Największą wartość ma to czego się sam nauczysz. Im więcej tym lepiej.
Mam wielu znajomych, których CV pęka w szwach od "prac naukowych" prezentowanych na konferencjach studenckich i którzy działają w 5 różnych kołach (wygłaszając i słuchając odczytów). Czy to zrobi wrażenie na pracodawcy? Zależy pewnie od pracodawcy, ale większość z nich zna jakość takich prac oraz kół i nie zaprząta sobie tym głowy.
Są osoby, które działają ciągle przy jakiejś klinice licząc, że będzie tu na nich czekało miejsce. Czasem się udaje a czasem przychodzi synek-wujka-dziadka-kolegi z wojska po znajomości i jest problem. Wtedy takie osoby wylewają żale na forach dla młodych lekarzy jakie to życie jest niesprawiedliwe. Tymczasem s************ jest powszechną cechą klinik uniwersyteckich.
Im więcej się nauczysz medycyny tym lepiej. Nie da się tego zrobić siedząc w sali seminaryjnej, na wykładzie czy nawet drepcząc dwie godziny dziennie po oddziale za asystentem. Jedyny sposób to widywać pacjentów, rozmawiać z nimi, badać ich i główkować co by tu podać, co zlecić oraz na jakie badania wysłać. Potem porównywać swoje pomysły z tym, co zrobią starsi lekarze. Im więcej tym lepiej. Zobaczysz jak naprawdę wyglądają objawy najczęściej występujących chorób, nauczysz się radzić sobie z upierdliwymi babciami i wgrasz do głowy schematy postępowania doskonale ułatwiające prace.
Inna sprawa to opracowanie odpowiedniej organizacji pracy - w skrócie jak pogodzić stosy papierów, nawał pacjentów i jak to wszystko sobie zorganizować by się w tym wszystkim nie pogubić, niczego nie przeoczyć, każdego pacjenta "załatwić" odpowiednio i by się do końca dnia ze wszystkim wyrobić.
Potem, niezależnie od tego, gdzie się dostaniesz będziesz sobie lepiej radził i twój szef to doceni. To oczywiście dopiero początek dłuuuuuugiej drogi i nie łudź się że jakakolwiek aktywność w czasie studiów w pełni przygotuje cię do przyszłej pracy.
Ja wybrałem SOR, gdzie chodzę już prawie 4 lata. Zaczynałem jako pomocnik pielęgniarki a teraz mam zaprzyjaźnionych lekarzy którym pomagam i od których uczę się więcej niż kiedykolwiek mógłbym dowiedzieć się na studiach. Czy będę chciał jakieś zaświadczenie, że spędziłem tam z własnej nieprzymuszonej woli kilka tysięcy godzin (może więcej, może mniej, nigdy tego nie liczyłem)? Pewnie spróbuję. Ciekawe tylko czy kogokolwiek w przyszłej pracy będzie to obchodziło...