Skocz do zawartości
View in the app

A better way to browse. Learn more.

MedFor.me - Medycyna. AI. Obiektywnie

A full-screen app on your home screen with push notifications, badges and more.

To install this app on iOS and iPadOS
  1. Tap the Share icon in Safari
  2. Scroll the menu and tap Add to Home Screen.
  3. Tap Add in the top-right corner.
To install this app on Android
  1. Tap the 3-dot menu (⋮) in the top-right corner of the browser.
  2. Tap Add to Home screen or Install app.
  3. Confirm by tapping Install.

Z życia prowincjonalnej lekarki...

Studia skończyłam z jednym z najlepszych wyników na roku, ale ku zdziwieniu wszystkich, albo przynajmniej części: nie zostałam w klinikach, nie zaczęłam doktoratu, nie zaczęłam też dorabiać w przychodniach, czy NPL-ach. Zaraz po studiach wróciłam na swoją górską prowincję, żeby tam leczyć ludzi.

Tak - brzmi to dumnie. Myślałby człowiek, że na prowincji szczególnie dumnie. W osobistych kontaktach może i dumnie, ale w przeświadczeniu zwykłego obywatela zostałam myślącą tylko o sobie i pieniądzach osobą, z której zdaniem rzadko kiedy trzeba się liczyć, a częściej osobą, na której każde potknięcie czekamy, licząc na hojnie zasądzone odszkodowanie.

Wróciłam, zostawiając za sobą wielką medycynę, najnowsze osiągnięcia wielkich uczonych, najnowsze badania, czy nawet zwykłe badania kliniczne. Wróciłam na prowincję nie chcąc pracować od rana do nocy, czy nosić teczek za profesorem. Wróciłam najpierw na staż, nie chcąc jak na studiach podpierać ścian jak moi koledzy. Staż skończyłam zachwycona - przez ten rok nauczyłam się praktycznie i teoretycznie więcej niż przez całe studia. Prowadziłam własnych pacjentów, nakłuwałam opłucne, otrzewne, pobierałam szpiki, na anestezjologii sama intubowałam, wprowadzałam w znieczulenie, a potem niekiedy nawet sama, z braku personelu, zostawałam na całej operacji jako anestezjolog. Tyle samo nerwów, co satysfakcji przyniósł mi ten rok.

Po roku wybrałam wymarzoną specjalizację - internę. Jako jedna z niewielu w moim szpitalu, a i pierwsza specjalizantka od 7 lat na moim oddziale. Dzięki pracy na prowincji, mogłam zdecydować się na lepiej płatny etat, nie musząc martwić się, jak inni o wyniki postępowania kwalifikacyjnego na rezydenturę. Z początku praca była bajką, uczyłam się dużo, mogłam liczyć na wsparcie mojego szefa specjalizacji, który okazał się trochę aniołem stróżem. Uczył mnie dużo, a i proponował jeszcze więcej - na wszystko niestety nie starczyło czasu.

Potem pierwszy dyżur. Stres, ogromny stres. Na szczęście dzięki staraniom mojego szefa specjalizacji, jednocześnie będącego ordynatorem naszego oddziału, udało się wywalczyć w dyrekcji podwójny dyżur (nasza cała interna liczy ok. 65 łóżek, położona jest na dwóch skrzydłach piętra). Dzięki temu dyżurować zaczęłam pierwszego dnia podwójnych dyżurów - zawsze mając ze sobą starszego, bardziej doświadczonego lekarza. Wydawałoby się to normalne, że młody lekarz powinien mieć kogoś nad sobą - jak się okazało, trzeba było faktycznie o to zawalczyć. Pierwszy dyżur miałam po 4 miesiącach pracy - do dziś pamiętam to był 1 kwietnia ;). Przeżyłam ten, jak i wszystkie kolejne. Jedne pamiętam lepiej, inne gorzej, czasem musiałam prosić o pomoc, a czasem współdyżuranta spotykałam rano na odprawie. Czasem nie spałam całą noc, a czasem przesypiałam nawet 7 godzin. Czasem wszyscy dożyli do końca dyżuru, a czasem się nie udawało.

Po dyżurze na moim oddziale schodzimy po zrobieniu porannej wizyty, po zdaniu dyżuru i porozmawianiu z ordynatorem, czyli ok. 8.30. Nikt nie zmusza nas, nie wymaga od nas, ani nawet nie oczekuje, że zostaniemy choć  5 minut dłużej. Nasze prawa od zawsze są respektowane.

Pensje zawsze dostajemy na czas, pomimo podobno 40 mln długu naszego szpitala. Sprzęt mamy najnowszy, przede wszystkim za sprawą WOŚP - dysponujemy pododdziałem geriatrii, dzięki czemu dostajemy dużo fajnego, nowoczesnego sprzętu. Dzięki temu też raz w miesiącu przyjeżdża do nas z wizytą konsultant wojewódzki w dziedzinie geriatrii, zawsze jest szansa podpytać o nowinki, a i zawsze dostajemy cenne podpowiedzi na temat prowadzonych pacjentów. Lekarze z naszego oddziału szkolą się nieustannie, jedni robią kolejne specjalizacje - obecnie diabetologię, endokrynologię, inni doszkalają się w USG brzucha, serca, naczyń. Szef zawsze mile widzi każdy przejaw zainteresowania nauką.

I byłoby tak pięknie, gdyby nie to, że w trakcie mojej specjalizacji dyrekcja postanowiła połączyć dwa oddziały internistyczne - oba skrzydła w jeden oddział, próbując przy okazji zmniejszyć z powrotem dyżurnego do jednej osoby, co na szczęście nie doszło do skutku. Połączenie miało przynieść szpitalowi oszczędności. W osobie jednego ordynatora i jednej oddziałowej. Szalone oszczędności. A bu… bałagan jaki powstał do dziś nie może się pozbierać. Zaczęły się przetasowania na stanowisku ordynatora, zmieniające się co rusz zasady funkcjonowania, roszady lekarzy na obu skrzydłach. Najnowszy ordynator tak nie ma nic przeciwko stażom, szkoleniom, i urlopom, że nie kontroluje totalnie pracy na oddziale. Bywa, że na jednym skrzydle pracują danego dnia 2 osoby - zajmując się 30 pacjentami. Bo reszty nie ma w pracy. W tym jednym wielkim chaosie nie ma czasu na naukę własną, na naukę od innych, bo wszyscy są tak zapracowani, że nie wiedzą jak się nazywają. A dyrekcja podliczając liczbę pracujących na oddziale nie widzi problemu,  bo jakże miałaby widzieć, skoro zatrudnionych jest 12 osób plus ordynator.

Nic dziwnego, że wszyscy po kolei zaczynają mieć dość. I zaczynają odchodzić. W marcu odchodzi z pracy mój szef specjalizacji, w kwietniu jedna z koleżanek. Wszyscy, którzy mają możliwość spokojniejszej pracy, pracy, w której człowiek ma czas zastanowić się nad pacjentem, nad diagnozą i terapią, a jednocześnie pracy, w której pacjenci mają nieco więcej szacunku do lekarza, niż na zwykłej internie, gdzie człowiek co rusz dostaje tylko wezwanie do prokuratury. Czy zmiana na „gorsze” była konieczna?

Interna to nie tylko ciężka harówa, nie tylko codzienna walka z tłumem pacjentów, ich rodzinami, co jakiś czas tłumaczenie się w prokuraturze-najczęściej ze śmierci 90-letnich pacjentów, ale może przede wszystkim robienie za ZOL, przytułek, hospicjum, miejsce pomocy socjalnej. Na drugim miejscu jest leczenie poważnych stanów – najczęściej niewydolności krążenia, której nie chcą kardiolodzy i wszystkie trafiają na internę. Interna to też leczenie wszelkiej maści osób uzależnionych, alkoholików i narkomanów, osób czasem w lepszym, a czasie tragicznym stanie. Ale tak jak wspomniałam na początku to przede wszystkim pacjenci samotni, starsi, schorowani, bez rodziny, albo bez opieki rodziny, ciągle ci sami, których jak tylko uda nam się wypisać do domu, po tygodniu, dwóch wracają. Niektórzy oczekują u nas na miejsce w ZOL-u, hospicjum – czasem dwa, trzy, cztery tygodnie. Niektórzy nie doczekują. Niedobór łóżek w miejscach opieki długoterminowej, niewydolność systemu, wszystko to spada na naszą internę. A długi rosną.

I wielka interna w obliczu alkoholików, narkomanów, samobójców, ale i starszych schorowanych, w większości mocno otępiałych osób, rozsianych nowotworów, albo zakażeń układu moczowego, gdzieś się zatraca. Chociaż czy to zatracenie wynika faktycznie z tego z  jakimi schorzeniami mierzymy się na co dzień czy raczej z pośpiechu w jakim musimy pracować?

I nic dziwnego, że niewiele osób widząc to wszystko decyduje się na taką specjalizację. Decyduje się na codzienną walkę, ale i pogodzenie się z tym, że prawie codziennie ktoś na oddziale umiera.
Ale może jeszcze będzie lepiej?

Opinie użytkowników

Rekomendowane komentarze

Napisano

Dziękuję za refleksję. Cenię osoby, które pomagają "na miejscu" - tam, gdzie ta pomoc jest faktycznie potrzebna. Może narodowy program rozwoju geriatrii coś zmieni, ale obawiam się, że na razie poprzestaniemy na może.

Napisano

Również dziękuję za refleksje.

Co do ilości osób starszych, samotnych, uzależnionych od alkoholu to równie dużo spotkałem ich na chirurgi ogólnej, pulmonologii a nie tylko na oddziałach internistycznych . A jeśli chodzi o oddziały internistyczne to kliniki miały podobną strukturę pacjentów do oddziałów powiatowych.

Co do ilości pozwów to jestem zaskoczony, zawsze mówiono mi, że pod tym względem nic nie dorówna ginekologii. 

Cóż taki obraz całej naszej medycyny, jest szaro, smutno i w poczuciu niedofinansowania.  

Napisano

Świetny tekst :) Mimo nieco smutnego końca dobrze przeczytać, że są jeszcze miejsca gdzie można się sporo nauczyć, a lekarze nie gonią za kolejnymi literkami przed nazwiskiem jak za zajączkiem którego nigdy nie da się złapać. Życzę sporo wytrwałości i gratuluję głowy, która pozwala ogarnąć internę ;)

Join the conversation

You can post now and register later. If you have an account, sign in now to post with your account.

Gość
Dodaj komentarz...

Powiadomienie o plikach cookie

By using this site, you agree to our Warunki użytkowania.

Account

Navigation

Szukaj

Szukaj

Configure browser push notifications

Chrome (Android)
  1. Tap the lock icon next to the address bar.
  2. Tap Permissions → Notifications.
  3. Adjust your preference.
Chrome (Desktop)
  1. Click the padlock icon in the address bar.
  2. Select Site settings.
  3. Find Notifications and adjust your preference.