Skocz do zawartości
View in the app

A better way to browse. Learn more.

MedFor.me - Medycyna. AI. Obiektywnie

A full-screen app on your home screen with push notifications, badges and more.

To install this app on iOS and iPadOS
  1. Tap the Share icon in Safari
  2. Scroll the menu and tap Add to Home Screen.
  3. Tap Add in the top-right corner.
To install this app on Android
  1. Tap the 3-dot menu (⋮) in the top-right corner of the browser.
  2. Tap Add to Home screen or Install app.
  3. Confirm by tapping Install.

Artykuły

Artykuły - MedFor.me - Medycyna. AI. Obiektywnie
Ekskluzywna rozmowa MedFor.me z księdzem Janem Kaczkowskim - bioetykiem, dyrektorem Hospicjum im św. Ojca Pio w Pucku, który od pewnego czasu sam jest pacjentem i zmaga się z chorobą nowotworową, o czym otwarcie mówi. Autor wideobloga „Smak życia” i książek „Szału nie ma, jest rak”, „Życie na pełnej petardzie” oraz "Grunt pod nogami", która ukaże się już niebawem.
 
Mateusz Malik: Proszę księdza, porozmawiajmy jak lekarz z pacjentem i doktor z szefem hospicjum. Istnieje przekonanie wśród lekarzy, że łatwiej leczy się osoby proste i niewykształcone niż pacjentów oczytanych, świadomych, mających w rodzinie lekarzy. Część z nas obawia się, że pacjent wytknie nam błąd albo zakwestionuje nasze zalecenia. Ile w tych obawach słuszności?
Ks. Jan Kaczkowski: Sam nie pochodzę z rodziny lekarskiej. Wolę o sobie mówić, że jestem pacjentem kompetentnym, a nie roszczeniowym - to duża różnica. Dużo wiem o swojej chorobie i ta wiedza daje mi poczucie bezpieczeństwa, być może złudne poczucie panowania nad tym, co się ze mną dzieje. A kolegów lekarzy, w tym młodych adeptów medycyny uczestniczących w corocznym Areopagu Etycznym, zawsze przekonuję: Skoro już nie jesteście Państwo przekonani z punktu etycznego do dobrego, personalistycznego i godnego przekazywania trudnych informacji, to bądźcie przekonani z punktu widzenia pragmatycznego. Bo pacjent kompetentny rzadziej będzie podważał Wasze decyzje, nie będzie uciekał się do bezstronnego diagnosty Google i lepiej przyjmie Wasze zalecenia - osiem razy nie będzie wracał do gabinetu, aby mu jeszcze raz wytłumaczyć. I ważne jest też (co w Polsce bardzo kuleje) wyraźne prawo do tak zwanej second opinion. Abyście się Państwo nie obrażali, gdy pacjenci skonsultują się gdziekolwiek indziej i byście z tej second opinion zdobili swój atut i powiedzieli: „Proszę Pana. W mojej ocenie jest to „to i to”, ale oczywiście ma Pan prawo, a może nawet obowiązek skonsultować się jeszcze z kimś innym. Co dwie głowy to nie jedna. Dlatego polecam Panu mojego przyjaciela, doktora Kowalskiego. Ułatwię panu konsultację - zadzwonię, dam adres, umówię.” Wtedy tym większe pacjent będzie miał do Państwa zaufanie.
Czyli warto konsultować się, dając poczucie pacjentowi, że nad jego leczeniem czuwa większy zespół…
Podam prosty przykład z mojego życia. Kiedy jakiś czas temu w czasie badania pewna lekarka rozpoznała u mnie nowotwór nerki przestraszyłem się nie na żarty. Pojechałem do szpitala w sąsiednim powiecie i tam pan ordynator, (mam nadzieję, że nie będzie tego czytał) typowy „janusz z wąsem” położył mnie na leżance, wykonał USG i głośno pogratulował pani doktor, że zauważyła guz, który on by pewnie przeoczył. Następnie wziął mnie do gabinetu i poświęcił mi siedem minut czasu wysokiej jakości (kiedy trzy razy nie wchodziła pielęgniarka, a on siedem razy nie odbierał telefonu). A on wziął kartkę i długopis, „To jest księdza nerka, tu się umiejscowił guz, ja postaram się klasycznie wejść klinem i go wyciąć. Jeśli stwierdzimy śródoperacyjnie, że zmiana przekroczyła kielich, to wytniemy nerkę. Ma ksiądz prawo skonsultować się z kimkolwiek chce. Polecam tego i tamtego”. Niewiele myśląc pojechałem do dawnej Akademii Medycznej w Gdańsku. I tam przyjął mnie bardzo znany urolog. A że moja bratowa też jest lekarzem, to w wiernopoddańczych umizgach powołała się na egzaminy u profesora. Wchodzę, a tu siedzi taki niewzruszony majestat rozwalony na niegustownej, skórzanej kanapie. Nie wstał, nie podał mi chyba nawet ręki. Mówi: Proszę księdza, operowałem biskupa, prałata, tego i tamtego. Myślę sobie: „Chłopie, co mnie obchodzi kogo operowałeś?! Mnie interesuje moja nerka!” Pojechałem więc do innego specjalistycznego szpitala, gdzie zgodnie z zapowiedzią mojego „janusza" proponowano mi operację laparoskopową. „Proszę się nie godzić - mówił - ja to zrobię na otwarto i być może uratujemy nerkę, bo ona się jeszcze księdzu może przydać”. I miał w tym trochę racji. Kolejny znany chirurg nie wzbudził mojego zaufania, gdy opowiadając mi o zabiegu odebrał chyba z dwadzieścia telefonów. Wróciłem zatem do mojego pierwotnego wyboru i na szczęcie po zabiegu resekcji klinowej zachowałem nerkę. Aktualnie regularnie ją kontroluję, bo byłoby czymś idiotycznym zginąć od przerzutów czy wznowy z zaniedbanego raka nerki niż z porządnego glejaka IV stopnia. Jak coś się robi, trzeba to robić porządnie - nawet, jeśli chodzi o przekręcenie się.
Żyjemy w czasach, kiedy to nie baba przychodzi do lekarza, ale świadczeniobiorczyni do świadczeniodawcy. Jak mówić, by pacjent zrozumiał? Jaką postawę przyjąć?
Nie byłbym do końca przeciwny paternalizmowi w relacji lekarz-pacjent. Słowo pochodzi od łacińskiego pater. Ojciec ma zawsze na uwadze dobro dziecka, więc akceptowalnym jest, jeśli w postawie paternalistycznej uznajemy godność osoby, którą traktujemy jak troszeczkę mniej świadomą. Lepiej jednakże (choć nie łatwiej), jeśli jest to postawa dialogiczna. Przy każdym spotkaniu z pacjentem lekarz musi w trzy sekundy ocenić, z kim ma do czynienia - ile jest w stanie przekazać, następnie - ile dana osoba zrozumiała. Tu polecam Państwu schować się za własną niekompetencję. Zejdźmy z tego medycznego piedestału, skracając dystans, czasem robiąc z siebie „pajaca”, Pytając: „Wie pani co, mam dzisiaj słabszy dzień, nie jestem pewien, czy dokładnie pani wszystko wyjaśniłem, czy może mógłbym coś doprecyzować.” Bo jak zapytamy tą prostą „babę”: „Czy wszystko Pani zrozumiała?”, to zazwyczaj odpowie: tak, a my nie dowiemy się, czego w praktyce nie zrozumiała. I może się okazać, że coś, co dla nas było jasne jak słońce, dla niej było kompletnie niezrozumiałe.
Jakiego zaangażowania należy oczekiwać od pacjentów w procesie diagnostyczno-terapeutycznym? Nie mówimy tu o oczywistych zaleceniach jak przyjmowanie konkretnych leków czy wykonywanie badań, ale o współodpowiedzialność za własne zdrowie. Są dwie szkoły: jedni lekarze wszystko za pacjenta załatwiają i umawiają, inni ograniczają się do krótkiego zdania w zaleceniach i niejako zrzucają odpowiedzialność na pacjenta.
Myślę, że najlepsza jest ta droga pośrednia. Żeby wskazać, że na przykład potrzebna jest konsultacja w poradni takiej a takiej, ale powiedzieć też po co.
W czasach powszechnej edukacji zdarza się i to zbyt często, że do lekarza zgłasza się wykształcony pacjent z poważnym schorzeniem, które nie tyle bagatelizował, co próbował leczyć „alternatywnie”, samodzielnie lub pod okiem „pana Rysia” - znachora lub bioenergoterapeuty. Co jest w nas takiego, że łykamy tabletki, których składu nie znamy, a podważamy zalecenia oparte na sprawdzonej wiedzy medycznej?
Nie chcę nikogo obrazić, ale jest pewien typ ludzi, którzy mają spiskowe teorie dziejów. To są tak zwani „pacjenci smoleńscy”. Otóż znamy te słynne teorie, jakoby firmy farmaceutyczne schowały przed światem cudowny lek na raka, tylko po to by zarobić na chemii, a wiadomo - chemia truje. Podważa się zaufanie do lekarzy, przemysłu farmaceutycznego - a ludzie postawieni pod ścianą zrobią wszystko. Etyczne świństwo. Jest to także efekt szwankowania przekazywania informacji miedzy lekarzami a pacjentami. Oczywiście - nie wyeliminujemy pewnego promila ludzi, którzy zawsze mentalnie odlecą w kosmos, tak jak nie wyeliminujemy zwolenników mgły smoleńskiej i wybuchów.  Ale zdroworozsądkowym argumentem, który często trafia do tych ludzi, a spotykam ich wielu w poradni paliatywnej, jest przykład: Steve Jobs. Miał dostęp do wszystkich możliwych terapii, jednak nie przeżył. Jest pełno książek typu „Ukryte terapie”, gdzie „pan Włodek spod Włodawy” odkrył jakiś wyjątkowy lek. Sam mógłbym stworzyć encyklopedię tych ukrytych pseudoterapii… Cieciorka w nogę, lewatywy z kawy (zawsze pytam jakiej: frappe czy z ekspresu), odrobaczanie i inne kretynizmy…
Czas na temat trochę z innej beczki. Relacja lekarz - pacjent - rodzina. Są sytuacje, gdy bliscy pacjenta „chorując” razem z nim (a czasem i za niego), chcą go wyręczać w trudnych decyzjach. W mojej praktyce spotykam się niekiedy z sytuacjami, że chorujący rodzic oddaje dorosłemu dziecku prawo do decydowania o jego losie. Kiedy nadchodzi moment, że trzeba chorego pozostawić sam na sam z własną chorobą, by się z nią skonfrontował?
Z bioetycznego punktu widzenia pacjent ma prawo się zrzec kompetencji na rzecz kogoś innego. Ale w każdej chwili może to zrzeczenie odwołać. Ale wtedy, kiedy rodzina mówi: „Tato, my wiemy co dla Ciebie lepsze”, to wtedy należy powiedzieć stop. Albo, gdy matka dorosłego chłopaka w hospicjum chorego na raka jądra mówi w liczbie mnogiej „Mieliśmy prześwietlenie, pojechaliśmy na badanie…” trzeba przekonywać: „Wiem, że pani z nim choruje, ale Michał ma autonomię, 25 lat, dowód osobisty, dziewczynę. Przeszedł zabieg orchidektomii i to on to musi przeżyć. Pani jajka nie obcięto. Jeśli będzie chciał się napić piwa, to ja mu to umożliwię jako szef hospicjum. Przyjedzie do niego dziewczyna i nie interesuje mnie co on z nią robi w pokoju. Nie jestem talibem i strażnikiem moralności”. Sam też na pewnym etapie mojej choroby miałem problem z rodzicami. Po 20 latach bycia poza domem musiałem tam trafić i uczyliśmy się siebie na nowo. Widziałem ich starszych, nie do końca radzących sobie z moją chorobą i jej skutkami. Ale też musiałem uszanować ich prywatność. To jest pewien kompromis między pacjentem a jego najbliższymi. Dla mnie najbardziej przerażające jest to, gdy konającym pacjentom rodzina wmusza remedium sempiternum, czyli rosołek. “Zjedz rosołku, bo musisz być silny, bo musisz dostać chemię”. Wtedy ich przestrzegam, żeby tych ważnych dni (nie mówię, że ostatnich) nie zmarnowali na walkę nad talerzem i o jogurcik, tylko wykorzystali na bliskość, żeby robić rzeczy sensowne.
Spędza ksiądz dużo czasu z osobami chorymi. To rodzaj powołania, nie każdy się do tego nadaje. Kto od kogo więcej otrzymuje: pacjent od lekarza czy lekarz od pacjenta hospicjum? Kto potrzebuje więcej czasu na tę naukę?
Nie da się tego jednoznacznie oddzielić. Każdy pacjent jest inną historią, inną relacją, inną osobą. I od niektórych się wiele uczymy, a niektórzy od nas wiele dostają. Tak jak na przykład w hospicjach jest nadreprezentacja naszych braci meneli. Oczywiste - oni są o wiele późnej diagnozowani. Boją się, że są nieubezpieczeni, piją na działkach i dopiero, kiedy padają na gębę ich kumple wzywają pogotowie. Po diagnozie w rejonowym szpitalu karetka odwozi ich do nas, my ubezpieczamy ich od razu (bo burmistrz czy wójt ma zawsze obowiązek ich ubezpieczyć) i wtedy stają się królami życia. Bo w końcu są umyci, w końcu mają obcięte pazury (podziwiam pielęgniarki, które sobie z tym radzą), w końcu trzy posiłki dziennie, czyste łóżko, telewizor, kącik piwosza i palacza. Bajka. Żyć nie umierać! Ale tam też się dzieją ciekawe sprawy. Oni, kiedy odzyskują część godności - takiej zwykłej, ludzkiej, zaczyna im się przypominać, że kiedyś mieli rodziny, dzieci, zaczynają wracać do relacji, które gdzieś zgubili. Tu dla mnie trudne zadanie - gdy proszą mnie, abym odszukał ich bliskich. Dzwonię i słyszę od syna lub córki, że ojciec był takim potworem, tak im zniszczył dzieciństwo - bo pił, bił, gwałcił matkę, siostrę, że nie chcą mieć z nim nic wspólnego. I mam dylemat: Czy ja mam prawo mu to powiedzieć tak wprost? Myślę, że nie. Gdy człowiek jest w stanie terminalnym, albo chwilę przed agonią, to nie mam prawa go dobijać tą informacją. Gdy dopytują, czy dzwoniłem, mówię im: “Tak, dzwoniłem. Pana rodzina wie, gdzie pan jest i jak pana odnaleźć”. To im daje do myślenia. Nie mam prawa moralnie zwalniać ich ze wszystkiego. To, że ktoś zachorował na nowotwór nie czyni go od razu wspaniałym i kochanym tatusiem.
I na koniec. Proszę o dwie sytuacje z życia księdza jako pacjenta: Najlepsze i najgorsze spotkanie z lekarzem:
Pierwsze doświadczenie to to, o którym opowiadałem wcześniej. Gdy doktor, zewnętrznie wyglądający jak „polski janusz” wzbudził we mnie największe zaufanie i do tej pory łączy nas jakaś forma przyjaźni.
Najgorsza sytuacja: Młoda pani doktor w peozecie. Potrzebowałem skierowania do hospicjum domowego. Chciałem się do niej zapisać, bo nie miałem swojego lekarza rodzinnego. W przychodni rejonowej w Sopocie w okienku wskazuję na liście lekarzy wybrane nazwisko. Widzę przerażenie w oczach rejestratorek “Pani doktor będzie zła”. Siadam więc grzecznie w kolejce. Emerytki siedzą w gabinecie po 15 minut, a tuż przed moją kolejką pani doktor wychodzi. “Bardzo przepraszam, jeszcze ja jestem do Pani Doktor zapisany” - wstaję. “Nic podobnego. Ja Pana nie przyjmę!” Ale moja karta czekała na biurku. Usłyszałem ostentacyjne “Prsze!”, zatem wszedłem i stoję, żeby jej się trochę głupio zrobiło, ale nic, głowa w papierach. “Czy mogę usiąść?”- pytam. “Tak!” - odburknęła i zaczęła serię stand. pytań począwszy od numeru PESEL. “Pani Doktor - przerwałem jej - ja najmocniej Panią przepraszam, nie chcę zabierać Pani dużo czasu, bo wiem, że jest Pani zdenerwowana i zmęczona, poproszę tylko o skierowanie do hospicjum domowego” - i podsunąłem jej wypis z mojego szpitala, gdzie było napisane C71.9. Ona popatrzyła na papier, potem na mnie i zaczęły jej lecieć łzy…
Profesjonalizm pod znakiem zapytania…
Otóż to. A że przy wszystkim łzy mnie strasznie denerwują, to poprosiłem ją, by się opanowała, by nie płakała. „Na przyszłość - powiedziałem - proszę założyć, że ten ostatni w kolejce może potrzebować Pani najwięcej uwagi i czasu”. Myślę, że tę lekcję zapamiętała.
Ale tak na koniec - przypomniała mi się jeszcze jedna pozytywna sytuacja. Pewien lekarz zachował się wobec mnie bardzo przyzwoicie, gdy po jakiejś dalekiej podróży, gdy przyjechałem na chemię jednodniową do Olsztyna, podskoczyło mi ciśnienie i nie chciało spaść. Zamknięto już właściwie Ośrodek Chemioterapii Jednodniowej i przeniesiono mnie piętro wyżej na Oddział, by obniżyć przed wlewem ciśnienie farmakologicznie. Pomału się udawało, a tam lekarz dyżurny grzecznie przyszedł do mnie, zagadywał, wygłupiał się i słuchał moich opowieści z mchu i paproci. I to było bardzo miłe.
Jak można wspierać działalność Hospicjum im. św. Ojca Pio w Pucku?
Wszystkie informacje znajdą Państwo na stronie www.hospitium.org - zawsze mile widziany 1% podatku. I zapraszam wszystkich młodych lekarzy co roku pod koniec wakacji do Pucka na Areopag Etyczny. Jest to kurs przekazywania trudnych informacji organizowany z udziałem aktorów, wykładowców bioetyki, prawa (w tym roku kolejna, 9. już edycja), który jest połączony ze szkołą windsurfingu, dla odreagowania trudnych tematów na wysokim poziomie emocji.
Bardzo dziękuję za rozmowę.
Rozmawiał: Mateusz Malik, lekarz. Zdjęcia: Damian Kramski: http://www.damiankramski.com/
Długie i wymagające spotkanie przedstawicieli Porozumienia Rezydentów OZZL odbyło się dziś u Ministra Zdrowia Konstantego Radziwiłła. Czy na jego warunkach?
Młodzi lekarze dyskutowali na tematy ważne dla całego środowiska takie jak
1) Wzrost wynagrodzenia rezydentów
2) Wynagrodzenie dla kierowników specjalizacji
3) Jawność PES-ów i możliwość zdawania ich na ostatnim roku specjalizacji
4) Możliwość zmiany rezydentury
5) Wzrost jakości kształcenia specjalizacyjnego, możliwość ewaluacji?
6) Problemy prawne podczas szkolenia specjalizacyjnego
7) Problematyka dyżurów medycznych
Kwestia podwyżek rezydenckich wynagrodzeń należy do najbardziej trudnych – decyzja o przyznaniu dodatkowych środków zależy nie tylko od MZ, ale także od Ministra Finansów i - szerzej - polityki Rządu. Minister wprawdzie zdaje sobie sprawę problemu braku z wynagrodzeń dla kierowników specjalizacji ale deklaruje, że na zmiany nie ma pieniędzy.
Negocjowane kwestie, w których nie ma różnicy zdań między MZ a PR:
system dyżurów jest zły i trzeba go zmienić - padły konkretne propozycje należy zmienić system rekrutacji na specjalizacje potrzeba uproszczenia procedur do specjalizacji konieczna jest aktualizacja literatury do programów specjalizacji Do dużych sukcesów negocjatorów należy deklaracja min. Radziwiłła, że o ważnych dla rezydentów sprawach zawsze ich opinia będzie wysłuchana.
Długowieczność to sen wielu... Zarówno zwykłych ludzi jak i naukowców. Odkąd sięgnąć pamięcią ludzkość poszukuje rozwiązań jak przedłużyć życie, poprawić jego jakość, wyeliminować choroby. Wydawać by się mogło - marzenie ściętej głowy, utopia, takie coś tylko w filmach...
Jednak naukowcy z Mayo Clinic odnieśli w tym temacie pewien sukces, który może się okazać bardzo obiecującym początkiem do spełnienia tego marzenia. Co prawda póki co tylko (albo aż, w zależności od punktu widzenia) na myszach, ale udało im się wydłużyć życie myszy o 25%.
Jak to osiągnęli?
Cały sekret tkwi oczywiście w komórkach. Dokładniej w starzejących się, ale zdrowych komórkach, które na skutek fizjologii procesu starzenia utraciły już zdolność podziałów. Wraz ze starzeniem się organizmu tych komórek jest coraz więcej i więcej. Są one rozproszone po całym organizmie, choć uważa się, że w niektórych miejscach gromadzą się w większej ilości (np. w narządach dotkniętych chorobami związanymi ze starzeniem organizmu). Do niedawna nie było wiadomo, czy komórki te nie pełnią jakichś ważnych funkcji w organizmie, ale najnowsze badania to wykluczają. Komórki te najprawdopodobniej są związane po prostu ze starzeniem się i śmiercią organizmu...
Naukowcy z Mayo Clinic wpadli więc na pomysł, iż usuwanie tych komórek z organizmu może spowolnić proces starzenia i co za tym idzie wydłużyć życie. Tylko jak to zrobić? Fakt, iż komórki występują w organizmie w dużym rozproszeniu czyni potencjalnie niemożliwym odszukanie każdej pojedynczej komórki i jej eliminację. Jednakże uczeni wykorzystali fakt syntezowania przez starzejące się komórki białka p16lnk4a. Stosując niewielką modyfikację genetyczną organizmu myszy polegającą na nadaniu komórkom myszy zdolności produkcji kaspazy wykrywającej wspomniane wcześniej białko i doprowadzającej do śmierci komórek produkujących to białko udało im się doprowadzić do wyeliminowania części populacji komórek starzejących się. Co więcej, modyfikacja jest pomyślana w ten sposób, że komórki myszy nie produkują kaspazy samoistnie. Dopiero stymulacja odpowiednim lekiem powoduje rozpoczęcie syntezy tego białka. Zaprzestanie przyjmowania tego leku z kolei powoduje zakończenie produkcji kaspazy. Dzięki temu zjawisku można kontrolować proces. Niewątpliwie minusem jest to, że w narządach, do których lek nie dociera nie ma produkcji kaspazy i eliminacji komórek starzejących się.
Oczywiście proces wymaga wielu udoskonaleń technologicznych oraz wielu badań, zanim będzie można go stosować u ludzi, nie mniej już teraz spowodował wydłużenie życia myszy o 1/4. Niestety jak wszystko w przyrodzie, ma swoje minusy, ale jak na razie jedynym medycznym stwierdzonym skutkiem ubocznym jest potencjalne wydłużenie czasu gojenia się ran.
Zatem czy ludzkość kiedyś czeka era prawdziwej długowieczności?
Więcej na portalu GeekWeek

Wyobrażenia. Obchód lekarski w białych, wykrochmalonych fartuchach, wszyscy w skupieniu, przechodzimy z sali do sali, od pacjenta do pacjenta - każdego jeden po drugim szczegółowo omawiamy. Wszystko z powagą, niemalże pietyzmem. Pacjenci leżą równo w łóżkach, czekają spokojnie, panuje cisza. W głowie kłębią się poważne koncepcje co do diagnostyki, rozpoznań i leczenia.
Choć tak na prawdę ... 7:15: zaczynamy raport z kończącego się dyżuru. Przyjętych 8 nowych pacjentów, 4 operowanych. Zabiegi skończyły się 3:30 w nocy. Na Izbie praca do rana. Na raporcie 5 specjalistów i 2 rezydentów. Na 2 oddziałach około 30 pacjentów. Zaraz będzie problem. Do obstawienia 3 poradnie, 5 zabiegów na jednym stole i izba przyjęć. Ok, starczyło rąk do podziału, tylko, że na izbę i oddział pozostał jeden młodszy lekarz. Idziemy na obchód, szybko, bo zaraz trzeba ruszyć dalej.
Wyobrażenia. Po obchodzie czas zająć się swoimi pacjentami - każdego zbadać, porozmawiać i napisać zlecenia. W dyżurkach odbywa się szczegółowe planowanie dalszego procesu diagnostyczno-terapeutycznego. Lekarze pracują i planują, w atmosferze owianą przed pacjentami niemalże tajemnicą, dalsze plany. Wszystko po to by móc później odpowiedzieć wyczerpująco na każde pytanie pacjenta i rodziny - lekarz wie wszystko
Choć tak na prawdę ... 7:45 - na oddziale 8 nowych pacjentów z dyżuru, 2 z planowych przyjęć. Kto się kim zajmie? Jeden z kolegów już schodzi do poradni, dwóch biegnie na blok, chwilę później zostaje już całkiem sam. Zaczynam dawać zlecenia. Dzwoni telefon z Izby Przyjęć - Doktorze, przyjechało pogotowia, pacjent z silnymi bólami brzucha - Dobrze, jeśli może, to niech usiądzie w poczekalni, pogotowie proszę odesłać, skończę zlecenia i zejdę, jak coś to proszę dzwonić - Dobra - słyszę ze słuchawki.
Zamiast kolejnego akapitu z serii "Wyobrażenia", czyli jak widzimy pracę lekarza, proszę obejrzeć losowy odcinek dr House'a czy "Na dobre i na złe" (wczoraj była "piękna" akcja ratunkowa przechodniów potrąconych na przystanku - nawet ginekolog odbarczał odmę opłucnową!). Tam z reguły pokazują wszystko dokładnie odwrotnie niż jest na prawdę lub tak, że na prawdę chciałoby się tam pracować.
Choć tak na prawdę ... 8:00: Potrzebuję konsultację ginekologiczną dla jednej z pacjentek, ale ginekologię mamy w innym budynku. Sama nie pójdzie, wózek nie przejedzie. Ok, trzeba wezwać transport pogotowia ... dzwonie ... dzwonie... nikt nie odbiera. Zadzwonie za chwilę, najpierw wypełnię papiery: zlecenie na transport, podbicie 4 kopii, skierowanie na konsultację.... Doktorze, pacjentka z 13-stki (z sali nr 13.) wymiotuje, a lekarz prowadzący dziś po dyżurze. - Dobrze, zaraz podejdę - odpowiadam. Co to ja robiłem? Aaaa, transport... dzwonie... dzwonie.... uff, załatwione. Ledwo odłożyłem telefon, ten zaczyna dzwonić - Doktorze, pacjent na izbie się już niecierpliwi, zejdzie Pan?

Dotarłem na Izbę, 11-latek, od 3 dni wymioty i biegunka, od rana mocno zaczął boleć brzuch. Badam, brzuch zupełnie miękki, niebolesny ... CZEMU WIĘC TRAFIŁ NA CHIRURGIĘ? I w tym momencie przypominam sobie, że "podobno" każdy pacjent z ostrym bólem brzucha, który trafi na oddział pediatryczny jest odbijany najpierw do chirurga. Coś mi się nie chce w to wierzyć, ale tak mówią. Szkoda tylko, że w naszym mieście nigdzie nie ma chirurgii i pediatrii razem i muszę wysłać chłopca do pediatry do innego szpitala. Mama krzywi się, że nie mają jak dojechać, a drugie dziecko zostawiła na chwile z sąsiadką i co ona teraz ma zrobić? Robi mi się przykro, chciałbym jakoś pomóc, ale ... znów telefon - Proszę przyjść na blok, potrzebna 2 asysta do zabiegu, pilne. Kończę kartę informacyjną dla chłopca i lecę na blok.
Napilbym się czegoś, ale nie mam drobnych do automatu, a rano nie zdążyłem nic wziąć... no nic, biegne do zabiegu, później się napiję. - Proszę stanąć od lewej strony i tak złapać hak... nie, nie tak... dobrze... proszę trzymać... - Mija 30 minut, ręka mi cierpnie, boje się ruszyć, walczę sam ze sobą. - Prosiłem Pana żeby trzymał Pan o tak do góry, ja wiem, że ciężko, ale jeszcze chwile - Podtrzymuje sobie rękę drugą ręką. Ale bym się napił kawy. Ciekawe ile pacjentów już czeka na izbie...

I tak latam, biegam do północy i kiedy to próbuję na chwile przymknąć oko... znów telefon i słyszę, że na izbie pojawia się jeszcze 8-latka, która 2 dni temu doznała urazu głowy i zaczęła teraz wymiotować. Niechętnie schodzę do izby - tam spotykam uśmiechniętą i nieco skrępowaną sytuacją i godziną mamę z uroczą córką, która snuje się z kąta w kąt po poczekalni i chyba nie do końca wie po co tu jest. Na szczęście okazuje się, że nic poważnego się nie stało, a "dziewczyny" na odchodne śmieją się, że skoro mogą iść do domu to będą dalej rozpaczać nad NIEWYOBRAŻALNĄ porażką szczypiornistów z Chorwatami. Wszyscy się śmiejemy, żegnamy i tym miłym akcentem kończy się rozwiązywanie problemów na dziś. Wyjątkowo śpię od 1 do 6 rano bez przerw. Luksus
Z mojej kilkuletniej, zawodowej perspektywy, medycyna to jednak nie jest codzienne stawianie spektakularnych diagnoz i wykonywanie heroicznych zabiegów, a wymagająca, ciężka praca u podstaw. Czasem denerwująca, zniechęcająca, a czasem niezwykle przyjemna, satysfakcjonująca i inspirująca. Powyżej chciałem pokazać jak może wyglądać dzień rezydenta czyli młodego lekarza w trakcie specjalizacji. Pacjent, który do mnie przychodzi, chciałby abym oddał mu swoją całą uwagę, zaangażowanie i wiedze - młody lekarz też by tego chciał, tylko w takich dniach jak ten, nie zawsze jest już w stanie.
4 lutego - Światowy Dzień Walki z Rakiem
6 lutego 2016 - Dzień Drzwi Otwartych w krajowych ośrodkach onkologicznych
Po raz kolejny już pochylamy się nad tematem onkologii, by zapobiegać nowym przypadkom i szukać rozwiązań w chorobie. Metoda populacyjnego "straszenia rakiem" pomału na szczęście przechodzi już do lamusa. Temat nowotworów złośliwych coraz bardziej oswajany staje się wyzwaniem - nie tylko dla pacjentów i lekarzy, ale także zdrowych osób, które angażują się w profilaktykę dla siebie i innych.
Dobrą okazją do tego oswajania jest organizowany w sobotę, 6.02.2016 przez Polską Unię Onkologii Dzień Drzwi Otwartych w ośrodkach onkologicznych w całej Polsce. Każdy może przyjść by posłuchać nowości o rozsądnej profilaktyce nowotworów, zadać pytania lekarzom, przebadać się w ramach wczesnego wykrywania chorób czy spotkać ludzi zaangażowanych w pomoc osobom chorym.
WYBIERZ SIĘ - SPRAWDŹ, GDZIE ODBĘDZIE SIĘ AKCJA W TWOIM REGIONIE >>>
W zwalczanie chorób nowotworowych angażuje się wiele osób. Tylko współpraca na wielu płaszczyznach pozwoli stopniowo rozwiązywać problemy onkologii w sposób systemowy i skoordynowany. Lekarze, naukowcy, politycy, organizacje pozarządowe, dziennikarze i... zwykli ludzie...
Pozytywny przykład dał Tomasz Machała, który w swoim wpisie w natemat.pl pokazuje jak w prosty, ale mądry sposób włączyć się w antyrakową batalię, a jednocześnie zrobić coś dla siebie: Światowy Dzień Walki z Rakiem. Zrób dziś jedną rzecz (warto przeczytać i się podzielić!)
Dobrze, gdy w temat angażują się przedstawiciele różnych dziedzin, wnosząc coś od siebie, jak podczas ostatniej debaty w siedzibie Polskiej Agencji Prasowej:
dr Janusz Meder, LEKARZ ONKOLOG (prezes Polskiej Unii Onkologii) - zwraca uwagę na możliwości terapii przeciwnowotworowych, rozwój nowych leków i technologii medycznych prof. Marek Belka - EKONOMISTA (były premier RP, który przyczynił się do wdrożenia Narodowego Programu Zwalczania Chorób Nowotworowych) - zwraca uwagę na racjonalne gospodarowanie środkami przeznaczanymi na opiekę zdrowotną Krzysztof Łanda - POLITYK (wiceminister zdrowia) - zaznacza kluczowe znaczenie prawidłowej wyceny "koszyka świadczeń gwarantowanych" - (MZ pracuje już ponoć zespół do spraw jego racjonalizacji) dr Paweł Kowal - EKSPERT FUNDACJI WHC i POLITYK - chwali działające na zachodzie "think-tanki" poświęcone wyłącznie zdrowiu prof. prof. Jerzy Bralczyk - JĘZYKOZNAWCA - podkreśla rolę odhumanizowanej nomenklatury współczesnej ochrony zdrowia (świadczeniobiorca zamiast pacjenta) i wagę komunikacji lekarz-pacjent Właśnie na styku wielu dziedzin, w głowach ekspertów i dzieciaków w szkole, po stronie rządowej i pozarządowej tworzą się idee, które mogą zmieniać przyszłość onkologii...
Wspaniałe inicjatywy (pisaliśmy o nich w medfor.me), takie jak "Mam Haka Na Raka" czy fundacje dla pacjentów powstałe z potrzeby chwili, które obecnie mogą poszczycić się już setkami uratowanych pacjentów to atut, w który warto inwestować!

W ostatnim czasie zarobki rezydentów stały się bardzo modnym tematem. Różnorakie portale prześcigają się w publikowaniu artykułów o patologiach, które dotykają lekarzy w trakcie specjalizacji oraz ich niskich zarobków.
Ile może zarobić młody lekarz? Całkiem sporo! Wszystko zależy od chęci i dyspozycyjności. Pracy jest pod dostatkiem i znalezienie dodatkowego zajęcia nie jest specjalnie skomplikowane. Wielu lekarzy pracuje w kilku miejscach - w ten sposób maskuje się dramatyczny niedobór lekarzy. Niskie zarobki w podstawowej pracy (na rezydenturze) zmuszają wręcz do szukania dodatkowego zajęcia. Poniżej przedstawiam przykładową kalkulację.
Na początek założymy, że nasz młody lekarz miał szczęście i udało mu się załapać na rezydenturę. Jako, że jest osobą praktyczną, aby więcej zarabiać wybrał specjalizację deficytową. Pracuje więc w szpitalu w wymiarze jednego etatu czyli około 150h miesięcznie. Zarabia ok 2500 zł netto (czyli na rękę). Do tego dochodzą dyżury w podstawowym miejscu pracy. Za przeciętnie 4 dyżury nocne w miesiącu otrzymuje wynagrodzenie około 1000 zł. Zaledwie 250 zł za dyżur w czasie którego opiekuje się kilkudziesięcioma pacjentami. 4 dyżury po około 16 godzin dają dalsze 64 godziny w pracy. Zarabia więc 3500 zł netto pracując 216 godzin.
Młody lekarz zakłada rodzinę - musi więc jakoś zarobić na wesele, remont mieszkania (ma takie szczęście, że odziedziczył mieszkanie po dziadkach), zakup samochodu, zakup ubranek, zabawek, wózka i innych niezbędnych artykułów. Znajduje więc dodatkową "fuchę" w nocnej pomocy lekarskiej (czyli w skrócie NPL). Udaje mu się wynegocjować całkiem dobrą stawkę 60 zł/h brutto. Ma szczęście, że dyrektor przychodni ma nóż na gardle, w przeciwnym razie zaproponowałby mu o wiele niższą stawkę. Wielu lekarzy pracuje w NPL za 50, a nawet 40 zł za godzinę. Nasz bohater bierze 6 dyżurów w miesiącu - 3 w dni powszednie (trwające 14h) i 3 weekendowe (po 12 godzin). Zarabia dalsze 3900 zł netto pracując dalsze 78 godzin w miesiącu.
Szef naszego bohatera składa mu propozycję nie do odrzucenia. Będzie zabezpieczał także szpitalną izbę przyjęć. Będzie tam jedynym lekarzem. Dostaje 4 piątkowe dyżury, których nikt nie chciał wziąć. Wiadomo - piątek to dzień "imprezowy", co oznacza więcej nietrzeźwych pacjentów. Stawka nie podlega negocjacji - 60 zł/h brutto. Żeby ominąć przepisy prawa pracy (nie może pracować u jednego pracodawcy na etacie i na umowie zleceniu) zostaje zatrudniony poprzez "znajomą" przychodnię. Nie wdając się w szczegóły: za 64 godziny w szpitalu dostanie "na rękę" 3220 zł.
Ponieważ znajomy prowadzi firmę wykonującą transporty medyczne od czasu do czasu trafia mu się takie zlecenie. Średnio raz w miesiącu przewozi gdzieś pacjenta karetką. Za 12h transport zarabia około 600 zł "na rękę".
Podsumowując: 2500 zł pensji podstawowej + 1000 zł dyżury + 3900 zł NPL + 3220 zł izba przyjęć + 600 zł transport = 11 220 zł! To prawdziwa fortuna!
Według internetowej porównywarki wynagrodzeń, która znajduje się na stronie internetowej partii "Razem", wynagrodzenie tej wysokości stawia młodego lekarza wśród 1% najlepiej zarabiających Polaków!
Należy jednak zrobić jeszcze jedno podsumowanie - czasu, jaki spędzi w pracy:
Dodajemy 150h podstawowego czasu pracy + 64h dyżury na oddziale + 78h w NPL + 64h w izbie przyjęć + 12h transportu = 368h. Tymczasem miesiąc ma 720 godzin. Nasz młody lekarz spędza w pracy ponad połowę miesiąca! Pełen etat w dni powszednie od 8 do 15:35 oraz 14 dyżurów w miesiącu (w tym 11 nocnych). Kiedyś musi jeszcze spać lub odsypiać noce zarwane na dyżurach. W miejscach takich jak nocna pomoc lekarska lub izba przyjęć przespane noce to ewenement. Jego zadania nie ułatwia fatalna organizacja pracy, nadmiar biurokratycznych procedur oraz zmęczenie. O wiele łatwiej jest popełnić tragiczną pomyłkę, jeśli jest się zbudzonym do nagłej interwencji o godzinie 3:00 w nocy. Ponieważ jest niedoświadczony, wiele czynności wykonuje wolniej, zleca więcej badań dodatkowych i konsultacji specjalistów. Ma szczęście bo do tej pory nie popełnił żadnego "medialnego" błędu.
Dla rodziny zostają pojedyncze dni wolne w miesiącu. Młody lekarz jest ciągle przemęczony, rozdrażniony. Przekłada się to na kłótnie w domu, pretensje pacjentów, których przyjmuje - zarzucają mu brak empatii oraz złośliwość, brak czasu na naukę (w domu leżą odłogiem podręczniki do specjalizacji, które powinien czytać), brak czasu dla siebie (nie ma żadnego hobby). Są to rzeczy o wiele cenniejsze niż pieniądze, które może w ten sposób zarobić.
Lekarz - nawet ten zaraz po studiach może zarabiać naprawdę dużo. Problemem pozostaje cena, którą pozostaje zapłacić za wysoką pensję. Cena, której przeliczyć na pieniądze nie sposób.
***
UWAGA! Do osób, które chcą cytować ten artykuł np. w prasie: Bardzo proszę o zachowanie zasad rzetelności dziennikarskiej podczas udostępniania jego treści. Nie jest w nim napisane, że "lekarz w czasie specjalizacji zarabia 12000 zł na rękę" tylko, że "lekarz w czasie specjalizacji może zarabiać 12000 zł na rękę pracując na 2,5 etatu i przy okazji lekceważąc wszelkie zasady regulujące czas pracy, stanowiąc zagrożenie dla pacjentów oraz niszcząc swoje zdrowie i swoją rodzinę".
Artykuł powstał na podstawie doświadczeń własnych autora oraz innych lekarzy i nie jest prostym opisem przypadku jednej osoby. To raczej tendencja, którą można zaobserwować wśród młodych medyków.
(Na zdjęciu: młodzi lekarze z Argentyny "odsypiający" zarwaną noc)
Kot
Każdy młody adept medycyny myśli, że jego głównym zajęciem będzie diagnozowanie i leczenie pacjentów. Nic bardziej mylnego! Leczenie ludzi w naszym kraju jest uregulowane licznymi aktami prawnymi, które ciągle się zmieniają. Powstają nowe, a poprzednie przestają obowiązywać. Lekarz ponosi poczwórną odpowiedzialność: "karną" (zarzuty z kodeksu karnego), "cywilną" (proces o odszkodowanie), "administracyjną" (gdy nieprawidłowo wystawi receptę lub zwolnienie) oraz "zawodową" (złamanie kodeksu etyki lekarskiej).
Jeszcze w czasie studiów na farmakologii poznajemy Rozporządzenie Ministra Zdrowia w sprawie recept lekarskich. Po zakończeniu studiów w nasze ręce trafia "Kodeks Etyki Lekarskiej" a uregulowania dotyczące stażu podyplomowego znajdziemy w "Ustawie o zawodzie lekarza". Na stażu jesteśmy pierwszy raz objęci zapisami "Kodeksu pracy". Nie tylko nimi bo dyżury medyczne uregulowano między innymi w "Ustawie o działalności leczniczej". Warto także przeczytać naszą umowę o pracę. Po raz pierwszy będziemy się zastanawiać czy podpisać klauzulę "opt-out", czyli zgodę na pracę bez ograniczeń czasowych.
Wypisując recepty musimy brać pod uwagę wspomniane wcześniej rozporządzenie oraz "Ustawę prawo farmaceutyczne". Wystawiając recepty refundowane "pro auctore" podpisujemy umowę z Narodowym Funduszem Zdrowia. Nieprawidłowe wypisywanie recept wiąże się z karami. Rekordziści płacą nawet kilkaset tysięcy złotych!
Zwolnienia lekarskie wypisujemy na podstawie przepisów "Ustawy o świadczeniach pieniężnych z ubezpieczenia społecznego w razie choroby i macierzyństwa" i "Rozporządzenia w sprawie szczegółowych zasad i trybu wystawiania zaświadczeń lekarskich, wzoru zaświadczenia lekarskiego i zaświadczenia lekarskiego wydanego w wyniku kontroli lekarza orzecznika Zakładu Ubezpieczeń Społecznych". Tu najpoważniejszą karą jest... cofnięcie uprawnień do wystawiania zwolnień. Taka kara wydaje się błogosławieństwem, ale szybko okazuje się, że nie mogąc wystawiać ZUS-ZLA nie ma szansy nigdzie "dorobić". Zapis o posiadaniu uprawnień do wystawiania zwolnień jest zawarty w niemal każdej umowie - każdy kto chce pracować w przychodni, w NPL lub na SOR musi taką możliwość posiadać.
Karty zgonu wystawiamy w oparciu o archaiczną "Ustawę o cmentarzach i chowaniu zmarłych" obowiązującą nieprzerwanie od 31 stycznia 1959 roku! Jej zapisy ciągle doprowadzają lekarzy rodzinnych do szału i są źródłem nieustającego chaosu. Od 1959 roku nie wiemy kto tak naprawdę ma stwierdzić zgon obywatela polskiego!
Gdy zechcemy przejść na kontrakt zakładamy własną działalność gospodarczą więc musimy zapoznać się z zapisami "Ustawy o działalności gospodarczej" oraz "Ustawy o rachunkowości" (choć będzie to głównie zadanie naszej księgowej) i o "Podatku dochodowym od osób fizycznych". Nieznajomość prawa, jak wiadomo, szkodzi. Nie usprawiedliwia także lekarza w przypadku jego złamania.
Lekarze-menedżerowie oraz ci, którzy piastują stanowiska kierownicze też nie mają lekko: umowy z NFZ, rozliczenia, przepisy dotyczące działalnością gospodarczą, przepisy SANEPIDu, zarządzanie odpadami medycznymi, a do tego sprawy pracownicze, ustawa o zamówieniach publicznych i wiele wiele innych.
Swoje odrębne przepisy mają również określone specjalizacje lekarskie. Na przykład anestezjolodzy mają "Rozporządzenie w sprawie standardów postępowania medycznego w dziedzinie anestezjologii i intensywnej terapii dla podmiotów wykonujących działalność leczniczą". Określa ono kto i w jakich warunkach może znieczulać oraz prowadzić intensywną terapię. Jakie są wymagania sprzętowe, organizacyjne oraz kadrowe udzielania takich świadczeń.
Wymienione tu przepisy to jedynie niewielka część obowiązujących w naszym kraju uregulowań prawnych. W wielu miejscach są nielogiczne, niespójne i wzajemnie sprzeczne. Mimo to każdy lekarz musi pamiętać o dwóch zasadach:
"Nieznajomość prawa szkodzi" "Nieznajomość prawa nikogo nie usprawiedliwia".
Kot
W życiu (prawie) każdego lekarza nadchodzi moment, gdy zakłada praktykę lekarską czyli jednoosobową działalność gospodarczą. Zakładanie własnej firmy zaczynamy od wizyty w naszym lokalnym urzędzie. Po złożeniu wniosku w ciągu kilku dni nasza firma pojawia się w ogólnodostępnym rejestrze CEIDG (Centralna Ewidencja i Informacja o Działalności Gospodarczej). Dane naszej firmy (w tym adres siedziby) pojawiają się w Internecie - są ogólnodostępne. Wtedy do akcji wkraczają oszuści!
Na adres widniejący w spisie CEIDG, czyli najczęściej domowy adres lekarza wysyłają list z żądaniem zapłaty określonej kwoty (zwykle jest to od kilkudziesięciu do kilkuset złotych). Właściciel firmy nie obeznany z gąszczem przepisów może pomyśleć, że naprawdę ma do uiszczenia jakąś opłatę. Pismo jest skonstruowane w taki sposób, że nie sposób jest udowodnić oszustwo. Najczęściej jest w nim informacja, że wpis do CEIDG jest darmowy a opłata jakiej żąda oszust - fakultatywna. Po prostu prowadzi od firmę o nazwie łudząco podobnej do CEIDG i proponuje wpis do prowadzonego przez siebie rejestru w zamian za stosowną opłatę. Oczywiście skorzystanie z usług takiej "firmy" nie przyniesie nam żadnych korzyści.
Pamiętajmy, że wpis do ewidencji działalności gospodarczej następuje w urzędzie i jest całkowicie darmowy!
Kot
15 października 2015 roku światło dzienne ujrzały nowe wytyczne resuscytacji opracowane przez Europejską Radę Resuscytacji. Jest to jedna z najważniejszych organizacji zajmujących się problematyką leczenia pacjentów z zatrzymaniem krążenia. W Polsce możemy na razie zapoznać się ze streszczeniem najważniejszych zmian. Dokładna treść "Wytycznych" jest nadal w tłumaczeniu. Wciąż nie wiadomo, kiedy będziemy mogli się z nimi zapoznać.
Rewolucyjnych zmian nie ma. Nie zmienił się dobrze wszystkim znany algorytm 30 uciśnięć do 2 wdechów. Duży nacisk kładzie się na wczesną identyfikację zatrzymania krążenia przez świadków zdarzenia oraz rozpoczynania resuscytacji metodą samych ciśnięć klatki piersiowej na podstawie porad udzielanych przez dyspozytora medycznego. Po raz pierwszy pojawił się algorytm postępowania w zatrzymaniu krążenia towarzyszącemu ciężkim urazom. Ultrasonografia zajęła zasłużone miejsce narzędzia pomagającego w identyfikacji odwracalnych przyczyn zatrzymania krążenia. Położono nacisk na skuteczną wentylację i tlenoterapię u pacjentów u których zatrzymanie krążenia było spowodowane asfiksją (np. u tonących). Dodana została sugestia umieszczania defibrylatorów AED na pokładach samolotów. Zmalało znaczenie tlenoterapii hiperbarycznej w zatrucie tlenkiem węgla. Dodano rozdział dotyczący zatrzymania krążenia w warunkach sali operacyjnej.
Dokładne podsumowanie zmian można przeczytać na stronie Polskiej Rady Resuscytacji.
Natomiast oryginalne wytyczne po angielsku można ściągnąć ze strony Europejskiej Rady Resuscytacji.
Kot
Wirus zika jest flawiwirusem, który został on po raz pierwszy wykryty na terenie Ugandy w roku 1947, lecz to na ostatnie lata przypada okres jego dramatycznego rozpowszechnienia się na wszystkich kontynentach.
U dorosłych zakażenie w 80% przebiega bezobjawowo jednak może on powodować gorączkę Zika (bóle stawów, zapalenie spojówek, gorączka), domniemane jest również powiązanie z zespołem Guillain-Barré. Jest on bardzo niebezpieczny dla kobiet w ciąży, ponieważ może być czynnikiem ryzyka małogłowia w płodów, a więc występowania ubytków neurologicznych czy napadów drgawkowych.
Pierwotnym obszarem występowania jest Afryka i Azja południowo-wschodnia, lecz na skutek globalnego ocieplenia oraz rozwoju komunikacji lotniczej obecnie wirus ten występuje w ponad 20 krajach (m.in. Brazylia, Salwador, Kolumbia, Panama). W takich krajach jak Portugalia, Dania, Wielka Brytania oraz Stany Zjednoczone wykryto ten wirus u turystów powracających z Ameryki Południowej i Środkowej.
Wektorem wirusa są komary z gatunku Aedes aegypti oraz Aedes albopictus które w ostatnim czasie występują również na obszarach południowej Europy oraz południowej części USA co może stanowić przyczynę lokalnego przenoszenia zakażenia.
Największy problem występuje Brazylii - organizatora tegorocznych letnich igrzysk olimpijskich, gdzie potwierdzono już ponad 4000 przypadków małogłowia u dzieci matek zainfekowanych wirusem.
Czy grozi nam pandemia powiązana z tym wydarzeniem sportowym?
Więcej informacji na stronie CDC - Centers for Disease Control and Prevention
hypersonic
Ile można jeść magnezu? Kiedy wreszcie powstanie Debólon Mega Extra Sprint Duo Max? Czy ktoś kiedyś widział Goździkową? I czy istnieje kaszel namoczony i podsuszany…
W gąszczu filmików promujących leki bez recepty, które wprost zatykają bloki reklamowe większości stacji telewizyjnych i radiowych ciężko się niekiedy połapać. Ich twórcy nie od dziś dbają o odpowiedni poziom: byle tylko nie był za wysoki i trafił do targetowego odbiorcy o proporcjonalnym intelekcie. Jak wiadomo w ogólnodostępnych mediach promuje się wyłącznie leki i produkty medyczne wydawane bez recepty. Mając do dyspozycji taki arsenał leków na każdą dolegliwość Polacy, długo się nie zastanawiając, leczą się sami. A że Polak potrafi wiadomo nie od dziś.
Mistrzem satyry na ten proceder jest od kilku lat Artur Andrus, który na łamach Gazety Lekarskiej rozprawia się m. in. z polską pandemią wzdęć, niedoborów i medycznych tautologii, które niepodzielnie rządzą farmakomarketingiem. Począwszy od prymitywnych anglicyzmów, poprzez antropomorfizację najbardziej przyziemnych dolegliwości, aż po zaufane "ciocie, panie z apteki i sąsiadki" zawsze gotowe wskazać lek na całe zło. Chapeau bas dla Andrusa - umie z klasą obnażyć każdą tandetę i bzdurę.
Panaceum - to dobre określenie na każdy z promowanych leków, bo zażycie jednej dawki sprawia, że smutni ludzie staja się uśmiechnięci, zakutani zdejmują szaliki, zmęczeni zyskują nowe pokłady energii, alergicy mają atopię w nosie, nadęci się oddymają, artretycy ruszają na jogging, a chore dzieci wstają z łóżek i idą na śnieg. Mucha nie siada, a konar wstaje.  
Choć firmy zrzeszone w tzw. PASMI (Polski Związek Producentów Leków Bez Recepty - poważnie, jest cos takiego) maja nawet swój tajny kodeks etyczny reklam, to i tak ostateczny przekaz reklam leków jest na tyle jednoznaczny, że wątpliwości nie pozostawia. Wiadomo wszak, że paracetamol X jest lepszy od paracetamolu Y, a jon Mg2+ można sprzedać pod czterdziestoma różnymi nazwami! Mistrzostwo osiągają producenci, którzy skutecznie przekonują obywatela, że czegoś mu brakuje, choć nawet nie wie, gdzie miałby to mieć i że ma czegoś zdecydowanie za dużo, mimo, że może to sprawdzić jednym prostym badaniem krwi. Nagminne naprawianie zdrowej wątroby lub zasada odkwaszania ludzi budzi mój najwyższy podziw dla zdolności marketingowych.
Prawo farmaceutyczne szczęśliwie zabezpiecza co nieco media przed totalną wolna amerykanką, gdyż określa, że:
• Reklama leków nie może wprowadzać w błąd, powinna prezentować lek w sposób obiektywny oraz informować o jego racjonalnym stosowaniu.
• Reklama powinna być prowadzona w sposób rzetelny i uczciwy, nie może zatem w żaden sposób sugerować, przesadzać, pomijać ważnych informacji, wszystko to bowiem może skutkować wprowadzeniem klientów w błąd.
• Reklama powinna zawierać informacje na tyle dokładne, rzetelne, szczegółowe i wiarygodne, by pozwoliła klientom wyrobić sobie własny pogląd na temat użyteczności leku.
• Zakazane są w reklamie takie treści, które choćby tylko sugerują, że:
- dzięki reklamowanemu lekowi można uniknąć porady lekarza lub zabiegu lekarskiego,
- nawet osoba zdrowa może dzięki lekowi poprawić swój stan zdrowia,
- nieprzyjmowanie reklamowanego leku może pogorszyć stan zdrowia,
- reklamowany lek jest zwykłym artykułem spożywczym lub kosmetycznym,
- skuteczność lub bezpieczeństwo stosowania leku wynika z faktu, że jest on całkowicie naturalny.
• W reklamie, która kierowana jest do publicznej wiadomości, nie mogą brać udziału osoby znane publicznie, naukowcy, lekarze i farmaceuci. Hmm…
Tym samym prawo chroni szarego obywatela przed konsekwencjami (prawnymi oczywiście) swojego wolnego wyboru. Szary obywatel może jednak wyciągnąć swoje własne wnioski z dostępnego przekazu.
Reklamy mogą być fajnym źródłem informacji o nowych produktach na rynku lub przejścia ze sfery receptowej do OTC. Czasem trafiają się też prawdziwe językowe i marketingowe perełki. Jednak co za dużo, to… niezdrowo!
Mateusz Malik, lekarz
PS. Jakie są Wasze lekowe-reklamowe "hity"? (kryptoreklamy się nie boimy, jakość sama się obroni)
Odkrycie dokonane przez naukowców z Washington University School of Medicine i Uniwersytetu Illinois w Urbana-Champaign może być krokiem milowym w diagnostyce wielu chorób. Dzięki opracowanym przez nich nanoczipom diagnoza ma być postawiona w ciągu kilku minut. Urządzenia te wszczepione do krwioobiegu mają określać temperaturę ciała, mierzyć ciśnienie, tętno, przepływ krwi, określać jej pH oraz wykrywać różne cząsteczki (markery nowotworowe, przeciwciała) i przekazywać je do czytnika, z którego mogą być odczytane i zinterpretowane przez lekarza. Co więcej, nanoczipy mają być wykonane z degradowalnych materiałów takich jak krzem, molibden, magnez i kopolimer PLGA, dzięki czemu po wykonaniu swojego zadania urządzenie rozpuści się bez śladu, nie narażając pacjenta na toksyczności.
Rozwiązanie niczym z filmu science fiction, ale czy znajdzie zastosowanie w realnej medycynie?
Włodarze polskiej służby zdrowia niepewnym krokiem i zakosami zmierzają w kierunku pełnej informatyzacji dokumentacji medycznej. Znamy scenariusz: gromkie zapowiedzi, ambitne plany i terminy, długo długo nic, pobudka rok przed terminem, odroczenie o kolejne lata...
Wyboista droga do EDM przyjęła w Polsce realnie (papierowo) kształty w 2011 roku, gdy przyjęto w parlamencie Ustawę o systemie informacji w ochronie zdrowia. Ostatnio głośno było o sprawie rezygnacji przez MZ z realizowanego planu (P1) z uwagi na niedotrzymanie kolejnego terminu i możliwe poważne konsekwencje finansowe ze strony UE, która zainwestowała w projekt duże środki. Termin realizacji był już wcześniej przesuwany na początek 2017 roku "z uwagi na skalę przedsięwzięcia", a już dziś wiadomo, że i ten termin jest utopią. Nawet tu i ówdzie "liczniki tykają".
Nie da się ukryć, że 1. stworzenie 2. wdrożenie ujednoliconego, funkcjonalnego i bezpiecznego systemu przechowywania i udostępniania najbardziej wrażliwych danych, jakimi są informacje o zdrowiu konkretnych osób do łatwych zadań nie należy. Ani tanich. Kilka stopni trudności gwarantowane.
Jak głosi wolna encyklopedia "Na polskim rynku istnieje kilkunastu producentów oprogramowania klasy EDM". A można przypuszczać, że małych programów do prowadzenia przychodni i gabinetów jest całe mnóstwo. Bazy są ze sobą często niekompatybilne, podlegają prawom wolnego rynku i tylko odgórnie narzucony model może coś zmienić. Trochę jak z ładowarkami do komórek - było kilkanaście różnych wtyczek, dopiero unijne rozporządzenie zunifikowało tę sferę. Tym, co obecnie najbardziej blokuje postęp jest fakt, że jest jeszcze bardzo wiele świadczeniodawców, którzy mają do dyspozycji tylko kartkę, długopis i pieczątkę. Jak długo nie wyjdziemy z lasu, tak nie ma mowy o wygodnym dostępie do baz danych o pacjentach i ich leczeniu dla ich lekarzy.
Idea jest piękna: wszystkie dane medyczne o "świadczeniobiorcy" są zgromadzone na bezpiecznym serwerze, pacjent poddając się opiece w danym ośrodku umożliwia lekarzowi dostęp do tej bazy. Wiadomo co się z pacjentem działo i jakie leki brał/a/bierze, itp. Taki serwer powstał już z prywatnej inicjatywy (Data Techno Park sp. z o.o) przy olbrzymim wsparciu unijnym: nazywa się Medyczne Centrum Przetwarzania Danych i stoi od jakiegoś czasu we Wrocławiu przy Szpitalu Klinicznym. Ostatnie teksty na portalu natemat.pl świadczą o tendencji "tworzenia klimatu" do wdrażania takich inicjatyw w Polsce (Marek Girek: obowiązek prowadzenia e-dokumentacji zapewni wygodę i bezpieczeństwo przetwarzania danych medycznych, Medyczne Centrum Przetwarzania Danych stworzone przez Data Techno Park zapewni bezpieczeństwo dokumentacji). Jego aktywność jest jednak trudna do zauważenia... (Może ktoś coś wie na ten temat?)
Jak działa e-dokumentacja w Twoim szpitalu, przychodni?
A może znasz filozofie medycznych systemów informatycznych w innych miejscach Europy i świata? Czy da się bez papieru w pewnych sytuacjach, czy zawsze dokumentacja jest w dwu wersjach?
Zapraszam do DYSKUSJI NA FORUM >>>
Wicepremier Jarosław Gowin, minister nauki i szkolnictwa wyższego (prywatnie historyk idei i publicysta) w pierwszych słowach "kontrwywiadu RMF.FM" wskazał studentów medycyny jako tych, którzy swoją edukację powinni odpracować.
Gowin jako liberał gospodarczy był zawsze, jak zauważył dziennikarz, zwolennikiem płatnych studiów. Jednak spośród wszystkich publicznych uczelni w Polsce jedynie w przypadku uniwersytetów medycznych zakwestionował sens bezpłatnych studiów. "Świeżo upieczony lekarz wsiada na prom i płynie do Szwecji czy Norwegii- określił proceder emigracji lekarzy po studiach". Ten "drenaż polskiego budżetu" minister chciałby zahamować finansując państwowe stypendia, które lekarz po studiach miałby odpracować. Gowin stwierdził, że słyszy takie sugestie ze strony rektorów uczelni medycznych, ale jednocześnie przyznał, że akurat w tej kwestii jego przeciwnikiem jest Minister Zdrowia K. Radziwiłł.
Minister stwierdził, że studia medyczne kosztują państwo około 500 000 złotych i adekwatną kwotę powinni "przez kilka lat" odpracować młodzi lekarze. Uważa, że nie dotyczy to innych kierunków finansowanych przez państwo studiów.
Minister nie określił ile lat lekarz miałby odpracowywać pół miliona w niego zainwestowane, nie odniósł się też do masowej emigracji inżynierów, specjalistów kierunków technicznych i informatycznych.
Pełny wywiad: Kontrwywiad RMF FM
 
Lubimy dyskutować o tym, jak środowisko lekarskie jest postrzegane i oceniane przez społeczeństwo. Spotykamy się jako grupa zawodowa z ostrą falą krytyki, by chwilę późnej odebrać zgodną owację, wyrazy najwyższej estymy i wdzięczności ze strony obywateli za ochronę cennego zdrowia, uratowanie życia. Z czego wynika ta polaryzacja społecznych nastrojów? Na ile mamy na nią realny wpływ? Czy da się budować dobry PR w skali całej korporacji czy tylko jednostkowo?
Jesteśmy jako grupa zawodowa na tyle wyalienowaną i ekskluzywną społecznością, że społeczeństwo postrzega nas jako pewien monolit, brać, wspólnotę interesów. Ocena pracy jednostek przekłada się na opinię o całym środowisku - zarówno w pozytywnym, jak i negatywnym przypadku. Daleko nam do fryzjerów, krawców czy cukierników, którzy też niekiedy tworzą grupy branżowe, ale są postrzegani wyłącznie w kategorii społecznego pożytku i bardzo indywidualnie. Znamy wybitne zakłady fryzjerskie, popularne firmy krawieckie, wybitnych cukierników. Usługodawca. Społeczne zapotrzebowanie. Renomowany specjalista. Czy nie da się znaleźć wspólnego mianownika? Sądzę, że to dość karkołomne. Przyznacie Państwo, że prostsze wydaje się porównanie z nauczycielami, którym jednak nigdy media i korytarzowa opinia szeptana takich „batów” krytyki nie wymierzają, choć spotyka ich na swej drodze każdy obywatel. Co zatem stanowi o wyjątkowości naszego położenia?
Po pierwsze przepaść wiedzy i budowany od wielu lat dystans. Wiedza na temat ludzkiej fizjologii, anatomii oraz ich zaburzeniach budzi w dużej części „niewtajemniczonych” rodzaj zaintrygowania ale też niechęci. Wątpliwa przyjemność śledzenia sekcji zwłok budzi bodaj najwięcej zainteresowania słuchających opowieści o studiach medycznych, choć niewielu jest chętnych, by w takim wydarzeniu wziąć udział. Stworzona na przestrzeni dziejów elitarność i tajemność wiedzy medycznej jest obecnie coraz bardziej rozmywana poprzez całkowicie otwarty i powszechny dostęp do materiałów edukacyjnych. W ślad za tym powinna iść coraz bardziej partnerska relacja lekarzy z pacjentami. Mimo to wciąż bardzo często obserwuje się medyków (w szczególności obficie utytułowanych), którzy budują swoją pozycję w oparciu o przedpotopowy schemat „profesor-uczeń” lub „znawca-profan”. Tworzy to rodzaj respektu i zaufania, który jednak łatwo pęka w sytuacji kryzysu, jakim jest błąd lub powikłania. Warto zauważyć, że elitarność medycznej profesji ma też niekiedy ważny społeczny aspekt. W naszym kraju, w części małych społeczności lekarz obok przedstawiciela władzy i kościoła stanowi niekiedy lokalny autorytet. I dobrze, jeśli tę pozycję wykorzystuje ku pożytkowi ogółu.
Od dużych grup zawodowych lekarzy odróżniają także inne specyficzne cechy tej profesji:
Występowanie w roli funkcjonariusza publicznego (w pewnych sytuacjach). Uzasadniony zakaz reklamy osób i usług lekarskich narzucony wewnętrznie przez korporację (KEL). Postrzeganie pomocy medycznej jako czegoś w sposób oczywisty dostępnego i darmowego. Finansowanie budżetowe przy jednoczesnym dużym, otwartym rynku prywatnym i pewność zatrudnienia. W jednym akapicie klika ważnych aspektów. Słynna jest sprawa pani ginekolog z południa Polski (za Gazetą Wyborczą), która przed sądem przegrała sprawę (wyrok nieprawomocny, 07.2015), wytoczoną portalowi ZnanyLekarz. Na stronie tej, na jej nieautoryzowanym „profilu” anonimowa pacjentka przedstawiła druzgocący i kompromitujący opis wizyty w poradni odradzając innym korzystanie z usług pani doktor. Powódka zażądała usunięcia nieprzychylnego komentarza. Sąd nie przychylił się do jej argumentów i stwierdził m.in., że „lekarz jak sędzia jest osobą publiczną i musi liczyć się z tym, że jego działalność będzie oceniana”. Portal zatriumfował (nie po raz pierwszy), w gruncie rzeczy zdrowy rozsądek też, bo każdy może sobie wyrobić opinię sam, ale niesmak pozostał. Kontrowersyjny jest sam pomysł lekarskich profili na tego typu portalach, które w większości są nieautoryzowane, przy czym są koledzy, którzy swoje profile „nadzorują”, korzystając przez to z wątpliwej etycznie reklamy.
Co do rzeczonej reklamy, to ta z założenia ma w sobie coś fałszywego- koloryzuje rzeczywistość, ukazując wyłącznie pozytywne aspekty; wymaga nakładu pewnych środków ale też przekłada się na finansowy sukces. Środowisko lekarskie już dawno uznało, że kwestia zdrowia i życia jest zbyt delikatna, by o rozpoznawalności danego specjalisty decydował jego zmysł marketingowy lub majątek, a nie umiejętności i doświadczenia. Czasy mocno się zmieniają: ośrodki medyczne (także te duże) staja się firmami nastawionymi na zysk, lekarze łączą pracę w placówkach publicznych i prywatnych, a przy tym coraz więcej uczniów Hipokratesa za duże pieniądze firmuje swoim nazwiskiem konkretne produkty, nie zważając na zapisy Kodeksu Etyki Lekarskiej i kary grożące za ich łamanie. Nachalność i informacyjny fałsz części reklamy budzi wręcz niesmak (-> "Lek na kaszel palacza")
Pieniądze. Ponoć o nie wszystko się rozbija. Czy każda grupa zawodowa obracająca dużymi środkami ma, mówiąc potocznie, „przechlapane” w oczach opinii publicznej? Otóż nie. Pomijając radykalnych marksistów nie słyszałem o pomyjach wylewanych na pierwszego z brzegu majętnego dyrektora sieci sklepów, wybitnego muzyka czy restauratora. Problem pojawia się tam, gdzie dotykamy środków publicznych. Lekarze w dużej mierze są w Polsce zatrudnieni „przez państwo” w placówkach publicznych i choć budżetowe wynagrodzenia nie należą do najwyższych, to jesteśmy, drodzy Państwo postrzegani jako funkcjonariusze systemu ochrony zdrowia. Za wszystkie (a przy tym bardzo liczne) niedostatki sfery, za którą odpowiada państwo obrywa się tym, którzy z obywatelami mają faktyczny kontakt. Każda pielęgniarka i każdy/a lekarz/lekarka stał/a się w pracy ofiarą przemocy słownej lub fizycznej pacjenta. Tu sprawa komplikuje się jeszcze bardziej, gdyż w Polsce do tej pory żaden minister, prezes NFZ czy polityk nie określił jasno, co obywatelowi należy się od państwowej służby zdrowia, poza tym, że wszystko. Obywatele, skądinąd słusznie, oczekują więc wszystkiego od lekarzy, co rodzi nieuchronne konflikty.
Przeciętny lekarz ma nieograniczone możliwości zarabiania pieniędzy (niezbędność usług, prywatna działalność, klauzula opt-out, dyżury, wysokie stawki za niektóre zabiegi i procedury, dorabianie w kilku miejscach, badania kliniczne, współpraca z firmami farmaceutycznymi, wydawnictwami, działalność dydaktyczna, wreszcie wykorzystywanie zależności pacjenta i praktyki korupcyjne). Móc a skorzystać to jednak dwie różne sprawy. Część z medyków tę okoliczność wykorzystuje w sposób bezmyślny, nadmierny i destrukcyjny. Tak rodzą się problemy uzależnionych od statusu materialnego, pozycji społecznej i używek wszelkiej maści lekarzy, którzy gubią niezbędny dystans. Kumulacja odpowiedzialności prawnej, frustracji i stresu w pracy, obawy o życie pacjentów i zachłanności musi prowadzić do wypaczeń. Kwestią tą poruszył w kontrowersyjnym wywiadzie udzielonym Newsweekowi dr Grzegorz Luboiński z Centrum Onkologii w Warszawie (pozycja obowiązkowa). „Pazerne doktory” podzieliły środowisko głównie w aspekcie publicznego roztrząsania wewnętrznych problemów korporacji, ale trudno odmówić troski o bezpieczeństwo pacjentów diagnozowanych i leczonych przez osoby ekstremalnie przepracowane. Nie jest prawdą, że system wymusza przyjmowanie pozycji wyrobnika. Wspólne opamiętanie i postawienie klarownych postulatów wymusiłoby na władzy konieczne zmiany systemowe. Ale liczba beneficjentów tego stanu rzeczy jest tak duża, że nie wydaje się, by ten stan rzeczy miał ulec zmianie. Łączenie pracy w placówkach publicznych i konkurencyjnych prywatnych, brak w wielu aspektach kontroli medycznej nad praktykami prywatnymi, łączenie pracy lekarza i paramedycyny… To tylko kilka przykładów praktyki, która w oczach społecznych wystawia na szwank reputację całego środowiska. Jeśli dołożyć do tego „branie lekarzy w kamasze” przez niektórych polityków i niesprawiedliwe wyroki wydawane przez massmedia w wielu konkretnych sprawach dotyczących rzekomych i faktycznych błędów medycznych okazuje się, że jest aż nazbyt wiele powodów do niechęci wobec szeroko pojętego środowiska lekarskiego. A jeśli wzbogacimy tę litanię o rosnącą roszczeniowość pacjentów i ich prawników, wieloletnie zaniedbania w nauczaniu medyków komunikacji interpersonalnej i totalna nieobecność polityki „sorry works” w szpitalach, to wnioski nasuwają się same.
Jak przeciętna lekarka pracująca sumiennie od lat w jednym miejscu w Polsce, zarabiająca półtorej średniej krajowej, co z mniejszym lub większym zapasem wystarcza na zapewnienie bytu rodzinie ma przekonać polskiego pacjenta, że można żyć normalnie, a za zdobytą wiedzę i wypracowane doświadczenie należy jej się znacznie wyższa pensja?
Na to pytanie nie znajdzie odpowiedzi żadna prężna i zorganizowana grupa lekarzy, związek zawodowy, partia polityczna ani grupa lobbystów. Ale wystarczy, że opisywana pani doktor przekona do tego swoich pacjentów. Pokazując zwykłe, ludzkie oblicze kruszymy mit posągowego, pazernego i oderwanego od rzeczywistości cyborga. Warto mieć pacjentów po swojej stronie.
Mateusz Malik, lekarz
PS. Meksykański przykład „rozbrajania” negatywnej opinii o lekarzach. Na śpiocha? Na wesoło! (natopie. pl)
Trwający od kilkudziesięciu już lat rozwój technik endoskopowych odegrał kluczową rolę w diagnostyce, leczeniu i kontroli wielu schorzeń dotyczących rozmaitych regionów ludzkiego ciała, począwszy od poszczególnych części układu oddechowego, przewodu pokarmowego, a skończywszy na układzie moczowo-płciowym. Postęp technologiczny jaki nastąpił m.in. wprowadzenie wideoendoskopii, chromoendoskopii i wciąż trwa w dziedzinie badań endoskopowych, a także ich coraz większa dostępność pozwala szybciej i skuteczniej nieść pomoc nawet najbardziej potrzebującym pacjentom.
W większości przypadków samo badanie endoskopowe opierające się na makroskopowej ocenie badanych tkanek, wymaga uzupełnienia np. w postaci cytologii lub badania histopatologicznego wycinków pobranych podczas endoskopii, co wydłuża proces diagnostyczny i opóźnia podjęcie decyzji o leczeniu. Nierzadko problem stanowi właściwa identyfikacja miejsca, z którego ów wycinek powinien zostać pobrany. Ujemny wynik biopsji endoskopowej, pobieranej często z przypadkowych miejsc, nie stanowi o braku choroby i wymaga wykonania dodatkowych badań, najczęściej powtórzenia badania endoskopowego i powtórnej biopsji.
Tymczasem na horyzoncie pojawiła się nowatorska gałąź endoskopii - endomikroskopia konfokalna. Metoda ta pozwala na mikroskopową ocenę tkanek, o dokładności zbliżonej do badania histopatologicznego już w trakcie badania endoskopowego. Metodyka badania jest stosunkowo prosta - przed zabiegiem dożylnie lub bezpośrednio na błonę śluzową aplikuje się środek fluorescencyjny (fluoresceina lub akryflawina), a następnie przeprowadza się badanie przy pomocy endoskopu zintegrowanego z mikroskopem konfokalnym. Pod wpływem wiązki laserowej emitowanej przez mikroskop dochodzi do wzbudzenia środka fluorescencyjnego i emisji światła. Sygnały te po odpowiednim przetworzeniu tworzą obrazy konfokalne pozwalające ocenić histologiczną strukturę tkanki. Tym samym na ekranie otrzymujemy obraz podobny do tego jaki obserwuje histopatolog w okularze mikroskopu.
Choć jak na razie brak dużych, prospektywnych i randomizowanych badań, które oceniałyby skuteczność metody w porównaniu z klasyczną histopatologią, to wciąż pojawiają się doniesienia o jej dużej efektywności w rozpoznawaniu neoplazji u chorych z przełykiem Barretta, polipami jelita grubego, chorobą trzewną czy wrzodziejącym zapaleniem jelita grubego. Szczególnie obiecującą jest perspektywa wykrywania zmian wczesnych, niewidocznych lub słabo widocznych makroskopowo np. we wczesnym raku żołądka, carcinoma in situ pęcherza moczowego, a także precyzyjnego wykrywania miejsc, z których należy pobrać wycinek do badania histopatologicznego.  Niemniej jednak należy pamiętać, że metoda ta wymaga dużej wiedzy i umiejętności w interpretowaniu obrazów mikroskopowych przez wykonującego badanie endoskopistę, co wciąż stanowi domenę histopatologów.
Wydaje się, że pierwszy krok w kierunku wirtualnej histopatologii został zrobiony.
Czy endomikroskopia konfokalna będzie w stanie zastąpić klasyczne badanie histopatologiczne? Pytanie wciąż pozostaje otwarte.
W imieniu Fundacji Watch Health Care (WHC) oraz Komitetu Naukowego Seminarium, serdecznie zapraszamy do wzięcia udziału w bezpłatnym Seminarium edukacyjnym pt.:
„Terapie przełomowe w onkologii i hematoonkologii - dostępność do leczenia w Polsce na tle Europy”

Seminarium odbędzie się 27 stycznia 2016 r. w Warszawie (rozpoczęcie o godz. 10:00), w budynku Związku Rzemiosła Polskiego (sala im. Kilińskiego), przy ul. Miodowej 14.
Celem nadrzędnym spotkania jest przedstawienie zagadnień związanych z barierami dostępu do świadczeń wykorzystywanych w onkologii i hematoonkologii w Polsce.
Przewodniczącym Komitetu Naukowego Seminarium zgodził się zostać prof. dr hab med Tadeusz Pieńkowski. Do Komitetu Naukowego przystąpili również: prof. dr hab med. Krzysztof Giannopoulos, dr n. med. Janusz Meder oraz prof. dr hab. Zbigniew Szawarski.
Więcej informacji na temat Seminarium znaleźć można w załączniku dołączonym do niniejszej wiadomości oraz na stronie Fundacji WHC, w części poświęconej konferencji: www.korektorzdrowia.pl
Prosimy o potwierdzenie przyjęcia zaproszenia i uczestnictwa w spotkaniu mailowo na adres: sekretariat@korektorzdrowia.pl lub telefonicznie pod numerem: 516 901 190.
W imieniu wszystkich osób i instytucji zaangażowanych w organizację Seminarium serdecznie zapraszamy do wzięcia udziału w tym prestiżowym wydarzeniu, ważnym dla poprawy opieki zdrowotnej w Polsce.
Program Seminarium.pdf
Niedawna publikacja w czasopismie The FEBS Journal przedstawia wyniki badań na szczurach, które sugerują, iż przy zmniejszaniu podaży kalorii może dochodzić do modyfikacji działania mitochondriów w komórkach produkujących insulinę. Korzystnie wpływa to na równowagę między wydzielaniem insuliny a podażą glukozy oraz chroni komórki przed lipotoksycznością i glukotoksycznością.
Czy identyfikacja tych czynników może wytyczyć nową ścieżkę leczenia cukrzycy typu 2? Środowiska akademickie są dobrej myśli...
 
Zapraszamy do ciekawego wywiadu z przedstawicielami Porozumienia Rezydentów opublikowanego w dzisiejszym Newsweeku. Warto przy tej okazji podkreślić jak dużą pracę wykonują członkowie Porozumienia dla dobra specjalizujących się w Polsce lekarzy, a tym samym i pacjentów - informacje o problemach przedostają się do coraz szerszego grona odbiorców. Taki rozmach pozwala realnie myśleć o pozytywnych wynikach tych starań - może już niedługo?

Cytat z wywiadu
Źródło: http://www.newsweek.pl/mlodzi-lekarze-w-polskich-szpitalach-czego-sie-boja-,artykuly,376979,1,z.html
Zapraszamy na stronę fb Porozumienia Rezydentów.
Jednym z pomysłów rządu PO na polepszenie dostępności lekarzy w Polsce było wcześniejsze dopuszczanie lekarzy do zawodu poprzez likwidację stażu podyplomowego i wprowadzenie "kształcenia praktycznego" na 6. roku studiów medycznych. Rozwiązanie to przyniosłoby realne oszczędności (nie trzeba płacić stażystom pensji), a także zmniejszyłoby czas wymagany na wykształcenie nowego lekarza. Było jednak szeroko krytykowane przez izby lekarskie, Naczelną Radę Lekarską, organizacje związkowe oraz uczelnie medyczne.
Najważniejsze zarzuty pod adresem tego pomysłu przedstawiały się następująco:
uczelnie medyczne były nieprzygotowane do umożliwienia studentom "praktycznej nauki zawodu" na 6. roku - brakowało kadr, a infrastruktura szpitali klinicznych jest niewystarczająca. Na przykład w Izbie lekarskiej w Warszawie co roku staż podyplomowy zaczyna około 500 stażystów rozlokowanych po praktycznie wszystkich szpitalach w województwie mazowieckim. Ta sama ilość musiałaby korzystać jedynie ze szpitali klinicznych. Ilu stażystów odbywałoby szkolenie na jednym oddziale? Pięciu? Dziesięciu? W dotychczasowym systemie na jednym oddziale przebywa jednocześnie maksymalnie 2-3 stażystów. nie przewidziano środków dla uczelni medycznych na organizację nauczania praktycznego, zatrudnienie opiekunów stażu. nie rozwiązano problemów prawnych związanych z odpowiedzialnością za kontakt z pacjentem studentów nieposiadających prawa wykonywania zawodu lekarza, dostępem do dokumentacji medycznej oraz danych osobowych. Do studentów nie stosuje się zapisów zawartych w ustawie o zawodzie lekarza i lekarza dentysty. Kto zapłaciłby odszkodowanie, jeśli student, ćwicząc jakiś zabieg, spowodowałby jakąś szkodę dla pacjenta? Czy w takiej sytuacji lekarze szkolący studentów naprawdę pozwalaliby im na wykonywanie wymaganych procedur medycznych? W programie stażu podyplomowego są także procedury inwazyjne jak np. nakłucie jamy opłucnej. Nowy Minister Zdrowia Konstanty Radziwiłł zapowiada powrót stażu podyplomowego.
Pierwsze roczniki studentów kształconych "nowym systemem" mają zakończyć studia w 2018 roku. To rodzi problem z przydziałem rezydentur, ponieważ w całej Polsce naraz do postępowania konkursowego wejdą dwa roczniki lekarzy - kształcony "starym systemem" po stażu podyplomowym i "nowym systemem" po 6 latach studiów. Czy przy obecnej liczbie dostępnych rezydentur wystarczyłoby dla wszystkich?
Z całego serca życzę wszystkim studentom, aby staż podyplomowy powrócił. Pozwalał na bezpieczną naukę praktyczną zawodu, zapoznanie się z funkcjonowaniem systemu opieki zdrowotnej oraz zdobycie pierwszych doświadczeń w pracy z pacjentem. Są to rzeczy nieosiągalne w sterylnych warunkach, w jakich uczą się studenci w klinikach.
 
Kot

Powiadomienie o plikach cookie

By using this site, you agree to our Warunki użytkowania.

Account

Navigation

Szukaj

Szukaj

Configure browser push notifications

Chrome (Android)
  1. Tap the lock icon next to the address bar.
  2. Tap Permissions → Notifications.
  3. Adjust your preference.
Chrome (Desktop)
  1. Click the padlock icon in the address bar.
  2. Select Site settings.
  3. Find Notifications and adjust your preference.