ja tam się po prostu uczę tyle, ile jestem w stanie - w sensie jak zaczynam zasypiać nad książką/skryptem i co drugie słowo i tak już do mnie nie dociera, to ją po prostu zamykam, szpanowanie, o której to ja nie poszedłem spać, bo się uczyłem milion godzin jest dla mnie żałosne i bez sensu - potem idę na zalkę, egzamin czy co to tam ma być, jak w miarę umiem to stresu za bardzo nie ma, może taki lekki, motywujący, jak nie za bardzo umiem to trochę większy. Ale nigdy się nie doprowadzam do stanu "matkoboskoprzenajświętszo, nic nie umiem, nie zdam, wywalą mnie" - jak nie zdam to pójdę na drugi termin, w końcu nie są do dekoracji, tylko po to, żeby ktoś z nich korzystał, więc mogę to być np ja.
Pamiętam, jak mi wszystko pięknie szło na 1szym roku, w sesji też się tak nastawiłam "jakoś to będzie", no i niezdana anatomia mnie prawie w depresję wbiła. Na 2im roku po prostu podeszłam z nastawieniem "i tak mam wrzesień", dzięki czemu poprawka z histo właściwie w ogóle mnie psychicznie nie ruszyła. Kwestia odpowiedniego podejścia.