Ranking
-
Newman
MD14Punkty1107Zawartość -
dr Mateusz Palczewski
Administrators6Punkty2966Zawartość -
MedFor.me
MD5Punkty26Zawartość -
inkalekarka
Publicystyka MedFor.me5Punkty11Zawartość
Popularna zawartość
Zawartość, która uzyskała najwyższe oceny od 08/07/11 w Artykuły
-
Narodowy sport Polaków, którego nie ma na Endomondo...
W dobie mediów społecznościowych oraz mody na samorozwój i inwestowanie we własne zdrowie rekordy popularności biją serwisy sportowo-coachingowe typu strava, endomondo, runastic czy motivato... Zmotywowany miłośnik aktywności fizycznej bywa obecnie uzbrojony w aplikację mobilną z GPS, kabel do pomiaru tętna, słuchawki z ulubiona muzyką, profesjonalny strój, kartę multisport itp. Tak zaopatrzony może mierzyć się ze swoimi słabościami / nadwagą / ambicją / rywalami / zmęczeniem - co komu pasuje... Do najpopularniejszych dyscyplin, które można uprawiać z apką endomondo należą bieg, jazda na rowerze, pływanie czy narciarstwo. Zdecydowanie dominują tu dyscypliny, w których zawodnik przemieszcza się z miejsca na miejsce w jakimś tempie, stąd tyle odmian biegów (na orientację, na bieżni, terenowe), chodów (wycieczki piesze, wchodzenie po schodach, nordic walking czy chodzenie w rakietach śnieżnych) oraz poruszania się z użyciem różnorodnych sprzętów sportowych (naziemnych, wodnych i powietrznych). Ale swoją dyscyplinę znajdą tu też miłośnicy koszykówki, jogi, sztuk walki, pilatesu, rugby, krykieta itd. Co ciekawe, z aplikacji dowiedziałem się o istnieniu sportów, których wcześniej nie znałem jak trening eliptyczny (na maszynie, która służy do chodzenia bez odrywania stóp od podłoża), stand up paddling (surfowanie na desce z wiosłem), padel (połączenie tenisa, squasha i pingponga) czy canicross (bieganie na przełaj z psem)! Pomny tej różnorodności wybrałem się nieopodal mego domu w celu zaczerpnięcia świeżego powietrza i oddania się jednemu z ulubionych sezonowych aktywności Polaków. Nie, nie chodzi o grillowanie... choć i w tej dyscyplinie Polacy wiodą prym. Mam na myśli zrównoważoną aktywność ruchową, którą rok do roku uprawiają miliony rodaków i to niezależnie od wieku! Otworzyłem rzeczoną aplikację mobilną, by wybrać właściwą dyscyplinę i... ku mojemu zdziwieniu zabrakło jej wśród dostępnych możliwości. Rozumiem, że jest traktowana niszowo w wielu miejscach świata, ale żeby ustępowała nawet... rozciąganiu czy kitesurfingowi? Z braku laku wybrałem opcję "chodzenie" i ruszyłem w trasę... Czy ktoś już wie, o jaki narodowy sport Polaków nomen omen chodzi? Główkujcie. Sport można uprawiać zarówno w ciepłe, jak i chłodne dni, ale nie w śnieżne. Zasadą jest spokojny spacer wśród drzew przerywany skłonami lub przysiadami. Preferowany teren do uprawiania to las, łąka, czasem park, rzadko własny ogród. Zdecydowanie jest to sport zbiorowy, choć niektórzy wolą indywidualne zmagania. Z drugiej strony zbyt duża liczba zawodników może popsuć całą zabawę. Dystans do przejścia zaczyna się od kilkudziesięciu metrów do nawet kilkunastu kilometrów w zależności od upodobań, a tempo zazwyczaj nie przekracza 4 km/h. W moim treningu osiągnęła zawrotne 1,04 km/h. Strój jest dowolny i dostosowany do warunków atmosferycznych. Do efektywnego spędzenia czasu konieczny jest osprzęt, którego masa wzrasta w czasie treningu. Kontuzje zdarzają się rzadko, co najwyżej drobne zadrapania. Sport uprawiają Polacy w każdym wieku (od kilkulatków, do osób ponadstuletnich). Tradycja tej dyscypliny sięga prawdopodobnie Państwa Piastów, a zmagania opisywał między innymi Adam Mickiewicz w narodowej epopei... *** Teraz już chyba wszyscy wiedzą, że chodzi o grzybobranie. Przewaga tej dyscypliny nad innymi polega na dodatkowej korzyści kulinarnej. Nic tak nie motywuje do treningu jak obietnica pachnącej kurkami jajecznicy czy sosu z podgrzybków do obiadu. Choć i w tym sporcie, jak w każdym innym, nie wolno przeszarżować, bo może się to negatywnie odbić na zdrowiu: uważajmy na sromotniki! Mateusz Malik, lekarz2 punkty
-
Britney Spears na PubMedzie!
2 punktyI znowu to samo, kręgosłup zoperowany na niewłaściwej wysokości ... Oops, I did it again! Na prace o podobnym i identycznym tytule na prawdę można trafić na PubMedzie i choć tytuł może nie wydaje się do końca poważny, to prace jak najbardziej są poważne. Dajmy na to Wrong side surgery - oops! Sorry! czy jeszcze "lepiej" Oops! Sorry, wrong patient! Ale ponieważ w życiu nie można jednak wszystkiego brać całkiem na serio to poszedłem za tropem i znalazłem kilka kolejnych indeksowanych piosenek. Nie ma co się dziwić, w końcu muzyka łagodzi obyczaje, a zapewne także recenzentów! Okazuje się, że naukowcami byli sami Led Zeppelini z ich słynnymi schodami do nieba (Stairway to heaven: evaluating levels of biological organization ...). Bardzo dokładnie został przebadany Hotel California, a chwile potem nawet Curt Cobain stwierdził, że ten hotel Smells like teen spirit (tłum. pachnie duchem nastolatka) - no cóż, kto wie kto tam bywał i co robił. Oczywiście PubMed nas nie zawodzi - znajdziemy tu także hymn naukowców czyli I still haven't found what I am looking for! (Screening for lung cancer in a high-risk group). Na szczęście pod tytułem tego słynnego przeboju U2 są tylko dwie pozycje - innym najwyraźniej udało się znaleźć to czego szukali. W przypadku kolejnej pracy mam wątpliwości czy istnieje muzyczny utwór o podobnym tytule, ale na pewno kilku światowej sławy muzyków chciałoby dowieść jak wpływa heroina ... na taniec pszczoły miodnej (Effects of cocaine on honeybee dance behaviour)! I to chyba zwycięzca tego muzycznego plebiscytu! Jednak ciekawych, na swój wyjątkowy sposób, prac naukowych znajdziemy zdecydowanie więcej. Zapraszam do zapoznania się z poniższą listą, chociaż w jej przypadku możecie mieć wrażenie, że coś tu nie gra: Zapach świeżo wyciskanych pomarańczy: przegląd piśmiennictwa (org. Fresh squeezed orange juice odor: a review.) Czasopismo: Critical Reviews in Food Science and Nutrition. Impact Factor czasopisma: 17,45 Infekcje pochodzące od zombie: epidemiologia, leczenie i profilaktyka (org. Zombie infections: epidemiology, treatment, and prevention.) Czasopismo: British Medical Journal. Impact Factor czasopisma: 5,176 Rozmiar piersi i jazda autostopem - badanie terenowe. (org. Bust size and hitchhiking: a field study.) Czasopismo: Perceptual and Motor Skills. Impact Factor czasopisma: niestety najmniej, bo 0,66 Wosk: pielęgnacja włosów łonowych i możliwe komplikacje (org. Wax on, wax off: pubic hair grooming and potential complications.) Czasopismo: JAMA Dermatology. Impact Factor czasopisma: 4,6 Oddawanie gazów podczas stosunku. Występowanie i patogeneza. (org. Flaturia: passage of flatus at coitus. Incidence and pathogenesis.) Czasopismo: Archives of Gynecology and Obstetrics. Impact Factor czasopisma: 1,364 Apokalipsa zombie: czy nieumarli mogą nauczyć żyjących jak przeżyć wypadek? (org. Zombie Apocalypse: Can the Undead Teach the Living How to Survive an Emergency?) Czasopismo: Public Health Reports Journal. Impact Factor czasopisma: 1,547 Sztuczna biegunka: przypadek wodnego oszustwa (org. Factitious diarrhea: a case of watery deception) Czasopismo: Journal of Pediatric Gastroenterology and Nutrition. Impact Factor czasopisma: 2,6 Urazy głowy i szyi w heavy metalu: fani machania głową pomiędzy młotem a kowadłem (org. Head and neck injury risks in heavy metal: head bangers stuck between rock and a hard bass) Czasopismo: British Medical Journal. Impact Factor czasopisma: 17,45 Praktyka czyni mistrza, czyli ciała obce w odbytnicy (org. Practice makes perfect. Rectal foreign bodies.) Czasopismo: Emerg Nurse. Impact Factor czasopisma: nie posiada... Badanie genetyczne włosów Yeti, Wielkiej Stopy i innych anomalnych naczelnych (org. Genetic analysis of hair samples attributed to yeti, bigfoot and other anomalous primates.) Czasopismo: Journal of Pediatric Gastroenterology and Nutrition. Impact Factor czasopisma: 5,02 Która praca Waszym faworytem? Na odpowiedzi, a może i znalezione przez Was tytuły, czekamy w komentarzach pod artykułem!2 punkty
-
Związki lekarzy czyli miłość i medycyna
Lekarska para: Ona i on, czasem ona+ona lub on+on. Mają podobną pracę i zainteresowania - lepiej się rozumieją, mają o czym pogadać i... widzą się pięć dni w miesiącu! Jak naprawdę wygląda życie lekarskich związków? Poznaj pikantno-gorzkie szczegóły życia prywatnego lekarzy. Ewa i Maciek, poznali się na stażu. On miał narzeczoną (też lekarkę), ale tak dobrze dogadywał się z Ewą, że zostali razem. Mają zwierzaka i myślą o ślubie. Oboje są rezydentami (chirurgia, ortopedia) - niewiele powyżej 2 tysięcy na rękę + obowiązkowe 3 dyżury na miesiąc, więc zbierają fundusze na realizację marzeń, biorąc dodatkowe prace: przychodnia POZ, nocne dyzury: SOR, NPL w sąsiednim powiecie, czasem karetka. Dodatkowo muszą szkolić się na wyjazdowych kursach specjalizacyjnych i uczestniczą w konferencjach. W ostatnim czasie ich grafiki "troszkę" się rozjechały - wyszło tak, że spędzili ze sobą w jednym miesiącu łącznie 5 (!) niepełnych dni. W następnym miesiącu wynagrodzą sobie tę izolację - jadą na wspólny 6-dniowy urlop. Eleonora i Marian są już na zasłużonej lekarskiej emeryturze. Oczywiście nie przeszkadza im to dalej pracować - medycyna to wszak miłość dozgonna. Zaczynali w czasach komunistycznego nakazu pracy - jako kadry szczególnie ważne dla „gospodarki uspołecznionej” zostali zaraz po studiach odgórnie przeniesieni z rodzinnych miast na polski „daleki wschód” na całe 3 lata. Tam się poznali i zostali po dziś dzień. Co ciekawe w latach 60-tych XX wieku zniesiono nakaz pracy we wszystkich zawodach cywilnych z wyjątkiem… kadr medycznych! Jako medyczni pionierzy E. i M. mogą pochwalić się pokaźnym dorobkiem naukowym i dydaktycznym. Są szanowanymi specjalistami w swoich dziedzinach i przez wiele lat piastowali funkcje kierownicze. Wychowali całe pokolenia lekarzy, choć własnych dzieci nie mają. Eleonora już pomału odpuszcza - „Niech pracują młodzi…” - mówi, choć nie za bardzo wie, co ze sobą zrobić bez codziennej oddziałowej rutyny… Dobrze, że żyje jeszcze kilku znajomych z dawnych czasów. Mirek i Tomek poznali się jeszcze na studiach. Los chciał, że trafili do jednej grupy studenckiej i dobrze im się że sobą gadało. Dość szybko odkryli, że łączy ich coś więcej niż miłość do medycyny i zabytkowych aut. Zostali parą w kraju, gdzie ich związku nie można wciąż sformalizować, mimo, że są jedną z tysięcy duetów LGBT. Podobnie zresztą jak większość z nich ani się ze swą odmiennością nie ukrywają, ani nie afiszują. Natomiast nieustannie dziwi ich zawziętość i brak pragmatyzmu władzy, która nie docenia wartości trwałych związków. "Gdy ludzie żyją długie lata w zalegalizowanym związku partnerskim to na przykład w przypadku ciężkiej choroby lub kalectwa jednej z osób zazwyczaj zaopiekuje się nią jej partner lub partnerka" - mówi Mirek. "A ustawodawcy wolą ideologicznie blokować tę możliwość i w kryzysowej sytuacji przerzucać na resztę obywateli wielokrotnie wyższe koszty długotrwałej opieki nad chorym. To niezrozumiałe". Panowie podzielili się obowiązkami i tylko jeden z nich, Tomek, robi karierę w szpitalu. Mirek wybrał etatową pracę w osiedlowej poradni. Mieszkają od wielu lat razem w rodzinnym mieście i tak organizują czas, aby niemal wszystkie 26 dni urlopowych wykorzystać na wspólne ukochane zjazdy oldsmobili. Elżbieta i Mieczysław przeżywają trzecią młodość. Dla każdego z nich nie jest to pierwszy związek, ale wreszcie ten udany. Ona jest szefem oddziału rehabilitacji w prywatnym szpitalu w centralnej Polsce, on doświadczonym chirurgiem w szpitalu klinicznym 50 km dalej. Nierzadko współpracują ze sobą, przesyłając sobie pacjentów. Pieniądze nie stanowią dla nich żadnego problemu. Gorzej jest z czasem dla siebie: rzadko widują się w domu, praca pochłania wiele energii i zaangażowania. Dbają jednak o to, by wspólnie wyjeżdżać zarówno na upragnione wakacje, jak i na zagraniczne konferencje. Wykrawają z pracy czas dla siebie. Adrian oraz Mariusz (pracują na jednym oddziale) nie tworzą małżeństw lekarskich. Ich partnerki pracują poza branżą. Ale zauważyli, że mają podobne problemy. Adrian z żoną na półtora roku po ślubie chcą się rozwodzić średnio raz w miesiącu. Przynajmniej rzadko się kłócą (bo widzą się rzadko). Związek Mariusza i jego konkubiny przeżył już poważny kryzys. Wracając z pracy (etat rezydencki) odbiera, jeśli może, dziecko z przedszkola, a gdy partnerka wraca z pracy o 17:30, on właśnie wychodzi na dyżur. Gdy czasem wracał wkurzony i zmęczony z dyżurów, odreagowywał szpitalny stres i był zwyczajnie niemiły. W efekcie agresji i przewlekłego braku czasu oddalili się od siebie. Otrzeźwienie przyszło w chwili, gdy oboje otarli się o romans. Wciąż trudno mu rozsądnie podzielić czas między pracę i życie rodzinne. Pierwsze ma służyć drugiemu, choć często jest wręcz przeciwnie. W parze Beti + Marek ona jest lekarzem, a on zarabia pieniądze na utrzymanie. Dzięki jego pracy jako informatyka przeżyje on, ona i ono (mają śliczną i elokwentną roczną córeczkę). Po 5 latach studiów pensja Marka to ponad trzykrotność etatu Beti, która po sześcioletnich studiach i rocznym stażu jest obecnie rezydentką w szpitalu klinicznym. Na wychowawczym dostaje tylko część swojej pensji, ale nawet gdyby wróciła do pracy to bez pomocy partnera byłoby krucho. Młoda mama zakochana w Julci dobrze czuje się w roli niani i gospodyni. W przeciwieństwie do wielu matek z konieczności, a lekarek z powołania Beti zdecydowanie faworyzuje rodzicielstwo i życie prywatne. Rozważa nawet zmianę specjalności na bardziej nomen omen... rodzinną. Oboje myślą o dalszym powiększaniu rodziny. *** Związek dwojga lekarzy ma jasne i ciemne strony. Praca w medycynie to często wspólni znajomi, tematy do rozmów, zrozumiały dla obojga język i większa wyrozumiałość. Jeśli jednak obu stronom w równym stopniu zależy na osobistym rozwoju, karierze zawodowej bądź naukowej to zawsze cierpi na tym wzajemna relacja. Gdy raz po raz para mija się w drzwiach trudno o bliskość i szczerą rozmowę. Zdrady i rozstania nie są rzadkie - w badaniach ankietowych przedstawiciele zawodów medycznych plasują się zazwyczaj w okolicy trzeciego miejsca na niechlubnym podium niewierności wśród różnych grup zawodowych. Konsekwencje niepoukładanego życia partnerskiego ponoszą także dzieci (gdy w ogóle się pojawią). Lekarskie potomstwo nierzadko dostaje od rodziców wszystko, czego tylko zapragnie, z jednym wyjątkiem: brakuje im samych rodziców, którzy nigdy nie mają na nic czasu. Dobrze, jeśli kończy się to tylko obniżoną oceną z zachowania w szkole. Niestety często lekarskie dzieci i spadkobiercy "rodzinnych biznesów" powielają życiowe błędy swoich zapatrzonych w pracę ojców i matek. A nie brakuje znanych profesorów czy ordynatorów, którzy po latach praktyki lekarskiej wyznają, że ich jedyną prawdziwą miłością w życiu była medycyna. Stabilny, partnerski związek jest jedną z podstawowych metod profilaktyki zespołu wypalenia zawodowego, które niezwykle często dotyka lekarzy. Kumulowane w kontakcie z pacjentami emocje lubią "przelać się" w domowym zaciszu i stąd tak bardzo potrzeba wyrozumiałości, tolerancji i empatii. Wspólne urlopy, hobby i znajomi spoza medycznego świata to dobre sposoby na odreagowanie niełatwej pracy. Warto o tym przypominać także naszym pacjentom, którym często przedstawia się lekarzy jako dyspozycyjnych przez 24 godziny na dobę judymów i niezniszczalnych cyborgów... Imiona bohaterów zmieniono. Mateusz Malik, lekarz2 punkty
-
Dzień z życia prowincjonalnej lekarki.
Weźmy na przykład wtorek. We wtorki bardzo rzadko miewam dyżury, ale o tym za chwilę. We wtorek, jak każdego dnia wstaję rano, zjadam śniadanie i spacerem udaję się do pracy. Mieszkanie na prowincji ma jeden podstawowy plus - do pracy chodzę spacerem, jakieś 5-7 minut, spoglądając w międzyczasie na góry. Góry mnie wyciszają. Tak wyciszona przed 8.00 docieram do pracy. Przebieram się i idę na oddział. Przed odprawą, która zaczyna się o 8.15, robię sobie jeszcze herbatę i zerkam w system, sprawdzając, co u moich pacjentów. Punkt 8.15 schodzimy się wszyscy w jednej dyżurce - lekarze, ordynator, oddziałowa, czasem jacyś stażyści. Przez minimum godzinę omawiamy po kolei wszystkich naszych 60-70 pacjentów. Każdy po kolei opowiada o swoich pacjentach, o stanie zdrowia, o wynikach badań, o planach. Po 9.00, czasem trochę później kończy się czas mojego wyciszenia. Wpadam do swojej dyżurki, po drodze zabierając z punktu pielęgniarskiego zleceniówki moich pacjentów. Ostatnio ok. dziewięciu-dziesięciu. Wszystko z powodu problemów związanych z organizacją pracy, o której pisałam w jednym z poprzednich artykułów. No i się zaczyna jedna wielka gonitwa. Rozpoczynam pracę od sprawdzenia wyników badań moich pacjentów - koło 9.30 na szczęście większość dzisiejszych badań jest już zrobiona - chyba, że są to witamina B12, kwas foliowy, czy wirusy hepatotropowe - te badania nasz szpital wykonuje raz w tygodniu koło czwartku. Sprawdzam wyniki, zmieniam w zależności od nich zlecenia, planuję kolejne badania laboratoryjne czy obrazowe. Sprawdzam też dzisiejsze „planówki”. Na naszym oddziale panuje system „kolejkowy”. Wszyscy lekarze na danym skrzydle ustawieni są w „kolejkę” w kolejności alfabetycznej - i według niej przyjmujemy pacjentów, tak samo ostrodyżurowych, jak i planowych. Dzisiaj, póki co, mam jedną planówkę. Wyruszam na wizytę. Zaczynam od pań na czwórce - obie przyjęte na nasz pododdział gastroenterologiczny. Jedna miała wczoraj kolonoskopię kontrolną po usuniętym rok temu raku esicy, druga kolonoskopię ma dziś - kontrola po wykonanej rok temu polipektomii. Obie przesympatyczne, jedna wychodzi do domu dziś, druga jutro. Niestety druga, pomimo moich nalegań (z jednej strony związanych z płatnościami za hospitalizację - NFZ płaci nam dopiero za 3-dniowe hospitalizacje, z drugiej z możliwymi powikłaniami po znieczuleniu do kolonoskopii czy wykonanej ponownie dziś polipektomii) decyduje się jednak na wypis na własne żądanie. Drugi wypis do zrobienia w dniu dzisiejszym. Rewelacja. Idę dalej. Następna sala to pacjent, którego prowadzę od około 3 tygodni. Przyjęty niby planowo - stacja dializ, co jakiś czas wysyła nam niedokrwistości do przetoczenia. W dniu wypisu jednak zagorączkował. W dwukrotnie pobieranych posiewach krwi nic. A gorączka do 40 stopni. W zdjęciu płuc nic, zero objawów, w ECHO serca nic, zero pomysłu. A w badaniach CRP koło 100, prokalcytonina 3,5. Włączamy po kolei różne antybiotyki, codziennie wiszę na telefonie ze stacją dializ i onkologami - pacjent jest po usunięciu właściwie całego układu moczowego z powodu rozsianego nowotworu. Zostało mu tylko lewe nadnercze - z przerzutem 6x6 cm, z rozpadem w części centralnej. Po około tygodniu wreszcie pojawiają się jakieś objawy - zmiany osłuchowe nad płucami. Dziś pacjent ma się już zupełnie nieźle, prokalcytonina spadła do 0,7, CRP niestety nadal wysokie, ale cały czas je kontrolujemy, temperatura co kilka dni wzrasta jedynie do 37-37,5, zmiany osłuchowe ładnie się wycofują. Może niedługo uda się wreszcie wypisać pacjenta do domu. Następna męska sala - tu przyjęty kilka dni temu pacjent ostrodyżurowy z alkoholową marskością wątroby, żółtaczką, wodobrzuszem dziś czuje się już lepiej, bilirubina spadła z 12 do 5, zaczyna być rehabilitowany, na jutro zleconą ma gastrofiberoskopię. Tutaj jak codziennie czeka mnie jeszcze długa rozmowa z troskliwą żoną, która przez większość dnia nie opuszcza pijącego całe życie męża. Sala numer 12 - izolatka. Tutaj "mieszka" przyjęta w zeszłym tygodniu w trybie pilnym pacjentka z podejrzeniem niedokrwiennego zapalenia jelita grubego. Po zebraniu wywiadu głównym problemem okazuje się być biegunka poantybiotykowa od listopada. Pacjentka badana była przez różnych lekarzy, leżała już w dwóch szpitalach, nikt nie był w stanie jej pomóc. Badanie nr 1 na naszym oddziale przy biegunce to badanie kału w kierunku toksyn Clostridium difficile. Już w dniu przyjęcia dowiadujemy się o przyczynie biegunki u pacjentki, włączamy metronidazol, stosujemy izolację, drugą w tym momencie na naszym skrzydle. Po tygodniu leczenia pacjentka czuje się lepiej, biegunka ustąpiła, pewnie pod koniec tygodnia wyjdzie do domu. Została mi jeszcze wychodząca dziś do domu starsza pani, po 80-tce, hospitalizowana w naszym poddziale geriatrii z powodu zawrotów głowy i gorączek (tak, większość zawrotów głowy w naszym rejonie lekarze rodzinni kierują na internę, a nie na neurologię). Zawroty głowy okazały się być związane ze zmianami zwyrodnieniowymi kręgosłupa szyjnego, upośledzeniem przepływu mózgowego i zanikami korowo-podkorowymi oraz móżdżku. A gorączki banalnie, jak u 90% starszych osób, spowodowane były zakażeniem układu moczowego. Na koniec dwie starsze panie z zespołem otępiennym znacznego stopnia, przyjęte w trybie ostrodyżurowym z powodu odwodnienia, ostrego uszkodzenia nerek, zaburzeń kontaktu i zakażenia układu moczowego - czyli taki nasz stardard. Dziś już w nieco lepszym stanie. Uff. Minęła godzina albo dwie. Zależy, ile rodzin po drodze zdążyło mnie zaczepić, pytając o stan zdrowia swoich najbliższych. Czas na „planówkę”. Pacjent skierowany do szpitala jako „ICD10 - inne choroby wątroby”. Zaraz na początku wyciąga badania obrazowe wykonane ambulatoryjnie - USG z opisanymi zmianami w wątrobie, najpewniej o charakterze naczyniaka, do dalszej diagnostyki oraz TK brzucha wykonane tydzień później - trzy naczyniaki, największy wielkości 11cm. Poza tym do tej pory niechorujący, nie leczący się przewlekle, okresowo ma bóle brzucha i pleców. Pytanie podstawowe - po co ktoś kieruje takiego pacjenta na planową hospitalizację? Wyłącznie, żeby wydać z systemu opieki zdrowotnej niepotrzebnie pieniądze. Wracam do dyżurki. Kończę uzupełniać zleceniówki, zabieram się za wypełnianie papierów nowego pacjenta, zlecam podstawowe badania, zdjęcie klatki piersiowej, w wolnej chwili obejrzę jeszcze później te naczyniaki w USG. Koło 12.00, codziennie, choćby się waliło i paliło, robimy sobie z koleżankami 15-20-minutową przerwę na obiad. Na parterze szpitala mamy stołówkę, w której żywi się cały szpital - przyjście później niż o 12.00 skutkuje możliwością zjedzenia wyłącznie „resztek”. Po obiedzie szybka herbata i czas na wypisy. W między czasie wpada co chwilę jakaś rodzina pacjentów moich albo moich kolegów; co chwilę dzwoni jakiś telefon - czy to pielęgniarki, czy to inne oddziały z prośbą o konsultację, czy tzw.”linie miejskie” z pytaniami różnej maści. Skupienie się na wypisach w tym „ulu” graniczy z cudem. Jakby tego jeszcze było mało, okazuje się, że znów jest moja kolejka. Będzie przyjęcie z SORu - pacjentka z niedokrwistością. Lecę jak najprędzej zrobić przyjęcie, zlecam badania, grupę krwi, wypisuję zapotrzebowanie na KKCz. Zaraz zrobię jeszcze pacjentce USG brzucha. Zapomniałabym całkiem o przedstawicielach firm farmaceutycznych, którzy przynajmniej raz na godzinę wpadają do naszej dyżurki na 10-15 min. Opowiadają o swoich preparatach, pomimo, że nikt ich nie słucha, głównie z powodu braku czasu i ciągłej gonitwy. W międzyczasie skończyłam wypisy, zaniosłam do sekretariatu, zrobiłam USG brzucha nowym pacjentom, skończyłam wypełniać wszystkie ankiety i inne „najpotrzebniejsze” przy przyjęciu dokumenty. Do tego od południa próbuję załatwić pacjentowi z naczyniakiem konsultację chirurga naczyniowego - wiszę od dwóch godzin na telefonie, wreszcie udaje mi się złapać któregoś z kolegów. Uff. Wybiła 14.30. Padam na twarz ze zmęczenia i pragnienia. Czas na kolejną herbatę. I na przebiegi. Najważniejszy element mojej pracy, przynajmniej dla prokuratora. Koło 15.00 kończę moją pracę. Zbieram szybko rzeczy i pędzę do centrum, jak co wtorek do szkoły, w której dorabiam. Zwykle, kiedy mówię komuś, że dorabiam jako nauczyciel, wszyscy robią wielkie oczy. A ja nawet to lubię. Uczę techników farmaceutycznych farmakologii. Z jednej strony na bieżąco powtarzam sobie wszystkie leki, przede wszystkim te, których na co dzień nie używam, a z drugiej mam chwilę oddechu od tej gonitwy na oddziale, od ciągłej odpowiedzialności za życie drugiego człowieka. Tutaj odpowiadam jedynie za przeprowadzone zajęcia i wystawienie ocen. I za sprawdzenie kartkówek, które robię im co tydzień Do domu wracam po 18.00. Zmęczona. Ale zadowolona. Jutro dyżur… A Wam jak minął dzisiejszy dzień?2 punkty
-
Konstanty Radziwiłł ogłasza plany Ministerstwa Zdrowia!
Co nowego w pracach Ministerstwa Zdrowia? Przedstawiamy plany resortu na najbliższy czas i w dłuższej perspektywie. Na konferencji zorganizowanej przez nowo wybranego ministra zdrowia Konstantego Radziwiłła 03.12.2015 zakreślone zostały główne plany w obszarze systemu ochrony zdrowia. 1. Likwidacja instytucji NFZ i finansowanie budżetowe Sztandarowa zmiana ma scedować nadzór nad regionalną służbą zdrowia jednostkom podległym wojewodom, czyli de facto pod zarząd premiera. Finansowanie budżetowe oznaczać ma też, że dostęp do bezpłatnych usług będzie miał każdy obywatel RP, także nieobjęty ubezpieczeniem zdrowotnym. Do tej pory taki przywilej miały wyłącznie dzieci i młodzież do 18 r.ż. oraz kobiety w ciąży. 2. Mapy potrzeb zdrowotnych To jeden z priorytetów nowej ekipy. Chodzi o określenie faktycznego ilościowego zapotrzebowania na określone usługi medyczne w danym rejonie (np. województwie). Podobno mapy onkologiczne zostały już rozesłane do konsultacji, na ukończeniu są prace nad mapą kardiologiczną. Zakładamy, że jeśli w danej części Polski stwierdzi się zbyt dużą w stosunku do zapotrzebowania liczbę łóżek kardiologicznych, to część placówek nie otrzyma kontraktu lub będzie on odpowiednio zmieniony. 3. Nowa ustawa o POZ – lekarz rodzinny w centrum systemu To kierunek bliski Ministrowi - jako lekarzowi rodzinnemu, który był już wielokrotnie poruszany, także w kontekście Pakietu Onkologicznego. Zwraca się uwagę na: a. Większe upodmiotowienie lekarzy rodzinnych (zwiększenie kompetencji, zmniejszenie liczby podopiecznych) b. Wzrost nakładów na podstawową opiekę zdrowotną 4. Nowelizacja ustawy o działalności leczniczej. Koordynacja jako generalna zasada w ochronie zdrowia Nie zostało to doprecyzowane, ale minister zwraca uwagę na niekorzystny według niego problem „atomizacji systemu zdrowia”, w którym wszyscy walczą ze wszystkimi o pieniądze, a odpowiedzialność za proces leczenia często spada na pacjenta. Padło tu też stwierdzenie o konieczności zahamowania procesu przymusowej komercjalizacji publicznych placówek, gdy te mają problemy finansowe. Nie wskazano jednak systemowego rozwiązania tego problemu. 5. Leki dla seniorów 75+ (lista refundacyjna „S”) Według słów ministra projekt jest już gotowy do przekazania do prac parlamentarnych i zagwarantowano jego finansowanie. Nie wiadomo jeszcze jakie konkretnie leki znajdą się na liście, ale zapowiedziano już, że refundacją „S” nie zostaną objęte niektóre dodatki do żywności czy suplementy. 6. Narodowy Program Zdrowia na lata 2016-2020 - zapowiedź Tu padły też ostre słowa krytyki pod kątem e-papierosów. Z dalszych zapowiedzi dowiedzieliśmy się też, że szykowana jest duża kampania przeciwko producentom i dystrybutorom klasycznych wyrobów tytoniowych. 7. Informatyzacja służby zdrowia - zmiany odłożone w czasie Nie uda się wdrożenie pełnej informatyzacji zgodnie z planem powziętym przez poprzedni rząd z uwagi na duże opóźnienie prac informatycznych i prawodawczych. Jak stwierdzono jest jedynie szansa na rozpoczęcie wdrażania e-recept zgodnie z planem. 8. Zakończenie finansowania procedury in vitro od połowy 2016 roku Minister wskazał na brak systemowego leczenia niepłodności i zapowiedział zmiany w tym kierunku. W tym obszarze padła też zapowiedź próby ograniczenia liczby porodów poprzez cięcie cesarskie (aktualnie do 40% wszystkich). 9. Przywrócenie stażu podyplomowego i gwarancja miejsca rezydenckiego dla każdego absolwenta. Minister zwrócił uwagę na konieczność przywrócenia stażu. Szczególną uwagę zwraca jednak zapowiedź powszechnego dostępu do szkolenia w trybie rezydenckim. Nie odniesiono się jednak do problemu poruszanego przez młodych lekarzy - kwestii zmiany kierunku specjalizacji w ramach jednej rezydentury. 10. Ustawa o Badaniach Klinicznych a. Zmiana dotychczasowego prawodawstwa b. Scentralizowany nadzór nad kwestiami etycznymi 11. Reforma ratownictwa medycznego a. Jednolity system powiadamiania - centralny. b. Ministerstwo podkreśla nierozwiązany wciąż problem małej liczby lekarzy pracujących w tej dziedzinie i zły sposób ich wynagradzania (zbyt dużą liczbę pracowników kontraktowych, mało etatowych) 12. Pielęgniarki - podwyżki Ma zostać zrealizowane zobowiązanie poprzedniego ministra w kwestii istotnego, etapowego wzrostu wynagrodzeń pielęgniarek i położnych. PS. 9 grudnia br. odbyło się posiedzenie senackiej Komisji Zdrowia, na której minister zdrowia Konstanty Radziwiłł przedstawił informację na temat planowanych działań i zamierzeń resortu. Podsumowanie konferencji dostępne na stronie Ministerstwa Zdrowia w postaci PDF.2 punkty
-
Najmądrzejszy i najgłupszy argument za tym, by się zaszczepić
U zarania antycovidowych szczepień trwa swego rodzaju Jarmark Europa pełen różnych sądów, twierdzeń, argumentów, tez, wizji, przestróg, objawień i proroctw. Wymiana trwa w najlepsze, jarmark wszak pojemny, bo social media właściwie nie mają granic. Rok 2021 zapowiada się ciekawie. Wiadomo - szczepionka powstała w pechowym roku 2020, więc stosuje się ją wciąż głównie do dyskusji, a nie w celu zaszczepienia. I w sam środek debat: tych oksfordzkich i tych wąchockich przypuszczamy śmiały atak. Oto kilkadziesiąt argumentów za tym, aby przyjąć szczepienie przeciw SARS-CoV-2. Wśród nich znajdziecie, szanowni Państwo, mądre i głupie, znane i wydumane, teoretyczne i praktyczne. Słowem: dla każdego! Argument merytoryczny: Dwaj producenci szczepionek na COVID-19 tj. Pfizer/BioNTech i Moderna zbadali skuteczność swoich szczepionek. Wniosek jest taki, że zmniejszają one ryzyko zachorowania na COVID19 o co najmniej 94%. Badania te zostały przejrzane przez 2 niezależne grona ekspertów: z USA oraz UE, które to odkryły, że firmy, o dziwo, nie ściemniały (1,2). Argument historyczny: "W latach 1709–10 w czasie epidemii dżumy zmarło niemal 13 tysięcy mieszkańców miasta i całego starostwa węgorzewskiego" (3). Dżumy już na szczęście w Węgorzewie nie ma, bo myjemy ręce częściej niż raz na rok, pijemy przezroczystą wodę i nie jemy szczurów. Ale zawdzięczamy to także postępowi nauki, wiedzy z zakresu higieny i epidemiologii, wysokiej dostępności ochrony zdrowia. Medycyna przyniosła nam mnóstwo korzyści, w tym szczepienia. Nie rezygnujmy z osiągnięć medycyny, nie stawajmy się z powrotem mieszkańcami XVIII-wiecznego Węgorzewa. Argument histeryczny: MusiMY się SZCZEPIĆ! Jak nie, to WSZYSCY umrzeMY ! !! Argument genetyczny: COMIRNATY i COVID-19 Vaccine Moderna to szczepionki mRNA. Kwas ten - matrycowe RNA to u człowieka produkt tworzony na bazie DNA, a służy do produkcji białek, np. przeciwciał. Człowiek ma swoje geny zapisane przez mamusię i tatusia w DNA. Niestety większość z nas nie ma tam notatki, że jak się w nas pojawi koronawirus to mamy go zaatakować przeciwciałami i zwalczyć. Tego układ odporności dowiaduje się dopiero po zakażeniu (jeśli je przeżyjemy) lub po zaszczepieniu. Właśnie szczepionka uczy ludzki układ odporności jak można się "uzbroić". Nasz organizm nie umie (na szczęście) przepisać informacji z mRNA na DNA i zapisać tych danych na twardym dysku... Argument rojalistyczny: Zaszczepili się już brytyjska królowa Elżbieta i książę Filip. Po szczepieniu są także król Szwecji Carl XVI Gustaf i królowa Silvia oraz król sudyjski Salman bin Abdulaziz Al Saud, król Jordanii Abdullah i Bahrainu Hamad bin Isa Al Khalifa. Czy szczepienia pomogą przetrwać monarchii? Argument nacjonalistyczny: Nad szczepionką na COVID-19 pracowali Polacy! Wśród autorów publikacji na temat szczepionki Pfizer/BioNTech wymieniony jest dr Warren V. Kalina, Ph.D. (4), a nad szczepionką firmy Moderna pracował między innymi dr nauk medycznych Mat Makowski, Ph.D. o - obaj o niewątpliwie polskich korzeniach (5). Zaś Pochodząca z Polski dr Mariola Fotin-Mleczek jest szefową ds. technologii w niemieckiej firmie CureVac! Argument dla ludzi, którzy lubią nowe doznania: Poczuj to! Argumentum ad verecundiam: Zaszczepili się już ważni ludzie tacy jak wiceprezydent USA Mike Pence i prezydent elekt Joe Biden wraz z Kamalą Harris, a także Sir Ian McKellen, Joan Collins, Sir David Attenborough, Oliver Stone, a nawet taka gwiazda jak Andrzej Duda (i to mimo, że boi się igieł). Argument altruistyczny: Chcę chronić innych! Argument egoistyczny: Chcę chronić siebie! Argument fejkowy (ale fajny): Według najnowszych badań naukowych opublikowanych w bardzo poważnych naukowych czasopismach obserwowano u zaszczepionych mężczyzn skutek uboczny w postaci powiększenia długości penisa średnio o 2,5 cala! Argument odwołujący się do własnych doświadczeń czytelników: Czy znasz osobiście kogoś kto umarł od szczepienia na COVID-19? Bo ja nie znam. A czy znasz osobiście kogoś, kto umarł na COVID-19? Ja niestety znałem... Argument z jakiegoś ważnego forum internetowego: "Podobno jak sie ma tego czipa ze szcepiąki od Gejtsa to jest super zasieg interneta i zniszka na aktualizacje windowSa. Pewne info od Szwagra" Argument dla twardzieli (skuteczny): Co? Igły się boisz? Argument ilościowy: Do 14.01.2021 na całym świecie zaszczepiono już 30 milionów ludzi. To tyle, co dorosłych Polaków. Komuś mało królików doświadczalnych? (6) Argument jakościowy: Pacjent, zanim zostanie dopuszczony do szczepienia jest weryfikowany - ocenia się potencjalne ryzyko powikłań poszczepiennych za pomocą badania lekarskiego i ankiety medycznej. Część osób nie będzie szczepiona na przykład z uwagi na to, że mają poważna zaburzenia odporności, aktywną infekcję, przebyli wcześniej polekowy wstrząs anafilaktyczny lub są w ciąży. To normalne, podobnie jest z innymi szczepieniami - wystarczy, że zaszczepione zostanie >75% populacji, aby zakończyć pandemię! Argument dla kolekcjonerów: Jak się zaszczepisz, to dostaniesz fajną, kolorową kartę, gdzie można zbierać wpisy z datami. Podobno karta mieści się w tradycyjnym albumie, a także w klaserze. Argument logiczny: Jeśli szczepionka może być niebezpieczna dla zdrowia, to które państwo zaryzykowałoby szczepienie w pierwszej kolejności swojego personelu medycznego? Argumentum poeticum: (Pan Tadeusz, Księga XIII Szczepmy się!) (...) Czuły iglany dotyk śród Twych smukłych ramion Te ostrza dają życie, niegroźnie Cię raniąc... Argument empiryczny: Autor tego artykułu zaszczepił się przeciw COVID-19 i... żyje! ************************************************* Uwaga ANTYSZCZEPIONKOWCY: Covid Challenge! Liczę na Was! Osobiście udowodnijcie nieskuteczność szczepień na COVID: przyjmijcie 2 dawki i zachorujcie masowo na COVID. Proszę o karty szczepień i dodatnie wyniki wymazów w komentarzach... ************************************************* Nie ważne jaki argument Państwa przekona - zalecam jako lekarz szczepienie przeciw COVID-19 Mateusz Malik, lekarz Źródła: https://www.fda.gov/ https://www.ema.europa.eu/en/news/ema-recommends-first-covid-19-vaccine-authorisation-eu Wikipedia https://www.nejm.org/doi/full/10.1056/NEJMoa2034577 https://www.nejm.org/doi/full/10.1056/nejmoa2022483 https://ourworldindata.org/covid-vaccinations1 punkt
-
Leksykon alternatywnych metod leczenia raka dla onkologów i nie tylko
Jako lekarz czuję się w obowiązku posiadać wiedzę na temat leczenia nie mniejszą niż moi pacjenci, nawet jeśli „leczenie” jest tu słowem wysoce na wyrost. Onkologia jest dziedziną, w której pęd do eksperymentowania na własnym ciele jest u pacjentów wysoko rozwinięty. Chorzy często pytają co sądzę o terapii pestkami moreli, ciecierzycą czy terapii Gersona. Nawet jeśli moja rola ogranicza się do studzenia zapędów pacjenta do „samoleczenia”, wypadałoby wiedzieć przynajmniej o czym chory mówi. Stąd pomysł powstania leksykonu obecnie modnych "terapii" onkologicznych rozpowszechnianych w internecie. Metoda Forma podania Postulowane działanie Faktyczne działanie Antyneoplastony Doustna lub iniekcje Korygowanie nieprawidłowych komórek Teoretycznie -peptydy o działaniu aktywującym geny supresorowe, brak podstaw i dowodów naukowych potwierdzających działanie "Witamina B17" (amigdalina) Preparat Laetril, jedzenie migdałów, pigwy, czeremchy, pestek moreli, wiśni, jabłek Cyjanek niszczy tylko komórki rakowe, nowotworzenie u pacjentów z „niedoborem wit. B17” Podczas jej rozpadu powstaje silnie trujący cyjanek, szczególnie przy jednoczesnej podaży wit. C Witamina C Wysokie dawki p.o lubi.v. (3-12 gramów/dobę) Zwiększenie poziomu interferonu, stymulacja produkcji limfocytów Przyjmowana powyżej 2 g/dobę może wywoływać dolegliwości żołądka, nudności, biegunkę, wymioty, wysypkę skórną, obniżać odporność po radykalnym zmniejszeniu dawki. Zazwyczaj nadmiar wydalany jest z organizmu z moczem Chloryn sodu ( NaClO2- chloran II sodu) MMS - 28% tlenowy roztwór chlorynu sodu (NaClO2) w wodzie destylowanej – picie gotowego roztworu zmieszanego z sokiem cytryny Silne działanie bakteriobójcze, utlenienie wirusów, pleśni, bakterii, pasożytów i grzybów. MMS sprawia, że wydolność układu immunologicznego wzrasta aż 10-krotnie! Używany do wybielania papieru, jako herbicyd,odczynnik laboratoryjny, połknięty powoduje methemoglobinemię i w ciężkich przypadkach zgon. Chrząstka rekina Tabletki, iniekcje iv Niszczenie nowotworu, stymulacja układu immunologicznego, hamowanie angiogenezy guza Suplementacja wapnia i fosforu Dieta dr Budwig Dieta olejowo-białkowa, olej lniany i chudy twaróg Dieta przeciwnowotworowa Podaż kwasów tłuszczowych omega-3 - obniżenie poziomu trójglicerydów, korzystny wpływ na zmniejszenie ryzyka chorób układu sercowo-naczyniowego Dieta (terapia) Gersona Picie 3l soków owocowo-warzywnych oraz lewatywy z kawy 2xdziennie Leczenie raka, migreny, gruźlicy, osteoporozy, uzależnień, długowieczność Możliwe niedobory wskutek stosowania diety eliminacyjnej, powikłania częstych lewatyw Graviola Roślina rosnąca w Ameryce Południowej – picie soku Zawierają acetogeniny o silnym działaniu przeciwrakowym, mikrobójczym i insektobójczym. 10 000 razy silniejszy od chemioterapii Neurotoksyczność acetogenin, powodują odmianę parkinsonizmu- Parkinsonizm Gwadelupski Krzem ANRY- homeopatyczny preparat związku krzemu Leczenie raka, astmy, padaczki, wodogłowia, marskości wątroby, stwardnienia rozsianego, schizofrenii, zapalenia mózgu, niepłodności, żylaków odbytu a nawet AIDS Organizm ludzki potrzebuje 20-30 mg krzemu dziennie, składnik tkanki łącznej Kurkuma 1/2 łyżeczki kurkumy 2xdobę (spożywać łącznie z pieprzem) Wpływają na 700 ludzkich genów, eliminacja komórek rakowych Zawarte w niej substancje wykazują silne działanie przeciwwirusowe, przeciwbakteryjne i przeciwgrzybicze Metoda Ashkara Utrzymywanie otwartej rany podudzia z ziarnem ciecierzycy w środku Usunięcie toksyn z organizmu,a co za tym idzie-wyleczenie raka Konsekwencje utrzymywania wiele miesięcy otwartej rany – infekcje, utrata krwi itp. Szczepionka dra Rybczyńskiego Zastrzyk z zarodników pleśni poddanych działaniu prądu Chore na raka zwierzęta zdrowiały, a zdrowe nie chorowały na raka ??? Dla szerzej zainteresowanych tematem - informacje czerpałam ze stron dedykowanych propagowaniu niekonwencjonalnych metod "leczenia" raka: www.leczenieraka.org i www.ligawalkizrakiem.pl. Dostępnych jest jednak wiele materiałów ogólnikowo podkreślających walory i skuteczność terapii niekonwencjonalnych. Uwagę zwraca powtarzający się wśród autorów argument jakoby powyższe terapie były odkryte i stosowane już wiele lat temu - w czasach, gdy nie było mowy o chemioterapii, radioterapii, o immunoterapii nie wspominając. Ponadto podkreśla się ich mniejszą szkodliwość w porównaniu z chemioterapią. Z lekarskiego punktu widzenia część z tych pomysłów terapeutycznych może być częściowo korzystnych, jak choćby uzupełnienie diety chorego na nowotwór o soki owocowe z ekologicznych upraw. Inne (jak metoda Ashkara) napawają grozą i zakrawają na samookaleczenie. Celowo pominęłam tu metody powszechnie znane: joga, akupunktura, marihuana, leczenie temperaturą (hipo- i hipertermia). Na uwagę zasługuje wyjątkowe zainteresowanie pacjentów onkologicznych wpływem diety na przebieg choroby i wyniki badań laboratoryjnych. Żałuję, że nie wykazują takiego zainteresowania pacjenci z cukrzycą, nadciśnieniem tętniczym, zespołem metabolicznym czy alkoholową marskością wątroby. Lekarz Beata Tomaszewska, specjalista chorób wewnętrznych1 punkt
-
Tak w rzeczywistości wygląda przyjęcie do szpitala
Pracuję na chirurgii. Kilka razy w miesiącu pracuję w izbie przyjęć. Na nią zgłaszają się następujący pacjenci: 1. Do planowych przyjęć 2. Skierowani do szpitala w trybie nagłym 3. Przywiezieni przez karetki 4. Przychodzący samodzielnie, bez skierowań Poniedziałek rano. 7:45. Jestem na oddziale, mam swoich pacjentów, więc obchód, zlecenia, rozmowa z pacjentami. Dzwoni telefon z Izby: - Doktorze, z nocy został "brzuch" i pacjent po urazie głowy, ale chyba są do wypuszczenia. Zejdzie Doktor? - Tak, ale musze najpierw załatwić sprawy na oddziale, będe za jakies 20 minut (na Izbie nie ma na stałe zatrudnionego lekarza, przecież to nie SOR...) Schodzę 8:10 - Doktorze doszło jeszcze dwóch nowych pacjentów i mamy już 3 "planówki" (pacjenci do przyjęcia do zabiegów na następny dzień) - Świetnie No więc zadaję sobie pytanie od czego zacząć. Oglądam, badam i faktycznie "wypuszczam" pacjentów z nocy. Jest już 9:00. Puka ktoś do drzwi i mówi, że od 7:30 już czekają, a palec bardzo boli, bo się uderzył. Drugi pacjent zza ramienia woła, że też czeka i mu krew leci (widać lekko podsączony plaster na łokciu - nic się nie dzieje). Zaczynam więc przyjęcia planowe. Ponieważ zapowiadano wielokrotnie zmniejszenie biurokracji ... no właśnie. Po części żeby się wyżalić, a po części dla osób, które zastanawiają się "dlaczego to tyle trwa" poniżej przykładowe przyjęcie i to jak "zmniejszyła się" biurokracja. Dziś przyjęcia zaczynamy od 6-miesięcznej Milenki z zespołem Downa, która jutro ma zostać poddana zabiegowi odtworzenia ciągłości przewodu pokarmowego po wyłonieniu kolostomii w przebiegu zarośnięcia odbytu. Poniżej przeplatać się będą rozmowy z Mamą niemowlęcia, moje przemyślenia i spis kolejnych dokumentów oraz spraw do załatwienia. - Czy dziecko jest obecnie zdrowe? Nie przechodziło żadnej infekcji przez ostatnie 3 tygodnie? Nie przyjmowało antybiotyku? - Jest całkowicie zdrowa, ostatnia jakakolwiek gorączka była 2 miesiące temu, miała wtedy też lekki katar. Wstępnie więc wiem, że pacjentka będzie do przyjęcia, proszę Panią Pielęgniarkę by Milenka została przyjęta w systemie. Po chwili słyszę, że system się zaciął i Pani wychodzi do rejestracji. Przechodzę więc do badania fizykalnego - osłuchuję dziecko, badam brzuch, oglądam stomię. Nad sercem słyszę szmer skurczowy. Zaglądam do ankiety anestezjologicznej i konsultacji anestezjologicznej. Adnotacja: dziewczynka przed zabiegiem wymaga ponownej konsultacji kardiologicznej. Pytam więc mamę czy się ona odbyła. - Nie, nie odbyła się, bo powiedziano mi, że jak już się przyjmiemy to się ją zrobi Zobaczymy czy tak się "ją zrobi". No więc dzwonię na kardiologię i słyszę, że najszybciej jutro rano - proszę przysłać dziecko na 8:00. No tak, tylko, że dziewczyna miała iść jako pierwsza w planie, czyli trzeba będzie zmienić kolejność zabiegów. Ale ok, mamy jakieś wyjście. Wróciła Pani Pielęgniarka, mówi, że jeszcze 5 minut zanim dziecko pojawi się w systemie. Otwieram więc ... notatnik i spisuję wywiad. Dochodzę do pytania o inne choroby przewlekłe i dowiaduję się, że dziewczynka ma także padaczkę i niedoczynność tarczycy. Przechodzę do leków: Euthyrox i Depakine. - W jakich dawkach? - Euthyrox o tu mam spisane, a Depakine ... wie Pan co zostawiłam w domu opakowanie a na nim miałam zapisane, ale chyba 100-0-100. Już dzwonię do męża się upewnić ... mąż nie odbiera... Doktorze, to ja później podejdę do Pana i Panu powiem. No tak, tylko, że później to ja będę cały czas tu na izbie... - To już proszę przekazać to lekarzowi dyżurnemu w takim razie I wpisuję w kartę zleceń z adnotacją, że dawka do uzupełnienia. Ok, Milena jest już w systemie, więc otwieram dokumenty z przyjęcia i uzupełniam spisany wcześniej wywiad. Dodaję badanie przedmiotowe. Rozpisuję plan hospitalizacji (kolejne nowe zadanie). Pytam Rodzica czy ma grupę krwi dziecka - tak, ma, ale widnieje zapis [x] Grupa niepotwierdzona (czyli tak jakby w zasadzie grupy krwi nie było). Więc zlecam ponownie badanie grupy krwi i wypełniam zlecenie na rezerwę 100 ml UKKCz do zabiegu na jutro. Otwieram kolejny dokument: okołooperacyjna profilaktyka antybiotykowa (kiedyś przed zabiegiem po prostu się pytano czy podać i w jakiej dawce - teraz kolejny, nowy dokument). Zapisuję, drukuję, podbijam, wsadzam do historii (no przecież papierowa dokumentacja nadal istnieje). I kolejny dokument: przesiewowa ocena stanu odżywienia. Spisuję wagę, wzrost. Liczę BMI. Szukam siatek centylowych, przekładam pomiary na wykresy WHO, wpisuję do dokumentu (to także stosunkowo nowy obowiązek - jak dla mnie, na ten moment to średnio kolejne 5-7 minut) Jest 9:25. Teraz szukam odpowiedniej zgody na zabieg. Do izby jednak puka i wchodzi ratownik (patrzę za okno - stoi karetka) - Doktorze, mamy poparzonego chłopca, 15 miesięcy, ściągnął na siebie gorącą herbatę. Oparzona klatka piersiowa, szyja i częściowo twarz. Przerywamy więc przyjęcie, proszę mamę z Milenką o chwilowe opuszczenie gabinetu... Wjeżdża zespół pogotowia z chłopcem i jego tatą. Po ściągnięciu tymczasowych opatrunków wygląda na to, że oparzenia głównie I stopnia, jeden niewielki pęcherz w okolicy prawego ramienia. Dziecko wyjątkowo spokojne jak na tego typu sytuację. Jedynie 15-minutowa przerwa w przyjmowaniu Mileny. Jest 9:40 Znalazłem odpowiednią zgodę na zabieg, chcę wydrukować - brak papieru w drukarce. W szafce nie ma zapasu. Pielęgniarka idzie do sąsiedniego gabinetu. Znów pukanie i drzwi od razu się otwierają... Doktorze, czekamy już ponad 2 godziny z tym palcem... ile jeszcze będziemy czekać? Ciągle ktoś wchodzi, wychodzi, my czekamy, a zaraz jeszcze pewnie kolejna karetka przyjedzie. Troszkę ciśnienie mi się już podnosi, bo powstają myśli typu "pacjent ze stłuczonym (wczoraj!) palcem przychodzi do szpitala i marudzi", ale grzecznie odpowiadam "Musicie Państwo czekać, tu jest jeden gabinet, jestem jedynym lekarzem i ja ustalam kolejność, wiem, że Państwo czekacie". W drukarce mamy już papier, drukuję zgodę, Mama Milenki czyta i dopytuje o możliwe powikłania, rozmawiamy kolejne 5 minut. Zgoda podpisana. Uzupełniam okładkę historii - wpisuję rozpoznanie słownie, ICD 10, podbijam. Ok, to wszystko! A nie, przecież jeszcze karta epidemiologiczna (paradoksalnie zaczęliśmy ją wypełniać jakoś tydzień po zakończonym strajku, gdzie jednym z postulatów poza 6,8% PKB na ochronę zdrowia, było zmniejszenie biurokracji). Wypełniam z Mamą: przyjęcie z domu, planowe, szczepienia pełne, na WZW A/B/C nie chorowała lub brak danych, na HIV wynik nie był nigdy robiony, czy przez 6 ostatnich miesięcy był hodowany u Mileny patogen alarmowy? (Konieczne wytłumaczenie oraz przewertowanie dotychczasowej dokumentacji). Czy przez 6 ostatnich miesięcy był stosowany antybiotyk? Panie Doktorze, mnóstwo (znów wertujemy i wypisujemy - w końcu obowiązkowe). Czy były stosowane leki immunosupresyjne? (Konieczne wytłumaczenie, że chodzi o sterydy czy po prostu leki obniżające odporność) ... i jeszcze kilka "fajnych" pytań. Ok, kończymy Jest 10:00 - skończyliśmy pierwsze przyjęcie! Proszę o zaprowadzenie pacjentki na oddział i jeszcze sprawdzenie kto czeka do nas poza kolejnymi 2 przyjęciami planowymi, stłuczonym palcem, raną łokcia. - Panie Doktorze jest jeszcze kolejny uraz głowy (wczoraj dziecko wieczorem uderzyło się o łóżko i jest jakieś nieswoje wg Rodziców), resztka kleszcza, nadgarstek i jedna Pani pyta czy ją Doktor przyjmie, bo w poradni nie ma miejsc, ona zapomniała się zarejestrować, a w rejonie nie chcieli jej zdjąć szwów, a jutro wyjeżdzają na wakacje. Grrr. Jak żyć? Jeśli choć trochę wczuliście się w te realia, to teraz przełóżcie to na całą dobę pracy. Bardzo delikatnie mówiąc, o komforcie pracy nie ma mowy. Czekam na Wasze spostrzeżenia i komentarze. Tak w rzeczywistości wygląda przyjęcie do szpitala... przynajmniej u mnie1 punkt
-
Przecież ja płacę składki!
1 punktPrzecież ja płacę składki! Oczywiście! Składki do ZUS płaci niemalże każdy i każdemu się należy! Tylko, że z pustego to i Salomon nie naleje. A z takimi pretensjami zamiast do lekarzy, ratowników i pielęgniarek to należałoby się zwrócić do Ministerstwa Zdrowia czy chociażby dyrekcji szpitala (która to w mojej ocenie i tak często zapewne ma związane odgórnie ręce). Zawsze będę pamiętał z wykładu prof. Tomasza Jurka na zajęciach z prawa medycznego jakże trafne założenie, że w codziennych zmaganiach systemu stronami są pacjenci i medycy i to między nimi iskrzy, to oni się "widzą" - nie zauważamy jednak, że to co między nimi zachodzi, reguluje i organizuje trzecia strona - zacznijmy z samej góry i wymieńmy Ministerstwo Zdrowia. To jest ten bufor i katalizator. Jako lekarz, jaki ja mam wpływ, że o godzinie 1 w nocy podczas dyżuru, przed izbą przyjęć w której pracuje jest tłum? Żaden... co najwyżej mogę wyjść i zorientować się czy wszyscy oby na pewno wymagają szpitala o tej godzinie, ale to już zapewne sprowokuje kilka niesympatycznych komentarzy w moim kierunku. No i właśnie dziś kilka moich wspomnień jako lekarza. Ponieważ z reguły narzekamy jako pacjenci, ile to musieliśmy czekać, ile było "zbędnej" dokumentacji, że i tak nie wszystkie badania można zostały wykonane itp itd. I te narzekania oczywiście bardzo często są słuszne, ale źle zaadresowane a przez swoją bezskuteczność, nie mają większego sensu (chyba, że wliczyć wyładowanie złości) Godzina 23:30: Panie Doktorze, bo ja tutaj wyczułam takiego guzka na obojczyku - mówi młoda pacjentka. Ja troszkę zagryzam zęby, bo zastanawiam się "no ale co, wyrósł tak w nocy"? Pani neguje urazy i odpowiada na kilka pytań, ja zachowuję pokerową twarz, przechodzę do badania fizykalnego, następnie zlecam RTG i dodaję, że "uważam, że w takiej sytuacji lepiej byłoby przyjść rano" ... i w tym momencie zbliża się do mnie postać o gabarytach 2 x 2 m, partner pacjentki, zbliża się na odległość, że ciężko kartkę między nas włożyć i mówi "a co, masz jakiś problem?". I przestaje być miło... Godzina 20:00: Na korytarzu nie ma gdzie usiąść, przyjmuje pacjenta, puka ktoś do drzwi. Puka znów, mocno, wielokrotnie. Wychodzę. Proszę Pana, tu jest dziewczynka, która przechodziła przez plan filmowy - mówi Pani z plakietką z obsługi tego właśnie planu - i ktoś z okna, z drugiego piętra, rzucił cegłówkę na jej stopę, proszę się zająć. Zwracam wzrok w kierunku pacjentki - dziewczynka stoi, stąpa na obydwu stopach, widać, że płakała, ale teraz się do mnie uśmiecha, obok niej Rodzice. Oczywiście, proszę usiądźcie - odpowiadam - jak przyjdzie Państwa pora, to się zajmę (widzę, że nic zagrażającego życiu się nie dzieje, dotknąłem tą stopę i w ogóle powątpiewam czy cokolwiek się stało). I w tym momencie się zaczyna ... Proszę Pana, jeśli nie zajmie się Pan natychmiast dziewczynką, to gwarantuję Panu, że za chwilę będzie miał tu Pan TVN, Onet i Gazetę wyborczą i będzie zrobię Panu tu takie piekło, że ... Godzina 14:00: Wchodzę do gabinetu Izby Przyjęć po bandaż, za biurkiem Doktor z ponad 30-letnim stażem, na chwilę przed emeryturą. Słyszę jak tłumaczy pacjentowi, że w obrębie nadgarstka nie widać żadnych cech urazu i szkoda robić zdjęcie i naświetlać itd. Pacjent zbliża się do Doktora i zaczyna ... A przypier**** Ci ktoś kiedyś porządnie? I nigdy nie zapomnę reakcji Pana Doktora, a w zasadzie jej braku. Poker face. Nie wciągnął się w żadne zaczepki. Nie wiem jak ja bym zareagował akurat już na tak otwarty ofens. Powstanie powyższych sytuacji miały różne powody - jednak to nie lekarz był ich powodem czy jego zła wola, o co wydaje mi się czasem jesteśmy posądzani. W mojej ocenie, w 99% przypadków agresji, problem leży wyżej - stąd, jeśli ktoś denerwuje się, że tyle musiał czekać, że to już kolejne miejsce w które został odesłany, że nie mógł umówić się planowo itp itd, zawsze proszę aby zwrócić się do wyższej instancji z prośbą o poprawę sytuacji (i to może pomóc!). A nawet ze skargą! Bo raz jeszcze... jaka w tym moja wina, że pacjent musiał tyle czekać? Pretensje powinny być adresowane do tego, kto rzeczywiście za to odpowiada! Zachęcam do takiego spojrzenia na sprawę! PS. Przytoczone przykłady agresji to niestety wersja light.1 punkt
-
Czy warto operować w łonie matki? Rozszczep kręgosłupa
Jedną z fundamentalnych potrzeb jakie spełnia chirurgia dziecięca to operacje wad wrodzonych tuż po urodzeniu. Bez nich, zdecydowana większość noworodków dotkniętych tym problemem nie miałaby szans na przeżycie. Wady wrodzone dotyczą różnych układów - układu krążenia (np. tetralogia Fallota, koarktacja aorty), układu pokarmowego (np. zarośnięcie dwunastnicy czy innych odcinków jelita) czy układu nerwowego (np. rozszczep kręgosłupa). W przypadku niektórych wad czas operacji ma decydujące znaczenie na wynik. O ile noworodek z zastawką cewki tylnej (ZCT, PUV - posterior urethral valve) będąc zacewnikowanym może chwilę poczekać, tak już w przypadku rozszczepu kręgosłupa z przepukliną oponowo-rdzeniową (myelomeningocele, MMC) wprost mówi się, że zabieg powinien się odbyć wcześnie - do 24 godzin od urodzenia. Przepuklina oponowo-rdzeniowa wiąże się dla większości pacjentów, nawet przy perfekcyjnie wykonanym zabiegu, z całą kaskadą powikłań z jakimi zmagać przyjdzie się przez całe życie. Ponad 80 % dzieci w przyszłości rozwinie (albo rozwinęło już prenatalnie) wodogłowie. Samodzielne chodzenie będzie możliwe tylko w niewiele ponad 20% przypadków. Do tego dochodzą bardzo skomplikowane powikłania w postaci pęcherza neurogennego czy zaburzeń pasażu stolca. I w tym momencie warto zadać sobie pytanie - czy można coś zrobić jeszcze przed urodzeniem aby zmniejszyć ryzyko wystąpienia tych powikłań? Wszystko obecnie wskazuje, że odpowiedź brzmi TAK. Skąd jednak ta różnica wynikająca z momentu operacji? Istnieje teoria tzw. dwóch uderzeń. W pierwszym etapie embriogenezy dochodzi do nieprawidłowego morfologicznego rozwoju rdzenia kręgowego na zajętym obszarze. W drugim etapie, szczególnie od 28 tygodnia życia płodowego dochodzi do dotkliwego uszkadzania nieosłoniętego rdzenia kręgowego. W tym właśnie czasie płyn owodniowy, w którym znajduje się płód i który bezpośrednio oddziałuje na rdzeń, staje się szczególnie toksyczny (chociażby przez zwiększoną ilość oddawanej do niego smółki). Do tego dochodzi także do dalszego mechanicznego uszkadzania rdzenia poprzez m.in. ocieranie się o ścianę macicy niepokrytej tkanki nerwowej. W tym czasie może już dochodzić do pierwszych zmian powodujących wystąpienie wodogłowia - wyciek płynu mózgowo-rdzeniowego (PMR) przez rozszczep powoduje "zasysanie" struktur wewnątrzczaszkowych ku dołowi - te klinują się w otworze wielkim czaszki (zespół Arnolda Chiariego) zaburzając przepływ PMR i w konsekwencji rozwijanie się wodogłowia. Zmiany, które zajdą na tych etapach w rdzeniu kręgowym stają się nieodwracalne. Trzeba działać więc odpowiednio szybko. W roku 2011 opublikowano wyniki wieloośrodkowego randomizowanego badania klinicznego [1] (MOMS Trial), w którym nienarodzone dzieci ze zdiagnozowaną przepukliną oponowo-rdzeniową (+ spełniające inne kryteria takie jak np. wklinowywanie tyłomózgowia) były poddawane przed 28 tygodniem życia płodowego (pomiędzy 19 a 25+9) otwartej operacji zamknięcia przepukliny. Ciężarna podczas takiego zabiegu leży na stole operacyjnym w pozycji na plecach, wykonywana jest laparotomia (patrz Obraz 3.), a następnie wykonywane jest cięcie w uwidocznionej macicy. Dziecko układa się odpowiednimi manewrami w taki sposób aby plecami było skierowane ku górze. Gdy rozszczep jest już widoczny wykonuje się ten sam zabieg jak po urodzeniu - tj. warstwowe zamknięcie - zamknięcie opony twardej, warstwy mięśniowo-powięziowej i skóry. Taki zabieg niesie za sobą szereg różnych niebezpieczeństw zarówno dla płodu jak i matki. Wymienić należy chociażby związane z ingerencją w ścianę macicy niebezpieczeństwo przedwczesnego odpłynięcia wód płodowych i zagrożenie przedwczesnym porodem. Wcześniactwo ze swoimi konsekwencjami to jeden z największych problemów związanych z operacjami prenatalnymi. Szuka się więc wciąż nowych rozwiązań i nowych dostępów aby ingerencja była jak najmniejsza i aby dzieci mogły rodzić się w optymalnym czasie. Wstępne wyniki badań wskazują, że na przeciw skutecznie wychodzą zabiegi z dostępu fetoskopowego, gdzie macica również jest uwidaczniana po wykonaniu laparotomii, jednak dostęp do płodu jest uzyskiwany przez 2-3 porty podobnie jak przy laparoskopii. Wynik badania MOMS wskazuje, że średni czas urodzeniowy wynosił w badanych przypadkach 34 tygodnie życia płodowego. Dostęp fetoskopowy, w zależności od ośrodka, w przedwstępnych wynikach pozwalał osiągać wiek urodzeniowy pomiędzy 33 ( ośrodek A ) a 38 ( ośrodek B ) tygodnia życia płodowego. Czy warto operować w łonie matki dzieci z przepukliną oponowo-rdzeniową? W przypadku standardowego zaopatrzenia wady po urodzeniu, 80% pacjentów rozwija wodogłowie i wymaga założenia układu drenującego komorowo-otrzewnowego (często nazywanego "zastawką"). U pacjentów z badania MOMS wystąpienie wodogłowia i założenie zastawki następowało w połowie mniej przypadków, bo było to 40% dzieci (ocena w 12 miesiącu życia). Wstępne wyniki badań z zastosowaniem opisanej powyżej techniki fetoskopowej wskazują, iż taka konieczność nastąpi tylko w 20% przypadków - koniecznie należy jednak podkreślić, że są to wciąż wyniki wstępne. Chirurgia prenatalna znajduje obecnie zastosowanie nie tylko w przypadku rozszczepu kręgosłupa. Zabiegi w łonie matki są bardzo często wykonywane także w zespole przetoczenia krwi między płodami (TTTS), w których podczas fetoskopii koaguluje się naczynia, którymi jeden z bliźniaczych płodów "podkrada" krew drugiemu. Wśród innych wad wrodzonych należy wymienić chociażby przepuklinę przeponową czy wady cewki moczowej (np. jej zarośnięcie). Autor tekstu: dr n. med. Mateusz Palczewski Katedra i Klinika Chirurgii i Urologii Dziecięcej Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu Stażysta Cincinnati Fetal Center, CCHMC, Cincinnati, Ohio, USA Materiały wideo z zabiegów prenatalnych w przebiegu przepukliny oponowo-rdzeniowej: Dostęp klasyczny Dostęp fetoskopowy (na filmie widoczni m.in. chirurdzy Jose Peiro z Cincinnati Children's i Michael Belfort z Texas Children's Hospital): Źródła: [1] Hand of Hope - a photo of Samuel Adams [2] Adzick NS, Thom EA, Spong CY, et al. A randomized trial of prenatal versus postnatal repair of myelomeningocele. N Engl J Med. 2011;364(11):993–1004. [3] Źródła własne lub należące do Katedry i Kliniki Chirurgii i Urologii Dziecięcej UMED Wrocław [4] https://www.youtube.com/watch?v=qRtspxmhYnA [5] https://www.youtube.com/watch?v=Q9e1MBvdem41 punkt
-
Prowincjonalna lekarka a turystyka specjalizacyjna
Dziś parę słów o kulisach robienia specjalizacji. Zacznijmy od teorii - specjalizację z chorób wewnętrznych, w obecnym modułowym systemie, robi się 5 lat - trzy lata moduł podstawowy i 2 lata moduł tzw. specjalistyczny. Ja w listopadzie kończę moduł podstawowy, zakończony egzaminem u kierownika specjalizacji. To tyle w teorii. W praktyce większość specjalizantów żadnego egzaminu pewnie nie zobaczy, poza oczywiście egzaminem na koniec specjalizacji, przerażającym chyba wszystkich, PES-em - państwowym egzaminem specjalizacyjnym. Ale do egzaminu mam jeszcze 3 lata... Szkolenie specjalizacyjne, jak to się ładnie nazywa, polega na pracy na własnym, macierzystym oddziale oraz odbywaniu obowiązkowych kursów i staży. W moim przypadku w module podstawowym jest to dokładnie po 1,5 roku, czyli mówiąc wprost połowę czasu spędzam na swoim oddziale, a resztę poza. I tu zaczyna się temat turystyki specjalizacyjnej. Ale o tym za chwilę. Jednym z absurdów są praktycznie te same staże w module podstawowym, jak i specjalistycznym, różnią się tylko długością. Chyba, żebym w odstępie kilku lat odwiedziła te same miejsca i utrwaliła wiadomości... Jeśli chodzi o kursy, w większości odbywają się one tylko w ośrodkach akademickich, do których niestety moja "prowincja" się nie zalicza. Tak więc w ciągu modułu podstawowego odbyłam jakieś 10 kursów, liczących od 2-3 do 14 dni. Wszystkie wyjazdy muszę oczywiście finansować z własnej kieszeni, mój szpital mocno broni się przed wypłacaniem nam delegacji. Ostatnio szpitalny radca prawny wydał opinię, w której obowiązkowy kurs nie jest delegacją, ponieważ nie spełnia wszystkich kryteriów delegacji, czyli "polecenie pracodawcy, zadanie o charakterze incydentalnym, sporadycznym i wyjazd poza miejscowość, w której znajduje się siedziba pracodawcy lub poza stałe miejsce pracy". Ale to już temat do osobnego artykułu... To samo tyczy się obowiązkowych staży, które odbywamy na specjalistycznych oddziałach lub w klinikach akademickich. I tutaj niestety też większość znajduje się poza moją "prowincją". Staże trwają od 3 do 16 tygodni. Moje wyjazdowe trwają na szczęście maksymalnie 6 tygodni. Wszystkie powyższe problemy wyjazdowe nie dotyczą oczywiście osób, które zostały w dużych akademickich ośrodkach, oni wszystko mają na miejscu, nie muszą wydawać dodatkowych pieniędzy na wyjazdy, noclegi, wyżywienie... Ja jednak postanowiłam połączyć robienie specjalizacji z moją największą pasją, czyli podróżami. Na kursy (bo w module podstawowym zrobiłam już wszystkie) wybierałam najdalej położone na liście ośrodki. Dzięki temu zwiedziłam Białystok i Podlasie, a nawet Wilno i Troki (robiłam tam kurs ze zdrowia publicznego), Lublin, Kazimierz Dolny nad Wisłą, Zamość, Sandomierz (ratownictwo medyczne), Bielsko-Białą, Żywiec, Wisłę, Cieszyn (onkologia), a także Kraków i Warszawę. Jeśli chodzi o staże - hematologię robiłam w Olsztynie, teraz na reumatologię jadę do Sopotu, pozostałe niestety z powodu redukcji kosztów robiłam we Wrocławiu - tam zawsze któreś z przyjaciół ze studiów przygarnie mnie pod swój dach i tak pomieszkuję po ludziach robiąc specjalizację... Temat bliski memu sercu, bo właśnie wróciłam z sześciotygodniowego stażu w jednej z klinik wrocławskich. Jak to zwykle ze stażami bywa, ludzie sympatyczni, ale żeby człowiek wrócił stamtąd nie wiadomo jak wyedukowany to nie powiem.. Według mojej obserwacji staże powinny trwać maksymalnie 2-3 tygodnie, ale powinny być intensywne. Ale żeby tak było lekarz prowadzący takiego specjalizanta nie może mieć "tony" pacjentów z toną dokumentacji do zrobienia, bo wtedy jak zawsze praca kończy się na pomaganiu starszemu w ogarnianiu dokumentacji, bo na to jak wiadomo współczesny lekarz musi poświęcić 90% swojego czasu pracy... Ostatni staż różnił się tylko tym od pozostałych, że tam komputeryzacja jeszcze nie za bardzo dotarła i moje zadania polegały m.in na wypisywaniu pacjentom skierowań na wszystkie możliwe badania ręcznie (na każdym oczywiście muszą być imię, nazwisko, pesel, adres, rozpoznanie, kod ICD-10, data, miejsce wystawienia, no i rodzaj badania). Kolejnym moim bardzo ciekawym zadaniem było przepisywanie wyników badań pacjentów z kartki z laboratorium do pliku w wordzie, gdzie powstawał wypis pacjenta. Tak, wszystkich wyników badań laboratoryjnych! Takie rzeczy tylko w klinice Nie żebym miała to za złe mojemu opiekunowi, który jest przesympatycznym i, co najważniejsze, mega mądrym lekarzem, od którego i tak nauczyłam się chyba najwięcej ze wszystkich staży. Ale piszę to, żeby pokazać absurdy polskiej medycyny. Podobno medycyny XXI wieku... Tutaj pozostawię miejsce na wasze wnioski i przemyślenia. Pozdrowienia ze świątecznego dyżuru.1 punkt
-
Patologia jak malowana! Lekarka diagnozuje wielkich malarzy i ich prace
Nasze, jako lekarzy, postrzeganie świata jest zdeterminowane przez medycynę. Nie umkną naszej uwadze symptomy choroby dostrzeżone u bliźnich. Żartobliwie mówimy czasem "Strassen Diagnose” kwitując najbardziej malownicze i patognomoniczne objawy. Proponuję percepcję sztuki wizualnej, jaką jest malarstwo, przez pryzmat naszego zawodu. Malarze, jako doskonali obserwatorzy i dokumentaliści, uwieczniali na swych dziełach (w sposób świadomy lub nie) cechy, które lekarze mogą ocenić pod względem klinicznym. Część I: Rak piersi w malarstwie Bodaj najbardziej znanym, chodź może nie najbardziej wyrazistym w kwestii patologii klinicznej, jest obraz Batszeba w kąpieli Rembrandta z 1654 roku. Mówi się, że zasinienie i nierówność lewej piersi Batszeby to nic innego jak symptom raka piersi. Ciekawostką jest, że rozpoznanie takie postawiło według różnych źródeł dwóch australijskich chirurgów w latach 80. zeszłego stulecia oraz niezależnie włoski lekarz. Powstała nawet inspirowana obrazem książka "Pierś Batszeby: Kobiety, Rak i Historia” autorstwa Jamesa S. Olsona oraz kilka prac naukowych publikowanych w czasopismach medycznych. Sprawa była najwyraźniej mocno intrygująca, gdyż w 2012 roku naukowcy z Uniwersytetu Twente (Holandia) na podstawie analizy właściwości tkanek zanegowali powyższą diagnozę. Modelką Rembrandta była tutaj Hendrickje Stoffels (kochanka malarza), która zmarła kilka lat później według źródeł historycznych po długiej chorobie lub podczas epidemii dżumy. Bardziej spektakularne symptomy nowotworu piersi możemy dostrzec na obrazach P. P. Rubensa. Jako przedstawiciel realizmu uwieczniał na swoich pracach dokładnie to co widział. Pozwala nam to zauważyć oznaki choroby u przedstawianych przez niego postaci. Jedna z gracji (pierwsza z prawej) z obrazu Trzy gracje (1637-38) ma otwartą ranę, "skórkę pomarańczową", przemieszczenie brodawki sutkowej, widoczny guz i powiększone węzły pachowe po stronie lewej. Innym dziełem Rubensa mogącym być dla nas materiałem do analizy klinicznej jest Diana i jej nimfy podglądane przez satyry (1616). Znowu lewa pierś centralnej postaci kobiecej obrazu wykazuje znamiona chorobowe w postaci deformacji. Bardzo podobne kliniczne cechy raka piersi ma przedstawienie Eurydyki z obrazu Orfeusz i Eurydyka tego samego autora. Pozwala to wysunąć przypuszczenie, że do wszystkich trzech dzieł pozowała Rubensowi ta sama modelka. Portret młodej kobiety (La Fornarina) Rafaela z 1520 roku to kolejny przykład na to, jak malarz udokumentował objawy choroby u swej modelki. Młoda kobieta sportretowana przez artystę prawą dłonią jednocześnie zasłania i wskazuje na guz deformujący lewą pierś. Giovanni Battista Crespi (Il Cerano) na jednym ze swoich fresków (La Madonna libera Milano dalla peste) przedstawił Madonnę o widocznych powiększonych węzłach chłonnych oraz ze zmianą skórną w obrębie górnego kwadrantu prawej piersi. Fresk przedstawia Madonnę wybawiającą Mediolan od plagi. Czyżby autor celowo zobrazował w ten sposób „plagę” mylnie przyjmując oznaki raka piersi za objaw choroby zakaźnej? Lek. Beata Tomaszewska, specjalista chorób wewnętrznych1 punkt
-
Przyszedł rak nieborak...
1 punktDzisiaj ponoć każdy ma raka, ale nie każdy jeszcze o tym wie. Ja się dowiedziałem. Pełen życia, energii, pasji, zajęć i nagle bang. Trochę jakby biec i zderzyć się ze ścianą. Chwila po diagnozie to oczywiście wizyta w Internecie. Medyczne strony przeczytane wszystkie. Jaki to rak, jakie stadium, jakie rokowanie, jakie leczenie. Wszystko. No ale potem przychodzi kolejny dzień i kolejny i powoli żyje się z tym nowym towarzyszem. Ale wciąż brakowało mi informacji o takim codziennym funkcjonowaniu, o tym co będzie, jak to wszystko wygląda. I właśnie o tym chcę opowiedzieć. Przychodzi pierwszy dzień chemioterapii. Od razu zaznaczam, że są różne rodzaje i metody leczenia, ale ja opowiem o swojej chemii. Na początek nawodnienie, czyli odpowiednia dawka krystaloidów, trochę magnezu i mannitol. A potem przyjeżdża wózek z "workami na śmieci". Cztery dwulitrowe worki kolorowych płynów, kilka drenów, pompa infuzyjna i ruszamy. Już nie było mi do śmiechu. Nagle poczułem, co się dzieje. Że to jest naprawdę poważne. Że rak to choroba, którą można wygrać, ale te smutne historie dookoła też są prawdziwe. Patrzę na krople jak spadają i czekam kiedy się zacznie. Kiedy zwymiotuję, kiedy brzuch zacznie boleć, kiedy będą pierwsze objawy. Ale nie dzieje się nic. A przepraszam. Po tylu litrach odwiedzam toaletę co 5 minut. Na zmianę z sąsiadem, którego chemia obdarzyła biegunką. Jedna, druga gazeta, film, Internet, odwiedziny i jakoś te godziny lecą. Przychodzi wieczór i powoli coś zaczyna się dziać. Jest mi słabo. Opadam z sił. Poprosiłem o leki nasenne i odpłynąłem. Niestety z rana kolosalnie silne nudności. Szybka interwencja białego personelu, trochę zastrzyków, kroplówki do płukania i obyło się bez wymiotów. Kilka godzin później w obstawie torecanu wychodzę do domu. Kolejne dni to zawieszenie. Osłabienie, brak skupienia i ogromny, największy w życiu kac. Uczucie jakby się miało kaca. Coś czego nie da się opisać. Żadna pozycja w łóżku, na stojąco, na plecach czy na boku - wiecznie niewygodnie, wciąż coś przeszkadza. Ciało jakby obce, jakby stało z boku. Tu noga boli, tam coś kłuje. Najgorsze jest jedzenie. Albo raczej niechęć do jedzenia. Każdy oczywiście odczuwa to indywidualnie. Ja, wielki fan słodyczy, nie mogłem nawet o nich myśleć, bo od razu mną zarzucało. Jedynym darem była szyneczka. Kromeczka z szyneczką. I tak przez 3 dni. I te ubywające kilogramy. Dieta cud! No a potem powrót do życia. Normalnego funkcjonowania. Osłabienie trwało przez około tydzień. Ale dało się normalnie żyć, pracować. Dużo wcześniej chodziłem spać, aktywność fizyczna zdecydowanie na nie. Niestety dopadła mnie silna neutropenia. Potrzebny czynnik wzrostu. I tak zabawa w kotka i myszkę, aby wyrównać wyniki, które są raz za wysokie, raz za niskie. W tym okresie zaczęło się wypadanie włosów. Na początku pojedynczo, potem coraz więcej. Wreszcie podczas pewnej kąpieli patrzę a tu pływa ich stado wokół mnie. Patrzę do lustra i wyglądam jak wyliniały szczur. Nie było już odwrotu. Maszynka w rękę i na zero. Wtedy pojawiła się pierwsza i jedyna łza w oku. Zobaczyłem, że mam raka. Wyglądałem, że mam raka. I czułem się wciąż źle. Każda kolejna wizyta na onkologii to witanie się z nowymi znajomymi. Taka ‘’nowa rodzina”. Bo wciąż się tam spotykamy co 2-3 tygodnie. Wciąż pobierają nam krew, mówią czy będzie dziś chemia, czy walczymy z wynikami. Są dni, że zbiorowo opuszczamy oddział, bo tak się stało, że każdy ma złe wyniki. Każdy życzy sobie zdrowia, wymieniamy się nową książką do czytania podczas wielogodzinnego oczekiwania. Po tak długim okresie kłucia na widok igły mam już odruchowy skręt głowy w bok. Dawniej nie bałem się kłucia. Dziś już mam go po prostu dość. Jest oczywiście propozycja portu, ale uważam, że jest to zarezerwowane dla osób z totalnym brakiem żył albo bardzo wyniszczonych chorobą. Ważne rzeczy to dieta i higiena jamy ustnej. Zmieniłem zdecydowanie podejście do jedzenia. Regularne, zdrowe 5 posiłków dziennie, odrzucenie tego co złe. Duże ilości płynów. Suplementacja witamin. Owoce, owoce, owoce. To faktycznie pomaga. Wyniki są lepsze. Słynny sok z buraka. Do tego po każdym posiłku mycie zębów, płyn do płukania. Żeby nie było grzybicy. Potem powrót do domu, do życia. Każdy dookoła nagle zauważa, że masz raka. Każdy dopytuje, współczuje, pyta czy nie pomóc. Sporo dobrego można usłyszeć. Ale też wiele osób nie wie jak zareagować, jak zapytać, jak się zachować. Czy boli? Nie. Jest dużo nieprzyjemnych chwil, złego samopoczucia, rozbicia, przygnębienia, zdecydowanie osłabienia, ale nie boli. I tak trzeba żyć z dnia na dzień. Aż rozpadnie się nasz ‘’związek” z tym rakiem. Nie wolno się poddawać, nie wolno myśleć o tym, że coś pójdzie nie tak. Ważne jest odpowiednie podejście, zdrowy rozsądek i przede wszystkim dobre zorientowanie w temacie. Oczywiście każdy pacjent onkologiczny po jednej wizycie w szpitalu jest specjalistą w tym zakresie. Każdy jest zaznajomiony ze specyfiką leczenia, jego działaniem i skutkami ubocznymi. I to jest ważne, bo wiemy czego się należy spodziewać. Już dziś mówi się o raku jak o kredycie czy grypie. I tak należy do tego podchodzić. To sprawa przejściowa, do przeżycia, do wygrania. Każdego może dopaść, ale dzisiaj wiemy jak z nią walczyć i dajemy sobie radę. Imię i nazwisko autora - lekarza do wiadomości Redakcji1 punkt
-
Pewna nietypowa operacja u młodej baletnicy!
Chirurgia zna wiele przykładów heroicznych zabiegów. Heroizm tej operacji nie dość, że zapewnił wyleczenie od zaawansowanego kostniakomięsaka (osteosarcoma) stawu kolanowego, to młoda pacjentka nadal spełnia się jako baletnica. Przed trudną decyzją zostali postawieni rodzice i dziewczynka, u której postawiono powyższe rozpoznanie w 9 roku życia. Guz określono jako nieoperacyjny i rozpoczęto 12-tygodniową chemioterapię. Po tym czasie podjęto jednak decyzję o zabiegu usunięcia całego stawu kolanowego ... nie, nie mówimy o amputacji, a usunięciu "samego" stawu. Z prawej kończyny pozostało więc nieco ponad połowę uda, część podudzia i stopa - całość retransplantowano, ale piętą do przodu! Czy omyłkowo? Zapraszamy do obejrzenia ciekawego wywiadu i wideo, w której główną bohaterką sama pacjentka: Zachęcamy do dzielenia się z czytelnikami informacjami o innych ciekawych, nietypowych operacjach! źródło: http://www.medicalnewstoday.com/articles/314009.php1 punkt
-
Fotorelacja z Manifestacji Porozumienia Zawodów Medycznych
W manifestacji Porozumienia Zawodów Medycznych 24 września 2016 w Warszawie licznie wzięli udział przedstawiciele medycznych związków zawodowych oraz wszystkich zawodów związanych z medycyną (pielęgniarki, położne, technicy medyczni, ratownicy medyczni, diagności medyczni, fizjoterapeuci, technicy radiologiczni, lekarze specjaliści, lekarze rezydenci, lekarze stażyści, studenci). Kolorowy orszak białych fartuchów, pomarańczowych ratowniczych kurtek, niebieskich zabiegowych bluz przyciągał wzrok warszawiaków i odznaczał się na tle miejskich murów. Marsz rozpoczął się pod Kolumną Zygmunta, przebył Trakt Królewski i mijając Prudentiala oraz PKiN dotarł do placu Konstytucji. Tam wystąpienia mieli zarówno reprezentanci wszystkich grup zawodowych, jak i minister zdrowia Konstanty Radziwiłł, który jak niespodziewanie się pojawił, tak też po angielsku zszedł ze sceny. "Wszyscy medycy są na ulicy", by zwrócić uwagę społeczeństwa i polityków na palące problemy służby zdrowia i aby skłonić Rząd do szybkiego wzrostu państwowych nakładów na ochronę zdrowia. Czy premier Beata Szydło usłyszy coraz głośniejszy głos środowiska medycznego i włączy "Program Zdrowie+" do harmonogramu prac? Czas pokaże... FOTORELACJA Początek Manifestacji na Krakowskim Przedmieściu Czas na ZDROWIE + "Żył z pasji do ratowania innych" - siebie nie uratował... Pochód rozciągał się na całą ulicę... "Powołaniem się nie najesz" "Wszyscy medycy są na ulicy" "Wyzysk rakiem ochrony zdrowia!" Mogliśmy liczyć na ochronę policji - dziękujemy! "System zmusza mnie, bym zoperował Twoje biodro za 12 lat" - lekarz ortopeda "Kolejka poniża pacjenta" Lekarze powinni zarabiać dobrze, jeżeli chodzi o młodych, a bardzo dobrze, jeżeli chodzi o tych doświadczonych - Jarosławie Kaczyński, Pamiętamy! Przejście przed siedzibą Ministerstwa Finansów - to między innymi tu muszą zapaść kluczowe decyzje! Służba zdrowia zrujnowana jak budynek Prudential... Czas na odbudowę! "Jeszcze Polska nie zginęła póki my leczymy!" "Nie zabierajcie czasu pacjenta biurokracją!" Pałac Kultury i Nauki nigdy nie widział jeszcze tylu medyków w jednym miejscu... Polska - Europejski kraj, a medyczny trzeci świat... "Zdrowie Polaka w cenie BigMaca!?" "Nie zmuszajcie nas do palenia opon!" Medycy RAZEM na ul. Marszałkowskiej "Wszyscy medycy są na ulicy" - a jesienne słońce nam przyświeca "Polko! Kto odbierze Twój poród jak wyjedziemy?" Scena na placu Konstytucji "Biała manifestacja" w Warszawie - czy politycy zachęcą tych młodych, uśmiechniętych ludzi do pozostania w Polsce? Autor zdjęć: Mateusz Malik, lekarz1 punkt
-
Transgeniczny ryż pomoże w pozyskaniu albuminy
Ludzka albumina jest szeroko wykorzystywana w terapii (m.in. w leczeniu oparzeń), ale również w przemyśle medycznym do produkcji szczepionek i niektórych leków. Obecnie dostępna albumina jest preparatem krwiopochodnym, produkowanym z krwi dawców. Ze względu na ciągły niedobór krwi oraz ryzyko transmisji zakażeń od lat próbuje się uzyskać syntetyczne "analogi" preparatów krwiopochodnych, w tym albuminy. Już wkrótce produkcja tego białka poza organizmem człowieka może stać się codziennością. Chińscy naukowcy opublikowali swego czasu na łamach prestiżowego Proceedings of the National Academy of Sciences wyniki prac nad produkcją przemysłowych ilości albuminy w nasionach transgenicznego ryżu. Największym problemem badań nad produkcją rekombinowanej albuminy jest opracowanie stosunkowo taniej metody pozwalającej na uzyskiwanie dużych ilości białka, które nie niosłoby ryzyka reakcji układu odpornościowego. Dotychczasowe próby z użyciem roślin ograniczała stosunkowo niewielka ilość uzyskiwanego białka. Ryż wydaje się rozwiązywać ten problem - nasiona tej rośliny wyspecjalizowały się w przechowywaniu białek, są więc idealnym bioreaktorem do produkcji albumin. Autorzy pracy stworzyli transgeniczny ryż, w którym gen dla albuminy jest aktywowany podczas produkcji nasion. Dlatego białko jest odkładane w nasionach i stanowi nawet 10% wszystkich znajdujących się w nich białek. Izolacja tak wyprodukowanego białka jest już stosunkowo łatwa i pozwala na uzyskanie czystego, gotowego do użycia preparatu albumin. Źródło: "Lekarz zakaźnik" Autor: devitto (2011)1 punkt
-
Porozumienie Rezydentów: Merytoryczna rozmowa z politykami nie przynosi rezultatów. Jutro wielka manifestacja w Warszawie!
Publikujemy artykuł lekarzy Jarosława Bilińskiego i Łukasza Jankowskiego, w którym opisują szczegóły rozmów z przedstawicielem Ministerstwa Zdrowia, na które zaproszono przedstawicieli młodych lekarzy. Pokazuje on, że wyczerpał się potencjał rzeczowych negocjacji, akcji społecznych i demokratycznego nacisku na władzę. Zdrowie polskich Pacjentów jest zbyt ważną sprawą, by lekarze rezydenci przyjęli bez reakcji kompromitujące zachowanie decydentów. Być może jedynym sposobem na nagłośnienie postulatów środowiska młodych lekarzy jest wyjście na ulicę. Manifestacja Porozumienia Rezydentów OZZL, na którą serdecznie zapraszamy wszystkich, którym leży na sercu przyszlość polskiej ochrony zdrowia, odbędzie się w sobotę, 18 czerwca 2016. Przemarsz wyruszy o godz. 14.00 spod siedziby Ministerstwa Zdrowia (ul. Miodowa 15, Warszawa). Mateusz Malik, lekarz1 punkt
-
Lekarze rezydenci szturmują media. MedFor.me w ogólnoposkiej prasie!
W internetowym i papierowym wydaniu Gazety Wyborczej (14.03.2016) ukazał się artykuł pt. "Młodzi lekarze: bogaci rodzice albo emigracja", który w sposób rzeczowy i rzetelny przedstawia problemy środowiska lekarzy w trakcie specjalizacji. Z przyjemnością informujemy, że w imieniu portalu MedFor.me i całego środowiska lekarzy rezydentów wypowiada się w nim lekarz Mateusz Malik. Tekst redaktor Adriany Rozwadowskiej cechuje się szczególną wrażliwością na sprawy społeczne i prawa pracownicze środowiska lekarzy, za co redakcja wyraża duże uznanie. W treści przedstawiono główne problemy, z jakimi boryka się przeciętny lekarz w trakcie specjalizacji i przedstawiono naczelne postulaty, z którymi wystąpiło w ostatnim czasie Porozumienie Rezydentów OZZL. Na pierwszym miejscu młodzi lekarze stawiają kwestię podwyżki wynagrodzenia rezydenta, które od 2009 roku nie uległo jakiejkolwiek waloryzacji i niebezpiecznie zbliża się do poziomu płacy minimalnej. Rezydenci stanowią ważną część białego personelu na każdym szczeblu pomocy medycznej, a coraz większa rzesza pacjentów zdaje sobie sprawę, że i ich najlepszym interesie jest, by pomoc nieśli im dobrze wyedukowani, wynagradzani i wypoczęci adepci medycyny. Stąd walka o dwie średnie krajowe, unormowanie czasu pracy, większe docenianie pracy opiekunów specjalizacji, elastyczne formy kształcenia i racjonalne sposoby oceny zdobytej wiedzy. Te cele wpisane są w listę postulatów i działań Porozumienia Rezydentów, Komisji Młodych Lekarzy NIL i innych organizacji wspierających młodych lekarzy. W ich realizacji pomagają liczne oddolne inicjatywy rezydentów. Zarówno akcja „Adoptuj posła” nastawiona na pozyskiwanie parlamentarzystów przychylnych dla zmian w prawie, jak i ogólnopolska akcja medialna (prasa, informacyjne portale internetowe, Facebook, radio, telewizja, programy publicystyczne i rozrywkowe) służą uwrażliwieniu ogółu społeczeństwa na postulaty środowiska lekarskiego. Życzymy lekarzom i wszystkim sympatykom białego personelu wiele determinacji i skuteczności w walce o podniesienie jakości opieki medycznej w Polsce. Redakcja MedFor.me1 punkt
-
Świro-lotek: W mordę dać czy skargę napisać?
Kolejny dyżur w NPL. Kaszlące dzieci, ból gardła od tygodnia, bóle pleców od miesiąca, zapalenie gardła, przeziębienie i zapalenie spojówek. Monotonię dyżurową przerywa pewna Pani. Wchodzi do gabinetu. Zerkam na dokumentację - 5 wizyt z powodu "bólu pleców" - każda zakończona wypisaniem zwolnienia. Pani: Chcę zwolnienie bo jutro mam prywatną rehabilitację w Super-Mega-Medzie. Ja: Proszę zatem udać się do lekarza z Super-Mega-Medu - na pewno chętnie wystawi Pani zwolnienie. (notuję w dokumentacji powód zgłoszenia się pacjentki) Pani: Ale ja muszę mieć zwolnienie bo jutro nie idę do pracy! Ja: W nocnej pomocy lekarskiej nie wystawia się zwolnień na żądanie. Prywatna rehabilitacja to nie jest powód do stwierdzenia niezdolności do pracy. Pani (czerwieniejąc ze złości): To w takim razie bolą mnie plecy! Chcę z tego powodu zwolnienie. Ja (spokojnie i powoli): Bardzo mi przykro, ale nie mogę wystawić Pani zwolnienia. Powiedziała Pani, że chce zwolnienie na rehabilitację i ja to już zapisałem w dokumentacji medycznej. Pani (wrzeszcząc): Jak coś mi się stanie to za to odpowiesz! Ja (w myślach): Z pewnością... Dwie minuty później słyszę Panią, gdy idzie chodnikiem pod oknami gabinetu wymieniając uwagi ze swoim partnerem Pani: Co za głupi sk&%@#*#L nie chciał mi dać zwolnienia. Partner: J%$#$y ch%$, nie wiadomo czy w mordę dać czy skargę napisać!? Kochani pacjenci1 punkt
-
Piątkowy dyżur lekarki z prowincji
Tym razem tytuł powinien brzmieć: "w oparach absurdu", albo może "bezczelność nie zna granic". Zależy jak na to spojrzeć... Ale od początku: Wybiła godzina 15 w piątek. Zaczynam dyżur. Zmęczona już niemiłosiernie. Całym tygodniem, jak i dzisiejszym szalonym dniem. Z moich 9 pacjentów wypisałam dziś 5, a i przyjęłam dwóch nowych. Tona "papierkowej roboty" - w komputerze oczywiście Wybiła 15.00. Telefon z triage'u na SORze. Jeszcze jeden przerywnik - w moim szpitalu, aby rozładować ruch na SORze, dyrekcja wymyśliła rewelacyjne rozwiązanie - dyżurny lekarz z interny zajmuje się na sorze każdym pacjentem ze skierowaniem na internę. Zatem zostawiam całe moje skrzydło i schodzę na dół. Przez telefon dowiaduję się tylko, że to pacjent z kolką nerkową. Na SORze spotykam pacjenta, zapraszam do wydzielonego pomieszczenia i zaczynam zbierać wywiad. Zaczynam oczywiście od rzeczonej kolki, zapytuję o początek objawów, pytam czy to pierwszy atak, czy wcześniej chorował "na nerki". Pacjent patrzy na mnie coraz bardziej zdziwiony. Gdy pokazuję mu skierowanie z wyraźnym rozpoznaniem "kolka nerkowa" pacjent dopiero wtedy zdradza mi przyczynę swojego zdziwienia. Po skierowanie do POZ poszła żona, a on z nerkami nie ma żadnych problemów, ani nigdy nie miał, a i nawet nie wiedział co lekarz POZ na skierowaniu napisał. Poziom złości 1. Dowiaduję się po chwili, że problemem pacjenta jest występujący od kilku miesięcy ból kręgosłupa, kończyny dolnej prawej, z postępującym jej niedowładem, zanikiem mięśni. Idealny internistyczny problem. Poziom złości 2. Badam więc pacjenta, opisuję, zlecam badania, zdjęcie klatki piersiowej (standard) i oczywiście konsultację neurologiczną. Pomimo, że konsultację zlecam w systemie informatycznym, muszę jeszcze zadzwonić do dyżurnego neurologa i „ładnie” go poprosić o zejście na dół i skonsultowanie pacjenta. Bo to przecież "pacjent skierowany na internę". Poziom złości 2,5. Zostawiam pacjenta na dole, sama wracam na górę, zobaczyć, co dzieje się na oddziale. Okazuje się, że jak zwykle dzieje się sporo. W tak zwanym między czasie sprawdzam w systemie wyniki pacjenta - leukocytoza, trochę podwyższone CRP, trochę bakterii w moczu. Na pewno nie ma wskazań do hospitalizacji na internie. Oddzwania do mnie neurolożka - pacjent rzeczywiście „neurologiczny”, ale koniecznie musi być skonsultowany przez neurochirurga. Wracamy więc do punktu wyjścia, czyli zabawy z dzwonieniem i proszeniem o konsultację, zmieniam tylko numer telefonu, pod który dzwonię. Poziom złości 3. Neurochirurg idzie na SOR, bada pacjenta, ogląda na szczęście wykonany ambulatoryjnie rezonans kręgosłupa i stwierdza jednoznacznie, że zasadniczym problemem pacjenta jest przede wszystkim prawe biodro, a nie kręgosłup, zleca zdjęcie bioder i konsultację ortopedyczną. No i zabawa zaczyna się znów od początku. Nawet zaczyna mnie to bawić, a nie złościć. Wszystko załatwiam oczywiście telefonicznie, bo na oddziale pracy co nie miara. Dzwonię na ortopedię, gdzie dowiaduję się, że doktor dyżurny właśnie poszedł do zabiegu. Jest ok.18.00. Zaczynam wieczorną wizytę na oddziale. W trakcie wizyty przypominam sobie o ortopedzie, dzwonię jeszcze raz - nadal operuje. Ok. 20.00 dzwonię po raz kolejny - ortopeda właśnie robi swoją wieczorną wizytę, ale jak tylko skończy zbada pacjenta na SORze. 20.30 - telefon z SORu, ortopeda zbadał pacjenta, obejrzał RTG bioder, podejrzewa zmiany zapalne lub nowotworowe w kościach miednicy, obejmujące m.in. panewkę stawu biodrowego. Stwierdza, że konieczne będzie zrobienie TK miednicy. Które oczywiście załatwić mam ja. Wchodzimy na poziom 4. Dzwonię do dyżurnego radiologa, którym jak się dowiaduję jest dziś mój dobry kolega. W końcu załatwienie czegokolwiek w moim szpitalu, a szczególnie szybkość załatwienia zależy od stopnia zażyłości, albo poziomu wzajemnej chęci bądź niechęci. Ja z większością lekarzy na szczęście bardzo się lubię, no może poza tymi, którzy nikogo nie lubią poza sobą W nieco lepszym humorze próbuję zlokalizować kolegę radiologa. Numerów telefonów na radiologię mam ok.10. Dzwonię po kolei, wszędzie brak odpowiedzi. Zaczynam więc od nowa. I 3 kolejkę. Poziom złości już prawie 4,5. W końcu kolega odbiera. Tłumaczę sytuację, na co kolega odpowiada mi, zgodnie zresztą z prawdą, że nie jest to badanie ostrodyżurowe, tylko planowe z oddziału. 5. Dzwonię więc po raz kolejny na ortopedię. Tłumaczę zaistniałą sytuację, ortopeda próbuje mi "wytłumaczyć", że pacjent powinien być diagnozowany na internie, ja zupełnie spokojnie, próbuję mu wytłumaczyć, że chyba jednak na ortopedii. W końcu ortopeda daje się przekonać. Sama nie wiem, jak to zrobiłam, ale ortopeda decyduje o przyjęciu pacjenta na swój oddział. Dzwonię uradowana na SOR, proszę o zawiezienie pacjenta na ortopedię. Godzina - przed 22.00. 22.15 telefon z SORu. Okazuje się, że pacjent w trakcie zapisywania go na oddział ortopedyczny zaczął krzyczeć, że na żadną hospitalizację zgody nie wyraża. Wszyscy zdezorientowani. Ortopeda tłumaczy pacjentowi powagę sytuacji, możliwe konsekwencje, itd. Pacjent wraca na SOR, a ja jako lekarz zajmujący się w dniu dzisiejszym pacjentem mam zejść i zrobić wypis. Poziom złości 10. Koniec historii. Jak myślicie - pacjent był aż tak bezczelny, tylko po to, żeby w szybkim tempie zrobić sobie wszystkie badania i wcześniej udawał zainteresowanie hospitalizacją czy może był po prostu takim ignorantem w stosunku do swojego zdrowia?1 punkt
-
Z życia prowincjonalnej lekarki...
Studia skończyłam z jednym z najlepszych wyników na roku, ale ku zdziwieniu wszystkich, albo przynajmniej części: nie zostałam w klinikach, nie zaczęłam doktoratu, nie zaczęłam też dorabiać w przychodniach, czy NPL-ach. Zaraz po studiach wróciłam na swoją górską prowincję, żeby tam leczyć ludzi. Tak - brzmi to dumnie. Myślałby człowiek, że na prowincji szczególnie dumnie. W osobistych kontaktach może i dumnie, ale w przeświadczeniu zwykłego obywatela zostałam myślącą tylko o sobie i pieniądzach osobą, z której zdaniem rzadko kiedy trzeba się liczyć, a częściej osobą, na której każde potknięcie czekamy, licząc na hojnie zasądzone odszkodowanie. Wróciłam, zostawiając za sobą wielką medycynę, najnowsze osiągnięcia wielkich uczonych, najnowsze badania, czy nawet zwykłe badania kliniczne. Wróciłam na prowincję nie chcąc pracować od rana do nocy, czy nosić teczek za profesorem. Wróciłam najpierw na staż, nie chcąc jak na studiach podpierać ścian jak moi koledzy. Staż skończyłam zachwycona - przez ten rok nauczyłam się praktycznie i teoretycznie więcej niż przez całe studia. Prowadziłam własnych pacjentów, nakłuwałam opłucne, otrzewne, pobierałam szpiki, na anestezjologii sama intubowałam, wprowadzałam w znieczulenie, a potem niekiedy nawet sama, z braku personelu, zostawałam na całej operacji jako anestezjolog. Tyle samo nerwów, co satysfakcji przyniósł mi ten rok. Po roku wybrałam wymarzoną specjalizację - internę. Jako jedna z niewielu w moim szpitalu, a i pierwsza specjalizantka od 7 lat na moim oddziale. Dzięki pracy na prowincji, mogłam zdecydować się na lepiej płatny etat, nie musząc martwić się, jak inni o wyniki postępowania kwalifikacyjnego na rezydenturę. Z początku praca była bajką, uczyłam się dużo, mogłam liczyć na wsparcie mojego szefa specjalizacji, który okazał się trochę aniołem stróżem. Uczył mnie dużo, a i proponował jeszcze więcej - na wszystko niestety nie starczyło czasu. Potem pierwszy dyżur. Stres, ogromny stres. Na szczęście dzięki staraniom mojego szefa specjalizacji, jednocześnie będącego ordynatorem naszego oddziału, udało się wywalczyć w dyrekcji podwójny dyżur (nasza cała interna liczy ok. 65 łóżek, położona jest na dwóch skrzydłach piętra). Dzięki temu dyżurować zaczęłam pierwszego dnia podwójnych dyżurów - zawsze mając ze sobą starszego, bardziej doświadczonego lekarza. Wydawałoby się to normalne, że młody lekarz powinien mieć kogoś nad sobą - jak się okazało, trzeba było faktycznie o to zawalczyć. Pierwszy dyżur miałam po 4 miesiącach pracy - do dziś pamiętam to był 1 kwietnia . Przeżyłam ten, jak i wszystkie kolejne. Jedne pamiętam lepiej, inne gorzej, czasem musiałam prosić o pomoc, a czasem współdyżuranta spotykałam rano na odprawie. Czasem nie spałam całą noc, a czasem przesypiałam nawet 7 godzin. Czasem wszyscy dożyli do końca dyżuru, a czasem się nie udawało. Po dyżurze na moim oddziale schodzimy po zrobieniu porannej wizyty, po zdaniu dyżuru i porozmawianiu z ordynatorem, czyli ok. 8.30. Nikt nie zmusza nas, nie wymaga od nas, ani nawet nie oczekuje, że zostaniemy choć 5 minut dłużej. Nasze prawa od zawsze są respektowane. Pensje zawsze dostajemy na czas, pomimo podobno 40 mln długu naszego szpitala. Sprzęt mamy najnowszy, przede wszystkim za sprawą WOŚP - dysponujemy pododdziałem geriatrii, dzięki czemu dostajemy dużo fajnego, nowoczesnego sprzętu. Dzięki temu też raz w miesiącu przyjeżdża do nas z wizytą konsultant wojewódzki w dziedzinie geriatrii, zawsze jest szansa podpytać o nowinki, a i zawsze dostajemy cenne podpowiedzi na temat prowadzonych pacjentów. Lekarze z naszego oddziału szkolą się nieustannie, jedni robią kolejne specjalizacje - obecnie diabetologię, endokrynologię, inni doszkalają się w USG brzucha, serca, naczyń. Szef zawsze mile widzi każdy przejaw zainteresowania nauką. I byłoby tak pięknie, gdyby nie to, że w trakcie mojej specjalizacji dyrekcja postanowiła połączyć dwa oddziały internistyczne - oba skrzydła w jeden oddział, próbując przy okazji zmniejszyć z powrotem dyżurnego do jednej osoby, co na szczęście nie doszło do skutku. Połączenie miało przynieść szpitalowi oszczędności. W osobie jednego ordynatora i jednej oddziałowej. Szalone oszczędności. A bu… bałagan jaki powstał do dziś nie może się pozbierać. Zaczęły się przetasowania na stanowisku ordynatora, zmieniające się co rusz zasady funkcjonowania, roszady lekarzy na obu skrzydłach. Najnowszy ordynator tak nie ma nic przeciwko stażom, szkoleniom, i urlopom, że nie kontroluje totalnie pracy na oddziale. Bywa, że na jednym skrzydle pracują danego dnia 2 osoby - zajmując się 30 pacjentami. Bo reszty nie ma w pracy. W tym jednym wielkim chaosie nie ma czasu na naukę własną, na naukę od innych, bo wszyscy są tak zapracowani, że nie wiedzą jak się nazywają. A dyrekcja podliczając liczbę pracujących na oddziale nie widzi problemu, bo jakże miałaby widzieć, skoro zatrudnionych jest 12 osób plus ordynator. Nic dziwnego, że wszyscy po kolei zaczynają mieć dość. I zaczynają odchodzić. W marcu odchodzi z pracy mój szef specjalizacji, w kwietniu jedna z koleżanek. Wszyscy, którzy mają możliwość spokojniejszej pracy, pracy, w której człowiek ma czas zastanowić się nad pacjentem, nad diagnozą i terapią, a jednocześnie pracy, w której pacjenci mają nieco więcej szacunku do lekarza, niż na zwykłej internie, gdzie człowiek co rusz dostaje tylko wezwanie do prokuratury. Czy zmiana na „gorsze” była konieczna? Interna to nie tylko ciężka harówa, nie tylko codzienna walka z tłumem pacjentów, ich rodzinami, co jakiś czas tłumaczenie się w prokuraturze-najczęściej ze śmierci 90-letnich pacjentów, ale może przede wszystkim robienie za ZOL, przytułek, hospicjum, miejsce pomocy socjalnej. Na drugim miejscu jest leczenie poważnych stanów – najczęściej niewydolności krążenia, której nie chcą kardiolodzy i wszystkie trafiają na internę. Interna to też leczenie wszelkiej maści osób uzależnionych, alkoholików i narkomanów, osób czasem w lepszym, a czasie tragicznym stanie. Ale tak jak wspomniałam na początku to przede wszystkim pacjenci samotni, starsi, schorowani, bez rodziny, albo bez opieki rodziny, ciągle ci sami, których jak tylko uda nam się wypisać do domu, po tygodniu, dwóch wracają. Niektórzy oczekują u nas na miejsce w ZOL-u, hospicjum – czasem dwa, trzy, cztery tygodnie. Niektórzy nie doczekują. Niedobór łóżek w miejscach opieki długoterminowej, niewydolność systemu, wszystko to spada na naszą internę. A długi rosną. I wielka interna w obliczu alkoholików, narkomanów, samobójców, ale i starszych schorowanych, w większości mocno otępiałych osób, rozsianych nowotworów, albo zakażeń układu moczowego, gdzieś się zatraca. Chociaż czy to zatracenie wynika faktycznie z tego z jakimi schorzeniami mierzymy się na co dzień czy raczej z pośpiechu w jakim musimy pracować? I nic dziwnego, że niewiele osób widząc to wszystko decyduje się na taką specjalizację. Decyduje się na codzienną walkę, ale i pogodzenie się z tym, że prawie codziennie ktoś na oddziale umiera. Ale może jeszcze będzie lepiej?1 punkt
-
Młodzi lekarze: wysoka cena zdrowia
W ostatnim czasie zarobki rezydentów stały się bardzo modnym tematem. Różnorakie portale prześcigają się w publikowaniu artykułów o patologiach, które dotykają lekarzy w trakcie specjalizacji oraz ich niskich zarobków. Ile może zarobić młody lekarz? Całkiem sporo! Wszystko zależy od chęci i dyspozycyjności. Pracy jest pod dostatkiem i znalezienie dodatkowego zajęcia nie jest specjalnie skomplikowane. Wielu lekarzy pracuje w kilku miejscach - w ten sposób maskuje się dramatyczny niedobór lekarzy. Niskie zarobki w podstawowej pracy (na rezydenturze) zmuszają wręcz do szukania dodatkowego zajęcia. Poniżej przedstawiam przykładową kalkulację. Na początek założymy, że nasz młody lekarz miał szczęście i udało mu się załapać na rezydenturę. Jako, że jest osobą praktyczną, aby więcej zarabiać wybrał specjalizację deficytową. Pracuje więc w szpitalu w wymiarze jednego etatu czyli około 150h miesięcznie. Zarabia ok 2500 zł netto (czyli na rękę). Do tego dochodzą dyżury w podstawowym miejscu pracy. Za przeciętnie 4 dyżury nocne w miesiącu otrzymuje wynagrodzenie około 1000 zł. Zaledwie 250 zł za dyżur w czasie którego opiekuje się kilkudziesięcioma pacjentami. 4 dyżury po około 16 godzin dają dalsze 64 godziny w pracy. Zarabia więc 3500 zł netto pracując 216 godzin. Młody lekarz zakłada rodzinę - musi więc jakoś zarobić na wesele, remont mieszkania (ma takie szczęście, że odziedziczył mieszkanie po dziadkach), zakup samochodu, zakup ubranek, zabawek, wózka i innych niezbędnych artykułów. Znajduje więc dodatkową "fuchę" w nocnej pomocy lekarskiej (czyli w skrócie NPL). Udaje mu się wynegocjować całkiem dobrą stawkę 60 zł/h brutto. Ma szczęście, że dyrektor przychodni ma nóż na gardle, w przeciwnym razie zaproponowałby mu o wiele niższą stawkę. Wielu lekarzy pracuje w NPL za 50, a nawet 40 zł za godzinę. Nasz bohater bierze 6 dyżurów w miesiącu - 3 w dni powszednie (trwające 14h) i 3 weekendowe (po 12 godzin). Zarabia dalsze 3900 zł netto pracując dalsze 78 godzin w miesiącu. Szef naszego bohatera składa mu propozycję nie do odrzucenia. Będzie zabezpieczał także szpitalną izbę przyjęć. Będzie tam jedynym lekarzem. Dostaje 4 piątkowe dyżury, których nikt nie chciał wziąć. Wiadomo - piątek to dzień "imprezowy", co oznacza więcej nietrzeźwych pacjentów. Stawka nie podlega negocjacji - 60 zł/h brutto. Żeby ominąć przepisy prawa pracy (nie może pracować u jednego pracodawcy na etacie i na umowie zleceniu) zostaje zatrudniony poprzez "znajomą" przychodnię. Nie wdając się w szczegóły: za 64 godziny w szpitalu dostanie "na rękę" 3220 zł. Ponieważ znajomy prowadzi firmę wykonującą transporty medyczne od czasu do czasu trafia mu się takie zlecenie. Średnio raz w miesiącu przewozi gdzieś pacjenta karetką. Za 12h transport zarabia około 600 zł "na rękę". Podsumowując: 2500 zł pensji podstawowej + 1000 zł dyżury + 3900 zł NPL + 3220 zł izba przyjęć + 600 zł transport = 11 220 zł! To prawdziwa fortuna! Według internetowej porównywarki wynagrodzeń, która znajduje się na stronie internetowej partii "Razem", wynagrodzenie tej wysokości stawia młodego lekarza wśród 1% najlepiej zarabiających Polaków! Należy jednak zrobić jeszcze jedno podsumowanie - czasu, jaki spędzi w pracy: Dodajemy 150h podstawowego czasu pracy + 64h dyżury na oddziale + 78h w NPL + 64h w izbie przyjęć + 12h transportu = 368h. Tymczasem miesiąc ma 720 godzin. Nasz młody lekarz spędza w pracy ponad połowę miesiąca! Pełen etat w dni powszednie od 8 do 15:35 oraz 14 dyżurów w miesiącu (w tym 11 nocnych). Kiedyś musi jeszcze spać lub odsypiać noce zarwane na dyżurach. W miejscach takich jak nocna pomoc lekarska lub izba przyjęć przespane noce to ewenement. Jego zadania nie ułatwia fatalna organizacja pracy, nadmiar biurokratycznych procedur oraz zmęczenie. O wiele łatwiej jest popełnić tragiczną pomyłkę, jeśli jest się zbudzonym do nagłej interwencji o godzinie 3:00 w nocy. Ponieważ jest niedoświadczony, wiele czynności wykonuje wolniej, zleca więcej badań dodatkowych i konsultacji specjalistów. Ma szczęście bo do tej pory nie popełnił żadnego "medialnego" błędu. Dla rodziny zostają pojedyncze dni wolne w miesiącu. Młody lekarz jest ciągle przemęczony, rozdrażniony. Przekłada się to na kłótnie w domu, pretensje pacjentów, których przyjmuje - zarzucają mu brak empatii oraz złośliwość, brak czasu na naukę (w domu leżą odłogiem podręczniki do specjalizacji, które powinien czytać), brak czasu dla siebie (nie ma żadnego hobby). Są to rzeczy o wiele cenniejsze niż pieniądze, które może w ten sposób zarobić. Lekarz - nawet ten zaraz po studiach może zarabiać naprawdę dużo. Problemem pozostaje cena, którą pozostaje zapłacić za wysoką pensję. Cena, której przeliczyć na pieniądze nie sposób. *** UWAGA! Do osób, które chcą cytować ten artykuł np. w prasie: Bardzo proszę o zachowanie zasad rzetelności dziennikarskiej podczas udostępniania jego treści. Nie jest w nim napisane, że "lekarz w czasie specjalizacji zarabia 12000 zł na rękę" tylko, że "lekarz w czasie specjalizacji może zarabiać 12000 zł na rękę pracując na 2,5 etatu i przy okazji lekceważąc wszelkie zasady regulujące czas pracy, stanowiąc zagrożenie dla pacjentów oraz niszcząc swoje zdrowie i swoją rodzinę". Artykuł powstał na podstawie doświadczeń własnych autora oraz innych lekarzy i nie jest prostym opisem przypadku jednej osoby. To raczej tendencja, którą można zaobserwować wśród młodych medyków. (Na zdjęciu: młodzi lekarze z Argentyny "odsypiający" zarwaną noc)1 punkt
-
Na gorąco: Punkt widzenia młodych lekarzy w "Wiadomościach" (zobacz wideo)
W serwisie informacyjnym TVP1 zaprezentowano materiał dziennikarski "Dlaczego brakuje lekarzy?", który w pełni oddaje problemy młodego środowiska lekarskiego w Polsce i jego postulaty. Wydźwięk "Wiadomości" o rezydentach nie budzi wątpliwości: jako pełnoprawni lekarze z wieloma obowiązkami i ogromną odpowiedzialnością rezydenci zarabiają niewiele ponad 2100 zł emigracja lekarzy jest naturalnym procesem wynikającym z różnicy: zarówno drastycznej różnicy płac, jak i ogromnej medycznej biurokracji, przez którą przebija się polski lekarz powoduje to nie tylko wyrwę pokoleniową w polskiej medycynie, ale też średnia liczba lekarzy na 1000 mieszkańców jest stanowczo niższa w porównaniu ze średnią unijną na Rząd wywierana jest presja, co powinno skłonić decydentów do podwyżki płac - propozycja to minimum 5700 PLN na rękę wniosek: nie będzie podwyżek - zabraknie lekarzy Brawo dla przedstawiciela Porozumienia Rezydentów lek. Jarosława Bilińskiego, który zabrał głos w materiale! ZOBACZ: http://wiadomosci.tvp.pl/24163074/dlaczego-brakuje-lekarzy PEŁNE WYDANIE: 14' 30" - http://wiadomosci.tvp.pl/23883550/24022016-19301 punkt
-
"Lekarzu! Pacjent kompetentny rzadziej będzie podważał Twoje decyzje". Ostatni wywiad z ks. Janem Kaczkowskim!
Ekskluzywna rozmowa MedFor.me z księdzem Janem Kaczkowskim - bioetykiem, dyrektorem Hospicjum im św. Ojca Pio w Pucku, który od pewnego czasu sam jest pacjentem i zmaga się z chorobą nowotworową, o czym otwarcie mówi. Autor wideobloga „Smak życia” i książek „Szału nie ma, jest rak”, „Życie na pełnej petardzie” oraz "Grunt pod nogami", która ukaże się już niebawem. Mateusz Malik: Proszę księdza, porozmawiajmy jak lekarz z pacjentem i doktor z szefem hospicjum. Istnieje przekonanie wśród lekarzy, że łatwiej leczy się osoby proste i niewykształcone niż pacjentów oczytanych, świadomych, mających w rodzinie lekarzy. Część z nas obawia się, że pacjent wytknie nam błąd albo zakwestionuje nasze zalecenia. Ile w tych obawach słuszności? Ks. Jan Kaczkowski: Sam nie pochodzę z rodziny lekarskiej. Wolę o sobie mówić, że jestem pacjentem kompetentnym, a nie roszczeniowym - to duża różnica. Dużo wiem o swojej chorobie i ta wiedza daje mi poczucie bezpieczeństwa, być może złudne poczucie panowania nad tym, co się ze mną dzieje. A kolegów lekarzy, w tym młodych adeptów medycyny uczestniczących w corocznym Areopagu Etycznym, zawsze przekonuję: Skoro już nie jesteście Państwo przekonani z punktu etycznego do dobrego, personalistycznego i godnego przekazywania trudnych informacji, to bądźcie przekonani z punktu widzenia pragmatycznego. Bo pacjent kompetentny rzadziej będzie podważał Wasze decyzje, nie będzie uciekał się do bezstronnego diagnosty Google i lepiej przyjmie Wasze zalecenia - osiem razy nie będzie wracał do gabinetu, aby mu jeszcze raz wytłumaczyć. I ważne jest też (co w Polsce bardzo kuleje) wyraźne prawo do tak zwanej second opinion. Abyście się Państwo nie obrażali, gdy pacjenci skonsultują się gdziekolwiek indziej i byście z tej second opinion zdobili swój atut i powiedzieli: „Proszę Pana. W mojej ocenie jest to „to i to”, ale oczywiście ma Pan prawo, a może nawet obowiązek skonsultować się jeszcze z kimś innym. Co dwie głowy to nie jedna. Dlatego polecam Panu mojego przyjaciela, doktora Kowalskiego. Ułatwię panu konsultację - zadzwonię, dam adres, umówię.” Wtedy tym większe pacjent będzie miał do Państwa zaufanie. Czyli warto konsultować się, dając poczucie pacjentowi, że nad jego leczeniem czuwa większy zespół… Podam prosty przykład z mojego życia. Kiedy jakiś czas temu w czasie badania pewna lekarka rozpoznała u mnie nowotwór nerki przestraszyłem się nie na żarty. Pojechałem do szpitala w sąsiednim powiecie i tam pan ordynator, (mam nadzieję, że nie będzie tego czytał) typowy „janusz z wąsem” położył mnie na leżance, wykonał USG i głośno pogratulował pani doktor, że zauważyła guz, który on by pewnie przeoczył. Następnie wziął mnie do gabinetu i poświęcił mi siedem minut czasu wysokiej jakości (kiedy trzy razy nie wchodziła pielęgniarka, a on siedem razy nie odbierał telefonu). A on wziął kartkę i długopis, „To jest księdza nerka, tu się umiejscowił guz, ja postaram się klasycznie wejść klinem i go wyciąć. Jeśli stwierdzimy śródoperacyjnie, że zmiana przekroczyła kielich, to wytniemy nerkę. Ma ksiądz prawo skonsultować się z kimkolwiek chce. Polecam tego i tamtego”. Niewiele myśląc pojechałem do dawnej Akademii Medycznej w Gdańsku. I tam przyjął mnie bardzo znany urolog. A że moja bratowa też jest lekarzem, to w wiernopoddańczych umizgach powołała się na egzaminy u profesora. Wchodzę, a tu siedzi taki niewzruszony majestat rozwalony na niegustownej, skórzanej kanapie. Nie wstał, nie podał mi chyba nawet ręki. Mówi: Proszę księdza, operowałem biskupa, prałata, tego i tamtego. Myślę sobie: „Chłopie, co mnie obchodzi kogo operowałeś?! Mnie interesuje moja nerka!” Pojechałem więc do innego specjalistycznego szpitala, gdzie zgodnie z zapowiedzią mojego „janusza" proponowano mi operację laparoskopową. „Proszę się nie godzić - mówił - ja to zrobię na otwarto i być może uratujemy nerkę, bo ona się jeszcze księdzu może przydać”. I miał w tym trochę racji. Kolejny znany chirurg nie wzbudził mojego zaufania, gdy opowiadając mi o zabiegu odebrał chyba z dwadzieścia telefonów. Wróciłem zatem do mojego pierwotnego wyboru i na szczęcie po zabiegu resekcji klinowej zachowałem nerkę. Aktualnie regularnie ją kontroluję, bo byłoby czymś idiotycznym zginąć od przerzutów czy wznowy z zaniedbanego raka nerki niż z porządnego glejaka IV stopnia. Jak coś się robi, trzeba to robić porządnie - nawet, jeśli chodzi o przekręcenie się. Żyjemy w czasach, kiedy to nie baba przychodzi do lekarza, ale świadczeniobiorczyni do świadczeniodawcy. Jak mówić, by pacjent zrozumiał? Jaką postawę przyjąć? Nie byłbym do końca przeciwny paternalizmowi w relacji lekarz-pacjent. Słowo pochodzi od łacińskiego pater. Ojciec ma zawsze na uwadze dobro dziecka, więc akceptowalnym jest, jeśli w postawie paternalistycznej uznajemy godność osoby, którą traktujemy jak troszeczkę mniej świadomą. Lepiej jednakże (choć nie łatwiej), jeśli jest to postawa dialogiczna. Przy każdym spotkaniu z pacjentem lekarz musi w trzy sekundy ocenić, z kim ma do czynienia - ile jest w stanie przekazać, następnie - ile dana osoba zrozumiała. Tu polecam Państwu schować się za własną niekompetencję. Zejdźmy z tego medycznego piedestału, skracając dystans, czasem robiąc z siebie „pajaca”, Pytając: „Wie pani co, mam dzisiaj słabszy dzień, nie jestem pewien, czy dokładnie pani wszystko wyjaśniłem, czy może mógłbym coś doprecyzować.” Bo jak zapytamy tą prostą „babę”: „Czy wszystko Pani zrozumiała?”, to zazwyczaj odpowie: tak, a my nie dowiemy się, czego w praktyce nie zrozumiała. I może się okazać, że coś, co dla nas było jasne jak słońce, dla niej było kompletnie niezrozumiałe. Jakiego zaangażowania należy oczekiwać od pacjentów w procesie diagnostyczno-terapeutycznym? Nie mówimy tu o oczywistych zaleceniach jak przyjmowanie konkretnych leków czy wykonywanie badań, ale o współodpowiedzialność za własne zdrowie. Są dwie szkoły: jedni lekarze wszystko za pacjenta załatwiają i umawiają, inni ograniczają się do krótkiego zdania w zaleceniach i niejako zrzucają odpowiedzialność na pacjenta. Myślę, że najlepsza jest ta droga pośrednia. Żeby wskazać, że na przykład potrzebna jest konsultacja w poradni takiej a takiej, ale powiedzieć też po co. W czasach powszechnej edukacji zdarza się i to zbyt często, że do lekarza zgłasza się wykształcony pacjent z poważnym schorzeniem, które nie tyle bagatelizował, co próbował leczyć „alternatywnie”, samodzielnie lub pod okiem „pana Rysia” - znachora lub bioenergoterapeuty. Co jest w nas takiego, że łykamy tabletki, których składu nie znamy, a podważamy zalecenia oparte na sprawdzonej wiedzy medycznej? Nie chcę nikogo obrazić, ale jest pewien typ ludzi, którzy mają spiskowe teorie dziejów. To są tak zwani „pacjenci smoleńscy”. Otóż znamy te słynne teorie, jakoby firmy farmaceutyczne schowały przed światem cudowny lek na raka, tylko po to by zarobić na chemii, a wiadomo - chemia truje. Podważa się zaufanie do lekarzy, przemysłu farmaceutycznego - a ludzie postawieni pod ścianą zrobią wszystko. Etyczne świństwo. Jest to także efekt szwankowania przekazywania informacji miedzy lekarzami a pacjentami. Oczywiście - nie wyeliminujemy pewnego promila ludzi, którzy zawsze mentalnie odlecą w kosmos, tak jak nie wyeliminujemy zwolenników mgły smoleńskiej i wybuchów. Ale zdroworozsądkowym argumentem, który często trafia do tych ludzi, a spotykam ich wielu w poradni paliatywnej, jest przykład: Steve Jobs. Miał dostęp do wszystkich możliwych terapii, jednak nie przeżył. Jest pełno książek typu „Ukryte terapie”, gdzie „pan Włodek spod Włodawy” odkrył jakiś wyjątkowy lek. Sam mógłbym stworzyć encyklopedię tych ukrytych pseudoterapii… Cieciorka w nogę, lewatywy z kawy (zawsze pytam jakiej: frappe czy z ekspresu), odrobaczanie i inne kretynizmy… Czas na temat trochę z innej beczki. Relacja lekarz - pacjent - rodzina. Są sytuacje, gdy bliscy pacjenta „chorując” razem z nim (a czasem i za niego), chcą go wyręczać w trudnych decyzjach. W mojej praktyce spotykam się niekiedy z sytuacjami, że chorujący rodzic oddaje dorosłemu dziecku prawo do decydowania o jego losie. Kiedy nadchodzi moment, że trzeba chorego pozostawić sam na sam z własną chorobą, by się z nią skonfrontował? Z bioetycznego punktu widzenia pacjent ma prawo się zrzec kompetencji na rzecz kogoś innego. Ale w każdej chwili może to zrzeczenie odwołać. Ale wtedy, kiedy rodzina mówi: „Tato, my wiemy co dla Ciebie lepsze”, to wtedy należy powiedzieć stop. Albo, gdy matka dorosłego chłopaka w hospicjum chorego na raka jądra mówi w liczbie mnogiej „Mieliśmy prześwietlenie, pojechaliśmy na badanie…” trzeba przekonywać: „Wiem, że pani z nim choruje, ale Michał ma autonomię, 25 lat, dowód osobisty, dziewczynę. Przeszedł zabieg orchidektomii i to on to musi przeżyć. Pani jajka nie obcięto. Jeśli będzie chciał się napić piwa, to ja mu to umożliwię jako szef hospicjum. Przyjedzie do niego dziewczyna i nie interesuje mnie co on z nią robi w pokoju. Nie jestem talibem i strażnikiem moralności”. Sam też na pewnym etapie mojej choroby miałem problem z rodzicami. Po 20 latach bycia poza domem musiałem tam trafić i uczyliśmy się siebie na nowo. Widziałem ich starszych, nie do końca radzących sobie z moją chorobą i jej skutkami. Ale też musiałem uszanować ich prywatność. To jest pewien kompromis między pacjentem a jego najbliższymi. Dla mnie najbardziej przerażające jest to, gdy konającym pacjentom rodzina wmusza remedium sempiternum, czyli rosołek. “Zjedz rosołku, bo musisz być silny, bo musisz dostać chemię”. Wtedy ich przestrzegam, żeby tych ważnych dni (nie mówię, że ostatnich) nie zmarnowali na walkę nad talerzem i o jogurcik, tylko wykorzystali na bliskość, żeby robić rzeczy sensowne. Spędza ksiądz dużo czasu z osobami chorymi. To rodzaj powołania, nie każdy się do tego nadaje. Kto od kogo więcej otrzymuje: pacjent od lekarza czy lekarz od pacjenta hospicjum? Kto potrzebuje więcej czasu na tę naukę? Nie da się tego jednoznacznie oddzielić. Każdy pacjent jest inną historią, inną relacją, inną osobą. I od niektórych się wiele uczymy, a niektórzy od nas wiele dostają. Tak jak na przykład w hospicjach jest nadreprezentacja naszych braci meneli. Oczywiste - oni są o wiele późnej diagnozowani. Boją się, że są nieubezpieczeni, piją na działkach i dopiero, kiedy padają na gębę ich kumple wzywają pogotowie. Po diagnozie w rejonowym szpitalu karetka odwozi ich do nas, my ubezpieczamy ich od razu (bo burmistrz czy wójt ma zawsze obowiązek ich ubezpieczyć) i wtedy stają się królami życia. Bo w końcu są umyci, w końcu mają obcięte pazury (podziwiam pielęgniarki, które sobie z tym radzą), w końcu trzy posiłki dziennie, czyste łóżko, telewizor, kącik piwosza i palacza. Bajka. Żyć nie umierać! Ale tam też się dzieją ciekawe sprawy. Oni, kiedy odzyskują część godności - takiej zwykłej, ludzkiej, zaczyna im się przypominać, że kiedyś mieli rodziny, dzieci, zaczynają wracać do relacji, które gdzieś zgubili. Tu dla mnie trudne zadanie - gdy proszą mnie, abym odszukał ich bliskich. Dzwonię i słyszę od syna lub córki, że ojciec był takim potworem, tak im zniszczył dzieciństwo - bo pił, bił, gwałcił matkę, siostrę, że nie chcą mieć z nim nic wspólnego. I mam dylemat: Czy ja mam prawo mu to powiedzieć tak wprost? Myślę, że nie. Gdy człowiek jest w stanie terminalnym, albo chwilę przed agonią, to nie mam prawa go dobijać tą informacją. Gdy dopytują, czy dzwoniłem, mówię im: “Tak, dzwoniłem. Pana rodzina wie, gdzie pan jest i jak pana odnaleźć”. To im daje do myślenia. Nie mam prawa moralnie zwalniać ich ze wszystkiego. To, że ktoś zachorował na nowotwór nie czyni go od razu wspaniałym i kochanym tatusiem. I na koniec. Proszę o dwie sytuacje z życia księdza jako pacjenta: Najlepsze i najgorsze spotkanie z lekarzem: Pierwsze doświadczenie to to, o którym opowiadałem wcześniej. Gdy doktor, zewnętrznie wyglądający jak „polski janusz” wzbudził we mnie największe zaufanie i do tej pory łączy nas jakaś forma przyjaźni. Najgorsza sytuacja: Młoda pani doktor w peozecie. Potrzebowałem skierowania do hospicjum domowego. Chciałem się do niej zapisać, bo nie miałem swojego lekarza rodzinnego. W przychodni rejonowej w Sopocie w okienku wskazuję na liście lekarzy wybrane nazwisko. Widzę przerażenie w oczach rejestratorek “Pani doktor będzie zła”. Siadam więc grzecznie w kolejce. Emerytki siedzą w gabinecie po 15 minut, a tuż przed moją kolejką pani doktor wychodzi. “Bardzo przepraszam, jeszcze ja jestem do Pani Doktor zapisany” - wstaję. “Nic podobnego. Ja Pana nie przyjmę!” Ale moja karta czekała na biurku. Usłyszałem ostentacyjne “Prsze!”, zatem wszedłem i stoję, żeby jej się trochę głupio zrobiło, ale nic, głowa w papierach. “Czy mogę usiąść?”- pytam. “Tak!” - odburknęła i zaczęła serię stand. pytań począwszy od numeru PESEL. “Pani Doktor - przerwałem jej - ja najmocniej Panią przepraszam, nie chcę zabierać Pani dużo czasu, bo wiem, że jest Pani zdenerwowana i zmęczona, poproszę tylko o skierowanie do hospicjum domowego” - i podsunąłem jej wypis z mojego szpitala, gdzie było napisane C71.9. Ona popatrzyła na papier, potem na mnie i zaczęły jej lecieć łzy… Profesjonalizm pod znakiem zapytania… Otóż to. A że przy wszystkim łzy mnie strasznie denerwują, to poprosiłem ją, by się opanowała, by nie płakała. „Na przyszłość - powiedziałem - proszę założyć, że ten ostatni w kolejce może potrzebować Pani najwięcej uwagi i czasu”. Myślę, że tę lekcję zapamiętała. Ale tak na koniec - przypomniała mi się jeszcze jedna pozytywna sytuacja. Pewien lekarz zachował się wobec mnie bardzo przyzwoicie, gdy po jakiejś dalekiej podróży, gdy przyjechałem na chemię jednodniową do Olsztyna, podskoczyło mi ciśnienie i nie chciało spaść. Zamknięto już właściwie Ośrodek Chemioterapii Jednodniowej i przeniesiono mnie piętro wyżej na Oddział, by obniżyć przed wlewem ciśnienie farmakologicznie. Pomału się udawało, a tam lekarz dyżurny grzecznie przyszedł do mnie, zagadywał, wygłupiał się i słuchał moich opowieści z mchu i paproci. I to było bardzo miłe. Jak można wspierać działalność Hospicjum im. św. Ojca Pio w Pucku? Wszystkie informacje znajdą Państwo na stronie www.hospitium.org - zawsze mile widziany 1% podatku. I zapraszam wszystkich młodych lekarzy co roku pod koniec wakacji do Pucka na Areopag Etyczny. Jest to kurs przekazywania trudnych informacji organizowany z udziałem aktorów, wykładowców bioetyki, prawa (w tym roku kolejna, 9. już edycja), który jest połączony ze szkołą windsurfingu, dla odreagowania trudnych tematów na wysokim poziomie emocji. Bardzo dziękuję za rozmowę. Rozmawiał: Mateusz Malik, lekarz. Zdjęcia: Damian Kramski: http://www.damiankramski.com/1 punkt
-
Spotkanie Porozumienia Rezydentów z Ministrem Zdrowia - na gorąco!
Długie i wymagające spotkanie przedstawicieli Porozumienia Rezydentów OZZL odbyło się dziś u Ministra Zdrowia Konstantego Radziwiłła. Czy na jego warunkach? Młodzi lekarze dyskutowali na tematy ważne dla całego środowiska takie jak 1) Wzrost wynagrodzenia rezydentów 2) Wynagrodzenie dla kierowników specjalizacji 3) Jawność PES-ów i możliwość zdawania ich na ostatnim roku specjalizacji 4) Możliwość zmiany rezydentury 5) Wzrost jakości kształcenia specjalizacyjnego, możliwość ewaluacji? 6) Problemy prawne podczas szkolenia specjalizacyjnego 7) Problematyka dyżurów medycznych Kwestia podwyżek rezydenckich wynagrodzeń należy do najbardziej trudnych – decyzja o przyznaniu dodatkowych środków zależy nie tylko od MZ, ale także od Ministra Finansów i - szerzej - polityki Rządu. Minister wprawdzie zdaje sobie sprawę problemu braku z wynagrodzeń dla kierowników specjalizacji ale deklaruje, że na zmiany nie ma pieniędzy. Negocjowane kwestie, w których nie ma różnicy zdań między MZ a PR: system dyżurów jest zły i trzeba go zmienić - padły konkretne propozycje należy zmienić system rekrutacji na specjalizacje potrzeba uproszczenia procedur do specjalizacji konieczna jest aktualizacja literatury do programów specjalizacji Do dużych sukcesów negocjatorów należy deklaracja min. Radziwiłła, że o ważnych dla rezydentów sprawach zawsze ich opinia będzie wysłuchana.1 punkt
-
Wyobrażenia kontra rzeczywistość
1 punktWyobrażenia. Obchód lekarski w białych, wykrochmalonych fartuchach, wszyscy w skupieniu, przechodzimy z sali do sali, od pacjenta do pacjenta - każdego jeden po drugim szczegółowo omawiamy. Wszystko z powagą, niemalże pietyzmem. Pacjenci leżą równo w łóżkach, czekają spokojnie, panuje cisza. W głowie kłębią się poważne koncepcje co do diagnostyki, rozpoznań i leczenia. Choć tak na prawdę ... 7:15: zaczynamy raport z kończącego się dyżuru. Przyjętych 8 nowych pacjentów, 4 operowanych. Zabiegi skończyły się 3:30 w nocy. Na Izbie praca do rana. Na raporcie 5 specjalistów i 2 rezydentów. Na 2 oddziałach około 30 pacjentów. Zaraz będzie problem. Do obstawienia 3 poradnie, 5 zabiegów na jednym stole i izba przyjęć. Ok, starczyło rąk do podziału, tylko, że na izbę i oddział pozostał jeden młodszy lekarz. Idziemy na obchód, szybko, bo zaraz trzeba ruszyć dalej. Wyobrażenia. Po obchodzie czas zająć się swoimi pacjentami - każdego zbadać, porozmawiać i napisać zlecenia. W dyżurkach odbywa się szczegółowe planowanie dalszego procesu diagnostyczno-terapeutycznego. Lekarze pracują i planują, w atmosferze owianą przed pacjentami niemalże tajemnicą, dalsze plany. Wszystko po to by móc później odpowiedzieć wyczerpująco na każde pytanie pacjenta i rodziny - lekarz wie wszystko Choć tak na prawdę ... 7:45 - na oddziale 8 nowych pacjentów z dyżuru, 2 z planowych przyjęć. Kto się kim zajmie? Jeden z kolegów już schodzi do poradni, dwóch biegnie na blok, chwilę później zostaje już całkiem sam. Zaczynam dawać zlecenia. Dzwoni telefon z Izby Przyjęć - Doktorze, przyjechało pogotowia, pacjent z silnymi bólami brzucha - Dobrze, jeśli może, to niech usiądzie w poczekalni, pogotowie proszę odesłać, skończę zlecenia i zejdę, jak coś to proszę dzwonić - Dobra - słyszę ze słuchawki. Zamiast kolejnego akapitu z serii "Wyobrażenia", czyli jak widzimy pracę lekarza, proszę obejrzeć losowy odcinek dr House'a czy "Na dobre i na złe" (wczoraj była "piękna" akcja ratunkowa przechodniów potrąconych na przystanku - nawet ginekolog odbarczał odmę opłucnową!). Tam z reguły pokazują wszystko dokładnie odwrotnie niż jest na prawdę lub tak, że na prawdę chciałoby się tam pracować. Choć tak na prawdę ... 8:00: Potrzebuję konsultację ginekologiczną dla jednej z pacjentek, ale ginekologię mamy w innym budynku. Sama nie pójdzie, wózek nie przejedzie. Ok, trzeba wezwać transport pogotowia ... dzwonie ... dzwonie... nikt nie odbiera. Zadzwonie za chwilę, najpierw wypełnię papiery: zlecenie na transport, podbicie 4 kopii, skierowanie na konsultację.... Doktorze, pacjentka z 13-stki (z sali nr 13.) wymiotuje, a lekarz prowadzący dziś po dyżurze. - Dobrze, zaraz podejdę - odpowiadam. Co to ja robiłem? Aaaa, transport... dzwonie... dzwonie.... uff, załatwione. Ledwo odłożyłem telefon, ten zaczyna dzwonić - Doktorze, pacjent na izbie się już niecierpliwi, zejdzie Pan? Dotarłem na Izbę, 11-latek, od 3 dni wymioty i biegunka, od rana mocno zaczął boleć brzuch. Badam, brzuch zupełnie miękki, niebolesny ... CZEMU WIĘC TRAFIŁ NA CHIRURGIĘ? I w tym momencie przypominam sobie, że "podobno" każdy pacjent z ostrym bólem brzucha, który trafi na oddział pediatryczny jest odbijany najpierw do chirurga. Coś mi się nie chce w to wierzyć, ale tak mówią. Szkoda tylko, że w naszym mieście nigdzie nie ma chirurgii i pediatrii razem i muszę wysłać chłopca do pediatry do innego szpitala. Mama krzywi się, że nie mają jak dojechać, a drugie dziecko zostawiła na chwile z sąsiadką i co ona teraz ma zrobić? Robi mi się przykro, chciałbym jakoś pomóc, ale ... znów telefon - Proszę przyjść na blok, potrzebna 2 asysta do zabiegu, pilne. Kończę kartę informacyjną dla chłopca i lecę na blok. Napilbym się czegoś, ale nie mam drobnych do automatu, a rano nie zdążyłem nic wziąć... no nic, biegne do zabiegu, później się napiję. - Proszę stanąć od lewej strony i tak złapać hak... nie, nie tak... dobrze... proszę trzymać... - Mija 30 minut, ręka mi cierpnie, boje się ruszyć, walczę sam ze sobą. - Prosiłem Pana żeby trzymał Pan o tak do góry, ja wiem, że ciężko, ale jeszcze chwile - Podtrzymuje sobie rękę drugą ręką. Ale bym się napił kawy. Ciekawe ile pacjentów już czeka na izbie... I tak latam, biegam do północy i kiedy to próbuję na chwile przymknąć oko... znów telefon i słyszę, że na izbie pojawia się jeszcze 8-latka, która 2 dni temu doznała urazu głowy i zaczęła teraz wymiotować. Niechętnie schodzę do izby - tam spotykam uśmiechniętą i nieco skrępowaną sytuacją i godziną mamę z uroczą córką, która snuje się z kąta w kąt po poczekalni i chyba nie do końca wie po co tu jest. Na szczęście okazuje się, że nic poważnego się nie stało, a "dziewczyny" na odchodne śmieją się, że skoro mogą iść do domu to będą dalej rozpaczać nad NIEWYOBRAŻALNĄ porażką szczypiornistów z Chorwatami. Wszyscy się śmiejemy, żegnamy i tym miłym akcentem kończy się rozwiązywanie problemów na dziś. Wyjątkowo śpię od 1 do 6 rano bez przerw. Luksus Z mojej kilkuletniej, zawodowej perspektywy, medycyna to jednak nie jest codzienne stawianie spektakularnych diagnoz i wykonywanie heroicznych zabiegów, a wymagająca, ciężka praca u podstaw. Czasem denerwująca, zniechęcająca, a czasem niezwykle przyjemna, satysfakcjonująca i inspirująca. Powyżej chciałem pokazać jak może wyglądać dzień rezydenta czyli młodego lekarza w trakcie specjalizacji. Pacjent, który do mnie przychodzi, chciałby abym oddał mu swoją całą uwagę, zaangażowanie i wiedze - młody lekarz też by tego chciał, tylko w takich dniach jak ten, nie zawsze jest już w stanie.1 punkt
-
Dotknij palcem ekranu... nim skalpelem dotkniesz pacjenta
Chirurgia jest dziedziną medycyny, w której wiedzy teoretycznej nie sposób przecenić nad doświadczeniem zdobytym przy stole operacyjnym. By osiągnąć powodzenie zabiegu i zadowolenie z uzyskanej pracy, rezydent chirurgii musi poświęcić wiele godzin na doskonalenie swoich umiejętności asystując do zabiegów o różnych poziomach trudności. Zapoznając się z kolejnymi czynnościami manualnymi oraz procedurami instrumentalnymi, eliminuje stres związany ze środowiskiem bloku operacyjnego oraz uczy się jak zapobiegać powikłaniom pooperacyjnym. Na drodze młodego lekarza stoją dodatkowe przeszkody takie jak nieumiejętność powiązania wiedzy książkowej z operacyjną oraz nierzadko brak możliwości powtórzenia tego, co się już zrobiło. Z pomocną dłonią przychodzi jednak postęp, który odbywa się na polu nowoczesnych technologii i informatyki. W rzeczywistości, w której niemal każdy zabieg operacyjny poprzedzony jest skomputeryzowanym badaniem radiologicznym, trudno się z tym nie zgodzić. Touch Surgery (ang. chirurgia dotykowa) to aplikacja stworzona w 2013 roku przez londyńską firmę Kinosis, z myślą o urządzeniach przenośnych (tablety, telefony itd.). W swych założeniach daje możliwość przeprowadzenia ponad 120 operacji sposobem „step-by-step”, z zakresu m.in. takich specjalności lekarskich jak chirurgia ogólna, naczyniowa, onkologiczna czy ortopedia. Na każdym z kilkunastu etapów, na które podzielony jest zabieg, użytkownik otrzymuje intuicyjne instrukcje do dalszego postępowania. Przykładowo, program przypomina o konieczności dezynfekcji pola operacyjnego, by po kilku późniejszych stadiach pokazać w jaki sposób podwiązać tętnice wyrostka robaczkowego w klasycznej apendektomii. Wszystko odbywa się w generowanym przez program otoczeniu 3D – uzyskujemy przez to wierne obrazy anatomiczne ciała pacjenta. Są one realistyczne, dlatego wrażenia z użytkowania programu można z pewnością przenieść na blok operacyjny. Jean Nehme – były chirurg plastyczny i współzałożyciel firmy przekonuje: „Operowanie na pacjencie nie jest najlepszą metodą nauki chirurgii. W uproszczeniu, nie chodzi tu tylko o cięcie, ale także o świadomość tego, co się tnie.” Musimy mieć przecież ciągle na uwadze zdrowie i życie chorego. Touch Surgery gwarantuje bezstresowe rozwiązywanie danego problemu chirurgicznego z nieograniczoną ilością powtórzeń. Podczas działania, aplikacja wyróżnia nam ryzykowne elementy zabiegu. Od początku swego działania, program zyskał grono ponad 180 000 użytkowników. Co ciekawe, duża ich część to pacjenci, którzy chcą zrozumieć operację, której będą poddani i zobaczyć to, co dla chirurga jest trudne do wytłumaczenia. „W programie każda operacja wydaje się taka prosta. Działa to na nas (chorych) uspokajająco.” – mówi Barrett Veldsman, autor animacji TS. On sam korzystał z aplikacji przed swoją cholecystektomią. W odróżnieniu od istniejących symulatorów chirurgicznych, aplikacja wychodzi ze swą treścią do naprawdę wielu osób. Także do tych niezwiązanych zawodowo z medycyną, bądź dopiero poznających jej aspekty (studenci). Touch Surgery jest zarazem bardzo rozwojowa. Twórcy planują rozbudować jej środowisko tak, aby w przyszłości mogła funkcjonować wraz z systemem wirtualnej rzeczywistości – Oculus Rift. Aplikacja Touch Surgery jest darmowa, dostępna w iTunes oraz na platformie GooglePlay.1 punkt
-
Biały fartuch, mroczna reputacja. Tak w Polsce widzą lekarzy?
Lubimy dyskutować o tym, jak środowisko lekarskie jest postrzegane i oceniane przez społeczeństwo. Spotykamy się jako grupa zawodowa z ostrą falą krytyki, by chwilę późnej odebrać zgodną owację, wyrazy najwyższej estymy i wdzięczności ze strony obywateli za ochronę cennego zdrowia, uratowanie życia. Z czego wynika ta polaryzacja społecznych nastrojów? Na ile mamy na nią realny wpływ? Czy da się budować dobry PR w skali całej korporacji czy tylko jednostkowo? Jesteśmy jako grupa zawodowa na tyle wyalienowaną i ekskluzywną społecznością, że społeczeństwo postrzega nas jako pewien monolit, brać, wspólnotę interesów. Ocena pracy jednostek przekłada się na opinię o całym środowisku - zarówno w pozytywnym, jak i negatywnym przypadku. Daleko nam do fryzjerów, krawców czy cukierników, którzy też niekiedy tworzą grupy branżowe, ale są postrzegani wyłącznie w kategorii społecznego pożytku i bardzo indywidualnie. Znamy wybitne zakłady fryzjerskie, popularne firmy krawieckie, wybitnych cukierników. Usługodawca. Społeczne zapotrzebowanie. Renomowany specjalista. Czy nie da się znaleźć wspólnego mianownika? Sądzę, że to dość karkołomne. Przyznacie Państwo, że prostsze wydaje się porównanie z nauczycielami, którym jednak nigdy media i korytarzowa opinia szeptana takich „batów” krytyki nie wymierzają, choć spotyka ich na swej drodze każdy obywatel. Co zatem stanowi o wyjątkowości naszego położenia? Po pierwsze przepaść wiedzy i budowany od wielu lat dystans. Wiedza na temat ludzkiej fizjologii, anatomii oraz ich zaburzeniach budzi w dużej części „niewtajemniczonych” rodzaj zaintrygowania ale też niechęci. Wątpliwa przyjemność śledzenia sekcji zwłok budzi bodaj najwięcej zainteresowania słuchających opowieści o studiach medycznych, choć niewielu jest chętnych, by w takim wydarzeniu wziąć udział. Stworzona na przestrzeni dziejów elitarność i tajemność wiedzy medycznej jest obecnie coraz bardziej rozmywana poprzez całkowicie otwarty i powszechny dostęp do materiałów edukacyjnych. W ślad za tym powinna iść coraz bardziej partnerska relacja lekarzy z pacjentami. Mimo to wciąż bardzo często obserwuje się medyków (w szczególności obficie utytułowanych), którzy budują swoją pozycję w oparciu o przedpotopowy schemat „profesor-uczeń” lub „znawca-profan”. Tworzy to rodzaj respektu i zaufania, który jednak łatwo pęka w sytuacji kryzysu, jakim jest błąd lub powikłania. Warto zauważyć, że elitarność medycznej profesji ma też niekiedy ważny społeczny aspekt. W naszym kraju, w części małych społeczności lekarz obok przedstawiciela władzy i kościoła stanowi niekiedy lokalny autorytet. I dobrze, jeśli tę pozycję wykorzystuje ku pożytkowi ogółu. Od dużych grup zawodowych lekarzy odróżniają także inne specyficzne cechy tej profesji: Występowanie w roli funkcjonariusza publicznego (w pewnych sytuacjach). Uzasadniony zakaz reklamy osób i usług lekarskich narzucony wewnętrznie przez korporację (KEL). Postrzeganie pomocy medycznej jako czegoś w sposób oczywisty dostępnego i darmowego. Finansowanie budżetowe przy jednoczesnym dużym, otwartym rynku prywatnym i pewność zatrudnienia. W jednym akapicie klika ważnych aspektów. Słynna jest sprawa pani ginekolog z południa Polski (za Gazetą Wyborczą), która przed sądem przegrała sprawę (wyrok nieprawomocny, 07.2015), wytoczoną portalowi ZnanyLekarz. Na stronie tej, na jej nieautoryzowanym „profilu” anonimowa pacjentka przedstawiła druzgocący i kompromitujący opis wizyty w poradni odradzając innym korzystanie z usług pani doktor. Powódka zażądała usunięcia nieprzychylnego komentarza. Sąd nie przychylił się do jej argumentów i stwierdził m.in., że „lekarz jak sędzia jest osobą publiczną i musi liczyć się z tym, że jego działalność będzie oceniana”. Portal zatriumfował (nie po raz pierwszy), w gruncie rzeczy zdrowy rozsądek też, bo każdy może sobie wyrobić opinię sam, ale niesmak pozostał. Kontrowersyjny jest sam pomysł lekarskich profili na tego typu portalach, które w większości są nieautoryzowane, przy czym są koledzy, którzy swoje profile „nadzorują”, korzystając przez to z wątpliwej etycznie reklamy. Co do rzeczonej reklamy, to ta z założenia ma w sobie coś fałszywego- koloryzuje rzeczywistość, ukazując wyłącznie pozytywne aspekty; wymaga nakładu pewnych środków ale też przekłada się na finansowy sukces. Środowisko lekarskie już dawno uznało, że kwestia zdrowia i życia jest zbyt delikatna, by o rozpoznawalności danego specjalisty decydował jego zmysł marketingowy lub majątek, a nie umiejętności i doświadczenia. Czasy mocno się zmieniają: ośrodki medyczne (także te duże) staja się firmami nastawionymi na zysk, lekarze łączą pracę w placówkach publicznych i prywatnych, a przy tym coraz więcej uczniów Hipokratesa za duże pieniądze firmuje swoim nazwiskiem konkretne produkty, nie zważając na zapisy Kodeksu Etyki Lekarskiej i kary grożące za ich łamanie. Nachalność i informacyjny fałsz części reklamy budzi wręcz niesmak (-> "Lek na kaszel palacza") Pieniądze. Ponoć o nie wszystko się rozbija. Czy każda grupa zawodowa obracająca dużymi środkami ma, mówiąc potocznie, „przechlapane” w oczach opinii publicznej? Otóż nie. Pomijając radykalnych marksistów nie słyszałem o pomyjach wylewanych na pierwszego z brzegu majętnego dyrektora sieci sklepów, wybitnego muzyka czy restauratora. Problem pojawia się tam, gdzie dotykamy środków publicznych. Lekarze w dużej mierze są w Polsce zatrudnieni „przez państwo” w placówkach publicznych i choć budżetowe wynagrodzenia nie należą do najwyższych, to jesteśmy, drodzy Państwo postrzegani jako funkcjonariusze systemu ochrony zdrowia. Za wszystkie (a przy tym bardzo liczne) niedostatki sfery, za którą odpowiada państwo obrywa się tym, którzy z obywatelami mają faktyczny kontakt. Każda pielęgniarka i każdy/a lekarz/lekarka stał/a się w pracy ofiarą przemocy słownej lub fizycznej pacjenta. Tu sprawa komplikuje się jeszcze bardziej, gdyż w Polsce do tej pory żaden minister, prezes NFZ czy polityk nie określił jasno, co obywatelowi należy się od państwowej służby zdrowia, poza tym, że wszystko. Obywatele, skądinąd słusznie, oczekują więc wszystkiego od lekarzy, co rodzi nieuchronne konflikty. Przeciętny lekarz ma nieograniczone możliwości zarabiania pieniędzy (niezbędność usług, prywatna działalność, klauzula opt-out, dyżury, wysokie stawki za niektóre zabiegi i procedury, dorabianie w kilku miejscach, badania kliniczne, współpraca z firmami farmaceutycznymi, wydawnictwami, działalność dydaktyczna, wreszcie wykorzystywanie zależności pacjenta i praktyki korupcyjne). Móc a skorzystać to jednak dwie różne sprawy. Część z medyków tę okoliczność wykorzystuje w sposób bezmyślny, nadmierny i destrukcyjny. Tak rodzą się problemy uzależnionych od statusu materialnego, pozycji społecznej i używek wszelkiej maści lekarzy, którzy gubią niezbędny dystans. Kumulacja odpowiedzialności prawnej, frustracji i stresu w pracy, obawy o życie pacjentów i zachłanności musi prowadzić do wypaczeń. Kwestią tą poruszył w kontrowersyjnym wywiadzie udzielonym Newsweekowi dr Grzegorz Luboiński z Centrum Onkologii w Warszawie (pozycja obowiązkowa). „Pazerne doktory” podzieliły środowisko głównie w aspekcie publicznego roztrząsania wewnętrznych problemów korporacji, ale trudno odmówić troski o bezpieczeństwo pacjentów diagnozowanych i leczonych przez osoby ekstremalnie przepracowane. Nie jest prawdą, że system wymusza przyjmowanie pozycji wyrobnika. Wspólne opamiętanie i postawienie klarownych postulatów wymusiłoby na władzy konieczne zmiany systemowe. Ale liczba beneficjentów tego stanu rzeczy jest tak duża, że nie wydaje się, by ten stan rzeczy miał ulec zmianie. Łączenie pracy w placówkach publicznych i konkurencyjnych prywatnych, brak w wielu aspektach kontroli medycznej nad praktykami prywatnymi, łączenie pracy lekarza i paramedycyny… To tylko kilka przykładów praktyki, która w oczach społecznych wystawia na szwank reputację całego środowiska. Jeśli dołożyć do tego „branie lekarzy w kamasze” przez niektórych polityków i niesprawiedliwe wyroki wydawane przez massmedia w wielu konkretnych sprawach dotyczących rzekomych i faktycznych błędów medycznych okazuje się, że jest aż nazbyt wiele powodów do niechęci wobec szeroko pojętego środowiska lekarskiego. A jeśli wzbogacimy tę litanię o rosnącą roszczeniowość pacjentów i ich prawników, wieloletnie zaniedbania w nauczaniu medyków komunikacji interpersonalnej i totalna nieobecność polityki „sorry works” w szpitalach, to wnioski nasuwają się same. Jak przeciętna lekarka pracująca sumiennie od lat w jednym miejscu w Polsce, zarabiająca półtorej średniej krajowej, co z mniejszym lub większym zapasem wystarcza na zapewnienie bytu rodzinie ma przekonać polskiego pacjenta, że można żyć normalnie, a za zdobytą wiedzę i wypracowane doświadczenie należy jej się znacznie wyższa pensja? Na to pytanie nie znajdzie odpowiedzi żadna prężna i zorganizowana grupa lekarzy, związek zawodowy, partia polityczna ani grupa lobbystów. Ale wystarczy, że opisywana pani doktor przekona do tego swoich pacjentów. Pokazując zwykłe, ludzkie oblicze kruszymy mit posągowego, pazernego i oderwanego od rzeczywistości cyborga. Warto mieć pacjentów po swojej stronie. Mateusz Malik, lekarz PS. Meksykański przykład „rozbrajania” negatywnej opinii o lekarzach. Na śpiocha? Na wesoło! (natopie. pl)1 punkt
-
Wywiad - Porozumienie Rezydentów w Newsweeku
Zapraszamy do ciekawego wywiadu z przedstawicielami Porozumienia Rezydentów opublikowanego w dzisiejszym Newsweeku. Warto przy tej okazji podkreślić jak dużą pracę wykonują członkowie Porozumienia dla dobra specjalizujących się w Polsce lekarzy, a tym samym i pacjentów - informacje o problemach przedostają się do coraz szerszego grona odbiorców. Taki rozmach pozwala realnie myśleć o pozytywnych wynikach tych starań - może już niedługo? Cytat z wywiadu Źródło: http://www.newsweek.pl/mlodzi-lekarze-w-polskich-szpitalach-czego-sie-boja-,artykuly,376979,1,z.html Zapraszamy na stronę fb Porozumienia Rezydentów.1 punkt
-
Aktualizacja list MNiSW - nowe punkty dla Czasopisma PM!
UWAGA! Mamy ogromną przyjemność ogłosić, iż ukazał się nowy wykaz czasopism z punktacją Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego, wg których zaprzyjaźnione Czasopismo PrzypadkiMedyczne.pl otrzymało 3 punkty MNiSW. Jest to wynik wyższy niż w roku ubiegłym! Pełna lista punktowanych czasopism znajduje się na stronie: http://www.nauka.gov.pl/komunikaty/komunikat-w-sprawie-wykazu-czasopism-naukowych-wraz-z-liczba-punktow-przyznawanych-za-publikacje-w-tych-czasopismach.html1 punkt
-
Przychodzi baba do lekarza: złamałam kark...
Cytat na dziś: Homo sapiens sapiens. Gatunek, obdarzony wyrafinowanym ośrodkowym układem nerwowym, z którego niekiedy wcale nie korzysta. Do śmiechu: Przychodzi baba do lekarza: - Co pani dolega?- pyta się lekarz. - Złamałam kark - odpowiada baba. - To dlaczego ma pani gips na nodze? - A bo mi się zsunął. Polecamy na weekend: FILM KSIĄŻKA MIEJSCE Novocaina (FilmBox HD, Niedziela, 13.12.2015, 22:35) RECENZJA >>> Twarzą w twarz. Moja droga do pierwszego pełnego przeszczepu twarzy Maria Siemionow RECENZJA >>> Trójkąt Trzech Cesarzy (granica zaborów) Mysłowice / Jaworzno / Sosnowiec1 punkt
-
Z ostatniej chwili: OZZL odpowiada do MZ
Poniżej przedstawiamy odpowiedź Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Lekarzy na prośbę Ministra Zdrowia. Odpowiedzi zostały podzielone na 3 kategorie: I. Do wprowadzenia „od zaraz”, poprzez zmiany w odpowiednim rozporządzeniu MZ II. Problemy lekarzy do rozwiązania przez głębsze zmiany III. Problemy „ustrojowe” Lektura poniższej korespondencji zwraca uwagę na bardzo dobrą komunikację między stronami co może mieć korzystne i znaczące skutki dla stron. Czy będzie tak na prawdę? Kiedy możemy oczekiwać pierwszych zmian? Poniżej publikujemy tekst odpowiedzi Źródło: w formie listu1 punkt
-
Przychodzi szkielet baby do lekarza...
Do śmiechu: Przychodzi szkielet baby do lekarza. Po długim badaniu baba pyta zaniepokojona: - Panie doktorze, czy to coś poważnego? - Jeszcze nie wiem, trzeba zrobić prześwietlenie. Polecamy na weekend: Film Książka Miejsce Motyl. Still Alice (Cinemax, sobota 05.12.2015, 20:35) RECENZJA >>> Bez rąk, bez nóg, bez ograniczeń! Nick Vujicic RECENZJA >>> Afrykarium we Wrocławskim ZOO Na zdjęciu: uchatki afrykańskie w trakcie sjesty1 punkt
-
Medycy wciąż głodni reform w ochronie zdrowia! Fotoreportaż
Jak mogliście przeczytać z powodu stale utrzymującego się lekceważenia przez Rząd problemów polskiej ochrony zdrowia dnia 02.10.2017 Porozumienie Rezydentów OZZL przy oficjalnym wsparciu Porozumienia Zawodów Medycznych rozpoczęło protest głodowy. W Samodzielnym Publicznym Dziecięcym Szpitalu Klinicznym (SPDSK) w Warszawie bohaterska grupa kilkudziesięciu medyków różnych profesji rozpoczęła desperacką walkę o dobro Polskiej ochrony zdrowia. Przypominamy iż głodują oni w imię pięciu głównych postulatów, którymi są: Pierwotną grupę uczestników musiało opuścić (miedzy innymi z powodów zdrowotnych) już kilka osób, jednak wciąż do akcji dołączają się kolejne osoby. Pomimo upływu ponad pięciu dni na horyzoncie nie widać przełomu, gdyż wszelkie próby negocjacji pozostają bezowocne. Wszystkich którzy zgadzają się z powyższymi postulatami zapraszamy by pojawić się na pikiecie która odbędzie się pod Ministerstwem Zdrowia (Warszawa ul. Miodowa) dnia 07.10.2017r o godzinie 15:00 Poniżej kilka fotografii z czwartego dnia głodówki: Autor fotografii: M. Latek0 punktów
-
Głodówka pierwszym znakiem ogólnopolskiego protestu lekarzy
Porozumienie Rezydentów OZZL przedstawiło oficjalny program działań protestacyjnych na jesień tego roku. W związku z niezrealizowaniem przez stronę rządową podstawowych postulatów całego środowiska medycznego i zignorowanie społecznego głosu za wyraźną podwyżką płac w medycynie wypowiedzianego przez blisko ćwierć miliona podpisów obywateli lekarze w trakcie specjalizacji zdecydowali się wkroczyć na kolejny szczebel sprzeciwu. Ogólnopolski strajk głodowy pod roboczym hasłem Głodni zmian w ochronie zdrowia, który rozpoczyna się 2 października 2017. Całe środowisko medyczne, znając tragiczną sytuację polskich pacjentów, których spotyka na co dzień walczy od lat o uzdrowienie całego systemu i radykalną poprawę jego finansowania. Te postulaty zbywane przez kolejne ekipy rządowe powracają jak bumerang, bo sytuacja nie jest zła i stabilna: pacjent o imieniu polski system ochrony zdrowia jest wyniszczony, niedożywiony i na granicy przetrwania. Liczba lekarzy, która jest w Polsce przewidziana do pracy z pacjentami jest zdecydowanie zbyt mała i odbiega od europejskich średnich. Podobny problem od lat narasta już wśród personelu pielęgniarskiego, ale też ratowników. Zatrudnieniem kusi Zachodnia Europa, ale i w Polsce wiele lekarzy i pielęgniarek znajduje zajęcie poza niesprawnym systemem: bardziej komfortowa praca za dużo lepsze pieniądze. Jest jednak grupa, która w imieniu swoim i pacjentów nie boi się powiedzieć STOP. Głośniej i liczniej niż kiedykolwiek dotąd zwraca uwagę na nabrzmiewające problemy, wzywając polityków do realizowania swoich obowiązków: Do ogólnopolskiego protestu, który jest ostatnim ostrzeżeniem przed odejściem od łóżek chorych może przyłączyć się każdy lekarz, niezależnie od wielu i doświadczenia. Prospołeczne działanie lekarzy rezydentów można wesprzeć nie tylko przez protest głodowy, ale też poprzez akcję oddawania krwi, pójście na zwolnienie lekarskie czy wzięcie urlopu na żądanie w pierwszych dniach października 2017. Każda droga jest dobra, by zapewnić stabilność polskiego systemu zdrowia na nadchodzące lata, wszak sami lekarze stają się nierzadko pacjentami. Każdemu w Polsce powinno zależeć na sprawnym, wydajnym i europejskim standardzie w krajowej medycynie. Mateusz Malik, lekarz0 punktów