Jump to content
  • Newsy

  • "Jestem trochę jak buldog. Jak się raz wgryzę, to już nie puszczę!" Część pierwsza wywiadu z profesorem Tadeuszem Doboszem


    MedFor.me

    O przekleństwach i błogosławieństwach ludzkości, o cudach eucharystycznych badanych przez wrocławskich genetyków, o największych sukcesach i porażkach nauki zachodniej cywilizacji i jej możliwym schyłku, o komercjalizacji nauki oraz o granicach życia i stworzeniu nowego rozmawiamy z Profesorem Tadeuszem Doboszem, kierownikiem Zakładu Technik Molekularnych Katedry Medycyny Sądowej Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu.

     

    Mateusz Malik: Panie Profesorze! Ludzkość zmierza w kierunku zagłady. Nasze lęki często lokujemy w globalnych katastrofach astronomicznych i zmianach klimatycznych. A czy nie jest tak, że bardziej prawdopodobna jest "nanoapokalipsa" związana z "zabawą genami"?

    Prof. Tadeusz Dobosz: Zacznę od tego, że muszę zakwestionować główna tezę, że idziemy ku zagładzie. Mam na ten temat inne zdanie, dlatego, że mam już swoje lata i pamiętam różne rzeczy. Na przykład jest powszechne odczucie (równie powszechne jak to, o którym pan przed chwilą wspomniał), że wzrasta przestępczość. To nieprawda. Przestępczość maleje, liczba zabójstw na milion mieszkańców spada, wykrywalność przestępstw też jest lepsza. Podobnie z dążeniem ku zagładzie. Narastają pewne problemy, których wcześniej nie było, także środowiskowe. Ekologia zawsze była mi bliska. Dla przykładu narasta problem zaśmiecenia światłem. Pamiętam, że w nocy było widać gwiazdy... A dzisiaj? Kto z młodych ludzi widział drogę mleczną? Dzieciaki w przedszkolu w ogóle nie wiedzą, co to jest droga mleczna. A ja pamiętam to wspaniałe widowisko. Narasta smród - zanieczyszczenie atmosfery. Narasta hałas. Moje dzieciństwo było ciche. Dziś jest wszechogarniający, dudniący, nerwicujący hałas. Dobiega zewsząd przez okrągłą dobę. To wszystko prawda. Ale z drugiej strony proszę popatrzeć, że z kolei stare demony maleją i karleją. Wody są coraz czystsze. Zaczyna się segregacja śmieci. Jest coraz lepszy odzysk starych rzeczy. Już nie wywala się gruzu na olbrzymie hałdy (jak we Wrocławiu wzgórza złożone z resztek dawnego Breslau czy stadion w Stolicy usypany z gruzów powstania warszawskiego), są maszyny do jego przetwarzania, zużywa się go jako kruszywo do budowy dróg. Coś się zaczyna dziać. A w ogóle to mówię młodym ludziom, że nic nie jest jednoznaczne: w każdym nawet największym świństwie można znaleźć dobre strony i w każdym największym anielskim dobru można znaleźć ciemną stronę. I podobnie jest z tymi nowymi rzeczami, które tak bardzo niepokoją ludzi w Europie, to znaczy z inżynierią genetyczną i biomanipulacjami. Nie twierdzę, że nie zdarzy się żadne nieszczęście. Zdarzy się niejedno. O niektórych zagrożeniach mówią zieloni, a niektórych zieloni nawet nie przewidują…

    Ale zagłada nam nie grozi?

    Nie. Uważam, że jest w tym szansa. Daję często studentom taki przykład: przeciwnicy motoryzacji od dziesięcioleci podnoszą słusznie jej ciemne TD1.jpgstrony: hałas, smród, spaliny, zatłoczone miasta, rosnąca ilość wypadków, zastraszająca śmiertelność na drogach, zanieczyszczenie środowiska przez rabunkową eksploatację ropy naftowej (wie Pan, jak uciążliwe są zakłady petrochemiczne i rafineryjne? Ja wiem, bo mieszkałem w Płocku, tam robiłem maturę…). To wszystko jest prawdą. Przeciwnicy motoryzacji mają rację! Ale czy to znaczy, że Amisze też ją mają, jeżdżąc do dzisiaj powozami? Po prostu trzeba popatrzeć holistycznie, całościowo na sprawy. Motoryzacja to przekleństwo współczesnej cywilizacji, ale jednocześnie jest dobrodziejstwem. Daje nam wolność, szybkość poruszania się - i w sumie to jest cenniejsze. Ważniejsze jest to, żeby szybciej do mnie dotarła karetka czy straż pożarna od tego, że mieszkam kilometr od obwodnicy i jak jest cicha noc, to ją słyszę (nie mam już tej ciszy, którą miałem kiedyś). I tak samo biomanipulacje. Będą różne niespodzianki, niektóre bardzo przykre, ale w sumie da nam to więcej korzyści niż strat.

    Rozumiem, że nie unikniemy „rewolucji molekularnej”, tak jak nie dało się zatrzymać postępu motoryzacji…

    Proszę zwrócić uwagę, jak zmieniają się centra cywilizacyjne. Kiedyś centrum cywilizacji człowieka to był tak zwany żyzny półksiężyc (tam udomowiliśmy zwierzęta, wprowadziliśmy rolnictwo). Dzisiaj jest tam Irak, Iran, Kurdystan, część Egiptu… - czy to jest centrum cywilizacji? Nie. Centrum przeniosło się do Hetytów, o których obecnie niewielu już pamięta. To była cywilizacja, która rozwinęła metalurgię. Jej bladym, późnym cieniem są starożytne Chiny i starożytne Indie. Potem centrum cywilizacji znowu przeniosło się, tym razem w basen Morza Śródziemnego, bo tam opanowano chemię, matematykę, astronomię. Dziś wybrzeża Morza Śródziemnego są już tylko rozpaczliwym wspomnieniem świetlanej przeszłości. Dziś owo centrum przeniosło się do Europy Zachodniej, gdzie rozwinięto architekturę, fizykę, masowy przemysł. Kolejny wielki przełom na horyzoncie to właśnie bioinżynieria. I proszę zwrócić uwagę, że 98% bioinżynierii to są Kanada, Stany Zjednoczone, Meksyk, Argentyna, Brazylia. Jeżeli my - Europa (a ciągle jeszcze możemy to zmienić) będziemy tkwić w tym błędzie krytykowania wszystkiego, tylko dlatego, że to jest GMO, to przestaniemy się liczyć, tak jak przestał się liczyć żyzny półksiężyc, dzisiejsza Mongolia, dawne imperium Hetytów, w tym Chiny (które rozpaczliwie próbują odbudować swoją pozycję ze starożytności, ale coś nie bardzo im to idzie i może się nie udać, co byłoby zresztą złe dla świata), jak basen Morza Śródziemnego. Upadniemy jako cywilizacja. O to toczy się gra - nie o nas, nie o nasze dzieci, ale o nasze wnuki, prawnuki, praprawnuki. O przyszłość. Jak znamy stawkę, możemy grać. A ludziom w Europie wydaje się, że gra idzie o to, czy będziemy jeść pyszne polskie tradycyjne kosztele czy jakieś kanadyjskie, zmanipulowane genetycznie jabłka. To przecież jest drugorzędne. Ważne, czy się włączymy w nowe technologiczne centrum cywilizacji ludzkiej, czy odpadniemy. Gra toczy się o przyszłość Europy!

    20161019_111720.jpgOd połowy XX wieku obserwujemy nieprawdopodobny postęp w dziedzinie genetyki, immunologii, biotechnologii i biologii molekularnej. Dziś już korzystamy z wiedzy, jaką pozwalają poznać te dyscypliny. Zapytam jako lekarz: Jakie odkrycie w aspekcie medycznym, klinicznym uważa Pan profesor za najbardziej przełomowe?

    Na pewno bioinżynieria, która pomaga nam nie przegrać z kretesem, do końca i dość szybko wojny z mikrobami. Jak Pan wie, są już pierwsze trzy bardzo niebezpieczne bakterie, które są oporne na wszystko, co człowiek ma do dyspozycji. Chodzi mi o gronkowca, Mycobacterium odpowiedzialne za gruźlicę i dwoinkę Neissera, odpowiedzialną za rzeżączkę. Jest to horror, bo wrócić może XIX wiek i masowa śmiertelność, a jedyną nadzieją jest w tej chwili bioinżynieria, która pozwala nam produkować nowe antybiotyki ze źródeł, które są albo nie do uzyskania ze względów ekologicznych, albo nie potrafimy ich hodować. Tymczasem bioinżynieria pozwala szlaki metaboliczne prowadzące do produkcji tych substancji przenieść do „zwykłych escherichii” i wytwarzać je w dużych ilościach.

    Z rzeczy, które się dzieją obecnie - jeszcze nie dokończyły biegu, ale są bardzo dobrze rokujące, na czoło wychodzą medycyna spersonalizowana z farmakogenetyką włącznie, zrozumienie molekularnych podstaw nowotworzenia oraz odkrycia, które dały nam tzw. „metabadania”. Jest to prowadzenie badań komputerowych na ogromnych grupach ludzkich, których wyniki potrafią być zupełnie nieoczekiwane. Na przykład okazuje się, że antybiotyk rapamycyna (sirolimus) pozyskana z gleby na Wyspach Wielkanocnych i używana w immunosupresji przy przeszczepach, poprzez hamowanie szlaku mTOR opóźnia proces starzenia. Dzięki temu odkryciu być może przestanie się złośliwie mówić, że medycyna nie wydłuża życia, a jedynie wydłuża starość. Bo jedyne, co się panu Bogu nie udało to starość… Dzięki metaanalizom okazało się też, że powszechnie stosowana w cukrzycy metformina ma bardzo dobre skutki onkologiczne, ponieważ opóźnia i spowalnia rozwój nowotworów. Osoby biorące ten lek mają łagodniejszy problem z nowotworami niż reszta populacji. A z drugiej strony okazuje się, że niektóre leki uważane za niesłychanie dobroczynne, jak na przykład statyny maja swoją ciemna stronę. Na przykład simwastatyna indukuje u ludzi genetycznie uwarunkowanych rozwój cukrzycy. „Jak nie kijem go, to pałką.” Wybieraj człowieku - czy wolisz cukrzycę czy miażdżycę… [śmiech]

    W kontekście boskich sukcesów i porażek: Są tacy, którzy odważnie otwierają zestaw „małego stwórcy”. Craig Venter, kontrowersyjny amerykański badacz - genetyk, biochemik, biotechnolog, od lat prowadzi wiele naukowych projektów. Między innymi w 2010 roku, jako pierwszy w historii „ożywił” bakterię o genomie sztucznie wykreowanym w laboratorium, a w marcu 2016 poinformował świat o kolejnym przełomie: jego zespół stworzył żywy organizm o najmniejszej liczbie funkcjonalnych genów - 473. Czy ten etap to już jest science fiction, o którym marzyliśmy, czy to są dopiero początki czegoś niezwykłego?

    Zacznę od tego, że się bardzo cieszę z tego pytania. Mam już swoje lata, żyję dosyć długo, pamiętam świat bez telewizji, bez telefonii komórkowej, bez komputerów. Za mojego dzieciństwa loty pasażerskie były wielką rzadkością. To był zupełnie inny świat niż obecnie, ale wie Pan co:

    Uważam, że właśnie osiągnięcia Ventera (i nie tylko jego - przecież Winer wcześniej uzyskał wirusa polio) to jest największe, co się zdarzyło za mojego życia. To, że człowiek stworzył życie. I nie rozumiem, dlaczego media kompletnie to lekceważą i tego nie widzą. Najpierw, gdy stworzono 20161019_104443.jpgwirusa polio, to mówiłem: "a może to dlatego, że nie wiadomo czy wirus jest żywy". Ale ta bakteria JVC1 że sztucznym genomem - już nie można powiedzieć, że nie jest żywa. Dlaczego media kompletnie nie zareagowały? Do dzisiaj nie wiem. Jeśli traktować naszą rozmowę, jako przejaw zainteresowania medialnego tym zagadnieniem, no to coś się zmienia. Bardzo się cieszę, że to pytanie padło.
    Ad rem: oczywiście, że to może niepokoić, oczywiście, że to może przynieść jakieś bardzo niepożądane skutki. Ale proszę zwrócić uwagę na korzyści! [błysk w oku profesora - przyp. red.]. Venter jest także oceanologiem. Ma prywatny statek-laboratorium, którym pływa po oceanach (parę lat temu pływał m. in. po Bałtyku) i bada organizmy z dna morskiego, których genomy na pokładzie sekwencjonuje. Odkrył już około 20 milionów nowych, do tej pory nieopisanych genów. W hydrotermalnych kominach ryftowych Pacyfiku znalazł organizm nazwany Methanocaldococcus jannaschii, który pochłania dwutlenek węgla i konwertuje go w metan. Zamienia spaliny w paliwo! Venter geny tego organizmu wprowadził (za pieniądze Shell) do alg, które świetnie sobie radzą w brudnej wodzie, w miejskich ściekach. W Hiszpanii i USA są już pierwsze pilotowe instalacje, które pobierają wodę z oczyszczalni ścieków i spaliny z elektrowni gazowej, a zamieniają to w czystą wodę, metan i osad organiczny dla rolnictwa. Jeżeli to nie jest perpetuum mobile i rozwiązanie naszych problemów z energią, z efektem cieplarnianym, no to co to jest? Powtarzam: Musimy patrzeć holistycznie!

    CZYTAJ DALEJ: Część druga wywiadu

    TD.jpg

    Rozmawiał: Mateusz Malik, lekarz. Zdjęcia: M. Malik




    User Feedback

    Recommended Comments

    There are no comments to display.



    Join the conversation

    You can post now and register later. If you have an account, sign in now to post with your account.

    Guest
    Add a comment...

    ×   Pasted as rich text.   Paste as plain text instead

      Only 75 emoji are allowed.

    ×   Your link has been automatically embedded.   Display as a link instead

    ×   Your previous content has been restored.   Clear editor

    ×   You cannot paste images directly. Upload or insert images from URL.


  • Similar Content

    • By Newman
      Żyją w norach pod ziemią w Afryce Zachodniej, są niemal całkiem nagie i ślepe. A przy tym żyją nadspodziewanie długo (jak na gryzonia) i praktycznie nie występują u nich nowotwory złośliwe. Co takiego maja w sobie GOLCE, że nie ima się ich starość?
      Golec piaskowy, jedyny przedstawiciel gryzoniej rodziny kretoszczurowatych to mało znane zwierzę zamieszkujące tereny Somalii, Kenii i Etiopii. Golce żyją w koloniach niemal wyłącznie pod ziemią, gdzie budują rozbudowane korytarze za pomocą potężnych siekaczy.
      Ich różowa skóra jest cienka, prześwitująca i pomarszczona. Wyglądają przez cale swoje długie życie niemal identycznie - ich aparycja budzi skojarzenie z bardzo starą, całkiem łysą myszą. Wyjątkowo szkaradny wygląd to jednak nie jedyna unikalna w królestwie zwierząt cecha.
      David Attenborough o golcach - kliknij na obrazek, by wyświetlić film...

      Golce piaskowe są najdłużej żyjącymi znanymi gryzoniami, o długości życia dochodzącej do 28 lat. Przeciętny gryzoń tej wielkości nie jest w stanie dożyć nawet jednej piątej tego wieku. Mysz domowa żyje przeciętnie tylko 1-1,5 roku, a pojedyncze osobniki na wolności dożywają ledwie 4 lat. Skąd tak wyjątkowa sytuacja golców? Od wielu lat badają je naukowcy (nie tylko ci zafascynowani zoologią). Tym, co szczególnie ich frapuje jest fakt, że ekstremalnie rzadko występują u nich nowotwory… Dopiero w 2016 roku wykryto pierwsze w historii dwa przypadki wystąpienia raka (gruczołowego i neuroendokrynnego) u golców w amerykańskich ogrodach zoologicznych.
      W 2011 roku zsekwencjonowano genom golca i do tej pory trwają badania nad tymi obszarami, które decydują o unikalnych właściwościach tego gatunku. Dogłębne poznanie genetyki i epigenetyki tych zwierząt budzi nadzieję na poszerzenie wiedzy na temat nowotworów u ludzi i sposobów jak im zapobiec. Dotychczasowe badania wykazały szereg ciekawych cech zarówno na poziomie molekularnym, jak i w fizjologii tych zwierząt.
      Niewrażliwość na ból (!) spowodowany niedoborem substancji P - neuroprzekaźnika odpowiedzialnego za odczuwanie bólu w skórze osobników tego gatunku. Co ciekawe, po wstrzyknięciu brakującego neurotransmitera, golce odczuwają zadrapania i otarcia identycznie jak inne ssaki. Duża adaptacja do hipoksji (większe powinowactwo HGB do tlenu, zmniejszona wrażliwość układu nerwowego na kwasicę, niskie tempo metabolizmu. Umiejętność hibernowania w czasie trudnych warunków. Dominująca zmiennocieplność wyjątkowa w gromadzie ssaków. Dodatkowy mechanizm wykrywania komórek nowotworowych oparty na genie p16Ink4a, oprócz istniejącego również u myszy i u ludzi mechanizmu opartego na genach p27Kip1. Większa odporność na raka dzięki mutacji w genie HAS2 który bierze udział w produkcji wielkocząsteczkowego kwasu hialuronowego (HMW-HA). Kilkukrotnie aktywniejsze niż u innych ssaków proteasomy odpowiedzialne za degradację ubikwitynowanego białka do małych peptydów. Mniejsza wrażliwość na bodźce proapoptotyczne (na przykład reaktywne formy tlenu) komórek golców w porównaniu z komórkami innych gryzoni. Czy te i inne zaskakujące właściwości golców pozwolą ludzkości odkryć tajemnicę długowieczności? Czy wykorzystamy ich wyjątkowe genetyczne mechanizmy w onkologii? Tymczasem, mimo wszystko nie zalecamy osobom zainteresowanym przechodzenia na „golcową” dietę złożoną głównie z korzonków i bulw. Zachęcamy natomiast do przejęcia od naszych „dalekich krewnych” spokojnego, niespiesznego stylu życia.
      Mateusz Malik, lekarz


    • By MedFor.me
      Rozmowa z profesorem Janem Szopą-Skórkowskim, wybitnym biochemikiem i biotechnologiem z Uniwersytetu Przyrodniczego we Wrocławiu oraz Wydziału Biotechnologii Uniwersytetu Wrocławskiego. Profesor od wielu lat jest zaangażowany w prace badawcze nad strukturą DNA, metabolizmem roślin i roślinami transgenicznymi, co zaowocowało wynalazkami medycznymi, które znalazły swoje miejsce m.in. w leczeniu wspomagającym trudno gojących się ran.
      Prof. Jan Szopa-Skórkowski: Będzie pewnie o żywności GMO?
      Mateusz Malik: Będzie! (śmiech)
      Temat jest rzeczywiście “odgrzewany” - co jakiś czas powraca. Wiedza o GMO dociera coraz niżej, edukujemy się jako społeczeństwo. Pewne fakty już zaakceptowaliśmy, jak istnienie genów, to, że są wszędzie i że jemy geny. Nie jest to już tak szokujące jak niegdyś. Tym natomiast, czego społecznie nie zaakceptowaliśmy jest fakt, że jemy geny, które są manipulowane. Szkoda, że jeszcze nie zaczęliśmy edukacji w szkołach na temat transgenów i genetycznej modyfikacji. Nie wiem dlaczego. Od tego trzeba by zacząć...
      Panie Profesorze! Od kiedy ludzkość wykorzystuje w praktyce istnienie genetyki? Od czasu odkrycia podwójnej helisy DNA przez Watsona i Cricka? Od ery eksperymentów Mendla? A może jeszcze wcześniej?
      Daleko wcześniej. Pierwsze dane wskazują, że zaczęto (jeszcze w sposób nieuświadomiony) manipulować genami 12-13 tysięcy lat temu, kiedy udomawiano rośliny. Wybierano okazy, które się adoptowały do trudnych, przydomowych warunków, a następnie (co według mnie już wkracza w sferę genetyki) krzyżowano ze sobą osobniki, które miały jakieś pozytywne cechy. Na przykład większe nasiona, wysokość, masa. Ale też i zwracano uwagę na jakość - na przykład wybierano mniej toksyczne i o większej produktywności. Zauważono, że coś co rośnie wysoko w górach, gdzie jest sucho i zimno jest odporne na ekstremalne warunki. I krzyżowano takie rośliny z tymi udomowionymi. Nie zdawano sobie sprawy, że to są manipulacje genetyczne, ale już wtedy to się działo. Później historia genetyki powtarza się, ale na coraz wyższym poziomie zrozumienia. Dzisiaj robimy dokładnie to samo. Narażamy organizmy na różnorodne warunki, infekujemy mikroorganizmami, działamy mutagenami chemicznymi, promieniowaniem jonizującym,  czyli postępujemy dość brutalnie, po to, aby wywołać dywersyfikację genetyczną.
      Czyli właściwie nie ma czegoś takiego jak żywność niezmodyfikowana genetycznie?
      Ja twierdzę, że nie ma. Człowiek wciąż kombinuje jak ją ulepszyć, są tylko coraz subtelniejsze techniki, które pozwalają na bardziej świadomy wybór tego co lepsze. Kierujemy się przy tym nie tylko fenotypem (typu duże, mokre, suche), ale również właściwościami wewnętrznymi (prozdrowotne, przeciwzapalne, przeciwbólowe), które przy użyciu technik genetyki i biochemii możemy nadać lub wzmocnić, a dalej wykorzystać.
      Obraz medialny tzw. żywności GMO, a zatem jej obraz społeczny jest często wykrzywiony i zdemonizowany. Chciałbym w imieniu licznych zdezinformowanych osób uzyskać odpowiedzi na najprostsze pytania.
      Bardzo proszę.
      Czy człowiek może nabyć genetyczne cechy produktu spożywanego drogą doustną?
      Nie... Ale zawahałem się mówiąc to, ponieważ jest inny obszar zmienności który towarzyszy genetyce, a mianowicie epigenetyka. Inżynieria genetyczna manifestuje się tym, że przerywamy ciągłość genomu, by zmienić organizm. Zaś epigenetyka wprowadza zmiany bez ingerencji w tą ciągłość, a za pomocą metylacji jednego z czterech nukleotydów budujących DNA. Ta doraźna modyfikacja okazuje się mieć niezwykle duże znaczenie. Dziś, jeżeli porównujemy genom niektórych roślin, które udomowiono 12-13 tysięcy lat temu (np, owies, groch) z aktualnie uprawianymi to okazuje się, że największa zmienność dotyczy zamiany cytozyny na tyminę. Dziś wiemy, że jednym z mechanizmów ewolucji jest taka punktowa mutacja, gdy cytozyna ulega metylacji i w następnej rundzie replikacyjnej przekształca się w tyminę. Dziś zatem wiemy, że epigenetyka także towarzyszyła człowiekowi od zarania: selekcjonując rośliny człowiek robił to nieświadomie łącząc ze sobą genetykę i epigenetykę. A wracając do pytania - związki, które jemy mogą doraźnie modyfikować nasz genom, przystosowując go do tego, co dzieje się w środowisku. Gdyby nie ten mechanizm adaptacyjny, to, podejrzewam, nie wyszlibyśmy poza plazmodium. Człowiek dalej by pełzał po ziemi, jak inne prymitywne organizmy. Dzięki epigenetycznej zmienności doskonalimy się, ale doskonali się cała przyroda. Chcę jednak zwrócić uwagę, że to, co jemy nie ma wpływu na przerwanie ciągłości naszego DNA.
      Taką możliwość w naturze mają wirusy, a laboratorium - ludzie…
      Wiemy, że wbudować w genom obcy fragment mogą tylko wirusy. Ale jest jeszcze inny ważny, naturalny element zmienności genetycznej. Każdy ludzki genom posiada fragmenty samoprzenoszące się, zwane transpozonami. Zdarza się, że warunki środowiskowe indukują lub akcelerują ten proces. Takim czynnikiem teoretycznie może być to, co spożywamy jeśli przykładowo dietą wzbudzamy reakcję wolnorodnikową.
      Czy transgeniczne zboże, na przykład z zakodowaną odpornością na środki chwastobójcze może stanowić zagrożenie zdrowia? Czy jest traktowane przez nasz układ pokarmowy tak samo jak zwyczajne?
      Problem polega tu na czymś innym. Jeśli uodpornimy rośliny na czynniki, którymi je opryskujemy to pytanie na ile trwałe są te związki chemiczne, jak szybko się rozkładają i czy pochodne pestycydów nie mają toksycznego działania. Póki co w środkach, które się używa takich nie ma “nierozkładalnych” substancji. Choćby popularny glifosat rozkłada się, jest katabolizowany całkowicie. My na tym zyskujemy: zachowujemy to, co jest ważne w danej roślinie. A środki ochrony roślin mają istotne znaczenie. Albowiem rośliny, jak każdy organizm, nie żyją w próżni, muszą współdziałać z tzw. mikrobiomem, tak jak i ludzie. Zdarza się, że spośród bakterii czy innych mikroorganizmów, które współżyją z rośliną selekcjonują się takie, które produkują toksyny, które mogą zakazić produkty roślinne. Przykład kiełków kozieradki (często występujące w diecie człowieka) rekrutujących szczep E.coli produkujący toksynę shiga, która spowodowała śmierć 53 osób jest wielce pouczający. Dlatego tak ważna jest ochrona: może nią być tworzenie roślin, które są odporne na te patogeny. W ten sposób nie tylko promujemy produktywność, ale i unikamy obecności toksyn w naszym pożywieniu.
      Czy znajduje odzwierciedlenie w rzeczywistości stwierdzenie, że warzywa i owoce transgeniczne są mniej smaczne od tych hodowanych w przydomowych ogródkach czy ekologicznych (tu proszę o opinię)?
      Nikt, póki co, nie odnosił się do smaku, jako czynnika, który miałby determinować użyteczność warzyw czy owoców. Bardziej zwraca się uwagę na czynniki prozdrowotne, rolę zapobiegania chorobom cywilizacyjnym czy czynniki estetyczne jak kolor czy kształt - to jabłuszko jest czerwone, tamto zielone - im bardziej kolorowe, tym lepiej wygląda. Trudno jest definiować smak… Coś jest słodkie, coś jest gorzkie albo kwaśne… Pierwszorzędowym kryterium, który się bierze pod uwagę w modyfikacjach jest wygląd i charakter…
      Polemizuję tu trochę z mitem, że to, co pochodzi z przydomowego ogródka jest “prawdziwsze”, ponieważ niezmodyfikowane, bez wpływu inżynierii i przez to dużo smaczniejsze niż z supermarketu.
      Myślę, że jesteśmy przywiązani do tego, co własne i to potęguje wartość dodaną do danego produktu. Ale to dobrze! Co ciekawe - w leczeniu jest podobnie. Widzieliśmy wiele razy, że jeśli ktoś jest pozytywnie nastawiony do naszych lnianych opatrunków, to rany lepiej mu się goją, niż wtedy, gdy jest wobec nich sceptyczny. Myślę, że ta skłonność jest też wynikiem zmian epigenetycznych. Byłoby wspaniale gdybyśmy posiedli taką epigenetycznie regulowaną skłonność kierowania się wiedzą i zdrowym rozsądkiem (w tej kolejności) również w kwestii inżynierii genetycznej.
      Czy Wrocławska biotechnologia może pochwalić się jakimiś badaniami, odkryciami, wynalazkami związanymi z modyfikacją genetyczną roślin?
      Powinno się mówić lepiej o innych, ale nie znam przykładu z naszego środowiska, który by demonstrował już wdrożony wynalazek z zakresu inżynierii genetycznej roślin. Nieskromnie zatem chciałbym wspomnieć o dwóch produktach własnych. Jeden z nich jest wdrożony i już dostępny w sprzedaży, a drugi lada moment będzie. Ten pierwszy, z obszaru medycyny to nasze lniane opatrunki, które są od lipca 2016 roku w produkcji. Drugi produkt to olej lniany, a właściwie mleczko lniane, które będzie skutecznym sposobem w zapobieganiu miażdżycy i profilaktyce stanu przedcukrzycowego.
      Może dlatego tak trudno jest mi znaleźć inne przykłady, o których nie wiemy, że modyfikacja genetyczna żywności jest w świetle obowiązujących przepisów de facto zabroniona. Wszystko, co się obecnie oficjalnie robi w obszarze GMO to zamknięte badania laboratoryjne mające na celu ocenę funkcji genu i raczej eksperymentuje się na organizmach modelowych typu rzodkiewnik. Nikt nie ma odwagi pochwalić się swoimi osiągnięciami i odkryciami...
      Rozumiem, że w kontekście żywności GMO na styku nauki i polityki tworzy się konflikt…
      Tak. Bardziej akceptowane jest medyczne zastosowanie modyfikacji genetycznej i dlatego my w to celujemy. Natomiast to żywieniowe praktycznie odpada, bo nie dostajemy zezwolenia na uwolnienie naszych roślin modyfikowanych do środowiska nawet w celach badawczych!
      To jest problem w skali Polski, Unii Europejskiej czy sięga jeszcze dalej?
      Dotyczy to wyłącznie Unii Europejskiej, choć za jej przykładem tworzy się ograniczenia w innych miejscach. Jak choćby w Kanadzie, która chcąc eksportować len na rynek europejski eliminuje z upraw transgeniczny. Podobnie w Chinach, gdzie byliśmy ostatnio, ale nie ma tam zakazu prac nad uwolnieniem GMO do środowiska. U nas nie można dostać zezwolenia na takie badania, a jest ono koniecznym elementem wdrożenia.
      W przypadku naukowego podejścia do tematu nie budzi większych kontrowersji ingerencja w genom bakterii, grzyba, rośliny czy zwierzęcia. Dlaczego pojawiają się takie emocje i dylematy, gdy chcemy “poprawiać” ludzi?
      Tu czyha trochę niebezpieczeństw. Jednym z nich jest interakcja transgen-endogen. Wiemy z wielu naszych eksperymentów, że jest taka interakcja. Innymi słowy, wprowadzony do genomu transgen jest nie tylko samodzielną jednostką, która daje jakiś produkt, ale on sam ma wpływ na genom. Jak on się objawia? To jest inne pytanie. Przykładowo może promować metylację innych części genomu, które przez to zmieniają się. Nie bierze się tego pod uwagę, ale tak jest. Po drugie, wprowadzenie do genomu ludzkiego obcych elementów może indukować mobilność ruchomych jego elementów, czyli transpozonów. Mają one szereg różnych funkcji. Mogą wbudowywać się w sekwencje regulatorowe innych genów, także w kodony. Jest to, póki co, nieprzewidywalne. Ale coraz więcej wiemy o tym, jak i gdzie należy wprowadzać “poprawki”, aby nie tworzyć nieprzewidzianych zdarzeń. Tym niemniej trzeba mieć świadomość, że przerwanie ciągłość genomu jest stresem, który prawdopodobnie będzie miał konsekwencje. W roślinach (ziemniaki) przerwanie ciągłości genomowego DNA manifestowało się wzmocnioną syntezą katecholamin (hormony stresu obecne również u ludzi).
      Czyli w przypadku terapii genowych, które widać już na horyzoncie…
      Należy pamiętać, że nawet zamiana jednego nukleotydu ma swoje odzwierciedlenie w pozostałej części genomu…
      Dziękuję serdecznie za rozmowę!

      Rozmawiał: Mateusz Malik, lekarz. Zdjęcia: M. Malik
    • By MedFor.me
      W dobie fantastycznego rozwoju medycyny codziennie zderzamy się z irracjonalnym lękiem przed jej wielkimi zdobyczami. Jednym z największych przełomów w XX wieku był ogromny postęp w rozumieniu i leczeniu niepłodności. Właśnie zdrowiu reprodukcyjnemu poświęcona jest czwarta edycja międzynarodowej konferencji naukowej, którą MedFor.me objęło patronatem:
      "Development of Scientific Cooperation in Reproductive Medicine Research" Warszawa, 9-10 czerwca 2017 w Airport Hotel Okęcie.
      Rejestracja trwa, a będzie można wysłuchać m.in. światowych i polskich pionierów metody zapłodnienia IVF. Jednym z nich jest profesor Marian Szamatowicz, którego polemiczny tekst publikujemy.
      ***
      Zdecydowałem się napisać krótki komentarz do niektórych medialnych wypowiedzi.
      „Wstrząsająca prawda o In vitro: żeby mogło urodzić się 122 tys dzieci poświęcono życie prawie 4 mln innych dzieci” „Żaden poważny ginekolog nie twierdzi, że In vitro leczy niepłodność” „Z dziecka poczętego In vitro posłowie większości uczynili narzędzie zaspokojenia pustki ludzi życiowo niespełnionych” „Ustawa równa się cywilizacja śmierci” Pozwolę sobie zadać kilka pytań, na które zechcieliby udzielić odpowiedzi ci, którzy w sposób niezwykle agresywny i niestety kłamliwy atakują leczenie niepłodności przy wykorzystaniu metody In vitro i pokrewnych.
      Po pierwsze - kiedy Pan Bóg stworzył mężczyznę i kobietę powiedział: „Bądźcie owocni i rozmnażajcie się”. Nie mówił w jaki sposób. Prawie 90% populacji nie ma problemu z rozrodem. Natomiast, w sposób niezawiniony, około 10% nie może doczekać się ciąży i porodu upragnionego dziecka. W skali globalnej to oznacza ponad 72 mln par, z których prawie 43 mln poszukuje pomocy. W Polsce według danych szacunkowych problemy z rozrodem ma ponad milion par, z których około 200 tys. zgłasza się po pomoc. Uniwersalna Deklaracja Praw Człowieka mówi, że prawo do posiadania potomstwa jest podstawowym prawem człowieka. A zatem pytanie - czy leczenie niepłodności jest „zaspokojeniem pustki ludzi życiowo niespełnionych” czy też wypełnianiem obowiązku w doprowadzeniu do ciąży i porodu?
      Po drugie - nie umiem skategoryzować kto jest poważnym a kto niepoważnym ginekologiem. Natomiast wiem, że jeden utytułowany ginekolog w Polsce przed laty powiedział: „Techniki rozrodu wspomaganego medycznie to nie są procedury lecznicze, czasami pomagają uniknąć bezdzietności.” I ta nonsensowna teza do dnia dzisiejszego jest powtarzana jako argument. W 2015 roku w połowie czerwca w Lizbonie prawie 10 000 ludzi z całego świata debatowało jak najskuteczniej pomagać niepłodnym parom. Nikomu nie przyszło do głowy aby metodę In vitro dyskredytować. Komitet Nagrody Nobla w 2010 r kiedy tę nagrodę przyznawał Robertowi Edwardsowi uzasadnił ją „za największe osiągnięcie medycyny klinicznej  XX wieku”.  A zatem kolejne pytanie - czy metoda In vitro jest metodą leczenia niepłodności?
      Po trzecie - głosi się, najdelikatniej określając, kłamliwe tezy, że naprotechnologia zastąpi In vitro. Naprotechnologia posługuje się w wielu sytuacjach takimi samymi jak medycyna rozrodu technikami diagnostycznymi i stosuje takie samo leczenie farmakologiczne i zabiegowe (do tego ostatniego dodaje „napro”). Podstawowa różnica polega na tym, że naprotechnologia nie uznaje leczenia niepłodności za pomocą metod wspomaganej prokreacji. Po nie-skutecznym leczeniu farmakologicznym lub zabiegowym oferuje adopcję. Natomiast, przy nieodwracalnie uszkodzonych jajowodach, w zaawansowanej endometriozie, w ciężkich postaciach czynnika męskiego (dominująca przyczyna niepłodności), a także po wcześniejszych niepowodzeniach w leczeniu naprotechnologia nie daje żadnej szansy na ciążę. A to dotyczy ponad 50% niepłodnych par. Jednocześnie wiem, że w takich nie dających szansy na sukces sytuacjach za instruktaż pobiera się niemałe pieniądze. Kolejne pytanie - czy jest to moralne (mógłbym użyć innego, dosadniejszego  sformułowania) aby głosić tezę, że naprotechnologia zastąpi In vitro?
      Po czwarte - przedstawia się pseudoargumenty,  że In vitro jest metodą mało skuteczną. Bardzo dotkliwym dla leczonych pacjentów jest fakt, że metoda nie daje pełnej gwarancji na ciążę i urodzenie dziecka. Natomiast prawda jest taka, że skuteczność In vitro na poziomie 30-40% na cykl zdecydowanie przewyższa tzw. miesięczny wskaźnik płodności, który wynosi ok. 20 i tylko wtedy jeśli kobieta jest poniżej 30 roku życia. Ten wskaźnik sukcesu 30-40% jest bardzo dobry, ale to również oznacza, że wskaźnik niepowodzeń wynosi 60-70%. Nie zadaje się pytania jakie dramaty wtedy ci ludzie przeżywają. Medycyna rozrodu cały czas pracuje nad sposobami poprawy skuteczności, ale także nad opracowaniem dokładniejszych metod predykcyjnych. Udowodniono, że im większa ingerencja polityków w procedurę leczenia niepłodności tym mniejsza jej skuteczność. Jakie jest uzasadnienie dla ingerencji polityków w procedury lecznicze?
      Po piąte - rozpisuje się wiele na temat dzieci urodzonych po In vitro. Nie sposób cytować wszystkich. Nie ma potrzeby uzasadniać, że dzieci nie mają bruzd. Po In vitro żyje ich na świecie ponad 5 mln. Wiele z nich ma własne potomstwo. Dzieci z defektami rodzą się zarówno po naturalnym poczęciu, jak i po stosowaniu metod wspomaganej prokreacji. Udowodniono , że niepłodność jako taka, jest czynnikiem sprawczym zwiększonego odsetka defektów. Ale czy można zakazać rodzenia dzieci po naturalnym poczęciu skoro notuje się wady i czy można na tej samej drodze odmawiać leczenia niepłodności bo istnieje ryzyko defektu?
      Po szóste - są niezwykle zagorzali przeciwnicy mrożenia zarodków. Jest bardzo wiele argumentów przemawiających za. Natomiast elementarna wiedza o rozrodzie, której wielu brakuje, wskazuje, że aby zaistniała ciąża i poród muszą być spełnione dwa kluczowe warunki: musi być zarodek dobrej jakości (w naturalnym rozrodzie 60-70% zarodków obciążonych jest defektami genetycznymi, im starsza kobieta tym więcej) i musi być odpowiedni stan anatomiczny i czynnościowy endometrium (błony śluzowej macicy). Przeniesienie (transfer) zarodka na nieprzygotowane endometrium, jak chcą przeciwnicy mrożenia, to tak jak „skazanie go na śmierć”. Alternatywą jest mrożenie. Podobnie, mrożenie zarodków jest procedurą ratującą przed zagrożeniem życia w zespołach hiperstymulacji jajników. Z licznych opracowań wynika, że ciąże z mrożonych zarodków wykazują mniej powikłań oraz że dzieci rodzą się zdrowsze. A zatem kolejne pytanie. Jakie są rzetelne argumenty aby nie stosować procedury mrożenia?
      Po siódme - to będzie ostatnie pytanie. Jak wynika z mego rozeznania prawie wszystkie kraje UE mają uchwalone prawo regulujące leczenie niepłodności (30 krajów). W żadnym z nich nie uchwalono zakazu leczenia niepłodności przy zastosowaniu metody In vitro. Natomiast niektóre z nich uchwaliły prawo restrykcyjne, dotyczące liczby embrionów, krioprezerwacji, itp (Niemcy, Włochy), które zmniejsza skuteczność leczenia. Doświadczenia lat ostatnich pokazują, że takie restrykcyjne prawo skutkuje „turystyką prokreacyjną”, która jest dobrze udokumentowanym zjawiskiem w obrębie Unii Europejskiej. Jest jedna drobna uwaga. Na tego typu turystykę mogą pozwolić sobie ludzie za-możni, których stać na wszystko, na omijanie restrykcji we własnym kraju. I teraz ostatnie pytanie. Dlaczego jest tyle zawziętości w stosunku do „maluczkich”, którzy powinni być otoczeni szczególną troską, którzy mają takie same pragnienia  jak bogaci a których po prostu nie stać na leczenie we własnym kraju nie mówiąc już o zagranicy.
      Prof. zw. dr hab. n. med Marian Szamatowicz
    • By Newman
      Prof. Wołczyński wraz z Komitetem Naukowym Ogólnopolskiego Centrum Badania, Edukacji i Monitorowania Problemów Płodności zaprasza ginekologów, położników, lekarzy zajmujących się oncofertility, medycyną rozrodu, endokrynologów i biologów na 4. edycję Międzynarodowej Konferencji Endokrynologii Rozrodczości pod patronatem PTG:
       
      “Development of Scientific Cooperation
      in Reproductive Medicine Research IV”
      09-10 czerwca 2017
      Airport Hotel Okęcie, Warszawa 
       
                Bazując na doświadczeniach z poprzednich lat staramy się stale podnosić poziom naukowy naszego wydarzenia. Na najbliższą edycję zaprosiliśmy światowej klasy ekspertów z dziedziny medycyny rozrodu, embriologii oraz biologii molekularnej. Chcemy, aby nasze spotkanie było dla Państwa wyjątkową okazją do wymiany doświadczeń i wiedzy, poznania najnowszych, często jeszcze niepublikowanych, wyników badań naukowych oraz technologii, a także nawiązania szeroko rozumianej współpracy pomiędzy specjalistami z ośrodków naukowych z całego świata.
       
               W tym znakomitym gronie będziemy omawiać i analizować różnorodne aspekty medycyny rozrodu - zaplanowaliśmy sesje poświęcone tematyce optymalizacji leczenia niepłodności, stymulacji jajeczkowania, PCO/PCOS, embriologii, oncofertility, aspektom genetycznym i andrologicznym niepłodności, leczenia chirurgicznego w niepłodności oraz innowacyjności i komercjalizacji wyników badań naukowych.
       
              Uroczystą kolację w pierwszym dniu Konferencji uświetni swoim występem prof. Paweł Gusnar - saksofonista, który z powodzeniem łączy działalność na polu muzyki klasycznej, jazzowej i rozrywkowej, a towarzyszyć mu będzie znakomita polska pianistka - prof. Agnieszka Przemyk-Bryła.
               
              Uczestnicy Konferencji otrzymają 14 punktów edukacyjnych (CME). Szczegółowe informacje oraz rejestracja na stronie: www.cooperationivf.eu.
       
      Do zobaczenia w Warszawie!
      Z wyrazami szacunku,
       
      KONTAKT W SPRAWACH ORGANIZACYJNYCH:
        Ogólnopolskie Centrum Badania, Edukacji i Monitorowania Problemów Płodności
      ul. Św. Rocha 12/7, 15-879 Białystok
      tel: +48 668 870 617
      e-mail: conference@cooperationivf.eu
      www: www.cooperationivf.eu
    • By Nefer
      Nie zawsze rzucają się w oczy, czasem tylko medyczny wzrok wychwyci ich subtelność... Czy Rembrandt i Rubens wiedzieli, że ich modelki chorowały na raka piersi?
      Diagnozujemy sztukę w naszym cyklu. Nie przypuszczasz nawet jak wiele chorób i patologii odnaleźć można na obrazach mistrzów!
      Część II: Choroby genetyczne w malarstwie
      Jak wiemy z poprzedniego artykułu dorobek malarski stanowi ogromny materiał badawczy dla lekarzy-pasjonatów. Dla tych z Państwa, których centrum zainteresowania nie stanowi onkologia, proponuję analizę kilku dzieł przedstawiających chorych na schorzenia genetyczne.
      Długa szyja jest dziś elementem kanonu kobiecej urody, jednak u modelki uwiecznionej na obrazie Madonna z długą szyją Parmigianiniego z 1534 roku jest czymś więcej. Kobieta będąca tutaj wzorem dla wizerunku św. Marii cierpi na zespół Marfana. Świadczyć może o tym wydłużona sylwetka czy cechy arachnodaktylii.

      Symptomy tej samej choroby lekarskie oko dostrzeże w Portrecie młodego mężczyzny Botticellego.

      Botticelli był przedstawicielem renesansu, który nie dbał o szczegóły anatomiczne ludzkiego ciała. Jego prace cechowała raczej maniera świadomego zniekształcania rysunku pod kątem podkreślenia indywidualnych cech portretowanego. Czy chłopak z portretu Botticellego faktycznie cierpiał na zespół Marfana? A może jest to przykład porzekadła "lekarz zawsze wynajdzie jakąś chorobę"?
      Fakt, że rzadkie zespoły genetyczne towarzyszą ludzkości nie od dziś uświadamia nam m.in. dzieło Velazqueza Panny dworskie. 

      Obraz przedstawia pięcioletnią infantkę Małgorzatę Teresę. Zdaniem Vito Franco - profesora anatomii z Uniwersytetu z Palermo, 5-letnia infantka chorowała na tzw. syndrom Albrighta. Przypomnijmy - jest to choroba genetyczna objawiająca się zmianami kostnymi, skórnymi i zaburzeniami hormonalnymi, w tym przedwczesnym dojrzewaniem płciowym.
      Z kolei na zespół Pradera-Williego cierpiała Eugenia Mertinez Vallejo namalowana przez Juana Carreno de Miranda (1680 r.)

      Na obraz kliniczny choroby składają się niski wzrost, upośledzenie umysłowe, hipogonadyzm oraz otyłość, spowodowana mniejszym zapotrzebowaniem energetycznym przy jednoczesnym ciągłym uczuciu głodu. Eugenia z powodu swojej otyłości przezywana była La Monstua - potwór, a jej portret jest najprawdopodobniej najstarszym przedstawieniem tej choroby.
      Lekarz Beata Tomaszewska, specjalista chorób wewnętrznych

×
×
  • Create New...

Important Information

By using this site, you agree to our Terms of Use.