Jump to content

Concierge medicine - medycyna dla bogaczy?


hypersonic
 Share

Recommended Posts

Co sądzicie o medycynie concierge (premium direct care medicine)?

Jakiś czas temu czytając jedną z książek Robina Cooka spotkałem się właśnie z takim typem medycyny który podzielił środowiska medyczne w USA.

Polega to na tym, że prowadząc przychodnię medyczną (internista, GP) zamiast przyjmować setki pacjentów za "niewielkie" opłaty, pobiera się wysokie (np kilkadziesiąt tys $) od np. 10-15 pacjentów, którzy w zamian mają u takiego lekarza natychmiastowe wizyty w gabinecie albo w wybranym przez siebie miejscu (np w domu). Lekarz jest 24/7 pod telefonem i jest na każde zawołanie pacjenta .

Sprzeciw części środowiska medycznego opera się na tym iż obywatele powinni mieć równy dostęp do opieki medycznej, a system ten zapewnia bogatym o wiele wyższy standard i posiadanie lekarza prawie że na własność w zamian za umożliwienie lekarzom uzyskania bardzo wysokich zarobków...

Link to comment
Share on other sites

bogaci zawsze będą mieli lepszy dostęp do lekarzy i świadczeń zdrowotnych. Uważam, że w takim układzie nie ma nic złego.

Trzeba się jedynie przygotować na przygody w rodzaju "załatw coś mocniejszego na sen" albo "pomóż w ubezwłasnowolnieniu babci trzymającej w łapie rodzinny majątek"... Masz skrupuły = masz mało klientów...

Link to comment
Share on other sites

  • 4 weeks later...

hypersonic, czytam Twoje posty na różnych forach i powiem Ci, że wszędzie piszesz, jakie to bajońskie sumy będziesz zarabiał i jakim to elitarnym lekarzem będziesz. Czyim chciałbyś być lekarzem Fidela Castro czy Toma Cruisea? U którego więcej milionów zgarniesz? Weź Ty się za naukę albo jakiś sport czy inne hobby i przestań fantazjować.

Link to comment
Share on other sites

Tego typu tematy poruszyłem może z 2 razy.

Nie pisałem o bajońskich kwotach tylko o kwotach  możliwych do osiągnięcia a nawet przeciętnych w wielu krajach .

Poza tym warto mieć aspiracje-prawda ?

O mojej wielkości czy elitarności nie pisałem nigdzie bo nie mam aspiracji by być Legendą.

Mam bardzo przyziemne cele, chce być dobrym , lubianym lekarzem który daje z siebie wszystko ( tyle  ile sam by od innych oczekiwał oraz oczywiście nie kosztem rodziny) a przy tym jest odpowiednio do wysilku wynagradzany.

Wiec może podaj mi te bajońskie kwoty i tą moją elitarność ?

Temat ten powstał na podstawie spotkania się z tematem w literaturze jak i telewizji

Wiec może wyraziłbyś jakaś opinię na temat a nie mnie tylko atakował.

Link to comment
Share on other sites

Podpierają Twoje posty tu i ówdzie, gdzie piszesz o pieniądzach i swoich aspiracjach zawodowo-finansowych.

A czym bym chciał? Pewnie, że chciałbym być lekarzem jakiegoś dyktatora (ale niezbyt krwawego, bez przesady), typu Fidel Castro albo niedawno obalony Mubarak. Siedzi się nic się nie robi, korzysta z luksusu, obraca się w kręgu ciekawych i wysoko postawionych osób.

Link to comment
Share on other sites

Ale czemu od razu dyktatora , nawet w Polsce spotkałem się gdzieś w internecie z blogiem polskiego młodego lekarza robiącego już nie pamiętam jaką specjalizacje który dorabiał będąc "lekarzem na telefon " , bo "gdzie ja będe chore dziecko po lekarzach ciągać" , "bo nie będę stal w kolejkach wiec zadzwoniłem , niech pan rzuci okiem co to może być "

A to miedzy innymi na tym się opiera czy na formie abonamentowej takiej usługi

Tak wiem że wyczytałeś w moich postach

Tylko ja się pytam gdzie te bajońskie kwoty ?

Gdzie domniemana elitarność ?

Bo naprawdę nie przypominam sobie niczego takiego i wcale nie mam takiego podejścia wiec jest to raczej insynuacja .

Bo gdzie bym nie pisał podaje ogólne wizję , bądź przykłady oparte na doświadczeniach autora bloga medicius germanicus czy notatce na blogu naszego administratora gdzie pisał o zarobach w USA , czasem na ofertach pracy z międzynarodowych serwisów

I cytując te źródła odpowiadam np na temat tego w jakim kierunku mogłyby/powinny zmierzać zarobki czy pisze ile bym "chciał" a chcieć to nie zawsze móc chodź chęci mogą kierować nas na odpowiednie tory - specjalizacja , kraj docelowy itd

Link to comment
Share on other sites

Join the conversation

You can post now and register later. If you have an account, sign in now to post with your account.

Guest
Reply to this topic...

×   Pasted as rich text.   Paste as plain text instead

  Only 75 emoji are allowed.

×   Your link has been automatically embedded.   Display as a link instead

×   Your previous content has been restored.   Clear editor

×   You cannot paste images directly. Upload or insert images from URL.

 Share

  • Similar Content

    • By SMPC
      "Ogólnopolski Cykl KardioUroPsychiatrii – Zagadnienia w POZ nad starszymi pacjentami"

      DLA KOGO?
      lekarze rodzinni, zainteresowani tematyką specjaliści : kardiolodzy, urolodzy i psychiatrzy, oraz studenci ostatniego roku.

      WSTĘP WOLNY

      KOMITET NAUKOWY
      Prof. Piotr Gałecki – Psychiatra
      Prof. Piotr Radziszewski – Urolog
      Dr hab. Filip M. Szymański – Kardiolog

      GDZIE?
      KATOWICE - 23 września (SOBOTA) godz: 09:00 – 14:30
      POZNAŃ - 28 października (SOBOTA) godz: 09:00 - 14:30

      PROGRAM DEBAT: http://www.poz.org.pl/
      ZAPISZ SIĘ: http://smpc.com.pl/kongresy
      LUB
      SZYBKA REJESTRACJA: https://goo.gl/forms/rbT9HEyMKNyBGMXG3

      Kontakt tel: 604 746 950 lub 694 650 989
      Kontakt FB @zdrowiepolekipolakowwgmg

      SERDECZNIE ZAPRASZAMY
    • By surowy
      Medyczna flegma. Brzmi okropnie ale tak najlepiej można oddać stosunki w naszym  środowisku. Brakuje porządnego "expectoration". Kto przyjdzie i wstrząśnie? Kto naprawi i oczyści tę zalegającą wśród nas "sputum"?
      Pisałem ostatnio o najgorszych praktykach. I nagle środowisko się podzieliło. Dostałem wiadomości, że wreszcie ktoś podnosi głos i mówi, że jest źle, że potrafi napisać jak lekarze są niemili wobec siebie, jak praktyki młodych adeptów medycyny są de facto fikcyjne. Ale dostałem, też opinie, że nie ma co się dziwić, bo przecież mało umieją (to po co mają zalegać w gabinetach i czas innym zajmować), że każdy przeszedł taką drogę, że to wada systemu.
      W tym wszystkim najbardziej mi przeszkadza PODZIAŁ. Nie ma wspólnej chęci do zmian na lepsze. Nie ma wciąż jednego wspólnego głosu. To tak, jak z walką zjednoczonych rezydentów - wszyscy się zgadzamy, popieramy, a i tak znajdą się Ci, którzy stwierdzą: A po co to robić, po co się starać, przecież i tak nic się nie zmieni. Podobnie jest z pielęgniarkami - podobno wszystkie chcą podwyżek i lepszych warunków pracy, ale wciąż nie ma jedności w środowisku. Wciąż są podziały, bo lepiej jest narzekać niż coś zrobić.
      Odniosę się do praktyk dla studentów medycyny. Wiadomo, że system nauczania jest wadliwy. Każdy Uniwersytet ma własny program, własne siatki godzin, każdy kierownik Katedry czy Kliniki może zarządzać swoim przedmiotem jak chce, a w efekcie z przedmiotu niepotrzebnego można zrobić arcytrudny egzamin, a z przedmiotu najistotniejszego w kształceniu lekarzy można zrobić zaliczenie dzięki obecności. Studia trwają niesamowicie długo i w efekcie kiepsko przygotowują do praktyki. Studenci są zarzuceni, szczególnie na pierwszych latach, ogromem niepotrzebnej wiedzy. Informacjami, które z czasem są zapominane i wypierane przez kolejne. Zajęcia kliniczne są prowadzone różnie. Jedni lekarze-nauczyciele akademiccy chętnie pokażą i pomogą, inni zaś zaczynają zajęcia godzinę po czasie, niechętnie współpracują, mają "gdzieś" swoich studentów. Jeżeli zaś chodzi o praktyki wakacyjne, to faktycznie: wpuszczanie studentów do POZ po 2 roku studiów jest absurdem. Ale to samo można powiedzieć o praktykach pielęgniarskich po 1 roku. Po cóż mamy iść na nie po pierwszym roku, naładowani wiedzą z anatomii i fizjologii, gdy nie umiemy nawet trzymać strzykawki w ręku? Zatem ma ktoś nas tego musi nauczyć - pielęgniarka. Czyli te praktyki mają sens? Ale idziemy po 2 roku do POZ i mamy:
      1 Poznanie zasad rejestracji chorych, rodzaju dokumentacji i systemu prowadzenia kartoteki chorego.
      2 Asystowanie lekarzowi w przychodni przy przyjmowaniu chorych, a w miarę możliwości także w wizytach domowych oraz w zbieraniu wywiadu.
      3 Poznanie zasad wydawania zaświadczeń lekarskich i orzeczeń o czasowej niezdolności do pracy.
      4 Poznanie zasad kierowania chorych do badań specjalistycznych, ich transportu oraz sposobów wypełniania skierowań do takich badań.
      5 Opanowanie zasad organizacji pracy w gabinecie zabiegowym.
      6 Doskonalenie umiejętności wykonywania wstrzyknięć podskórnych i domięśniowych.
      7 Nabycie umiejętności wykonywania i interpretacji prób nadwrażliwości na niektóre leki (głównie antybiotyki).
      8 Opanowanie zasad udzielania pierwszej pomocy w nagłych wypadkach.
      9 Współudział w wykonywaniu drobnych zabiegów lekarskich.
      10 Zasady pobierania i przesyłania materiałów do badań laboratoryjnych i rejestracji wyników.
      11 Zapoznanie się z metodami przeprowadzania badania bilansowego pacjenta do ukończenia 18. roku życia.
      12 Poznanie zasad kwalifikowania pacjenta do szczepień oraz stosowania kalendarza szczepień u pacjentów do ukończenia 18. roku życia.
      Kiedy więc tych wszystkich punktów mamy się nauczyć? Przerzucić może zajęcia w POZ z 2 na 6 rok? Chyba tylko po to, aby już utwierdzonych studentów jeszcze bardziej uprzedzić przed pracą w takim miejscu. O, wprowadźmy jeszcze obowiązkowo kilka dni w całodobowej opiece. Dopiero będzie się działo!
      Absolutnie nigdy nie zgodzę się z opinią, że student jest niepotrzebny w gabinecie, że podbijam mu pieczątkę w indeksie i żegnam! Tak nie może być! Już wolę "starych męczycieli", co to trzymają studentów od 8:00 do 15:05 aniżeli leni, którzy za nic mają studentów - przyszłych lekarzy, przyszłych kolegów. To tak, jakby na kursie prawa jazdy instruktor na piękne oczy podbijał pieczątkę, a potem puszczał w świat 50 km/h lewym pasem.
      Jak już narzekamy, to pójdźmy o krok dalej: piszmy do władz i powiedzmy im co jest źle - dając odpowiedni przykład zmiany. Po to idziemy na praktyki, żeby się czegoś nauczyć. Jeżeli ktoś się zgadza nas przyjąć, bierze odpowiedzialność za to, byśmy wyszli chociażby z dobrą opinią o tym miejscu: że tam dzieje się dobrze, że dba się o dobro pacjenta i PERSONELU, a nie pracuje jak "maszyny do stawiania pieczątek". Idąc na chirurgię jakoś nie jesteśmy zbędni. I nie zgodzę się, że mamy nagle niesamowicie większą wiedzę po 3 czy 4 roku, która sprawia, że stajemy się ogromnie przydatni. Ledwo umiemy dotknąć pacjenta, zbadać i ewentualnie rozpoznać podstawowe jednostki chorobowe, trochę wiemy o farmakologii i leczeniu. Może warto byłoby się zastanowić nad solidnym przedmiotem propedeutyki medycyny już na 1 roku, tak żeby ten biedny niedouczony i NIEPRZYDATNY według niektórych student miał jakiekolwiek pojęcie o tym, co dzieje się na oddziale czy w szacownej przychodni.
      A ten lichy taboret dla praktykanta, fartuch zakładany na korytarzu, własne kolana to tylko kwestia dobrej kultury i wychowania lekarzy, bo są tacy, którzy znajdą miejsce na biurku dla nowego kolegi, poświęcą dodatkową minutę, żeby i "młody" osłuchał pacjenta. Ale to kwestia podejścia i tego jak bardzo nam się chce. Rozumiem skalę problemu przeładowanych przychodni, braku czasu na dobry wywiad i badanie pacjenta, ale nie możemy sami dyskwalifikować przyszłych lekarzy. To jest forma edukacji społeczeństwa. Zaniżamy szacunek do własnego zawodu. Na przestrzeni lat nasze środowisko zyskało opinię skorumpowanych, bogatych, wrednych i opryskliwych doktorów. Sami do tego doprowadziliśmy. No może z pomocą mediów. Jak potem pacjent ma wyrazić zgodę na badanie przez studenta, na podstawowy zabieg czy cokolwiek widząc pokrzywionego w kącie zahukanego błazna w białym kitlu, którym nikt się nie interesuje...
      Dziwne, że akurat POZ stwarza najwięcej problemów… Może faktycznie jest do jedna z najbardziej wadliwych gałęzi medycyny…
    • By surowy
      Kiedy studiujemy, poznajemy medycynę od środka. Nowe przedmioty, wielcy profesorowie, tyle ambitnych planów. Zdobywamy wiedzę i chcemy poszerzać swoje horyzonty. Obcujemy z ludźmi chorymi, cierpiącymi oraz tymi, którzy leczą - mentorami, wybitnymi specjalistami. Ale niestety trafiają się i przykre historie, kiedy to poznajesz wadliwy dział medycyny, albo raczej środowiska medycznego.
      Chyba po drugim roku mieliśmy praktyki u lekarza rodzinnego. Znamy go wszyscy, chodzimy od dziecka do jednej przychodni. Witamy się na ulicy. A teraz razem usiądziemy w gabinecie i będziemy leczyć. O, jak marzyłem o tych praktykach. Przecież od małego przychodzę tutaj jako pacjent, wszystkie "starsze" pielęgniarki już mnie kłuły, szczepiły, mierzyły. Niejeden lekarz diagnozował ospę czy anginę. Dzisiaj to ja będę z nimi pracować.
      Przecież mnie znają - będzie super! Na początek wspólna kawka, aby się poznać, a potem dumnie będziemy kroczyć przez korytarz w białym kitlu. Tak, żeby wszyscy widzieli, że idą oni - doktory. Potem będę pisać recepty, badać, diagnozować, kierować do specjalistów. Ktoś na pewno trafi z zatrzymaniem krążenia i poprowadzę całą akcję reanimacyjną; ktoś przyjdzie ze złamaną ręką i założę swój pierwszy gips, a może nawet rozpoznam cukrzycę albo raka.
      Tyle marzenia o wspaniałych praktykach.
      Ani jedno słowo się nie sprawdziło. Ani jedna pielęgniarka mnie "nie pamiętała". Ani jeden lekarz nie badał ze mną. Główne pytanie: po co ja tu jestem? No, sprawa oczywista: żeby nauczyć się, jak być dobrym lekarzem. Żeby poznawać pracę od środka, żeby badać pacjentów, nauczyć się z nimi rozmawiać, zdobywać nowe doświadczenia. Pielęgniarki dumnie kroczyły, wielkie Panie ośrodka zdrowia, zacnej przychodni. Doktory pochowane w gabinetach z przygotowaną stertą recept. Nikt nie odpowie dzień dobry, nikt się nie uśmiechnie. Pytam kiedy przyjmuje dany lekarz i dostaje odpowiedź, że przecież "pisze na drzwiach". Tak bardzo ten obraz dobrego personelu medycznego z dzieciństwa nie zgadza mi się z tym, co otrzymuję teraz - pogarda, brak chęci współpracy...
      Trafiłem wreszcie do gabinetu internisty. Przyjęliśmy "aż" dwóch pacjentów, z czego jeden to przedłużenie recept, a drugi z neuralgią i skierowaniem do specjalisty. Po czym lekarz mówi: może Pan sobie już iść do domu, dziś już nic ciekawego nie będzie.
      Oczywiście w gabinecie miałem dodatkowy fotel, miejsce do robienia notatek, także zostałem poczęstowany herbatą w upalny dzień i mogłem swobodnie rozmawiać z pacjentami a potem zadawać pytania lekarzowi, by pogłębić swoją wiedzę. A nie … tak chciałem żeby było. Nie było. Był taboret w kącie, moje kolana i to wszystko. Pacjenta nie dotknąłem. A i fartuch też na korytarzu zakładałem, bo miejsca w szatni nie było.
      Resztkami nadziei, że może będzie inaczej spróbowałem zagadać do Pani w laboratorium, że może chociaż krew komuś pobiorę, gazometrię nawet. A gdzieżby! "Pan miał to na praktykach rok temu, ja nie będę odpowiadać za Pana, poza tym my tu mamy dużo pracy” - usłyszałem. Dziękuję było mi bardzo miło. Ale jeszcze są specjaliści. Znany ginekolog w mieście, świetne opinie to może chociaż on mnie przyjmie i pokaże USG. „Panie Doktorze, nazywam się X, jestem studentem… czy mógłbym dzisiaj Panu asystować w badaniu pacjentów…?” Pada jasna i klarowna odpowiedź: Nie. Proszę przyjść sobie na oddział do szpitala, ale nie w przychodni.
      Tak oto minęły moje praktyki w dziedzinie medycyny rodzinnej. Bardzo się zraziłem i żałowałem każdej chwili tam spędzonej. Nabrałem też dystansu do tych wszystkich ludzi tam pracujących. Przykre to było. Myślę sobie: oni też kiedyś byli młodzi. Też chcieli się uczyć i zdobywać wiedzę. I też ktoś im to musiał pokazać, doradzić, nauczyć. Szkoda, że zapomnieli o tym. Szkoda też, że zapomnieli o kulturze i szacunku do drugiego człowieka.
      Pozostaje apel: szanowni medycy, szanowni lekarze, szanowne pielęgniarki: pamiętajcie, że was też ktoś uczył i wy też przekażcie tę wiedzę innym. Młody adept medycyny może być kiedyś waszym lekarzem. Dajcie mu szansę i traktujcie go z szacunkiem tak jak wy chcieliście być traktowani.
      A wy, studenci: nie bójcie się reagować na takie zachowania. Praktyki można zmienić. Waszym prawem jest zdobycie wiedzy i wyniesienie z takich zajęć jak najwięcej treści, a nie poczucia beznadziei i tego, że ktoś was zmieszał z błotem. Nie możecie sobie na to pozwolić, choćby dopuszczał się tego największy profesor!
    • By Newman
      Do czego służy SOR? Warto zadać głośno to pytanie, gdy coraz częściej słyszymy o sytuacjach niewłaściwego wykorzystywania tego Oddziału przez pacjentów. O tym, czy wina ratowniczego chaosu leży tu po stronie pacjentów, lekarzy czy systemu opieki zdrowotnej? Jakie są drogi wyjścia z kryzysu?
      Według podstawowej informacji ze strony Ministerstwa Zdrowia Szpitalny Oddział Ratunkowy to jednostka systemu Państwowe Ratownictwo Medyczne (PRM), która niezwłocznie udziela świadczeń opieki zdrowotnej, polegających na wstępnej diagnostyce oraz podjęciu leczenia niezbędnego dla stabilizacji funkcji życiowych osób znajdujących się w stanie nagłego zagrożenia zdrowotnego.
      O tym, kto ma prawo korzystać z pomocy takiego oddziału i jakie są zasady jego działania jasno mówią przepisy.
      chory nie musi mieć skierowania, nie ma też rejonizacji w SOR nie przewiduje się: wystawiania recept na przewlekle stosowane leki, zwolnień lekarskich, zaświadczeń ani konsultacji specjalistycznych w chorobach przewlekłych i nie zagrażających życiu szpitalne zaplecze minimum to oddziały: chirurgii ogólnej z częścią urazową, chorób wewnętrznych, anestezjologii i intensywnej terapii, pracownia diagnostyki obrazowej (wyposażona w tomograf, przyłóżkowe RTG i USG), pracownia endoskopowa i laboratorium oraz lądowisko dla śmigłowców (w odległości nie większej niż 5-minutowy transport - ostatni wymóg będzie obligatoryjny od 2017 roku) jeśli zachodzi taka potrzeba, Oddział zapewnia transport sanitarny pacjenta do najbliższego podmiotu leczniczego wykonującego świadczenia opieki zdrowotnej w odpowiednim zakresie O tym, jak wielkie emocje wzbudza zły stan Państwowego Ratownictwa Medycznego świadczą ostatnie publikacje w prasie medycznej i ogólnopolskiej:
      Reportaż z "Gazety Lekarskiej" porusza temat z perspektywy postronnego obserwatora (polecamy)
      Artykuł z portalu natemat.pl przedstawia perspektywę pracownika doraźnej specjalistycznej pomocy lekarskiej
      Dlaczego instytucja przeznaczona do ratowania życia nagminnie pełni funkcję izby wytrzeźwień, noclegowni, poradni psychologicznej, hurtowni recept i zwolnień lekarskich? Oto krótka, z pewnością niepełna diagnostyka różnicowa tego stanu:
      Po stronie systemu opieki zdrowotnej przyczyn jest wiele:
      mała liczba lekarzy specjalistów medycyny rodzinnej, niski prestiż podstawowej opieki zdrowotnej związany z brakiem zaufania pacjentów i przede wszystkim sposób finansowania POZ, który zniechęca do jakiejkolwiek głębszej diagnostyki bardzo ograniczony dostęp do specjalistycznej opieki ambulatoryjnej (największy problem dotyczy endokrynologii, neurologii, kardiologii...), bardzo skomplikowany system rejestracji, długi czas oczekiwania na wizytę filozofia systemu, w której diagnostyka i prawidłowe leczenie osób chorych jest stratą finansową dla ośrodka brak skoordynowanej edukacji pacjentów w zakresie funkcjonowania polskiej ochrony zdrowia Po stronie niektórych grup lekarzy:
      brak zaplecza technicznego i kompetencji części lekarzy pracujących w POZ w zakresie niektórych aspektów medycyny rodzinnej (proste czynności chirurgiczne, okulistyczne, laryngologiczne) przerzucanie na SOR odpowiedzialności za pomoc doraźną przez część specjalistów w stacji, gdy jest możliwa pomoc ambulatoryjna Po stronie pacjentów do przyczyn zaliczyć należy:
      roszczeniową postawę wynikającą z przekonania o własnej wyjątkowości jako obywatela, który ma prawo do darmowej służby zdrowia w każdym aspekcie niestosowanie się do zaleceń lekarskich (np. dotyczących przedłużania recept na leki w POZ) i lekceważenie przepisów prawa brak podstawowej wiedzy na temat zasad higieny, ogólnej profilaktyki zakażeń, odpowiedzialnego stosowania substancji psychoaktywnych Grzechów i zaniedbań jest wiele. Ostatnie lata pokazują, że spraw tych nie da się rozwiązać pojedynczymi decyzjami polityków, wprowadzaniem rozwiązań nomen omen doraźnych i tworzeniem przepisów prawnych oderwanych od realiów. Samo dofinansowanie podstawowej opieki zdrowotnej i lecznictwa ambulatoryjnego oraz wzrost liczby personelu medycznego też nie rozwiąże wszystkich problemów, choć zapewne ma szanse złagodzić kryzys. Kluczowe wydają się: edukacja pacjentów i lekarzy oraz stworzenie długofalowej strategii modyfikacji systemu zdrowia i wdrażanie jej we współpracy rządu, organizacji pozarządowych, izb lekarskich, pielęgniarskich, stowarzyszeń pacjentów.
      Mateusz Malik, lekarz
    • By Newman
      Zbliża się dramatyczne pogorszenie funkcjonowania Podstawowej Opieki Zdrowotnej. Lekarze rodzinni (których w Polsce jest dramatycznie mało) mają być od nowego roku obciążeni pakietem nowych zadań, których realizacja przerasta większość Przychodni POZ, przy czym Ministerstwo nie oferuje proporcjonalnych do tych wyzwań pieniążków.
       
      Na lekarzy medycyny rodzinnej spada m.in. wypisywanie skierowań do okulisty, dermatologa i wenerologa (!), selekcja na lepszych i gorszych pacjentów (Ci z zieloną kartą będą szybciej diagnozowani, a co z pozostałymi?), wypisywanie nowych ton papierów wymaganych w Szybkiej Ścieżce Onkologicznej, całościowe prowadzenie pacjentów z m.in. przerostem prostaty i chorobami tarczycy (czym do tej pory zajmowali się urolodzy i endokrynolodzy w Poradniach Specjalistycznych) i inne.
       
      Warto zaznaczyć, że lekarze rodzinni nie oburzają się z powodu tych nowych obowiązków, ale z prostej przyczyny: przy obecnej liczbie przychodni i sposobie ich finansowania nie są w stanie im podołać czasowo i finansowo bez szkody dla pacjentów.
       
      Dramatycznie wygląda też obraz medialny całej dyskusji - kompletna niekompetencja dziennikarzy, agresja słowna Ministra, zupełnie wypaczone pojęcie "dobra pacjenta", brak dobrze zdefiniowanych i głośno eksponowanych postulatów Porozumienia Zielonogórskiego, brak płaszczyzny do rozmowy.
       
      Na koniec refleksja, nie wiem czy się zgodzicie:
       
      Pacjent - dla LEKARZA to ZAWSZE osoba, którą spotyka się twarzą w twarz potrzebująca chwili czasu, rozmowy, badania, porady, leczenia, odrobiny empatii. Lekarz jest dla pacjenta powiernikiem związanych z lękiem emocji (często negatywnych) i edukatorem (lepszym niż google). Pacjent - dla monopolowego PŁATNIKA - NFZ - to ZAWSZE świadczeniobiorca, osoba przynosząca ogromne straty finansowe, anonimowy, nieistotny trybik w systemie ochrony zdrowia, jednostka bez znaczenia dla statystyki. Pacjent - dla POLITYKÓW w Polsce i MINISTRA Zdrowia to reprezentant bezosobowej grupy, której niewiedzę i emocje związane z poczuciem zagrożenia bezpieczeństwa można wykorzystać, by osiągać własne cele i często szantażować lekarzy.  
      Czy da się pogodzić ogień z wodą? Nie da się bez zmian finansowania systemu ochrony zdrowia, które nastąpią dopiero wtedy, gdy politycy naprawdę pomyślą o pacjentach i lekarzach jako o ludziach, partnerach do rozmowy, także wyborcach, a nie złu koniecznym. Potrzebna jest edukacja pacjentów na temat tego jak działa system, skąd biorą się pieniądze na jego funkcjonowanie i jakie są alternatywne sposoby zwiększenia bezpieczeństwa jako potencjalnej osobie chorej. Potrzebny jest dialog polityków i izb lekarskich (doktory naprawdę najlepiej wiedzą jak ulepszać system i czego potrzeba chorym najbardziej).
       
×
×
  • Create New...

Important Information

By using this site, you agree to our Terms of Use.