Skocz do zawartości
View in the app

A better way to browse. Learn more.

MedFor.me - Medycyna. AI. Obiektywnie

A full-screen app on your home screen with push notifications, badges and more.

To install this app on iOS and iPadOS
  1. Tap the Share icon in Safari
  2. Scroll the menu and tap Add to Home Screen.
  3. Tap Add in the top-right corner.
To install this app on Android
  1. Tap the 3-dot menu (⋮) in the top-right corner of the browser.
  2. Tap Add to Home screen or Install app.
  3. Confirm by tapping Install.

MedFor.me

MD
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

Zawartość dodana przez MedFor.me

  1. Ekskluzywna rozmowa MedFor.me z doktorem Markiem Zabłockim, specjalistą chorób wewnętrznych i diabetologii, prezesem Warmińsko-Mazurskiej Izby Lekarskiej, koordynatorem Oddziału Wewnętrznego Miejskiego Szpitala Zespolonego w Olsztynie. Mateusz Malik: Panie Doktorze! W ostatnich miesiącach głośno jest o młodych lekarzach i ich batalii o poprawę warunków pracy. W akcję aktywnie zaangażowani są m. in. przedstawiciele Komisji Młodych Lekarzy przy Izbach. W jaki sposób WMIL może wesprzeć ich w walce o godziwe zarobki i przyjazne warunki kształcenia? Marek Zabłocki: Bardzo się cieszę, że aktywność młodych lekarzy jest tak duża i że jest zauważalna na forum samorządu - w NRL, ale również w naszym regionie. Jeśli chodzi o postawę samorządu związaną z postulatami najmłodszej grupy członków, to zawsze byliśmy rzecznikiem młodych lekarzy i wsparciem w rozwiązywaniu ich problemów. W związku z tym także na poziomie regionalnym takie działania mają miejsce i to na dwóch płaszczyznach. Na płaszczyźnie ogólnej, to jest próbie zmian systemowych, czego najlepszym przykładem są ostatnio przyjęte apele Okręgowego Zjazdu Lekarzy WMIL, gdzie poparliśmy postulaty złożone przez naszą Komisję Młodych Lekarzy dotyczące przede wszystkim uregulowania dyżurów rezydenckich, ale również całościowego uporządkowania zagadnień prawnych dotyczących lekarzy rezydentów. To jest ta płaszczyzna szersza. Tym drugim polem działania jest pomoc w pojedynczych, indywidualnych zdarzeniach. Często ja, jako prezes czy inni przedstawiciele Prezydium Okręgowej Izby Lekarskiej w konkretnym miejscu, konkretnym szpitalu reprezentujemy młodych i pomagamy im walczyć o swoje prawa. Przykład z ostatniego czasu: Jesteśmy teraz w sporze sądowym w Sądzie Pracy, gdzie nasz prawnik reprezentuje dwójkę rezydentów, którzy zostali niezgodnie z prawem zwolnieni z pracy w trakcie rezydentury z powodu nieprzyjęcia nakazu wykorzystania urlopu w danym okresie. Staramy się również uczulać osoby zarządzające szpitalami, by warunki pracy w tych zakładach opieki zdrowotnej były przyjazne dla młodych ludzi i by młody człowiek nie był traktowany jak przysłowiowy „zapchajdziura” czyli kierowany w miejsce, gdzie w danej chwili nikt inny nie może pracować. Różnie bywa ze skutecznością tych działań, ale staramy się pomagać. Uprzedził Pan doktor moje kolejne pytanie. Izba lekarska ma dla swoich członków ofertę edukacyjną, socjalną, kulturalną, sportową czy prawną. O tę ostatnią chciałem zapytać. Istotnie wzrasta liczba pozwów przeciw lekarzom. Jak wygląda dostęp do pomocy prawnej w Izbie? Czy każdy lekarz może liczyć na korporacyjne wsparcie merytoryczne, ale też pomoc adwokata w przypadku sprawy dotyczącej odpowiedzialności cywilnej czy karnej? Zdecydowanie tak. Nasze biuro prawne jest otwarte codziennie dla wszystkich lekarzy, ale w szczególności dla lekarzy z mniejszym stażem zatrudnienia, ponieważ to oni są często łapani w „pułapki” prawne, gdy podejmują się pewnych działań nie do końca może świadomi konsekwencji prawnych. Im zawsze nasi radcowie służą pomocą i często dzieje się tak, że zapobiegamy ewentualnym przykrym konsekwencjom. Natomiast bywa różnie jeśli chodzi o pomoc w indywidualnych procesach, czyli reprezentowanie interesów danego lekarza w sądzie (tak zwane zastępstwo procesowe). Tu na pomoc można liczyć w zależności od tego, z jakim przypadkiem mamy do czynienia, czyli nie zawsze. Jeśli są to procesy karne z powództwa cywilnego zawsze służymy opinią prawną, ale zwykle lekarz w takiej sytuacji jako swego obrońcę wybiera osobę, z którą zna się bliżej, z którą już współpracował. Wszyscy byliśmy lub jesteśmy młodymi lekarzami. Łączy nas wyjątkowy czas zdobywania specjalizacyjnych szlifów, doświadczeń klinicznych, pierwszych dyżurów, terapeutycznych sukcesów i porażek, trudnych egzaminów i konfrontacji marzeń z rzeczywistością... Jak wspomina Pan Doktor swój okres specjalizacji? O! (śmiech) Bardzo dobrze wspominam. Tak jest z naszą naturą, że wyrzucamy te rzeczy, które były nienajlepsze, a zawsze takie bywają. Początek pracy zawodowej to rzucenie na głęboką wodę. Oczywiście, nie było jeszcze takich zagrożeń prawnych, takiego stosu dokumentów do wypełniania, gdy zaczynałem pracę w 1988 roku. Mimo wszystko dobrze wspominam tamte czasy. Może właśnie sam fakt bycia młodym tak pozytywnie się kojarzy, no bo wtedy byliśmy beztroscy i szczęśliwi. I parę rzeczy, które utrudniały życie mało się pamięta. Natomiast jeśli miałbym wskazać największy problem z tamtych lat, to chyba jednak ten sam, co teraz, czyli przepracowanie. Dysproporcja między możliwością zarabiania godziwych pieniędzy w jednym miejscy pracy a koniecznością utrzymania rodziny. Każdy z nas miał po 2-3 różne miejsca, w których pracował. Czas pracy lekarza od lat się nie zmienia - zawsze oscyluje między 200 a 300 godzin w miesiącu i to jest okropne. Minęło prawie 30 lat i gdy patrzę na mojego syna, który jest lekarzem, to on również rozgląda się gdzie by można trochę dorobić. Miałem nadzieję, że to się zmieni. Ta opinia, że jako lekarze zarabiamy dużo jest dla nas niesprawiedliwa, bo pracujemy na dwóch, trzech etatach! Jak się zsumuje wynagrodzenie z poszczególnych miejsc, to nie jest ono najwyższe… To wspomnienie wiąże się też z pewnym poczuciem winy, że rodzina nie zawsze ojca miała wtedy, kiedy on powinien być i to z perspektywy czasu trochę boli. Ale to też jest wpisane w specyfikę naszego zawodu. Nasze rodziny są skazane na to, że rodzice (jeszcze jeśli obydwoje są lekarzami, a w moim przypadku tak było) nie mają zbyt dużej możliwości przebywania razem. Ale generalnie tak jak powiedziałem na początku samo wspomnienie bycia młodym lekarzem jest miłe. Lekarze z Porozumienia Rezydentów OZZL w trakcie konsultacji i spotkań dotyczących realizacji postulatów całego środowiska mają okazję rozmawiać z politykami, związkowcami, przedstawicielami mediów. Niestety w kontaktach z przedstawicielami części środowiska medycznego spotykają się niekiedy z oporem i swoistym dystansem starszych kolegów, którzy mówią im: "W naszych czasach mieliśmy znacznie gorsze warunki pracy, płacy, ledwo wiązaliśmy koniec z końcem i było nam trudno, zatem nie ma co grymasić, powinniście się cieszyć z tego, co macie". Jak ocenia Pan taką postawę? Oczywiście negatywnie. To wynika z takiej niedobrej cechy, że jeśli ja kiedyś miałem źle, to znaczy, że teraz też nie powinno być lepiej. Ta cecha jest niestety trochę naszą narodową. Nie mam pojęcia, z czego się to bierze. Wiele zależy od osobowości ludzi, z którymi się przebywa, od zespołu w którym się pracuje, w związku z tym sytuacja w konkretnych miejscach pracy bywa różna. W jednym miejscu młodemu człowiekowi łatwiej jest uzyskać wsparcie, w innym trudniej. A też są tacy, którzy mówią „Nie marudź, tylko pracuj, bo ja miałem jeszcze gorzej.” To jest argumentacja nie do przyjęcia, szkodzi całemu środowisku. Bo jeśli sami nie mówimy wspólnym głosem, to każda argumentacja na zewnątrz od razu staje się słabsza… Czy ma Pan Doktor kolegów lub przyjaciół, którzy na stałe wyemigrowali za pracą do krajów Europy Zachodniej czy w ogóle gdzieś dalej? Tak, znam kilka osób, które w tej chwili na stałe tam pracują! Mieliśmy w ramach Unii Europejskiej na początku lat 90-tych program współpracy z Châteauroux (miasto bliźniacze Olsztyna). I tam kolega, który razem ze mną zdawał specjalizacyjną „dwójkę” pracuje tam od wielu lat i bardzo sobie chwali tę pracę. A czy myślał o tym, by wrócić? Oj, nie. Muszę powiedzieć, że chociaż znam kilka osób, które wróciły, to większość niestety pozostaje na emigracji. Tamte warunki pracy są jednak inne. I to nie chodzi o nawet o wielkość zarobków - oni wszyscy podkreślają komfort pracy, którego u nas nie było i nie ma. To jest bardzo ważna rzecz, z której nie zdają sobie sprawy nasi pacjenci. Jest to również w jakimś stopniu zarzut do mediów, do ludzi kształtujących opinię społeczną. Jeśli lekarzy będzie się przedstawiało tylko i wyłącznie jako tych złych, no to trudno będzie zasypać dziurę pokoleniową, która dramatycznie w naszym zawodzie się powiększa. Dziennikarze nie próbują zrozumieć dlaczego tak często lekarz ma problem z całościowym, holistycznym potraktowaniem pacjenta - a wpływają na to warunki pracy. Jak ma się dwudziestu pacjentów na izbie przyjęć czy na SOR-ze, to doktor nie jest w stanie wszystkich zadowolić, sprawić by po takim „spotkaniu z lekarzem” pacjenci byli usatysfakcjonowani. I nie jest to jego zła wola. Wynika to przede wszystkim z patologicznego systemu ochrony zdrowia, w którym dominuje totalne niedofinansowanie, prowadzące do totalnych braków w obsadzie personelu medycznego. I dotyczy to wszystkich poziomów leczenia: od podstawowej opieki zdrowotnej, na szpitalach kończąc. W związku z tym trudno się spodziewać, że przy utrzymaniu dotychczasowego stanu (finansowania, ale też sposobu przekazywania informacji o polskiej medycynie) cokolwiek się zmieni, że zatrzyma się w kraju młodych lekarzy. A już pomysły, by robić to szantażem ekonomicznym są irracjonalne, a wręcz obraźliwe… Pan minister Konstanty Radziwiłł jest postrzegany jako polityk, który chętniej niż poprzednicy rozmawia z lekarzami. Mówi się, że jak już lekarz wejdzie w politykę, to szybko rewiduje swoje poglądy. Pan, z racji sprawowanej funkcji prezesa Izby Lekarskiej, miał okazję spotykać Konstantego Radziwiłła zarówno jako działacza Naczelnej Rady Lekarskiej, jak i ministra. Czy widać już polityczną ewolucję? Nie. Muszę powiedzieć, że cieszę się, że mamy wreszcie ministra, który wyrósł z samorządu i który jednocześnie ma ogromną praktykę medyczną - był praktykującym lekarzem przez większość swojego zawodowego życia. Zna więc problemy środowiska jak nikt inny dotychczas. I wszystko w tej chwili wskazuje na to, że żyje tymi problemami i stara się pomóc. Natomiast możliwości ma jakie ma. Nie chcę go usprawiedliwiać, ani żądać od niego cudownych osiągnięć, ale sam fakt, że staż podyplomowy praktycznie został przywrócony - chapeau bas dla ministra, że udało mu się to zrobić. Wszelkie deklaracje, jakie w tej chwili padają zmierzają ku uporządkowaniu systemu ochrony zdrowia. Mówi się między innymi o zmniejszeniu przytłaczającej „papierologii” w medycynie... Chyba ministra bardziej związanego z naszym środowiskiem mieć nie będziemy, więc trzymajmy za niego kciuki i wspierajmy tam, gdzie się da, aczkolwiek również wymagajmy. Jest jakiś kredyt zaufania, ale nikt nie mówi, że skoro to nasz kolega, nie będziemy oczekiwać konkretnych działań. Jak pogodzić funkcję prezesa ORL i pracę zawodową na Oddziale? Bardzo trudno. Nasza praca zawodowa jest tak pochłaniająca, tak wymagająca czasu, że niestety, na działalność pozazawodową często go brakuje. Co wcale nie znaczy, że jest to usprawiedliwienie w stylu „niech robią inni”. Trudności są, ale staram się godzić aktywność zawodową i samorządową. Od dawna zastanawiamy się, czy nie powinno być tak, że na okres prezesury bierze się urlop i poświęca w pełni prowadzeniu samorządu lekarskiego. Gdyby jednak ktoś mi kazał wybierać, to absolutnie wybrałbym pracę zawodową. Jesteśmy przede wszystkim lekarzami, a niektórzy z nas dodatkowo działają, m.in. w samorządzie. Aktualnie udział izb lekarskich w procesie kształcenia podyplomowego lekarzy ogranicza się właściwie do organizacji szkoleń i konferencji edukacyjnych. Jakie są perspektywy poszerzenia kompetencji Izb w tym zakresie? Bardzo nam zależy na tym, aby jak najszerzej przejąć kształcenie podyplomowe. Na ostatnim naszym zjeździe wystosowaliśmy apel o przekazanie części kompetencji CMKP dla samorządu… W jakim zakresie? Przede wszystkim w obszarze kształcenia specjalizacyjnego. Mamy na razie jeden kurs, ze zdrowia publicznego i jesteśmy w trakcie organizowania kursu z prawa medycznego. Myślimy o kursie z ratownictwa i tych, które są wspólne dla wielu specjalizacji. Marzyłoby się nam, aby przejąć szkolenie specjalizacyjne. Nie to jest łatwo, ale także o tym rozmawiamy z ministrem zdrowia. Województwo Warmińsko-Mazurskie od zawsze jest znane jako wyjątkowe zagłębie turystyki, idealne miejsce na wakacje, urlop, zjazdy. Jeziora, lasy, natura... A czy jest również atrakcyjnym miejscem pracy? Czym może przyciągać lekarzy, pielęgniarki, pracowników ochrony zdrowia, którzy szukają swojego miejsca pracy, samorozwoju, kariery zawodowej? Myślę, że jest coraz bardziej atrakcyjnym miejscem pracy. Przede wszystkim dlatego, że powstał Wydział Lekarski Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego, a wraz z nim kliniki i możliwość łatwiejszego rozwoju naukowego. Znacznie łatwiej jest otworzyć przewód doktorski, a od tego roku dostępny jest również przewód habilitacyjny. Zatem i poziom leczenia w poszczególnych ośrodkach podniósł się. Także dlatego, że pozyskaliśmy z całej Polski wielu mądrych ludzi z ogromną wiedzą, patrzących inaczej na różne problemy. Dlatego myślę, możliwości indywidualnego rozwoju zawodowego są zdecydowanie większe. Dotyczy to przede wszystkim Olsztyna, ale również w niektórych ośrodkach powiatowych są dość atrakcyjne warunki pracy, głównie finansowe. Praca w mniejszych ośrodkach jest specyficzna, związana z ogromną odpowiedzialnością zawodową, przy jednoczesnym błyskawicznym nabieraniu doświadczenia. Ma to związek z tym, że zakres przypadków medycznych jest niezwykle szeroki, a wsparcie specjalistyczne ograniczone. Tak jak mówię - co kto lubi… Jesteśmy, jako województwo, coraz bardziej atrakcyjni. Zapraszamy! Generalnie lekarzy jest nas ciągle zbyt mało. To jest problem ogólnopolski, ale nasz region pod tym względem jest szczególny: bardzo rozległy i z wyjątkowo małą liczbą lekarzy. Trochę żałuję, że środowiska lokalne nie starają się czymś dodatkowym zachęcić młodych lekarzy do rozpoczynania pracy w konkretnym szpitalu czy poradni. Myślę tu o ułatwieniach już na studiach. Kiedyś było coś takiego jak stypendium fundowane. Dlaczego do tego nie wrócić? Obligowało to młodego lekarza, by wrócił do miejsca, skąd brał takie stypendium a jednocześnie było znaczną pomocą w studiowaniu. Bo przecież nie jest tak, że ciężar kształcenia lekarzy spoczywa na państwie - studia medyczne to ogromy wysiłek całej rodziny, która łoży na wykształcenie młodego człowieka. Rozmawialiśmy z niektórymi starostami proponując zachęty dla młodych lekarzy na przykład w postaci mieszkania. Możliwości jest wiele. Natomiast ograniczając się do ogłoszenia „poszukujemy lekarza” w mediach nie rozwiąże się problemów z kadrą medyczną w takich mniej atrakcyjnych rejonach. Jako samorząd wielokrotnie gościłem tutaj burmistrzów z różnych miast powiatowych, ale wciąż tłumaczyli się brakiem pieniędzy. Myślę, że to nie do końca prawda, ale tak to już jest. Dziękuję bardzo za rozmowę! Dziękuję i życzę powodzenia całej grupie młodych lekarzy: Trzymam kciuki, abyście nie musieli szukać pracy poza Polską! Rozmawiał Mateusz Malik, lekarz. Zdjęcia: M.Malik
  2. "To o co można obecnie rozważać to obniżenie wynagrodzeń" - taką informację otrzymali Przedstawiciele Porozumienia Rezydentów podczas konferencji uzgodnieniowej, która odbyła się 19 kwietnia 2016 w Ministerstwie Zdrowia. Na usta aż ciśnie się pytanie: Czy rezydentom nie zaśmiano się tym samym w twarz? A może warto rozważyć zgodę na obniżki, gdyż kryje się za tym jakieś wyższe dobro? Od wielu miesięcy Porozumienie Rezydentów OZZL prowadzi szereg bardzo przemyślanych i edukacyjnych działań mających na celu podniesienie podstawowego wynagrodzenia dla lekarzy rezydentów (przypomnijmy, że w chwili obecnej to... 70% średniej krajowej!) Tu od razu pada kolejne pytanie: Czy dotychczasowe rządy świadomie przeznaczały tylko 70% średniej krajowej na pensje osób, które dbają o nasze zdrowie? Czy tylko tyle ono jest warte? A może zdrowie nie jest priorytetem? Pytań jest zdecydowanie więcej ale nie zmienia to faktu, że w Polsce młody lekarz, który poświęca, jak bywało dotychczas, minimum 8 lat swojej edukacji (początek rezydentury, a pod jej koniec nawet 16 lat) zarabia średnio 2250 zł netto... Na podobny problem zwrócili uwagę nasi koledzy z Wielkiej Brytanii - oni jednak już protestują na ulicach. Na jakie zakończenie możemy liczyć w Polsce? To pokażą najbliższe miesiące! Tymczasem zapraszamy do lektury całego komunikatu, który wydało PR OZZL po spotkaniu z 19 kwietnia br. Komunikat Porozumienia Rezydentów.docx
  3. Rozmowa MedFor.me z Joanną Kozakiewicz, doulą ze Stowarzyszenia DOULA w Polsce i Promotorem Karmienia Piersią: o znaczeniu douli, godnym porodzie, „oksytocynowej” miłości i standardach opieki okołoporodowej. Barbara Iwanik: Zakończył się „Tydzień Godnego Porodu”, który współorganizowałaś, czy mogłabyś przybliżyć czytelnikom główne idee tego wydarzenia? Joanna Kozakiewicz: Tydzień Godnego Porodu to wydarzenie będące częścią kampanii „Rodzę - Mam prawa” Fundacji Rodzić po Ludzku. To ogólnopolski cykl lokalnych spotkań dla kobiet, organizowany w 80 miejscach w Polsce (i w jednym zagranicą) w jednym tygodniu marca po to, aby kobiety mogły edukować się w zakresie swoich praw i dzielić doświadczeniami. Zatwierdzone przez Ministerstwo Zdrowia „Standardy Opieki Okołoporodowej” są wciąż mało znane rodzącym. Rzadko mówi się o nich w szkołach rodzenia, nie wspominając o tym, że, jak pokazują badania przeprowadzone niedawno np. w szpitalach mazowieckich czy małopolskich, zapisy Standardów nie są odpowiednio wdrażane przez personel szpitalny. Tydzień Godnego Porodu ma na celu poszerzenie świadomości społecznej jeśli chodzi o prawa przysługujące rodzącym. Wydaje się, że dzięki obszernym działaniom fundacji „Rodzić po ludzku” na przestrzeni ostatnich lat znacznie polepszyła się opieka okołoporodowa w Polsce. Czy córki rodzą dziś godniej, niż rodziły ich matki? Na pewno tak. Powszechne stały się tzw. porody rodzinne. Ojcowie mogą być uczestnikami porodu, a nie jedynie oglądać swoje dzieci przez szybkę na oddziale noworodkowym. Kobiety nie muszą leżeć w czasie porodu, często rodzą w dogodnej pozycji wertykalnej. Stosowanych jest więcej niefarmakologicznych metod łagodzenia bólu. W wielu szpitalach wspiera się karmienie piersią czego w czasach naszych mam nie było. Odradzają się alternatywne miejsca do porodu. Zamiast izb porodowych powstają nowoczesne domy narodzin. Poród domowy staje się coraz bardziej popularny, także dzięki działalności Stowarzyszenia 'Dobrze urodzeni'. Mamy Standardy Opieki Okołoporodowej, które są opracowane zgodnie ze światowymi standardami. Wygląda na to, że sytuacja rodzących jest coraz lepsza, choć na pewno jest jeszcze wiele do zrobienia. Gdybyś mogła zmienić jedną rzecz w rutynowym przebiegu porodu szpitalnego, co by to było? Przeniosłabym środek ciężkości z zainteresowania procedurami, zapisami KTG, presją czasu na skupienie uwagi na rodzącej i fizjologii porodu. Tak pracują położne przyjmujące porody domowe i osiągają bardzo dobre efekty. Praca w szpitalu rządzi się swoimi prawami. Braki kadrowe, sterty dokumentów, presja czasu... a czasu dla pacjenta jak na lekarstwo. Jakiego wsparcia potrzebują rodzące kobiety i kto może go udzielić? Myślę, że każda kobieta ma indywidualne potrzeby, ale są też oczekiwania, o których mówi wiele kobiet. Na przykład potrzeba profesjonalnej opieki medycznej, wykwalifikowanego personelu, który respektuje prawa i godność nie tylko kobiety, ale też ojca oraz dziecka, zapewnia rodzicom odpowiedni zakres informacji na temat postępu porodu czy zakresu stosowanych interwencji medycznych. Często słyszę od kobiet, z którymi współpracuję o potrzebie bezpieczeństwa i intymności. Kobiety zgłaszają też potrzebę obecności innej matki, która zna i rozumie fizjologię porodu i potrafi wesprzeć emocjonalnie, pomóc złagodzić ból w sposób niefarmakologiczny, uspokoić, zmobilizować na ostatniej prostej. Taką potrzebę potrafi spełnić np. doula. Mówisz, że kobiety często potrzebują wsparcia od bardziej doświadczonej matki. Taką rolę mogą pełnić kobiety z rodziny, lekarki, położne i doule. A czy Twoim zdaniem poród z partnerem to dobry pomysł? Przecież mężczyzna nigdy w pełni nie zrozumie rodzącej kobiety! To zależy czy on i ona tego chcą. Uważam, że jeśli oboje chcą to obecność ojca dziecka może niesłychanie pomóc kobiecie. W czasie gdy potrzebna jest oksytocyna, kto jak nie ukochany człowiek, ojciec dziecka otoczy rodzącą i dziecko „oksytocynogenną” miłością? Jednakże jeśli tata nie chce być przy porodzie uważam, że nie należy go do tego zmuszać. Może to przynieść więcej szkody niż pożytku, bo zmuszony do obecności mężczyzna będzie wnosił swój lęk, stres, adrenalinę, a to będzie bardzo mocno wpływać na rodzącą. Michel Odent, słynny francuski ginekolog-położnik twierdzi nawet, że mężczyźni z zasady nie powinni być obecni na porodówkach, co jest oczywiście bardzo kontrowersyjną opinią. A jeśli partner wspiera kobietę przy porodzie, to czy doula może się do czegoś przydać? Doula nigdy nie zastąpi taty dziecka w czasie porodu. Moja relacją z rodzącą, mimo tworzącej się bliskości, to dla niej zupełnie inna relacja niż z rodziną, ojcem dziecka. Ja zachowuję pewien dystans, nieco inaczej widzę sytuację, inaczej się angażuję w poród czy opiekę okołoporodową. Mam też za sobą doświadczenie macierzyństwa. Bardzo lubię pracować z obojgiem rodziców, wydaje mi się, że umiem się wczuć w potrzeby taty, umiem pomóc mu znaleźć przestrzeń, aby aktywnie wziął udział w tym porodzie. I staram się nie przeszkadzać w rodzeniu się… rodziny (śmiech). Położna, ojciec, doula.. Przy rodzącej zaczyna się robić tłoczno. Kim właściwie jest ta doula i czy żeby nią zostać trzeba dużo się uczyć i zdawać trudne egzaminy? Doula to stosunkowo nowy zawód w Polsce, oficjalnie zarejestrowany w styczniu 2015 roku dzięki staraniom Stowarzyszenia DOULA w Polsce. Nie dziwi zatem fakt, że może jeszcze nie wszyscy zdążyli się zapoznać z zakresem kompetencji douli, dla wielu też wciąż sama nazwa naszego zawodu nic nie mówi. Z drugiej strony tak naprawdę doula nie jest niczym nowym. Zanim porody na stałe trafiły do szpitali, kobiety od wieków rodziły w towarzystwie innych kobiet. Doula została jakby „na nowo odkryta” w latach 70-tych przez niedawno zmarłą antropolożkę Danę Raphael, a potem przez amerykańskich lekarzy i badaczy. Byli nimi Marshall Klaus i John Kennel, którzy dzięki swoim badaniom potwierdzili, że ciągłe, społeczne, kobiece wsparcie w czasie porodu znacznie ten poród skraca, rodząca rzadziej sięga po znieczulenie farmakologiczne, maleje liczba interwencji medycznych i rzadziej dochodzi do cięć cesarskich, ojcu łatwiej odnaleźć się w nowej roli, a mama lepiej radzi sobie z karmieniem piersią. Doule mają w tej chwili dwie drogi kształcenia - obie zaczynają się od podstawowego szkolenia dla doul. Potem można albo uzupełniać po kolei poszczególne szkolenia specjalistyczne - np. z laktacji, niefarmakologicznych metod łagodzenia bólu, masażu chustą rebozo, trudnych sytuacji okołoporodowych itp. albo odbyć roczne studium. Jako członkinie Stowarzyszenia DOULA w Polsce odbywamy też staż, mamy swojego superwizora - doulę, która wcześniej przeszła drogę certyfikacji i ma spore zawodowe doświadczenie, prowadzimy dokumentację porodów, mamy listę obowiązujących lektur. Kto czuwa nad poziomem merytorycznym i profesjonalizmem polskich doul? Stowarzyszenia DOULA w Polsce jak organ szkolący i certyfikujący doule. Jak to się stało, że zostałaś doulą? To będzie bardzo osobiste. Zawsze leżało mi na sercu godne rodzenie, nie zgadzałam się wewnętrznie, że jeszcze wciąż nie wszyscy rodzą „po ludzku”. Kiedy zaszłam w ciążę oczywiste było dla mnie, że chcę rodzić w domu i wszystko wskazywało na to, że tak się stanie. Niestety musiałam się zmierzyć z niespodziewaną hospitalizacją i nagłym cięciem cesarskim w 7 miesiącu ciąży. Pobyt w szpitalu przed i po urodzeniu córki to był niezwykle trudny czas... Przerażało mnie łamanie praw rodzących, praw dzieci, szczególnie tych najmniejszych urodzonych przedwcześnie. Zastanawiałam się nad mechanizmami, które sprawiają że człowiek człowiekowi wyrządza taką krzywdę… Czy walcząc o życie i zdrowie swojego dziecka miałaś jeszcze siłę, by rozglądać się dookoła i działać? Pewnego dnia, będąc na obserwacji na porodówce (a trafiałam tam często, bo mój stan się raptownie pogarszał na oddziale patologii ciąży), zrobiłam coś, czego nie umiem do tej pory wytłumaczyć. Za zasłoną rodziła moja koleżanka z sali, ja byłam podpięta pod kardiotokograf i czułam się bezsilna wobec słów adresowanych przez personel do mojej rodzącej koleżanki. To nie był pierwszy jej poród, a po tym jak została potraktowana była zbyt roztrzęsiona, aby poradzić sobie z przystawieniem córeczki do piersi. Więc odpięłam się od KTG, gdy nikt nie widział i poszłam jej pomóc, mimo że nie wiedziałam jak się to robi. Działałam instynktownie i się udało. Dziecko zaczęło efektywnie ssać a mama odetchnęła z ulgą. Słowa wdzięczności, które potem od niej słyszałam np. w rocznicę urodzin jej córeczki utwierdziły mnie w przekonaniu, że taka pomoc jest potrzebna. Że nawet ja mogę zmienić jakiś maleńki fragment rzeczywistości. Więc zaczęłam zmieniać. Ukończyłam podstawowy kurs douli i zaczęłam szkolić się dalej jako członkini Stowarzyszenia DOULA w Polsce. Zostałam wolontariuszem Fundacji Bank Mleka Kobiecego, żeby pomagać mamom wcześniaków i ich dzieciom. Oprócz bezpośredniego wspierania kobiet w okresie okołoporodowym, zaczęłam też działać społecznie – organizuję spotkania, warsztaty, pokazy filmów, cykle spotkań (np. Krąg Opowieści Porodowych, Mlekotekę czy ostatnio Tydzień Godnego Porodu). Niedawno uzyskałam tytuł Promotora Karmienia Piersią i prowadzę grupę wsparcia laktacyjnego dla mam karmiących. Imponuje mi Twoje zaangażowanie! Swoją codzienną, mrówczą pracą zmieniasz świat na lepsze. Czy otrzymujesz zrozumienie i wsparcie od personelu medycznego? Czy doule są mile widziane na polskich porodówkach? Dziękuję za ciepłe słowa. Kropla drąży skałę. Jeśli chodzi o wsparcie ze strony personelu medycznego to szczerze mówiąc bywa różnie, ale jest coraz lepiej. W niektórych szpitalach oficjalnie obowiązuje zakaz wstępu doul na porodówki. Jednakże w wielu innych personel traktuje nas z coraz mniejszym dystansem. Widzę na przykład, że położne coraz częściej czują się odciążone, wiedząc, że rodzącej towarzyszy doula. A czy to prawda, że doule zachęcają kobiety do porodów domowych? Ja nie zachęcam do porodów domowych, nie wolno mi namawiać rodzącej do rodzenia w tym czy innym miejscu, to jest jej decyzja. Dla każdej kobiety najlepszym miejscem do porodu jest to, które one sama wybierze! Jednakże zapytana o moje prywatne zdanie na temat porodów domowych zawsze wyrażam się o nich pochlebnie, gdyż uważam, że to niezwykłe doświadczenie i dzięki zachowaniu wysokich standardów bezpieczeństwa (np. tych opracowanych przez Stowarzyszenie "Dobrze urodzeni") także bezpieczne. Często rodzące proszą mnie o pomoc w skontaktowaniu z położnymi przyjmującymi porody domowe i oczywiście z chęcią w takim kontakcie pośredniczę. Z jeszcze większą chęcią uczestniczę w porodach domowych jako doula. Porody domowe w Polsce to rzadkość, zdecydowana większość kobiet rodzi w szpitalach, w których spędzają również pierwsze dni po narodzinach. Kiedy po hospitalizacji mama wraca z dzieckiem do domu często miewa trudności z odnalezieniem się w nowej roli, a dookoła nie ma już zespołu profesjonalistów w białych fartuchach. Jak doula może wesprzeć młoda mamę w pierwszych krokach rodzicielstwa? Jakie są najczęstsze problemy w pierwszych dniach po porodzie? Połóg to bardzo niedoceniony moment w życiu kobiety. Wiele wskazuje na to, że nieprzygotowanie do niego jest jednym z czynników zwiększających ryzyko depresji poporodowej. To czas tworzenia się więzi z dzieckiem, stabilizacji laktacji i odnajdywania się w życiu w trójkę a nie we dwójkę. Współczesne matki wymagają od siebie bardzo dużo - powrotu do dawnej sylwetki, dobrego samopoczucia, nakarmionego i śpiącego dziecka, tej samej aktywności co przed narodzinami dziecka, wysprzątanego domu i ugotowanego obiadu. Jeszcze przed porodem usiłuję pomóc tworzącej się rodzinie przygotować się na zmianę i właśnie na czas połogu. Pomagam stworzyć „własną wioskę wsparcia” - namawiam aby zrobić sobie zapasy jedzenia, zadbać o życzliwe osoby do pomocy, które ugotują coś ciepłego, zrobią zakupy czy posprzątają. Już w czasie połogu pomagam zrozumieć emocje jakie się pojawiają, uspokajam, a w razie gdy potrzebna jest pomoc specjalistyczna - polecam sprawdzonych specjalistów. Jakiego rodzaju wsparcia doula może udzielić świeżo upieczonemu ojcu? Zwykle pomagam zrozumieć to co dzieje się z matką i wspierać ją. Zachęcam i inspiruję do nawiązywania kontaktu z nowo narodzonym dzieckiem - pokazuję tacie dziecka jaką on może spełnić rolę, zachęcam do kangurowania, uczestnictwa w pielęgnacji, bliskości… Młodzi rodzice na pewno zadają Ci przeróżne pytania dotyczące pielęgnacji i zdrowia niemowlęcia. Czy to prawda, że doule są przeciwniczkami szczepień? Jako doula nie udzielam porad medycznych, bo nie taka jest moja rola. Na szczęście mogę polecić doświadczonych lekarzy - neonatologów, pediatrów i specjalistów chorób zakaźnych, którzy chętnie odpowiadają na pytania rodziców, których do nich kieruję. Na przykład w szkole rodzenia, której pracę koordynuję zajęcia poświęcone szczepieniom prowadzi wspaniała neonatolog. Bardzo często zgadza się przyjąć na swoje zajęcia dodatkowe osoby zainteresowane tematem, a skierowane tam przeze mnie. Czy chciałabyś, aby usługi douli były refundowane przez NFZ? Obecnie nie każdą kobietę stać na opłacenie tak profesjonalnego wsparcia w okresie okołoporodowym. Tak, gdyż uważam, że nasza praca przynosi realne korzyści. Kobiety, które rodzą z doulami znacznie rzadziej korzystają ze znieczulenia, rzadziej ich porody kończą się cięciem cesarskim, kobiety łatwiej nawiązują więź z dzieckiem. Myślę, że to oszczędności dla systemu, które można by wziąć pod uwagę. Z drugiej strony jeszcze nigdy nie zdarzyło mi się, aby bariera finansowa stanowiła przeszkodę do podjęcia współpracy. Zawsze znajdujemy rozwiązanie. Gdzie można znaleźć doulę, która wesprze nas w okresie okołoporodowym i kiedy trzeba zacząć jej szukać? Można nas znaleźć na stronie Stowarzyszenia DOULA w Polsce w zakładce "Znajdź doulę" - wybieramy na mapie województwo, które nas interesuje i wyświetla się lista doul. Szukać dobrze jest jak najwcześniej albo przynajmniej w momencie, gdy stajemy przed wyborem miejsca i osób towarzyszących do porodu. Bardzo Ci dziękuję za inspirującą rozmowę. Czy na zakończenie naszej rozmowy masz jakieś rady, które jako doula chciałabyś przekazać młodym lekarzom i studentom medycyny? Rady? Nie. Jedynie nieśmiałą zachętę. Zachęcam do przyjrzenia się realnym efektom działalności doul podobnie jak to zrobili amerykańscy lekarze i badacze - Marshall Klaus i John Kennel. Rozmawiała: Barbara Iwanik, lekarz. Zdjęcia: Ania Menzel Dobry Portret
  4. Długie kolejki do lekarza i oczekiwanie na zapisy do specjalistów to prawdziwa zmora Polaków, wszystko to jednak może się zmienić. Rewolucja w ochronie zdrowia, polegająca na szerokim wykorzystaniu technologii informacyjno-komunikacyjnych, stała się faktem. System porad on-line, a w tym konsultacje dzięki wideokonferencjom, sprawnie funkcjonuje na świecie już od kilku lat. U nas to prawdziwa nowość, która znacznie może skrócić kolejki do lekarzy, głównie tych pierwszego kontaktu. Poznaj Platformę Telemedyczną Telemedi.co. Kolejki do lekarza to prawdziwa zmora. Co na to NFZ? Każdy z nas spotkał się z długą kolejką do lekarza pierwszego kontaktu oraz długim czasem oczekiwania na wizytę u specjalisty. Taką sytuacje obserwujemy od kilku lat. Ministerstwo zdrowia oraz NFZ od wielu lat obiecuje poprawę jakości obsługi pacjentów. Niestety, bez skutku. Problem kolejek w naszym kraju zauważa również Organizacja Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD – ang. Organisation for Economic Co-operation and Development). W ich raporcie z 2012 r. Polska zajęła pierwsze miejsce w Europie pod względem długości kolejek i czasu oczekiwania na obsługę medyczną. W 2013 wyprzedziła nas jedynie Łotwa. Z danych NIK, która przeprowadziła kontrolę w ośrodkach zdrowia, wynika, że w poradniach okulistycznych, średni czas oczekiwania wzrósł w grudniu 2013 w porównaniu z poprzednim rokiem z 32 do 40 dni, a w poradniach kardiologicznych z 69 do 79 dni. Z kolei na wizytę u neurologa pacjenci musieli czekać średnio już 30 dni, do ortopedy 29. Na tomografię komputerową trzeba czekać nawet 43 dni. To średni czas oczekiwania. W wielu przypadkach pacjenci na wizytę u specjalistów czekają nawet lata. U lekarzy rodzinnych sytuacja nie wygląda lepiej. Kolejki stale rosną. Można się zastanawiać nad przyczynami. Wina leży po stronie lekarzy, systemu opieki zdrowotnej, a także samych pacjentów, którzy lawinowo zamawiają wizyty, z których nie korzystają. Lekarze, których i tak brakuje, mają nadmiar obowiązków, a NFZ – według raportu NIK – nieodpowiednio dysponuje dostępnymi środkami. Czy jest szansa na poprawę i zmniejszenie kolejek? Wideokonsultacje przez internet. Świat idzie do przodu Trudno śledzić najnowsze osiągnięcia technologii. Elektronika rozwija się w błyskawicznym tempie, dając nam nowe możliwości i udogodnienia. Oczywiście, nie omija to świata medycyny. W krajach bardziej rozwiniętych niż Polska, takich jak chociażby USA i Kanada, prężenie rozwija się system telemedycyny, oparty na wideokonsultacjach. Wystarczy, bez wychodzenia z domu, połączyć się z lekarzem przez internet. Dzięki systemowi konsultacji Telemedi.co, jest to wyjątkowo proste. To odpowiedź na problemy występujące w polskiej ochronie zdrowia, to przede wszystkim korzyści dla osób związanych z opieką zdrowotną. Według raportu, przygotowanego przez Telemedyczną Grupę Roboczą, wynika, że w 2013 r., aż 52% szpitali w USA wykorzystywało rozwiązania telemedyczne, a dalsze 10% rozpoczynało proces implementacji tych rozwiązań. Analizy przekonują, że cały runek telemedyczny będzie w 2020 roku wart około 34,27 mld USD. Już w 2014 szacowano go na 17,8 mld USD. Liczba pacjentów, korzystających z podobnych rozwiązań ma, zgodnie z dostępnymi danymi szacunkowymi, wzrosnąć z 250 tys. w 2013 r. do 3,2 miliona w 2018 r., co wynika m.in. z rosnącej akceptacji społecznej i coraz większego zaufania do m.in. wideokonsultacji w medycynie. Aż 74% amerykanów zadeklarowało chęć skorzystania z tej technologii. Zalety wideokonsultacji w medycynie dostrzega też Komisja Europejska, która stwierdziła, że tak zwana telemedycyna jest bezpieczna dla pacjentów oraz niesie za sobą inne korzyści, takie jak szybkość kontaktu pacjent-lekarz, zmniejszenie fizycznych kolejek w gabinetach i mniejsze koszty opieki medycznej. Nowe metody są już dostępne w wielu europejskich krajach, takich jak Norwegia, Wielka Brytania czy Niemcy. Korzyści płynące z telemedycyny i wideokonsultacji Korzyści płynące z kontaktu lekarz-pacjent przez internet, dzięki Platformie Telemedycznej Telemedi.co, odczują wszyscy, zarówno lekarze i pacjenci, jak i służba zdrowia i budżet państwa. Oczywiście, główną zaletą dla pacjentów i lekarzy, będzie szybkość dostępu i zmniejszenie kolejek w gabinetach. Pacjenci będą mogli konsultować wszelkie objawy bez wychodzenia z domu, przez internet. Jest to też ważna dla placówek i samych lekarzy, którym odejdzie wiele obowiązków, w tym obsługa tak wielu pacjentów. Skorzystają też płatnicy oraz budżet państwa, co łączy się z niskimi kosztami obsługi przez internet. Co przyniesie przyszłość? Usługi związane z ochroną zdrowia to potężny rynek. Rocznie na jego utrzymanie wydaje się biliony USD. Wszystko przez koszty związane z fizyczną obsługą pacjentów. Szacuje się, że tylko w 2013 r., wydatki te wyniosły 7,9 biliona USD, a tym samym wzrosły o 2,6% w stosunku do 2012 r. Analitycy szacuje również, że średnie tempo wzrostu wydatków na ochronę zdrowia na świecie w latach 2014-2018 wyniesie 5,3% rocznie. Znaczny wzrost wydatków czeka też Polskę. Zgodnie z długoterminowymi prognozami GUS, na lata 2013-2050, nastąpi spadek liczby osób w wieku przedprodukcyjnym, a wzrośnie liczba osób w wieku emerytalnym, z ok. 7 milionów w 2013 r. do około 10 milionów w 2050 r. Co się z tym łączy? O ile NFZ nie znajdzie rozwiązania, oznacza to stały wzrost kolejek oraz wydatków na ochronę zdrowia. Ogólnej wizji nie poprawia też ilość lekarzy, która przyda w Polsce. Z danych OECD Health AT Glance z 2014 roku wynika, że ta liczba w poszczególnych województwach waha się od 1,52 lekarzy na 1000 mieszkańców do 2,56 lekarza na 1000 mieszkańców. Na pochwałę nie zasługuje również jakość usług. Według raportu „Internet + Pacjent = Diagnoza?” Polacy twierdzą, że żeby dostać prawidłową diagnozę, trzeba lekarza odwiedzić co najmniej trzykrotnie, a czasami nawet pięciokrotnie. To również diametralnie wydłuża kolejki. Z tych, i wielu innych powodów, coraz więcej Polaków zaczyna szukać porad w internecie. Prawie połowa, bo aż 45% polskich pacjentów, deklaruje, że porad o własnym zdrowiu oraz zdrowiu swoich najbliższych szuka on-line. Stale rosnąca liczba pacjentów, przy obecnych problemach z kolejkami, brakiem pieniędzy na obsługę medyczną i jakością usług, a także duże zaufanie, którym Polacy darzą internet, wszystko wskazuje na to, że wideokonsultacje w naszym kraju mają świetlaną przyszłość. Wideokonsultacje – w Polsce to już działa w praktyce W naszym kraju stopniowo testuje się nowe rozwiązania telemedycyny. Śląskie Centrum Chorób Serca w Zabrzu wykorzystuje wideokonsultacje w diagnostyce pacjentów kardiologicznych. Dzięki wykorzystaniu wideokonsultacji, znacznie skrócono czas oczekiwania na poradę kardiologa. Pacjenci placówki mogą skontaktować się bezpośrednio ze swoim lekarza, będąc na wizycie u lekarza rodzinnego lub lekarza specjalisty. Na razie jednak nie ma możliwości konsultacji z własnego domu. Komunikator zapewnia dobrą łączność i wizualizację. Kardiolog, dzięki temu, może porozmawiać z chorym i uczestniczyć w jego badaniu, równocześnie konsultując jego przebieg z lekarzem znajdującym się przy pacjencie. Daje nawet lepsze pole manewru, niż w przypadku tradycyjnej wizyty. Pozwala również na szybkie przesyłanie badań EKG czy USG, a także osłuchowych przy wykorzystaniu stetoskopu elektronicznego. Testowany system telemedyczny znacznie ułatwił też pracę pracownikom zabrzańskiej placówki. Wideokonsultacje to przyszłość światowej medycyny. Takie rozwiązanie znacznie skraca czas oczekiwania pacjenta do poradni, a co najważniejsze, pozwala wyeliminować straty czasu, upływającego od momentu rozpoznania choroby, do diagnozy i prawidłowego leczenia pacjenta. Również w naszym kraju testuje się podobne rozwiązania. Platforma Telemedyczna Telemedi.co to komfort, oszczędność czasu i pieniędzy oraz wysoka jakość obsługi. Źródła: „Otoczenie regulacyjne telemedycyny w Polsce” – stan obecny i nowe otwarcie, 2015 – raport Telemedyczna Grupa Robocza „Internet + Pacjent = Diagnoza?”, 2015 – raport Procontent Communication „Jakość obsługo pacjentów przez NFZ”, 2013 – raport NIK OECD Health AT Glance Gazeta Wyborcza newsrm.tv TVP/x-news
  5. W internetowym i papierowym wydaniu Gazety Wyborczej (14.03.2016) ukazał się artykuł pt. "Młodzi lekarze: bogaci rodzice albo emigracja", który w sposób rzeczowy i rzetelny przedstawia problemy środowiska lekarzy w trakcie specjalizacji. Z przyjemnością informujemy, że w imieniu portalu MedFor.me i całego środowiska lekarzy rezydentów wypowiada się w nim lekarz Mateusz Malik. Tekst redaktor Adriany Rozwadowskiej cechuje się szczególną wrażliwością na sprawy społeczne i prawa pracownicze środowiska lekarzy, za co redakcja wyraża duże uznanie. W treści przedstawiono główne problemy, z jakimi boryka się przeciętny lekarz w trakcie specjalizacji i przedstawiono naczelne postulaty, z którymi wystąpiło w ostatnim czasie Porozumienie Rezydentów OZZL. Na pierwszym miejscu młodzi lekarze stawiają kwestię podwyżki wynagrodzenia rezydenta, które od 2009 roku nie uległo jakiejkolwiek waloryzacji i niebezpiecznie zbliża się do poziomu płacy minimalnej. Rezydenci stanowią ważną część białego personelu na każdym szczeblu pomocy medycznej, a coraz większa rzesza pacjentów zdaje sobie sprawę, że i ich najlepszym interesie jest, by pomoc nieśli im dobrze wyedukowani, wynagradzani i wypoczęci adepci medycyny. Stąd walka o dwie średnie krajowe, unormowanie czasu pracy, większe docenianie pracy opiekunów specjalizacji, elastyczne formy kształcenia i racjonalne sposoby oceny zdobytej wiedzy. Te cele wpisane są w listę postulatów i działań Porozumienia Rezydentów, Komisji Młodych Lekarzy NIL i innych organizacji wspierających młodych lekarzy. W ich realizacji pomagają liczne oddolne inicjatywy rezydentów. Zarówno akcja „Adoptuj posła” nastawiona na pozyskiwanie parlamentarzystów przychylnych dla zmian w prawie, jak i ogólnopolska akcja medialna (prasa, informacyjne portale internetowe, Facebook, radio, telewizja, programy publicystyczne i rozrywkowe) służą uwrażliwieniu ogółu społeczeństwa na postulaty środowiska lekarskiego. Życzymy lekarzom i wszystkim sympatykom białego personelu wiele determinacji i skuteczności w walce o podniesienie jakości opieki medycznej w Polsce. Redakcja MedFor.me
  6. Niebieskie światło nadzieją pacjentów z rakiem pęcherza moczowego. Rak pęcherza moczowego dotyka rocznie ponad 6000 Polaków, a połowa z nich umiera w wyniku choroby lub jej przerzutów - jest to jedna z najgorszych statystyk w Europie. Alarmująca sytuacja wymaga udoskonalenia procedur systemowych. Główną rekomendacją ekspertów z dziedziny urologii jest objęcie refundacją substancji, która w połączeniu ze światłem niebieskim pozwala na dokładne zlokalizowanie komórek nowotworowych. Metoda ta jest standardem w innych krajach Unii Europejskiej. Rak pęcherza moczowego to jeden z najgroźniejszych i najczęściej nawracających znanych nowotworów. W przypadku podejrzenia tej choroby, dla pacjenta niezwykle ważna jest szybka oraz precyzyjna ścieżka diagnostyczna. Niestety rozpoznanie często przychodzi zbyt późno, czego skutki mogą być tragiczne. Rokowania dla polskich pacjentów z rakiem pęcherza moczowego są dużo gorsze niż dla tych w pozostałych krajach Unii Europejskiej, gdzie około 75 – 80% nowotworów wykrywanych jest we wczesnym stadium. W Polsce duża większość wykrywanych nowotworów jest w stanie zaawansowanym , a ponad 30% z nich wymaga agresywnego leczenia – usunięcia pęcherza. Najbardziej niepokojący jest jednak fakt, że w Polsce wciąż umiera na tę chorobę 50% zdiagnozowanych pacjentów - to jedna z najgorszych statystyk w Europie. W opinii ekspertów jedną z ważniejszych zmian systemowych, mających na celu poprawę tych alarmujących danych, jest objęcie refundacją substancji, która znacznie ułatwia diagnostykę tego nowotworu oraz jego leczenie. Substancja, o której mowa używana jest przy zabiegu cystoskopii. Jej użycie w połączeniu ze światłem niebieskim pozwala na dokładne zlokalizowanie zmian nowotworowych w pęcherzu. Obraz pęcherza w świetle białym (po lewej) obraz z użyciem fotouczulacza i światła niebieskiego (po prawej) – na różowo „świeci się” zmiana nowotworowa NFZ refunduje użycie preparatu, ale tylko w procesie oceny zmian nowotworowych. Zwrot kosztów natomiast nie obejmuje wykorzystania go podczas ich usuwania. Skutkiem tego lekarze nie zawsze są w stanie usunąć wszystkie zmiany nowotworowe jakie dostrzegli podczas diagnozy w świetle niebieskim, ponieważ w świetle białym (wykorzystywanym w standardowym zabiegu) nie będzie ich widać. Polskie Towarzystwo Urologiczne traktuje obecnie poprawę standardów leczenia raka pęcherza moczowego w Polsce jako jeden z priorytetów. Przeżywalność pacjentów z tym typem nowotworu jest w Polsce znacząco niższa niż w większości krajów Unii Europejskiej, co wynika między innymi z braku dostępu pacjentów do najnowocześniejszych technologii medycznych, takich jak np. zastosowanie substancji fotouczulającej podczas zabiegu usunięcia zmian w pęcherzu moczowym. W świetle dostępnych badań, technologia ta pozwala znacząco wydłużyć czas do nawrotu choroby, dzięki bardziej precyzyjnemu usunięciu zmian nowotworowych w pęcherzu moczowym, a tym samym przyczynia się do poprawy rokowań u pacjentów i realnie wydłuża im życie – powiedział prof. Piotr Chłosta, Prezes Polskiego Towarzystwa Urologicznego. Eksperci apelują o kilka ośrodków w każdym województwie, jest to około 1 – 1,5 tys. pacjentów rocznie. Wprowadzenie metody z użyciem światła niebieskiego przyczyniło się do znacznej poprawy statystyk w Unii Europejskiej. Polska należy do grupy czterech krajów, gdzie śmiertelność w wyniku raka pęcherza moczowego ciągle wzrasta. Sytuacja pacjentów z rakiem pęcherza moczowego została szczegółowo opisana w Raporcie Rak pęcherza moczowego – nowotwór zapomniany wydanym w 2014 r. przez Fundację Wygraj Zdrowie. Kontakt prasowy: Monika Zgierun, Konkret PR, tel. 664 966 238, @: m.zgierun@konkretpr.pl
  7. To, że w kolejce do lekarza specjalisty czeka się w Polsce nawet po kilka lat, nikogo już nie dziwi. Mimo zapewnień Ministerstwa Zdrowia i NFZ, nic nie wskazuje na poprawę. Nadal trzeba czekać po kilka tygodni na same zapisy, a jeśli już komuś się to uda, wyznaczonego terminu wizyty możemy oczekiwać nawet w 2018 roku. Rozwiązaniem jest Telemedi.co – nowoczesna platforma medyczna. W jak długiej kolejce czekaliśmy w poprzednich latach? Organizacja Współpracy Gospodarczej i Rozwoju uznała w 2012 roku Polskę za kraj europejski, w którym pacjenci najdłużej czekają w kolejkach do lekarzy specjalistów. Rok później nie było dużo lepiej, w rankingu wyprzedziła nas jedynie Łotwa. Również NIK zajął się tą sprawą i postanowił zbadać poziom obsługi naszej służby zdrowia. Z raportu wynika, że w poradniach okulistycznych, średni czas oczekiwania wzrósł w grudniu 2013 w porównaniu z poprzednim rokiem z 32 do 40 dni, a w poradniach kardiologicznych z 69 do 79 dni. Na wizytę u neurologa i ortopedy pacjenci musieli czekać średnio miesiąc. Na tomografię komputerową trzeba było czekać z kolei nawet 43 dni. W wielu przypadkach pacjenci na wizytę u specjalistów czekają latami. Czy rok 2016 skróci długie kolejki? Niestety, jest jeszcze gorzej. Czy kolejki do lekarzy skrócą się w 2016? Nic nie wskazuje na to, że kolejki do lekarzy specjalistów zmienią się wraz z nowym rokiem. Co prawda, Ministerstwo Zdrowia wraz z NFZ miało ambitny plan, aby zwiększyć limit przyjęć, a tym samym skrócić czas oczekiwania. Na razie to jednak tylko plan i nic nie wskazuje na to, że to się zmieni w najbliższym czasie. Nowy rok rozpoczął się od nowych kontaktów dla lekarzy, przychodni i lecznic. Jak się jednak okazuje, nie minął miesiąc, a już brakuje miejsc. W Gdyni, nawet na wycięcie migdałków, lub wizytę u alergologa refundowanego z NFZ, czeka się rok w kolejce. Dlaczego, mimo nowego kontaktowania, już na początku roku nie ma wolnych terminów? Dyrektorzy placówek medycznych tłumaczą, że powodem są zbyt niskie sumy z NFZ. Nowe kontraktowanie nie odpowiada zapotrzebowaniu na świadczenia. Rejestracja pacjentów odbywa się płynnie w momencie zgłoszenia się ze skierowaniem, ale termin uzależniony jest od możliwości kontraktu, czyli ilości zakontraktowanych rocznie świadczeń. Dlaczego zatem jest tak mało kontraktów? Ministerstwo Zdrowia wskazuje na dwa główne powody ciągnących się kolejek do specjalistów – zbyt małe środki, którymi dysponuje NFZ oraz niewystarczająca liczba lekarzy. Wymienia również kwestie organizacyjne. Aktualny stan zapisów na 2016 rok – jak to wygląda w tym roku? Ile czeka się w kolejce na wizytę u lekarza specjalisty w wybranych przychodniach w ramach NFZ? Czy w Twojej klinice wyczerpał się już limit na badania specjalistyczne? Można to łatwo sprawdzić bez wychodzenia z domu. Portal internetowy MedBiz.pl. na bieżąco monitoruje czas oczekiwań do lekarzy specjalistów oraz ilość pozostałych kontaktów. Wystarczy wejść na stronę, wybrać województwo i specjalizację, a w ten sposób uzyskamy dostęp do bazy przychodni i szpitali w naszym mieście, zarówno publicznych, jak i prywatnych, w których jest wykonywane dane świadczenie lekarskie. Podobne dane możemy znaleźć na stronie NFZ pod adresem kolejki.nfz.gov.pl. Dobrze, że istnieje możliwość sprawdzenia długości kolejki, jednak to co widzimy, wcale nie napawa optymizmem. Spójrzmy na przykład na województwo kujawsko-pomorskie. Do poradni alergologicznej średni czas oczekiwania to 115 dni. Najdłużej na wizytę poczekamy w Centrum Medycznym Gizińscy, pierwszy wolny termin to dopiero 14 listopada 2016 r. Do poradni chirurgii naczyniowej poczekamy jeszcze dłużej. Aż do 27 grudnia trzeba czekać na konsultacje u chirurga naczyniowego w Szpitalu Uniwersyteckim im. A. Jurasza. Na wizytę czeka już 814 pacjentów, a średni czas oczekiwania wynosi 225 dni. Trochę szybciej zostaniemy przyjęci w poradni chirurgicznej w Szpitalu Uniwersyteckim nr 2 im. dr Jana Biziela w Bydgoszczy. Tam czeka na wizytę 491 pacjentów, natomiast pierwszy wolny termin wypada 30 listopada. W poradniach ogólnych jest nieco lepiej, ale nadal źle. Średni czas oczekiwania to 102 dni, a pierwszy wolny terminem wizyty u specjalisty dziecięcego jest pod koniec marca w Wojewódzkiego Szpitala Dziecięcego im. J. Brudzińskiego w Bydgoszczy. W przypadku osoby dorosłej, najodleglejszym wolnym terminem sięga nawet 6 października. Prawie 9 miesięcy przyjedzie czekać dorosłym pacjentom na wizytę w 10 Wojskowym Szpitalu Klinicznym z Polikliniką. Jak wygląda sytuacja w poradniach onkologicznych? Pierwszy wolny termin w 10 Wojskowym Szpitalu Klinicznym z Polikliniką to 10 października, a średni czas oczekiwania wynosi 98 dni. Poradnia chirurgii stomatologicznej najwcześniej w Bydgoszczy przyjmie nas dopiero 15 lutego, w Centrum Medycznym Bart-Med. Z kolei poradnia chorób płuc w Kujawsko-Pomorskim Centrum Pulmonologii dopiero 13 czerwca. Na wizytę czeka już 707 osób. Średni czas oczekiwania na wizytę w poradni chirurgicznej wynosi 162 dni a na wizytę możemy czekać nawet do października. Najtrudniej jednak dostać się na rezonans magnetyczny, najprędzej dostaniemy się dopiero w połowie grudnia. Porady i konsultacje bez kolejek oferuje z kolei Platforma Medyczna Telemedi.co. Jak widać, kolejki są olbrzymie, nawet w tym roku, i to pomimo zapewnień Ministerstwa Zdrowia, że sytuacja w 2016 roku będzie lepsza niż w poprzednich latach. Jest jednak prosty sposób na ominięcie kolejek. Wystarczy skorzystać z Platformy Medycznej Telemedi.co, która oferuje najnowocześniejsze światowe rozwiązania - widokonsultacje z lekarzami specjalistami, bez czekania, bez wychodzenia z domu i skutecznie. Źródła: Portal internetowy MedBiz.pl., dostęp: 28.01.2016 r. Strona internetowa NFZ pod adresem kolejki.nfz.gov.pl., dostęp: 28.01.2016 r. Trojmiasto.pl „Jakość obsługo pacjentów przez NFZ”, 2013 – raport NIK OECD Health AT Glance
  8. Ekskluzywna rozmowa MedFor.me z księdzem Janem Kaczkowskim - bioetykiem, dyrektorem Hospicjum im św. Ojca Pio w Pucku, który od pewnego czasu sam jest pacjentem i zmaga się z chorobą nowotworową, o czym otwarcie mówi. Autor wideobloga „Smak życia” i książek „Szału nie ma, jest rak”, „Życie na pełnej petardzie” oraz "Grunt pod nogami", która ukaże się już niebawem. Mateusz Malik: Proszę księdza, porozmawiajmy jak lekarz z pacjentem i doktor z szefem hospicjum. Istnieje przekonanie wśród lekarzy, że łatwiej leczy się osoby proste i niewykształcone niż pacjentów oczytanych, świadomych, mających w rodzinie lekarzy. Część z nas obawia się, że pacjent wytknie nam błąd albo zakwestionuje nasze zalecenia. Ile w tych obawach słuszności? Ks. Jan Kaczkowski: Sam nie pochodzę z rodziny lekarskiej. Wolę o sobie mówić, że jestem pacjentem kompetentnym, a nie roszczeniowym - to duża różnica. Dużo wiem o swojej chorobie i ta wiedza daje mi poczucie bezpieczeństwa, być może złudne poczucie panowania nad tym, co się ze mną dzieje. A kolegów lekarzy, w tym młodych adeptów medycyny uczestniczących w corocznym Areopagu Etycznym, zawsze przekonuję: Skoro już nie jesteście Państwo przekonani z punktu etycznego do dobrego, personalistycznego i godnego przekazywania trudnych informacji, to bądźcie przekonani z punktu widzenia pragmatycznego. Bo pacjent kompetentny rzadziej będzie podważał Wasze decyzje, nie będzie uciekał się do bezstronnego diagnosty Google i lepiej przyjmie Wasze zalecenia - osiem razy nie będzie wracał do gabinetu, aby mu jeszcze raz wytłumaczyć. I ważne jest też (co w Polsce bardzo kuleje) wyraźne prawo do tak zwanej second opinion. Abyście się Państwo nie obrażali, gdy pacjenci skonsultują się gdziekolwiek indziej i byście z tej second opinion zdobili swój atut i powiedzieli: „Proszę Pana. W mojej ocenie jest to „to i to”, ale oczywiście ma Pan prawo, a może nawet obowiązek skonsultować się jeszcze z kimś innym. Co dwie głowy to nie jedna. Dlatego polecam Panu mojego przyjaciela, doktora Kowalskiego. Ułatwię panu konsultację - zadzwonię, dam adres, umówię.” Wtedy tym większe pacjent będzie miał do Państwa zaufanie. Czyli warto konsultować się, dając poczucie pacjentowi, że nad jego leczeniem czuwa większy zespół… Podam prosty przykład z mojego życia. Kiedy jakiś czas temu w czasie badania pewna lekarka rozpoznała u mnie nowotwór nerki przestraszyłem się nie na żarty. Pojechałem do szpitala w sąsiednim powiecie i tam pan ordynator, (mam nadzieję, że nie będzie tego czytał) typowy „janusz z wąsem” położył mnie na leżance, wykonał USG i głośno pogratulował pani doktor, że zauważyła guz, który on by pewnie przeoczył. Następnie wziął mnie do gabinetu i poświęcił mi siedem minut czasu wysokiej jakości (kiedy trzy razy nie wchodziła pielęgniarka, a on siedem razy nie odbierał telefonu). A on wziął kartkę i długopis, „To jest księdza nerka, tu się umiejscowił guz, ja postaram się klasycznie wejść klinem i go wyciąć. Jeśli stwierdzimy śródoperacyjnie, że zmiana przekroczyła kielich, to wytniemy nerkę. Ma ksiądz prawo skonsultować się z kimkolwiek chce. Polecam tego i tamtego”. Niewiele myśląc pojechałem do dawnej Akademii Medycznej w Gdańsku. I tam przyjął mnie bardzo znany urolog. A że moja bratowa też jest lekarzem, to w wiernopoddańczych umizgach powołała się na egzaminy u profesora. Wchodzę, a tu siedzi taki niewzruszony majestat rozwalony na niegustownej, skórzanej kanapie. Nie wstał, nie podał mi chyba nawet ręki. Mówi: Proszę księdza, operowałem biskupa, prałata, tego i tamtego. Myślę sobie: „Chłopie, co mnie obchodzi kogo operowałeś?! Mnie interesuje moja nerka!” Pojechałem więc do innego specjalistycznego szpitala, gdzie zgodnie z zapowiedzią mojego „janusza" proponowano mi operację laparoskopową. „Proszę się nie godzić - mówił - ja to zrobię na otwarto i być może uratujemy nerkę, bo ona się jeszcze księdzu może przydać”. I miał w tym trochę racji. Kolejny znany chirurg nie wzbudził mojego zaufania, gdy opowiadając mi o zabiegu odebrał chyba z dwadzieścia telefonów. Wróciłem zatem do mojego pierwotnego wyboru i na szczęcie po zabiegu resekcji klinowej zachowałem nerkę. Aktualnie regularnie ją kontroluję, bo byłoby czymś idiotycznym zginąć od przerzutów czy wznowy z zaniedbanego raka nerki niż z porządnego glejaka IV stopnia. Jak coś się robi, trzeba to robić porządnie - nawet, jeśli chodzi o przekręcenie się. Żyjemy w czasach, kiedy to nie baba przychodzi do lekarza, ale świadczeniobiorczyni do świadczeniodawcy. Jak mówić, by pacjent zrozumiał? Jaką postawę przyjąć? Nie byłbym do końca przeciwny paternalizmowi w relacji lekarz-pacjent. Słowo pochodzi od łacińskiego pater. Ojciec ma zawsze na uwadze dobro dziecka, więc akceptowalnym jest, jeśli w postawie paternalistycznej uznajemy godność osoby, którą traktujemy jak troszeczkę mniej świadomą. Lepiej jednakże (choć nie łatwiej), jeśli jest to postawa dialogiczna. Przy każdym spotkaniu z pacjentem lekarz musi w trzy sekundy ocenić, z kim ma do czynienia - ile jest w stanie przekazać, następnie - ile dana osoba zrozumiała. Tu polecam Państwu schować się za własną niekompetencję. Zejdźmy z tego medycznego piedestału, skracając dystans, czasem robiąc z siebie „pajaca”, Pytając: „Wie pani co, mam dzisiaj słabszy dzień, nie jestem pewien, czy dokładnie pani wszystko wyjaśniłem, czy może mógłbym coś doprecyzować.” Bo jak zapytamy tą prostą „babę”: „Czy wszystko Pani zrozumiała?”, to zazwyczaj odpowie: tak, a my nie dowiemy się, czego w praktyce nie zrozumiała. I może się okazać, że coś, co dla nas było jasne jak słońce, dla niej było kompletnie niezrozumiałe. Jakiego zaangażowania należy oczekiwać od pacjentów w procesie diagnostyczno-terapeutycznym? Nie mówimy tu o oczywistych zaleceniach jak przyjmowanie konkretnych leków czy wykonywanie badań, ale o współodpowiedzialność za własne zdrowie. Są dwie szkoły: jedni lekarze wszystko za pacjenta załatwiają i umawiają, inni ograniczają się do krótkiego zdania w zaleceniach i niejako zrzucają odpowiedzialność na pacjenta. Myślę, że najlepsza jest ta droga pośrednia. Żeby wskazać, że na przykład potrzebna jest konsultacja w poradni takiej a takiej, ale powiedzieć też po co. W czasach powszechnej edukacji zdarza się i to zbyt często, że do lekarza zgłasza się wykształcony pacjent z poważnym schorzeniem, które nie tyle bagatelizował, co próbował leczyć „alternatywnie”, samodzielnie lub pod okiem „pana Rysia” - znachora lub bioenergoterapeuty. Co jest w nas takiego, że łykamy tabletki, których składu nie znamy, a podważamy zalecenia oparte na sprawdzonej wiedzy medycznej? Nie chcę nikogo obrazić, ale jest pewien typ ludzi, którzy mają spiskowe teorie dziejów. To są tak zwani „pacjenci smoleńscy”. Otóż znamy te słynne teorie, jakoby firmy farmaceutyczne schowały przed światem cudowny lek na raka, tylko po to by zarobić na chemii, a wiadomo - chemia truje. Podważa się zaufanie do lekarzy, przemysłu farmaceutycznego - a ludzie postawieni pod ścianą zrobią wszystko. Etyczne świństwo. Jest to także efekt szwankowania przekazywania informacji miedzy lekarzami a pacjentami. Oczywiście - nie wyeliminujemy pewnego promila ludzi, którzy zawsze mentalnie odlecą w kosmos, tak jak nie wyeliminujemy zwolenników mgły smoleńskiej i wybuchów. Ale zdroworozsądkowym argumentem, który często trafia do tych ludzi, a spotykam ich wielu w poradni paliatywnej, jest przykład: Steve Jobs. Miał dostęp do wszystkich możliwych terapii, jednak nie przeżył. Jest pełno książek typu „Ukryte terapie”, gdzie „pan Włodek spod Włodawy” odkrył jakiś wyjątkowy lek. Sam mógłbym stworzyć encyklopedię tych ukrytych pseudoterapii… Cieciorka w nogę, lewatywy z kawy (zawsze pytam jakiej: frappe czy z ekspresu), odrobaczanie i inne kretynizmy… Czas na temat trochę z innej beczki. Relacja lekarz - pacjent - rodzina. Są sytuacje, gdy bliscy pacjenta „chorując” razem z nim (a czasem i za niego), chcą go wyręczać w trudnych decyzjach. W mojej praktyce spotykam się niekiedy z sytuacjami, że chorujący rodzic oddaje dorosłemu dziecku prawo do decydowania o jego losie. Kiedy nadchodzi moment, że trzeba chorego pozostawić sam na sam z własną chorobą, by się z nią skonfrontował? Z bioetycznego punktu widzenia pacjent ma prawo się zrzec kompetencji na rzecz kogoś innego. Ale w każdej chwili może to zrzeczenie odwołać. Ale wtedy, kiedy rodzina mówi: „Tato, my wiemy co dla Ciebie lepsze”, to wtedy należy powiedzieć stop. Albo, gdy matka dorosłego chłopaka w hospicjum chorego na raka jądra mówi w liczbie mnogiej „Mieliśmy prześwietlenie, pojechaliśmy na badanie…” trzeba przekonywać: „Wiem, że pani z nim choruje, ale Michał ma autonomię, 25 lat, dowód osobisty, dziewczynę. Przeszedł zabieg orchidektomii i to on to musi przeżyć. Pani jajka nie obcięto. Jeśli będzie chciał się napić piwa, to ja mu to umożliwię jako szef hospicjum. Przyjedzie do niego dziewczyna i nie interesuje mnie co on z nią robi w pokoju. Nie jestem talibem i strażnikiem moralności”. Sam też na pewnym etapie mojej choroby miałem problem z rodzicami. Po 20 latach bycia poza domem musiałem tam trafić i uczyliśmy się siebie na nowo. Widziałem ich starszych, nie do końca radzących sobie z moją chorobą i jej skutkami. Ale też musiałem uszanować ich prywatność. To jest pewien kompromis między pacjentem a jego najbliższymi. Dla mnie najbardziej przerażające jest to, gdy konającym pacjentom rodzina wmusza remedium sempiternum, czyli rosołek. “Zjedz rosołku, bo musisz być silny, bo musisz dostać chemię”. Wtedy ich przestrzegam, żeby tych ważnych dni (nie mówię, że ostatnich) nie zmarnowali na walkę nad talerzem i o jogurcik, tylko wykorzystali na bliskość, żeby robić rzeczy sensowne. Spędza ksiądz dużo czasu z osobami chorymi. To rodzaj powołania, nie każdy się do tego nadaje. Kto od kogo więcej otrzymuje: pacjent od lekarza czy lekarz od pacjenta hospicjum? Kto potrzebuje więcej czasu na tę naukę? Nie da się tego jednoznacznie oddzielić. Każdy pacjent jest inną historią, inną relacją, inną osobą. I od niektórych się wiele uczymy, a niektórzy od nas wiele dostają. Tak jak na przykład w hospicjach jest nadreprezentacja naszych braci meneli. Oczywiste - oni są o wiele późnej diagnozowani. Boją się, że są nieubezpieczeni, piją na działkach i dopiero, kiedy padają na gębę ich kumple wzywają pogotowie. Po diagnozie w rejonowym szpitalu karetka odwozi ich do nas, my ubezpieczamy ich od razu (bo burmistrz czy wójt ma zawsze obowiązek ich ubezpieczyć) i wtedy stają się królami życia. Bo w końcu są umyci, w końcu mają obcięte pazury (podziwiam pielęgniarki, które sobie z tym radzą), w końcu trzy posiłki dziennie, czyste łóżko, telewizor, kącik piwosza i palacza. Bajka. Żyć nie umierać! Ale tam też się dzieją ciekawe sprawy. Oni, kiedy odzyskują część godności - takiej zwykłej, ludzkiej, zaczyna im się przypominać, że kiedyś mieli rodziny, dzieci, zaczynają wracać do relacji, które gdzieś zgubili. Tu dla mnie trudne zadanie - gdy proszą mnie, abym odszukał ich bliskich. Dzwonię i słyszę od syna lub córki, że ojciec był takim potworem, tak im zniszczył dzieciństwo - bo pił, bił, gwałcił matkę, siostrę, że nie chcą mieć z nim nic wspólnego. I mam dylemat: Czy ja mam prawo mu to powiedzieć tak wprost? Myślę, że nie. Gdy człowiek jest w stanie terminalnym, albo chwilę przed agonią, to nie mam prawa go dobijać tą informacją. Gdy dopytują, czy dzwoniłem, mówię im: “Tak, dzwoniłem. Pana rodzina wie, gdzie pan jest i jak pana odnaleźć”. To im daje do myślenia. Nie mam prawa moralnie zwalniać ich ze wszystkiego. To, że ktoś zachorował na nowotwór nie czyni go od razu wspaniałym i kochanym tatusiem. I na koniec. Proszę o dwie sytuacje z życia księdza jako pacjenta: Najlepsze i najgorsze spotkanie z lekarzem: Pierwsze doświadczenie to to, o którym opowiadałem wcześniej. Gdy doktor, zewnętrznie wyglądający jak „polski janusz” wzbudził we mnie największe zaufanie i do tej pory łączy nas jakaś forma przyjaźni. Najgorsza sytuacja: Młoda pani doktor w peozecie. Potrzebowałem skierowania do hospicjum domowego. Chciałem się do niej zapisać, bo nie miałem swojego lekarza rodzinnego. W przychodni rejonowej w Sopocie w okienku wskazuję na liście lekarzy wybrane nazwisko. Widzę przerażenie w oczach rejestratorek “Pani doktor będzie zła”. Siadam więc grzecznie w kolejce. Emerytki siedzą w gabinecie po 15 minut, a tuż przed moją kolejką pani doktor wychodzi. “Bardzo przepraszam, jeszcze ja jestem do Pani Doktor zapisany” - wstaję. “Nic podobnego. Ja Pana nie przyjmę!” Ale moja karta czekała na biurku. Usłyszałem ostentacyjne “Prsze!”, zatem wszedłem i stoję, żeby jej się trochę głupio zrobiło, ale nic, głowa w papierach. “Czy mogę usiąść?”- pytam. “Tak!” - odburknęła i zaczęła serię stand. pytań począwszy od numeru PESEL. “Pani Doktor - przerwałem jej - ja najmocniej Panią przepraszam, nie chcę zabierać Pani dużo czasu, bo wiem, że jest Pani zdenerwowana i zmęczona, poproszę tylko o skierowanie do hospicjum domowego” - i podsunąłem jej wypis z mojego szpitala, gdzie było napisane C71.9. Ona popatrzyła na papier, potem na mnie i zaczęły jej lecieć łzy… Profesjonalizm pod znakiem zapytania… Otóż to. A że przy wszystkim łzy mnie strasznie denerwują, to poprosiłem ją, by się opanowała, by nie płakała. „Na przyszłość - powiedziałem - proszę założyć, że ten ostatni w kolejce może potrzebować Pani najwięcej uwagi i czasu”. Myślę, że tę lekcję zapamiętała. Ale tak na koniec - przypomniała mi się jeszcze jedna pozytywna sytuacja. Pewien lekarz zachował się wobec mnie bardzo przyzwoicie, gdy po jakiejś dalekiej podróży, gdy przyjechałem na chemię jednodniową do Olsztyna, podskoczyło mi ciśnienie i nie chciało spaść. Zamknięto już właściwie Ośrodek Chemioterapii Jednodniowej i przeniesiono mnie piętro wyżej na Oddział, by obniżyć przed wlewem ciśnienie farmakologicznie. Pomału się udawało, a tam lekarz dyżurny grzecznie przyszedł do mnie, zagadywał, wygłupiał się i słuchał moich opowieści z mchu i paproci. I to było bardzo miłe. Jak można wspierać działalność Hospicjum im. św. Ojca Pio w Pucku? Wszystkie informacje znajdą Państwo na stronie www.hospitium.org - zawsze mile widziany 1% podatku. I zapraszam wszystkich młodych lekarzy co roku pod koniec wakacji do Pucka na Areopag Etyczny. Jest to kurs przekazywania trudnych informacji organizowany z udziałem aktorów, wykładowców bioetyki, prawa (w tym roku kolejna, 9. już edycja), który jest połączony ze szkołą windsurfingu, dla odreagowania trudnych tematów na wysokim poziomie emocji. Bardzo dziękuję za rozmowę. Rozmawiał: Mateusz Malik, lekarz. Zdjęcia: Damian Kramski: http://www.damiankramski.com/

Powiadomienie o plikach cookie

By using this site, you agree to our Warunki użytkowania.

Account

Navigation

Szukaj

Szukaj

Configure browser push notifications

Chrome (Android)
  1. Tap the lock icon next to the address bar.
  2. Tap Permissions → Notifications.
  3. Adjust your preference.
Chrome (Desktop)
  1. Click the padlock icon in the address bar.
  2. Select Site settings.
  3. Find Notifications and adjust your preference.