Jump to content
Ola.krettt.

Praktyki wakacyjne w USA

Recommended Posts

Hej :wink: 

Szukam informacji na temat odbywania praktyk wakacyjnych w Stanach, niestety póki co zbyt wiele na ten temat nie udało mi się znaleźć. Czy ktoś z Was ma za sobą taki wyjazd albo go planuje? Będę wdzięczna za jakiekolwiek informacje.

Pozdrawiam ;-)

Share this post


Link to post
Share on other sites

Jest wiele kursów i stażów zagranicznych, ale ja osobiście na żadne nie miałam okazji w żadnych uczestniczyć. Z pewnością można znaleźć sporo informacji w sieci na temat takich praktyk. Jeżeli ktoś jest studentem i chce wyjechać to można też zapisać się na inne rzeczy, typu work&travel, tylko wtedy raczej praca nie będzie związana z medycyną. 

Share this post


Link to post
Share on other sites

No ja na work and travel byłam i teraz znów jadę, ale praca w branży HORECA, nie medyczna. Mimo wszystko polecam, fajne doświadczenie i mozesz sobie zbudować jakieś kontakty na przyszłoś ć ;) akurat teraz w one globe travel mają zniżkę 100 dolarów to warto skorzystać ;)

Share this post


Link to post
Share on other sites

Join the conversation

You can post now and register later. If you have an account, sign in now to post with your account.

Guest
Reply to this topic...

×   Pasted as rich text.   Paste as plain text instead

  Only 75 emoji are allowed.

×   Your link has been automatically embedded.   Display as a link instead

×   Your previous content has been restored.   Clear editor

×   You cannot paste images directly. Upload or insert images from URL.


  • Similar Content

    • By dr Mateusz Palczewski
      Podczas swojego dotychczasowego kształcenia miałem okazję odbyć kilka praktyk i staży w szpitalach w USA. Niezwykłe wrażenie zrobił na mnie szczególnie Cincinnati Children's Hospital Medical Center, w którym spędziłem 2 ostatnie miesiące. W samym centrum tego szpitala stoi pacjent - i nie chodzi tu o jakieś hasła czy wizje. Tak rzeczywiście jest - to chory jest najważniejszy i widać to na każdym kroku. Do takiego miejsca z chęcią zjeżdżają pacjenci z całego kraju i świata... są ich setki, tysiące i dziesiątki tysięcy każdego miesiąca. Szpital zyskuje dzięki temu odpowiednie finansowanie i ma warunki by móc zadbać o pacjenta w każdym aspekcie. Wyobrażacie sobie, że np. podczas długiej konsultacji w poradni specjalistycznej pacjentowi bywa przynoszony obiad?
      Jak w takim szpitalu pracuje się jednak lekarzowi? Jak lekarzom w ogóle pracuje się w USA i jak swoją pracę oceniają rezydenci? Zapraszam na wywiad z dr Alexem Bondockiem z Cincinnati Children's.
      Mateusz Palczewski: Za pierwszym razem kiedy odwiedzasz szpitale w USA można odnieść wrażenie, że szpital idealny na prawdę istnieje. Czy mam rację czy może miałem po prostu szczęście być w tak wyjątkowych miejscach?
       
       
       
      Alex Bondoc: Miałeś szczęście - niestety, szpital idealny nie istnieje. Prawdopodobnie byłeś jednak w szpitalach, które starają się być idealne. Wg mnie te wyjątkowe placówki mają wspólne cechy i są one rozpowszechniane przez wspaniałych lekarzy. Cechy o których mówię to:
      1. Zaangażowanie w opiekę nad pacjentem. To powinno być i zawsze będzie priorytetem systemu ochrony zdrowia. Podczas mojego szkolenia pracowałem w licznych szpitalach i uważam, że część z nich na prawdę jest zaangażowana w tą opiekę, a inne bardziej stawiają na reputację, zyski czy inne mniej altruistyczne przesłanki. Myślę także, że koniecznie trzeba także zwrócić uwagę czy te instytucje są gotowe podejmować trudne decyzje, które nie zawsze są dobrze odbierane wśród pacjentów, ich rodzin a nawet samych pracowników.
       
       
       
       
      2. Przejrzystość i zaangażowanie w ciągły postęp. Te na prawdę najlepsze jednostki mają świadomość ich przemijania i mają silną wolę by ciągle się rozwijać. Takie instytucje muszą liczyć się z wyzwaniami ale także problemami jakie się pojawiają – ich nie da się ukryć ani przed pracownikami ani przed opinią publiczną.
       
       
       
      Mateusz Palczewski: Czy mógłbyś się przedstawić, powiedzieć na jakim etapie swojej kariery jesteś i czym teraz się zajmujesz?
       
       
       
      Alex Bondoc: Mam 36 lat i wychowałem się w Cincinnati w stanie Ohio. Moi rodzice są pierwszym pokoleniem imigrantów, a ja pierwszą osobą w mojej rodzinie, która urodziła się w Stanach Zjednoczonych. Do medycyny natchnął mnie mój Ojciec, który był internistą. Skończyłem szkołę medyczną na Uniwersytecie Michigan i wróciłem w rodzinne strony by rozpocząć rezydenturę z chirurgii ogólnej na Uniwersytecie Cincinnati. Przez dwa lata pracowałem także w labie dr Grega Tiao, gdzie zajmowałem się podstawami molekularnymi zarośnięcia dróg żółciowych.
      Po rezydenturze, zrobiłem nadspecjalizację (tzw. fellowship) z chirurgii dziecięcej w Cincinnati Children’s. Obecnie kończę kolejną - z chirurgii transplantacyjnej narządów jamy brzusznej w szpitalu uniwersyteckim.
       
       
       
      Mateusz Palczewski: Masz więc 36 lat, jesteś specjalistą chirurgii ogólnej, chirurgii dziecięcej i kończysz chirurgię transplantacyjną. Brzmi naprawdę imponująco. Jak wspominasz natomiast czas szkolenia rezydenckiego?
       
       
       
       
      Alex Bondoc: Wspomnienia są miłe ale nie da się zapomnieć jak ciężko musiałem pracować. To co jednak zawsze mówię - nigdy nie zamieniłbym tego czasu bo tak wiele się nauczyłem, bo to był odpowiedni moment w moim życiu na rezydenturę i spotkałem podczas swojego szkolenia wspaniałych ludzi. Nie ma wątpliwości, że pracowałem ciężko. W Stanach jest limit godzinowy pracy rezydenta, który wynosi maksymalnie 80 godzin na tydzień. Oczywiście ta liczba godzin jest uśredniania w skali miesiąca, wiec są tygodnie gdy pracuje się znacznie dłużej. Natomiast na koniec każdego dnia mam przeświadczenie, że przechodzę wyjątkowo dobry trening, a moi koledzy-rezydenci stają mi się niejednokrotnie bliskimi przyjaciółmi.
       
       
       
      Mateusz Palczewski: Jakie momenty ze swojej rezydentury wspominasz najlepiej, a jakie najgorzej?
       
       
       
       
      Alex Bondoc: Sądzę, że najlepszą nagrodą jaką otrzymywałem to ludzie których spotykałem i to czego się nauczyłem. Oczywiście, bycie lekarzem to ciężka praca i na pewno może być nie do zniesienia gdy musisz robić to czego akurat nie lubisz lub gdy nie lubisz swoich współpracowników. Miałem to szczęście, że praca i nauka sprawiała mi radość i miałem bardzo dobre relacje ze swoimi kolegami i koleżankami.
      Najgorsze ze szkolenia była ilość czasu jaki musiałem poświęcać. Bywało, że nie istniał żaden zegar, żaden czas, którego mogłem się trzymać. To pacjenci i ich choroby dyktowały tempo. W związku z tym to szpital dyktował czas dla rodziny i na odpoczynek. Dla mnie, w życiu najważniejsza jest właśnie moja rodzina i to ona jest największą nagrodą. Niejednokrotnie, gdy któryś z moich pacjentów był w ciężkim stanie, wymagany był zabieg, musiałem jednak z pewnych rzeczy i właśnie rodziny „rezygnować”. Muszę przyznać, że świadomość, iż moi bliscy mogli myśleć, że nie są dla mnie najważniejsi przeżywałem bardzo emocjonalnie  i dużo mnie to kosztowało.
       
       
       
       
      Mateusz Palczewski: Proszę, wyobraź sobie, że możesz w tej chwili powiedzieć coś ważnego do wszystkich rezydentów na świecie - co by to było? Czy są jakieś rady, które uważasz za szczególnie ważne?
       
       
       
       
      Alex Bondoc: Powiedziałbym, że bycie rezydentem jest niesamowitą odpowiedzialnością - taką, która jednocześnie może być bardzo wdzięczna ale i bardzo frustrująca i męcząca. Ważne, by wiedzieć, że jeśli myśli się, iż skończenie rezydentury i stanie się specjalistą drastycznie coś zmienia, to jest się w błędzie. Jeśli rezydenci myślą, że ilość godzin spędzanych w szpitalu zmieni się, też mogą być w błędzie. Tak naprawdę wzrasta odpowiedzialność i może to stać się jeszcze bardziej stresujące. Pełne oddanie się swoim pacjentom potrafi być czasochłonne, więc rezydenci muszą pamiętać co naprawdę sprawia, że są szczęśliwi i że potrzeba poświęcenia w dążeniu do stania się w pełni samodzielnym lekarzem.
      ***
      In English:
      MP: First time when you visit US hospitals you might have an impression that ideal hospitals really exist. Am I right or I was just lucky to spend some time in excellent places?
       
       
       
      dr Alex Bondoc: You have been lucky to spend time in some excellent places because unfortunately, no ideal hospital truly exists. However, perhaps what you have experienced are hospitals that strive to be ideal hospitals.
      In my opinion, truly excellent hospitals share very common traits. And, these traits are shared by truly excellent physicians. These traits include:
      1.    Commitment to patient care. This should and always will be the priority of the health care system. Having rotated at a number of different hospitals, I think some institutions are really committed to their patients while others focus more on reputation, profit, or perhaps other, less altruistic motives. I think one thing to really look at also is whether these great institutions are also willing to make difficult decisions that are not always popular with patients, their families, or even their own staff.
      2.    Transparency and commitment to improvement. Truly great institutions are acutely aware of their short comings and have a strong desire to improve. Such institutions have to face challenges and failures head on nor will they hide them from the people who work there or the public.
       
       
       
       
      MP: Could you introduce yourself a little and tell us what are you doing right now? (If you could mention how old are you)
      dr Alex Bondoc: I am 36 years old and originally grew up in Cincinnati, Ohio. My parents are first generation immigrants and I was the first person in my family to be born in the United States. I was inspired to pursue medicine by my father who was an Internist. I went to Medical School at the University of Michigan and returned home to complete my General Surgery Residency the University of Cincinnati. I did complete two years of research in the lab of Greg Tiao, MD studying the molecular basis of biliary atresia.
      After residency, I completed 2 years of Pediatric Surgery fellowship at Cincinnati Children’s. I am currently completely a 2 year fellowship in Abdominal Transplant Surgery at University of Cincinnati.
       
       
       
      MP:  So you are 36 y.o. and you have already become specialist in general surgery, pediatric surgery and now you are doing another fellowship. Sounds really impressive! How do you recall your residency time?
       
       
       
      dr Alex Bondoc: I recall my residency fondly although I do not discount how hard I worked. What I tell people is that I would not change my residency experience for anything because of where it got me, what I learned, and the people I met along the way.
      There is no doubt that I worked hard. Here in the United States there is a restriction on residency work hours limiting us to 80 hours/week. Of course, this number is averaged over a four week period, so there are certainly weeks someone works significantly more that 80 hours. However, at the end of the day, I feel like I am exceptionally well trained, and I still count some of my residency classmates as extremely close friends.
       
       
       
       
      MP: What part of that time you find as most pleasant and what was the worst part?
       
       
       
       
      dr Alex Bondoc: I think the most rewarding part of my residency were the people I met and what I learned. Certainly being a doctor is hard work. It truly could be intolerable if one did not like what he or she was doing or who one’s coworkers were. I was lucky enough to enjoy both my work and my co-workers.
      The worst part certainly was the time commitment. There is no clock that I could follow. The patients and their illnesses dictated that. As such, more time in the hospital cuts into time with family or leisure time or studying. For me, my family is the most important and rewarding part of my life. However, when a patient is sick or needs an operation, things have to be put on hold. Making my family feel as if they were not my absolute priority takes an incredible emotional and mental toll on me.
       
       
       
       
      MP: Please imagine that this time you can tell something important to residents all over the world – what would it be? Do you have any advices you find particularly important?
       
       
       

      dr Alex Bondoc: I would advise them that being a resident is an incredible responsibility, one that can be amazingly rewarding but also exceptionally frustrating and tiring. More importantly though, if those residents think that life changes drastically as an Attending, then they are also mistaken. While residents may think that sheer number of hours spent in a hospital may change, they actually may not. In fact the responsibilities may increase and become more stressful.
      Full commitment to one’s patients can be time consuming, so residents must be mindful of what truly makes them happy and that sacrifices must be made in the pursuit of becoming a full-fledged physician or surgeon.
    • By flower13
      Hej, orientuje się ktoś może, jak wygląda sprawa praktyk wakacyjnych po pierwszym roku lekarskiego w poszczególnych szpitalach w Krakowie? W którym z nich najlepiej je zrobić, aby podczas nich się czegoś jednak nauczyć?  I jakie oddziały w nich polecacie?
    • By surowy
      Medyczna flegma. Brzmi okropnie ale tak najlepiej można oddać stosunki w naszym  środowisku. Brakuje porządnego "expectoration". Kto przyjdzie i wstrząśnie? Kto naprawi i oczyści tę zalegającą wśród nas "sputum"?
      Pisałem ostatnio o najgorszych praktykach. I nagle środowisko się podzieliło. Dostałem wiadomości, że wreszcie ktoś podnosi głos i mówi, że jest źle, że potrafi napisać jak lekarze są niemili wobec siebie, jak praktyki młodych adeptów medycyny są de facto fikcyjne. Ale dostałem, też opinie, że nie ma co się dziwić, bo przecież mało umieją (to po co mają zalegać w gabinetach i czas innym zajmować), że każdy przeszedł taką drogę, że to wada systemu.
      W tym wszystkim najbardziej mi przeszkadza PODZIAŁ. Nie ma wspólnej chęci do zmian na lepsze. Nie ma wciąż jednego wspólnego głosu. To tak, jak z walką zjednoczonych rezydentów - wszyscy się zgadzamy, popieramy, a i tak znajdą się Ci, którzy stwierdzą: A po co to robić, po co się starać, przecież i tak nic się nie zmieni. Podobnie jest z pielęgniarkami - podobno wszystkie chcą podwyżek i lepszych warunków pracy, ale wciąż nie ma jedności w środowisku. Wciąż są podziały, bo lepiej jest narzekać niż coś zrobić.
      Odniosę się do praktyk dla studentów medycyny. Wiadomo, że system nauczania jest wadliwy. Każdy Uniwersytet ma własny program, własne siatki godzin, każdy kierownik Katedry czy Kliniki może zarządzać swoim przedmiotem jak chce, a w efekcie z przedmiotu niepotrzebnego można zrobić arcytrudny egzamin, a z przedmiotu najistotniejszego w kształceniu lekarzy można zrobić zaliczenie dzięki obecności. Studia trwają niesamowicie długo i w efekcie kiepsko przygotowują do praktyki. Studenci są zarzuceni, szczególnie na pierwszych latach, ogromem niepotrzebnej wiedzy. Informacjami, które z czasem są zapominane i wypierane przez kolejne. Zajęcia kliniczne są prowadzone różnie. Jedni lekarze-nauczyciele akademiccy chętnie pokażą i pomogą, inni zaś zaczynają zajęcia godzinę po czasie, niechętnie współpracują, mają "gdzieś" swoich studentów. Jeżeli zaś chodzi o praktyki wakacyjne, to faktycznie: wpuszczanie studentów do POZ po 2 roku studiów jest absurdem. Ale to samo można powiedzieć o praktykach pielęgniarskich po 1 roku. Po cóż mamy iść na nie po pierwszym roku, naładowani wiedzą z anatomii i fizjologii, gdy nie umiemy nawet trzymać strzykawki w ręku? Zatem ma ktoś nas tego musi nauczyć - pielęgniarka. Czyli te praktyki mają sens? Ale idziemy po 2 roku do POZ i mamy:
      1 Poznanie zasad rejestracji chorych, rodzaju dokumentacji i systemu prowadzenia kartoteki chorego.
      2 Asystowanie lekarzowi w przychodni przy przyjmowaniu chorych, a w miarę możliwości także w wizytach domowych oraz w zbieraniu wywiadu.
      3 Poznanie zasad wydawania zaświadczeń lekarskich i orzeczeń o czasowej niezdolności do pracy.
      4 Poznanie zasad kierowania chorych do badań specjalistycznych, ich transportu oraz sposobów wypełniania skierowań do takich badań.
      5 Opanowanie zasad organizacji pracy w gabinecie zabiegowym.
      6 Doskonalenie umiejętności wykonywania wstrzyknięć podskórnych i domięśniowych.
      7 Nabycie umiejętności wykonywania i interpretacji prób nadwrażliwości na niektóre leki (głównie antybiotyki).
      8 Opanowanie zasad udzielania pierwszej pomocy w nagłych wypadkach.
      9 Współudział w wykonywaniu drobnych zabiegów lekarskich.
      10 Zasady pobierania i przesyłania materiałów do badań laboratoryjnych i rejestracji wyników.
      11 Zapoznanie się z metodami przeprowadzania badania bilansowego pacjenta do ukończenia 18. roku życia.
      12 Poznanie zasad kwalifikowania pacjenta do szczepień oraz stosowania kalendarza szczepień u pacjentów do ukończenia 18. roku życia.
      Kiedy więc tych wszystkich punktów mamy się nauczyć? Przerzucić może zajęcia w POZ z 2 na 6 rok? Chyba tylko po to, aby już utwierdzonych studentów jeszcze bardziej uprzedzić przed pracą w takim miejscu. O, wprowadźmy jeszcze obowiązkowo kilka dni w całodobowej opiece. Dopiero będzie się działo!
      Absolutnie nigdy nie zgodzę się z opinią, że student jest niepotrzebny w gabinecie, że podbijam mu pieczątkę w indeksie i żegnam! Tak nie może być! Już wolę "starych męczycieli", co to trzymają studentów od 8:00 do 15:05 aniżeli leni, którzy za nic mają studentów - przyszłych lekarzy, przyszłych kolegów. To tak, jakby na kursie prawa jazdy instruktor na piękne oczy podbijał pieczątkę, a potem puszczał w świat 50 km/h lewym pasem.
      Jak już narzekamy, to pójdźmy o krok dalej: piszmy do władz i powiedzmy im co jest źle - dając odpowiedni przykład zmiany. Po to idziemy na praktyki, żeby się czegoś nauczyć. Jeżeli ktoś się zgadza nas przyjąć, bierze odpowiedzialność za to, byśmy wyszli chociażby z dobrą opinią o tym miejscu: że tam dzieje się dobrze, że dba się o dobro pacjenta i PERSONELU, a nie pracuje jak "maszyny do stawiania pieczątek". Idąc na chirurgię jakoś nie jesteśmy zbędni. I nie zgodzę się, że mamy nagle niesamowicie większą wiedzę po 3 czy 4 roku, która sprawia, że stajemy się ogromnie przydatni. Ledwo umiemy dotknąć pacjenta, zbadać i ewentualnie rozpoznać podstawowe jednostki chorobowe, trochę wiemy o farmakologii i leczeniu. Może warto byłoby się zastanowić nad solidnym przedmiotem propedeutyki medycyny już na 1 roku, tak żeby ten biedny niedouczony i NIEPRZYDATNY według niektórych student miał jakiekolwiek pojęcie o tym, co dzieje się na oddziale czy w szacownej przychodni.
      A ten lichy taboret dla praktykanta, fartuch zakładany na korytarzu, własne kolana to tylko kwestia dobrej kultury i wychowania lekarzy, bo są tacy, którzy znajdą miejsce na biurku dla nowego kolegi, poświęcą dodatkową minutę, żeby i "młody" osłuchał pacjenta. Ale to kwestia podejścia i tego jak bardzo nam się chce. Rozumiem skalę problemu przeładowanych przychodni, braku czasu na dobry wywiad i badanie pacjenta, ale nie możemy sami dyskwalifikować przyszłych lekarzy. To jest forma edukacji społeczeństwa. Zaniżamy szacunek do własnego zawodu. Na przestrzeni lat nasze środowisko zyskało opinię skorumpowanych, bogatych, wrednych i opryskliwych doktorów. Sami do tego doprowadziliśmy. No może z pomocą mediów. Jak potem pacjent ma wyrazić zgodę na badanie przez studenta, na podstawowy zabieg czy cokolwiek widząc pokrzywionego w kącie zahukanego błazna w białym kitlu, którym nikt się nie interesuje...
      Dziwne, że akurat POZ stwarza najwięcej problemów… Może faktycznie jest do jedna z najbardziej wadliwych gałęzi medycyny…
    • By surowy
      Kiedy studiujemy, poznajemy medycynę od środka. Nowe przedmioty, wielcy profesorowie, tyle ambitnych planów. Zdobywamy wiedzę i chcemy poszerzać swoje horyzonty. Obcujemy z ludźmi chorymi, cierpiącymi oraz tymi, którzy leczą - mentorami, wybitnymi specjalistami. Ale niestety trafiają się i przykre historie, kiedy to poznajesz wadliwy dział medycyny, albo raczej środowiska medycznego.
      Chyba po drugim roku mieliśmy praktyki u lekarza rodzinnego. Znamy go wszyscy, chodzimy od dziecka do jednej przychodni. Witamy się na ulicy. A teraz razem usiądziemy w gabinecie i będziemy leczyć. O, jak marzyłem o tych praktykach. Przecież od małego przychodzę tutaj jako pacjent, wszystkie "starsze" pielęgniarki już mnie kłuły, szczepiły, mierzyły. Niejeden lekarz diagnozował ospę czy anginę. Dzisiaj to ja będę z nimi pracować.
      Przecież mnie znają - będzie super! Na początek wspólna kawka, aby się poznać, a potem dumnie będziemy kroczyć przez korytarz w białym kitlu. Tak, żeby wszyscy widzieli, że idą oni - doktory. Potem będę pisać recepty, badać, diagnozować, kierować do specjalistów. Ktoś na pewno trafi z zatrzymaniem krążenia i poprowadzę całą akcję reanimacyjną; ktoś przyjdzie ze złamaną ręką i założę swój pierwszy gips, a może nawet rozpoznam cukrzycę albo raka.
      Tyle marzenia o wspaniałych praktykach.
      Ani jedno słowo się nie sprawdziło. Ani jedna pielęgniarka mnie "nie pamiętała". Ani jeden lekarz nie badał ze mną. Główne pytanie: po co ja tu jestem? No, sprawa oczywista: żeby nauczyć się, jak być dobrym lekarzem. Żeby poznawać pracę od środka, żeby badać pacjentów, nauczyć się z nimi rozmawiać, zdobywać nowe doświadczenia. Pielęgniarki dumnie kroczyły, wielkie Panie ośrodka zdrowia, zacnej przychodni. Doktory pochowane w gabinetach z przygotowaną stertą recept. Nikt nie odpowie dzień dobry, nikt się nie uśmiechnie. Pytam kiedy przyjmuje dany lekarz i dostaje odpowiedź, że przecież "pisze na drzwiach". Tak bardzo ten obraz dobrego personelu medycznego z dzieciństwa nie zgadza mi się z tym, co otrzymuję teraz - pogarda, brak chęci współpracy...
      Trafiłem wreszcie do gabinetu internisty. Przyjęliśmy "aż" dwóch pacjentów, z czego jeden to przedłużenie recept, a drugi z neuralgią i skierowaniem do specjalisty. Po czym lekarz mówi: może Pan sobie już iść do domu, dziś już nic ciekawego nie będzie.
      Oczywiście w gabinecie miałem dodatkowy fotel, miejsce do robienia notatek, także zostałem poczęstowany herbatą w upalny dzień i mogłem swobodnie rozmawiać z pacjentami a potem zadawać pytania lekarzowi, by pogłębić swoją wiedzę. A nie … tak chciałem żeby było. Nie było. Był taboret w kącie, moje kolana i to wszystko. Pacjenta nie dotknąłem. A i fartuch też na korytarzu zakładałem, bo miejsca w szatni nie było.
      Resztkami nadziei, że może będzie inaczej spróbowałem zagadać do Pani w laboratorium, że może chociaż krew komuś pobiorę, gazometrię nawet. A gdzieżby! "Pan miał to na praktykach rok temu, ja nie będę odpowiadać za Pana, poza tym my tu mamy dużo pracy” - usłyszałem. Dziękuję było mi bardzo miło. Ale jeszcze są specjaliści. Znany ginekolog w mieście, świetne opinie to może chociaż on mnie przyjmie i pokaże USG. „Panie Doktorze, nazywam się X, jestem studentem… czy mógłbym dzisiaj Panu asystować w badaniu pacjentów…?” Pada jasna i klarowna odpowiedź: Nie. Proszę przyjść sobie na oddział do szpitala, ale nie w przychodni.
      Tak oto minęły moje praktyki w dziedzinie medycyny rodzinnej. Bardzo się zraziłem i żałowałem każdej chwili tam spędzonej. Nabrałem też dystansu do tych wszystkich ludzi tam pracujących. Przykre to było. Myślę sobie: oni też kiedyś byli młodzi. Też chcieli się uczyć i zdobywać wiedzę. I też ktoś im to musiał pokazać, doradzić, nauczyć. Szkoda, że zapomnieli o tym. Szkoda też, że zapomnieli o kulturze i szacunku do drugiego człowieka.
      Pozostaje apel: szanowni medycy, szanowni lekarze, szanowne pielęgniarki: pamiętajcie, że was też ktoś uczył i wy też przekażcie tę wiedzę innym. Młody adept medycyny może być kiedyś waszym lekarzem. Dajcie mu szansę i traktujcie go z szacunkiem tak jak wy chcieliście być traktowani.
      A wy, studenci: nie bójcie się reagować na takie zachowania. Praktyki można zmienić. Waszym prawem jest zdobycie wiedzy i wyniesienie z takich zajęć jak najwięcej treści, a nie poczucia beznadziei i tego, że ktoś was zmieszał z błotem. Nie możecie sobie na to pozwolić, choćby dopuszczał się tego największy profesor!
    • By surowy
      Przekonałem się o tym na wakacjach: Lekarzem nie przestajesz być nigdy. Służysz zawsze. Jak ksiądz. Wierny do końca. Nie od 8 do 16, nie od poniedziałku do piątku, ale ZAWSZE. Prof. Religa mówił, że lekarzem nie przestajesz być nigdy, inaczej zmień swój fach. Ale dziś nie o filozofii życia, ale o tym, że swoje lekarskie obowiązki pełnimy przez całe życie, bez względu na sytuację.
      W czasie studiów i to na wakacjach, zgodnie z zasadą "biedny student - bogate wakacje" zdarzył mi się mój pierwszy raz... Nie ten, o którym większość myśli, ale ów, na który niejeden lekarz musi czekać do czasu swojego pierwszego trudnego dyżuru. Zdarzyło mi się to dużo wcześniej. Jak to ze współczesną młodzieżą bywa...
      Zamek, słońce, czerwiec, upał jakieś 38-39 stopni. Z dwiema koleżankami na dziedzińcu pewnego zamku robimy sweet focie i nagle w pobliżu turysta pada na ziemię. W głowie oczywiście myśli: "jesteś super lekarzem, turbo ratownikiem, masz wiedzę, uratujesz go, idź i zostań bohaterem". No i poszedłem.
      Stojący tłum polewa mężczyznę wodą. Fakt - moja pierwsza myśl: to zwykłe omdlenie przy takiej temperaturze. Może jakieś drgawki... Ale zgodnie ze sztuką podchodzę i sprawdzam oddech oraz tętno. Jako wykształcony członek służb medycznych sprawdzam wszystko za jednym zamachem, bo znam już specjalne metody. Wszak jestem po egzaminie (i to na świeżo) z medycyny ratunkowej. I wtedy wypowiedziałem pierwszy raz słowa: Zatrzymanie krążenia. Brzmiały jak watykańskie Habemus Papam. Tylko tam cieszą się i skaczą z radości. U mnie było trochę inaczej.
      Te ułamki sekund, kiedy w sercu wakacji i wypoczynku nagle podejmujesz walkę o ludzkie życie. Co masz w głowie za pierwszym razem? To jakaś masakra. Pustka i miliony myśli: Co robić? Algorytmy w głowie, ale co z tego. To już nie manekin, a żywy pacjent. Nie ma nade mną lekarza, nie ma mentora ani kogoś, kto pomoże. Jestem sam. Odpowiedzialny. To ja podejmuje decyzje i to ode mnie zależy los naszego poszkodowanego. Niby banalne ale jak ważne. No to działamy!
      Koleżance nr 1 zlecam wezwanie pogotowia. Jest ona fizjoterapeutką, więc wie jak postępować. Niestety otrzymuję informację, że karetka dojedzie do 15 minut, bo spora odległość do zamku. Myślę sobie: bosko. Jak moje biedne, odsłonięte kolana wytrzymają tę twardą zamkową kostkę? Szybko pojawiło się silne przekrwienie i zadrapania. Ale co tam. Jestem lekarzem!
      Tłum dzieci dookoła. A ich cudowne opiekunki zamiast uchronić pociechy przed traumatycznymi widokami, stoją i patrzą jak sroki w... Może któraś ruszy się i pomoże? Pozbyliśmy się ich dopiero po chwili, ale co zostało im w głowach to już ich.
      Koleżanka nr 2 wspomaga z udrażnianiem dróg oddechowych, woła po cisnących się wkoło ludziach o więcej tlenu. Dopinguje, liczy uciśnięcia.
      A gdzie obsługa zamku? Strażnicy? Kierownicy? Ktokolwiek? W bramie, jakieś 20 metrów od nas czai się strażnik. Uchyla się, byleby go ktoś o coś nie poprosił. Przy nas nie ma szans na lenistwo. Wołamy go, aby chociaż apteczkę nam przyniósł, cokolwiek. O AED już nie wspomnę. Po chwili łaskawie donosi sprzęt. Nareszcie! Możemy prowadzić wentylację pacjenta, 30:2 nabiera sensu. Ale mięśnie mocno dają się we znaki. Trzeba się zmienić. Algorytm nie bezpodstawnie mówi o zmianach co 2 minuty. Bo moje uciśnięcia nie są już tak skuteczne. Choćbym turbo siłacza zmusił do uciskania to każdy w końcu padnie. Zatem dołączył do nas pewien mężczyzna i wspomógł swoją muskulaturą.
      Ale oczywiście nigdy nie może być za łatwo. Oto z tłumu wyłania się "specjalista medycyny ratunkowej, anestezjologii i w ogóle wszelakiej medycyny". Podnosi rękę poszkodowanego i bezwładnie puszcza na ziemię po czym stwierdza: On już nie żyje. Ja w ułamku sekundy dostaję hipertensji i drgawek, żona popada w rozpacz. Sytuację ratuje koleżanka od wentylacji - soczysta wiązanka i specjalista znachor znika w tłumie.
      No i żona. Stoi i płacze nad mężem. Niesamowicie trudna i przejmująca sytuacja. Uciskam klatkę piersiową jej męża, brak oznak życia, a ona przypatruje się i nie może nic zrobić. Ale nie ma lepszej metody w takim momencie, niż uaktywnić rodzinę i włączyć ją do jakichkolwiek działań. Skłaniam ją więc do dyskusji o stanie zdrowia męża, zbieram godnie wywiad. Wiem już, że trochę nadużywa alkoholu, że dziś też dziabnął z rana, że serce chore, że leki takie.
      Nadjeżdża karetka.
      Nie zostawiam mojego pacjenta z nimi. Przecież to mój pacjent. Ogłaszam kim jestem i że chętnie im pomogę. Strzał jeden, drugi, migotanie komór, wkłucie, płyny, intubacja. Wzywamy helikopter? Nie ma gdzie wylądować, wzywamy „S”. W między czasie dyskusja, kim jestem, co już zrobiłem, co z wywiadu już wiemy. 
      Przyjeżdża karetka z lekarzem. Dopełniają formalności, badają pacjenta, pakują i jadą.
      Organizatorka wycieczki, z którą przybył nieszczęśnik zdobyła informacje, gdzie się uczę i wysłali list z podziękowaniami. To miłe. Pacjent przeżył. Bez powikłań. Po kilku dniach wyszedł ze szpitala. A ja zostałem lekarzem.
      Ten mój pierwszy raz do późnego wieczora przeżywałem. Siedząc na balkonie z piwkiem myślałem, czy wszystko dobrze zrobiłem. Czy prawidłowo rozpoznałem NZK; czy tętno było, czy nie; czy algorytm zastosowałem jak trzeba, czy opóźniałem; czy było jeszcze coś do zrobienia? Miliony myśli, analiza minuta po minucie. Ale jest sukces.
      Są też te smutne wnioski. Co gdyby mnie tam nie było? Kto udzieliłby pomocy? Służby porządkowe, kierownicy, którzy są teoretycznie przeszkoleni na wypadek takich sytuacji nie reagują. Przypadkowi turyści chętnie rzucają się do pomocy, ale ich wiedza jest też ograniczona. Nikt z tego tłumu nie sprawdził oznak życia. Niestety, ale wciąż brakuje w naszym społeczeństwie gruntownej wiedzy w zakresie pierwszej pomocy. Takiej, która zapewni bezpieczeństwo każdemu z nas. BLS.
      Jest też osobista refleksja: Jakiż jestem mały wobec potęgi medycyny. Jak bardzo mało wiem. Jak dużo jeszcze mnie czeka.
      Ale od teraz jestem lekarzem. Po swoim pierwszym razie.
      Łukasz Surówka
×
×
  • Create New...

Important Information

By using this site, you agree to our Terms of Use.