Jump to content

gecko

Redakcja PrzypadkiMedyczne.pl
  • Posts

    5
  • Joined

  • Last visited

  • Days Won

    2

gecko last won the day on January 31 2016

gecko had the most liked content!

About gecko

Profile Information

  • Status
    Student
  • Miasto uczelni:
    Wrocław
  • Rok rozpoczęcia studiów
    2012
  • Wydział
    LEK

Recent Profile Visitors

1,018 profile views

gecko's Achievements

Newbie

Newbie (1/14)

2

Reputation

  1. Podczas relacji z Igrzysk Olimpijskich w Rio nie sposób przeoczyć sportowców posiadających charakterystyczne czerwone znaki na skórze. Wyglądają dosyć boleśnie i są obiektem pytań: Co to i dlaczego jest tak popularne, że ma je na skórze nawet Michael Phelps – kilkunastokrotny mistrz olimpijski w pływaniu z Aten, Pekinu, Londynu (aktualizacja: z Rio również). Sinoczerwone plamy to efekt znanego w Polsce stawiania baniek (ang. cupping). Ta stosowana od starożytności procedura, polega na zapalaniu łatwopalnej substancji w bańce (naczyniu wielkości małej szklanki) lub też rozgrzaniu jej do wysokiej temperatury. Wytwarzane jest podciśnienie, które wciąga skórę do naczynia, niszcząc naczynia krwionośne będące częścią jej warstwy pod naskórkiem. To są fakty. Osoby biegłe w tej metodzie twierdzą, że stanowi ona remedium na wiele schorzeń, zaczynając od zapalenia stawów, niepłodności, kończąc na problemie przetrenowania sportowego – bólu mięśni. Co należy jednak podkreślić, liczba badań naukowych potwierdzająca skuteczność cuppingu w ich usuwaniu, jest bardzo ograniczona. Zdaniem Profesora Edzarda Ernsta – wieloletniego badacza alternatywnych praktyk leczniczych (patrz niedawny artykuł na med4.me „Szarlataństwo na cywilizowanym zachodzie. Jaka jest skala problemu?”): „Nie istnieją dowody na skuteczność leczenia. Stawianie baniek nie zostało poddane badaniom klinicznym, choć z pewnością, od ponad 3 tysięcy lat, istnieją klienci zadowoleni z ich działania.” Dla kontrastu, wyniki badania pilotażowego, opublikowane w Journal of Integrative Medicine z tego roku przez ukraiński zespół immunologów i ginekologów z National Academy of Medical Sciences of Ukraine oraz Kiev Maternity Hospital1 wykazały zmniejszenie liczby komórek NK – elementów układu odpornościowego wiązanych coraz częściej z problemem poronień nawykowych, po pięciodniowej serii cuppingu prowadzonego na grupie 23 zdrowych kobiet. W przypadkach rzadkich, kuracja bańkami może okazać się również szkodliwa dla zdrowia. Poza niezdrowo wyglądającymi plamami na skórze, naukowcy donoszą o poważnych powikłaniach naczyniowych2. Praca przygotowana przez południowokoreańskich lekarzy z Pusan National University School of Medicine, nakreśla przypadek nagłego rozerwania tętnicy kręgowej wywołanego opisywaną kuracją. Prowadzone leczenie wewnątrznaczyniowe doprowadziło do jej niepowikłanego zaopatrzenia. Upatrywanie silnej zależności pomiędzy sukcesem sportowym a osiągnięciami azjatyckiej medycyny alternatywnej to oczywiście drobna przesada. Sport od dawna szedł w parze z medycyną konwencjonalną i jej zdobyczami farmakologicznymi (doping). Od tego czasu, stała się ona przestrzenią pełną regulacji, mających dbać o ducha szlachetnej rywalizacji. Dlatego też, aby walczyć o ułamki cennego czasu w tabelach wyników, zespoły przygotowawcze zawodników poszerzyły obszar swych poszukiwań. Na celowniku znalazły się zabiegi para-medyczne, rytuały zdrowotne, które w myśl zdania „Co nie zaszkodzi, to i nie przeszkodzi” mogą przynieść pozytywne efekty zdrowotne - nawet jeśli mowa wyłącznie o efekcie placebo. Źródła: Repeated cupping manipulation temporary decreases natural killer lymphocyte frequency, activity and cytotoxicity. Dons'koi, Chernyshov, Osypchuk, Baksheev. Extracranial vertebral artery rupture likely secondary to "cupping therapy" superimposed on spontaneous dissection. Choi JY, Huh CW, Choi CH, Lee JI.
  2. Zgadzam się. Moim zdaniem, temat "szarlatańskiej medycyny alternatywnej" (nie mylić z tą, która daje pacjentowi nieocenione wsparcie psychologiczne) może znaleźć wspólny mianownik z ruchem antyszczepionkowym. Jego rozwój i rozpowszechnienie w dużej mierze wynika z nieufności do lekarzy, którzy wg wielu są nieudolni. Fakt o występowaniu ograniczeń medycyny, a także pewnych nieprzewidywalnych skutków, z jakimi wiąże się leczenie, nie jest brany pod uwagę.
  3. Doniesienia opublikowane na przełomie 2014/15 roku o skutecznej metodzie leczenia wirusowego zapalenia wątroby typu C wprowadziły do życia chorych promyk nadziei. Do niedawna powszechnie uznawana terapia nie gwarantowała wyleczenia nawet połowy przypadków. Kombinacja iniekcji interferonu z przyjmowaną doustnie rybawiryną obfitowała w szereg trudnych do zniesienia objawów niepożądanych (wysoka gorączka, bóle stawowo-mięśniowe, zaburzenia psychiczne). Długa i ciężka droga (standardowo 48 tygodni) prowadziła pacjentów do niepewnej rekonwalescencji. Zastosowanie „schematów nieiniekcyjnych” - m.in. terapii 3D (DIRECT- bezpośredni; bez użycia interferonu, z zastosowaniem leków celowanych w wirusa) stanowi zwieńczenie prac prowadzonych na rzecz walki z HCV. Terapia z zastosowaniem ombitaseviru, paritapeviru i dasabuviru jest kosztowna i z pewnością nie każdy nią zainteresowany może zostać objęty leczeniem, jednak jej pojawienie w arsenale współczesnej medycyny wyzwoliła światowych hepatologów z prawie 30-letniego potrzasku. Historia stopniowego zwycięstwa nad wirusem udowadnia, że rozwikłanie trudnych zagadek terapeutycznych nie jest wyłącznie pobożnym życzeniem naukowców. Oto zestawienie trzech, z którymi obecnie prowadzona jest nierówna walka. Stawką jest życie oraz zdrowie pacjentów.* Antybiotykooporność „Osoba, która bez namysłu stosuje terapie penicyliną jest moralnie odpowiedzialna za śmierć człowieka, który przegrywa walkę z organizmem penicylinoopornym.” Aleksander Fleming, 1945 Już Aleksander Fleming – ojciec antybiotykoterapii, dostrzegł zagrożenie jakie niesie ze sobą rozpowszechniony obrót antybiotykami. XX-wieczne „cudowne lekarstwa”, jak nazywane były antybiotyki w początkach odkrycia, dokonały pozornie trwałej zmiany w statystyce przyczyn zgonów. Na początku XX. wieku w Stanach Zjednoczonych prym wiodła grypa oraz zapalenie płuc, kolejne miejsce zajmowała gruźlica. W połowie tego stulecia zastąpiły je choroby serca oraz rak. Dlaczego użyłem słowa „pozornie”? Z powodu narastającej oporności choroby infekcyjne mogą niebawem powrócić na swój szczebel w hierarchii. Jest to wynik nadużycia tej grupy leków w walce z infekcjami u ludzi, ale również roli, jaką odgrywają w przemyśle spożywczym. Przykładowo, dane pochodzące z roku 2002 (czyli prawie sprzed 15 lat) pokazują, że ponad 60% szczepów gronkowca złocistego w USA było opornych na metycylinę (niewykorzystywany już antybiotyk z grupy penicylin), w 2005 roku zaś z powodu tego gatunku zmarło 20.000 osób, z ponad 100.000 nią zakażonych (śmiertelność 20%). Z raportu przygotowanego przez WHO w 2015 roku dowiadujemy się, że coraz trudniej leczyć jest często występujące zakażenia dróg oddechowych, moczowych, krwi czy skóry. Wzrasta również oporność na tzw. antybiotyki „ostatniej szansy”, zarezerwowane dla pacjentów oddziałów Intensywnej Terapii czy Chorób Zakaźnych. Moje zainteresowanie wzbudziła również informacja o wyizolowaniu szczepu Klebsiella Pneumoniae, który być może za kilkanaście lat uzyska oporność całkowitą. Fakt ten stał się bodźcem do wystosowania oświadczenia World Health Organization: „To zagrożenie (antybiotykoodporności – przyp.red.) przestało być wyłącznie przewidywaniem na przyszłość, ono istnieje właśnie teraz. Może dotyczyć każdego, niezależnie od wieku i miejsca zamieszkania.” Światełko w tunelu? Inicjatywa „10x ‘20” stowarzyszenia IDSA (Infectious Diseases Society of America), której celem jest stworzenie 10 innowacyjnych antybiotyków systemowych przed 2020. Na celowniku są tzw. „ESKAPE pathogens” (Enterococcus faecium, Staphylococcus aureus, Klebsiella pneumoniae, Acinetobacter baumannii, Pseudomonas aeruginosa oraz gatunki z rodziny Enterobacter), odpowiedzialne za większość infekcji szpitalnych na terenie USA. Więcej o inicjatywie w źródłach. Rak trzustki „Medycyna zna zatem tę chorobę od ponad trzech tysięcy lat. I od ponad trzech tysięcy lat ludzkość stuka do drzwi medycyny, błagając o lek.” Cancer, The Great Darkness, Fortune, 1937 Cytat ten, podobnie jak i poprzedni, emanuje pesymizmem, niestety uzasadnionym. O patologii jaką są nowotwory można napisać bardzo dużo, jednak w kontekście opisywanego tu raka trzustki na plan pierwszy wysuwa się jego śmiertelność. Według American Cancer Society (ACS) wskaźniki jednorocznego przeżycia sięgają zaledwie 20%, co dotyczy pacjentów z guzem ograniczonym do narządu. Uzyskanie diagnozy w momencie występowania rozległych przerzutów do wątroby oraz węzłów chłonnych jest niestety zjawiskiem najczęstszym, ponurym rokowniczo. Nowotwór podstępnie zagarnia dla siebie kolejne obszary organizmu chorego, dając w zamian nietypowe objawy – ból brzucha, kręgosłupa, świąd skóry. Jakie więc czynniki decydują o tym, czy ktoś zostanie zdiagnozowany wcześniej niż inni? Znaczenie ma przede wszystkim lokalizacja guza. Przykładowo, wzrost nowotworu w okolicy tzw. głowy trzustki może zablokować wypływ żółci z wątroby poprzez ucisk sąsiadującego przewodu żółciowego wspólnego. Guz wywoła żółtaczkę, co zwróci uwagę pacjenta i być może stworzy szansę na przeprowadzenie operacji chirurgicznej. Ten sam stan chorobowy rozwijający się w ogonie trzustki, położonej dalej niż głowa, nie spowoduje tak szybkiego zażółcenia skóry, wykluczając jakiekolwiek opcje chirurgiczne. Jeśli o leczeniu chirurgicznym mowa, to kwalifikuje się do niego tylko 10-15% chorych. Tylko doszczętne wycięcie guza, spośród dostępnych obecnie metod leczenia, ma charakter radykalny, prowadzący w swym założeniu do całkowitego wyleczenia. Pomimo tego, perspektywy są niezadowalające. Średni czas przeżycia po tumorektomii wynosi 18 do 20 miesięcy (źródło: ACS). Obecnie, tylko profilaktyka ma śmiałość odpowiadać na pytanie „jak walczyć z nowotworem?”. Apele onkologów nawołują do zaprzestania palenia tytoniu, do walki z otyłością i ograniczenia spożycia wysoko przetworzonej żywności. Grupa naukowców z NUY Langone Medical Center w kwietniu bieżącego roku podała związek pomiędzy rakiem trzustki a składem flory jamy ustnej (streszczenie artykułu w źródłach). Spekulacje prowadzone na temat skuteczności ultrasonografii w przesiewowym wykrywaniu nowotworów trzustki zdają się trafiać w nieprzynoszące rozwiązania sedno. USG to metoda nieinwazyjna i powszechnie dostępna, jednak jej ograniczeniem jest niska czułość w wyszukiwaniu bardzo małych skupisk komórek guza. Nagła głuchota „Ślepota odcina od rzeczy, lecz głuchota odcina od ludzi” Hellen Keller, amerykańska głuchoniewidoma pisarka Nagła głuchota, czyli innymi słowy nagły niedosłuch czuciowo-nerwowy, to prawdopodobnie najmniej niepokojący dla czytelnika z opisywanych tu problemów. Ze względu jednak na brak solidnie usystematyzowanej wiedzy na temat przyczyn schorzenia oraz fakt uszkodzenia jednego z najważniejszych zmysłów w toku choroby, czyni ten stan niepokojącym wyzwaniem dla laryngologów. Schorzenie to zawiera w swej definicji stany uszkodzenia słuchu (zazwyczaj jednostronnego) powyżej 30dB, narastające do trzech dni. Gama objawów obejmuje nagłe uczucie zatkania ucha, jego „pełność” aż po całkowity brak zdolności odbierania dźwięków. Wiadomo, że przyczyną tych schorzeń jest patologia ucha środkowego – ślimaka. „Czy będę słyszał na chore ucho?” - na pytanie, które formułuje każdy pacjent po zaistnieniu objawów choroby bardzo ciężko jest odpowiedzieć. W toku wieloletnich badań stwierdza się mniejsze powodzenie leczenia u dzieci oraz osób starszych. Współwystępowanie głuchoty wraz zaburzeniami równowagi stawia powrót do zdrowia pod dużym znakiem zapytania. Za jeden z najważniejszych czynników rokowniczych uważa się szybkość wdrożonego leczenia. Zmniejsza ją nierzadkie bagatelizowanie problemu przez pacjentów, którzy swą „socjalną niewydolność słuchu” odkrywają po pewnym czasie. Standardowa terapia trwa 10 dni i składa się z m.in. leków rozszerzających naczynia, przeciwwirusowych, zmniejszających stan zapalny, moczopędnych i uspokajających. Choć w ponad 60% przypadków słuch wraca do sprawności wyjściowej, brak jest obiektywnych dowodów na wpływ jakiegokolwiek leku na taki stan rzeczy (w porównaniu do placebo). Mamy więc efekt, choć nie wiadomo dlaczego. Korzystamy z wielu medykamentów, nie wiedząc który tak naprawdę działa. Tytuł artykułu jest nieprzypadkowy. W przypowieści o mitycznym Węźle Gordyjskim, którego rozwiązania podjął się Aleksander Wielki – historyczny zdobywca Imperium Perskiego, można znaleźć myśl gotową do wprowadzenia dzisiaj. „Mieszkańcy miasta (Gordion – przyp. red.) mówili o istnieniu przepowiedni głoszącej, że ten, kto rozwiąże trudny do rozplątania węzeł, będzie panem Azji. (…) Gdy Aleksander przystąpił do rozwiązywania splotu rzemieni tak zagmatwanego, że nie można było ani dostrzec, ani nawet domyślić się, gdzie szukać jego początku czy końca, zaniepokoili się, by daremne usiłowania nie zmieniły się w złą wróżbę. Król jednak nie mocował się długo z węzłem. „Nieważne – powiedział – w jaki sposób się to rozplącze” – i mieczem przeciął wszystkie rzemienie.” (źródło: wikicytaty) Dla świadomości współczesnego naukowca właśnie taki model postępowania jest najbardziej kuszący. Zakłada on optymistyczny obrót spraw, których istota problemu zostaje rozwiązana w sposób prosty, choć niekoniecznie szablonowy. Przechodząc na rozumowanie medyczne, mówimy teraz o chorobach, które od lat wiążą ręce lekarzom. Nauka potrzebuje umysłów otwartych, zdolnych do oczyszczania dotychczasowego zbioru poglądów z ze starych rozwiązań - stworzenia miejsca dla świeżych pomysłów. Jeżeli dotychczasowe schematy myślenia zawiodły, czemu nie spróbować czegoś nowego? To jedna z wielu koncepcji, ale warto trzymać za nią kciuki. Maciek Magdziak *W układaniu powyższego zestawienia kierowałem się wyłącznie osobistymi przekonaniami, wzbogaconymi skromnym doświadczeniem klinicznym. Wybór problemów, z jakimi boryka się współczesna medycyna ma jednak swoje uzasadnienie. Alarmujące dane na temat szczepów lekoopornych na świecie, wskaźnik 5-letniego przeżycia dla raka trzustki (około 6%), brak sposobów leczenia głuchoty popartej wiarygodnymi metodami naukowymi mówią same za siebie. Tekst ten może być traktowany jako wstęp do rozmowy o limitach medycznych sukcesów. Ich zbiór uzupełniliby neurolodzy, od lat szukający skutecznej terapii stwardnienia rozsianego, lekarze chorób genetycznych („leczymy objaw, nie zaś przyczynę”) oraz Ci specjaliści, którzy walkę o życie pacjenta muszą niejednokrotnie oddawać „paliatywnym walkowerem”. Źródła: http://cid.oxfordjournals.org/content/50/8/1081.full http://www.dentistryiq.com/articles/apex360/2016/05/oral-bacteria-linked-to-pancreatic-cancer.html
  4. Vancouver, rok 1983. To moment, kiedy po raz pierwszy wykorzystano robota do zadań chirurgicznych. „Arthrobot” - bo o nim mowa, to urządzenie myśli kanadyjskiej zaprojektowane do asystowania podczas zabiegów ortopedycznych. Jego głównym zadaniem było zmniejszanie nakładu siły operatora w trakcie fizycznie obciążających procedur - robot nie może się przecież zmęczyć, ani znudzić. Był on zapowiedzią rozwoju światowej robotyki medycznej. 2 lata później PUMA 560 - „ramię robotowe”, posłużyło neurochirurgom do precyzyjnej biopsji mózgu. Zaś „CyberKnife” - zrobotyzowany nóż cybernetyczny, wprowadzony w 1994 roku i wykorzystywany do dziś, dokonuje precyzyjnego usunięcia zmian nowotworowych ze zmniejszeniem uszkodzenia obszaru tkanek zdrowych (radiochirurgia stereotaktyczna). O nowościach na tym polu można pisać wiele - każda medyczna specjalność zabiegowa, dążąc do uzyskania dodatniego bilansu zysków i strat, skupia się na możliwie małej inwazyjności i precyzji nieosiągalnej przez ludzką dłoń. Roboty mogą to wszystko zagwarantować. Obecnie jednym z najbardziej zaawansowanych technologicznie robotów na rynku jest produkt firmy Intuitive Surgical - da Vinci. Zaletą maszyny jest jej zakres ruchów. Eliminując drżenia rąk operatora, ramiona da Vinci docierają w ciężko dostępne miejsca, zmniejszając ryzyko uszkodzenia delikatnych nerwów i naczyń czy powstania szpecących blizn. Obraz, który widzi lekarz posiada wysoką rozdzielczość, jest trójwymiarowy a formuła pracy zdalnej pozwala na operowanie setki kilometrów od urządzenia. Utworzony w 1998 roku na zlecenie Pentagonu, miał początkowo służyć armii w udzielaniu wspomnianej zdalnej pomocy medycznej żołnierzom na froncie. W tym samym roku, w asyście robota, dokonano jednak pierwszej „cywilnej” operacji pomostowania tętnic wieńcowych (Lipsk, Niemcy). Punktem zwrotnym było nadanie mu przez amerykańską FDA (ang. Food and Drug administration) pozwolenia do pracy w chirurgii ogólnej. Stopniowo uzyskiwał on dalsze pozwolenia z zakresu urologii czy torakochirurgii. Na świecie pracuje obecnie ponad 1800 takich maszyn, najwięcej w Stanach Zjednoczonych - ojczyźnie da Vinci. Jak sytuacja wygląda w Polsce? Jedyną placówką posiadającą robota z Kaliforni jest Wojewódzki Szpital Specjalistyczny we Wrocławiu. Centrum Chirurgii Robotowej działa tam od 2010 roku, choć słowo „działa” nie jest najlepiej oddającym obecną sytuację słowem. Urządzenie, które kosztowało 9mln złotych, przez większość czasu jest nieużywane, ponieważ zabiegi z jego udziałem nie są refundowane przez Narodowy Fundusz Zdrowia. Próby nawiązania współpracy w kwestii finansowania operacji z budżetu państwa kończą się niepowodzeniem. Powodem jest stanowisko Agencji Oceny Technologii Medycznych, w którym eksperci nie kwalifikują operacji wykonywanych robotem da Vinci do kategorii „świadczenia gwarantowanego” (m.in. chorobach takich jak rak jelita grubego oraz gruczołu krokowego). „Zdania polskich ekspertów klinicznych są podzielone. Kilku z nich uważa, że mimo wysokich kosztów, technologia ta powinna być finansowana ze środków publicznych przynajmniej w kilku krajowych ośrodkach akademickich, ze względu na konieczność udziału w dynamicznie rozwijającej się dziedzinie medycyny. W opinii Rady Przejrzystości w obecnych realiach ekonomicznych około 2-krotny wzrost kosztów leczenia powyższego schorzenia (przyp. red. raka jelita grubego) za pomocą systemu robotowego powoduje, że jest on nieopłacalny i spowoduje co najmniej wielomilionowe wydatki z budżetu płatnika publicznego. (…) obecne badania kliniczne powinny być finansowane jako przedsięwzięcie naukowe.”(1) Stąd liczba wykonanych zabiegów we Wrocławiu nie jest imponująca - jest ich niewiele ponad 200. Zdaniem polskich lekarzy, rozwój technik chirurgii robotowej to oczywisty znak postępu medycyny i naturalna próba nadążenia za innymi rozwiniętymi państwami europejskimi, w dziedzinie przynoszącej wymierne korzyści pacjentom (dla porównania: Niemcy - 50 robotów, Francja - 46 robotów, Czechy - 9 robotów, Rumunia - 9 robotów)(2) „Dopóki nie powstaną możliwości finansowania tych procedur przez NFZ lub Ministerstwo Zdrowia, nie będziemy mogli w pełni wdrożyć systemu da Vinci do prowadzenia operacji minimalnie inwazyjnych u pacjentów, gdyż osoby prywatne, mimo chęci, nie mogą płacić z własnych środków za operacje przeprowadzone w naszym szpitalu, gdyż jest to szpital publiczny (SPZOZ)”(3) Powyższe komentarze rodzą pytania - czy Polska rzeczywiście nie jest finansowo gotowa na chirurgię robotową? Jeśli tak, to gdzie znajduje się rozstrzał w systemie finansowania usług medycznych pomiędzy nami, a krajami wydającymi na ochronę zdrowia niewiele więcej (Czechy) lub znacznie mniej (Rumunia)?(4,5) I na koniec, czy taki stan rzeczy nie spowoduje rozwoju robotowej turystyki medycznej? Czas pokaże. Źródła: (1) http://www.aotm.gov.pl/bip/assets/files/rada/protokoly/2014_RP/Protokol_RP_44_2014.pdf (2) http://davincisurgeonlocator.com/ (3) http://www.chirurgiarobotowa.pl/Robot_Da_Vinci,6035/Da_Vinci_QA,1272705/Robot_Da_Vinci,138167/index.html (4,5) https://www.oecd.org/health/health-systems/Focus-Health-Spending-2015.pdf http://www.who.int/countries/rou/en/
  5. Chirurgia jest dziedziną medycyny, w której wiedzy teoretycznej nie sposób przecenić nad doświadczeniem zdobytym przy stole operacyjnym. By osiągnąć powodzenie zabiegu i zadowolenie z uzyskanej pracy, rezydent chirurgii musi poświęcić wiele godzin na doskonalenie swoich umiejętności asystując do zabiegów o różnych poziomach trudności. Zapoznając się z kolejnymi czynnościami manualnymi oraz procedurami instrumentalnymi, eliminuje stres związany ze środowiskiem bloku operacyjnego oraz uczy się jak zapobiegać powikłaniom pooperacyjnym. Na drodze młodego lekarza stoją dodatkowe przeszkody takie jak nieumiejętność powiązania wiedzy książkowej z operacyjną oraz nierzadko brak możliwości powtórzenia tego, co się już zrobiło. Z pomocną dłonią przychodzi jednak postęp, który odbywa się na polu nowoczesnych technologii i informatyki. W rzeczywistości, w której niemal każdy zabieg operacyjny poprzedzony jest skomputeryzowanym badaniem radiologicznym, trudno się z tym nie zgodzić. Touch Surgery (ang. chirurgia dotykowa) to aplikacja stworzona w 2013 roku przez londyńską firmę Kinosis, z myślą o urządzeniach przenośnych (tablety, telefony itd.). W swych założeniach daje możliwość przeprowadzenia ponad 120 operacji sposobem „step-by-step”, z zakresu m.in. takich specjalności lekarskich jak chirurgia ogólna, naczyniowa, onkologiczna czy ortopedia. Na każdym z kilkunastu etapów, na które podzielony jest zabieg, użytkownik otrzymuje intuicyjne instrukcje do dalszego postępowania. Przykładowo, program przypomina o konieczności dezynfekcji pola operacyjnego, by po kilku późniejszych stadiach pokazać w jaki sposób podwiązać tętnice wyrostka robaczkowego w klasycznej apendektomii. Wszystko odbywa się w generowanym przez program otoczeniu 3D – uzyskujemy przez to wierne obrazy anatomiczne ciała pacjenta. Są one realistyczne, dlatego wrażenia z użytkowania programu można z pewnością przenieść na blok operacyjny. Jean Nehme – były chirurg plastyczny i współzałożyciel firmy przekonuje: „Operowanie na pacjencie nie jest najlepszą metodą nauki chirurgii. W uproszczeniu, nie chodzi tu tylko o cięcie, ale także o świadomość tego, co się tnie.” Musimy mieć przecież ciągle na uwadze zdrowie i życie chorego. Touch Surgery gwarantuje bezstresowe rozwiązywanie danego problemu chirurgicznego z nieograniczoną ilością powtórzeń. Podczas działania, aplikacja wyróżnia nam ryzykowne elementy zabiegu. Od początku swego działania, program zyskał grono ponad 180 000 użytkowników. Co ciekawe, duża ich część to pacjenci, którzy chcą zrozumieć operację, której będą poddani i zobaczyć to, co dla chirurga jest trudne do wytłumaczenia. „W programie każda operacja wydaje się taka prosta. Działa to na nas (chorych) uspokajająco.” – mówi Barrett Veldsman, autor animacji TS. On sam korzystał z aplikacji przed swoją cholecystektomią. W odróżnieniu od istniejących symulatorów chirurgicznych, aplikacja wychodzi ze swą treścią do naprawdę wielu osób. Także do tych niezwiązanych zawodowo z medycyną, bądź dopiero poznających jej aspekty (studenci). Touch Surgery jest zarazem bardzo rozwojowa. Twórcy planują rozbudować jej środowisko tak, aby w przyszłości mogła funkcjonować wraz z systemem wirtualnej rzeczywistości – Oculus Rift. Aplikacja Touch Surgery jest darmowa, dostępna w iTunes oraz na platformie GooglePlay.
×
×
  • Create New...

Important Information

By using this site, you agree to our Terms of Use.