Skocz do zawartości

pawelczas

Members
  • Postów

    3
  • Dołączył

  • Ostatnio

Reputacja

0 Użytkownik o neutralnej reputacji

O pawelczas

  • Ranga
    Początkujący

Profile Information

  • Status
    Student
  • Miasto uczelni:
    Lublin
  • Rok rozpoczęcia studiów
    2014
  • Wydział
    inny
  1. Firmy. Nie dość, że było w miarę tanio, to jeszcze byłem bardzo zadowolony, gdy uczyłem się w "Ratajczuk - Edukacja" (cholera, brzmi jak reklama, ale niech im tam będzie :D). Próbowałem korepetytora, ale jak się okazało, trafiłem kota w worku. Sami wiecie, że różni ludzie oferują się przy pomocy w nauce, a nie zawsze wiedzą, jak przekazać wiedzę. Może miałem po prostu pecha, ale to nie ważne- w pewnym sensie, niechęć pozostała. Inna sprawa to cena. Dajmy na to, że chcemy się uczyć zarówno biologii i chemii. Korki kosztują mniej więcej 50 zł za godzinę. Jako, że godzina to za mało by pojąć cały materiał, trzeba wziąć dwie. Z 50 zł robi się 100 zł. A to jeden przedmiot. Za dwa-200 zł. Miesiąc ma ok. 4 tygodnie. Wychodzi prawie 1000 zł bez tam 200 złotych. Firmy są tańsze, ta w której byłem, płaciłem 360 zł, a zajęcia miałem prawie co tydzień. A z tego co wiem, to uczą tam nauczyciele szkolni, więc mający doświadczenie (i w końcu chęć, by uczyć tych, co chcą się uczyć!).
  2. pawelczas

    Humanista który zmienił zdanie :D

    Miałem podobną historię rok temu, co opisana tutaj wcześniej, z tym, że "już po ptokach", czyli po skończeniu studiów. Przez 5 lat studiowałem archeologię, idąc za głosem serca. O ile przez 3 lata licencjatu byłem bardzo zadowolony z kierunku, który obrałem, to na 4 przyszło pewne zwątpienie. Nie chodzi o zatracenie pasji, co bardziej o bardzo mglistą przyszłość względem zawodu, który bym wykonywał. Aby móc wykonywać mój dawny zawód w taki sposób, by móc się ustatkować musiałbym zostać albo pracownikiem uczelnianym, pracownikiem muzeum lub też założyć własną firmę. Idąc po kolei, aby zostać na uczelni musiałbym być co najmniej doktorem, a to się równa co najmniej 3 lata robienia doktoratu, znalezienie pracy w muzeum to w większości loteria: trzeba mieć dobre układy z miejscowym ośrodkiem, aby czekać, aż "beton" pójdzie na emeryturę. Lub też pracować gdzieś w jakimś zapomnianym przez świat miejscu. Własna firma: jej założenie to nie jest wysoki koszt, ale już utrzymanie się na rynku nie jest proste. Tam nie da się robić reklamy, jak w innych działalnościach gospodarczych, a przetargi, jak to zwykle bywa, wygrywają ci, co chcą najmniej, a nie, ci co najlepsi. Zdecydowałem się coś z tym zrobić. Pomyślałem, zupełnie ad hoc, o jakimś kierunku ścisłym dla odmiany, najlepiej lekarskim. Medycyna odpadła w przedbiegach, nie mam powołania. Po dłużej chwili zastanawiania się, postanowiłem pójść na dietetykę, czyli obrócić kota ogonem. Wiedziałem też, że to się równa ze zdaniem matury z chemii albo biologii. Ale, co mi szkodziło, w końcu to tylko matura. Trochę się pomyliłem, jak usiadłem do nauki. Lata studiów nauczyły mnie, że nie ma co "kuć na blachę", tylko podejść do tematu poprzez zrozumienie. Wyciągać wnioski. Ale ilość materiału była przerażająca, że w rok trudno będzie to ogarnąć, zwłaszcza samemu. I zdecydowałem: pójdę na kurs maturalny. Najpierw były korepetycje, rzecz jasna, ale szybko okazało się, że to pomysł niezbyt trafny. Stąd, wniosek, bym zufał firmie. Jako, że studiowałem w Poznaniu, najpierw szukałem tam. Ale okazały się być za drogie. Stąd, spróbowałem w mieście rodzimym, czyli Zielona Góra. Wyłapałem dwa: Eureka-Centrum Edukacji i Ratajczuk-Edukacja (strasznie podobne są te nazwy tych "prep-szkół", ale nie dziwota). Chwilę się wahałem, ale wybrałem Ratajczuka, ponieważ, wedle opisu, przygotowywał stricte na kierunki lekarskie, czyli w to wchodziła dietetyka. Eureka miała kilka przedmiotów i też jest o fajne, ale nie daje konkretnego ukierunkowania. Ale, jako, by nie być do końca pewny, że Ratajczuk to jest to, byłem sceptyczny. Na szczęście pomyliłem się. Zajęcia prowadzone świetnie, miałem łatwość z przyswajaniem materiałów, a na dodatek każda wątpliwość była rozwiązywana wewnątrz grupy. A co jest w tym najśmieszniejsze? W międzyczasie robiłem magistra z archeologii. Połączyłem dwie duże odpowiedzialności: naukę na maturę i pracę badawczą. I osiągnąłem to, co zamierzałem. Właśnie skończyłem 2 rok dietetyki. Nikt mi nie wmówi, że nie można zmienić swojej specjalizacji.
  3. Zawsze uważałem, że dobry lekarz powinien być głuchy, by nie słyszał jęków bólu swojego pacjenta Dobra, a teraz tak serio. Jesli chodzi o dobre przygotowanie na studia medyczne, trzeba już myśleć o nich od samego początku. To nie może być kaprys i pomysł ad hoc, tylko przemyślana od samego początku do końca decyzja. Droga przez łzy, pot i ból, by w końcu odnieść suksces. Dobra, zabrzmiałem teraz, jakbym był jakimś couchem w korporacji, ale jest to smutna prawda. Gdy inni zażywają licealnego życia, kandydat na lekarza będzie musiał sypiać z książkami. Gdy kumple z liceum będą rozmawiali o dziewczynach z klasy, twoimi damami będą biologia i chemia. Gdy koleżanki będą polotkowały o najlepszych ciachach w liceum, ty będziesz prowadziła dialog z vademecum. Oczywiście, są jednostki, które są w stanie to pogodzić, ale w większości przypadków to ciężka praca od samego początku, aż do końca. W końcu to na tobie ma spłynąć obowiązek dbania o życie ludzi, którzy będą chcieli powieżyć tobie ich zdrowie. I byle błąd może sprawić, że przestaniesz być osobą powszechnie szanowaną i znajdziesz się na bruku przez malutkie potknięcie. Dobra, dość czarnowidztwa, czas przejść do konkretów. Książki: nie będę polecał niczego konkretnego, jest tyle pozycji na rynku, a co roku są wydawane nowe, że trzeba na bieżąco śledzić recenzje danych tytułów. Pewne jest jedno: wykupić jak najwięcej testów maturalnych z chemii i biologii, wydawanych zwłaszcza przez Operon. I rozwiązywać zadania. Cały czas, po kilka dziennie. By weszło to w nawyk. Można posiłkować się podręcznikami, ale to praktyka czyni mistrza. Korepetycje: mam dość sceptyczny stosunek do koncepcji korepetycji. Nie mówię o tych szkolnych, bo nauczyciel ma na głowie kilkaset dzieciaków, które często musi uspokajać na zajęciach. Mówię o tych, za które trzeba płacić. Ich wybór to kot w worku, nie wiesz czy to co kupisz, okaże się dobre. Czy jest jakieś wyjście z tej sytuacji? Najmniej ryzykowne są firmy, które organizują kursy maturalne. Nie mówię tutaj o Cosinusie czy Żaku, tylko o stricte ukierunkowane na pójście na kierunki lekarskie. Zazwyczaj uczą tam egzaminatorzy maturalni i doświadczeni dydaktycy, ze zdrową rywalizacją między uczniami, a przy tym są niedrogie (średnio 20 zł za godzinę) w stosunku do jakości. Jedyne na co trzeba zobaczyć, to która firma co proponuje i gdzie. O ile na przykład Ratajczuk ma swoje filie w całej Polsce, to taka Eureka już tylko w Zielonej Górze. Po trzecie: systematyczność. Świątek, piątek czy niedziela, robić coś, co pomoże w zdaniu matury: zadania, lektura, spisywanie wzorów chemicznych, gdy wstanie się w nocy (nie ma co się śmiać, ja tak robiłem, gdy szedłem w nocy, np. po wodę). Utrwalać materiał i potem patrzeć, czy przyniósł skutek.
×

Important Information

By using this site, you agree to our Terms of Use.