Jump to content

All Activity

This stream auto-updates     

  1. Yesterday
  2. Zwykło mówić się, że polska ochrona zdrowia jest daleko w tyle za "zachodnią". Czy to czasem nie krzywdząca opinia? Rzeczpospolita Polska aspiruje wszak do członkostwa w G20, grupie najpotężniejszych mocarstw świata. Wskaźniki finansowe, dotyczące jakości i dostępności usług medycznych oraz obrazujące efekty leczenia w kraju Lecha nie pozostawiają jednak złudzeń. Jesteśmy w ogonie cywilizowanego świata. Poniżej spróbujemy wyjaśnić czym różni się leczenie nowotworów złośliwych w Polsce w odniesieniu do krajów rozwiniętych. Jakie są fakty? Co do zachorowalności na nowotwory i odsetku osób, które umierają z powodu nowotworów złośliwych mówią polskie oficjalne statystyki dostępnie w Krajowym Rejestrze Nowotworów (KRN)? Zapadalność na nowotwory złośliwe jest niższa niż średnia unijna. Dane rejestru polskiego i OECD za lata 2012/13 są nieznacznie rozbieżne co do liczb, ale zgodne w zasadniczych kwestiach. Na świecie jest prosta zależność - im bardziej kraj jest zapóźniony cywilizacyjnie, tym mniej ma chorób cywilizacyjnych. W krajach środkowej Afryki czy Europy Wschodniej zapadalność na nowotwory jest znacznie - nawet kilkakrotnie - niższa w porównaniu z najlepiej rozwiniętymi. Niestety w parze z powyższym idzie kilka innych negatywnych onkologicznych zjawisk - w słabo rozwiniętych krajach nowotwory złośliwe są rozpoznawane w wyższych stadiach, często nieuleczalnych, pacjenci mają niższy dostęp do terapii, a niski status socjoekonomiczny wpływa na wyższą częstość zgonów z innych przyczyn (zakaźnych, sercowo-naczyniowych). Aby pokazać "polskie niedomaganie" trafną i nieco wstydliwą ilustracją jest powyższy, oznaczony czerwoną strzałką diagram dotyczący umieralności (błędnie zamieniono w nim kolory szary i pomarańczowy) dostępny na stronie Krajowego Rejestru Nowotworów, który do dnia publikacji tego artykułu nie został skorygowany, pomimo wysłanego przeze mnie 30.07.2019 e-maila z prośbą o poprawkę i telefonu wykonanego 2 mies później. W odróżnieniu od zapadalności - umieralność na nowotwory złośliwe w Polsce jest wyższa od średniej unijnej. W 2012 roku Polska była na niechlubnym podium - trzecim miejscu po Węgrzech i Chorwacji pod względem liczby pacjentów umierających z powodu nowotworu. Pytanie dlaczego jest tak źle? Na szereg nurtujących nas pytań odpowiedź znajdziemy w aktualnej literaturze faktu: źródłem wiedzy były dla mnie statystyki polskie i europejskie, raport Najwyższej Izby Kontroli "Dostępność i efekty leczenia nowotworów" z 30.01.2018 i aktualny "Oncoindex" fundacji Alivia z 16.05.2019, który corocznie monitoruje dostępność terapii onkologicznych w PL na tle świata. 1. Polacy są słabo wyedukowani zdrowotnie. Wiedza na temat przyczyn nowotworów i sposobów zapobiegania jest co najmniej niska. Jeśli przysłowiowy "Stanisław z Łodzi" kojarzy papierosy z rakiem płuca, to może już nie wiedzieć, że do najważniejszych przyczyn występowania nowotworów złośliwych należy całościowo "nowotworowy styl życia": brak aktywności fizycznej, nadwaga i otyłość, regularne spożywanie alkoholu, nadmiar mięsa w diecie, niedobór warzyw i owoców w diecie, nadmierne spożycie produktów wysoko przetworzonych, niskiej jakości lub zepsutych, nadmierne opalanie, brak stosowania kremów z filtrem UV, zakażenia przenoszone m.in. drogą płciową (HPV, HIV, wirusowe zapalenia wątroby), bagatelizowanie stanów przednowotworowych (zmiany w przyzębiu, znamiona skórne, polipy przewodu pokarmowego). Tak zwana profilaktyka pierwotna jest polską piętą achillesową. Programy edukacyjne mają niską skuteczność, pokolenie 60+ jest nauczone unikania tematu i słynnego zdania "Na coś trzeba umrzeć" i uczy często tego samego swoje dzieci - pokolenie 500+. Państwo jest w tej kwestii tak dalece nieskuteczne, że nawet prywatne firmy rozpoczynają lifestylowe kampanie (patrz dr Jarosz w Lidlu). Niektóre osoby publicznie powątpiewają w rolę smogu, który wraz z innymi formami zanieczyszczenia powietrza i substancjami toksycznymi w otoczeniu (azbest, radon, metale ciężkie, tworzywa sztuczne) stanowi środowiskowy czynnik ryzyka zachorowania. Prawdopodobne obecni kilkulatkowie będą mieli większą wiedzę i unikniemy dziesiątek zachorowań na raka płuca, żołądka czy nerki, ale trochę szkoda rodziców... 2. Polacy niechętnie zgłaszają się na badania przesiewowe. Dostępność do mammografii, cytologii, kolonoskopii czy urologa może nie zachwyca, ale nie jest najgorsza. Prawdziwy dramat jest ze zgłaszalnością. Najlepiej wypada mammografia, którą wykonuje (tylko/aż?) 42% zaproszonych kobiet. Przyznasz Czytelniczko i Czytelniku, że usłyszeliście już kiedyś od kogoś: "Nie idę, bo jeszcze mi coś znajdą" i prawdopodobnie naszła Was refleksja, że jest to konstatacja kompletnie bez sensu. Właśnie po to są badania skryningowe czyli przesiewowe, aby wykryć uleczalną chorobę na etapie, kiedy jest uleczalna. Czy Polacy nie wierzą w uleczalność raka i innych nowotworów złośliwych? To już osobna kwestia. Na szczęście coraz częściej ludzie w mediach "chorują na raka", a niekoniecznie "umierają na raka", a za lat kilka będą liczniej reprezentowani ci, którzy "pokonali raka". Wiele przed nami wiele edukacji i wody w Wiśle do upłynięcia. 3. Na profilaktykę i wczesne wykrywanie politycy przeznaczają nieproporcjonalnie mniejsze środki niż kraje o wyższym PKB oraz brak jest metod oceny efektywności tych wydatków. Dobrym przykładem jest "ustawa antynikotynowa" i Program Ograniczania Zdrowotnych Następstw Palenia Tytoniu (POZNPT), który finansują sami palacze. Nikt nie wie, czy jeśli przeznaczymy na walkę z nikotynizmem dodatkowy miliard złotych, to ocalimy dodatkowe 100 osób, 1000 czy 10000. A można to policzyć. Około 0,5% akcyzy ze sprzedaży papierosów jest kierowane na walkę z nałogiem. Osobiście uważam to za absurd. A rzucanie palenia w Polsce, która jest w pierwszej piątce największych producentów tytoniu w UE oraz drugim w Europie producentem papierosów i wyrobów tytoniowych wciąż polskim politykom wydaje się nieopłacalne i szkodliwe dla budżetu. Szczęśliwie produkcja spada, konsumpcja też, co wpisuje się w światowy trend, ale rozwiązania antynikotynowe w PL wydają się wciąż "importowane", a nie dostosowane do polskich realiów. Brakuje poradni antynikotynowych, fajnej edukacji w szkołach, egzekwowania zakazów palenia w miejscach publicznych, przykład z góry jest średni (Wisława Szymborska, Beata Tyszkiewicz, prezydent Duda ponoć rzucił). Naszym wartym odnotowania polskim osiągnięciem, z którego możemy być dumni (i piszę to bez ironii) jest słynny plakat Andrzeja Pągowskiego "Papierosy są do dupy". Jeśli ktoś ma wątpliwości co do tego czy dużo wydajemy na zdrowie jako państwo, proszę wpisać w wyszukiwarkę hasło "6,8% PKB". 4. Polscy lekarze za rzadko badają pacjentów - dotyczy to zarówno wywiadu i badania fizykalnego, jak i kierowania na badania dodatkowe w uzasadnionych sytuacjach. Nie jest to moja własna opinia. Raport NIK przynajmniej w zakresie badania fizykalnego piersi czy per rectum w przychodniach POZ wskazuje na rzadkie użycie tych "zaawansowanych metod diagnostycznych" w grupie docelowej 45-55 lat. Nie wiem, czy trzeba mieć specjalizację z urologii czy chirurgii, by zbadać palcem przez odbyt. Co więcej, wśród lekarzy różnych specjalności daje się zaobserwować niepokojący trend "tunelowego" zamiast holistycznego spojrzenia na pacjenta: np. jestem ginekologiem, badam ginekologicznie, czasem sprawdzam zdrowie piersi, ale już brzucha nie dotykam i nie osłuchuję serca czy płuc, nie badam węzłów. Takie podejście wielu z nas jest szkodliwe, szczególnie dla pacjentów mniej świadomych zdrowotnie. Oczywiście przyczyną tego stanu rzeczy nie jest zła wola środowiska medycznego - najczęściej za pobieżność odpowiedzialny jest pośpiech i błędy w organizacji systemu ochrony zdrowia - wiele jest do poprawy. 5. Proces diagnostyczny w onkologii trwa wciąż za długo. To się zmienia, ale zbyt wolno. Wprowadzenie pakietu DILO z tzw. zieloną kartą, czyli skierowaniem do szybkiej diagnostyki i obowiązkowym konsylium pozwoliło pomóc tym grupom pacjentów, którzy albo czekaliby zbyt długo na termin TK, MR czy operacji, albo byliby bez wielospecjalistycznego konsylium kwalifikowani do nieoptymalnego leczenia (np. sama operacja żołądka bez wstępnej chemioterapii, leczenie raka płuca sekwencyjne zamiast jednoczasowego). Ale za rogiem mamy kolejne dwie duże przeszkody nie do przejścia: a. specjalistyczne badania obrazowe wykonać łatwo, ale dramatycznie brakuje lekarzy specjalistów radiologii i diagnostyki obrazowej, którzy mogliby je szybko, ale starannie opisać, b. finansowanie patomorfologii jest patologicznie niskie, badanie wycinków z biopsji i całych wyciętych guzów w ogóle nie istnieje w publicznym systemie finansowanym przez NFZ, a lekarzy specjalistów patomorfologów, od których zależy prawidłowa diagnoza jest dramatycznie mało i to jeszcze ze średnią wieku 56+; dodatkowo Polska kompletnie nie jest gotowa na cały nawał badań genetycznych i molekularnych, które są obecnie przepustką do coraz większej liczby leków celowanych. 6. Dostępność do leków onkologicznych i nowoczesnych metod terapii onkologicznej jest wciąż na dramatycznie niskim poziomie. Tutaj bardzo szczegółowo sprawę monitoruje Alivia w "Oncoindex". Oncoindex może mieć wartość od -100 do 0. Wartość -100 oznacza, że pacjenci nie mają dostępu do żadnego z leków zarejestrowanych w Europie od roku 2004, a wartość zero to sytuacja, w której każdy pacjent może być leczony zgodnie z aktualną wiedzą medyczną. Można się zatem dowiedzieć, że na wrzesień 2019 wskaźnik dostępności leków onkologicznych w Polsce wynosi -70, co oznacza, że więcej leków, w poszczególnych wskazaniach jest nierefundowanych niż refundowanych pomimo, że zalecają je w terapii towarzystwa naukowe. Gorzej jest w guzach litych (raki, mięsaki, czerniaki) (-71), lepiej w hematoonkologii (białaczki, chłoniaki) (-55). Najlepiej leczymy raka gruczołu krokowego (-30), a najgorzej chłoniaka grudkowego i raka pęcherza (-100)! A indeks nie uwzględnia wszystkich nowotworów, tylko najczęstsze. Dlaczego jest jak jest? Po pierwsze, drugie i trzecie - kasa. Niskie państwowe nakłady na ochronę zdrowia w Polsce nie pokrywają ogromnych kosztów refundacji niektórych rodzajów chemioterapii, wielu leków celowanych, większości leków immunokompetentnych, nie mówiąc już o takich finansowych "godzillach" jak terapie personalizowane np. CAR-T. Po czwarte co miesiąc na świecie i w Europie rejestruje się nowe leki i nowe wskazania już stosowanych leków, co sprawia, że nawet bogatszy Zachód zastanawia się skąd wziąć na to środki. Po piąte proces "przyjęcia do wiadomości", że na świecie jakaś terapia jest uznana za skuteczną i wartą zainwestowania publicznych środków trwa w Polsce średnio około 460 dni! Po szóste najnowocześniej leczy się tam, gdzie prowadzone są badania kliniczne. W Polsce absolutna większość badań jest "importowana" - polscy lekarze prowadzą je na zlecenie i za pieniądze firm z USA, Niemiec, Szwajcarii, Francji, więc profity z wprowadzenia przełomowego leku na rynek czerpią prywatne firmy płacące podatki na Zachodzie. Ośrodki badań medycznych w Europie tworzą i prowadzą też tzw. niekomercyjne badania kliniczne, aby lepiej wykorzystać metody które już są. Ale że nie ma w Polsce kultury współpracy między ośrodkami akademickimi, a raczej dominuje konkurencja, to polsko-polskie i polsko-europejskie duże badania niekomercyjne w onkologii można liczyć na palcach. Co więcej poza farmakoterapią wiele metod leczniczych związanych z radioterapią (terapia protonowa) czy chirurgią (robot da Vinci) nie jest finansowane ze środków publicznych, albo jest w skali homeopatycznej. Jeśli więc ktoś jeszcze sądzi, że onkolodzy w Polsce leczą pacjentów z rakiem według aktualnej wiedzy medycznej to mówię jasno: nie! Czy to wina lekarzy? Nie. 7. Dostęp do rehabilitacji osób z chorobą nowotworową jest niedostateczny. Raport NIK wskazuje, że średni rzeczywisty czas oczekiwania na rehabilitację leczniczą dla przypadków pilnych i stabilnych (stan na koniec 2016) wypada drastycznie źle. Np. w przypadkach pilnych na przyjęcie do oddziału rehabilitacji narządu ruchu czekało się średnio 5... miesięcy. W onkologii dodatkowo sprawę komplikuje fakt, że zapyziałe przesądy dotyczące wpływu fizjoterapii na ryzyko wznowy, które nie odnajdują odzwierciedlenia w faktach mają wpływ na częste odmowy kierowania osób wyleczonych z nowotworu na turnusy uzdrowiskowe czy zabiegi rehabilitacyjne. Ten dramat dzieje się w większości polskich POZ i co gorsza ma umocowanie w przepisach i niektórych zaleceniach. Niski jest też poziom rehabilitacji społecznej - zbyt mało pacjentów korzysta ze wsparcia stowarzyszeń chorych i ozdrowieńców tj. amazonki, gladiatorzy, sowie oczy. Tutaj chlubnym wyjątkiem (jak we wszystkich dziedzinach polskiej onkologii) są dzieci po leczeniu onkologicznym. 8. Opieka paliatywna i hospicyjna wciąż jest niedostępna w pewnych rejonach Polski. Problem dotyczy nie tylko fizycznej bliskości lekarzy medycyny paliatywnej, ale i oczekiwania na miejsca w hospicjach stacjonarnych w uzasadnionych przypadkach, gdzie połowa pacjentów po prostu nie dożywa dnia przyjęcia. 9. Nie wiemy jak leczymy. Nie ma w Polsce żadnej ustalonej metody, aby sprawdzić które centrum onkologii lepiej leczy np. raka jelita grubego. Ocena jakości i efektywności opiera się na przypuszczeniach, opiniach i sprawozdawaniu procedur do NFZ. Nawet opinie pacjentów nie są w żaden sposób oficjalnie zbierane, aby móc porównać chociażby jakość obsługi. Ten wstydliwy proceder trwa w najlepsze, bo próby centralnego ustalenia metod oceny jakości rozbijają się wciąż o indywidualne ambicje dyrektorów i ordynatorów, rozgrywki między konsultantami onkologii i przekonanie o talencie własnym u części profesorów. Ponadto elektroniczne bazy danych dotyczące samego leczenia (NFZ) i efektów populacyjnych (KRN) są niezależne i utrudniają postawienie prostych wniosków. 10. Po dziesiąte, ale w mojej ocenie najważniejsze: brakuje nam kadr. Nie pomoże wydanie nawet miliarda złotych w rok - tutaj potrzebne jest skoordynowane działanie polityków nastawione nie na kadencję, ale na dziesięciolecia. Niedobór i niepokojący średni wiek wymienianych już patomorfologów, radiologów, onkologów klinicznych, radioterapeutów, hematologów czy chirurgów to jedno, ale brakuje nam przecież wszystkich "ogniw" łańcucha onkologii: pielęgniarek, fizjoterapeutów, dietetyków, psychologów, rejestratorek, sekretarek medycznych, a szpitali nie stać nawet na własne kucharki. Zamykanie kolejnych oddziałów szpitalnych i całych jednostek jest dobitnym dowodem na zapaść kadrową. Działania Porozumienia Rezydentów OZZL i Porozumienia Zawodów Medycznych wciąż są nakierowane na zmianę myślenia polityków o ochronie zdrowia. Niestety Narodowy Program Zwalczania Chorób Nowotworowych na lata 2016-2024 możemy bardziej rozpatrywać w kategoriach pobożnych życzeń niż realnych zmian, bo na wszystko nie ma zagwarantowanych środków. Cytat: "Planowane nakłady z budżetu państwa na realizację działań przewidzianych w ramach Programu nie mogą być w poszczególnych latach wyższe niż 250 000 000 zł". Czyli jakie są/będą? Nie ma minimum. Podsumowując, na marny efekt składa się szereg niedociągnięć: w zakresie profilaktyki pierwotnej, profilaktyki wtórnej, diagnostyki i leczenia onkologicznego, a nad tym złej koordynacji. Mamy ogromne pole do poprawy i ogromną polityczną niemoc. Czy zmieni to najbliższa dekada? Polecam szczególnie lekturę raportu NIK, który w syntetyczny sposób nazywa problemy i wskazuje sposoby ich rozwiązywania. lek. Mateusz Malik, specjalista onkologii klinicznej KRN: http://onkologia.org.pl/nowotwory-zlosliwe-ogolem-2/#e EUROSTAT: https://ec.europa.eu/eurostat ECIS - European Cancer Information System: https://ecis.jrc.ec.europa.eu/index.php Raport NIK: https://www.nik.gov.pl/plik/id,15932,vp,18449.pdf ONCOINDEX: https://oncoindex.org/ Wywiad z twórcami Oncoindexu Alivia: http://weekend.gazeta.pl/weekend/1,152121,18332706,30-tysiecy-polakow-umiera-co-roku-na-raka-mimo-ze-mogliby-zyc.html#TRrelSST OPEN: http://www.open.poznan.pl/epidemiologia-nowotworow-mapy Narodowy Program Zwalczania Chorób Nowotworowych na lata 2016-2024: https://www.gov.pl/web/zdrowie/narodowy-program-zwalczania-chorob-nowotworowych-na-lata-2016-2024 Zobacz inne artykuły z serii: A.B.C. ONKOLOGII
  3. Last week
  4. Nie na co dzień spotykamy się z całkowicie nowymi metodami operacyjnymi i zabiegowymi. Taką jednak zaprezentowali ostatnio naukowcy ze stolicy Chin, Pekinu. Mowa o trudnej do przetłumaczenia na język polski metodzie C-BLART (clip band ligation anti-reflux therapy) w leczeniu opornej choroby refluksowej przełyku (GERD). W wolnym tłumaczeniu C-BLART to antyrefluksowa terapia podwiązania opaską. Sam zabieg polega na podchwyceniu w dwóch miejscach śluzówki dystalnej części przełyku i założeniu na nią okrężnej opaski z mocowaniem przy pomocy klipsa. Ma to służyć zwężeniu połączenia żołądkowo-przełykowego poprzez uniesienie podwiązanej masy i przez powstawanie blizn. Grupę badaną 60 osób, które zostały poddane metodzie C-BLART + IPP (inhibitory pompy protonowej) porównano z grupą kontrolną 43 pacjentów u których wdrożono tylko leczenie IPP. Warto dodać, że w grupie badanej IPP były przyjmowane przez 2 tygodnie po procedurze (a następnie decyzja w zależności od objawów), a w grupie kontrolnej stosowano je przez minimum 6 miesięcy. Do oceny wyników zastosowano 24-godzinną pH-metrię, pomiar ciśnienia w dolnej części przełyku (manometria), ocenę GERD-Q oraz częstotliwość i dawkę przyjmowanych IPP. Wyniki sugerują, że metoda C-BLART ma potencjał antyrefluksowy. W grupie badanej uzyskano znacząco wyższe ustępowanie objawów, a jakość życia oceniono wyżej - w porównaniu do grupy kontrolnej. Autorzy zaznaczają jednak, że nie u wszystkich pacjentów grupy badanej objawy ustąpiły. W ocenie przyjmowania IPP odnotowano, że po 6-miesiącach od procedury 43% pacjentów odstawiło te leki, a ponad 96% zmniejszyło dawkowanie. Zachęcamy do zapoznania się z pełnym artykułem z obrazami z zabiegu [1]. Z niecierpliwością czekamy na kolejne doniesienia i być może porównanie skuteczności z grupą pacjentów poddawanych fundoplikacji? Piśmiennictwo: [1] Liu, Shengzhen & Chai, Ningli & Zhai, Yaqi & Zou, Jiale & Feng, Xiuxue & Li, Zhenjuan & Li, Longsong & Zhang, Xiaobin & Wang, Xiaoxiao & Wang, Shasha & Linghu, En-Qiang. (2019). New treatment method for refractory gastroesophageal reflux disease (GERD): C-BLART (clip band ligation anti-reflux therapy)—a short-term study. Surgical Endoscopy. 10.1007/s00464-019-07238-3. ( https://www.researchgate.net/publication/337268393_New_treatment_method_for_refractory_gastroesophageal_reflux_disease_GERD_C-BLART_clip_band_ligation_anti-reflux_therapy-a_short-term_study )
  5. Ciekawiej brzmi sformułowanie "przeszczep głowy", jednak jeśli do podobnego zabiegu miało by dojść, to tak na prawdę byłby to przeszczep ciała. W 2017 roku pisaliśmy o planowanym przez włoskiego neurochirurga dr Canavero wykonaniu takiego zabiegu. Do operacji kandydował Valery Spiridonov, chorujący na SMA (rdzeniowy zanik mieśni, typ I - choroba Werdniga-Hoffmana) - ten jednak zmienił zdanie. Pan Siridonov ożenił się, został ojcem i prowadzi własną firmę. Nie zamierza pozostawiać swojej rodziny bez jego uwagi, nawet na kilka miesięcy. Można więc odnieść wrażenie, że na znaczącą i wystarczającą poprawę jakości życia zdołały na Pana Valeriego wpłynąć właśnie te pozytywne wydarzenia. Warto dodać, że dotychczasowe doniesienia o próbach przeszczepów ciała u małp, psów i myszy kończyły się niepowodzeniem i zgonami, a osoby, które miały do czynienia z tymi doświadczeniami twierdziły, że to co się wydarzało to było złem, horrorem, ogromnym cierpieniem czy wręcz było gorsze od śmierci. Ciężko wyobrazić sobie taki zabieg, w erze, gdy nie umiemy przywracać czynności rdzenia kręgowego po jego poprzecznym przerwaniu np. w wyniku urazów. Kontrowersji i trudności jest cała lista. Zapraszam do materiałów wideo, w których wypowiada się pierwszy, niedoszły kandydat: Wypowiedź z 2016 - Spiridonov zdecydowany na operację Wypowiedź aktualna https://www.dailymail.co.uk/news/article-6901981/Russian-says-wont-worlds-head-transplant-patient-parental-duties.html?ito=social-facebook
  6. Przecież ja płacę składki! Oczywiście! Składki do ZUS płaci niemalże każdy i każdemu się należy! Tylko, że z pustego to i Salomon nie naleje. A z takimi pretensjami zamiast do lekarzy, ratowników i pielęgniarek to należałoby się zwrócić do Ministerstwa Zdrowia czy chociażby dyrekcji szpitala (która to w mojej ocenie i tak często zapewne ma związane odgórnie ręce). Zawsze będę pamiętał z wykładu prof. Tomasza Jurka na zajęciach z prawa medycznego jakże trafne założenie, że w codziennych zmaganiach systemu stronami są pacjenci i medycy i to między nimi iskrzy, to oni się "widzą" - nie zauważamy jednak, że to co między nimi zachodzi, reguluje i organizuje trzecia strona - zacznijmy z samej góry i wymieńmy Ministerstwo Zdrowia. To jest ten bufor i katalizator. Jako lekarz, jaki ja mam wpływ, że o godzinie 1 w nocy podczas dyżuru, przed izbą przyjęć w której pracuje jest tłum? Żaden... co najwyżej mogę wyjść i zorientować się czy wszyscy oby na pewno wymagają szpitala o tej godzinie, ale to już zapewne sprowokuje kilka niesympatycznych komentarzy w moim kierunku. No i właśnie dziś kilka moich wspomnień jako lekarza. Ponieważ z reguły narzekamy jako pacjenci, ile to musieliśmy czekać, ile było "zbędnej" dokumentacji, że i tak nie wszystkie badania można zostały wykonane itp itd. I te narzekania oczywiście bardzo często są słuszne, ale źle zaadresowane a przez swoją bezskuteczność, nie mają większego sensu (chyba, że wliczyć wyładowanie złości) Godzina 23:30: Panie Doktorze, bo ja tutaj wyczułam takiego guzka na obojczyku - mówi młoda pacjentka. Ja troszkę zagryzam zęby, bo zastanawiam się "no ale co, wyrósł tak w nocy"? Pani neguje urazy i odpowiada na kilka pytań, ja zachowuję pokerową twarz, przechodzę do badania fizykalnego, następnie zlecam RTG i dodaję, że "uważam, że w takiej sytuacji lepiej byłoby przyjść rano" ... i w tym momencie zbliża się do mnie postać o gabarytach 2 x 2 m, partner pacjentki, zbliża się na odległość, że ciężko kartkę między nas włożyć i mówi "a co, masz jakiś problem?". I przestaje być miło... Godzina 20:00: Na korytarzu nie ma gdzie usiąść, przyjmuje pacjenta, puka ktoś do drzwi. Puka znów, mocno, wielokrotnie. Wychodzę. Proszę Pana, tu jest dziewczynka, która przechodziła przez plan filmowy - mówi Pani z plakietką z obsługi tego właśnie planu - i ktoś z okna, z drugiego piętra, rzucił cegłówkę na jej stopę, proszę się zająć. Zwracam wzrok w kierunku pacjentki - dziewczynka stoi, stąpa na obydwu stopach, widać, że płakała, ale teraz się do mnie uśmiecha, obok niej Rodzice. Oczywiście, proszę usiądźcie - odpowiadam - jak przyjdzie Państwa pora, to się zajmę (widzę, że nic zagrażającego życiu się nie dzieje, dotknąłem tą stopę i w ogóle powątpiewam czy cokolwiek się stało). I w tym momencie się zaczyna ... Proszę Pana, jeśli nie zajmie się Pan natychmiast dziewczynką, to gwarantuję Panu, że za chwilę będzie miał tu Pan TVN, Onet i Gazetę wyborczą i będzie zrobię Panu tu takie piekło, że ... Godzina 14:00: Wchodzę do gabinetu Izby Przyjęć po bandaż, za biurkiem Doktor z ponad 30-letnim stażem, na chwilę przed emeryturą. Słyszę jak tłumaczy pacjentowi, że w obrębie nadgarstka nie widać żadnych cech urazu i szkoda robić zdjęcie i naświetlać itd. Pacjent zbliża się do Doktora i zaczyna ... A przypier**** Ci ktoś kiedyś porządnie? I nigdy nie zapomnę reakcji Pana Doktora, a w zasadzie jej braku. Poker face. Nie wciągnął się w żadne zaczepki. Nie wiem jak ja bym zareagował akurat już na tak otwarty ofens. Powstanie powyższych sytuacji miały różne powody - jednak to nie lekarz był ich powodem czy jego zła wola, o co wydaje mi się czasem jesteśmy posądzani. W mojej ocenie, w 99% przypadków agresji, problem leży wyżej - stąd, jeśli ktoś denerwuje się, że tyle musiał czekać, że to już kolejne miejsce w które został odesłany, że nie mógł umówić się planowo itp itd, zawsze proszę aby zwrócić się do wyższej instancji z prośbą o poprawę sytuacji (i to może pomóc!). A nawet ze skargą! Bo raz jeszcze... jaka w tym moja wina, że pacjent musiał tyle czekać? Pretensje powinny być adresowane do tego, kto rzeczywiście za to odpowiada! Zachęcam do takiego spojrzenia na sprawę! PS. Przytoczone przykłady agresji to niestety wersja light.
  7. Bardzo prowokacyjny temat, co by się nie powiedziało, można wywołać wojnę
  8. Przeszczep własnego serca? A tak na prawdę wycięcie własnego serca, zabieg resekcyjny i ponowne wszczepienie serca - taki zabieg 22 listopada 2019 odbył się w Centrum Chorób Serca Uniwersyteckiego Szpitala Klinicznego we Wrocławiu. Wszystko z powodu guza szczelnie wypełniającego lewy przedsionek serca - usunięcie serca poza ciało dało możliwość wyłuskania guza z tej komory w całości. Następnie serce wszczepiono z powrotem. To piąty tego rodzaju zabieg w Polsce. Więcej szczegółów w artykule Uniwersytetu Medycznego, w którym wypowiadają się dr Roman Przybylski, prof. Piotr Ponikowski oraz Dyrektor USK Piotr Pobrotyn. Pierwsze opisy autoprzeszczepu serca pochodzą z lat 70 i 80 ubiegłego wieku - początkowo metodę próbowano zastosować w dławicy odmiennej (angina Printzmetala), jednak to zastosowanie porzucono. W 1985 roku Dr Cooley zaprezentował tą metodę na nowo wykorzystując ją w celu usunięcia dużego guza chromochłonnego lewego przedsionka, którego nie można było usunąć bardziej standardowymi metodami. Źródła: 1. https://www.umed.wroc.pl/content/pierwsza-na-dolnym-slasku-autotransplantacja-serca 2. https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pmc/articles/PMC116735/
  9. KasiaK - prawdopodobnie największym atutem na robienie danej specjalizacji będą Twoje chęci do niej. Podczas swojej już niemalże 10-letniej przygody z dziedzinami zabiegowymi (w tym 6 lat specjalizacji z chirurgii dziecięcej) nie spotkałem się osobiście z przypadkiem, w którym ktoś by "odpadał" czy rezygnował, bo ma "dwie lewe ręce" i nie umie się nauczyć. Tylko z opowiadań słyszałem o jednej osobie, którą inny chirurg oceniał, że mu "nie idzie", a z drugiego przekazu, coś w stylu, że na siłe ją robił. Sam nikogo takiego nie spotkałem. Apropo's precyzyjności... to może odpowiem na około - dzieci, a więc i narządy są mniejsze. Na tyle jednak ile ja już się nauczyłem i zaobserwowałem, to kryterium raczej też nie jest problemem. Chęci, przede wszystkim chęci
  10. Zdrowe odżywianie to temat jak najbardziej na czasie. Wiele można się naczytać o chorobach cywilizacyjnych naszych czasów tylko jakoś ktoś nie chce się zastanowić skąd one mogą się brać. Podejście leczenia zamiast zapobiegania jest dużym błędem ponieważ bez poznania przyczyny nic nie zmienimy. Zobaczcie sobie skład przykładowego dania gotowego jaki znajdziemy w sklepie. Ile tam jest chemii napakowane to jest mała głowa. Już nawet nie wspominam o różnego rodzaju przekąskach takich jak chipsy czy słodycze. Moim zdaniem trzeba powrócić do gotowania we własnym zakresie. Na dobrą sprawę to nie zajmuje ono zbyt wiele czasu, godzinkę dziennie każdy spokojnie znajdzie. Trzeba także rozejrzeć się za naturalnymi produktami spożywczymi. Swojego szczęścia można szukać w sklepach takich jak delikatesyzdrowo.pl
  11. Duzo mozna zarobic w tej brany ogolnie? Szukam jakiegos zajecia po godzinach.
  12. Z tymi prezentami to wcale nie jest tak kolorowo pomimo ogromnego wyboru w większości sklepów. Po paru godzinnych poszukiwaniach można sobie zdać sprawę z jednego faktu, praktycznie 90% z nich jest kopią pomysłu kogoś innego. Ludzie jednak nie lubią otrzymywać tandety więc jesteśmy nie jako zmuszeni to szukania bardziej alternatywnych rozwiązań. Jednym z takich może być bez dwóch zdań szukanie prezentów przez internet. Znajdziemy bez większego problemu blogi na których jest sporo ciekawych propozycji. Dla kobiety bukiet kwiatów to prezent bardzo uniwersalny. Jak koleżanka wyżej zauważyła to można się z niego cieszyć tylko kilka dni. Chyba, że zainteresujemy się konceptem flowerbox peonie gdzie taki bukiet będzie wyglądał jak nowy minimum przez rok
  13. Prawdopodobnie przyczyną stanu pacjentki były problemy z gospodarką węglowodanową, wykryto insulinooporność, po wdrożeniu diety oraz Metforminy większość objawów ustąpiła, zwłaszcza nietolerancja wysiłku fizycznego oraz zawroty głowy.
  14. Uczennica technikum 21 lat, nie paląca i nie pijąca. W rodzinie mama -crohn, babcia- tarczyca, cukrzyca, guzki na stawach o nieznanej przyczynie, pradziadkowie od strony mamy- cukrzyca, tarczyca. Przed chorobą aktywna fizycznie (sport). W sierpniu 2018 roku, uczucie guli w gardle, oraz zaciskanie gardła, duszność, tylko po zjedzeniu czegoś. Badanie tarczycy wykazało 600 przy anty-tpo, wdrożono leczenie po którym pacjentka źle się czuła, po odstawieniu leczenia jeszcze raz zrobiono anty-tpo i wyszedł prawidłowy wynik powtórzono go 3 razy. W listopadzie 2018 badanie elisa borelia igm i igg wynik negatywny. Później wizyta u laryngologa i skierowanie na gastroskopie wykazano zapalenie żołądka i dwunastnicy oraz obecność h. pylori zastosowano leczenie amoksycylina, metronidazol, polprazol, h2 bloker? 2-3 dni po zastosowaniu leczenia zaczęły się silne duszności, pacjentka przerwała leczenie po 2 tygodniach a 2-3 dni po przerwaniu leczenia obudziła się i nie mogła się ruszać, silny ból mięśni i stawów, pacjentka nie mogła wstać z łóżka, kodeina nie pomagała, objawom nie towarzyszyła gorączka i same powoli ustąpiły w ciągu dwóch tygodni. Po tym incydencie zaczęły się zawroty głowy, bóle głowy, gorączki do 39 stopni, pogorszenie wzroku, uczucie odrealnienia, światłowstręt i nadwrażliwość na dźwięki. Gorączki minęły w marcu reszta objawów została raz jest tydzien dobrze raz tydzień źle. Dodatkowo od dwóch miesięcy (licząc od 24.08) ból brzucha (stolce prawidłowe). -Neurolog: podstawowe badanie nic nie wykazało. -Ciśnienie niskie 90/60 od września 2018 wcześniej przy sporadycznych pomiarach 120/80. -Ekg ok -Echo serca ok -RTG kręgosłupa i klatki piersiowej ok -tomograf głowy ok -rezonans głowy ok -próby wątrobowe ok -czas próby protrombinowej ok -morfologia ok -elektrolity ok -lipaza, amylaza ok -cukier ok -tarczyca (tsh, ft3, ft4, a-tpo, a-tg, usg) ok -insulina ok -wątroba ok -morfologia ok -kreatynina (pakiet nerkowy?) ok -mocz (bakterie i szczawian wapnia) -cholesterol ok -witamina d ok -mocz zawsze bakterie i szczawian wapnia (w ciągu roku z 6 badań moczu, pacjentka przyznała że często mało pije) -Borelioza 2 test w marcu, wynik wątpliwy nie wdrożono leczenia. -pacjentka wykonała na własną rękę badanie na boreliozę C1 i C2 stąd: https://wielkoszynski.pl/badania-borelioza/panele-badan/ Wynik podobno pozytywny. Następnie przeszła leczenie ILADS (1 miesiąc): zinnat, macromax, fluconazol, wit d, heparegen, essentiale Część objawów ustąpiła, aktualne objawy to: -Zmęczenie i ogólne osłabienie -Stany podgorączkowe -Przykry zapach z ust -Płaczliwość -Myśli depresyjne -Niewyraźny wzrok -Ból kręgosłupa -Rzadko (raz w miesiącu) plamy na skórze (zdjęcie w załączniku) Co mogło spowodować taką reakcję podczas leczenie h. pylori? Czy za aktualny stan pacjentki odpowiadać może nie powodzenie eradykacji h. pylori? Borelioza? A może choroba psychosomatyczna?
  15. Zapraszam do ankiety i dyskusji nt tego czy lekarz może wg Was posiadać tatuaże. Jakie jest Wasze zdanie? Czy spotkaliście się z sytuacjami, w których tatuaż u lekarza powodował jakiś problem wobec pracodawcy lub pacjentów?
  16. Earlier
  17. Cześć Najkrócej ujmując: - rozpoczynasz specjalizację np. w formie rezydentury i pracując w danym miejscu piszesz prace z innymi pracownikami (do specki i tak coś tam potrzebujesz mieć, ale ogólne to wtedy takie częste pisanie, budowanie dorobku naukowego to jest jakby sprawa dodatkowa) - studia doktoranckie (w miejscu, w którym robisz specjalizacje lub w innym) - angaż na etacie akademickim (w miejscu, w którym robisz specjalizacje lub w innym) pozdrawiam, MP
  18. Hej, czy są jakieś możliwości rozpoczęcia działalności naukowej ale po studiach i po stażu? Wiadomo, że będąc na studiach droga jest oczywista - studenckie koło naukowe. Dodam, że chciałabym rozpocząć specjalizację w szpitalu uniwersyteckim, natomiast brakuje mi dalszych pomysłów jak napisać pierwszą publikację naukową. Z tego co się orientuję takie publikacje pisze się w grupie. Ktoś może był w takiej sytuacji albo zna osoby które zaczęły budować dorobek naukowy po studiach? Z góry dziękuję za odpowiedź.
  19. Poszedłem w tym roku na praktyki z chirurgii dziecięcej i na kilka pytań mogę odpowiedzieć. Umiejętności manualne w chirurgii trzeba mieć - bez tego raczej trudno jest ocenić, czy się da wykonać precyzyjne zabiegi, ale akurat chirurgia dziecięca nie jest bardziej precyzyjna, niż ogólna czy ginekologia. Bardziej precyzyjne są zabiegi chirurgii naczyniowej, okulistycznej czy neurochirurgii, chociaż faktem jest, że w chirurgii dziecięcej szyje się dość plastycznie, żeby na przyszłość nie zostało zbyt dużo śladów. Nie możesz pójść na jakieś warsztaty z szycia chirurgicznego? Na pewno Twoja uczelnia je organizuje, a jeśli nie, to widziałem ostatnio warsztaty otwarte. Całkiem tanio nawet. Co do wielkości ośrodków, to kwestia tego, czy chcesz się nauczyć od razu wykonywać proste zabiegi, czy czekać grzecznie w kolejce, bo każda zabiegówka jest dość hierarchiczna. Rozepchasz się w końcu łokciami, ale przed Tobą do zabiegu czeka starszy rezydent, a przed nim lekarz specjalista, który jeszcze tego zabiegu nie robił, bo w dużym ośrodku jest jeszcze siedmiu takich jak on. Nie ma tak źle, jak niektórzy opowiadają, że pójdziesz do dużej kliniki i do końca rezydentury będziesz wisieć na hakach, ale nie licz od razu na Whipple'a, tylko z tego powodu, że jesteś w jakimś kołchozie, który ma możliwości wykonywania tego typu zabiegów. Generalna zasada jest taka, że w mniejszym ośrodku znacznie szybciej staniesz u stołu sama, a w większym zobaczysz więcej, ale zza czyichś pleców i kwestią sporną jest, jak się uczyć lepiej. Poza tym, zawsze możesz zmienić ośrodek na ten o wyższym stopniu referencyjności, mając już dość sporo zabiegów przeprowadzonych samodzielnie (co jest atutem nawet wobec tych, którzy od zera startowali już w klinice). I nawet biorąc to wszystko pod uwagę, możesz spokojnie mieć świadomość, że chirurgia dziecięca nie jest (jeszcze) tak rozczłonkowana jak chirurgia ogólna i nawet w mniejszym ośrodku znajdziesz coś dla siebie. Bo to jeden robi więcej torako, jeden więcej traumy, wszędzie w zasadzie masz oparzenia, więc liźniesz chirurgii plastycznej, na pewno też urologiczne zabiegi, a jeśli oddział współpracuje z laryngologią, to i tam poasystujesz czy podpatrzysz. Co do miejsc. Są całkiem spore ośrodki na Śląsku (gdzie robiłem praktyki), które rezydenta nie widziały od ośmiu lat. Jest niewielu chętnych na tę specjalizację, szpitale biją się o chętnych nie tylko na rezydentury, ale wręcz na dyżurowanie. To z resztą bolączka również chirurgii ogólnej. I kardiochirurgii. I ginekologii też z resztą. Ogólnie na specjalnościach zabiegowych według statystyk przeciętnie jest około 15% deficytu personelu. Nie martwiłbym się o brak miejsca. Prędzej, jeśli komuś nie chce się pracować, martwiłbym się o 12 dyżurów w miesiącu (zwłaszcza w mniejszych ośrodkach, gdzie musisz natychmiast, już, teraz, umieć operować, bo ktoś na dyżury musi przychodzić). Nie wiem, co mogę więcej powiedzieć, sam już w zasadzie podjąłem decyzję o chirurgii dziecięcej, ale dopiero po tym, jak zobaczyłem ją od wewnątrz na praktykach.
  20. Witam, chetnie odkupie skrypt do LDEKU z "Wiecej niz LDEK" .
  21. Podbijam temat:) czy zabiegi są ciężkie i trudne do nauczenia? Czy potrzebne są jakieś szczególne predyspozycje manualne, czy to wszystko przychodzi raczej z praktyką i da się tego nauczyć? Chirurgia dziecięca wydaje się być bardzo precyzyjną działką i zastanawiam się czy wstęp tam i szanse na bycie dobrym specjalistą mają tylko wybitni (chodzi mi głównie o jakieś praktyki, ćwiczenie swoich umiejętności już w trakcie studiów). Boję się, że pójdę na dziecięcą i okaże się że się nie nadaję ze względu na zbyt kiepskie umiejętności manualne (nie umiem i chyba nie mam możliwości ich na tym etapie ocenić). Chciałam też zapytać czy warto podejmować pracę w mniejszych miastach czy lepiej uderzać na duże kliniki z większymi możliwościami rozwoju? I czy na takie duże ośrodki jest szansa dostać się na podstawie wyniku leku, czy raczej trzeba mieć plecy albo "wychodzić sobie" miejsce przychodzeniem na wolontariat? Będę bardzo wdzięczna za odpowiedzi. Jestem na piątym roku i ten mętlik w głowie jest nie do zniesienia:(
  22. Ja bym skomentował trochę przekornie, ale z powagą: 1. W jakimś stopniu już wygraliśmy z HIV, bo w krajach rozwiniętych umieranie na AIDS jest rzadkością. Terapie antyretrowirusowe są coraz lepsze i mniej toksyczne. Jak wiadomo skala zgonów na wiele innych chorób zakaźnych jest olbrzymia. 2. Dzień, w którym ktoś w oparciu o twarde dane, dumnie i ostatecznie ogłosi, że "wygraliśmy" z wirusem HIV i możemy wyleczyć każdego będzie dla świata dniem złym. Dziś lęk przed zakażeniem jest jednym z mechanizmów hamujących niepohamowaną rozwiązłość (w każdym tego słowa znaczeniu), motywacją do stosowania mechanicznej antykoncepcji i tym samym zmniejsza pandemie wielu, wielu innych STD-s. Gdy zniknie straszak, niektóre demony dopiero wyjdą na jaw. 3. Uważam, że większym sukcesem byłoby stworzenie szczepionki i możliwość jej szerokiej dystrybucji w krajach rozwijających się.
  23. Kto z nas nie przeczuwa, że niebawem nastąpi dzień, w którym ogłoszone zostanie pokonanie wirusa HIV? Można rzec, że wiele małych bitew zostało już wygranych, potwierdzono dwa wyleczenia ('pacjent z Berlin [1]' i 'pacjent z Londynu [2] '), ale wciąż każdego roku dochodzi do zakażenia niemal 2 milionów ludzi! Na świecie ponad 37 milionów ludzi jest zainfekowanych wirusem HIV, a w roku 2018 z powodu chorób związanych z AIDS zginęło 770 tys. ludzi - za jedną z wygranych potyczek z wirusem można uznać spadek ilości zgonów w stosunku do poprzednich lat - 1.7 miliona zgonów w 2004 i 1.2 mln w 2010! Teraz pierwsze doniesienia wskazują na możliwość kolejnego, być może przełomowego, kroku na przód! Wszystko dzięki implantowi [3], który wszczepiony w ramię dawkuje niewielkie ilości islatrawiru - taki sposób podawania przedekspozycyjnej profilaktyki może okazać się znacznie skuteczniejszy niż przyjmowanie jej doustnie (badane kobiety w Afryce oraz homo- i biseksualni mężczyźni z Ameryki Łacińskiej w większości porzucali przyjmowanie leków po kilku-kilkunastu tygodniach od rozpoczęcia profilaktyki). W przedstawionym niedawno badaniu uczestniczyło 16 uczestników, których losowo przydzielono do grupy otrzymującej wszczepialny islatrawir - 54 mg lub 62 mg - lub placebo. Następnie rozpoczynała się 12 tygodniowa obserwacja. W badaniach stężenia leku we krwi obserwowano czy przekracza on oczekiwany poziom 0,05 pmol/106. Implanty zostały następnie usunięte, a uczestnicy byli obserwowani przez kolejne 4 tygodnie, aby ocenić stężenie leku we krwi. W grupie "54 mg" oczekiwany poziom utrzymywał się przez tydzień, natomiast w grupie "62 mg" odpowiednie stężenie notowano przez 3 kolejne tygodnie. Dr Rudolph Matthew, autor badania z firmy Merck, estymował, że w przypadku ciągłego utrzymywania implantu, żądane stężenie utrzymywało by się przez rok. Szybko jednak, obecni na konferencji, na której ogłaszano wyniki tego badania, wypunktowali, że nie można tych danych (ocena poziomu leku) przyrównać z osiągnięciem prewencji HIV. Niewątpliwie jest to jednak pierwsze badanie, w którym celem prewencji HIV wykorzystano wszczepialny implant. Literatura i źródła [1] https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pmc/articles/PMC4287108/ [2] https://www.nature.com/articles/d41586-019-00798-3 [3] https://www.medscape.com/viewarticle/915997 [4] https://www.lanl.gov/discover/news-release-archive/2017/November/1130-mosaic-hiv1-preventive-vaccine.php
  24. Jedną z fundamentalnych potrzeb jakie spełnia chirurgia dziecięca to operacje wad wrodzonych tuż po urodzeniu. Bez nich, zdecydowana większość noworodków dotkniętych tym problemem nie miałaby szans na przeżycie. Wady wrodzone dotyczą różnych układów - układu krążenia (np. tetralogia Fallota, koarktacja aorty), układu pokarmowego (np. zarośnięcie dwunastnicy czy innych odcinków jelita) czy układu nerwowego (np. rozszczep kręgosłupa). W przypadku niektórych wad czas operacji ma decydujące znaczenie na wynik. O ile noworodek z zastawką cewki tylnej (ZCT, PUV - posterior urethral valve) będąc zacewnikowanym może chwilę poczekać, tak już w przypadku rozszczepu kręgosłupa z przepukliną oponowo-rdzeniową (myelomeningocele, MMC) wprost mówi się, że zabieg powinien się odbyć wcześnie - do 24 godzin od urodzenia. Przepuklina oponowo-rdzeniowa wiąże się dla większości pacjentów, nawet przy perfekcyjnie wykonanym zabiegu, z całą kaskadą powikłań z jakimi zmagać przyjdzie się przez całe życie. Ponad 80 % dzieci w przyszłości rozwinie (albo rozwinęło już prenatalnie) wodogłowie. Samodzielne chodzenie będzie możliwe tylko w niewiele ponad 20% przypadków. Do tego dochodzą bardzo skomplikowane powikłania w postaci pęcherza neurogennego czy zaburzeń pasażu stolca. I w tym momencie warto zadać sobie pytanie - czy można coś zrobić jeszcze przed urodzeniem aby zmniejszyć ryzyko wystąpienia tych powikłań? Wszystko obecnie wskazuje, że odpowiedź brzmi TAK. Skąd jednak ta różnica wynikająca z momentu operacji? Istnieje teoria tzw. dwóch uderzeń. W pierwszym etapie embriogenezy dochodzi do nieprawidłowego morfologicznego rozwoju rdzenia kręgowego na zajętym obszarze. W drugim etapie, szczególnie od 28 tygodnia życia płodowego dochodzi do dotkliwego uszkadzania nieosłoniętego rdzenia kręgowego. W tym właśnie czasie płyn owodniowy, w którym znajduje się płód i który bezpośrednio oddziałuje na rdzeń, staje się szczególnie toksyczny (chociażby przez zwiększoną ilość oddawanej do niego smółki). Do tego dochodzi także do dalszego mechanicznego uszkadzania rdzenia poprzez m.in. ocieranie się o ścianę macicy niepokrytej tkanki nerwowej. W tym czasie może już dochodzić do pierwszych zmian powodujących wystąpienie wodogłowia - wyciek płynu mózgowo-rdzeniowego (PMR) przez rozszczep powoduje "zasysanie" struktur wewnątrzczaszkowych ku dołowi - te klinują się w otworze wielkim czaszki (zespół Arnolda Chiariego) zaburzając przepływ PMR i w konsekwencji rozwijanie się wodogłowia. Zmiany, które zajdą na tych etapach w rdzeniu kręgowym stają się nieodwracalne. Trzeba działać więc odpowiednio szybko. W roku 2011 opublikowano wyniki wieloośrodkowego randomizowanego badania klinicznego [1] (MOMS Trial), w którym nienarodzone dzieci ze zdiagnozowaną przepukliną oponowo-rdzeniową (+ spełniające inne kryteria takie jak np. wklinowywanie tyłomózgowia) były poddawane przed 28 tygodniem życia płodowego (pomiędzy 19 a 25+9) otwartej operacji zamknięcia przepukliny. Ciężarna podczas takiego zabiegu leży na stole operacyjnym w pozycji na plecach, wykonywana jest laparotomia (patrz Obraz 3.), a następnie wykonywane jest cięcie w uwidocznionej macicy. Dziecko układa się odpowiednimi manewrami w taki sposób aby plecami było skierowane ku górze. Gdy rozszczep jest już widoczny wykonuje się ten sam zabieg jak po urodzeniu - tj. warstwowe zamknięcie - zamknięcie opony twardej, warstwy mięśniowo-powięziowej i skóry. Taki zabieg niesie za sobą szereg różnych niebezpieczeństw zarówno dla płodu jak i matki. Wymienić należy chociażby związane z ingerencją w ścianę macicy niebezpieczeństwo przedwczesnego odpłynięcia wód płodowych i zagrożenie przedwczesnym porodem. Wcześniactwo ze swoimi konsekwencjami to jeden z największych problemów związanych z operacjami prenatalnymi. Szuka się więc wciąż nowych rozwiązań i nowych dostępów aby ingerencja była jak najmniejsza i aby dzieci mogły rodzić się w optymalnym czasie. Wstępne wyniki badań wskazują, że na przeciw skutecznie wychodzą zabiegi z dostępu fetoskopowego, gdzie macica również jest uwidaczniana po wykonaniu laparotomii, jednak dostęp do płodu jest uzyskiwany przez 2-3 porty podobnie jak przy laparoskopii. Wynik badania MOMS wskazuje, że średni czas urodzeniowy wynosił w badanych przypadkach 34 tygodnie życia płodowego. Dostęp fetoskopowy, w zależności od ośrodka, w przedwstępnych wynikach pozwalał osiągać wiek urodzeniowy pomiędzy 33 ( ośrodek A ) a 38 ( ośrodek B ) tygodnia życia płodowego. Czy warto operować w łonie matki dzieci z przepukliną oponowo-rdzeniową? W przypadku standardowego zaopatrzenia wady po urodzeniu, 80% pacjentów rozwija wodogłowie i wymaga założenia układu drenującego komorowo-otrzewnowego (często nazywanego "zastawką"). U pacjentów z badania MOMS wystąpienie wodogłowia i założenie zastawki następowało w połowie mniej przypadków, bo było to 40% dzieci (ocena w 12 miesiącu życia). Wstępne wyniki badań z zastosowaniem opisanej powyżej techniki fetoskopowej wskazują, iż taka konieczność nastąpi tylko w 20% przypadków - koniecznie należy jednak podkreślić, że są to wciąż wyniki wstępne. Chirurgia prenatalna znajduje obecnie zastosowanie nie tylko w przypadku rozszczepu kręgosłupa. Zabiegi w łonie matki są bardzo często wykonywane także w zespole przetoczenia krwi między płodami (TTTS), w których podczas fetoskopii koaguluje się naczynia, którymi jeden z bliźniaczych płodów "podkrada" krew drugiemu. Wśród innych wad wrodzonych należy wymienić chociażby przepuklinę przeponową czy wady cewki moczowej (np. jej zarośnięcie). Autor tekstu: dr n. med. Mateusz Palczewski Katedra i Klinika Chirurgii i Urologii Dziecięcej Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu Stażysta Cincinnati Fetal Center, CCHMC, Cincinnati, Ohio, USA Materiały wideo z zabiegów prenatalnych w przebiegu przepukliny oponowo-rdzeniowej: Dostęp klasyczny Dostęp fetoskopowy (na filmie widoczni m.in. chirurdzy Jose Peiro z Cincinnati Children's i Michael Belfort z Texas Children's Hospital): Źródła: [1] Hand of Hope - a photo of Samuel Adams [2] Adzick NS, Thom EA, Spong CY, et al. A randomized trial of prenatal versus postnatal repair of myelomeningocele. N Engl J Med. 2011;364(11):993–1004. [3] Źródła własne lub należące do Katedry i Kliniki Chirurgii i Urologii Dziecięcej UMED Wrocław [4] https://www.youtube.com/watch?v=qRtspxmhYnA [5] https://www.youtube.com/watch?v=Q9e1MBvdem4
  1. Load more activity
×
×
  • Create New...

Important Information

By using this site, you agree to our Terms of Use.