dokładnie, tak jak pisze ebedziebie, z anatomii szczegółów już dawno się nie pamięta (ja na 3 roku jestem dopiero, to na 6 to już w ogóle nie wiem, co mi zostanie). Moim zdaniem fajne u nas na anatomii były rentgeny, ale nie w takiej formie! Jeden wykład na każde koło (czyli w ciągu roku aż 5, no łał), na koniec te zdjęcia wchodzą w skład egzaminu (i to nie mało bo 15pkt/60 jest z radiologii) - zdjęcia niby były dostępne, ale co z tego, skoro nie potrafiliśmy ogarnąć co jest gdzie? To było takie strzelanie na oślep. Gdybyśmy chociaż mieli te zdjęcia opisane, to by było zupełnie inaczej.
Przedmioty do wywalenia? Biologia (nie pamiętam z niej za wielu szczegółów, poza elementami śmiesznymi typu "koleżance w badaniu wyszło, że ma dwie pałeczki Dobosza"), chemia medyczna (z tego nie przydaje mi się nic, nie wiem w ogóle po co były te zajęcia - z biochemii niektóre, powtarzam niektóre, elementy owszem), biofizyka raczej też mi do życia zbędna. I zapychacze typu socjologia, filozofia etc. Wiem, że liczni absolwenci tych kierunków muszą gdzieś pracować, ale nie widzę powodu, czemu to ja z tego tytułu mam się z tym męczyć.
Niektóre przedmioty okroić - np moja beloved histologia, biochemia, a na niektóre wręcz zwiększyć nacisk - jak pisałam gdzieś indziej na pierwszą pomoc! Mamy być lekarzami, a zajęć z resuscytacji mamy 2?! No żart, i to mało śmieszny.
Więcej zajęć praktycznych - zdecydowanie tak. I mniejsze grupy na klinikach (wiem, że na niektórych uczelniach tak jest, zazdroszczę zatem) - max 2-3 osoby na asystenta.
Wiem, że na to potrzeba kasy - modernizacja sprzętu. W szpitalu Barlickiego na oddziale powinno być 6 monitorów do ciągłego kontrolowania stanu pacjentów "ciężkich" - jest 1 i to pożyczony z innego oddziału. To tylko przykład, bo wszędzie mamy takie braki.
Z drugiej strony w zeszłym roku widziałam piękne wyrzucanie kasy w błoto - na laborkach z biochemii polecono nam używać parafilmów - podobno pieruńsko drogie, sprowadzane z zagranicy, a studenci zużytkowanie mieli nieziemskie (co się dziwić, jak na jednych zajęciach każdy miał np. 8 probówek i każdą trzeba było wymieszać). My trochę to obchodziliśmy, zatykając probówki palcem w rękawiczkach (zdaję sobie sprawę, że nie do każdego roztworu można podchodzić w ten sposób, ale do znaczącej większości owszem). Takie paradoksy trochę.
I może pierdoła, ale - stosunek do studentów. Chciałabym dożyć takiej chwili, że przyjdę do dziekanatu o coś zapytać, a pani mi na pytanie odpowie, a nie usłyszę "ja się takimi sprawami nie zajmuję, to koleżanka, ale wyszła na chwilę (=kawę)" (ale obowiązkami to się w ciągu roku nieraz zamieniają, więc chyba zakres mają podobny..)