A co możecie powiedzieć na temat podwójnych specek? Np. mnie chodzi w tej chwili po głowie idea ze zrobieniem RM, a potem dorobienia sobie skróconym trybem anestezji. Plusy są takie, że anestezja wydaje się dobra na rezerwę za kilkanaście lat, kiedy już mniej się będzie chciało jeździć w karetce i użerać z pijakami na SORze, poza tym daje większe uprawnienia (nie będę musiał wzywać anestezjologa, jak będzie potrzebny). Minus jest zasadniczo taki, że to kolejne 3 lata poświęcone na naukę, no ale chyba nie jest to coś nie do przeżycia
Co do RM, to wydaje mi się, że jeżeli kogoś to naprawdę interesuje, to specjalizacja może być bardzo ciekawa i późniejsza praca może dać ogromną satysfakcję – zgodnie z tym, co pisał kolega seba_filip. Co jest chyba prawdą w przypadku każdej specjalizacji – zawsze trafiają się lekarze genialni i półdebile, którzy wyczyniają idiotyzmy, na które studentom 2. roku szczęka opada z niedowierzania. I tego się nie przeskoczy, dlatego na podstawie tego "jakich się widziało" specjalistów medycyny ratunkowej nie można za bardzo oceniać tego, czy ta specjalizacja ma sens, czy nie. Moim zdaniem ma, ponieważ uważam wzywanie po kolei 5 różnych lekarzy do oceny jednego ostrego pacjenta za absurd – wiadomo, że w naszych warunkach ci lekarze nie przybiegną po 30 sekundach, a czas leci. Jeden lekarz, który ma wiedzę na temat stanów ostrych z wielu różnych dziedzin, jest w stanie dokonać oceny pacjenta, ustalić priorytety w leczeniu i to leczenie zacząć – a na konsultacje i rozwiązywanie pobocznych problemów jest już czas, kiedy się chorego ustabilizuje. Dlatego nie do końca przemawia do mnie stanowisko, że lekarz RM jest bez sensu, bo wystarczy wezwać chirurga, anestezjologa, okulistę, ortopedę i internistę, a pacjent będzie zdiagnozowany na cacy...
Wiadomo, że praca po RM jest ciężka, często niewdzięczna, fizycznie i psychicznie obciążająca – ale myślę, że każdy, kto poważnie ją rozważa zdaje sobie z tego sprawę . Podstawowa kwestia jest taka, czy da się z tego wyżyć – a da się, biorąc pod uwagę nawet te gorsze stawki, jakie tutaj widziałem. Wiadomo, że się kokosów nie zbije, ale też nie będzie się żyło na średniej krajowej.
Na pewno nie jest to specjalizacja, którą sobie można wziąć "ot tak" – nie wiem, co chcę w życiu robić, to może sobie wezmę ratunkową. Bo argumentów "za" nie ma tak znowu wiele. Ale jeżeli kogoś to pasjonuje, to nie widzę powodu, dlaczego powinno się do tej specjalizacji zniechęcać (a wierzcie mi, jak na razie nie spotkałem chyba nikogo, kto by przynajmniej delikatnie nie próbował mnie przekonać, że powinienem sobie dać spokój i pomyśleć o czymś innym).