Jump to content
  • Newsy

  • Sign in to follow this  

    Powrót prowincjonalnej lekarki.


    inkalekarka

    Dawno nic nie pisałam, nie dlatego, że przestałam pracować jako prowincjonalna lekarka, ani nie dlatego, że nie miałam ciekawych przypadków, czy ciekawych sytuacji z pacjentami do opisania. Sytuacje i pacjentów, o których mogłabym wam opowiadać mam mnóstwo, codziennie przynajmniej kilka. Wpadłam po prostu  w wir pracy, dzień za dniem, dyżur za dyżurem, codziennie ta sama trasa – praca, dom, potem jakieś tam domowe obowiązki, jak każdy z nas, jakaś chwila na własne życie, i znów kolejny dzień. W między czasie jakieś własne rozrywki, wyjazdy, na których ładuję moje lekarskie akumulatory, i znów powrót do pracy, do codziennej harówki, której końca nigdy nie widać. Jak jednego dnia wydaje się, że udało się wyleczyć kilka osób, wypisać do domu, zmniejszyć trochę obłożenie oddziału, to następnego dnia potrafi się nagle przyjąć 10 nowych pacjentów, i znów nie wiadomo w co „włożyć ręce”. I zaczynamy od nowa naszą walkę o zdrowie i życie, jakkolwiek banalnie by to brzmiało. W między czasie pojawiają się nowi ludzie, nowi koledzy, koleżanki, inni odchodzą, a reszta tylko narzeka  na nawał pracy, na ilość obowiązków, ale pracuje dalej, najwyżej w największym kryzysie bierze urlop, żeby trochę odsapnąć. Rozrywek dostarczają nam też ciągłe wezwania do prokuratury, rzecznika odpowiedzialności zawodowej.


    W okresie przedświątecznym wydawałoby się, że w szpitalu też powinno się chociaż trochę czuć tę świąteczną atmosferę. Nie na internie. Mimo, że na środku oddziału, przy ladzie pielęgniarskiej, stoi od tygodnia ubrana pięknie choinka, to pacjenci nadal „walą drzwiami i oknami”, codziennie kilka nowych przyjęć, zarówno tych ostrodyżurowych, jak i planowych. Mało kto z naszych ciężko chorych, leżących, niektórych już umierających pacjentów pamięta, że za parę dni wigilia, chyba najbardziej rodzinne i najważniejsze święto w roku. 
    Ja w tym roku mam dyżur w pierwszy dzień świąt. Czeka mnie doba, mam nadzieję, że dosyć spokojnego dyżuru, chociaż tego nigdy nie można przewidzieć. Szczególnie, że oddział jest prawie pełny pacjentów leżących,  w ciężkich stanach, w końcu kogo się da w piątek będziemy starali się wypisać do domów. Ale nie wszystkich będzie można – część jest w za ciężkim stanie, część nie ma rodziny, która mogłaby się nimi zająć. A kolejki w ośrodkach typu ZOL, hospicjum obecnie sięgają kilku miesięcy. I kończy się to tak, że pacjenci, którzy mogli by tam dożyć swoich ostatnich dni, umierają w szpitalu, najczęściej z powodu jednej ze szpitalnych infekcji.


    Ja obecnie prowadzę dziewięciu pacjentów: 92-letnią pacjentkę z rzekomobłoniastym zapaleniem jelita grubego,  bardzo przez tą infekcję osłabioną, ale i z powodu braku opieki (pomaga jej jedynie siostra w podobnym wieku) zniechęconą do życia, jakichkolwiek form ćwiczeń (dziś będzie miała konsultację psychologa), 90-letniego pacjenta z ostrym uszkodzeniem nerek, z powodu braku przez tydzień opieki w domu (żona trafiła do szpitala, pacjent mocno się odwodnił), 91-letnią pacjentkę z głębokim zespołem otępiennym z sepsą, rozległymi odleżynami, przyjętą z domu, z której opieką rodzina nie dawała sobie rady, 92-letniego pacjenta z rakiem prostaty, niedosłyszącego i prawie niewidzącego, przyjętego do planowej diagnostyki niedokrwistości (okazał się być to niedobór żelaza i kwasu foliowego), który przy okazji złapał zapalenie oskrzeli i właśnie dochodzi do siebie – na święta zabierze go do domu syn. Z nieco młodszych – 65-letnią pacjentkę z infekcją układu moczowego (jutro wychodzi do domu), 72-letniego pacjenta przyjętego do diagnostyki gorączek, 64-letniego pacjenta skierowanego celem diagnostyki zmiany ogniskowej w wątrobie, 60-letniego pacjenta, dializowanego przyjętego do diagnostyki wysokich parametrów zapalnych i przetoczenia krwi oraz 46-letniego pacjenta z marskością wątroby, wodobrzuszem, obrzękami, i jak się okazało kardiomiopatią toksyczną (frakcją 18%), który może uda się, że wyjdzie na święta do domu… 


    Ale przed nami nowy rok, oby ten nowy rok przyniósł poprawę zdrowia społeczeństwa, ale i naprawę sytuacji w służbie zdrowia. W co niestety, osobiście, słabo wierzę.  Nie żebym była pesymistką, chyba mój naturalny życiowy optymizm, w codziennym kontakcie z chorymi, ale i z pomiatającymi mną ludźmi, pacjentami i rodzinami, w kontakcie z absurdami pracy służby zdrowia, gdzieś się zatracił. Został realizm, którego mało co jeszcze jest w stanie zdziwić. Oby ten nowy rok i mnie, i  was pozytywnie zaskoczył.

    Wesołych, zdrowych Świąt i szczęśliwego Nowego Roku!
     

    Sign in to follow this  


    User Feedback

    Recommended Comments

    There are no comments to display.



    Join the conversation

    You can post now and register later. If you have an account, sign in now to post with your account.

    Guest
    Add a comment...

    ×   Pasted as rich text.   Paste as plain text instead

      Only 75 emoji are allowed.

    ×   Your link has been automatically embedded.   Display as a link instead

    ×   Your previous content has been restored.   Clear editor

    ×   You cannot paste images directly. Upload or insert images from URL.


  • Similar Content

    • By inkalekarka
      Minęły prawie dwa lata od moich ostatnich wpisów.
      Czy wiele się zmieniło? Nadal pracuję na prowincji, nadal na internie, mam nadzieję, że wiem już znacznie więcej.
      Od niedawna poznaję się też całkiem blisko ze Szczeklikiem (biblią internistów) - powoli kończę specjalizację i egzamin czyha tuż za rogiem... Chyba też lepiej radzę sobie ze stresem, mniej dyżuruję, więcej żyję poza pracą, ale też w ostatnich dwóch latach sporo życia straciłam (albo zyskałam?) na podróżach specjalizacyjnych - na stażach, kursach obowiązkowych do ukończenia specjalizacji. W międzyczasie zmieniłam też tryb pracy - od grudnia jestem rezydentką. Rok temu w lipcu po zwolnieniu się z Oddziału kilku osób zredukowaliśmy liczbę łóżek o połowę - zamknęliśmy całe jedno skrzydło, dzięki czemu jesteśmy w stanie zająć się prawidłowo pacjentami, nie narażając ich zdrowia i życia z powodu zbyt małej liczby lekarzy.
      Ale jak widać nie wszyscy tak twierdzą i nie zawsze jest tak miło, jakby człowiek tego oczekiwał.
      Siedzę właśnie na dyżurze, mam akurat chwilę, żeby zjeść, więc pomyślałam, że napiszę kilka słów, bo dawno aż tak się nie zdenerwowałam.
      Zaczęło się dzień wcześniej - przyjęta w trybie pilnym dwudziestokilkulatka z bólami w nadbrzuszu, z podwyższonymi parametrami zapalnymi, po włączeniu IPP znaczna redukcja dolegliwości, spadek CRP bez właściwie żadnego leczenia poza inhibitorem pompy protonowej (leku hamującego wydzielanie kwasu solnego w żołądku), wczoraj wykonana gastroskopia, USG brzucha, liczne inne badania, na dziś rano ustalono wypis do domu. Wczoraj jeszcze bardzo miły ojciec, z córką stojącą tuż obok, dopytywał o jej stan, o wyniki wykonanych badań, o dalsze plany.
      Wyszłam z pracy zadowolona z dobrego dnia. Ale nic nie trwa wiecznie - dziś od rana jedna wielka afera, matka pacjentki wykrzykująca do mnie, jak to jest zbulwersowana moim zachowaniem (widzi mnie po raz pierwszy w życiu), jak to ordynator powinien mnie nauczyć zachowania (podczas całej rozmowy milczę, ewentualnie przytakuję), no i tam różne inne ciekawe historie, jak to m.in. w POZ nawet brzucha nie zbadają, jak to tylko odsyłają na dodatkowe badania.
      Podsumowując – dostało mi się za całą ochronę zdrowia. Po chwili przychodzi córka okropnie niezadowolona, oczekująca informacji - rozmawiałyśmy wczoraj, dziś rano, ale w porządku, tłumaczę po raz trzeci wszystko od nowa, córka nie pozwala matce słuchać - odsyła matkę do pakowania rzeczy, krzycząc, że ona jest przecież dorosła. Na koniec, w chwili wręczania obu paniom karty informacyjnej  matka przeprasza mnie za swoje zachowanie i dopytuje, czy przyjmuję gdzieś prywatnie, bo ona bardzo by chciała mieć takiego swojego lekarza. Czasem zastanawiam się, czy przypadkiem nie pracuję w psychiatryku....
      I niby człowiek po 6 latach pracy w zawodzie lepiej radzi sobie ze stresem, ale jednak wytrąca go to z równowagi na cały dzień... A tu jeszcze prawie cała doba przede mną i leczenie naprawdę ciężkich stanów, ratowanie życia... Pozostawię to po prostu bez komentarza.
      Ale może to ze mną jest coś nie tak...?
    • By inkalekarka
      Wróciłam właśnie z VI Zjazdu Polskiego Towarzystwa Badań nad Otyłością, gdzie przez prawie trzy dni szerokie grono specjalistów zarówno medycyny zachowawczej (czyli różnych specjalizacji wywodzących się z interny: diabetologii, kardiologii, hipertensjologii, geriatrii, endokrynologii, ale też psychologowie, psychiatrzy), jak i zabiegowcy - chirurdzy bariatrzy i ginekolodzy dyskutowali o coraz poważniejszym problemie, jakim jest nadmierna masa ciała w społeczeństwie.
      Trudno byłoby zawrzeć wszystkie ciekawe wnioski i spostrzeżenia w jednym artykule, dlatego postanowiłam rozpocząć mały cykl tekstów o nadwadze i otyłości. Dziś zacznę od przyczyn i przerażających badań statystycznych o rozpowszechnieniu problemu w populacji polskiej.
      Według pierwszych danych z badania WOBASZ  II (Wieloośrodkowego Ogólnopolskiego Badania Stanu Zdrowia Ludności, przeprowadzonego w latach 2013-2016) w Polsce tylko 32% mężczyzn i 45% kobiet w wieku 20 lat i więcej ma prawidłową masę ciała.  O prawidłowej masie ciała mówimy oczywiście obliczając BMI pacjenta - norma to zakres 18,5-25. O osobach z BMI poniżej 18,5 mówimy jako o niedożywionych, a jeśli chodzi o wartości powyżej normy tutaj sytuacja jest nieco bardziej skomplikowana: 
      25,0–29,99 – nadwaga 30,0–34,99 – I stopień otyłości  35,0–39,99 – II stopień otyłości > 40,0 – III stopień otyłości (otyłość skrajna) Oczywiście poza BMI pacjenta bierzemy pod uwagę także obwód talii (maksymalny prawidłowy u kobiet to 80 cm, u mężczyzn 94 cm) oraz wskaźnik WHR (Waist-to-Hip Ratio), inaczej „talia-biodro” - graniczne wartości referencyjne dla mężczyzn to 1, dla kobiet natomiast 0,8.
      Jeśli chodzi o przyczyny tu sprawa zaczyna się komplikować. Podstawową rzeczą jest oczywiście nadmierna podaż energii z pożywienia oraz brak ruchu. Ale niestety sytuacja nie jest tak prosta jak mogłoby się wydawać. Okazuje się, że przyczyn  według różnego rodzaju badań naukowych jest dużo więcej. Pamiętamy oczywiście o zaburzeniach hormonalnych i każdego pacjenta z nadmierną masą ciała powinniśmy „sprawdzić” pod tym kątem. Ale co z pacjentami, u których „hormonalną” przyczynę wykluczyliśmy?
      Po pierwsze, jak zawsze - genetyka. Wyizolowano gen otyłości - tzw. gen FTO (fat mass and obesity associated gene), którego polimorfizmy mają wpływ na naszą masę ciała. Gen FTO jest zlokalizowany na chromosomie 16 (16q12.2). Nie poznano jednak całkowicie mechanizmu działania genu FTO w regulacji gospodarki energetycznej. Wiadomo, że gen ten koduje demetylazę 2-oxoglutaranową, zależną od DNA - enzym obecny w wielu tkankach, szczególnie w podwzgórzu, ośrodku kontrolują- cym łaknienie i wydatkowanie energii. Ekspresja tego genu jest hamowana przez pośrednie metabolity cyklu Krebsa, w szczególności fumaran. Uważa się, że wariant genu FTO predysponującego do otyłości może odgrywać rolę raczej w kontroli przyjmowania pokarmu i rodzaju preferencji żywieniowych, w mniejszym stopniu w regulacji wydatkowania energii. Ponadto uważa się, że nosicielstwo niektórych alleli sprzyja pewnemu zwiększonemu ryzyku zachorowania, choć nie jest to czynnik decydujący, gdyż dominującą rolę odgrywają jednak czynniki środowiskowe.
      Jeśli chodzi o połączenie czynników środowiskowych i genetyki, a dokładnie diety i genów, tutaj pojawiają się nutrigenetyka i nutrigenomika, czyli dziedziny badające zależność między genomem a składnikami odżywczymi diety. Nutrigenomika określa wpływ składników odżywczych diety na ekspresję genów, a także opisuje oddziaływanie poszczególnych składników na przemiany metaboliczne i homeostazę organizmu (np. związek między składnikami diety a chorobami nowotworowymi). Natomiast uwarunkowanymi genetycznie różnicami w odpowiedzi metabolicznej na poszczególne składniki diety zajmuje się nutrigenetyka. I tu dochodzimy do dietetyki przyszłości, czyli stosowania diety zależnej od DNA. Badanie genetyczne określa np. predyspozycje pacjenta do hiperglikemii oraz hipercholesterolemii, a także do rozwoju tkanki tłuszczowej trzewnej i zespołu metabolicznego. Raport omawiający wynik uwzględnia również informację dotyczącą metabolizowania węglowodanów, białek, tłuszczów, witamin: D, E, A, C, B6, B12, homocysteiny, kwasu foliowego, analizuje reakcję organizmu na ograniczenia kaloryczne oraz potencjał detoksykacyjny i antyoksydacyjny. Dzięki temu możemy łatwo dobrać pacjentowi dietę pod kątem jego możliwości metabolizmu białek, węglowodanów, tłuszczów i związku z tym ich zawartości procentowej w diecie.
      Z drugiej strony mówi się też o przyczynach pochodzenia „mózgowego” – badania mówią o znacznym wpływie czynników psychologicznych, neurohormonalnych na nadmierną masę ciała.
      Zacznijmy od tego, że jedzenie w dzisiejszych czasach nie zaspokaja tylko naszych potrzeb fizjologicznych (głód), ale też zaspokaja potrzeby psychiczne jednostki, jak pragnienie miłości, bezpieczeństwa, aprobaty, pomaga w radzeniu sobie ze stresem, odczuwanym żalem i złością, służy też do wyrażania sympatii, szacunku, miłości. Jedzenie jest więc złożoną czynnością psychologiczną i społeczną. Ale przejdźmy do konkretów na poziomie ośrodkowego układu nerwowego. Podwzgórze jest częścią mózgu, która kieruje podstawowymi funkcjami biologicznymi, kontroluje procesy odpowiedzialne za regulację uczucia głodu i sytości. Regulacja ta oparta jest na sieci wzajemnych powiązań: układu hormonalnego (insulina, hormony płciowe, glikokortykosterydy, glukagon i in.), substancji regulacyjnych (leptyny, neuropeptyd Y, endorfiny, galanina), enzymów, oraz neuroprzekaźników (serotonina, dopamina, noradrenalina). Jakiekolwiek zaburzenia powstałe na każdym z tych etapów mogą prowadzić do zaburzeń odżywiania. Biologia tłumaczy również mechanizm wpływu jedzenia na samopoczucie człowieka. Dostarczenie organizmowi pokarmu, szczególnie słodkiego związane jest ze zwiększonym wydzielaniem endorfin, co z kolei działa na człowieka uspokajająco. Serotonina i endorfiny, modyfikujące apetyt, mają ścisły związek z nałogowym jedzeniem. Endorfiny obniżają też poziom niepokoju i poprawiają samopoczucie.
      Ponadto badania wykazały również, że mózgi osób otyłych, podobnie jak mózgi osób uzależnionych, mają mniejszą gęstość tzw. receptorów dopaminowych typu 2, związanych z układem nagrody. Prawdopodobnie jest to reakcja, mająca osłabić efekt częstych wyrzutów dopaminy, które są skutkiem częstego przyjmowania narkotyku lub pożywienia.
      Nadmierne łaknienie (binge-eating) - żarłoczność, obżarstwo, jako zaburzenie charakteryzuje się (podobnie jak bulimia) gwałtownym pochłanianiem pożywienia, jednak napadom nadmiernego łaknienia nie towarzyszą wymioty, ani inne formy przeczyszczania organizmu. Zaburzenia tego typu stwierdza się u 30% otyłych podejmujących leczenie. Badania pokazują stosunkowo silne korelacje pomiędzy psychopatologią związaną z odżywianiem, otyłością i agresją. Objadane się jest też związane z wysokim poziomem lęku oraz z niską samooceną i oceną własnego ciała.
      Ponadto wpływ na masę ciała mają także nawyki żywieniowe, wyniesione z rodzinnego domu oraz sytuacje, w których jemy. Okazuje się bowiem, że najwięcej jemy „nieświadomie”, czyli wykonując inną czynność, najczęściej oglądając telewizję czy prowadząc samochód, a także podczas spotkań towarzyskich połączonych z piciem alkoholu.
      W kolejnym „odcinku” parę słów o badaniach na temat wpływu naszej jelitowej flory bakteryjnej na otyłość, czyli jak z myszy chudej po przeszczepieniu kału ze „złą” florą zrobiono mysz grubą

      Piśmiennictwo:
      Edyta Adamska, Lucyna Ostrowska, Nutrigenetyka i nutrigenomika a leczenie otyłości i chorób towarzyszących, Forum Zaburzeń Metabolicznych 2010;1(3):156-167. Katarzyna Kolackov, Łukasz Łaczmański, Grażyna Bednarek-Tupikowska: Wpływ polimorfizmów genu FTO na ryzyko otyłości, Via Medica Endokrynologia MARTA MAKARA-STUDZIŃSKA , ALINA BUCZYJAN , JUSTYNA MORYLOWSKA, Jedzenie - przyjaciel i wróg. Korelaty psychologiczne otyłości. Przegląd piśmiennictwa, Zdr Publ 2007;117(3):392-396 Agata Juruć, Paweł Bogdański, Osobowość w rozmiarze XXL. Psychologiczne czynniki ryzyka otyłości, WYBRANE PROBLEMY KLINICZNE Via Medica
    • By inkalekarka
      Dziś parę słów o kulisach robienia specjalizacji.
      Zacznijmy od teorii - specjalizację z chorób wewnętrznych, w obecnym modułowym systemie, robi się 5 lat - trzy lata moduł podstawowy i 2 lata moduł tzw. specjalistyczny. Ja w listopadzie kończę moduł podstawowy, zakończony egzaminem u kierownika specjalizacji. To tyle w teorii. W praktyce większość specjalizantów żadnego egzaminu pewnie nie zobaczy, poza oczywiście egzaminem na koniec specjalizacji, przerażającym chyba wszystkich, PES-em - państwowym egzaminem specjalizacyjnym. Ale do egzaminu mam jeszcze 3 lata...
      Szkolenie specjalizacyjne, jak to się ładnie nazywa, polega na pracy na własnym, macierzystym oddziale oraz odbywaniu obowiązkowych kursów i staży. W moim przypadku w module podstawowym jest to dokładnie po 1,5 roku, czyli mówiąc wprost połowę czasu spędzam na swoim oddziale, a resztę poza. I tu zaczyna się temat turystyki specjalizacyjnej. Ale o tym za chwilę. Jednym z absurdów są praktycznie te same staże w module podstawowym, jak i specjalistycznym, różnią się tylko długością. Chyba, żebym w odstępie kilku lat odwiedziła te same miejsca i utrwaliła wiadomości...
      Jeśli chodzi o kursy, w większości odbywają się one tylko w ośrodkach akademickich, do których niestety moja "prowincja" się nie zalicza. Tak więc w ciągu modułu podstawowego odbyłam jakieś 10 kursów, liczących od 2-3 do 14 dni. Wszystkie wyjazdy muszę oczywiście finansować z własnej kieszeni, mój szpital mocno broni się przed wypłacaniem nam delegacji. Ostatnio szpitalny radca prawny wydał opinię, w której obowiązkowy kurs nie jest delegacją, ponieważ nie spełnia wszystkich kryteriów delegacji, czyli "polecenie pracodawcy, zadanie o charakterze incydentalnym, sporadycznym i wyjazd poza miejscowość, w której znajduje się siedziba pracodawcy lub poza stałe miejsce pracy". Ale to już temat do osobnego artykułu...
      To samo tyczy się obowiązkowych staży, które odbywamy na specjalistycznych oddziałach lub w klinikach akademickich. I tutaj niestety też większość znajduje się poza moją "prowincją". Staże trwają od 3 do 16 tygodni. Moje wyjazdowe trwają na szczęście maksymalnie 6 tygodni. Wszystkie powyższe problemy wyjazdowe nie dotyczą oczywiście osób, które zostały w dużych akademickich ośrodkach, oni wszystko mają na miejscu, nie muszą wydawać dodatkowych pieniędzy na wyjazdy, noclegi, wyżywienie...
      Ja jednak postanowiłam połączyć robienie specjalizacji z moją największą pasją, czyli podróżami. Na kursy (bo w module podstawowym zrobiłam już wszystkie) wybierałam najdalej położone na liście ośrodki. Dzięki temu zwiedziłam Białystok i Podlasie, a nawet Wilno i Troki (robiłam tam kurs ze zdrowia publicznego), Lublin, Kazimierz Dolny nad Wisłą, Zamość, Sandomierz (ratownictwo medyczne), Bielsko-Białą, Żywiec, Wisłę, Cieszyn (onkologia), a także Kraków i Warszawę. Jeśli chodzi o staże - hematologię robiłam w Olsztynie, teraz na reumatologię jadę do Sopotu, pozostałe niestety z powodu redukcji kosztów robiłam we Wrocławiu - tam zawsze któreś z przyjaciół ze studiów przygarnie mnie pod swój dach i tak pomieszkuję po ludziach robiąc specjalizację...
      Temat bliski memu sercu, bo właśnie wróciłam z sześciotygodniowego stażu w jednej z klinik wrocławskich. Jak to zwykle ze stażami bywa, ludzie sympatyczni, ale żeby człowiek wrócił stamtąd nie wiadomo jak wyedukowany to nie powiem.. Według mojej obserwacji staże powinny trwać maksymalnie 2-3 tygodnie, ale powinny być intensywne. Ale żeby tak było lekarz prowadzący takiego specjalizanta nie może mieć "tony" pacjentów z toną dokumentacji do zrobienia, bo wtedy jak zawsze praca kończy się na pomaganiu starszemu w ogarnianiu dokumentacji, bo na to jak wiadomo współczesny lekarz musi poświęcić 90% swojego czasu pracy... Ostatni staż różnił się tylko tym od pozostałych, że tam komputeryzacja jeszcze nie za bardzo dotarła i moje zadania polegały m.in na wypisywaniu pacjentom skierowań na wszystkie możliwe badania ręcznie (na każdym oczywiście muszą być imię, nazwisko, pesel, adres, rozpoznanie, kod ICD-10, data, miejsce wystawienia, no i rodzaj badania). Kolejnym moim bardzo ciekawym zadaniem było przepisywanie wyników badań pacjentów z kartki z laboratorium do pliku w wordzie, gdzie powstawał wypis pacjenta. Tak, wszystkich wyników badań laboratoryjnych! Takie rzeczy tylko w klinice Nie żebym miała to za złe mojemu opiekunowi, który jest przesympatycznym i, co najważniejsze, mega mądrym lekarzem, od którego i tak nauczyłam się chyba najwięcej ze wszystkich staży. Ale piszę to, żeby pokazać absurdy polskiej medycyny. Podobno medycyny XXI wieku...
      Tutaj pozostawię miejsce na wasze wnioski i przemyślenia. Pozdrowienia ze świątecznego dyżuru.
×
×
  • Create New...

Important Information

By using this site, you agree to our Terms of Use.