Skocz do zawartości
hypersonic

Czy studia medyczne są piekłem ?

Rekomendowane odpowiedzi

Bardzo dużo jest racji w tym co pisze berbelek, zgadzam się z tym.

 

Przed maturą, w ogólniaku straszyli jak to studia medyczne są ciężkie i trudne. Ja i zdecydowana większość moich kolegów wypracowała sobie obraz wiecznie zarobionego studenta medycyny który nie ma czasu na nic: na jedzenie, na spanie a co dopiero na imprezowanie!

 

Za to z perspektywy czasu mogę powiedzieć że było ciężko. Często trzeba było rezygnować z rekreacyjnego picia piwa, z wyjścia na imprezę, do kina. Nauki jest bardzo dużo - i to tej samodzielnej, w domu, bo faktycznie im wyższy level tym mniej na zajęciach i seminariach konstruktywnego się dzieje. A zajęć coraz więcej i więcej. Praktycznie pół dnia spędza się na uczelni. Dlatego ciężko z relaksem a co dopiero z podjęciem jakiejś pracy. Oczywiście, jak zauważył berbelek, jest też sporo osób którym udaje się jakoś prześlizgnąć, idąc na absolutną łatwiznę. No ale to nie moja ścieżka. Różnicę między czasem poświęconym na naukę faktycznie widać wyraźnie, gdy spotka się kogoś spoza AM - dla niektórych niezrozumiałe jest że można odmówić wyjścia na imprezę bo "kolokwium za kilka dni"...

 

Niemniej - to nie jest tak jak to sobie kiedyś wyobrażałem. Naprawdę jest czas na relaks, na piwko albo wódkę z kolegami, na poczytanie książki, na wyjazd weekendowy. Ale trzeba mieć priorytety i czasami trzeba zachować się asertywnie.

  • Like 1

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Nikt nie mówił, że będzie łatwo ;D O 5:30 nigdy na szczęście wstać nie musiałam. Ale co do umierania na godzinach seminarek się zgadzam.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Odnoszę wrażenie, że berbelek pierwszy raz wypowiedział się w pełni konstruktywnie nie obrażając przy tym nikogo ;) I trzeba mu przyznać rację.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

U nas tylko 6. rok. Codziennie zajęcia na rano, pierdylion egzaminów - większość kilkustopniowa, dużo obowiązkowych wykładów po południu, jakieś (również popołudniowe) egzotyczne zajęcia ze stomy... Mam wrażenie, że od listopada mam cały czas sesję egzaminacyjną i do tego muszę się pojawiać w różnych dziwnych miejscach zamiast np. się wyspać. Zajęcia zblokowane wcale aż tak bardzo nie ułatwiają sprawy, bo nie zawsze zaraz po bloku ma się możliwość zdania wszystkich części egzaminu, czyli np. wychodzi tak, że mając zajęcia z psychiatrii zdaje się egzamin z ginekologii. Oczywiście nieobecność z powodu egzaminu zazwyczaj trzeba odrobić, jeśli nieszczęśliwie odbywało się np. jego część praktyczną rano. Często też możliwość zdawania czegoś jest blokowana, np. terminy z okulistyki są udostępniane dopiero od stycznia, bo wtedy kończą się obowiązkowe wykłady, więc robi się kumulacja osób z poprzednich miesięcy i młodszego rocznika, który ma oko wcześniej... I tak dalej...

Edit: I zapomniałam o moim ulubionym. Nieświadomi niczego znajomi, którzy studiowali co innego, często wypowiadają zdanie: "e, Ty to pewnie już teraz masz mało zajęć, egzaminów, bo to ostatni rok..."... Nie wiem wtedy czy się śmiać, czy płakać, czy gryźć?

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

No różnie to bywa z tymi ciężkimi okresami, zależy gdzie i kto. Ale jedno jest pewne - studia są bardzo ciężkie i nikt, kto nie był na lekarskim to nie wie o czym mówimy.

  • Like 1

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Zgadzam się ale mimo to lubię je i nie wiem co innego mógłbym robić

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Ech, wiem, że studia ciężkie i czasem nie wiadomo, w co ręce włożyć, jak się ma kilka większych tomisk do przejrzenia, ale nie demonizujmy. Przez większość czasu jest czas na wyjścia, imprezy, zainteresowania. Z tego, co tu widzę, inne uczelnie są nieco pojebane, ale na mojej od trzeciego-czwartego roku nie miałam żadnych zajęć późno. Po południu głównie nieobowiązkowe wykłady (teraz są obowiązkowe niestety, wiem). Nie mówiąc już o zajęciach do 20...

 

Imprezowałam razem z wieloma osobami z roku, które nie spinały się, jak to im źle, tylko bawiły się i iły czasem więcej niż polibuda. I żadnych nieprzyjemności, poprawek czy nieprzespanych nocy nie miałam przez to. Ba, ostatnią nieprzespaną noc miałam na drugim roku, bo zaczęłam się uczyć do koła wieczór przed.

 

Wiadomo, że te studia to nie ciągła biba, że sporo trzeba siedzieć i się przykładać, a często są to po prostu niewdzięczne dupogodziny na seminarkach. 

 

Ale kończą je ludzie, geniuszy jest naprawdę mało ;)

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Ale to że są ciężkie, nie oznacza nieprzespanych nocy czy braku imprez/wolnego czasu.

 

Jednak studia stanowią główna oś do okola której poukładane są inne sfery, kiedy w większości innych kierunków taka relacja nie do końca jest jasna.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

IMO to zależy od porównania. Jak widzę ile mój brat spędza czasu na zajęciach (informatyka, na PŁ, III rok) to mnie krew zalewa, bo śpi codziennie minimum do 10.00, gdzie ja o tej porze to już szukam kawy w przerwie zajęć i wpieprzam drugie śniadanie. Natomiast jak ktoś sobie wyobraża, że nic tylko ryjesz i ryjesz, świata nie widzisz, wychodząc do sklepu dziwisz się, że spadł śnieg, bo od 3 dni nie było czasu wyjrzeć przez okno - nie no, aż tak źle to nie ma.

Tak jak pisze Nos, łódzki umed na 6 roku usilnie próbuje nas przekonać, żeby przypadkiem na tej uczelni nie pozostać :D zajęć w opór, zblokowanych (co dziwne, nie rozumiem tego - na poprzednich latach to choćby się człowiek ze..ał to na zajęcia przyjść musiał; koleżanka chodziła 3 miesiące z krztuścem na 4 roku, na zajęciach z PULMONÓW na oddziale dziekana owszem, zrobili jej broncho i wszystkie badania, ale zwolnienie z zajęć? zapomnij - teraz na wielu blokach nawet nie sprawdzają listy, więc jak grupa jest zgrana to sobie pozwala na machlojki w postaci nieprzychodzenia. Za to obowiązkowych wykładów popołudniowych nagle jest miliard - jakby sobie na 6 roku przypomnieli, że powinniśmy na nie chodzić), wykłady, stomatologie, medycyny ratunkowe, które w stosunku do moich oczekiwań są największą możliwą stratą czasu... no i egzaminów, narąbane nie wiadomo po co tyle teraz. Szczęśliwie przepchnęłam chirurgię na 5 roku, więc to jedno mi odpadło, ale licząc każdy stopień osobno i większe kolokwia typu farmakologia kliniczna jako egzamin to ja mam 23 pozycje na liście w tym roku - z czego w tym momencie zdane dopiero 4. 6 rok u nas jest do absolutnego zajechania, a dokładają się jezcze takie oazy błyskotliwości, które ze wszystkim mają problem i w związku z każdą pierdołą, która im nie pasuje piszą donos do dziekana...

także ogólnie piekło to może ciężkie słowo, ale srogi zapierdziel owszem. Zależy od roku studiów. Jak się pokombinuje dobrze to poimprezować można, i to sporo, ale żeby liczyć na ciągłe melanżowanie to chyba trochę za dużo.

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Codziennie na rano do samego wieczora siedzieć na seminariach i wykładach (obowiązkowo, bo się świat zawali, akt zgonu nie zwalnia z zajęć), 23 duże kolokwia i egzaminy w roku, ALE PIEKŁO NIE JEST.

JEST CZAS POIMPREZOWAĆ (raz w tygodniu w piątek albo sobotę).

 

Każdy normalny student to by po takim opisie uklęknął i się popłakał, ale student medycyny uuu, nie było tak źle

to jest właśnie medycyna XD

  • Like 2

Udostępnij tę odpowiedź


Odnośnik do odpowiedzi
Udostępnij na innych stronach

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się

×

Powiadomienie o plikach cookie

By using this site, you agree to our Warunki użytkowania.