Może się wydawać, że różnego typu szarlatani i uzdrawiacze stanowią w Polsce duży problem. Badania opinii społecznej1 wskazują, że zaufanie do lekarzy w Polsce utrzymuje się na niskim poziomie na tle świata, a nawet spada. Oferty „alternatywnego” leczenia rozmaitych chorób są dostępne właściwie na każdym słupie ogłoszeniowym. Polsat może już nie transmituje spotkań ze Zbyszkiem N., ale na spotkania z nim i jemu podobnych wciąż przychodzą tłumy obywateli. Czy to typowo polska specyfika? Otóż, jak się okazuje, wcale tak nie jest.
Skala problemu jest w krajach anglosaskich i niemieckojęzycznych jest znacznie większa, niż może się wydawać. I to mimo szerokiego dostępu do standardowych terapii. Nasze podlaskie szeptuchy, „lekarki homeopatki” w POZ-tach i mądrości inż. Antoniego Zięby to margines w porównaniu z rozbudowanym, podpierającym się badaniami rzekomo naukowymi szarlatańskim przemysłem Zachodniej Europy, niejednokrotnie implementowanym do rutynowej praktyki medycznej. Wszelkiej maści alternatywne, a nieskuteczne, a czasem wręcz szkodliwe metody terapii są stosowane na szeroką skalę. W niektórych przypadkach włączone są do systemu zdrowia, a czasem wręcz refundowane.
Kontrowersyjnym zagadnieniem etycznym jest, czy wolno u chorego, który nie reaguje na standardowe leczenie (np. w przypadku nowotworu, opornej padaczki) zastosować terapię:
- która nie ma naukowo udowodnionego pozytywnego działania?
- której negatywny wpływ na zdrowie nie został wykluczony?
- która ma wartość równą placebo?
Z punktu widzenia lekarza wyklucza to przysięga Hipokratesa i zasady etyki lekarskiej.
Szarlatani. Uzdrawiacze. Naciągacze
Quackery - to angielskie słowo, które określa zbiorczo cały szereg tworzących się przez wieki ideologii i pseudonauk na styku medycyny i chciwości. Pół biedy, jeśli profilaktyka i leczenie dotyczy niegroźnych problemów zdrowotnych, a pacjent za takie działania nie płaci. Gorzej jeśli żeruje się na naiwności i trudnej sytuacji chorych przewlekle i onkologicznie. Jak można pozytywnie ocenić sytuację, w której pacjent z tytułu niedostatecznie zbadanej terapii ponosi jakiekolwiek koszty (finansowe lub materialne). Badania kliniczne nad nowymi lekami poprzedzone są eksperymentami in vitro i na zwierzętach, a wszelkie koszty terapii są refundowane. Są jednak ośrodki, które niemal w całości utrzymują się ze środków pozyskiwanych od pacjentów za usługi wątpliwej efektywności, jak na przykład wielokrotnie ścigana przez amerykański wymiar sprawiedliwości pseudonaukową Burzynski Clinic w Houston2 czy przykład z polskiego podwórka: Instytut Immunoterapii Nowotworów i Chorób Przewlekłych IMMUNOMEDICA sp. z o.o. z Warszawy, gdzie bez żadnych prawnych konsekwencji stosuje się u pacjentów nowotworowych dożylnie wysokodawkową witaminę C, hipertermię ogólną czy "selol" (każda z wymienionych metod nie ma udowodnionej ponad wszelką wątpliwość skuteczności...). Tendencje do oszustw na tle medycznym towarzyszą kulturom całego świata od początku dziejów, nie zawsze jednak szarlatani tak skutecznie podszywali się pod naukowców.
Jednym z najbardziej znanych i zaangażowanych tropicieli i krytyków medycznych oszustów jest prof. Edzard Ernst3, Niemiec z Wiesbaden, pracownik Uniwersytetów w Wiedniu i Exeter, profesor fizjoterapii i rehabilitacji, który większość swego życia poświęcił analizie popularnych w Europie alternatywnych terapii przez pryzmat EBM. Mając do dyspozycji lata praktyki w Monachijskim „Szpitalu Homeopatycznym” profesor Ernst poznał od podszewki realia pseudolekarskich, niepotwierdzonych praktyk, którym oddawało się wielu jego kolegów.
Współautor książki Trick or Treatment? Alternative Medicine on Trial (z 2008 roku) poddawał przez lata krytycznej analizie cały szereg doniesień i badań naukowych dotyczących m.in. homeopatii, akupunktury, ziołolecznictwa czy chiropraktyki. Jego metaanalizy pozwoliły bez żadnych wątpliwości zrównać skuteczność wielu „metod leczniczych” z placebo. Dotyczy to preparatów homeopatycznych, terapii refloksologicznych, antropozoficznych, akupunktury czy spożywania w celach leczniczych aloesu, imbiru, rumianku, jemioły czy "ziela św. Jana" (czyli dziurawca).
Podwaliny pod Europejską fałszywą naukę medyczną położyli pan Smauel Hahnemann, twórca homeopatii (VIII/XIX w.) oraz państwo Rudolf Steiner i Ita Wegman - pionierzy antropozofii (XIX/XX w.). Konsekwencje
ich niepodpartych niczym teorii widać po dziś dzień przede wszystkim w krajach niemieckojęzycznych i angolsaskich, gdzie społeczne zaufanie do pewnych metod jest wysokie. Dla przykładu w Niemczech od lat toczy się wiele badań nad wpływem jemioły na układ odpornościowy. Jednak większość z nich jest krytykowana za stronniczość, brak zachowania naukowej staranności, a ich obiecującym rezultatom przeczą badania niezależne. A, paradoksalnie, produkty na bazie jemioły mają status leku wspomagającego w Niemczech, Szwajcarii, Holandii, Szwecji, mimo że... w ogóle nie działają!
Profesor Ernst szacuje, że Amerykanie rocznie na wątpliwej jakości terapie tracą rocznie 27 miliardów (!) dolarów, a Brytyjczycy ponad 500 milionów funtów.
Edzard Ernst podsumowuje w jednym z wywiadów, że: „Dla nas nie ma czegoś takiego jak medycyna alternatywna: Jest medycyna skuteczna i nieskuteczna oraz medycyna bezpieczna i niebezpieczna. Każdy rodzaj terapii musi zostać przebadany i sklasyfikowany w jednej z tych grup. Ma nadzieję, że w przyszłości skuteczne niestandardowe terapie trafią do standardu, a medyczne fałszywki zostaną zakazane.”
Profesor jasno stawia też sprawę „naukowości” pseudometod: "Albo mylą się ich twórcy, albo błędna jest cała współczesna fizyka, chemia, fizjologia i farmakologia...".
Mateusz Malik, lekarz
Dla fanów tematu: artykuł z Wikipedii na temat najważniejszych cudownych terapii na raka...
1http://www.medexpress.pl/spada-zaufanie-do-lekarzy-dlaczego/63361

Rekomendowane komentarze
Join the conversation
You can post now and register later. If you have an account, sign in now to post with your account.