Jump to content
flower13

Praktyki wakacyjne po 1 roku- Kraków

Recommended Posts

Hej, orientuje się ktoś może, jak wygląda sprawa praktyk wakacyjnych po pierwszym roku lekarskiego w poszczególnych szpitalach w Krakowie? W którym z nich najlepiej je zrobić, aby podczas nich się czegoś jednak nauczyć? :twisted: I jakie oddziały w nich polecacie?

Share this post


Link to post
Share on other sites

Join the conversation

You can post now and register later. If you have an account, sign in now to post with your account.

Guest
Reply to this topic...

×   Pasted as rich text.   Paste as plain text instead

  Only 75 emoji are allowed.

×   Your link has been automatically embedded.   Display as a link instead

×   Your previous content has been restored.   Clear editor

×   You cannot paste images directly. Upload or insert images from URL.


  • Similar Content

    • By Siqence
      Szukam korepetytora który bardzo dobrze przygotuje mnie z biologii na maturę (zależy mi na lekarskim) od 1 klasy liceum. Jeśli ktoś zna proszę o podanie kontaktu:)
    • By marzenieoleku
      Witam,
      w tym roku poprawiałam maturę z chemii i biologii ( po raz pierwszy) lecz wyniki,które mam nie są wystarczająco dobre by dostać się na wymarzone studia lekarskie- brakuje mi ok 30 punktów na studia stacjonarne. Na niestacjonarne wyniki dopiero 29.08 i tam z kolei mam szansę się dostać ale nie jest to pewne. Jestem przekonana o tym,że studia te są miejscem dla mnie i marzenie to trwa co najmniej od gimnazjum. Niestety trudno mi powiedzieć na czym polegają moje błędy maturalne ( CKE nie uznaje odpowiedzi ze względu na np użycie innego słowa,niż oni sami wymyślili),gdyż od 2 klasy liceum chodziłam na korepetycje z biologii i z chemii ,na których z resztą słyszałam,że mam wręcz 100 procentowe szanse,żeby sie dostać - wobec czego tym bardziej przeżywam dwie porażki. Rok temu byłam w domu i uczyłam się sama- bo uznałam,że korepetytorzy to nie ta droga, skoro w rok pisania tej właściwej matury się nie udało.Uczenie się samej jednak też nie pozwoliło mi dostać się na medycynę .Jestem zdeterminowana i mocno nastawiona na sukces ale z dnia na dzień tracę energię i nadzieję na to,że kiedykolwiek uda mi sie tam dostać, tym bardziej, że rodzina która zawsze wspierała mnie w decyzjach, tym razem stara się namówić mnie na inny kierunek.  I stąd ten wątek, czy uważacie ,że jest sens próbować dostać się na Lekarski po raz trzeci? Czy znacie osoby - albo sami nimi jesteście- które dostały się za trzecim czy kolejnym razem i nie żałują tych "straconych" lat na poprawianie matury? Czy uważacie,że jest sens w pójściu na semestr na biotechnologię na PW(bo tu się dostałam) i poprawianiu matury czy lepiej zostać drugi rok w domu/pójść do pracy ? Co Wy byście zrobili na moim miejscu?  Chciałabym poznać Wasze opinie ,gdyż mimo,że sama wiem gdzie chciałabym "skończyć" to coraz mniej mam siły na to,żeby kolejny raz uczyć się tego samego i kolejny raz mierzyć się z taką sytuacją ,bo bycie zawieszonym gdzieś między liceum,a studiami - bez pracy to także ciężkie dla psychiki młodej osoby i zastanawiam się czy to już jest ten moment,żeby spróbować otworzyć "głowę" i pójść w innym kierunku czy może jeszcze warto próbować i się nie poddawać.
      Z góry dziękuję za odpowiedzi  
    • By surowy
      Medyczna flegma. Brzmi okropnie ale tak najlepiej można oddać stosunki w naszym  środowisku. Brakuje porządnego "expectoration". Kto przyjdzie i wstrząśnie? Kto naprawi i oczyści tę zalegającą wśród nas "sputum"?
      Pisałem ostatnio o najgorszych praktykach. I nagle środowisko się podzieliło. Dostałem wiadomości, że wreszcie ktoś podnosi głos i mówi, że jest źle, że potrafi napisać jak lekarze są niemili wobec siebie, jak praktyki młodych adeptów medycyny są de facto fikcyjne. Ale dostałem, też opinie, że nie ma co się dziwić, bo przecież mało umieją (to po co mają zalegać w gabinetach i czas innym zajmować), że każdy przeszedł taką drogę, że to wada systemu.
      W tym wszystkim najbardziej mi przeszkadza PODZIAŁ. Nie ma wspólnej chęci do zmian na lepsze. Nie ma wciąż jednego wspólnego głosu. To tak, jak z walką zjednoczonych rezydentów - wszyscy się zgadzamy, popieramy, a i tak znajdą się Ci, którzy stwierdzą: A po co to robić, po co się starać, przecież i tak nic się nie zmieni. Podobnie jest z pielęgniarkami - podobno wszystkie chcą podwyżek i lepszych warunków pracy, ale wciąż nie ma jedności w środowisku. Wciąż są podziały, bo lepiej jest narzekać niż coś zrobić.
      Odniosę się do praktyk dla studentów medycyny. Wiadomo, że system nauczania jest wadliwy. Każdy Uniwersytet ma własny program, własne siatki godzin, każdy kierownik Katedry czy Kliniki może zarządzać swoim przedmiotem jak chce, a w efekcie z przedmiotu niepotrzebnego można zrobić arcytrudny egzamin, a z przedmiotu najistotniejszego w kształceniu lekarzy można zrobić zaliczenie dzięki obecności. Studia trwają niesamowicie długo i w efekcie kiepsko przygotowują do praktyki. Studenci są zarzuceni, szczególnie na pierwszych latach, ogromem niepotrzebnej wiedzy. Informacjami, które z czasem są zapominane i wypierane przez kolejne. Zajęcia kliniczne są prowadzone różnie. Jedni lekarze-nauczyciele akademiccy chętnie pokażą i pomogą, inni zaś zaczynają zajęcia godzinę po czasie, niechętnie współpracują, mają "gdzieś" swoich studentów. Jeżeli zaś chodzi o praktyki wakacyjne, to faktycznie: wpuszczanie studentów do POZ po 2 roku studiów jest absurdem. Ale to samo można powiedzieć o praktykach pielęgniarskich po 1 roku. Po cóż mamy iść na nie po pierwszym roku, naładowani wiedzą z anatomii i fizjologii, gdy nie umiemy nawet trzymać strzykawki w ręku? Zatem ma ktoś nas tego musi nauczyć - pielęgniarka. Czyli te praktyki mają sens? Ale idziemy po 2 roku do POZ i mamy:
      1 Poznanie zasad rejestracji chorych, rodzaju dokumentacji i systemu prowadzenia kartoteki chorego.
      2 Asystowanie lekarzowi w przychodni przy przyjmowaniu chorych, a w miarę możliwości także w wizytach domowych oraz w zbieraniu wywiadu.
      3 Poznanie zasad wydawania zaświadczeń lekarskich i orzeczeń o czasowej niezdolności do pracy.
      4 Poznanie zasad kierowania chorych do badań specjalistycznych, ich transportu oraz sposobów wypełniania skierowań do takich badań.
      5 Opanowanie zasad organizacji pracy w gabinecie zabiegowym.
      6 Doskonalenie umiejętności wykonywania wstrzyknięć podskórnych i domięśniowych.
      7 Nabycie umiejętności wykonywania i interpretacji prób nadwrażliwości na niektóre leki (głównie antybiotyki).
      8 Opanowanie zasad udzielania pierwszej pomocy w nagłych wypadkach.
      9 Współudział w wykonywaniu drobnych zabiegów lekarskich.
      10 Zasady pobierania i przesyłania materiałów do badań laboratoryjnych i rejestracji wyników.
      11 Zapoznanie się z metodami przeprowadzania badania bilansowego pacjenta do ukończenia 18. roku życia.
      12 Poznanie zasad kwalifikowania pacjenta do szczepień oraz stosowania kalendarza szczepień u pacjentów do ukończenia 18. roku życia.
      Kiedy więc tych wszystkich punktów mamy się nauczyć? Przerzucić może zajęcia w POZ z 2 na 6 rok? Chyba tylko po to, aby już utwierdzonych studentów jeszcze bardziej uprzedzić przed pracą w takim miejscu. O, wprowadźmy jeszcze obowiązkowo kilka dni w całodobowej opiece. Dopiero będzie się działo!
      Absolutnie nigdy nie zgodzę się z opinią, że student jest niepotrzebny w gabinecie, że podbijam mu pieczątkę w indeksie i żegnam! Tak nie może być! Już wolę "starych męczycieli", co to trzymają studentów od 8:00 do 15:05 aniżeli leni, którzy za nic mają studentów - przyszłych lekarzy, przyszłych kolegów. To tak, jakby na kursie prawa jazdy instruktor na piękne oczy podbijał pieczątkę, a potem puszczał w świat 50 km/h lewym pasem.
      Jak już narzekamy, to pójdźmy o krok dalej: piszmy do władz i powiedzmy im co jest źle - dając odpowiedni przykład zmiany. Po to idziemy na praktyki, żeby się czegoś nauczyć. Jeżeli ktoś się zgadza nas przyjąć, bierze odpowiedzialność za to, byśmy wyszli chociażby z dobrą opinią o tym miejscu: że tam dzieje się dobrze, że dba się o dobro pacjenta i PERSONELU, a nie pracuje jak "maszyny do stawiania pieczątek". Idąc na chirurgię jakoś nie jesteśmy zbędni. I nie zgodzę się, że mamy nagle niesamowicie większą wiedzę po 3 czy 4 roku, która sprawia, że stajemy się ogromnie przydatni. Ledwo umiemy dotknąć pacjenta, zbadać i ewentualnie rozpoznać podstawowe jednostki chorobowe, trochę wiemy o farmakologii i leczeniu. Może warto byłoby się zastanowić nad solidnym przedmiotem propedeutyki medycyny już na 1 roku, tak żeby ten biedny niedouczony i NIEPRZYDATNY według niektórych student miał jakiekolwiek pojęcie o tym, co dzieje się na oddziale czy w szacownej przychodni.
      A ten lichy taboret dla praktykanta, fartuch zakładany na korytarzu, własne kolana to tylko kwestia dobrej kultury i wychowania lekarzy, bo są tacy, którzy znajdą miejsce na biurku dla nowego kolegi, poświęcą dodatkową minutę, żeby i "młody" osłuchał pacjenta. Ale to kwestia podejścia i tego jak bardzo nam się chce. Rozumiem skalę problemu przeładowanych przychodni, braku czasu na dobry wywiad i badanie pacjenta, ale nie możemy sami dyskwalifikować przyszłych lekarzy. To jest forma edukacji społeczeństwa. Zaniżamy szacunek do własnego zawodu. Na przestrzeni lat nasze środowisko zyskało opinię skorumpowanych, bogatych, wrednych i opryskliwych doktorów. Sami do tego doprowadziliśmy. No może z pomocą mediów. Jak potem pacjent ma wyrazić zgodę na badanie przez studenta, na podstawowy zabieg czy cokolwiek widząc pokrzywionego w kącie zahukanego błazna w białym kitlu, którym nikt się nie interesuje...
      Dziwne, że akurat POZ stwarza najwięcej problemów… Może faktycznie jest do jedna z najbardziej wadliwych gałęzi medycyny…
    • By surowy
      Kiedy studiujemy, poznajemy medycynę od środka. Nowe przedmioty, wielcy profesorowie, tyle ambitnych planów. Zdobywamy wiedzę i chcemy poszerzać swoje horyzonty. Obcujemy z ludźmi chorymi, cierpiącymi oraz tymi, którzy leczą - mentorami, wybitnymi specjalistami. Ale niestety trafiają się i przykre historie, kiedy to poznajesz wadliwy dział medycyny, albo raczej środowiska medycznego.
      Chyba po drugim roku mieliśmy praktyki u lekarza rodzinnego. Znamy go wszyscy, chodzimy od dziecka do jednej przychodni. Witamy się na ulicy. A teraz razem usiądziemy w gabinecie i będziemy leczyć. O, jak marzyłem o tych praktykach. Przecież od małego przychodzę tutaj jako pacjent, wszystkie "starsze" pielęgniarki już mnie kłuły, szczepiły, mierzyły. Niejeden lekarz diagnozował ospę czy anginę. Dzisiaj to ja będę z nimi pracować.
      Przecież mnie znają - będzie super! Na początek wspólna kawka, aby się poznać, a potem dumnie będziemy kroczyć przez korytarz w białym kitlu. Tak, żeby wszyscy widzieli, że idą oni - doktory. Potem będę pisać recepty, badać, diagnozować, kierować do specjalistów. Ktoś na pewno trafi z zatrzymaniem krążenia i poprowadzę całą akcję reanimacyjną; ktoś przyjdzie ze złamaną ręką i założę swój pierwszy gips, a może nawet rozpoznam cukrzycę albo raka.
      Tyle marzenia o wspaniałych praktykach.
      Ani jedno słowo się nie sprawdziło. Ani jedna pielęgniarka mnie "nie pamiętała". Ani jeden lekarz nie badał ze mną. Główne pytanie: po co ja tu jestem? No, sprawa oczywista: żeby nauczyć się, jak być dobrym lekarzem. Żeby poznawać pracę od środka, żeby badać pacjentów, nauczyć się z nimi rozmawiać, zdobywać nowe doświadczenia. Pielęgniarki dumnie kroczyły, wielkie Panie ośrodka zdrowia, zacnej przychodni. Doktory pochowane w gabinetach z przygotowaną stertą recept. Nikt nie odpowie dzień dobry, nikt się nie uśmiechnie. Pytam kiedy przyjmuje dany lekarz i dostaje odpowiedź, że przecież "pisze na drzwiach". Tak bardzo ten obraz dobrego personelu medycznego z dzieciństwa nie zgadza mi się z tym, co otrzymuję teraz - pogarda, brak chęci współpracy...
      Trafiłem wreszcie do gabinetu internisty. Przyjęliśmy "aż" dwóch pacjentów, z czego jeden to przedłużenie recept, a drugi z neuralgią i skierowaniem do specjalisty. Po czym lekarz mówi: może Pan sobie już iść do domu, dziś już nic ciekawego nie będzie.
      Oczywiście w gabinecie miałem dodatkowy fotel, miejsce do robienia notatek, także zostałem poczęstowany herbatą w upalny dzień i mogłem swobodnie rozmawiać z pacjentami a potem zadawać pytania lekarzowi, by pogłębić swoją wiedzę. A nie … tak chciałem żeby było. Nie było. Był taboret w kącie, moje kolana i to wszystko. Pacjenta nie dotknąłem. A i fartuch też na korytarzu zakładałem, bo miejsca w szatni nie było.
      Resztkami nadziei, że może będzie inaczej spróbowałem zagadać do Pani w laboratorium, że może chociaż krew komuś pobiorę, gazometrię nawet. A gdzieżby! "Pan miał to na praktykach rok temu, ja nie będę odpowiadać za Pana, poza tym my tu mamy dużo pracy” - usłyszałem. Dziękuję było mi bardzo miło. Ale jeszcze są specjaliści. Znany ginekolog w mieście, świetne opinie to może chociaż on mnie przyjmie i pokaże USG. „Panie Doktorze, nazywam się X, jestem studentem… czy mógłbym dzisiaj Panu asystować w badaniu pacjentów…?” Pada jasna i klarowna odpowiedź: Nie. Proszę przyjść sobie na oddział do szpitala, ale nie w przychodni.
      Tak oto minęły moje praktyki w dziedzinie medycyny rodzinnej. Bardzo się zraziłem i żałowałem każdej chwili tam spędzonej. Nabrałem też dystansu do tych wszystkich ludzi tam pracujących. Przykre to było. Myślę sobie: oni też kiedyś byli młodzi. Też chcieli się uczyć i zdobywać wiedzę. I też ktoś im to musiał pokazać, doradzić, nauczyć. Szkoda, że zapomnieli o tym. Szkoda też, że zapomnieli o kulturze i szacunku do drugiego człowieka.
      Pozostaje apel: szanowni medycy, szanowni lekarze, szanowne pielęgniarki: pamiętajcie, że was też ktoś uczył i wy też przekażcie tę wiedzę innym. Młody adept medycyny może być kiedyś waszym lekarzem. Dajcie mu szansę i traktujcie go z szacunkiem tak jak wy chcieliście być traktowani.
      A wy, studenci: nie bójcie się reagować na takie zachowania. Praktyki można zmienić. Waszym prawem jest zdobycie wiedzy i wyniesienie z takich zajęć jak najwięcej treści, a nie poczucia beznadziei i tego, że ktoś was zmieszał z błotem. Nie możecie sobie na to pozwolić, choćby dopuszczał się tego największy profesor!
    • By Jagoda_
      Jakie są kryteria przyznawania stypendiów? Szczególnie interesuje mnie naukowe. Co poza średnią jest brane pod uwagę? Jaka średnia jest minimalna, by zacząć o tym myśleć? Jestem po pierwszym roku. Na stronie uczelni nie znalazłam odpowiedzi. Jak ktoś ma informacje na temat socjalnego, to również chętnie przeczytam 
×
×
  • Create New...

Important Information

By using this site, you agree to our Terms of Use.