Lubimy dyskutować o tym, jak środowisko lekarskie jest postrzegane i oceniane przez społeczeństwo. Spotykamy się jako grupa zawodowa z ostrą falą krytyki, by chwilę późnej odebrać zgodną owację, wyrazy najwyższej estymy i wdzięczności ze strony obywateli za ochronę cennego zdrowia, uratowanie życia. Z czego wynika ta polaryzacja społecznych nastrojów? Na ile mamy na nią realny wpływ? Czy da się budować dobry PR w skali całej korporacji czy tylko jednostkowo?
Jesteśmy jako grupa zawodowa na tyle wyalienowaną i ekskluzywną społecznością, że społeczeństwo postrzega nas jako pewien monolit, brać, wspólnotę interesów. Ocena pracy jednostek przekłada się na opinię o całym środowisku - zarówno w pozytywnym, jak i negatywnym przypadku. Daleko nam do fryzjerów, krawców czy cukierników, którzy też niekiedy tworzą grupy branżowe, ale są postrzegani wyłącznie w kategorii społecznego pożytku i bardzo indywidualnie. Znamy wybitne zakłady fryzjerskie, popularne firmy krawieckie, wybitnych cukierników. Usługodawca. Społeczne zapotrzebowanie. Renomowany specjalista. Czy nie da się znaleźć wspólnego mianownika? Sądzę, że to dość karkołomne. Przyznacie Państwo, że prostsze wydaje się porównanie z nauczycielami, którym jednak nigdy media i korytarzowa opinia szeptana takich „batów” krytyki nie wymierzają, choć spotyka ich na swej drodze każdy obywatel. Co zatem stanowi o wyjątkowości naszego położenia?
Po pierwsze przepaść wiedzy i budowany od wielu lat dystans. Wiedza na temat ludzkiej fizjologii, anatomii oraz ich zaburzeniach budzi w dużej części „niewtajemniczonych” rodzaj zaintrygowania ale też niechęci. Wątpliwa przyjemność śledzenia sekcji zwłok budzi bodaj najwięcej zainteresowania słuchających opowieści o studiach medycznych, choć niewielu jest chętnych, by w takim wydarzeniu wziąć udział. Stworzona na przestrzeni dziejów elitarność i tajemność wiedzy medycznej jest obecnie coraz bardziej rozmywana poprzez całkowicie otwarty i powszechny dostęp do materiałów edukacyjnych. W ślad za tym powinna iść coraz bardziej partnerska relacja lekarzy z pacjentami. Mimo to wciąż bardzo często obserwuje się medyków (w szczególności obficie utytułowanych), którzy budują swoją pozycję w oparciu o przedpotopowy schemat „profesor-uczeń” lub „znawca-profan”. Tworzy to rodzaj respektu i zaufania, który jednak łatwo pęka w sytuacji kryzysu, jakim jest błąd lub powikłania. Warto zauważyć, że elitarność medycznej profesji ma też niekiedy ważny społeczny aspekt. W naszym kraju, w części małych społeczności lekarz obok przedstawiciela władzy i kościoła stanowi niekiedy lokalny autorytet. I dobrze, jeśli tę pozycję wykorzystuje ku pożytkowi ogółu.
Od dużych grup zawodowych lekarzy odróżniają także inne specyficzne cechy tej profesji:
Występowanie w roli funkcjonariusza publicznego (w pewnych sytuacjach).
Uzasadniony zakaz reklamy osób i usług lekarskich narzucony wewnętrznie przez korporację (KEL).
Postrzeganie pomocy medycznej jako czegoś w sposób oczywisty dostępnego i darmowego.
Finansowanie budżetowe przy jednoczesnym dużym, otwartym rynku prywatnym i pewność zatrudnienia. W jednym akapicie klika ważnych aspektów.
Słynna jest sprawa pani ginekolog z południa Polski (za Gazetą Wyborczą), która przed sądem przegrała sprawę (wyrok nieprawomocny, 07.2015), wytoczoną portalowi ZnanyLekarz. Na stronie tej, na jej nieautoryzowanym „profilu” anonimowa pacjentka przedstawiła druzgocący i kompromitujący opis wizyty w poradni odradzając innym korzystanie z usług pani doktor. Powódka zażądała usunięcia nieprzychylnego komentarza. Sąd nie przychylił się do jej argumentów i stwierdził m.in., że „lekarz jak sędzia jest osobą publiczną i musi liczyć się z tym, że jego działalność będzie oceniana”. Portal zatriumfował (nie po raz pierwszy), w gruncie rzeczy zdrowy rozsądek też, bo każdy może sobie wyrobić opinię sam, ale niesmak pozostał. Kontrowersyjny jest sam pomysł lekarskich profili na tego typu portalach, które w większości są nieautoryzowane, przy czym są koledzy, którzy swoje profile „nadzorują”, korzystając przez to z wątpliwej etycznie reklamy.
Co do rzeczonej reklamy, to ta z założenia ma w sobie coś fałszywego- koloryzuje rzeczywistość, ukazując wyłącznie pozytywne aspekty; wymaga nakładu pewnych środków ale też przekłada się na finansowy sukces. Środowisko lekarskie już dawno uznało, że kwestia zdrowia i życia jest zbyt delikatna, by o rozpoznawalności danego specjalisty decydował jego zmysł marketingowy lub majątek, a nie umiejętności i doświadczenia. Czasy mocno się zmieniają: ośrodki medyczne (także te duże) staja się firmami nastawionymi na zysk, lekarze łączą pracę w placówkach publicznych i prywatnych, a przy tym coraz więcej uczniów Hipokratesa za duże pieniądze firmuje swoim nazwiskiem konkretne produkty, nie zważając na zapisy Kodeksu Etyki Lekarskiej i kary grożące za ich łamanie. Nachalność i informacyjny fałsz części reklamy budzi wręcz niesmak (-> "Lek na kaszel palacza")
Pieniądze. Ponoć o nie wszystko się rozbija. Czy każda grupa zawodowa obracająca dużymi środkami ma, mówiąc potocznie, „przechlapane” w oczach opinii publicznej? Otóż nie. Pomijając radykalnych marksistów nie słyszałem o pomyjach wylewanych na pierwszego z brzegu majętnego dyrektora sieci sklepów, wybitnego muzyka czy restauratora. Problem pojawia się tam, gdzie dotykamy środków publicznych. Lekarze w dużej mierze są w Polsce zatrudnieni „przez państwo” w placówkach publicznych i choć budżetowe wynagrodzenia nie należą do najwyższych, to jesteśmy, drodzy Państwo postrzegani jako funkcjonariusze systemu ochrony zdrowia. Za wszystkie (a przy tym bardzo liczne) niedostatki sfery, za którą odpowiada państwo obrywa się tym, którzy z obywatelami mają faktyczny kontakt. Każda pielęgniarka i każdy/a lekarz/lekarka stał/a się w pracy ofiarą przemocy słownej lub fizycznej pacjenta. Tu sprawa komplikuje się jeszcze bardziej, gdyż w Polsce do tej pory żaden minister, prezes NFZ czy polityk nie określił jasno, co obywatelowi należy się od państwowej służby zdrowia, poza tym, że wszystko. Obywatele, skądinąd słusznie, oczekują więc wszystkiego od lekarzy, co rodzi nieuchronne konflikty.
Przeciętny lekarz ma nieograniczone możliwości zarabiania pieniędzy (niezbędność usług, prywatna działalność, klauzula opt-out, dyżury, wysokie stawki za niektóre zabiegi i procedury, dorabianie w kilku miejscach, badania kliniczne, współpraca z firmami farmaceutycznymi, wydawnictwami, działalność dydaktyczna, wreszcie wykorzystywanie zależności pacjenta i praktyki korupcyjne). Móc a skorzystać to jednak dwie różne sprawy. Część z medyków tę okoliczność wykorzystuje w sposób bezmyślny, nadmierny i destrukcyjny. Tak rodzą się problemy uzależnionych od statusu materialnego, pozycji społecznej i używek wszelkiej maści lekarzy, którzy gubią niezbędny dystans. Kumulacja odpowiedzialności prawnej, frustracji i stresu w pracy, obawy o życie pacjentów i zachłanności musi prowadzić do wypaczeń. Kwestią tą poruszył w kontrowersyjnym wywiadzie udzielonym Newsweekowi dr Grzegorz Luboiński z Centrum Onkologii w Warszawie (pozycja obowiązkowa). „Pazerne doktory” podzieliły środowisko głównie w aspekcie publicznego roztrząsania wewnętrznych problemów korporacji, ale trudno odmówić troski o bezpieczeństwo pacjentów diagnozowanych i leczonych przez osoby ekstremalnie przepracowane. Nie jest prawdą, że system wymusza przyjmowanie pozycji wyrobnika. Wspólne opamiętanie i postawienie klarownych postulatów wymusiłoby na władzy konieczne zmiany systemowe. Ale liczba beneficjentów tego stanu rzeczy jest tak duża, że nie wydaje się, by ten stan rzeczy miał ulec zmianie. Łączenie pracy w placówkach publicznych i konkurencyjnych prywatnych, brak w wielu aspektach kontroli medycznej nad praktykami prywatnymi, łączenie pracy lekarza i paramedycyny… To tylko kilka przykładów praktyki, która w oczach społecznych wystawia na szwank reputację całego środowiska. Jeśli dołożyć do tego „branie lekarzy w kamasze” przez niektórych polityków i niesprawiedliwe wyroki wydawane przez massmedia w wielu konkretnych sprawach dotyczących rzekomych i faktycznych błędów medycznych okazuje się, że jest aż nazbyt wiele powodów do niechęci wobec szeroko pojętego środowiska lekarskiego. A jeśli wzbogacimy tę litanię o rosnącą roszczeniowość pacjentów i ich prawników, wieloletnie zaniedbania w nauczaniu medyków komunikacji interpersonalnej i totalna nieobecność polityki „sorry works” w szpitalach, to wnioski nasuwają się same.
Jak przeciętna lekarka pracująca sumiennie od lat w jednym miejscu w Polsce, zarabiająca półtorej średniej krajowej, co z mniejszym lub większym zapasem wystarcza na zapewnienie bytu rodzinie ma przekonać polskiego pacjenta, że można żyć normalnie, a za zdobytą wiedzę i wypracowane doświadczenie należy jej się znacznie wyższa pensja?
Na to pytanie nie znajdzie odpowiedzi żadna prężna i zorganizowana grupa lekarzy, związek zawodowy, partia polityczna ani grupa lobbystów. Ale wystarczy, że opisywana pani doktor przekona do tego swoich pacjentów. Pokazując zwykłe, ludzkie oblicze kruszymy mit posągowego, pazernego i oderwanego od rzeczywistości cyborga. Warto mieć pacjentów po swojej stronie.
Mateusz Malik, lekarz
PS. Meksykański przykład „rozbrajania” negatywnej opinii o lekarzach. Na śpiocha? Na wesoło! (natopie. pl)