Jump to content
Ola.krettt.

Praktyki wakacyjne w USA

Recommended Posts

Hej :wink: 

Szukam informacji na temat odbywania praktyk wakacyjnych w Stanach, niestety póki co zbyt wiele na ten temat nie udało mi się znaleźć. Czy ktoś z Was ma za sobą taki wyjazd albo go planuje? Będę wdzięczna za jakiekolwiek informacje.

Pozdrawiam ;-)

Share this post


Link to post
Share on other sites

Jest wiele kursów i stażów zagranicznych, ale ja osobiście na żadne nie miałam okazji w żadnych uczestniczyć. Z pewnością można znaleźć sporo informacji w sieci na temat takich praktyk. Jeżeli ktoś jest studentem i chce wyjechać to można też zapisać się na inne rzeczy, typu work&travel, tylko wtedy raczej praca nie będzie związana z medycyną. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

No ja na work and travel byłam i teraz znów jadę, ale praca w branży HORECA, nie medyczna. Mimo wszystko polecam, fajne doświadczenie i mozesz sobie zbudować jakieś kontakty na przyszłoś ć ;) akurat teraz w one globe travel mają zniżkę 100 dolarów to warto skorzystać ;)

Share this post


Link to post
Share on other sites

Join the conversation

You can post now and register later. If you have an account, sign in now to post with your account.

Guest
Reply to this topic...

×   Pasted as rich text.   Paste as plain text instead

  Only 75 emoji are allowed.

×   Your link has been automatically embedded.   Display as a link instead

×   Your previous content has been restored.   Clear editor

×   You cannot paste images directly. Upload or insert images from URL.


  • Similar Content

    • By flower13
      Hej, orientuje się ktoś może, jak wygląda sprawa praktyk wakacyjnych po pierwszym roku lekarskiego w poszczególnych szpitalach w Krakowie? W którym z nich najlepiej je zrobić, aby podczas nich się czegoś jednak nauczyć?  I jakie oddziały w nich polecacie?
    • By surowy
      Medyczna flegma. Brzmi okropnie ale tak najlepiej można oddać stosunki w naszym  środowisku. Brakuje porządnego "expectoration". Kto przyjdzie i wstrząśnie? Kto naprawi i oczyści tę zalegającą wśród nas "sputum"?
      Pisałem ostatnio o najgorszych praktykach. I nagle środowisko się podzieliło. Dostałem wiadomości, że wreszcie ktoś podnosi głos i mówi, że jest źle, że potrafi napisać jak lekarze są niemili wobec siebie, jak praktyki młodych adeptów medycyny są de facto fikcyjne. Ale dostałem, też opinie, że nie ma co się dziwić, bo przecież mało umieją (to po co mają zalegać w gabinetach i czas innym zajmować), że każdy przeszedł taką drogę, że to wada systemu.
      W tym wszystkim najbardziej mi przeszkadza PODZIAŁ. Nie ma wspólnej chęci do zmian na lepsze. Nie ma wciąż jednego wspólnego głosu. To tak, jak z walką zjednoczonych rezydentów - wszyscy się zgadzamy, popieramy, a i tak znajdą się Ci, którzy stwierdzą: A po co to robić, po co się starać, przecież i tak nic się nie zmieni. Podobnie jest z pielęgniarkami - podobno wszystkie chcą podwyżek i lepszych warunków pracy, ale wciąż nie ma jedności w środowisku. Wciąż są podziały, bo lepiej jest narzekać niż coś zrobić.
      Odniosę się do praktyk dla studentów medycyny. Wiadomo, że system nauczania jest wadliwy. Każdy Uniwersytet ma własny program, własne siatki godzin, każdy kierownik Katedry czy Kliniki może zarządzać swoim przedmiotem jak chce, a w efekcie z przedmiotu niepotrzebnego można zrobić arcytrudny egzamin, a z przedmiotu najistotniejszego w kształceniu lekarzy można zrobić zaliczenie dzięki obecności. Studia trwają niesamowicie długo i w efekcie kiepsko przygotowują do praktyki. Studenci są zarzuceni, szczególnie na pierwszych latach, ogromem niepotrzebnej wiedzy. Informacjami, które z czasem są zapominane i wypierane przez kolejne. Zajęcia kliniczne są prowadzone różnie. Jedni lekarze-nauczyciele akademiccy chętnie pokażą i pomogą, inni zaś zaczynają zajęcia godzinę po czasie, niechętnie współpracują, mają "gdzieś" swoich studentów. Jeżeli zaś chodzi o praktyki wakacyjne, to faktycznie: wpuszczanie studentów do POZ po 2 roku studiów jest absurdem. Ale to samo można powiedzieć o praktykach pielęgniarskich po 1 roku. Po cóż mamy iść na nie po pierwszym roku, naładowani wiedzą z anatomii i fizjologii, gdy nie umiemy nawet trzymać strzykawki w ręku? Zatem ma ktoś nas tego musi nauczyć - pielęgniarka. Czyli te praktyki mają sens? Ale idziemy po 2 roku do POZ i mamy:
      1 Poznanie zasad rejestracji chorych, rodzaju dokumentacji i systemu prowadzenia kartoteki chorego.
      2 Asystowanie lekarzowi w przychodni przy przyjmowaniu chorych, a w miarę możliwości także w wizytach domowych oraz w zbieraniu wywiadu.
      3 Poznanie zasad wydawania zaświadczeń lekarskich i orzeczeń o czasowej niezdolności do pracy.
      4 Poznanie zasad kierowania chorych do badań specjalistycznych, ich transportu oraz sposobów wypełniania skierowań do takich badań.
      5 Opanowanie zasad organizacji pracy w gabinecie zabiegowym.
      6 Doskonalenie umiejętności wykonywania wstrzyknięć podskórnych i domięśniowych.
      7 Nabycie umiejętności wykonywania i interpretacji prób nadwrażliwości na niektóre leki (głównie antybiotyki).
      8 Opanowanie zasad udzielania pierwszej pomocy w nagłych wypadkach.
      9 Współudział w wykonywaniu drobnych zabiegów lekarskich.
      10 Zasady pobierania i przesyłania materiałów do badań laboratoryjnych i rejestracji wyników.
      11 Zapoznanie się z metodami przeprowadzania badania bilansowego pacjenta do ukończenia 18. roku życia.
      12 Poznanie zasad kwalifikowania pacjenta do szczepień oraz stosowania kalendarza szczepień u pacjentów do ukończenia 18. roku życia.
      Kiedy więc tych wszystkich punktów mamy się nauczyć? Przerzucić może zajęcia w POZ z 2 na 6 rok? Chyba tylko po to, aby już utwierdzonych studentów jeszcze bardziej uprzedzić przed pracą w takim miejscu. O, wprowadźmy jeszcze obowiązkowo kilka dni w całodobowej opiece. Dopiero będzie się działo!
      Absolutnie nigdy nie zgodzę się z opinią, że student jest niepotrzebny w gabinecie, że podbijam mu pieczątkę w indeksie i żegnam! Tak nie może być! Już wolę "starych męczycieli", co to trzymają studentów od 8:00 do 15:05 aniżeli leni, którzy za nic mają studentów - przyszłych lekarzy, przyszłych kolegów. To tak, jakby na kursie prawa jazdy instruktor na piękne oczy podbijał pieczątkę, a potem puszczał w świat 50 km/h lewym pasem.
      Jak już narzekamy, to pójdźmy o krok dalej: piszmy do władz i powiedzmy im co jest źle - dając odpowiedni przykład zmiany. Po to idziemy na praktyki, żeby się czegoś nauczyć. Jeżeli ktoś się zgadza nas przyjąć, bierze odpowiedzialność za to, byśmy wyszli chociażby z dobrą opinią o tym miejscu: że tam dzieje się dobrze, że dba się o dobro pacjenta i PERSONELU, a nie pracuje jak "maszyny do stawiania pieczątek". Idąc na chirurgię jakoś nie jesteśmy zbędni. I nie zgodzę się, że mamy nagle niesamowicie większą wiedzę po 3 czy 4 roku, która sprawia, że stajemy się ogromnie przydatni. Ledwo umiemy dotknąć pacjenta, zbadać i ewentualnie rozpoznać podstawowe jednostki chorobowe, trochę wiemy o farmakologii i leczeniu. Może warto byłoby się zastanowić nad solidnym przedmiotem propedeutyki medycyny już na 1 roku, tak żeby ten biedny niedouczony i NIEPRZYDATNY według niektórych student miał jakiekolwiek pojęcie o tym, co dzieje się na oddziale czy w szacownej przychodni.
      A ten lichy taboret dla praktykanta, fartuch zakładany na korytarzu, własne kolana to tylko kwestia dobrej kultury i wychowania lekarzy, bo są tacy, którzy znajdą miejsce na biurku dla nowego kolegi, poświęcą dodatkową minutę, żeby i "młody" osłuchał pacjenta. Ale to kwestia podejścia i tego jak bardzo nam się chce. Rozumiem skalę problemu przeładowanych przychodni, braku czasu na dobry wywiad i badanie pacjenta, ale nie możemy sami dyskwalifikować przyszłych lekarzy. To jest forma edukacji społeczeństwa. Zaniżamy szacunek do własnego zawodu. Na przestrzeni lat nasze środowisko zyskało opinię skorumpowanych, bogatych, wrednych i opryskliwych doktorów. Sami do tego doprowadziliśmy. No może z pomocą mediów. Jak potem pacjent ma wyrazić zgodę na badanie przez studenta, na podstawowy zabieg czy cokolwiek widząc pokrzywionego w kącie zahukanego błazna w białym kitlu, którym nikt się nie interesuje...
      Dziwne, że akurat POZ stwarza najwięcej problemów… Może faktycznie jest do jedna z najbardziej wadliwych gałęzi medycyny…
    • By surowy
      Kiedy studiujemy, poznajemy medycynę od środka. Nowe przedmioty, wielcy profesorowie, tyle ambitnych planów. Zdobywamy wiedzę i chcemy poszerzać swoje horyzonty. Obcujemy z ludźmi chorymi, cierpiącymi oraz tymi, którzy leczą - mentorami, wybitnymi specjalistami. Ale niestety trafiają się i przykre historie, kiedy to poznajesz wadliwy dział medycyny, albo raczej środowiska medycznego.
      Chyba po drugim roku mieliśmy praktyki u lekarza rodzinnego. Znamy go wszyscy, chodzimy od dziecka do jednej przychodni. Witamy się na ulicy. A teraz razem usiądziemy w gabinecie i będziemy leczyć. O, jak marzyłem o tych praktykach. Przecież od małego przychodzę tutaj jako pacjent, wszystkie "starsze" pielęgniarki już mnie kłuły, szczepiły, mierzyły. Niejeden lekarz diagnozował ospę czy anginę. Dzisiaj to ja będę z nimi pracować.
      Przecież mnie znają - będzie super! Na początek wspólna kawka, aby się poznać, a potem dumnie będziemy kroczyć przez korytarz w białym kitlu. Tak, żeby wszyscy widzieli, że idą oni - doktory. Potem będę pisać recepty, badać, diagnozować, kierować do specjalistów. Ktoś na pewno trafi z zatrzymaniem krążenia i poprowadzę całą akcję reanimacyjną; ktoś przyjdzie ze złamaną ręką i założę swój pierwszy gips, a może nawet rozpoznam cukrzycę albo raka.
      Tyle marzenia o wspaniałych praktykach.
      Ani jedno słowo się nie sprawdziło. Ani jedna pielęgniarka mnie "nie pamiętała". Ani jeden lekarz nie badał ze mną. Główne pytanie: po co ja tu jestem? No, sprawa oczywista: żeby nauczyć się, jak być dobrym lekarzem. Żeby poznawać pracę od środka, żeby badać pacjentów, nauczyć się z nimi rozmawiać, zdobywać nowe doświadczenia. Pielęgniarki dumnie kroczyły, wielkie Panie ośrodka zdrowia, zacnej przychodni. Doktory pochowane w gabinetach z przygotowaną stertą recept. Nikt nie odpowie dzień dobry, nikt się nie uśmiechnie. Pytam kiedy przyjmuje dany lekarz i dostaje odpowiedź, że przecież "pisze na drzwiach". Tak bardzo ten obraz dobrego personelu medycznego z dzieciństwa nie zgadza mi się z tym, co otrzymuję teraz - pogarda, brak chęci współpracy...
      Trafiłem wreszcie do gabinetu internisty. Przyjęliśmy "aż" dwóch pacjentów, z czego jeden to przedłużenie recept, a drugi z neuralgią i skierowaniem do specjalisty. Po czym lekarz mówi: może Pan sobie już iść do domu, dziś już nic ciekawego nie będzie.
      Oczywiście w gabinecie miałem dodatkowy fotel, miejsce do robienia notatek, także zostałem poczęstowany herbatą w upalny dzień i mogłem swobodnie rozmawiać z pacjentami a potem zadawać pytania lekarzowi, by pogłębić swoją wiedzę. A nie … tak chciałem żeby było. Nie było. Był taboret w kącie, moje kolana i to wszystko. Pacjenta nie dotknąłem. A i fartuch też na korytarzu zakładałem, bo miejsca w szatni nie było.
      Resztkami nadziei, że może będzie inaczej spróbowałem zagadać do Pani w laboratorium, że może chociaż krew komuś pobiorę, gazometrię nawet. A gdzieżby! "Pan miał to na praktykach rok temu, ja nie będę odpowiadać za Pana, poza tym my tu mamy dużo pracy” - usłyszałem. Dziękuję było mi bardzo miło. Ale jeszcze są specjaliści. Znany ginekolog w mieście, świetne opinie to może chociaż on mnie przyjmie i pokaże USG. „Panie Doktorze, nazywam się X, jestem studentem… czy mógłbym dzisiaj Panu asystować w badaniu pacjentów…?” Pada jasna i klarowna odpowiedź: Nie. Proszę przyjść sobie na oddział do szpitala, ale nie w przychodni.
      Tak oto minęły moje praktyki w dziedzinie medycyny rodzinnej. Bardzo się zraziłem i żałowałem każdej chwili tam spędzonej. Nabrałem też dystansu do tych wszystkich ludzi tam pracujących. Przykre to było. Myślę sobie: oni też kiedyś byli młodzi. Też chcieli się uczyć i zdobywać wiedzę. I też ktoś im to musiał pokazać, doradzić, nauczyć. Szkoda, że zapomnieli o tym. Szkoda też, że zapomnieli o kulturze i szacunku do drugiego człowieka.
      Pozostaje apel: szanowni medycy, szanowni lekarze, szanowne pielęgniarki: pamiętajcie, że was też ktoś uczył i wy też przekażcie tę wiedzę innym. Młody adept medycyny może być kiedyś waszym lekarzem. Dajcie mu szansę i traktujcie go z szacunkiem tak jak wy chcieliście być traktowani.
      A wy, studenci: nie bójcie się reagować na takie zachowania. Praktyki można zmienić. Waszym prawem jest zdobycie wiedzy i wyniesienie z takich zajęć jak najwięcej treści, a nie poczucia beznadziei i tego, że ktoś was zmieszał z błotem. Nie możecie sobie na to pozwolić, choćby dopuszczał się tego największy profesor!
    • By surowy
      Przekonałem się o tym na wakacjach: Lekarzem nie przestajesz być nigdy. Służysz zawsze. Jak ksiądz. Wierny do końca. Nie od 8 do 16, nie od poniedziałku do piątku, ale ZAWSZE. Prof. Religa mówił, że lekarzem nie przestajesz być nigdy, inaczej zmień swój fach. Ale dziś nie o filozofii życia, ale o tym, że swoje lekarskie obowiązki pełnimy przez całe życie, bez względu na sytuację.
      W czasie studiów i to na wakacjach, zgodnie z zasadą "biedny student - bogate wakacje" zdarzył mi się mój pierwszy raz... Nie ten, o którym większość myśli, ale ów, na który niejeden lekarz musi czekać do czasu swojego pierwszego trudnego dyżuru. Zdarzyło mi się to dużo wcześniej. Jak to ze współczesną młodzieżą bywa...
      Zamek, słońce, czerwiec, upał jakieś 38-39 stopni. Z dwiema koleżankami na dziedzińcu pewnego zamku robimy sweet focie i nagle w pobliżu turysta pada na ziemię. W głowie oczywiście myśli: "jesteś super lekarzem, turbo ratownikiem, masz wiedzę, uratujesz go, idź i zostań bohaterem". No i poszedłem.
      Stojący tłum polewa mężczyznę wodą. Fakt - moja pierwsza myśl: to zwykłe omdlenie przy takiej temperaturze. Może jakieś drgawki... Ale zgodnie ze sztuką podchodzę i sprawdzam oddech oraz tętno. Jako wykształcony członek służb medycznych sprawdzam wszystko za jednym zamachem, bo znam już specjalne metody. Wszak jestem po egzaminie (i to na świeżo) z medycyny ratunkowej. I wtedy wypowiedziałem pierwszy raz słowa: Zatrzymanie krążenia. Brzmiały jak watykańskie Habemus Papam. Tylko tam cieszą się i skaczą z radości. U mnie było trochę inaczej.
      Te ułamki sekund, kiedy w sercu wakacji i wypoczynku nagle podejmujesz walkę o ludzkie życie. Co masz w głowie za pierwszym razem? To jakaś masakra. Pustka i miliony myśli: Co robić? Algorytmy w głowie, ale co z tego. To już nie manekin, a żywy pacjent. Nie ma nade mną lekarza, nie ma mentora ani kogoś, kto pomoże. Jestem sam. Odpowiedzialny. To ja podejmuje decyzje i to ode mnie zależy los naszego poszkodowanego. Niby banalne ale jak ważne. No to działamy!
      Koleżance nr 1 zlecam wezwanie pogotowia. Jest ona fizjoterapeutką, więc wie jak postępować. Niestety otrzymuję informację, że karetka dojedzie do 15 minut, bo spora odległość do zamku. Myślę sobie: bosko. Jak moje biedne, odsłonięte kolana wytrzymają tę twardą zamkową kostkę? Szybko pojawiło się silne przekrwienie i zadrapania. Ale co tam. Jestem lekarzem!
      Tłum dzieci dookoła. A ich cudowne opiekunki zamiast uchronić pociechy przed traumatycznymi widokami, stoją i patrzą jak sroki w... Może któraś ruszy się i pomoże? Pozbyliśmy się ich dopiero po chwili, ale co zostało im w głowach to już ich.
      Koleżanka nr 2 wspomaga z udrażnianiem dróg oddechowych, woła po cisnących się wkoło ludziach o więcej tlenu. Dopinguje, liczy uciśnięcia.
      A gdzie obsługa zamku? Strażnicy? Kierownicy? Ktokolwiek? W bramie, jakieś 20 metrów od nas czai się strażnik. Uchyla się, byleby go ktoś o coś nie poprosił. Przy nas nie ma szans na lenistwo. Wołamy go, aby chociaż apteczkę nam przyniósł, cokolwiek. O AED już nie wspomnę. Po chwili łaskawie donosi sprzęt. Nareszcie! Możemy prowadzić wentylację pacjenta, 30:2 nabiera sensu. Ale mięśnie mocno dają się we znaki. Trzeba się zmienić. Algorytm nie bezpodstawnie mówi o zmianach co 2 minuty. Bo moje uciśnięcia nie są już tak skuteczne. Choćbym turbo siłacza zmusił do uciskania to każdy w końcu padnie. Zatem dołączył do nas pewien mężczyzna i wspomógł swoją muskulaturą.
      Ale oczywiście nigdy nie może być za łatwo. Oto z tłumu wyłania się "specjalista medycyny ratunkowej, anestezjologii i w ogóle wszelakiej medycyny". Podnosi rękę poszkodowanego i bezwładnie puszcza na ziemię po czym stwierdza: On już nie żyje. Ja w ułamku sekundy dostaję hipertensji i drgawek, żona popada w rozpacz. Sytuację ratuje koleżanka od wentylacji - soczysta wiązanka i specjalista znachor znika w tłumie.
      No i żona. Stoi i płacze nad mężem. Niesamowicie trudna i przejmująca sytuacja. Uciskam klatkę piersiową jej męża, brak oznak życia, a ona przypatruje się i nie może nic zrobić. Ale nie ma lepszej metody w takim momencie, niż uaktywnić rodzinę i włączyć ją do jakichkolwiek działań. Skłaniam ją więc do dyskusji o stanie zdrowia męża, zbieram godnie wywiad. Wiem już, że trochę nadużywa alkoholu, że dziś też dziabnął z rana, że serce chore, że leki takie.
      Nadjeżdża karetka.
      Nie zostawiam mojego pacjenta z nimi. Przecież to mój pacjent. Ogłaszam kim jestem i że chętnie im pomogę. Strzał jeden, drugi, migotanie komór, wkłucie, płyny, intubacja. Wzywamy helikopter? Nie ma gdzie wylądować, wzywamy „S”. W między czasie dyskusja, kim jestem, co już zrobiłem, co z wywiadu już wiemy. 
      Przyjeżdża karetka z lekarzem. Dopełniają formalności, badają pacjenta, pakują i jadą.
      Organizatorka wycieczki, z którą przybył nieszczęśnik zdobyła informacje, gdzie się uczę i wysłali list z podziękowaniami. To miłe. Pacjent przeżył. Bez powikłań. Po kilku dniach wyszedł ze szpitala. A ja zostałem lekarzem.
      Ten mój pierwszy raz do późnego wieczora przeżywałem. Siedząc na balkonie z piwkiem myślałem, czy wszystko dobrze zrobiłem. Czy prawidłowo rozpoznałem NZK; czy tętno było, czy nie; czy algorytm zastosowałem jak trzeba, czy opóźniałem; czy było jeszcze coś do zrobienia? Miliony myśli, analiza minuta po minucie. Ale jest sukces.
      Są też te smutne wnioski. Co gdyby mnie tam nie było? Kto udzieliłby pomocy? Służby porządkowe, kierownicy, którzy są teoretycznie przeszkoleni na wypadek takich sytuacji nie reagują. Przypadkowi turyści chętnie rzucają się do pomocy, ale ich wiedza jest też ograniczona. Nikt z tego tłumu nie sprawdził oznak życia. Niestety, ale wciąż brakuje w naszym społeczeństwie gruntownej wiedzy w zakresie pierwszej pomocy. Takiej, która zapewni bezpieczeństwo każdemu z nas. BLS.
      Jest też osobista refleksja: Jakiż jestem mały wobec potęgi medycyny. Jak bardzo mało wiem. Jak dużo jeszcze mnie czeka.
      Ale od teraz jestem lekarzem. Po swoim pierwszym razie.
      Łukasz Surówka
    • By surowy
      300-350 dzieci. Wiek 7-18 lat. Sporty wodne, windsurfing, łódki, kajaki, piłka nożna, siatkówka, tenis. Piękne jezioro, las, dobre warunki mieszkaniowe. I jeszcze zarabiasz. Takie wakacje to można mieć. Ale jak naprawdę wygląda praca lekarza na obozie sportowym?
      Pierwsze kilka dni - normalnie sielanka. Wysypiasz się, masz cały wolny dzień dla siebie, nadrabiasz lektury, odpisujesz na zaległe maile, nawet zaczynasz nowy serial. Można się opalać, pływać, ćwiczyć. Pełne wakacje. Tyle, że bez alkoholu. Pojedyncze przypadki medyczne zdarzają się, ale aż się prosi, aby chociaż jedno dziecko zgłosiło się do gabinetu.
      I nagle przychodzi dzień szczególny, około 5. dzień wyjazdu. Pod gabinetem lekarskim staje kolejka dzieci. Jest to przełom, na każdym obozie wygląda niemal identycznie. Od tego dnia z wakacji robi się praca. Oczywiście pierwsze przypadki są dość banalne. Głównie pod drzwiami stoją najsłabsze jednostki, których intensywność obozu i zajęć po prostu przerosły i czują silne zmęczenie. Pojedyncze odwodnienia, przeziębienia i charakterystyczne kontuzje jak wybicie palca czy skręcona kostka.
      Ból brzucha to najczęstsza przypadłość. Ale jeszcze nigdy nie wiązała się poważnym chirurgicznym powodem, a jedynie błahym odwodnieniem, zmienioną dietą, a przede wszystkim stresem. Rozłąka z rodzicami, pierwszy samotny wyjazd i już jelita szaleją. Oczywiście nieraz dobre słowo pomaga i pacjent wraca z uśmiechem do zajęć. Tutaj zawsze będę nalegać na wychowawców, aby zmuszali dzieci do picia wody! Duże ilości. To pomoże kupie szybciej się wydostać, a nam zmniejszy liczbę bólów brzucha.
      Tu należy dołożyć też wymioty. Ot, dziewczynka lat 10 przyniosła kiedyś w kubku plastikowym swoje wymiociny, abym dokładnie mógł je sobie pooglądać. Idąc do mnie pozalewała pół korytarza, ale dumnie przyniosła dowód rzeczowy. Mieszanka domowego hamburgera, warzywa i do tego wypite kakao na samą myśl uruchamia już mój dorosły żołądek, a co dopiero biednego dziecka.
      Oprócz tego obóz to przede wszystkim jedna wielka ortopedia. Wieczne skręcenia, zwichnięcia, wybite palce. Bandaży zawsze potrzeba wiele. Duże ośrodki jeszcze mogłyby zaopatrzyć się w RTG - ileż mniej byłoby wizyt w pobliskim szpitalu. To kolejny ciekawy wątek, bo zdarzały się tak intensywne turnusy, że zabierałem do szpitala całą wycieczkę. Po kilku dniach znałem już każdą panią w rejestracji, lekarza na SORze i pielęgniarki. Wszyscy witali mnie słodkim uśmiechem i kąśliwym: o, znowu Pan, dziś tylko 3 dzieci? Uroki tej pracy są niesamowite.
      Mamy też dużo skaleczeń, podbitych przypadkiem oczu, poważniejsze złamania. Najpoważniejsze to złamanie otwarte zakończone rozległą operacją. Biedny młody piłkarz. Wielu też musiałem odesłać do domu, bo z gipsem trudno jest odbyć trening piłkarski.
      Przerażającym widokiem było szkło w oku. Okulistyka zawsze mnie odstraszała. Nigdy nie mogłem patrzeć na te zabiegi, a tu taka sprawa. Innym razem chłopiec z zapaleniem gruczołu Meiboma wymagał potrzymania za rękę podczas, gdy sprawne ręce doktora nakłuwały i wyciskały ropę. Cierpiałem razem z nim.
      Oczywiście trafiają się tzw. smaczki. Hitem był kleszcz w jądrze. Nieobce są nam wszy i to nawet u najstarszych dzieci. Odparzenia między udami. I przede wszystkim brak higieny dzieci. Jak już rodzic wypuszcza dziecko na obóz, to niech kilka dni wcześniej nauczy go dobrej kąpieli. Mowa tutaj oczywiście o najmłodszych. Bo swędząca pupa to często po prostu nieumyta pupa. Ale wizyta u lekarza musi być. A gdzie wychowawca?
      Ale jak już temat rodziców poruszony to trzeba się zatrzymać na dłużej. Przed każdym turnusem dostajemy listy od rodziców ze szczególnymi przypadkami dzieci. I raz dostaliśmy kilka stron A4. Dokładnie opisane jak postępować w każdej sytuacji, jak dziecko jest okropne i jak wiele nas czeka. No to spodziewamy się szatana, lucyfera, diabła. Konsylium specjalistów zebrało się i dywagujemy, co z nim zrobić, po czym przyjeżdża dziewczynka jak każda inna. Nawet nie wygląda inaczej. Fakt jest dość wygadana, trochę unika innych dzieci, ale aż taki list potrzebny i tyle uwag? Ja najbardziej się bałem, że dziecka nie można dotknąć ani zbadać, że histeria itd. Po czym okazało się, że trzeba było dać zastrzyk. Padła jedynie soczysta ‘’k****” a mnie delikatnie drgnął kącik ust. Tak, dziewczynka umiała puścić solidną wiązankę niczym jegomość dżentelmen z SORu.
      Innym razem przybywa dziewczynka (UWAGA: lat 15) i każe sobie założyć soczewki do oczu. Siadam, wstaję, chodzę, myślę. Czego ona ode mnie chce?! Powiedziałem, że to jakiś absurd i niech sobie sama zakłada bo jest już prawie dorosła. No to skończyło się telefonem do mamy i wymuszeniem, że dziecko nie umie samo zakładać soczewek, a ma bardzo poważną wadę (+10) i w okularach źle wygląda. No, jak mama każe, to proszę szeroko otworzyć oczy, żeby zmieścił się tam mój paluch. Dziewczynka przystała, że woli nosić okulary. Ale po 2 dniach znowu telefon od mamy, że dziecko źle wychodzi na zdjęciach i ona się domaga założenia soczewek. Ja się poddałem. Dziecko płacze. W końcu zamknęła się z pielęgniarką sam na sam na jakąś godzinę i nauczyła się sama je zakładać. Przyjeżdżasz na obóz jako kaleka społeczna, a wyjeżdżasz uzdrowiony.
      Należy też wspomnieć jak rodzice zabezpieczają farmakologicznie dzieci. Odbieramy wszystkie leki i wzywamy podopiecznych do gabinetu, żeby przy nas je zażywały. Średnio 20-30 osób bierze leki na obozie. Od antybiotyków, poprzez przewlekłe przyjmowanie leków p/bólowych, ziół od babki znachorki, aż po homeopatyczne cuda. Cały przekrój. A ile dzieci ma astmę! I jak poważne leki już na nie biorą... Pewien chłopiec miał jakiś problem ze skórą i przepisane "tylko" 6 maści. Wszystkich używał na raz. Wychodził z gabinetu cały wysmarowany i chlupiący w butach. Masakra. Ale stwierdziłem, że skoro inny lekarz tak kazał to nie będę się wtrącać i widocznie tak ma być. Mama każe jeść lekarstwo - rzecz święta. Ale niestety zdarzył się przypadek, że jeden ‘’dorosły” 15 latek nie oddał leków i pech chciał, że mieszkał w domku w lesie i uruchomiła mu się alergia. Z ciężką dusznością wylądował w szpitalu. A to dlatego, że nie oddał leków, a sam ich nie zażywał. Telefon od mamy: proszę ukarać dziecko. Ukarałem.
      Ale jak mówimy o karach, to warto wspomnieć historię uzdrowienia. Zobaczyłem cud na żywo. Zostałem wezwany nad jezioro, gdzie chłopak niefortunnie krzywo stanął i wygiął kolano. Silna bolesność, płacz dziecka. Mam tak z natury: wierze, że dziecko nie udaje. Jedziemy zrobić fotkę, czy wszystko w porządku. Chłopak o kulach, wciąż narzeka na ból. Ortopeda zbadał i mówi, że wszystko jest OK. A dziecko odrzuca kule, wstaje z kozetki i idzie, jak gdyby nigdy nic. Wcześniej kulejący i cierpiący nagle zdrowy. Z doktorem ortopedą zbieramy żuchwy z podłogi. Telefon do rodzica: diagnosis - ukarać. Ukarałem.
      Są też momenty, że lekarz ma prawo popływać np. kajakiem. Ale kto by się spodziewał bandy dzieciaków na środku jeziora z genialnym pomysłem, aby wywrócić doktora do wody. I to w urodziny. Na obozie, aby utrzymać porządek, stosuje się system kar i nagród. Kary intelektualne - przeczytaj i naucz się tekstu, a potem opowiedz o nim. Ja straszyłem dzieci, że jak będą niegrzeczne wobec mnie to dam im ulotki leków do nauczenia się. Kiedyś wręczyłem dzieciom 5 na raz. Wszystkie przerażone. Bliskie płaczu. Ale moje miękkie serce odpuściło im tę karę. Bo ja dobry dla tych dzieci jestem.
      A jeśli chodzi o dobroć, to zawsze wysłuchałem, wsparłem, dałem dobry lek, pyszną tabletkę i problemy nagle mijały. Taki to ze mnie uzdrowiciel i ciała, i duszy.
      Ale bywam też niedobrym doktorem. Otóż na obozach zdarza się EPIDEMIA miesiączki. Nagle jednego dnia pod gabinetem 8 dziewczyn i każda DOMAGA się zwolnienia z zajęć. Każdej odmówiłem. A przy szóstej nie wytrzymałem i stwierdziłem, że muszę przeprowadzić pełne badanie, w tym badanie ginekologiczne, żeby stwierdzić ewentualne zaburzenia uniemożliwiające udział w zajęciach. To oburzenie na twarzy i trzask drzwiami. Okazało się, że tego dnia było trochę chłodniej i niektórym nie chciało się ćwiczyć.
      Trochę z przekąsem, z ironią i sarkazmem opowiedziałem wam, co może się zdarzyć na obozie. Morał jest dość ważny. Przede wszystkim dla rodziców - nie róbcie ze swoich dzieci niepełnosprawnych. Jak mają sobie rękę złamać to niech się tak stanie. A nadmierne dmuchanie i chuchanie w niczym nie pomaga.
      Dla mnie to jedna z fajniejszych przygód. Tyle doświadczenia w tak krótkim czasie, tyle historii medycznych. Wyrzuciłem tu trochę skrajne przypadki, ale tworzą fajny obraz tego, co można na obozie zastać.
      Jak nic: tylko czekać do kolejnych wakacji!
×
×
  • Create New...

Important Information

By using this site, you agree to our Terms of Use.