalnych zmian. Pacjent jest przywożony do szpitala a następnie "znika gdzieś na OIT". Ratownicy i lekarze SOR są zadowoleni z dobrze wykonanej pracy. Tymczasem w zdecydowanej większości przypadków dochodzi już do nieodwracalnego uszkodzenia mózgu i mimo wszelkich starań pacjent nigdy nie odzyskuje świadomości. Po wielotygodniowym leczeniu najczęściej doprowadzamy go do optymalnego stanu. To znaczy, że sam oddycha, serce pracuje bez wsparcia amin katecholowych. Mózg jest nieodwracalnie uszkodzony a pacjent jest w przetrwałym stanie wegetatywnym. Jeśli nie zabiją go powikłania infekcyjne to staje się kolejnym pensjonariuszem ZOL wymagającym całodobowej opieki. Cuda zdarzają się bardzo rzadko. Czasem warto mieć swojego anioła stróża, nawet jeśli staje się nim na chwilę przechodzący obok anestezjolog. Starsza pacjentka przyszła do naszego szpitala na kontrolę w poradni. W poczekalni nagle straciła przytomność - doznała zatrzymania krążenia. Zaskakującym zrządzeniem losu korytarzem szpitalnym właśnie w tej chwili przechodził zespół anestezjologiczny. Lekarz rozpoznał zatrzymanie krążenia i niezwłocznie rozpoczął czynności resuscytacyjne. Po kilku minutach dotarł drugi zespół anestezjologiczny wyposażony w defibrylator. Po uzyskaniu powrotu spontanicznego krążenia pacjentka trafiła na OIT. Następnego dnia wybudziła się i została rozintubowana. Udało jej się przeżyć zatrzymanie krążenia bez jakichkolwiek deficytów neurologicznych. Po kilku dniach przeniesiono ją na kardiologię, gdzie miała wszczepiony kardiowerter-defibrylator jako prewencję wtórną nagłego zatrzymania krążenia. Wyszła do domu - wróciła do swojego poprzedniego życia. W jej przypadku spełniliśmy swoją rolę. Nie jest sztuką doprowadzenie do "przeżycia" pacjenta. Wiele osób myśli, że leczenie w Oddziale Intensywnej Terapii to jakaś wiedza tajemna. Tymczasem polega jedynie na podtrzymywaniu funkcji podstawowych narządów - oddychanie wspomaga respirator, krążenie wspieramy wlewami amin katecholowych, zaburzoną funkcję nerek zastępuje dializa. Pacjent jest żywiony, leczymy ból związany z chorobą i długotrwałym unieruchomieniem. Właściwie to leczymy głównie powikłania związane z pobytem na OIT: zakażenia, wrzody stresowe, odleżyny, działania uboczne leków, powikłania pooperacyjne. Nie zawsze jesteśmy w stanie wyleczyć przyczynę niewydolności narządów. Jeśli jest to niewydolność oddechowa lub niewydolność serca będąca skutkiem wieloletniej choroby, to tylko nowy narząd może przynieść pacjentowi ratunek. Podtrzymujemy oddychanie i krążenie licząc na to, że stan płuc i serca poprawi się na tyle, że będą sobie w stanie poradzić bez pomocy. Często jest to niemożliwe i otrzymujemy chorego "OIT-zależnego", który poza środowiskiem naszego oddziału nie jest w stanie przeżyć. Stan taki trwa do kolejnego powikłania septycznego. CDN...
  8. Witam, Jestem zainteresowana wyjazdem do Norwegii celem rozpoczęcia tam specjalizacji lekarskiej. Czy mogę liczyć na kogoś, kto byłby w stanie odpowiedzieć na kilka moich pytań? Jeśli osoby niezalogowane, nie mogące pisać postów, chciałyby się ze mną skontaktować to podaje email: pralinka1992@gmail.com Pozdrawiam
  9. Było rozczarowanie, były marzenia, były myśli i plany, były słowa pisane i mówione - w walce o podwyżki i godne życie w trakcie specjalizacji polskim rezydentom pozostały: CZYNY. Jeśli jesteś całkowicie zadowolony z przebiegu Twojej specjalizacji, z rezydenckiej pensji, z wolontariatu, który kochasz, z lubością realizujesz swój program specjalizacji od A do Z, dyżury w Twoim miejscu szkoleniowym mógłbyś robić do końca życia i z utęsknieniem czekasz na egzaminacyjną loterię PES z plusem - nie pojawiaj się jutro na spotkaniu w Okręgowej Izbie Lekarskiej o 11.00… Jeśli spośród wszystkich członków zamkniętej grupy „Porozumienie Rezydentów” na Facebooku na sobotnim spotkaniu zjawi się 1% powinno nas być 164 i jedna trzecia człowieka. Kimkolwiek jesteś - nie bądź anonimową jedną szesnastotysięczną. Może jesteś lekarzem rezydentem, może stażystką, może studentem, który poważnie traktuje przyszłą pracę, może emigrantką jedną nogą, a może przyszłym ministrem zdrowia! - nie daj innym decydować za siebie. Spotkajmy się w Warszawie, zewrzyjmy szyki i postawmy na swoim: codziennie w naszych rękach spoczywa ludzkie życie - weźmy w nie WŁASNY LOS. A wszystkim, którzy myślą, że inni za nich to załatwią, mówimy: niejedna wielka inicjatywa upadła jednym przeważającym głosem. Tak chcecie przejść do historii? Na spotkaniu przy ul. Puławskiej 18 w Warszawie ustalona zostanie strategia postępowania młodych lekarzy na każdą ewentualność (z demonstracją włącznie). A ostateczne rozstrzygnięcia naszej wielomiesięcznej batalii to kwestia najbliższych tygodni. Umiesz liczyć - licz na siebie. My też na Ciebie liczymy! Mateusz Malik, lekarz
  10. Jestem dopiero na drugim roku studiów ale z uwagi na nieznajomość języka już teraz zainteresowałam się specjalizacją za granicą. Nie chcę uczyć się w Polsce ani w Niemczech dlatego myślałam o Norwegii ale nie mogę znaleźć konkretnych informacji na jakiej zasadzie można się tam dostać i co jest brane pod uwagę. Specjalizacja , o której marzę to okulistyka ale biorę pod uwagę też np dermatologię. Byłabym bardzo wdzięczna gdyby ktoś przedstawił mi warunki , które trzeba spełnić żeby tam wyjechać i jak to wygląda na miejscu. Jeśli nie Norwegia to jakie polecacie kraje do tych konkretnych specjalizacji ? Chcę od przyszłego roku uczyć się języka dlatego muszę jak najszybciej się zorientować.
  11. Weźmy na przykład wtorek. We wtorki bardzo rzadko miewam dyżury, ale o tym za chwilę. We wtorek, jak każdego dnia wstaję rano, zjadam śniadanie i spacerem udaję się do pracy. Mieszkanie na prowincji ma jeden podstawowy plus - do pracy chodzę spacerem, jakieś 5-7 minut, spoglądając w międzyczasie na góry. Góry mnie wyciszają. Tak wyciszona przed 8.00 docieram do pracy. Przebieram się i idę na oddział. Przed odprawą, która zaczyna się o 8.15, robię sobie jeszcze herbatę i zerkam w system, sprawdzając, co u moich pacjentów. Punkt 8.15 schodzimy się wszyscy w jednej dyżurce - lekarze, ordynator, oddziałowa, czasem jacyś stażyści. Przez minimum godzinę omawiamy po kolei wszystkich naszych 60-70 pacjentów. Każdy po kolei opowiada o swoich pacjentach, o stanie zdrowia, o wynikach badań, o planach. Po 9.00, czasem trochę później kończy się czas mojego wyciszenia. Wpadam do swojej dyżurki, po drodze zabierając z punktu pielęgniarskiego zleceniówki moich pacjentów. Ostatnio ok. dziewięciu-dziesięciu. Wszystko z powodu problemów związanych z organizacją pracy, o której pisałam w jednym z poprzednich artykułów. No i się zaczyna jedna wielka gonitwa. Rozpoczynam pracę od sprawdzenia wyników badań moich pacjentów - koło 9.30 na szczęście większość dzisiejszych badań jest już zrobiona - chyba, że są to witamina B12, kwas foliowy, czy wirusy hepatotropowe - te badania nasz szpital wykonuje raz w tygodniu koło czwartku. Sprawdzam wyniki, zmieniam w zależności od nich zlecenia, planuję kolejne badania laboratoryjne czy obrazowe. Sprawdzam też dzisiejsze „planówki”. Na naszym oddziale panuje system „kolejkowy”. Wszyscy lekarze na danym skrzydle ustawieni są w „kolejkę” w kolejności alfabetycznej - i według niej przyjmujemy pacjentów, tak samo ostrodyżurowych, jak i planowych. Dzisiaj, póki co, mam jedną planówkę. Wyruszam na wizytę. Zaczynam od pań na czwórce - obie przyjęte na nasz pododdział gastroenterologiczny. Jedna miała wczoraj kolonoskopię kontrolną po usuniętym rok temu raku esicy, druga kolonoskopię ma dziś - kontrola po wykonanej rok temu polipektomii. Obie przesympatyczne, jedna wychodzi do domu dziś, druga jutro. Niestety druga, pomimo moich nalegań (z jednej strony związanych z płatnościami za hospitalizację - NFZ płaci nam dopiero za 3-dniowe hospitalizacje, z drugiej z możliwymi powikłaniami po znieczuleniu do kolonoskopii czy wykonanej ponownie dziś polipektomii) decyduje się jednak na wypis na własne żądanie. Drugi wypis do zrobienia w dniu dzisiejszym. Rewelacja. Idę dalej. Następna sala to pacjent, którego prowadzę od około 3 tygodni. Przyjęty niby planowo - stacja dializ, co jakiś czas wysyła nam niedokrwistości do przetoczenia. W dniu wypisu jednak zagorączkował. W dwukrotnie pobieranych posiewach krwi nic. A gorączka do 40 stopni. W zdjęciu płuc nic, zero objawów, w ECHO serca nic, zero pomysłu. A w badaniach CRP koło 100, prokalcytonina 3,5. Włączamy po kolei różne antybiotyki, codziennie wiszę na telefonie ze stacją dializ i onkologami - pacjent jest po usunięciu właściwie całego układu moczowego z powodu rozsianego nowotworu. Zostało mu tylko lewe nadnercze - z przerzutem 6x6 cm, z rozpadem w części centralnej. Po około tygodniu wreszcie pojawiają się jakieś objawy - zmiany osłuchowe nad płucami. Dziś pacjent ma się już zupełnie nieźle, prokalcytonina spadła do 0,7, CRP niestety nadal wysokie, ale cały czas je kontrolujemy, temperatura co kilka dni wzrasta jedynie do 37-37,5, zmiany osłuchowe ładnie się wycofują. Może niedługo uda się wreszcie wypisać pacjenta do domu. Następna męska sala - tu przyjęty kilka dni temu pacjent ostrodyżurowy z alkoholową marskością wątroby, żółtaczką, wodobrzuszem dziś czuje się już lepiej, bilirubina spadła z 12 do 5, zaczyna być rehabilitowany, na jutro zleconą ma gastrofiberoskopię. Tutaj jak codziennie czeka mnie jeszcze długa rozmowa z troskliwą żoną, która przez większość dnia nie opuszcza pijącego całe życie męża. Sala numer 12 - izolatka. Tutaj "mieszka" przyjęta w zeszłym tygodniu w trybie pilnym pacjentka z podejrzeniem niedokrwiennego zapalenia jelita grubego. Po zebraniu wywiadu głównym problemem okazuje się być biegunka poantybiotykowa od listopada. Pacjentka badana była przez różnych lekarzy, leżała już w dwóch szpitalach, nikt nie był w stanie jej pomóc. Badanie nr 1 na naszym oddziale przy biegunce to badanie kału w kierunku toksyn Clostridium difficile. Już w dniu przyjęcia dowiadujemy się o przyczynie biegunki u pacjentki, włączamy metronidazol, stosujemy izolację, drugą w tym momencie na naszym skrzydle. Po tygodniu leczenia pacjentka czuje się lepiej, biegunka ustąpiła, pewnie pod koniec tygodnia wyjdzie do domu. Została mi jeszcze wychodząca dziś do domu starsza pani, po 80-tce, hospitalizowana w naszym poddziale geriatrii z powodu zawrotów głowy i gorączek (tak, większość zawrotów głowy w naszym rejonie lekarze rodzinni kierują na internę, a nie na neurologię). Zawroty głowy okazały się być związane ze zmianami zwyrodnieniowymi kręgosłupa szyjnego, upośledzeniem przepływu mózgowego i zanikami korowo-podkorowymi oraz móżdżku. A gorączki banalnie, jak u 90% starszych osób, spowodowane były zakażeniem układu moczowego. Na koniec dwie starsze panie z zespołem otępiennym znacznego stopnia, przyjęte w trybie ostrodyżurowym z powodu odwodnienia, ostrego uszkodzenia nerek, zaburzeń kontaktu i zakażenia układu moczowego - czyli taki nasz stardard. Dziś już w nieco lepszym stanie. Uff. Minęła godzina albo dwie. Zależy, ile rodzin po drodze zdążyło mnie zaczepić, pytając o stan zdrowia swoich najbliższych. Czas na „planówkę”. Pacjent skierowany do szpitala jako „ICD10 - inne choroby wątroby”. Zaraz na początku wyciąga badania obrazowe wykonane ambulatoryjnie - USG z opisanymi zmianami w wątrobie, najpewniej o charakterze naczyniaka, do dalszej diagnostyki oraz TK brzucha wykonane tydzień później - trzy naczyniaki, największy wielkości 11cm. Poza tym do tej pory niechorujący, nie leczący się przewlekle, okresowo ma bóle brzucha i pleców. Pytanie podstawowe - po co ktoś kieruje takiego pacjenta na planową hospitalizację? Wyłącznie, żeby wydać z systemu opieki zdrowotnej niepotrzebnie pieniądze. Wracam do dyżurki. Kończę uzupełniać zleceniówki, zabieram się za wypełnianie papierów nowego pacjenta, zlecam podstawowe badania, zdjęcie klatki piersiowej, w wolnej chwili obejrzę jeszcze później te naczyniaki w USG. Koło 12.00, codziennie, choćby się waliło i paliło, robimy sobie z koleżankami 15-20-minutową przerwę na obiad. Na parterze szpitala mamy stołówkę, w której żywi się cały szpital - przyjście później niż o 12.00 skutkuje możliwością zjedzenia wyłącznie „resztek”. Po obiedzie szybka herbata i czas na wypisy. W między czasie wpada co chwilę jakaś rodzina pacjentów moich albo moich kolegów; co chwilę dzwoni jakiś telefon - czy to pielęgniarki, czy to inne oddziały z prośbą o konsultację, czy tzw.”linie miejskie” z pytaniami różnej maści. Skupienie się na wypisach w tym „ulu” graniczy z cudem. Jakby tego jeszcze było mało, okazuje się, że znów jest moja kolejka. Będzie przyjęcie z SORu - pacjentka z niedokrwistością. Lecę jak najprędzej zrobić przyjęcie, zlecam badania, grupę krwi, wypisuję zapotrzebowanie na KKCz. Zaraz zrobię jeszcze pacjentce USG brzucha. Zapomniałabym całkiem o przedstawicielach firm farmaceutycznych, którzy przynajmniej raz na godzinę wpadają do naszej dyżurki na 10-15 min. Opowiadają o swoich preparatach, pomimo, że nikt ich nie słucha, głównie z powodu braku czasu i ciągłej gonitwy. W międzyczasie skończyłam wypisy, zaniosłam do sekretariatu, zrobiłam USG brzucha nowym pacjentom, skończyłam wypełniać wszystkie ankiety i inne „najpotrzebniejsze” przy przyjęciu dokumenty. Do tego od południa próbuję załatwić pacjentowi z naczyniakiem konsultację chirurga naczyniowego - wiszę od dwóch godzin na telefonie, wreszcie udaje mi się złapać któregoś z kolegów. Uff. Wybiła 14.30. Padam na twarz ze zmęczenia i pragnienia. Czas na kolejną herbatę. I na przebiegi. Najważniejszy element mojej pracy, przynajmniej dla prokuratora. Koło 15.00 kończę moją pracę. Zbieram szybko rzeczy i pędzę do centrum, jak co wtorek do szkoły, w której dorabiam. Zwykle, kiedy mówię komuś, że dorabiam jako nauczyciel, wszyscy robią wielkie oczy. A ja nawet to lubię. Uczę techników farmaceutycznych farmakologii. Z jednej strony na bieżąco powtarzam sobie wszystkie leki, przede wszystkim te, których na co dzień nie używam, a z drugiej mam chwilę oddechu od tej gonitwy na oddziale, od ciągłej odpowiedzialności za życie drugiego człowieka. Tutaj odpowiadam jedynie za przeprowadzone zajęcia i wystawienie ocen. I za sprawdzenie kartkówek, które robię im co tydzień Do domu wracam po 18.00. Zmęczona. Ale zadowolona. Jutro dyżur… A Wam jak minął dzisiejszy dzień?
  12. Tym razem tytuł powinien brzmieć: "w oparach absurdu", albo może "bezczelność nie zna granic". Zależy jak na to spojrzeć... Ale od początku: Wybiła godzina 15 w piątek. Zaczynam dyżur. Zmęczona już niemiłosiernie. Całym tygodniem, jak i dzisiejszym szalonym dniem. Z moich 9 pacjentów wypisałam dziś 5, a i przyjęłam dwóch nowych. Tona "papierkowej roboty" - w komputerze oczywiście Wybiła 15.00. Telefon z triage'u na SORze. Jeszcze jeden przerywnik - w moim szpitalu, aby rozładować ruch na SORze, dyrekcja wymyśliła rewelacyjne rozwiązanie - dyżurny lekarz z interny zajmuje się na sorze każdym pacjentem ze skierowaniem na internę. Zatem zostawiam całe moje skrzydło i schodzę na dół. Przez telefon dowiaduję się tylko, że to pacjent z kolką nerkową. Na SORze spotykam pacjenta, zapraszam do wydzielonego pomieszczenia i zaczynam zbierać wywiad. Zaczynam oczywiście od rzeczonej kolki, zapytuję o początek objawów, pytam czy to pierwszy atak, czy wcześniej chorował "na nerki". Pacjent patrzy na mnie coraz bardziej zdziwiony. Gdy pokazuję mu skierowanie z wyraźnym rozpoznaniem "kolka nerkowa" pacjent dopiero wtedy zdradza mi przyczynę swojego zdziwienia. Po skierowanie do POZ poszła żona, a on z nerkami nie ma żadnych problemów, ani nigdy nie miał, a i nawet nie wiedział co lekarz POZ na skierowaniu napisał. Poziom złości 1. Dowiaduję się po chwili, że problemem pacjenta jest występujący od kilku miesięcy ból kręgosłupa, kończyny dolnej prawej, z postępującym jej niedowładem, zanikiem mięśni. Idealny internistyczny problem. Poziom złości 2. Badam więc pacjenta, opisuję, zlecam badania, zdjęcie klatki piersiowej (standard) i oczywiście konsultację neurologiczną. Pomimo, że konsultację zlecam w systemie informatycznym, muszę jeszcze zadzwonić do dyżurnego neurologa i „ładnie” go poprosić o zejście na dół i skonsultowanie pacjenta. Bo to przecież "pacjent skierowany na internę". Poziom złości 2,5. Zostawiam pacjenta na dole, sama wracam na górę, zobaczyć, co dzieje się na oddziale. Okazuje się, że jak zwykle dzieje się sporo. W tak zwanym między czasie sprawdzam w systemie wyniki pacjenta - leukocytoza, trochę podwyższone CRP, trochę bakterii w moczu. Na pewno nie ma wskazań do hospitalizacji na internie. Oddzwania do mnie neurolożka - pacjent rzeczywiście „neurologiczny”, ale koniecznie musi być skonsultowany przez neurochirurga. Wracamy więc do punktu wyjścia, czyli zabawy z dzwonieniem i proszeniem o konsultację, zmieniam tylko numer telefonu, pod który dzwonię. Poziom złości 3. Neurochirurg idzie na SOR, bada pacjenta, ogląda na szczęście wykonany ambulatoryjnie rezonans kręgosłupa i stwierdza jednoznacznie, że zasadniczym problemem pacjenta jest przede wszystkim prawe biodro, a nie kręgosłup, zleca zdjęcie bioder i konsultację ortopedyczną. No i zabawa zaczyna się znów od początku. Nawet zaczyna mnie to bawić, a nie złościć. Wszystko załatwiam oczywiście telefonicznie, bo na oddziale pracy co nie miara. Dzwonię na ortopedię, gdzie dowiaduję się, że doktor dyżurny właśnie poszedł do zabiegu. Jest ok.18.00. Zaczynam wieczorną wizytę na oddziale. W trakcie wizyty przypominam sobie o ortopedzie, dzwonię jeszcze raz - nadal operuje. Ok. 20.00 dzwonię po raz kolejny - ortopeda właśnie robi swoją wieczorną wizytę, ale jak tylko skończy zbada pacjenta na SORze. 20.30 - telefon z SORu, ortopeda zbadał pacjenta, obejrzał RTG bioder, podejrzewa zmiany zapalne lub nowotworowe w kościach miednicy, obejmujące m.in. panewkę stawu biodrowego. Stwierdza, że konieczne będzie zrobienie TK miednicy. Które oczywiście załatwić mam ja. Wchodzimy na poziom 4. Dzwonię do dyżurnego radiologa, którym jak się dowiaduję jest dziś mój dobry kolega. W końcu załatwienie czegokolwiek w moim szpitalu, a szczególnie szybkość załatwienia zależy od stopnia zażyłości, albo poziomu wzajemnej chęci bądź niechęci. Ja z większością lekarzy na szczęście bardzo się lubię, no może poza tymi, którzy nikogo nie lubią poza sobą W nieco lepszym humorze próbuję zlokalizować kolegę radiologa. Numerów telefonów na radiologię mam ok.10. Dzwonię po kolei, wszędzie brak odpowiedzi. Zaczynam więc od nowa. I 3 kolejkę. Poziom złości już prawie 4,5. W końcu kolega odbiera. Tłumaczę sytuację, na co kolega odpowiada mi, zgodnie zresztą z prawdą, że nie jest to badanie ostrodyżurowe, tylko planowe z oddziału. 5. Dzwonię więc po raz kolejny na ortopedię. Tłumaczę zaistniałą sytuację, ortopeda próbuje mi "wytłumaczyć", że pacjent powinien być diagnozowany na internie, ja zupełnie spokojnie, próbuję mu wytłumaczyć, że chyba jednak na ortopedii. W końcu ortopeda daje się przekonać. Sama nie wiem, jak to zrobiłam, ale ortopeda decyduje o przyjęciu pacjenta na swój oddział. Dzwonię uradowana na SOR, proszę o zawiezienie pacjenta na ortopedię. Godzina - przed 22.00. 22.15 telefon z SORu. Okazuje się, że pacjent w trakcie zapisywania go na oddział ortopedyczny zaczął krzyczeć, że na żadną hospitalizację zgody nie wyraża. Wszyscy zdezorientowani. Ortopeda tłumaczy pacjentowi powagę sytuacji, możliwe konsekwencje, itd. Pacjent wraca na SOR, a ja jako lekarz zajmujący się w dniu dzisiejszym pacjentem mam zejść i zrobić wypis. Poziom złości 10. Koniec historii. Jak myślicie - pacjent był aż tak bezczelny, tylko po to, żeby w szybkim tempie zrobić sobie wszystkie badania i wcześniej udawał zainteresowanie hospitalizacją czy może był po prostu takim ignorantem w stosunku do swojego zdrowia?
  13. Studia skończyłam z jednym z najlepszych wyników na roku, ale ku zdziwieniu wszystkich, albo przynajmniej części: nie zostałam w klinikach, nie zaczęłam doktoratu, nie zaczęłam też dorabiać w przychodniach, czy NPL-ach. Zaraz po studiach wróciłam na swoją górską prowincję, żeby tam leczyć ludzi. Tak - brzmi to dumnie. Myślałby człowiek, że na prowincji szczególnie dumnie. W osobistych kontaktach może i dumnie, ale w przeświadczeniu zwykłego obywatela zostałam myślącą tylko o sobie i pieniądzach osobą, z której zdaniem rzadko kiedy trzeba się liczyć, a częściej osobą, na której każde potknięcie czekamy, licząc na hojnie zasądzone odszkodowanie. Wróciłam, zostawiając za sobą wielką medycynę, najnowsze osiągnięcia wielkich uczonych, najnowsze badania, czy nawet zwykłe badania kliniczne. Wróciłam na prowincję nie chcąc pracować od rana do nocy, czy nosić teczek za profesorem. Wróciłam najpierw na staż, nie chcąc jak na studiach podpierać ścian jak moi koledzy. Staż skończyłam zachwycona - przez ten rok nauczyłam się praktycznie i teoretycznie więcej niż przez całe studia. Prowadziłam własnych pacjentów, nakłuwałam opłucne, otrzewne, pobierałam szpiki, na anestezjologii sama intubowałam, wprowadzałam w znieczulenie, a potem niekiedy nawet sama, z braku personelu, zostawałam na całej operacji jako anestezjolog. Tyle samo nerwów, co satysfakcji przyniósł mi ten rok. Po roku wybrałam wymarzoną specjalizację - internę. Jako jedna z niewielu w moim szpitalu, a i pierwsza specjalizantka od 7 lat na moim oddziale. Dzięki pracy na prowincji, mogłam zdecydować się na lepiej płatny etat, nie musząc martwić się, jak inni o wyniki postępowania kwalifikacyjnego na rezydenturę. Z początku praca była bajką, uczyłam się dużo, mogłam liczyć na wsparcie mojego szefa specjalizacji, który okazał się trochę aniołem stróżem. Uczył mnie dużo, a i proponował jeszcze więcej - na wszystko niestety nie starczyło czasu. Potem pierwszy dyżur. Stres, ogromny stres. Na szczęście dzięki staraniom mojego szefa specjalizacji, jednocześnie będącego ordynatorem naszego oddziału, udało się wywalczyć w dyrekcji podwójny dyżur (nasza cała interna liczy ok. 65 łóżek, położona jest na dwóch skrzydłach piętra). Dzięki temu dyżurować zaczęłam pierwszego dnia podwójnych dyżurów - zawsze mając ze sobą starszego, bardziej doświadczonego lekarza. Wydawałoby się to normalne, że młody lekarz powinien mieć kogoś nad sobą - jak się okazało, trzeba było faktycznie o to zawalczyć. Pierwszy dyżur miałam po 4 miesiącach pracy - do dziś pamiętam to był 1 kwietnia . Przeżyłam ten, jak i wszystkie kolejne. Jedne pamiętam lepiej, inne gorzej, czasem musiałam prosić o pomoc, a czasem współdyżuranta spotykałam rano na odprawie. Czasem nie spałam całą noc, a czasem przesypiałam nawet 7 godzin. Czasem wszyscy dożyli do końca dyżuru, a czasem się nie udawało. Po dyżurze na moim oddziale schodzimy po zrobieniu porannej wizyty, po zdaniu dyżuru i porozmawianiu z ordynatorem, czyli ok. 8.30. Nikt nie zmusza nas, nie wymaga od nas, ani nawet nie oczekuje, że zostaniemy choć 5 minut dłużej. Nasze prawa od zawsze są respektowane. Pensje zawsze dostajemy na czas, pomimo podobno 40 mln długu naszego szpitala. Sprzęt mamy najnowszy, przede wszystkim za sprawą WOŚP - dysponujemy pododdziałem geriatrii, dzięki czemu dostajemy dużo fajnego, nowoczesnego sprzętu. Dzięki temu też raz w miesiącu przyjeżdża do nas z wizytą konsultant wojewódzki w dziedzinie geriatrii, zawsze jest szansa podpytać o nowinki, a i zawsze dostajemy cenne podpowiedzi na temat prowadzonych pacjentów. Lekarze z naszego oddziału szkolą się nieustannie, jedni robią kolejne specjalizacje - obecnie diabetologię, endokrynologię, inni doszkalają się w USG brzucha, serca, naczyń. Szef zawsze mile widzi każdy przejaw zainteresowania nauką. I byłoby tak pięknie, gdyby nie to, że w trakcie mojej specjalizacji dyrekcja postanowiła połączyć dwa oddziały internistyczne - oba skrzydła w jeden oddział, próbując przy okazji zmniejszyć z powrotem dyżurnego do jednej osoby, co na szczęście nie doszło do skutku. Połączenie miało przynieść szpitalowi oszczędności. W osobie jednego ordynatora i jednej oddziałowej. Szalone oszczędności. A bu… bałagan jaki powstał do dziś nie może się pozbierać. Zaczęły się przetasowania na stanowisku ordynatora, zmieniające się co rusz zasady funkcjonowania, roszady lekarzy na obu skrzydłach. Najnowszy ordynator tak nie ma nic przeciwko stażom, szkoleniom, i urlopom, że nie kontroluje totalnie pracy na oddziale. Bywa, że na jednym skrzydle pracują danego dnia 2 osoby - zajmując się 30 pacjentami. Bo reszty nie ma w pracy. W tym jednym wielkim chaosie nie ma czasu na naukę własną, na naukę od innych, bo wszyscy są tak zapracowani, że nie wiedzą jak się nazywają. A dyrekcja podliczając liczbę pracujących na oddziale nie widzi problemu, bo jakże miałaby widzieć, skoro zatrudnionych jest 12 osób plus ordynator. Nic dziwnego, że wszyscy po kolei zaczynają mieć dość. I zaczynają odchodzić. W marcu odchodzi z pracy mój szef specjalizacji, w kwietniu jedna z koleżanek. Wszyscy, którzy mają możliwość spokojniejszej pracy, pracy, w której człowiek ma czas zastanowić się nad pacjentem, nad diagnozą i terapią, a jednocześnie pracy, w której pacjenci mają nieco więcej szacunku do lekarza, niż na zwykłej internie, gdzie człowiek co rusz dostaje tylko wezwanie do prokuratury. Czy zmiana na „gorsze” była konieczna? Interna to nie tylko ciężka harówa, nie tylko codzienna walka z tłumem pacjentów, ich rodzinami, co jakiś czas tłumaczenie się w prokuraturze-najczęściej ze śmierci 90-letnich pacjentów, ale może przede wszystkim robienie za ZOL, przytułek, hospicjum, miejsce pomocy socjalnej. Na drugim miejscu jest leczenie poważnych stanów – najczęściej niewydolności krążenia, której nie chcą kardiolodzy i wszystkie trafiają na internę. Interna to też leczenie wszelkiej maści osób uzależnionych, alkoholików i narkomanów, osób czasem w lepszym, a czasie tragicznym stanie. Ale tak jak wspomniałam na początku to przede wszystkim pacjenci samotni, starsi, schorowani, bez rodziny, albo bez opieki rodziny, ciągle ci sami, których jak tylko uda nam się wypisać do domu, po tygodniu, dwóch wracają. Niektórzy oczekują u nas na miejsce w ZOL-u, hospicjum – czasem dwa, trzy, cztery tygodnie. Niektórzy nie doczekują. Niedobór łóżek w miejscach opieki długoterminowej, niewydolność systemu, wszystko to spada na naszą internę. A długi rosną. I wielka interna w obliczu alkoholików, narkomanów, samobójców, ale i starszych schorowanych, w większości mocno otępiałych osób, rozsianych nowotworów, albo zakażeń układu moczowego, gdzieś się zatraca. Chociaż czy to zatracenie wynika faktycznie z tego z jakimi schorzeniami mierzymy się na co dzień czy raczej z pośpiechu w jakim musimy pracować? I nic dziwnego, że niewiele osób widząc to wszystko decyduje się na taką specjalizację. Decyduje się na codzienną walkę, ale i pogodzenie się z tym, że prawie codziennie ktoś na oddziale umiera. Ale może jeszcze będzie lepiej?
  14. Lekarz po splenektomii

    Dzień dobry, Chciałabym zapytać Państwa o ograniczenia w wyborze specjalizacji przez lekarzy, którzy przeszli całkowitą splenektomię. Będę wdzięczna za jakiekolwiek informacje Pozdrawiam serdecznie
  15. Cześć! Chodzę do pierwszej klasy LO na profilu boi-chem, bardzo się tym wszystkim interesuję i chciałabym udać się na studia medyczne. Nie wiem jeszcze co wybrać, po za tym, że mam swoje "wymagania" co do wyboru specjalizacji. Interesowałam się do tej pory ratownictwem medycznym, jednak z kilku ważnych dla mnie powodów zrezygnowałam z tej opcji. Przeglądając ostatnimi dniami tony materiału o kierunkach medycznych zauważyłam, że wiele młodych osób zamierza iść na profil lekarsko-dentystyczny. Mnie tam nie ciągnie. Zainteresowały mnie specjalizacje takie jak m. in rehabilitacja, pediatria, kardiologia dziecięca bądź kardiologia, medycyna sportowa lub rodzinna, alergologia i ortopedia. Jednak najbardziej ciągnie mnie do pediatrii lub ortopedii. Jeżeli jest tu ktoś kto pomoże mi w wyborze i decyzji prawdopodobnie na całe życie to proszę o odpowiedź. Mogę jeszcze dodać, że interesują mnie studia na gumedzie lub na uczelniach w rejonie gdańska. Jeśli potrzebne wam jakieś informacje odnośnie mojej osobowości to odpowiem na większość pytań. Z góry dzięki za zainteresowanie moją sprawą. Jeżeli to nie jest odpowiednie miejsce na taki temat to proszę o informację.
  16. W niedzielę, 03.01.2016 roku w TVP 1 miała miejsce premiera niecodziennego serialu dokumentalnego. "Młodzi lekarze" to seria, która opowiada o pracy i życiu osobistym sześciorga lekarzy w trakcie specjalizacji, którzy aktualnie pracują w kilku miejscach w Warszawie i jej okolicach. Program ma formę dokumentu ocierającego się o "reality show". Zapowiedź, którą przeczytałem w dodatku telewizyjnym wzbudziła moje zainteresowanie i, jak sądzę, wielu moich rówieśników. W głowie od razu zaświtało mi pytanie: W jakim świetle zostanie przedstawiony młody doktor i jaki będzie społeczny wydźwięk tego programu? Zafrapowany włączyłem premierowy odcinek i nie rozczarowałem się... Oto pierwsze refleksje: Na PLUS: Program jakościowo dobry, ogląda się z przyjemnością. Lekarze (bohaterowie i ich nauczyciele) występują przed kamerą pod własnym nazwiskiem. Różnorodne specjalności. Duży walor edukacyjny ma przedstawienie perspektywy: lekarza dyżurującego na SOR, lekarki pracującej w Przychodni POZ przyjmującej po 70 pacjentów dziennie, pracy ginekologa i chirurga od kuchni. Duży naturalizm i stosunkowo mało ustawki - kamera zagląda na sale operacyjną, pokazuje odpychający świat izby przyjęć, dokumentuje wyciąganie drenów z klatki piersiowej. Finanse - mamy motyw małżeństwa lekarskiego, które spodziewa się drugiego dziecka i żyje w wynajętym mieszkaniu. Przyznają, że pieniądze są istotnym problemem i nie zawsze jest różowo, bo żywiciel rodziny musi brać dużo dodatkowych obowiązków, co oddala go od żony i córki. Przełamuje troszkę mit bogatego lekarza. Na MINUS: Nie sposób uniknąć skojarzeń z kiczowatymi tzw. programami fabularno-dokumentalnymi typu "Szpital", "Ukryta prawda", "Trudne sprawy", "Detektywi w akcji", którym epatują całymi popołudniami główne stacje komercyjne. Wybór lekarzy niemal wyłącznie z Warszawy. Pewnie się łatwiej ekipie kręciło, ale trąci warszawką na maksa. Specjalizacja z chirurgii plastycznej... Ilu w Polsce jest takich rezydentów? Niektóre postacie są przerysowane, mimo, że prawdziwe (po pracy joga, występy muzyczne w telewizji...) Wszyscy wyglądają ładnie przed kamerą. Padających na twarz z worami pod oczami na razie brak... Perypetie młodych lekarzy wzbudziły już powszechne zainteresowanie w gronie Porozumienia Rezydentów, a zatem wśród samych zainteresowanych i ich kolegów po fachu. Ciekawe jaki będzie społeczny odbiór serialu... W oczekiwaniu na kolejne odcinki życzę twórcom, by misja poprawy prestiżu naszej profesji zakończyła się sukcesem. Mateusz Malik, lekarz Oficjalna strona serialu: http://mlodzilekarze.tvp.pl/22807045/mlodzi-lekarze
  17. Zobaczyłem dziś drugie oblicze znajomego chirurga. To był moment, gdy wszedł w trochę inne buty, dostosował się do całkiem innego otoczenia i naprawdę dobrze w nim funkcjonował. Schował gdzieś butę i ostentacyjny brak empatii, z których słynie na co dzień. Jak się zastanowić, nie jest to przypadek. Dość często wybierając określoną specjalizację lub wchodząc w zespół pracowników, wpadamy w koleinę, z której trudno się wydobyć. Stajemy się przysłowiowym chirurgiem gburem, który odzywa się do pacjenta dopiero w czasie narkozy. Zamykamy się w pułapce naszej specjalności i ignorujemy dolegliwości pacjenta należące do innych dziedzin. Zaczynamy jako radiolodzy akceptować fakt, że inni lekarze uważają nas za koneserów czarno-białych obrazków, a nie lekarzy z PWZ. Uważamy za naturalne i przejmujemy zachowanie kolegów, którzy pracą w Szpitalu napędzają sobie pacjentów na prywacie. Zapominamy, dopingowani przez kolegów o sobie i najbliższych w pogoni z dyżuru na dyżur za kasą, której nie będziemy mieć siły wydawać. Traktujemy swój oddział w Szpitalu jak uprzywilejowany i walczymy z pozostałymi, zamiast współpracować z obopólną korzyścią. Czy nie jest to nasza codzienność? Wydaje się, że brakuje nam jeszcze wiele, by mówić o medycynie holistycznej, by zacząć na co dzień pracę w zespołach wielodyscyplinarnych, by dzielić się obowiązkami, a nie je na siebie zrzucać. Braki to w edukacji, w deficycie dobrych nauczycieli i opiekunów, wreszcie w skoncentrowanym wokół pieniędzy i wydajności systemie, który zachęca do oszczędności kosztem pacjenta, edukacji i dobrze punktuje procedury, a nie efekty leczenia. Zobaczmy w swoich kolegach fajnych ludzi z ideałami, o które warto zawalczyć. Ściągajmy czasem nasze ściśle przylegające maski i dajmy się poznać z innej strony.
  18. Od kilku tygodni znów działa Porozumienie Rezydentów! A wszystko po to aby rozpocząć wysoce merytoryczne i skuteczne rozmowy, których celem i efektem ma być podnoszenie jakości kształcenia specjalizantów (wszystkich, nie tylko rezydentów) i opieki nad pacjentami. MedFor.me od samego początku bacznie śledzi dyskusje w obrębie Porozumienia i wszystko wskazuje na to, że jest szansa na wprowadzenie realnych, bardzo potrzebnych zmian. Wszystkich specjalizantów zapraszam w imieniu Porozumienia i swoim na dołączanie do grupy fb U samych organizatorów możemy o Porozumieniu przeczytać o Porozumieniu choćby to: Stowarzyszenie wszystkich lekarzy specjalizantów w Polsce. Cele: poprawa jakości szkolenia, egzekwowanie przepisów prawa, podnoszenie postulatów finansowych [...] Chcąc przybliżyć temat użytkownikom MedFor.me, chciałbym swoim kolegom zadać kilka pytań: 1. Jakie są najbliższe cele Stowarzyszenia? 2. Czy i jak można pomóc? 3. Jak można dowiedzieć się o nadchodzących spotkaniach Porozumienia? Serdecznie pozdrawiamy i życzymy sukcesów, w imieniu redakcji MedFor.me Mateusz Palczewski, Wrocław
  19. Pediatria - jaka to specjalizacja? I o odpowiedź poprosimy lekarzy tej wlaśnie specjalności lub w trakcie specjalizacji. Z mojego doświadczenia z pediatrią i pediatrami dodam na początek kilka skojarzeń: - coraz bardziej specjalistyczna - chętniej wybierana przez kobiety
  20. Hej widzę, że nie będę pierwsza z tematem, ale jako że poprzednie wpisy nie są już najświeższe, pozwolę sobie ponowić pytania zaczynam trzeci rok, więc zakładam, że czas najwyższy robić rozeznanie. myślę o wyjeździe jak najszybciej po studiach, więc w grę wchodziłoby zaczynanie specjalizacji już w Anglii. Czy coś się zmieniło w sprawie zasad, na jakich się to odbywa? Jakie są wymagania jeśli chodzi o język i czy jego znajomość trzeba potwierdzać jakimiś certyfikatami? Czy trudno jest się dostać? Jak patrzy się tam na studentów z polskich uczelni? Jak wielu polskich studentów w ogóle spotyka się na specjalizacjach tam? Z tego co czytałam we wcześniejszych tematach wynika, że samo przejście przez specjalizację w Anglii jest potwornie ciężkie. Naprawdę trzeba się liczyć z brakiem czasu na życie osobiste poza szpitalem? Jak to się ma w porównaniu do Polski? Czy w ogóle warto o tym myśleć? Dodam, że moją wymarzoną spejalizacją jest anestezjologia Będę wdzięczna za podzielenie się każą informacją, doświadczeniem i opinią własną
  21. Cześć! Mam takie pytania do Was: 1. Usłyszałem gdzieś, że otworzenie doktoratu umożliwia zrobienie specjalizacji. Jak rzeczywiście to wygląda? Czy wystarczy, ze otworzę doktorat i wtedy nie muszę już startować w konkursie na rezydentury? 2. Jakie są możliwości zarobienia pieniędzy podczas wolontariatu? Dyżury, pomoc nocna?
  22. Zastanawia mnie ile godzin dziennie pracuje patomorfolog w Norwegii, czy tak jak w Polsce tylko 5h dziennie? Zarabia tyle, ile każdy inny lekarz czy mniej?
  23. Hej, pytanie organizacyjne. Kiedy warto byłoby zacząć mysleć coś o specce? Jakieś papierki nie papierki itp.? Niby jeszcze lato, do końca stazu daleko, ale wiadomo, nie chcę się zdziwić. Jak wyglądają sprawy typu PWZ, jakieś dokumenty w izbie a składanie podania o specke? Pozdro
  24. Witam. Jestem tegorocznym maturzysta i mam pytanie odnoście specjalizacji.Czy jeśli skończe studia medyczne na śum w Katowicach to specjalizacje moge robić w dowolnie wybranym mieście?Czy tylko w Katowicach? Zastanawiam się również nad uczelnią medyczną i dlatego prosze was o rade.Czy uważacie , że Katowice to dobry wybór?
  25. Rezydentura i doktorat

    Cześć! Czy wiecie może jak wygląda kwestia jednoczesnego robienia specjalizacji w trybie rezydentury i studiowanie na studiach doktoranckich? Czytałem trochę o tym i natknąłem się na informację, że w takim wypadku nie otrzymuje się wynagrodzenia jako rezydent, a jedynie stypendium za studia doktoranckie (około 1000zł), i jedyną opcją na zarobienie na własne utrzymanie są dyżury. Czy to prawda? Czy ktoś wie coś na ten temat? Pozdrawiam