Skocz do zawartości
View in the app

A better way to browse. Learn more.

MedFor.me - Medycyna. AI. Obiektywnie

A full-screen app on your home screen with push notifications, badges and more.

To install this app on iOS and iPadOS
  1. Tap the Share icon in Safari
  2. Scroll the menu and tap Add to Home Screen.
  3. Tap Add in the top-right corner.
To install this app on Android
  1. Tap the 3-dot menu (⋮) in the top-right corner of the browser.
  2. Tap Add to Home screen or Install app.
  3. Confirm by tapping Install.

Artykuły

Artykuły - MedFor.me - Medycyna. AI. Obiektywnie
Idąc na świąteczny dyżur nigdy nie wiadomo, czy czeka nas zupełna cisza i spokój, czy wręcz odwrotnie - totalny sajgon. Ja nigdy nie staram się jakoś specjalnie nastawiać, raczej po prostu otwarta jestem na wszelkie ewentualności. Chociaż wiadomo, że wolałabym mieć jak najmniej pracy w święta.
Zmieniamy się około 8.15-8.30. Zaraz potem zaczynam na oddziale wizytę. Pacjentów, jak na święta, mam sporo - koło dwudziestu osób na moim skrzydle. Jak zaczynałam tu pracować bywały święta, na które zostawało dosłownie kilku pacjentów. Od jakiegoś czasu to się zupełnie zmieniło - przez większość dni w roku oddział pęka w szwach, przed dyżurem na całym piętrze bywa, że mamy 1-2 wolne łóżka.
Wizyta zajmuje mi dziś jakieś 2 godziny. W „normalny” weekend różnie, czasem nawet do czterech, zależy, ile ciężkich stanów mam na oddziale. Dziś właściwie mam tylko jedną pacjentkę, którą muszę intensywnie się zająć - przyjęta dwa dni temu z niedokrwistością ze stacji dializ. W gastroskopii wykonanej w piątek - duża ilość krwi w żołądku, bez widocznego miejsca krwawienia. Pacjentka na szczęście od przyjęcia stabilna krążeniowo-oddechowo, dostała przy przyjęciu krew i osocze, dziś kolejny spadek parametrów morfologii, zamawiam więc kolejne jednostki krwi i osocza, proszę o konsultację chirurga, przenoszę pacjentkę na salę monitorowaną. Z jednej strony trochę na wszelki wypadek, z drugiej - pacjentka od rana jest w bardzo słabym kontakcie, podsypiająca, a znajdujemy w jej szafce klonazepam, którego jak się chwilę później okazuje, zjadła na noc trzy tabletki, bo nie mogła zasnąć. Jeśli chodzi o krwawienie z przewodu pokarmowego, pacjentka nie ma wymiotów, ani biegunki, chirurg poleca obserwować, toczyć i wykonać kontrolną gastroskopię w razie pogorszenia lub planowo we wtorek. Do końca dyżuru pacjentka stabilna, nawet trochę się obudziła.
Krótka przerwa na świąteczny obiad i ciasto. Mała herbatka. Otwieram okno - na dworze przepiękna wiosenna pogoda, zawieszam się na chwilę na widoku gór w promieniach słońca. Pocieszam się jedynie wskazaniami aplikacji smogowej - dziś w kotlinie normy zdecydowanie są przekroczone. Teraz rodziny pacjentów zaczynają dbać o moje zdrowie - odciągają mnie od okna, dowiadując się o stan zdrowia swoich bliskich. Pomimo, iż ordynator już jakiś czas temu na każdej dyżurce wywiesił ogłoszenie o udzielaniu informacji o stanie pacjentów w dni powszednie po godzinie 12, a na dyżurze wyłącznie na temat pacjentów nowo przyjętych, nikt zdaje się nie czytać powyższej kartki. Można by rzec, że walą drzwiami i oknami, każdy zadając tysiące pytań. Udzielam i udzielam tych informacji, aż herbata zdążyła mi już wystygnąć
Czas na konsultacje. Ja na dyżurze konsultuję jedną z chirurgii, laryngologię, i przede wszystkim ortopedię. Dziś właśnie tam wzywają mnie do dwóch urazowych pacjentów. Jeden, poza stwierdzoną kilka lat temu marskością wątroby, nie choruje na nic przewlekle, leków na stałe nie przyjmuje, w badaniach laboratoryjnych bez odchyleń, EKG i ciśnienie w porządku, w badaniu bez odchyleń. Wpisuję konsultację, nie mam zastrzeżeń, reszta już  w rękach anestezjologa i ortopedy.  Drugi to starszy pan, przed 90-tką, po dwóch zawałach, z małopłytkowością 50 tys, z wydłużonym APTT i INR, przywieziony kilka minut temu z SOR-u po urazie biodra. Wpisując konsultację, pytam kolegę ortopedę, czy jest pewny, że chce pana operować, czy widział wyniki, które pojawiły się chwilę wcześniej. Zdziwiony sprawdza przy mnie i stwierdza, że jednak zoperuje dziś tylko tego pierwszego. Szkoda, że nie sprawdził ich zanim zlecił mi tę konsultację. Ale w tym dyżurowym pędzie każdemu zdarza się zupełnie nieumyślnie zlecić innym dodatkową pracę. W końcu mnie żadna wielka krzywda się nie stała, a pacjentowi tym bardziej - został zbadany przez jednego doktora więcej
W międzyczasie szuka mnie już SOR. Świąteczny standard - można by rzec - alkoholowa choroba wątroby zdekompensowana: żółtaczka, wodobrzusze, obrzęki, do tego niedokrwistość. Przyjmuję pacjenta, badam, zlecam badania, leki, robię usg brzucha, żeby sprawdzić, czy oprócz wodobrzusza jest coś jeszcze niepokojącego - na szczęście nie. Zamawiam krew i zabieram się do wypełniania tony dokumentacji.
Ledwie uporałam się z tym przyjęciem - kolejny telefon z SOR-u. Jest koło godziny 20-21. Pacjent przywieziony rano wychłodzony, bezdomny, pod wpływem alkoholu. Po ogrzaniu pacjenta okazało się, że gorączkujący, z podwyższonymi parametrami zapalnymi, na nogach kikuty po amputacjach palców obu stóp - rok temu po ich odmrożeniu. Pytam o stan kikutów, lekarz SOR-u informuje mnie o zagojonych ranach. Późna pora, albo świąteczny czas zmniejszają moją czujność. Powinnam zejść i sprawdzić nogi, czy aby na pewno pacjent nie powinien trafić na chirurgię. Ale decyduję o przyjęciu pacjenta na oddział. Na oddziale pielęgniarki odwijają opatrunki na nogach, na jednej sucha martwica, na drugiej ropna wydzielina. W dużym skrócie pacjent wyglądający i pachnący jak bezdomny. Mówi, że mieszka w altance. Rozmawiam, badam, znajduję na plecach rozległe blizny po oparzeniach, pacjent przyznaje, że to po pożarze kilkanaście lat temu. Na nic się nie skarży, jest grzeczny. Wracam do dyżurki, zaczynam wypełniać dokumenty, zlecać badania, leczenie, konsultację chirurga, posiew z rany, zajmuje mi to jakieś 20-30 minut. Kiedy już prawie kończę dzwoni telefon. Pielęgniarki wzywają mnie do pacjenta. Chce się wypisać na własne żądanie. Na sali pacjent już ubrany, kończy ubierać z trudem buty na kikuty stóp. Zaczynamy rozmawiać. Pacjent mówi cicho, spokojnie, trochę zrezygnowany, ale jednak chyba pogodzony. Opowiada swoją historię. O uzależnieniu, które będzie już z nim na zawsze, którego tyle razy chciał się pozbyć, o wielu odwykach, na których był, po których i tak wrócił do picia, o jedynej rzeczy, która mu w życiu wychodzi, czyli właśnie o piciu. O matce, którą czasem odwiedza, której jednak nie pozwala dawać pieniędzy, bo i tak je przepije, o ojcu, który umarł na wątrobę w szpitalu. O strachu przed szpitalem, przed śmiercią w szpitalu, o decyzji o ewentualnej śmierci na własnych zasadach. O braku wiary w lepsze jutro, o braku wiary w cokolwiek dobrego, co mogłoby mu się jeszcze przytrafić, o zniszczeniu własnego życia, o wierze tylko w Boga, który od pijaków odwraca oczy. O tym, że tyle lat daje sobie radę, więc i teraz jakoś to będzie. Za pomoc dziękuje, ale wychodzi. Podpisuje odpowiedni dokument. I wychodzi. 
Ta rozmowa na długo pozostanie we mnie…
Nowe cząsteczki lecznicze i metody leczenia określane mianem immunoterapii będą z biegiem czasu wypierać z arsenału leków przeciwnowotworowych klasyczne cytostatyki. Przed nami długa droga, ale wiemy już, w którym iść kierunku.
Amerykańskie Towarzystwo Onkologii Klinicznej (ASCO) w raporcie "Clinical Cancer Advances 2016" opublikowanym w Journal of Clinical Oncology z okazji światowego dnia nowotworów uznało immunoterapię nowotworów za największy postęp roku 2016.
Prawdziwa rewolucja nastąpiła w ostatnich latach w terapii takich nowotworów jak czerniaki, raki płuca i nerki. Czekamy na kolejne substancje i nowe zastosowania obecnie już używanych.
Przełom zwiastowało zastosowanie trastuzumabu (Herceptyny) w leczeniu raka piersi. Jest to jeden z nielicznych leków ukierunkowanych molekularnie (tzw. celowanych) stosowany w leczeniu radykalnym, czyli zakładającym całkowite wyeliminowanie choroby. Pozwolił on (w połączeniu z chemioterapią) na zmniejszenie o połowę ryzyka nawrotu choroby w grupie gorzej rokujących pacjentów wykazujących nadekspresję receptora HER2. Spektakularny sukces udało się odnieść również w paliatywnym leczeniu przerzutowego raka piersi pozwalając na istotne wydłużenie życia nieuleczalnie chorych pacjentów. Od tamtego czasu zarejestrowano i dopuszczono do użycia wiele innych leków do stosowania w różnych nowotworach.
W immunoterapii nowotworów wykorzystuje się działanie przeciwciał monoklonalnych. Ich strukturę projektuje się tak, by każda z wytworzonych immunoglobulin łączyła się z określonym, specyficznym miejscem w komórce (czasem na jej powierzchni, czasem we wnętrzu). Może to dotyczyć zarówno bezpośrednio samych komórek nowotworowych, ale część z tych leków działa pośrednio, poprzez wpływ na układ odpornościowy pacjenta, tak, by sam łatwiej rozpoznał i zwalczał chorobę. Pomysłowość wynalazców nie zna granic i wciąż odkrywane są nowe punkty uchwytu dla immunoglobulin - przeważnie receptory błonowe na powierzchni komórek.

Trudno przewidzieć czy immunoterapia znajdzie efektywne zastosowanie w leczeniu wszystkich typów nowotworów. Tym, co wiadomo z pewnością jest fakt wysokich cen nowoczesnych leków, które to stanowią narastający problem. W wielu przypadkach uniemożliwiają powszechną dostępność terapii. O ile koszt wytwarzania tych substancji nie należy do najmniejszych, o tyle ostateczna cena leku bywa nieproporcjonalnie zawyżana przez wysoki popyt. Już teraz wiele krajów (w tym Polska) nie jest w stanie sfinansować swoim obywatelom leczenia dużą grupą leków o potwierdzonej klinicznie skuteczności. Temat opłacalności terapii przeciwnowotworowych budzi wiele kontrowersji i dylematów. Dlatego jednym z największych wyzwań naszej cywilizacji w zakresie medycyny jest tworzenie nowych, akceptowalnych społecznie sposobów finansowania tych terapii. Wagę tego problemu niech uświadamia fakt, że koszt zastosowania u 70-kilogramowej osoby jednego z leków stosowanych w paliatywnej terapii zaawansowanego czerniaka (ipilimumambu) to blisko 80 tysięcy złotych! Trzeba wiedzieć, że większość nowoczesnych leków stosuje się w leczeniu paliatywnym, a zatem nie dającym trwałego wyleczenia, a jedynie czasową poprawę stanu, ograniczenie dolegliwości i przedłużenie życia.
Filozofię nowoczesnego, spersonalizowanego leczenia onkologicznego można streścić zdaniem: "Skuteczniejsze leczenie dla wyselekcjonowanej grupy pacjentów, którzy na nie zareagują."
I za dużo większe pieniądze, chciałoby się dopowiedzieć.
Długie kolejki do lekarza i oczekiwanie na zapisy do specjalistów to prawdziwa zmora Polaków, wszystko to jednak może się zmienić. Rewolucja w ochronie zdrowia, polegająca na szerokim wykorzystaniu technologii informacyjno-komunikacyjnych, stała się faktem. System porad on-line, a w tym konsultacje dzięki wideokonferencjom, sprawnie funkcjonuje na świecie już od kilku lat. U nas to prawdziwa nowość, która znacznie może skrócić kolejki do lekarzy, głównie tych pierwszego kontaktu. Poznaj Platformę Telemedyczną Telemedi.co.
Kolejki do lekarza to prawdziwa zmora. Co na to NFZ?
Każdy z nas spotkał się z długą kolejką do lekarza pierwszego kontaktu oraz długim czasem oczekiwania na wizytę u specjalisty. Taką sytuacje obserwujemy od kilku lat. Ministerstwo zdrowia oraz NFZ od wielu lat obiecuje poprawę jakości obsługi pacjentów. Niestety, bez skutku.
Problem kolejek w naszym kraju zauważa również Organizacja Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD – ang. Organisation for Economic Co-operation and Development). W ich raporcie z 2012 r. Polska zajęła pierwsze miejsce w Europie pod względem długości kolejek i czasu oczekiwania na obsługę medyczną. W 2013 wyprzedziła nas jedynie Łotwa.
Z danych NIK, która przeprowadziła kontrolę w ośrodkach zdrowia, wynika, że w poradniach okulistycznych, średni czas oczekiwania wzrósł w grudniu 2013 w porównaniu z poprzednim rokiem z 32 do 40 dni, a w poradniach kardiologicznych z 69 do 79 dni. Z kolei na wizytę u neurologa pacjenci musieli czekać średnio już 30 dni, do ortopedy 29. Na tomografię komputerową trzeba czekać nawet 43 dni. To średni czas oczekiwania. W wielu przypadkach pacjenci na wizytę u specjalistów czekają nawet lata. U lekarzy rodzinnych sytuacja nie wygląda lepiej. Kolejki stale rosną.
Można się zastanawiać nad przyczynami. Wina leży po stronie lekarzy, systemu opieki zdrowotnej, a także samych pacjentów, którzy lawinowo zamawiają wizyty, z których nie korzystają. Lekarze, których i tak brakuje, mają nadmiar obowiązków, a NFZ – według raportu NIK – nieodpowiednio dysponuje dostępnymi środkami. Czy jest szansa na poprawę i zmniejszenie kolejek?
Wideokonsultacje przez internet. Świat idzie do przodu
Trudno śledzić najnowsze osiągnięcia technologii. Elektronika rozwija się w błyskawicznym tempie, dając nam nowe możliwości i udogodnienia. Oczywiście, nie omija to świata medycyny. W krajach bardziej rozwiniętych niż Polska, takich jak chociażby USA i Kanada, prężenie rozwija się system telemedycyny, oparty na wideokonsultacjach. Wystarczy, bez wychodzenia z domu, połączyć się z lekarzem przez internet. Dzięki systemowi konsultacji Telemedi.co, jest to wyjątkowo proste. To odpowiedź na problemy występujące w polskiej ochronie zdrowia, to przede wszystkim korzyści dla osób związanych z opieką zdrowotną.
Według raportu, przygotowanego przez Telemedyczną Grupę Roboczą, wynika, że w 2013 r., aż 52% szpitali w USA wykorzystywało rozwiązania telemedyczne, a dalsze 10% rozpoczynało proces implementacji tych rozwiązań. Analizy przekonują, że cały runek telemedyczny będzie w 2020 roku wart około 34,27 mld USD. Już w 2014 szacowano go na 17,8 mld USD.  
Liczba pacjentów, korzystających z podobnych rozwiązań ma, zgodnie z dostępnymi danymi szacunkowymi, wzrosnąć z 250 tys. w 2013 r. do 3,2 miliona w 2018 r., co wynika m.in. z rosnącej akceptacji społecznej i coraz większego zaufania do m.in. wideokonsultacji w medycynie. Aż 74% amerykanów zadeklarowało chęć skorzystania z tej technologii.
Zalety wideokonsultacji w medycynie dostrzega też Komisja Europejska, która stwierdziła, że tak zwana telemedycyna jest bezpieczna dla pacjentów oraz niesie za sobą inne korzyści, takie jak szybkość kontaktu pacjent-lekarz, zmniejszenie fizycznych kolejek w gabinetach i mniejsze koszty opieki medycznej. Nowe metody są już dostępne w wielu europejskich krajach, takich jak Norwegia, Wielka Brytania czy Niemcy.
Korzyści płynące z telemedycyny i wideokonsultacji
Korzyści płynące z kontaktu lekarz-pacjent przez internet, dzięki Platformie Telemedycznej Telemedi.co, odczują wszyscy, zarówno lekarze i pacjenci, jak i służba zdrowia i budżet państwa.
Oczywiście, główną zaletą dla pacjentów i lekarzy, będzie szybkość dostępu i zmniejszenie kolejek w gabinetach. Pacjenci będą mogli konsultować wszelkie objawy bez wychodzenia z domu, przez internet. Jest to też ważna dla placówek i samych lekarzy, którym odejdzie wiele obowiązków, w tym obsługa tak wielu pacjentów. Skorzystają też płatnicy oraz budżet państwa, co łączy się z niskimi kosztami obsługi przez internet.
Co przyniesie przyszłość?
Usługi związane z ochroną zdrowia to potężny rynek. Rocznie na jego utrzymanie wydaje się biliony USD. Wszystko przez koszty związane z fizyczną obsługą pacjentów. Szacuje się, że tylko w 2013 r., wydatki te wyniosły 7,9 biliona USD, a tym samym wzrosły o 2,6% w stosunku do 2012 r. Analitycy szacuje również, że średnie tempo wzrostu wydatków na ochronę zdrowia na świecie w latach 2014-2018 wyniesie 5,3% rocznie.
Znaczny wzrost wydatków czeka też Polskę. Zgodnie z długoterminowymi prognozami GUS, na lata 2013-2050, nastąpi spadek liczby osób w wieku przedprodukcyjnym, a wzrośnie liczba osób w wieku emerytalnym, z ok. 7 milionów w 2013 r. do około 10 milionów w 2050 r. Co się z tym łączy? O ile NFZ nie znajdzie rozwiązania, oznacza to stały wzrost kolejek oraz wydatków na ochronę zdrowia. Ogólnej wizji nie poprawia też ilość lekarzy, która przyda w Polsce. Z danych OECD Health AT Glance z 2014 roku wynika, że ta liczba w poszczególnych województwach waha się od 1,52 lekarzy na 1000 mieszkańców do 2,56 lekarza na 1000 mieszkańców.
Na pochwałę nie zasługuje również jakość usług. Według raportu „Internet + Pacjent = Diagnoza?” Polacy twierdzą, że żeby dostać prawidłową diagnozę, trzeba lekarza odwiedzić co najmniej trzykrotnie, a czasami nawet pięciokrotnie. To również diametralnie wydłuża kolejki.
Z tych, i wielu innych powodów, coraz więcej Polaków zaczyna szukać porad w internecie. Prawie połowa, bo aż 45% polskich pacjentów, deklaruje, że porad o własnym zdrowiu oraz zdrowiu swoich najbliższych szuka on-line.
Stale rosnąca liczba pacjentów, przy obecnych problemach z kolejkami, brakiem pieniędzy na obsługę medyczną i jakością usług, a także duże zaufanie, którym Polacy darzą internet, wszystko wskazuje na to, że wideokonsultacje w naszym kraju mają świetlaną przyszłość.
Wideokonsultacje – w Polsce to już działa w praktyce
W naszym kraju stopniowo testuje się nowe rozwiązania telemedycyny. Śląskie Centrum Chorób Serca w Zabrzu wykorzystuje wideokonsultacje w diagnostyce pacjentów kardiologicznych.
Dzięki wykorzystaniu wideokonsultacji, znacznie skrócono czas oczekiwania na poradę kardiologa. Pacjenci placówki mogą skontaktować się bezpośrednio ze swoim lekarza, będąc na wizycie u lekarza rodzinnego lub lekarza specjalisty. Na razie jednak nie ma możliwości konsultacji z własnego domu.
Komunikator zapewnia dobrą łączność i wizualizację. Kardiolog, dzięki temu, może porozmawiać z chorym i uczestniczyć w jego badaniu, równocześnie konsultując jego przebieg z lekarzem znajdującym się przy pacjencie. Daje nawet lepsze pole manewru, niż w przypadku tradycyjnej wizyty. Pozwala również na szybkie przesyłanie badań EKG czy USG, a także osłuchowych przy wykorzystaniu stetoskopu elektronicznego. Testowany system telemedyczny znacznie ułatwił też pracę pracownikom zabrzańskiej placówki.
Wideokonsultacje to przyszłość światowej medycyny. Takie rozwiązanie znacznie skraca czas oczekiwania pacjenta do poradni, a co najważniejsze, pozwala wyeliminować straty czasu, upływającego od momentu rozpoznania choroby, do diagnozy i prawidłowego leczenia pacjenta. Również w naszym kraju testuje się podobne rozwiązania. Platforma Telemedyczna Telemedi.co to komfort, oszczędność czasu i pieniędzy oraz wysoka jakość obsługi.
Źródła:
„Otoczenie regulacyjne telemedycyny w Polsce” – stan obecny i nowe otwarcie, 2015 – raport Telemedyczna Grupa Robocza
 „Internet + Pacjent = Diagnoza?”, 2015 – raport Procontent Communication
„Jakość obsługo pacjentów przez NFZ”, 2013 – raport NIK
OECD Health AT Glance
Gazeta Wyborcza
newsrm.tv
TVP/x-news
Weźmy na przykład wtorek. We wtorki bardzo rzadko miewam dyżury, ale o tym za chwilę.
We wtorek, jak każdego dnia wstaję rano, zjadam śniadanie i spacerem udaję się do pracy. Mieszkanie na prowincji ma jeden podstawowy plus - do pracy chodzę spacerem, jakieś 5-7 minut, spoglądając w międzyczasie na góry. Góry mnie wyciszają. Tak wyciszona przed 8.00 docieram do pracy. Przebieram się i idę na oddział. Przed odprawą, która zaczyna się o 8.15, robię sobie jeszcze herbatę i zerkam w system, sprawdzając, co u moich pacjentów.
Punkt 8.15 schodzimy się wszyscy w jednej dyżurce - lekarze, ordynator, oddziałowa, czasem jacyś stażyści. Przez minimum godzinę omawiamy po kolei wszystkich naszych 60-70 pacjentów. Każdy po kolei opowiada o swoich pacjentach, o stanie zdrowia, o wynikach badań, o planach.
Po 9.00, czasem trochę później kończy się czas mojego wyciszenia. Wpadam do swojej dyżurki, po drodze zabierając z punktu pielęgniarskiego zleceniówki moich pacjentów. Ostatnio ok. dziewięciu-dziesięciu. Wszystko z powodu problemów związanych z organizacją pracy, o której pisałam w jednym z  poprzednich artykułów. No i się zaczyna jedna wielka gonitwa. Rozpoczynam pracę od sprawdzenia wyników badań moich pacjentów - koło 9.30 na szczęście większość dzisiejszych badań jest już zrobiona - chyba, że są to witamina B12, kwas foliowy, czy wirusy hepatotropowe - te badania nasz szpital wykonuje raz w tygodniu koło czwartku. Sprawdzam wyniki, zmieniam w zależności od nich zlecenia, planuję kolejne badania laboratoryjne czy obrazowe. Sprawdzam też dzisiejsze „planówki”. Na naszym oddziale panuje system „kolejkowy”. Wszyscy lekarze na danym skrzydle ustawieni są w „kolejkę” w kolejności alfabetycznej - i według niej przyjmujemy pacjentów, tak samo ostrodyżurowych, jak i planowych. Dzisiaj, póki co, mam jedną planówkę.
Wyruszam na wizytę. Zaczynam od pań na czwórce - obie przyjęte na nasz pododdział gastroenterologiczny. Jedna miała wczoraj kolonoskopię kontrolną po usuniętym rok temu raku esicy, druga kolonoskopię ma dziś - kontrola po wykonanej rok temu polipektomii. Obie przesympatyczne, jedna wychodzi do domu dziś, druga jutro. Niestety druga, pomimo moich nalegań (z jednej strony związanych z płatnościami za hospitalizację - NFZ płaci nam dopiero za 3-dniowe hospitalizacje, z drugiej z możliwymi powikłaniami po znieczuleniu do kolonoskopii czy wykonanej ponownie dziś polipektomii) decyduje się jednak na wypis na własne żądanie. Drugi wypis do zrobienia w dniu dzisiejszym. Rewelacja.
Idę dalej. Następna sala to pacjent, którego prowadzę od około 3 tygodni. Przyjęty niby planowo - stacja dializ, co jakiś czas wysyła nam niedokrwistości do przetoczenia. W dniu wypisu jednak zagorączkował. W dwukrotnie pobieranych posiewach krwi nic. A gorączka do 40 stopni. W zdjęciu płuc nic, zero objawów, w ECHO serca nic, zero pomysłu. A w badaniach CRP koło 100, prokalcytonina 3,5. Włączamy po kolei różne antybiotyki, codziennie wiszę na telefonie ze stacją dializ i onkologami - pacjent jest po usunięciu właściwie całego układu moczowego z powodu rozsianego nowotworu. Zostało mu tylko lewe nadnercze - z przerzutem 6x6 cm, z rozpadem w części centralnej. Po około tygodniu wreszcie pojawiają się jakieś objawy - zmiany osłuchowe nad płucami. Dziś pacjent ma się już zupełnie nieźle, prokalcytonina spadła do 0,7, CRP niestety nadal wysokie, ale cały czas je kontrolujemy, temperatura co kilka dni wzrasta jedynie do 37-37,5, zmiany osłuchowe ładnie się wycofują. Może niedługo uda się wreszcie wypisać pacjenta do domu.
Następna męska sala - tu przyjęty kilka dni temu pacjent ostrodyżurowy z alkoholową marskością wątroby, żółtaczką, wodobrzuszem dziś czuje się już lepiej, bilirubina spadła z 12 do 5, zaczyna być rehabilitowany, na jutro zleconą ma gastrofiberoskopię. Tutaj jak codziennie czeka mnie jeszcze długa rozmowa z troskliwą żoną, która przez większość dnia nie opuszcza pijącego całe życie męża.
Sala numer 12 - izolatka. Tutaj "mieszka" przyjęta w zeszłym tygodniu w trybie pilnym pacjentka z podejrzeniem niedokrwiennego zapalenia jelita grubego. Po zebraniu wywiadu głównym problemem okazuje się być biegunka poantybiotykowa od listopada. Pacjentka badana była przez różnych lekarzy, leżała już w dwóch szpitalach, nikt nie był w stanie jej pomóc. Badanie nr 1 na naszym oddziale przy biegunce to badanie kału w kierunku toksyn Clostridium difficile. Już w dniu przyjęcia dowiadujemy się o przyczynie biegunki u pacjentki, włączamy metronidazol, stosujemy izolację, drugą w tym momencie na naszym skrzydle. Po tygodniu leczenia pacjentka czuje się lepiej, biegunka ustąpiła, pewnie pod koniec tygodnia wyjdzie do domu.
Została mi jeszcze wychodząca dziś do domu starsza pani, po 80-tce, hospitalizowana w naszym poddziale geriatrii z powodu zawrotów głowy i gorączek (tak, większość zawrotów głowy w naszym rejonie lekarze rodzinni kierują na internę, a nie na neurologię). Zawroty głowy okazały się być związane ze zmianami zwyrodnieniowymi kręgosłupa szyjnego, upośledzeniem przepływu mózgowego i zanikami korowo-podkorowymi oraz móżdżku. A gorączki banalnie, jak u 90% starszych osób, spowodowane były zakażeniem układu moczowego.
Na koniec dwie starsze panie z zespołem otępiennym znacznego stopnia, przyjęte w trybie ostrodyżurowym z powodu odwodnienia, ostrego uszkodzenia nerek, zaburzeń kontaktu i zakażenia układu moczowego - czyli taki nasz stardard. Dziś już w nieco lepszym stanie.
Uff. Minęła godzina albo dwie. Zależy, ile rodzin po drodze zdążyło mnie zaczepić, pytając o stan zdrowia swoich najbliższych. 
Czas na „planówkę”. Pacjent skierowany do szpitala jako „ICD10 - inne choroby wątroby”. Zaraz na początku wyciąga badania obrazowe wykonane ambulatoryjnie - USG z opisanymi zmianami w wątrobie, najpewniej o charakterze naczyniaka, do dalszej diagnostyki oraz TK brzucha wykonane tydzień później - trzy naczyniaki, największy wielkości 11cm. Poza tym do tej pory niechorujący, nie leczący się przewlekle, okresowo ma bóle brzucha i pleców. Pytanie podstawowe - po co ktoś kieruje takiego pacjenta na planową hospitalizację? Wyłącznie, żeby wydać z systemu opieki zdrowotnej niepotrzebnie pieniądze.
Wracam do dyżurki. Kończę uzupełniać zleceniówki, zabieram się za wypełnianie papierów nowego pacjenta, zlecam podstawowe badania, zdjęcie klatki piersiowej, w wolnej chwili obejrzę jeszcze później te naczyniaki w USG.
Koło 12.00, codziennie, choćby się waliło i paliło, robimy sobie z koleżankami 15-20-minutową przerwę na obiad. Na parterze szpitala mamy stołówkę, w której żywi się cały szpital - przyjście później niż o 12.00 skutkuje możliwością zjedzenia wyłącznie „resztek”.
Po obiedzie szybka herbata i czas na wypisy. W między czasie wpada co chwilę jakaś rodzina pacjentów moich albo moich kolegów; co chwilę dzwoni jakiś telefon - czy to pielęgniarki, czy to inne oddziały z prośbą o konsultację, czy tzw.”linie miejskie” z pytaniami różnej maści. Skupienie się na wypisach w tym „ulu” graniczy z cudem. 
Jakby tego jeszcze było mało, okazuje się, że znów jest moja kolejka. Będzie przyjęcie z SORu - pacjentka z niedokrwistością. Lecę jak najprędzej zrobić przyjęcie, zlecam badania, grupę krwi, wypisuję zapotrzebowanie na KKCz. Zaraz zrobię jeszcze pacjentce USG brzucha.
Zapomniałabym całkiem o przedstawicielach firm farmaceutycznych, którzy przynajmniej raz na godzinę wpadają do naszej dyżurki na 10-15 min. Opowiadają o swoich preparatach, pomimo, że nikt ich nie słucha, głównie z powodu braku czasu i ciągłej gonitwy.
W międzyczasie skończyłam wypisy, zaniosłam do sekretariatu, zrobiłam USG brzucha nowym pacjentom, skończyłam wypełniać wszystkie ankiety i inne „najpotrzebniejsze” przy przyjęciu dokumenty. Do tego od południa próbuję załatwić pacjentowi z naczyniakiem konsultację chirurga naczyniowego - wiszę od dwóch godzin na telefonie, wreszcie udaje mi się złapać któregoś z kolegów. Uff. Wybiła 14.30. Padam na twarz ze zmęczenia i pragnienia. Czas na kolejną herbatę. I na przebiegi. Najważniejszy element mojej pracy, przynajmniej dla prokuratora.
Koło 15.00 kończę moją pracę. Zbieram szybko rzeczy i pędzę do centrum, jak co wtorek do szkoły, w  której dorabiam. Zwykle, kiedy mówię komuś, że dorabiam jako nauczyciel, wszyscy robią wielkie oczy. A ja nawet to lubię. Uczę techników farmaceutycznych farmakologii. Z jednej strony na bieżąco powtarzam sobie wszystkie leki, przede wszystkim te, których na co dzień nie używam, a z drugiej mam chwilę oddechu od tej gonitwy na oddziale, od ciągłej odpowiedzialności za życie drugiego człowieka. Tutaj odpowiadam jedynie za przeprowadzone zajęcia i wystawienie ocen. I za sprawdzenie kartkówek, które robię im co tydzień
Do domu wracam po 18.00. Zmęczona. Ale zadowolona. Jutro dyżur…
A Wam jak minął dzisiejszy dzień?

W internetowym i papierowym wydaniu Gazety Wyborczej (14.03.2016) ukazał się artykuł pt. "Młodzi lekarze: bogaci rodzice albo emigracja", który w sposób rzeczowy i rzetelny przedstawia problemy środowiska lekarzy w trakcie specjalizacji. Z przyjemnością informujemy, że w imieniu portalu MedFor.me i całego środowiska lekarzy rezydentów wypowiada się w nim lekarz Mateusz Malik.
Tekst redaktor Adriany Rozwadowskiej cechuje się szczególną wrażliwością na sprawy społeczne i prawa pracownicze środowiska lekarzy, za co redakcja wyraża duże uznanie. W treści przedstawiono główne problemy, z jakimi boryka się przeciętny lekarz w trakcie specjalizacji i przedstawiono naczelne postulaty, z którymi wystąpiło w ostatnim czasie Porozumienie Rezydentów OZZL. Na pierwszym miejscu młodzi lekarze stawiają kwestię podwyżki wynagrodzenia rezydenta, które od 2009 roku nie uległo jakiejkolwiek waloryzacji i niebezpiecznie zbliża się do poziomu płacy minimalnej. Rezydenci stanowią ważną część białego personelu na każdym szczeblu pomocy medycznej, a coraz większa rzesza pacjentów zdaje sobie sprawę, że i ich najlepszym interesie jest, by pomoc nieśli im dobrze wyedukowani, wynagradzani i wypoczęci adepci medycyny. Stąd walka o dwie średnie krajowe, unormowanie czasu pracy, większe docenianie pracy opiekunów specjalizacji, elastyczne formy kształcenia i racjonalne sposoby oceny zdobytej wiedzy.
Te cele wpisane są w listę postulatów i działań Porozumienia Rezydentów, Komisji Młodych Lekarzy NIL i innych organizacji wspierających młodych lekarzy. W ich realizacji pomagają liczne oddolne inicjatywy rezydentów. Zarówno akcja „Adoptuj posła” nastawiona na pozyskiwanie parlamentarzystów przychylnych dla zmian w prawie, jak i ogólnopolska akcja medialna (prasa, informacyjne portale internetowe, Facebook, radio, telewizja, programy publicystyczne i rozrywkowe) służą uwrażliwieniu ogółu społeczeństwa na postulaty środowiska lekarskiego.
Życzymy lekarzom i wszystkim sympatykom białego personelu wiele determinacji i skuteczności w walce o podniesienie jakości opieki medycznej w Polsce.
Redakcja MedFor.me

Niebieskie światło nadzieją pacjentów z rakiem pęcherza moczowego. Rak pęcherza moczowego dotyka rocznie ponad 6000 Polaków, a połowa z nich umiera w wyniku choroby lub jej przerzutów - jest to jedna z najgorszych statystyk w Europie. Alarmująca sytuacja wymaga udoskonalenia procedur systemowych. Główną rekomendacją ekspertów z dziedziny urologii jest objęcie refundacją substancji, która w połączeniu ze światłem niebieskim pozwala na dokładne zlokalizowanie komórek nowotworowych. Metoda ta jest standardem w innych krajach Unii Europejskiej.
Rak pęcherza moczowego to jeden z najgroźniejszych i najczęściej nawracających znanych nowotworów. W przypadku podejrzenia tej choroby, dla pacjenta niezwykle ważna jest szybka oraz precyzyjna ścieżka diagnostyczna. Niestety rozpoznanie często przychodzi zbyt późno, czego skutki mogą być tragiczne. Rokowania dla polskich pacjentów z rakiem pęcherza moczowego są dużo gorsze niż dla tych w pozostałych krajach Unii Europejskiej, gdzie około 75 – 80% nowotworów wykrywanych jest we wczesnym stadium. W Polsce duża większość wykrywanych nowotworów jest w stanie zaawansowanym , a ponad 30% z nich wymaga agresywnego leczenia – usunięcia pęcherza. Najbardziej niepokojący jest jednak fakt, że w Polsce wciąż umiera na tę chorobę 50% zdiagnozowanych pacjentów - to jedna z najgorszych statystyk w Europie.
W opinii ekspertów jedną z ważniejszych zmian systemowych, mających na celu poprawę tych alarmujących danych, jest objęcie refundacją substancji, która znacznie ułatwia diagnostykę tego nowotworu oraz jego leczenie. Substancja, o której mowa używana jest przy zabiegu cystoskopii. Jej użycie w połączeniu ze światłem niebieskim pozwala na dokładne zlokalizowanie zmian nowotworowych w pęcherzu.

 
Obraz pęcherza w świetle białym (po lewej) obraz z użyciem fotouczulacza i światła niebieskiego (po prawej) – na różowo „świeci się” zmiana nowotworowa
NFZ refunduje użycie preparatu, ale tylko w procesie oceny zmian nowotworowych. Zwrot kosztów natomiast nie obejmuje wykorzystania go podczas ich usuwania. Skutkiem tego lekarze nie zawsze są w stanie usunąć wszystkie zmiany nowotworowe jakie dostrzegli podczas diagnozy w świetle niebieskim, ponieważ w świetle białym (wykorzystywanym w standardowym zabiegu) nie będzie ich widać.
Polskie Towarzystwo Urologiczne traktuje obecnie poprawę standardów leczenia raka pęcherza moczowego w Polsce jako jeden z priorytetów. Przeżywalność pacjentów z tym typem nowotworu jest w Polsce znacząco niższa niż w większości krajów Unii Europejskiej, co wynika między innymi z braku dostępu pacjentów do najnowocześniejszych technologii medycznych, takich jak np. zastosowanie substancji fotouczulającej podczas zabiegu usunięcia zmian w pęcherzu moczowym. W świetle dostępnych badań, technologia ta pozwala znacząco wydłużyć czas do nawrotu choroby, dzięki bardziej precyzyjnemu usunięciu zmian nowotworowych w pęcherzu moczowym, a tym samym przyczynia się do poprawy rokowań u pacjentów i realnie wydłuża im życie – powiedział prof. Piotr Chłosta, Prezes Polskiego Towarzystwa Urologicznego.
Eksperci apelują o kilka ośrodków w każdym województwie, jest to około 1 – 1,5 tys. pacjentów rocznie. Wprowadzenie metody z użyciem światła niebieskiego przyczyniło się do znacznej poprawy statystyk w Unii Europejskiej. Polska należy do grupy czterech krajów, gdzie śmiertelność w wyniku raka pęcherza moczowego ciągle wzrasta.
Sytuacja pacjentów z rakiem pęcherza moczowego została szczegółowo opisana w Raporcie Rak pęcherza moczowego – nowotwór zapomniany wydanym w 2014 r. przez Fundację Wygraj Zdrowie.

Kontakt prasowy: Monika Zgierun, Konkret PR, tel. 664 966 238, @: m.zgierun@konkretpr.pl
Od około roku co jakiś czas w mediach pojawiają się niepokojące informacje dotyczące wiszącego nad naszymi głowami smogu. Możemy nawet ściągnąć na smartfony specjalną aplikację, która na bieżąco będzie informowała nas o zanieczyszczeniu powietrza w miejscu, w którym akurat przebywamy.
Ale o co właściwie tyle hałasu?
Smog, jak wiadomo, to zanieczyszczone powietrze zawierające duże stężenia pyłów i toksycznych gazów, który powstaje przy sprzyjającej pogodzie - bezwietrznej i wilgotnej (zamglonej). Wyróżniamy dwa rodzaje smogu różniące się składem: londyński (tlenek siarki IV, tlenki azotu, węgla, sadza, trudno opadające pyły), powstający od listopada do stycznia w klimacie umiarkowanym oraz typu Los Angeles (tlenki węgla, azotu, węglowodory, które następnie ulegają przemianom fotochemicznym do azotanu nadtlenoacetylu, aldehydów i ozonu), który występuje w porze letniej w klimacie subtropikalnym.
W naszym rejonie geograficznym, jak łatwo się domyślić, dominuje przede wszystkim smog londyński. Swoją nazwę zawdzięcza niechlubnemu w historii "londyńskiemu wielkiemu smogowi", który występował w Londynie od 5 do 9 grudnia 1952 roku i pozbawił życia bezpośrednio około 4 tysięcy osób.
Wśród wszystkich substancji występujących w powietrzu, którym oddychamy, najgroźniejsze okazały się pyły zawieszone - średnicy do 2,5 mikrometra (PM2,5), średnicy do 10 mikrometrów (PM10) oraz benzo(a)piren. Pyły zawieszone to mieszanina stałych i ciekłych cząstek, znajdujących się w powietrzu w postaci aerozolu, w skład którego wchodzą m.in. siarka, metale ciężkie, silnie toksyczne związki organiczne takie jak dioksyny i wielopierścieniowe węglowodory aromatyczne. Dopuszczalny poziom stężenia średniorocznego PM10 to 40 µg/m3, stężenia średniego 24-godzinnego to 50 µg/m3 (przekroczenie tego poziomu dozwolone 35 razy w ciągu roku), jeśli chodzi o PM2,5 to wartość dopuszczalnego stężenia średniorocznego wynosi 25 µg/m3. Zdecydowanie niższe dopuszczalne wartości PM2,5 związane są z przenikaniem małych cząsteczek pyłu z układu oddechowego do układu krążenia, i wywoływaniem ogólnoustrojowych reakcji.


No właśnie - ale o jakie reakcje chodzi?
Krótkotrwały pobyt w miejscu, gdzie stężenie szkodliwych pyłów jest bardzo duże może skutkować wystąpieniem dolegliwości ze strony układu oddechowego - kaszlu, chrypki, problemów z oddychaniem. Ponadto mogą pojawić się również objawy zapalenia spojówek: łzawienie oraz pieczenie oczu.
Długotrwała ekspozycja na szkodliwe pyły i gazy sprzyja powstawaniu POChP, astmy, a nawet nowotworów układu oddechowego. Jak wspominałam wcześniej, najmniejsze cząstki przenikając do krwioobiegu mogą wpływać na rozwój chorób układu krążenia - miażdżycy, nadciśnienia tętniczego, choroby wieńcowej, a w konsekwencji zawału mięśnia sercowego. Ponadto stwierdzono także wpływ na zwiększone ryzyko wystąpienia depresji, choroby Alzheimera oraz zaburzeń koncentracji. Badania wykazały również zwiększone ryzyko niskiej masy urodzeniowej, wcześniactwa, a w przyszłości astmy, alergii i innych chorób układu oddechowego.
Na koniec kilka konkretów.
1. Prof. Ewa Czarnobilska realizuje w Krakowie program, który ocenia wpływ zanieczyszczenia na występowanie chorób alergicznych. W latach 2006-2009 przebadano 28 tys. dzieci: 5-6-latków i 16-17-latków ze wszystkich krakowskich szkół. Tym samym narzędziem badawczym potraktowano także dzieci w pozostałych częściach Polski. Okazało się, że zanieczyszczenie głównie wpływało na tę młodszą grupę. Związane jest to przede wszystkim z mniejszą odpornością śluzówki i przez to większą podatnością na choroby. W Krakowie objawy astmy oskrzelowej występowały trzykrotnie częściej w porównaniu do badań ogólnopolskich. Obecnie badania są kontynuowane i wychodzi z nich, że aż 50% krakowskich respondentów zgłasza objawy alergii.
2. Kilka lat trwały równoległe badania prof. Wiesława Jędrychowskiego z CM UJ w Krakowie i prof. Frederico Pereiry w Nowym Jorku. Wyniki swych badań prof. Jędrychowski  zatytułował "Wielopokoleniowa kaskada skutków zdrowotnych spowodowanych skażeniem powietrza atmosferycznego w Krakowie".  Okazało się, że wielopierścieniowe węglowodory aromatyczne, w Nowym Jorku głównie pochodzenia transportowego, w Krakowie pochodzące ze spalania paliw stałych, wpływają mocno na rozwój dzieci. Jeśli mowa o inteligencji niewerbalnej, to wynik u najmłodszych badanych jest o 4 punkty IQ niższy. Ponadto dzieci narażone na zanieczyszczenie powietrza częściej chorują na choroby układu oddechowego oraz mają większe problemy behawioralne.
Ponadto badania te obaliły tezę, że organizm matki chroni płód dziecka przed wpływami zanieczyszczenia atmosfery. Okazało się, że dziecko chłonie zanieczyszczenia w większym stopniu niż matka. Z badań prowadzonych na próbie 500 ciężarnych krakowianek wynika, że przebywanie w skażonym powietrzu może doprowadzić do zmniejszenia tzw. masy urodzeniowej dziecka nawet o 300 gramów.
3. Zespół młodych badaczy z Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie pod opieką prof. Tomasza J. Guzika z Krakowa i prof. Andrzeja Wysokińskiego z Lublina wykazał także, że życie w zanieczyszczonym środowisku negatywnie wpływa na układ sercowo-naczyniowy młodych zdrowych osób. Porównywali oni wskaźniki ryzyka chorób sercowo-naczyniowych u mieszkańców dwóch polskich miast - Krakowa i Lublina, które są podobne do siebie pod względem demograficznym oraz warunków klimatycznych, ale różnią się znacznie pod względem zanieczyszczenia powietrza. Kraków, jak wiadomo,  należy do czołówki najbardziej zanieczyszczonych miast europejskich, podczas gdy Lublin leży w centrum jednego z najmniej zanieczyszczonych obszarów w Polsce. Z danych, które naukowcy uzyskali ze stacji monitorujących jakość powietrza, wynika, że w ciągu ostatnich 10 lat stężenie PM2,5 i PM10 było w Krakowie ok. dwukrotnie wyższe niż w Lublinie.
Łącznie przebadano 826 młodych ludzi w wieku 16-22 lata, z czego 444 mieszkało w Krakowie i 382 w Lublinie. Wszystkim mierzono ciśnienie krwi, a od 600 pobrano krew do pomiarów stężenia m.in. CRP, fibrynogenu, homocysteiny. Jak wiadomo, ich podwyższony poziom we krwi jest czynnikiem świadczącym o wyższym ryzyku chorób sercowo-naczyniowych.
U chłopców mieszkających w Krakowie stwierdzono podwyższone ciśnienie tętnicze krwi w porównaniu z ich rówieśnikami z Lublina. Ponadto u młodych mieszkańców Krakowa stwierdzono wyraźnie podwyższone stężenia CRP, fibrynogenu, homocysteiny. Również choroby alergiczne i nieżyty nosa były częstsze u młodych mieszkańców stolicy Małopolski.
Naukowcy zaobserwowali ponadto, że wpływ zanieczyszczeń na układ sercowo-naczyniowy jest szczególnie niekorzystny u osób z podwyższonym wskaźnikiem masy ciała (BMI) - równym lub wyższym 25 kg/m2. Wzrost ciśnienia krwi oraz stężenia markerów stanu zapalnego był wyraźnie, tj. około czterokrotnie wyższy u tych osób, które mieszkały w bardziej zanieczyszczonym mieście i miały nadwagę lub otyłość. U osób z wyższym BMI mieszkających w Lublinie nie odnotowano podobnych zmian.
4. Zespół naukowców z III Katedry i Oddziału Klinicznego Śląskiego Uniwersytetu Medycznego, Śląskiego Centrum Chorób Serca w Zabrzu zaobserwował z kolei, że zanieczyszczenie powietrza może mieć bardzo negatywny wpływ na stan pacjentów, którzy w latach 2006-2012 trafili do szpitala z powodu ostrego zespołu wieńcowego. Badaniem objęto blisko 2400 chorych.
Stan kliniczny pacjentów oceniano na podstawie pomiarów frakcji wyrzutowej lewej komory serca, pomiarów ryzyka krwawienia przy pomocy skali CRUSADE, ryzyka przyszłego zawału serca lub zgonu na podstawie skali GRACE, a także na podstawie pomiarów ciśnienia tętniczego krwi i tętna.
Okazało się, że w dniach, w których odnotowano wyższy poziom zanieczyszczeń powietrza tlenkiem węgla, ozonem i tlenkami azotu, stan kliniczny pacjentów był najgorszy, również wyniki inwazyjnego leczenia zawału były najmniej satysfakcjonujące, zarówno w trakcie pobytu w szpitalu i w ciągu 30 dni po zabiegu.
5. Międzynarodowa Agencja Badań nad Rakiem (International Agency for Research on Cancer, IARC) będąca agendą WHO, udostępniła dane, z których wynika że w 2010r. 223 000 zgony z powodu raka na świecie spowodowane były zanieczyszczeniem powietrza. Mowa przede wszystkim o nowotworach układu oddechowego i pęcherza moczowego.
Kurt Straif, szef sekcji IARC zajmującej się problemem kancerogenów podkreślił, że w zależności od regionu świata wpływ zanieczyszczenia powietrza na ryzyko zachorowania na raka płuc może być podobny, jak u ludzi będących biernymi palaczami. Agencja sklasyfikowała zanieczyszczenie powietrza jako ludzki kancerogen Grupy 1. W ten sposób zanieczyszczenie powietrza znalazło się w jednej grupie razem z azbestem, plutonem, pyłem krzemowym, promieniowaniem UV oraz dymem tytoniowym.
Na domiar złego okazuje się, że 6 z 10 najbardziej zanieczyszczonych miast Unii Europejskiej znajduje się w Polsce, a zanieczyszczenie powietrza jest w Polsce przyczyną ok. 45 tys. przedwczesnych zgonów rocznie. 
Tymczasem rząd RP, póki co, zmniejszył dotacje na walkę ze smogiem…
 
Źródła:
http://www.smog.imgw.pl/content/norm http://www.krakow.pios.gov.pl/ispra/wnioski.htm http://www.gazetakrakowska.pl/artykul/3912649,debata-medyczna-gazety-krakowskiej-smog-i-nasze-zdrowie-zdjecia,id,t.html http://www.krakowskialarmsmogowy.pl/ http://www.krakow.pios.gov.pl/ispra/wnioski.htm http://www.iarc.fr/en/media-centre/iarcnews/pdf/pr221_E.pdf
Kolejny dyżur w NPL. Kaszlące dzieci, ból gardła od tygodnia, bóle pleców od miesiąca, zapalenie gardła, przeziębienie i zapalenie spojówek.
Monotonię dyżurową przerywa pewna Pani. Wchodzi do gabinetu. Zerkam na dokumentację - 5 wizyt z powodu "bólu pleców" - każda zakończona wypisaniem zwolnienia.
Pani: Chcę zwolnienie bo jutro mam prywatną rehabilitację w Super-Mega-Medzie.
Ja: Proszę zatem udać się do lekarza z Super-Mega-Medu - na pewno chętnie wystawi Pani zwolnienie.
(notuję w dokumentacji powód zgłoszenia się pacjentki)
Pani: Ale ja muszę mieć zwolnienie bo jutro nie idę do pracy!
Ja: W nocnej pomocy lekarskiej nie wystawia się zwolnień na żądanie. Prywatna rehabilitacja to nie jest powód do stwierdzenia niezdolności do pracy.
Pani (czerwieniejąc ze złości): To w takim razie bolą mnie plecy! Chcę z tego powodu zwolnienie.
Ja (spokojnie i powoli): Bardzo mi przykro, ale nie mogę wystawić Pani zwolnienia. Powiedziała Pani, że chce zwolnienie na rehabilitację i ja to już zapisałem w dokumentacji medycznej.
Pani (wrzeszcząc): Jak coś mi się stanie to za to odpowiesz!
Ja (w myślach): Z pewnością...
Dwie minuty później słyszę Panią, gdy idzie chodnikiem pod oknami gabinetu wymieniając uwagi ze swoim partnerem
Pani: Co za głupi sk&%@#*#L nie chciał mi dać zwolnienia.
Partner: J%$#$y ch%$, nie wiadomo czy w mordę dać czy skargę napisać!?
Kochani pacjenci

Kot
Polska - nasza ziemia ojczysta; to tu się urodziliśmy, wychowaliśmy oraz chcemy budować naszą przyszłość. Nawet emigranci często podkreślają, że gdyby mogli realizować się tu na dogodnym poziomie (często nawet niższym niż ich kierunek wyjazdu), nie opuszczaliby matecznika. Kraj o bogatej historii, jedna z kolebek tolerancji i demokracji, symbol wyrwania się ze szponów socjalizmu, ale także społeczeństwo o zaskakującym postrzeganiu świata.
Pozwoliłem sobie na ten wstęp, ponieważ chciałbym podzielić się pewną refleksją na temat mentalności naszego społeczeństwa oraz skłonić do poszukiwania genezy tego fenomenu.
Skojarzenia przeciętnego Polaka że słowem "lekarz" to bez wątpienia: służba, powołanie, bogactwo, a wśród ludzi „starej daty” pewnie również myśl o elitarności tego zawodu.
Ten obraz naszego zawodu jest jak najbardziej pozytywny, ale czy nie mamy do czynienia z pewnym dysonansem, kiedy oprócz tzw. pierwszych myśli przeanalizujemy zachowanie czy treść kuluarowych rozmów? Ile razy spotkaliście się z wrzucaniem słowa „lekarz” do jednego worka z określeniami: łapówkarz, konował, nepotyzm, plutokrata (z negatywnym nacechowaniem)! 
Społeczne przeświadczenie na temat wybitnych zarobków lekarzy jest tak silne, iż nie podlega modyfikacji poprzez twarde dowody (typu akty prawne) np. lekarz w trakcie specjalizacji w trybie rezydenckim (osoba w wieku średnio 26-37 lat) ma sztywną urzędową stawkę (ustalaną w rozporządzeniu ministra) w wysokości 13-17 PLN/h. Wg opracowań GUS średnia stawka lekarza specjalisty oscyluje w granicach 25 PLN/h, trudno więc nazwać takie wynagrodzenie godnym krezusa. Łamie to mit kosmicznego wzrostu wynagrodzeń po ukończeniu specjalizacji. Zastanówmy się, ile kosztowała nas ostatnio pomoc elektryka, hydraulika czy ekipy remontowej.
Przy wszelkiej próbie społecznej debaty na temat wzrostu rażąco niskich płac w ochronie zdrowia rozmowa opiera się na stereotypowych zarobków lekarzy, a nie tych realnych oraz na argumencie szerokiej możliwości pracy po wypełnieniu podstawowego etatu.
Chciałbym jednak postawić pytanie: czy owa możliwość pracy na dwa czy trzy etaty nie dotyczy większości społeczeństwa ? 
Powołanie i praca postrzegana jako służba drugiemu człowiekowi to pojęcia wzniosłe i pełne patosu. Niestety często wykorzystywane jako argument przeciw wszelkim formom walki o lepszy byt w imię poświęcenia się w idealistycznej misji dla społeczeństwa.
Współtworzenie elity intelektualnej narodu oznacza aktywność kulturalną, polityczną czy społeczną, ale także widząc się powinno z pewną dozą szacunku. Pomyślmy wiec o tych wszystkich informacjach medialnych, o atakach słownych i fizycznych na pracowników Szpitalnych Oddziałów Ratunkowych. Przeanalizujmy kalendarz przeciętnego lekarza chcącego sfinansować by swej rodziny oraz rozwój zawodowy (dla dobra pacjentów) - czy jest w nim czas na w/w aktywność?
W klasycznym ujęciu socjoekonomicznym zawód lekarza predysponuje do zajmowania pozycji klasy średniej właściwej (middle middle class), bądź nawet klasy średniej wyższej. Granice podziału klasowego są płynne dlatego trudno jednoznacznie wskazać atrybuty tych grup, ale czy klasa średnia nie kojarzy się nam z domkiem na przedmieściach, komfortowym życiem i świetnymi perspektywami rozwoju naszych dzieci? Taki obraz społeczeństwa, w którym to prawnicy, finansiści, dyrektorzy, architekci, specjaliści IT cieszą się dostatnim życiem pozbawionym lęku ze sfery ekonomicznej jest w pełni akceptowalny przez większość społeczeństw krajów rozwiniętych oraz stanowi zachętę do edukacji dla młodych pokoleń.
Czy przy opisanych powyżej stawkach polscy lekarze mogą prowadzić takie szczęśliwe rodzinne życie na dobrym poziomie materialnym? Osobiście w to wątpię.
By zrozumieć genezę pozornego uznania dla lekarzy pozwolę sobie przytoczyć pewne badanie CBOS-u.
Centrum Badań Opinii Społecznej w raporcie „Prestiż zawodów” pozycjonuje lekarzy na 8 pozycji. Podium zamykają robotnicy wykwalifikowani, a tuż za nimi lokują się górnicy. Autorzy opracowania tłumaczą tak wysoką pozycję tych zawodów dużym obciążeniem fizycznym z jakim są one związane. Jedynie około 60% respondentów darzy dużym poważaniem prawników, przedsiębiorców czy pracowników IT.
Powodem tego, w mojej ocenie, jest obok społecznie szkodliwej redystrybucji zysków pomiędzy pracodawcą a pracownikiem (skutek dość młodej gospodarki rynkowej i reperkusje szalonych lat 90’) zakorzenienie mentalności w poprzedniej, socjalistycznej epoce.
Nieraz spotkałem się z opinią, że praca biurowa to "pierdzenie w stołek"  która "nie ma prawa" generować zmęczenia, a jej dobre wynagradzanie jest skandalem. W opinii dużego odsetka społeczeństwa jak już wcześniej wskazałem, praca wymagająca wylania z siebie hektolitrów potu automatycznie staje się godną szacunku.
W PRL to hutnicy i górnicy mogli liczyć na najlepsze przydziały mieszkań czy środków lokomocji. Robotnicy przy budowie strategicznych inwestycji jak Dworzec Centralny w Warszawie czy ważne trasy zarabiali wielokrotnie lepiej niż np. profesorowie uniwersyteccy.
Ten kult proletariatu wyraża się nie tylko w opinii społecznej. Przy okazji każdych wyborów oczkiem w głowie dużych formacji politycznych jest choćby górnictwo. To chyba jedyna grupa zawodowa będąca beneficjentem tak dużej ilości różnych programów wywodzących się w prostej linii z PRL (deputaty, Barbórka, trzynastki, czternastki itd.). 
W czasach Rzeczpospolitej Ludowej istniało przyzwolenie na pracę w kilku miejscach na raz czy przyjmowanie korzyści majątkowych jako mechanizm rekompensaty niskich wynagrodzeń. Sam I Sekretarz KC PZPR Władysław Gomułka na głosy o niskich zarobkach w służbie zdrowia odpowiedział „Nie martwcie się o nich. Oni mają przy fartuchach głębokie kieszenie. Dadzą sobie radę.”
Taki system wzbogacania się jest godny potępienia i nie może mieć miejsca w cywilizowanym świecie. Czasy się zmieniły, obecnie problem korupcji jest marginalny, a temat niskich uposażeń niestety pozostał.
Polacy - naród nadwiślański, który lekarzy szanuje, a zarazem nienawidzi; uważa za krezusów oceniając zarobek globalny, a nie godzinowy, porównując często wysokość jednego etatu z wynikiem finansowym lekarza pracującego na trzech etatach.
Wszyscy chcemy być  szanowani i dobrze wynagradzani, a zarazem popieramy pogląd, iż stróżów zdrowia trzeba trzymać na krótkiej smyczy, bo zdrowie należy się obywatelowi „jak psu buda”.
Przeznaczamy na opiekę zdrowotną grosze (jedne z najniższych nakładów w OECD) żądając jednocześnie najwyższych standardów. Pozwalamy by system pracował ostatkiem sił tylko dzięki wyzyskowi pracowników (lekarzy, pielęgniarek, położnych, diagnostów, fizjoterapeutów) nie mając obiekcji przed cieszeniem się dobrami konsumpcyjnymi. Nie cenimy zdrowia. Wszak nikogo nie szokuje wydanie 3 tys. na wczasy, kwota 20-25 tys. za samochód jest uważana za umiarkowaną, ale taki koszt procedur medycznych (odpowiednio: usunięcie wyrostka robaczkowego, endoprotezoplastyka kolana) jest uważany za kosmiczny.
Polacy - Europejczycy skażeni socjalizmem.
Polska - mój naród który kocham, a który mnie nie szanuje. 
hypersonic
Badanie CBOS
Jak po pierwszym odcinku miałem co do serialu dokumentalnego TVP szereg zastrzeżeń (patrz tu), dziś po obejrzeniu każdego kolejnego odcinka serial zyskiwał w moich oczach nie tylko dzięki autentyczności i wyraziście dobranym postaciom, ale przede wszystkim porusza „między wierszami” problemy, o których często sam mam ochotę opowiedzieć moim bliskim, znajomym i pacjentom.
Piętnaście powodów, dla których warto polecić „Młodych lekarzy” swoim znajomym i rodzinie:
Serial wpisuje się w dobry trend edukacji społecznej - przybliża społeczeństwu zawód lekarza - słabo znany i pełen stereotypów. W przystępny sposób opowiada o niektórych mniej znanych, często bardzo poważnych jednostkach chorobowych (choroby spichrzeniowe, mikrocefalia, tętniaki, chirurgia rekonstrukcyjna). Poruszający jest portret zarówno ciężko chorych dzieci i dorosłych, a także ich rodzin w ich niełatwej codzienności, jak i medyków zaangażowanych (nierzadko emocjonalnie) w proces leczenia i rehabilitacji. Nie ucieka przed kontrowersjami - przybliża prawnie, moralnie, medycznie niejednoznaczne sytuacje i pozwala widzowi samemu skonfrontować się z rzeczywistością (dyskwalifikacja z leczenia operacyjnego, rodzicielstwo niepełnosprawnej pary). Obnaża absurdalną rzeczywistość polskiej izby przyjęć, SORu, poradni, gabinetu lekarza rodzinnego - pozwala spojrzeć na to z perspektywy lekarza. Naświetla problemy rezydentów związane z nietypowym charakterem pracy (zostawanie po godzinach z darmo, szczególnie duża odpowiedzialność za innych, duży stres z nią związany, ograniczony czas w relacjach z najbliższymi, dylemat być czy mieć, odreagowywanie stresu i zmęczenia). Pokazuje lekarzy po prostu: w dobrym świetle, choć nie wykrzywia rzeczywistości. Uświadamia, że praca lekarza związana jest z ciągłą nauką - studia, specjalizacja, przykład i doświadczenie starszych, sympozja, kursy, zagraniczne stypendia Dowodzi, że w Polsce (w stolicy i okolicy możliwa jest medyczna kariera naukowa. Ukazuje w sposób naturalny i bezpruderyjny ludzkie ciało z jego nagością, ułomnością, niepełnosprawnością - takie przełamywanie tabu zwyczajnej, medycznej nagości zasługuje na najwyższy szacunek. W realistyczny sposób dokumentuje przebieg zabiegów, operacji (otwarte serce, liposukcja, cesarskie cięcie, poród, korekcja nosa) - nie ucieka przed naturalizmem. Dosadnie i na różne sposoby pokazuje zderzenie lekarzy z lekkomyślnością, głupotą, perfidią, tupeciarstwem, nieodpowiedzialnością niektórych ludzi (w tym pacjentów). Pozwala na chłodno nakreślić (ustami bohaterów) niektóre problemy, z którymi boryka się polski system ochrony zdrowia i podpowiada rozwiązania. Pokazuje, za zgodą występujących lekarzy, ich prywatne życie, związki, poglądy, wyznanie, wątpliwości. Autentyczność: Można ich lubić lub nie. Uświadamia, że oprócz podstawowej pensji, aby zarobić na życie, lekarze w trakcie specjalizacji muszą albo wiele godzin dyżurować, albo pracować w kilku miejscach, albo dorabiać poza zawodem. Tylko jeden z lekarzy ma dzieci (dwójkę) i pracuje najwięcej ze wszystkich. Chwilami faktycznie chwyta za serce niespecjalnie dającymi się wyreżyserować zdarzeniami jak adopcja chorego, porzuconego przez rodziców dziecka czy radość niewidomej od urodzenia matki po tym  jak potwierdzono, że jej dziecko widzi. Zachęcam do oglądania bez uprzedzeń z całą rodziną.

Oficjalna STRONA serialu.
Mateusz Malik, lekarz
Tym razem tytuł powinien brzmieć: "w oparach absurdu", albo może "bezczelność nie zna granic". Zależy jak na to spojrzeć...
Ale od początku:
Wybiła godzina 15 w piątek. Zaczynam dyżur. Zmęczona już niemiłosiernie. Całym tygodniem, jak i dzisiejszym szalonym dniem. Z moich 9 pacjentów wypisałam dziś 5, a i przyjęłam dwóch nowych. Tona "papierkowej roboty" - w komputerze oczywiście  
Wybiła 15.00. Telefon z triage'u na SORze. Jeszcze jeden przerywnik - w moim szpitalu, aby rozładować ruch na SORze, dyrekcja wymyśliła rewelacyjne rozwiązanie - dyżurny lekarz z interny zajmuje się na sorze każdym pacjentem ze skierowaniem na internę. 
Zatem zostawiam całe moje skrzydło i schodzę na dół. Przez telefon dowiaduję się tylko, że to pacjent z kolką nerkową.
Na SORze spotykam pacjenta, zapraszam do wydzielonego pomieszczenia i zaczynam zbierać wywiad. Zaczynam oczywiście od rzeczonej kolki, zapytuję o początek objawów, pytam czy to pierwszy atak, czy wcześniej chorował "na nerki". Pacjent patrzy na mnie coraz bardziej zdziwiony. Gdy pokazuję mu skierowanie z wyraźnym rozpoznaniem "kolka nerkowa" pacjent dopiero wtedy zdradza mi przyczynę swojego zdziwienia. Po skierowanie do POZ poszła żona, a on z nerkami nie ma żadnych problemów, ani nigdy nie miał, a i nawet nie wiedział co lekarz POZ na skierowaniu napisał. Poziom złości 1.
Dowiaduję się po chwili, że problemem pacjenta jest występujący od kilku miesięcy ból kręgosłupa, kończyny dolnej prawej, z postępującym jej niedowładem, zanikiem mięśni. Idealny internistyczny problem. Poziom złości 2.
Badam więc pacjenta, opisuję, zlecam badania, zdjęcie klatki piersiowej (standard) i oczywiście konsultację neurologiczną. Pomimo, że konsultację zlecam w systemie informatycznym, muszę jeszcze zadzwonić do dyżurnego neurologa i „ładnie” go poprosić o zejście na dół i skonsultowanie pacjenta. Bo to przecież "pacjent skierowany na internę". Poziom złości 2,5.
Zostawiam pacjenta na dole, sama wracam na górę, zobaczyć, co dzieje się na oddziale. Okazuje się, że jak zwykle dzieje się sporo. W tak zwanym między czasie sprawdzam w systemie wyniki pacjenta - leukocytoza, trochę podwyższone CRP, trochę bakterii w moczu. Na pewno nie ma wskazań do hospitalizacji na internie. 
Oddzwania do mnie neurolożka - pacjent rzeczywiście „neurologiczny”, ale koniecznie musi być skonsultowany przez neurochirurga. Wracamy więc do punktu wyjścia, czyli zabawy z dzwonieniem i proszeniem o konsultację, zmieniam tylko numer telefonu, pod który dzwonię. Poziom złości 3.
Neurochirurg idzie na SOR, bada pacjenta, ogląda na szczęście wykonany ambulatoryjnie rezonans kręgosłupa i stwierdza jednoznacznie, że zasadniczym problemem pacjenta jest przede wszystkim prawe biodro, a nie kręgosłup, zleca zdjęcie bioder i konsultację ortopedyczną. No i zabawa zaczyna się znów od początku. Nawet zaczyna mnie to bawić, a nie złościć. 
Wszystko załatwiam oczywiście telefonicznie, bo na oddziale pracy co nie miara. Dzwonię na ortopedię, gdzie dowiaduję się, że doktor dyżurny właśnie poszedł do zabiegu. Jest ok.18.00. Zaczynam wieczorną wizytę na oddziale. W trakcie wizyty przypominam sobie o ortopedzie, dzwonię jeszcze raz - nadal operuje.
Ok. 20.00 dzwonię po raz kolejny - ortopeda właśnie robi swoją wieczorną wizytę, ale jak tylko skończy zbada pacjenta na SORze.
20.30 - telefon z SORu, ortopeda zbadał pacjenta, obejrzał RTG bioder, podejrzewa zmiany zapalne lub nowotworowe w kościach miednicy, obejmujące m.in. panewkę stawu biodrowego. Stwierdza, że konieczne będzie zrobienie TK miednicy. Które oczywiście załatwić mam ja. Wchodzimy na poziom 4.
Dzwonię do dyżurnego radiologa, którym jak się dowiaduję jest dziś mój dobry kolega. W końcu załatwienie czegokolwiek w moim szpitalu, a szczególnie szybkość załatwienia zależy od stopnia zażyłości, albo poziomu wzajemnej chęci bądź niechęci. Ja z większością lekarzy na szczęście bardzo się lubię, no może poza tymi, którzy nikogo nie lubią poza sobą 
W nieco lepszym humorze próbuję zlokalizować kolegę radiologa. Numerów telefonów na radiologię mam ok.10. Dzwonię po kolei, wszędzie brak odpowiedzi. Zaczynam więc od nowa. I 3 kolejkę. Poziom złości już prawie 4,5. W końcu kolega odbiera. Tłumaczę sytuację, na co kolega odpowiada mi, zgodnie zresztą z prawdą, że nie jest to badanie ostrodyżurowe, tylko planowe z oddziału. 5.
Dzwonię więc po raz kolejny na ortopedię. Tłumaczę zaistniałą sytuację, ortopeda próbuje mi "wytłumaczyć", że pacjent powinien być diagnozowany na internie, ja zupełnie spokojnie, próbuję mu wytłumaczyć, że chyba jednak na ortopedii. W końcu ortopeda daje się przekonać. Sama nie wiem, jak to zrobiłam, ale ortopeda decyduje o przyjęciu pacjenta na swój oddział.
Dzwonię uradowana na SOR, proszę o zawiezienie pacjenta na ortopedię. Godzina - przed 22.00.
22.15 telefon z SORu. Okazuje się, że pacjent w trakcie zapisywania go na oddział ortopedyczny zaczął krzyczeć, że na żadną hospitalizację zgody nie wyraża. Wszyscy zdezorientowani. Ortopeda tłumaczy pacjentowi powagę sytuacji, możliwe konsekwencje, itd.
Pacjent wraca na SOR, a ja jako lekarz zajmujący się w dniu dzisiejszym pacjentem mam zejść i zrobić wypis. Poziom złości 10.
Koniec historii. 

Jak myślicie - pacjent był aż tak bezczelny, tylko po to, żeby w szybkim tempie zrobić sobie wszystkie badania i wcześniej udawał zainteresowanie hospitalizacją czy może był po prostu takim ignorantem w stosunku do swojego zdrowia?
To, że w kolejce do lekarza specjalisty czeka się w Polsce nawet po kilka lat, nikogo już nie dziwi. Mimo zapewnień Ministerstwa Zdrowia i NFZ, nic nie wskazuje na poprawę. Nadal trzeba czekać po kilka tygodni na same zapisy, a jeśli już komuś się to uda, wyznaczonego terminu wizyty możemy oczekiwać nawet w 2018 roku. Rozwiązaniem jest Telemedi.co – nowoczesna platforma medyczna.
W jak długiej kolejce czekaliśmy w poprzednich latach?
Organizacja Współpracy Gospodarczej i Rozwoju uznała w 2012 roku Polskę za kraj europejski, w którym pacjenci najdłużej czekają w kolejkach do lekarzy specjalistów. Rok później nie było dużo lepiej, w rankingu wyprzedziła nas jedynie Łotwa.
Również NIK zajął się tą sprawą i postanowił zbadać poziom obsługi naszej służby zdrowia. Z raportu wynika, że w poradniach okulistycznych, średni czas oczekiwania wzrósł w grudniu 2013 w porównaniu z poprzednim rokiem z 32 do 40 dni, a w poradniach kardiologicznych z 69 do 79 dni. Na wizytę u neurologa i ortopedy pacjenci musieli czekać średnio miesiąc. Na tomografię komputerową trzeba było czekać z kolei nawet 43 dni. W wielu przypadkach pacjenci na wizytę u specjalistów czekają latami. Czy rok 2016 skróci długie kolejki? Niestety, jest jeszcze gorzej.
Czy kolejki do lekarzy skrócą się w 2016?
Nic nie wskazuje na to, że kolejki do lekarzy specjalistów zmienią się wraz z nowym rokiem. Co prawda, Ministerstwo Zdrowia wraz z NFZ miało ambitny plan, aby zwiększyć limit przyjęć, a tym samym skrócić czas oczekiwania. Na razie to jednak tylko plan i nic nie wskazuje na to, że to się zmieni w najbliższym czasie.
Nowy rok rozpoczął się od nowych kontaktów dla lekarzy, przychodni i lecznic. Jak się jednak okazuje, nie minął miesiąc, a już brakuje miejsc. W Gdyni, nawet na wycięcie migdałków, lub wizytę u alergologa refundowanego z NFZ, czeka się rok w kolejce.
Dlaczego, mimo nowego kontaktowania, już na początku roku nie ma wolnych terminów? Dyrektorzy placówek medycznych tłumaczą, że powodem są zbyt niskie sumy z NFZ. Nowe kontraktowanie nie odpowiada zapotrzebowaniu na świadczenia. Rejestracja pacjentów odbywa się płynnie w momencie zgłoszenia się ze skierowaniem, ale termin uzależniony jest od możliwości kontraktu, czyli ilości zakontraktowanych rocznie świadczeń.
Dlaczego zatem jest tak mało kontraktów? Ministerstwo Zdrowia wskazuje na dwa główne powody ciągnących się kolejek do specjalistów – zbyt małe środki, którymi dysponuje NFZ oraz niewystarczająca liczba lekarzy. Wymienia również kwestie organizacyjne.
Aktualny stan zapisów na 2016 rok – jak to wygląda w tym roku?
Ile czeka się w kolejce na wizytę u lekarza specjalisty w wybranych przychodniach w ramach NFZ? Czy w Twojej klinice wyczerpał się już limit na badania specjalistyczne? Można to łatwo sprawdzić bez wychodzenia z domu.
Portal internetowy MedBiz.pl. na bieżąco monitoruje czas oczekiwań do lekarzy specjalistów oraz ilość pozostałych kontaktów. Wystarczy wejść na stronę, wybrać województwo i specjalizację, a w ten sposób uzyskamy dostęp do bazy przychodni i szpitali w naszym mieście, zarówno publicznych, jak i prywatnych, w których jest wykonywane dane świadczenie lekarskie. Podobne dane możemy znaleźć na stronie NFZ pod adresem kolejki.nfz.gov.pl. Dobrze, że istnieje możliwość sprawdzenia długości kolejki, jednak to co widzimy, wcale nie napawa optymizmem. Spójrzmy na przykład na województwo kujawsko-pomorskie.
Do poradni alergologicznej średni czas oczekiwania to 115 dni. Najdłużej na wizytę poczekamy w Centrum Medycznym Gizińscy, pierwszy wolny termin to dopiero 14 listopada 2016 r.
Do poradni chirurgii naczyniowej poczekamy jeszcze dłużej. Aż do 27 grudnia trzeba czekać na konsultacje u chirurga naczyniowego w Szpitalu Uniwersyteckim im. A. Jurasza. Na wizytę czeka już 814 pacjentów, a średni czas oczekiwania wynosi 225 dni.
Trochę szybciej zostaniemy przyjęci w poradni chirurgicznej w Szpitalu Uniwersyteckim nr 2 im. dr Jana Biziela w Bydgoszczy. Tam czeka na wizytę 491 pacjentów, natomiast pierwszy wolny termin wypada 30 listopada.
W poradniach ogólnych jest nieco lepiej, ale nadal źle. Średni czas oczekiwania to 102 dni, a pierwszy wolny terminem wizyty u specjalisty dziecięcego jest pod koniec marca w Wojewódzkiego Szpitala Dziecięcego im. J. Brudzińskiego w Bydgoszczy. W przypadku osoby dorosłej, najodleglejszym wolnym terminem sięga nawet 6 października. Prawie 9 miesięcy przyjedzie czekać dorosłym pacjentom na wizytę w 10 Wojskowym Szpitalu Klinicznym z Polikliniką.
Jak wygląda sytuacja w poradniach onkologicznych? Pierwszy wolny termin w 10 Wojskowym Szpitalu Klinicznym z Polikliniką to 10 października, a średni czas oczekiwania wynosi 98 dni.
Poradnia chirurgii stomatologicznej najwcześniej w Bydgoszczy przyjmie nas dopiero 15 lutego, w Centrum Medycznym Bart-Med. Z kolei poradnia chorób płuc w Kujawsko-Pomorskim Centrum Pulmonologii dopiero 13 czerwca. Na wizytę czeka już 707 osób.
Średni czas oczekiwania na wizytę w poradni chirurgicznej wynosi 162 dni a na wizytę możemy czekać nawet do października. Najtrudniej jednak dostać się na rezonans magnetyczny, najprędzej dostaniemy się dopiero w połowie grudnia.
Porady i konsultacje bez kolejek oferuje z kolei Platforma Medyczna Telemedi.co.
Jak widać, kolejki są olbrzymie, nawet w tym roku, i to pomimo zapewnień Ministerstwa Zdrowia, że sytuacja w 2016 roku będzie lepsza niż w poprzednich latach. Jest jednak prosty sposób na ominięcie kolejek. Wystarczy skorzystać z Platformy Medycznej Telemedi.co, która oferuje najnowocześniejsze światowe rozwiązania - widokonsultacje z lekarzami specjalistami, bez czekania, bez wychodzenia z domu i skutecznie.

Źródła:
Portal internetowy MedBiz.pl., dostęp: 28.01.2016 r.
Strona internetowa NFZ pod adresem kolejki.nfz.gov.pl., dostęp: 28.01.2016 r.
Trojmiasto.pl
„Jakość obsługo pacjentów przez NFZ”, 2013 – raport NIK
OECD Health AT Glance
W ostatnich latach coraz modniejsze stają się e-papierosy. W komunikacji miejskiej, na przystankach, w barach. Od nastolatków po starszych panów i panie, wszyscy palą e-papierosy. Wybierają szalone smaki i zapachy, jednocześnie coraz bardziej uzależniając się od nikotyny, którą bez żadnych ograniczeń zażywają. Podają różne argumenty - moda, chęć rzucenia palenia (znacie kogokolwiek kto dzięki e-papierosom rzucił palenie?!), oszczędność pieniędzy czy też argument medyczny, czyli przewaga zdrowotna nad tradycyjnymi papierosami.
Ale od początku. Jak podaje Wikipedia: "e-papieros to zasilane baterią urządzenie inhalacyjne dające użytkownikowi podobne wrażenia jak przy paleniu tradycyjnych papierosów. Urządzenie powoduje zamianę roztworu inhalacyjnego na wdychaną przez użytkownika lotną mgłę (zamiast dymu wdychanego przy paleniu papierosów). Roztwór inhalacyjny (tzw. e-liquid) składa się zazwyczaj z glikolu propylenowego, gliceryny, aromatów oraz nikotyny w różnym stężeniu (od 0% do 3,6%)."
Pierwsze e-papierosy zaczęły powstawać już w latach 60. ubiegłego wieku, nie zyskując jednak entuzjastów. Dopiero lata 90. i początek XXI w. przyniosły rozwój tej gałęzi przemysłu tytoniowego. 
Zarówno jeśli chodzi o entuzjastów, jak i przeciwników e-papierosów, obie te grupy są dosyć liczne.
Z jednej strony oczywiście zmniejszamy palenie bierne - choć nie całkowicie. Osoby z otoczenia osoby palącej e-papierosa tak samo wdychają razem z dymem/mgiełką zawartą w niej nikotynę. Poza tym mówi się o przewadze jeśli chodzi o zapach z ust, stan zębów, czy choroby jamy ustnej. Co do ostatniego argumentu - nie ma jednoznacznych badań, które by potwierdzały całkowite bezpieczeństwo w kontekście nowotworów jamy ustnej, gardła.
Jeśli chodzi o dowody naukowe to właściwie koronny argument co do e-papierosów. Zbyt krótki okres stosowania e-papierosów wyklucza wiarygodne badania na temat ich bezpieczeństwa, odległych skutków stosowania.
Ale wróćmy jeszcze do nikotyny. Dla przypomnienia - nikotyna wg Wikipedii to "silna neurotoksyna przewyższająca toksycznością wiele narkotyków, jest silnym agonistą receptorów N-acetylocholinowych. W małych dawkach działa ona stymulująco, powodując wzmożone wydzielanie adrenaliny, co powoduje wszystkie związane z tym objawy (zanik bólu i głodu, przyspieszone bicie serca, rozszerzone źrenice itp). W większych dawkach powoduje trwałe zablokowanie działania układu nerwowego, gdyż wiąże się ona trwale z receptorami nikotynowymi w komórkach nerwowych zaburzając ich metabolizm. Pojawia się uczucie lekkości, następnie zmiana percepcji, zmiana postrzegania otoczenia,  światłowstręt, zmęczenie, brak energii, uczucie oderwania od rzeczywistości, wymioty, biegunka. W jeszcze większych dawkach występuje zamroczenie pola widzenia i pojawić się mogą halucynacje – zazwyczaj czarno-białe "wizjonerskie" obrazy. W ekstremalnie wysokich dawkach następuje utrata przytomności, drgawki i zgon."
Co do szkodliwości e-papierosów, główny zarzut dotyczy niekontrolowanej ilości wdychanej nikotyny, a niektóre badania wskazują, że część e-papierosów zawiera nawet więcej nikotyny niż tradycyjne. Pojemnik z e-liquidem zawiera standardowo 10 ml. Jeden mililitr płynu odpowiada paczce papierosów. Oznacza to, że nałogowy palacz może wciągnąć na raz ilość nikotyny odpowiadającą 10 paczkom papierosów, choć istnieją firmy produkujące e-papierosy z "ogranicznikiem zaciągnięć".
Oczywiście e-papieros nie zawiera, jak dym tytoniowy, jakiś 5000 substancji działających na nasz organizm, w tym substancji smolistych czy tlenku węgla, o udowodnionym działaniu karcynogennym.
W czasopiśmie Thorax opublikowano wyniki analizy prowadzonej przez zespół badawczy kierowany przez Polaka - dr Macieja Goniewicza z Roswell Park Cancer Institute w Buffalo (USA), która dowiodła, że opary pochodzące z wielu rodzajów smakowych wkładów do e-papierosów charakteryzują się wysokim stężeniem drażniącego drogi oddechowe benzaldehydu. Największy jego poziom znaleziono w produktach o smaku wiśniowym. Benzaldehyd to organiczny związek chemiczny stosowany do wyrobu barwników lub substancji zapachowych, choć wydaje się, że jest bezpieczny w kontakcie ze skórą oraz po spożyciu, to wielokrotnie wykazano, że powoduje podrażnienia dróg oddechowych - kaszel, ból lub drapanie w gardle.
Ponadto badacze z Uniwersytetu Ateńskiego za pomocą spirometrii monitorowali drogi oddechowe 32 uczestników eksperymentu. Po 10 minutach palenia elektronicznego papierosa, zaobserwowano wzrost oporu dróg oddechowych badanych, zwłaszcza tych, którzy byli palaczami.
Raport Światowej Organizacji Zdrowia mówi jasno: e-papierosy są groźne, trzeba z nimi walczyć. Stwierdzono w nim, że papierosy elektroniczne stanowią poważne ryzyko dla zdrowia, powinny być zakazane w miejscach publicznych, wewnątrz budynków, a także nie powinny być sprzedawane niepełnoletnim. WHO wezwała też do wprowadzenia zakazu reklamy e-papierosów oraz do nałożenia restrykcji na ich marketing. Automaty do sprzedaży e-papierosów powinny zostać usunięte z niemal wszystkich miejsc, napisano w raporcie WHO. W raporcie ogłoszono także, że gadżety umożliwiające użytkownikom wdychanie nikotyny w aromatyzowanej parze wodnej, stanowią poważne zagrożenie dla młodych ludzi i nienarodzonych dzieci. "Dowody wskazują, że [e-papierosowy] aerozol to nie »tylko para wodna«, jak często twierdzi się w marketingu tych produktów". Organizacja uważa, że należy zakazać używania e-papierosów w zamkniętych miejscach publicznych, "dopóki nie zostanie udowodnione, że wydychana para nie jest szkodliwa dla osób postronnych". E-papierosy należy poddać regulacji, aby "zminimalizować zawartość i emisję substancji toksycznych", a aromatyzowane wkłady o smaku owoców, cukierków lub napojów alkoholowych powinny zostać zakazane.
Chociaż WHO przyznała, że e-papierosy są "prawdopodobnie mniej toksyczne dla użytkownika niż konwencjonalne papierosy", podkreśliła brak badań wspierających twierdzenia producentów.
W raporcie zawarto też ostrzeżenie przed "efektem renormalizacji", jaki mogą wywołać elektroniczne papierosy, co oznacza, że mogą przywrócić atrakcyjność zwykłego palenia papierosów i ostatecznie "utrwalić epidemię palenia". WHO podkreśliła, że istnieje dużo dowodów, by "przestrzegać dzieci i młodzież, kobiety w ciąży oraz kobiety w wieku reprodukcyjnym" przed używaniem e-papierosów, ze względu na "możliwość długofalowych konsekwencji dla rozwoju mózgu w przypadku wystawienia na działanie nikotyny w okresie płodowym, w dzieciństwie i w okresie dojrzewania". 
Podsumowując, może i e-papierosy są mniej szkodliwe od tradycyjnych, ale nie zmienia to faktu, że jako lekarze powinniśmy ostrzegać pacjentów przed skutkami stosowania obydwu grup, a przede wszystkim dążyć do jak największego rzucenia palenia w naszym otoczeniu, wśród naszych pacjentów.
Ale o tym w kolejnym artykule!


Źródła: Wikipedia, raporty WHO, magazyn Thorax, www.nhs.uk
Pięć lat temu na naszym forum zamieściłem news: Opatrunki z lnu modyfikowanego - wrocławski wynalazek. Przywołuję go, aby zgodnie z zasadą programu "Ciąg dalszy nastąpił" pokazać dalsze losy projektu komercjalizacji wynalazku:
Czy produkt jest już dostępny w sklepach i aptekach? Bynajmniej. Po pięciu latach sprawy mają się znacznie gorzej. Sprawy wyhamowały ostro w roku 2013 z przyczyn wręcz absurdalnych!
Zła wola urzędnika? Zabójcza kontrola Urzędu Skarbowego? A może opieszałość w tworzeniu prawa? Nic z tych rzeczy...
Aby przejść do etapu wdrożenia i komercjalizacji lnianych wynalazków medycznych potrzebny był inwestor. I znalazł się: firma Lenpharma sp. z o.o., utworzona po to, by zająć się dalszymi badaniami nad leczniczym lnem. Projekt badawczy otrzymał dofinansowanie na 3 lata z Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości (PARP) w wysokości 80%, pozostałe środki miała zainwestować rzeczona firma. W zamian od razu została właścicielem patentu i całego sprzętu laboratoryjnego, łącznie z maszynami (np. krosnami do tkania lnu). Jednak w połowie zaplanowanych badań finansowanie wstrzymano. Prawnicy Lenpharmy zaczęli mieć wątpliwości co do legalności wykorzystania w ewentualnej produkcji lnu modyfikowanego genetycznie (GMO), choć żadne przepisy tego ówcześnie nie regulowały. Nawet słynna Ustawa o nasiennictwie regulująca częściowo wykorzystanie produktów GMO w żaden sposób nie miała zastosowania do badań profesora. Firma zaczęła rakiem wycofywać się z planowanej produkcji, a blisko trzy miliony państwowego dofinansowania zmarnowano.
Oczywiście prawodawcy nie byliby sobą, gdyby nie dolali oliwy do ognia. Rząd, trzymając się zasady "stop przedsiębiorcom w Polsce" (chociaż Ustawa dotyczyła zakazu uprawiania modyfikowanej genetycznie kukurydzy i ziemniaków) w sposób niepisany rozszerzył zakaz na wszystkie uprawy skutkiem czego nie ma aktualnie mowy o uzyskaniu zezwolenia na oprawę lnu GMO.
Dlaczego zatem zawisł w próżni skazany na sukces projekt? W sieci trudno odnaleźć jednoznaczną odpowiedź na to pytanie. Wiele wskazuje na to, że profesor Szopa-Skórkowski i jego współpracownicy postawili na złego konia i zaufali spółce, która zawiodła ich oczekiwania. Lenpharm nadal istnieje i cynicznie, można by rzec, chwali się na swojej witrynie internetowej produktami, których nie ma w sprzedaży. Czy wróci do sprawy? A może zależy jej na tym, by odsprzedać patent na inny rynek?
Czy jest tak, jak powiedział profesor w 2013 roku Gazecie Wrocławskiej, że: "Żyjemy w kraju, w którym wszystko musi się nie udać, jesteśmy w tym liderami"?

Sprawa jest wyjątkowa i nie wolno tu uogólniać, ale jest bez wątpienia przestrogą dla wynalazców. Zaufanie jest jednym z fundamentów biznesu. Samo odkrycie wynalazku, uzyskanie patentu oraz zdobycie inwestora to jeszcze nie recepta na rynkowy sukces. Ważne, by przy podpisywaniu wiążących umów uzbroić się w parasol ochronny, np. w postaci kancelarii prawnej, agencji pozarządowej, klastra naukowego. Bezcenne jest doświadczenie w biznesie i przemyśle, którego brakuje jeszcze wielu polskim firmom.
Profesor Szopa-Skórkowski stwierdził w liście do MedFor.me, że w związku z powyższym jego ekipa przygotowała i opatentowała dwa nowe wynalazki: technologię epigenetycznej modyfikacji lnu (by tworzyć rośliny trzeciej generacji ze stabilnymi zmianami podobnymi do GMO) i dwa aktywatory na bazie lnu, które wspomagają leczenie chronicznych ran i mogą być stosowane z dowolnym nośnikiem np. bawełną lub zwykłym lnem.
"Zarówno nowe rośliny jak i preparaty nie podpadają pod regulacje GMO, czyli czekamy na poważnego inwestora, który nie zmarnuje naszych nowych patentów." - napisał nam profesor.
MedFor.me życzy ekipie z Uniwersytetu Wrocławskiego kolejnych wynalazków i patentów, a przede wszystkim wiary w to, że mimo przeciwności da się wcielić w życie każdy pomysł.
Mateusz Malik, lekarz
Artykuł Młodzi lekarze: wysoka cena zdrowia wywołał wiele komentarzy. Wielu z Was pisało do mnie z pytaniem: "Jak to możliwe, żeby zgrać grafiki tylu prac?". Wydaje się to Wam niemożliwością?
Wielu naszych kolegów co miesiąc bawi się w dyżurową układankę. Zapewniam, że zgranie grafików 3 prac jest jak najbardziej wykonalne i nie wymaga szczególnego trudu. Zamieszczam poniżej przykładowy grafik lekarza opisanego w poprzednim artykule.
Zapraszam do komentowania i dzielenia się swoimi spostrzeżeniami. Dla ułatwienia przyjąłem, że pierwszy dzień miesiąca wypada w poniedziałek.

Na zdjęciu: młody lekarz odsypiający na sali operacyjnej; Źródło: #yotambienmedormi
Kot
Studia skończyłam z jednym z najlepszych wyników na roku, ale ku zdziwieniu wszystkich, albo przynajmniej części: nie zostałam w klinikach, nie zaczęłam doktoratu, nie zaczęłam też dorabiać w przychodniach, czy NPL-ach. Zaraz po studiach wróciłam na swoją górską prowincję, żeby tam leczyć ludzi.
Tak - brzmi to dumnie. Myślałby człowiek, że na prowincji szczególnie dumnie. W osobistych kontaktach może i dumnie, ale w przeświadczeniu zwykłego obywatela zostałam myślącą tylko o sobie i pieniądzach osobą, z której zdaniem rzadko kiedy trzeba się liczyć, a częściej osobą, na której każde potknięcie czekamy, licząc na hojnie zasądzone odszkodowanie.
Wróciłam, zostawiając za sobą wielką medycynę, najnowsze osiągnięcia wielkich uczonych, najnowsze badania, czy nawet zwykłe badania kliniczne. Wróciłam na prowincję nie chcąc pracować od rana do nocy, czy nosić teczek za profesorem. Wróciłam najpierw na staż, nie chcąc jak na studiach podpierać ścian jak moi koledzy. Staż skończyłam zachwycona - przez ten rok nauczyłam się praktycznie i teoretycznie więcej niż przez całe studia. Prowadziłam własnych pacjentów, nakłuwałam opłucne, otrzewne, pobierałam szpiki, na anestezjologii sama intubowałam, wprowadzałam w znieczulenie, a potem niekiedy nawet sama, z braku personelu, zostawałam na całej operacji jako anestezjolog. Tyle samo nerwów, co satysfakcji przyniósł mi ten rok.
Po roku wybrałam wymarzoną specjalizację - internę. Jako jedna z niewielu w moim szpitalu, a i pierwsza specjalizantka od 7 lat na moim oddziale. Dzięki pracy na prowincji, mogłam zdecydować się na lepiej płatny etat, nie musząc martwić się, jak inni o wyniki postępowania kwalifikacyjnego na rezydenturę. Z początku praca była bajką, uczyłam się dużo, mogłam liczyć na wsparcie mojego szefa specjalizacji, który okazał się trochę aniołem stróżem. Uczył mnie dużo, a i proponował jeszcze więcej - na wszystko niestety nie starczyło czasu.
Potem pierwszy dyżur. Stres, ogromny stres. Na szczęście dzięki staraniom mojego szefa specjalizacji, jednocześnie będącego ordynatorem naszego oddziału, udało się wywalczyć w dyrekcji podwójny dyżur (nasza cała interna liczy ok. 65 łóżek, położona jest na dwóch skrzydłach piętra). Dzięki temu dyżurować zaczęłam pierwszego dnia podwójnych dyżurów - zawsze mając ze sobą starszego, bardziej doświadczonego lekarza. Wydawałoby się to normalne, że młody lekarz powinien mieć kogoś nad sobą - jak się okazało, trzeba było faktycznie o to zawalczyć. Pierwszy dyżur miałam po 4 miesiącach pracy - do dziś pamiętam to był 1 kwietnia . Przeżyłam ten, jak i wszystkie kolejne. Jedne pamiętam lepiej, inne gorzej, czasem musiałam prosić o pomoc, a czasem współdyżuranta spotykałam rano na odprawie. Czasem nie spałam całą noc, a czasem przesypiałam nawet 7 godzin. Czasem wszyscy dożyli do końca dyżuru, a czasem się nie udawało.
Po dyżurze na moim oddziale schodzimy po zrobieniu porannej wizyty, po zdaniu dyżuru i porozmawianiu z ordynatorem, czyli ok. 8.30. Nikt nie zmusza nas, nie wymaga od nas, ani nawet nie oczekuje, że zostaniemy choć  5 minut dłużej. Nasze prawa od zawsze są respektowane.
Pensje zawsze dostajemy na czas, pomimo podobno 40 mln długu naszego szpitala. Sprzęt mamy najnowszy, przede wszystkim za sprawą WOŚP - dysponujemy pododdziałem geriatrii, dzięki czemu dostajemy dużo fajnego, nowoczesnego sprzętu. Dzięki temu też raz w miesiącu przyjeżdża do nas z wizytą konsultant wojewódzki w dziedzinie geriatrii, zawsze jest szansa podpytać o nowinki, a i zawsze dostajemy cenne podpowiedzi na temat prowadzonych pacjentów. Lekarze z naszego oddziału szkolą się nieustannie, jedni robią kolejne specjalizacje - obecnie diabetologię, endokrynologię, inni doszkalają się w USG brzucha, serca, naczyń. Szef zawsze mile widzi każdy przejaw zainteresowania nauką.
I byłoby tak pięknie, gdyby nie to, że w trakcie mojej specjalizacji dyrekcja postanowiła połączyć dwa oddziały internistyczne - oba skrzydła w jeden oddział, próbując przy okazji zmniejszyć z powrotem dyżurnego do jednej osoby, co na szczęście nie doszło do skutku. Połączenie miało przynieść szpitalowi oszczędności. W osobie jednego ordynatora i jednej oddziałowej. Szalone oszczędności. A bu… bałagan jaki powstał do dziś nie może się pozbierać. Zaczęły się przetasowania na stanowisku ordynatora, zmieniające się co rusz zasady funkcjonowania, roszady lekarzy na obu skrzydłach. Najnowszy ordynator tak nie ma nic przeciwko stażom, szkoleniom, i urlopom, że nie kontroluje totalnie pracy na oddziale. Bywa, że na jednym skrzydle pracują danego dnia 2 osoby - zajmując się 30 pacjentami. Bo reszty nie ma w pracy. W tym jednym wielkim chaosie nie ma czasu na naukę własną, na naukę od innych, bo wszyscy są tak zapracowani, że nie wiedzą jak się nazywają. A dyrekcja podliczając liczbę pracujących na oddziale nie widzi problemu,  bo jakże miałaby widzieć, skoro zatrudnionych jest 12 osób plus ordynator.
Nic dziwnego, że wszyscy po kolei zaczynają mieć dość. I zaczynają odchodzić. W marcu odchodzi z pracy mój szef specjalizacji, w kwietniu jedna z koleżanek. Wszyscy, którzy mają możliwość spokojniejszej pracy, pracy, w której człowiek ma czas zastanowić się nad pacjentem, nad diagnozą i terapią, a jednocześnie pracy, w której pacjenci mają nieco więcej szacunku do lekarza, niż na zwykłej internie, gdzie człowiek co rusz dostaje tylko wezwanie do prokuratury. Czy zmiana na „gorsze” była konieczna?
Interna to nie tylko ciężka harówa, nie tylko codzienna walka z tłumem pacjentów, ich rodzinami, co jakiś czas tłumaczenie się w prokuraturze-najczęściej ze śmierci 90-letnich pacjentów, ale może przede wszystkim robienie za ZOL, przytułek, hospicjum, miejsce pomocy socjalnej. Na drugim miejscu jest leczenie poważnych stanów – najczęściej niewydolności krążenia, której nie chcą kardiolodzy i wszystkie trafiają na internę. Interna to też leczenie wszelkiej maści osób uzależnionych, alkoholików i narkomanów, osób czasem w lepszym, a czasie tragicznym stanie. Ale tak jak wspomniałam na początku to przede wszystkim pacjenci samotni, starsi, schorowani, bez rodziny, albo bez opieki rodziny, ciągle ci sami, których jak tylko uda nam się wypisać do domu, po tygodniu, dwóch wracają. Niektórzy oczekują u nas na miejsce w ZOL-u, hospicjum – czasem dwa, trzy, cztery tygodnie. Niektórzy nie doczekują. Niedobór łóżek w miejscach opieki długoterminowej, niewydolność systemu, wszystko to spada na naszą internę. A długi rosną.
I wielka interna w obliczu alkoholików, narkomanów, samobójców, ale i starszych schorowanych, w większości mocno otępiałych osób, rozsianych nowotworów, albo zakażeń układu moczowego, gdzieś się zatraca. Chociaż czy to zatracenie wynika faktycznie z tego z  jakimi schorzeniami mierzymy się na co dzień czy raczej z pośpiechu w jakim musimy pracować?
I nic dziwnego, że niewiele osób widząc to wszystko decyduje się na taką specjalizację. Decyduje się na codzienną walkę, ale i pogodzenie się z tym, że prawie codziennie ktoś na oddziale umiera.
Ale może jeszcze będzie lepiej?
W serwisie informacyjnym TVP1 zaprezentowano materiał dziennikarski "Dlaczego brakuje lekarzy?", który w pełni oddaje problemy młodego środowiska lekarskiego w Polsce i jego postulaty. Wydźwięk "Wiadomości" o rezydentach nie budzi wątpliwości:
jako pełnoprawni lekarze z wieloma obowiązkami i ogromną odpowiedzialnością rezydenci zarabiają niewiele ponad 2100 zł emigracja lekarzy jest naturalnym procesem wynikającym z różnicy: zarówno drastycznej różnicy płac, jak i ogromnej medycznej biurokracji, przez którą przebija się polski lekarz powoduje to nie tylko wyrwę pokoleniową w polskiej medycynie, ale też średnia liczba lekarzy na 1000 mieszkańców jest stanowczo niższa w porównaniu ze średnią unijną na Rząd wywierana jest presja, co powinno skłonić decydentów do podwyżki płac - propozycja to minimum 5700 PLN na rękę wniosek: nie będzie podwyżek - zabraknie lekarzy Brawo dla przedstawiciela Porozumienia Rezydentów lek. Jarosława Bilińskiego, który zabrał głos w materiale!
ZOBACZ: http://wiadomosci.tvp.pl/24163074/dlaczego-brakuje-lekarzy
PEŁNE WYDANIE: 14' 30" - http://wiadomosci.tvp.pl/23883550/24022016-1930

W ostatnim czasie poseł Klubu Kukiz’15 Piort Liroy-Marzec włączył się aktywnie z dwa projekty związane z medycyną:
1. Poselski projekt ustawy o zmianie ustawy o przeciwdziałaniu narkomanii - dotyczący uregulowania zastosowania marihuany w celach medycznych (pos. Piotr Liroy-Marzec jest przedstawicielem wnioskodawcy)
2. Prace Parlamentarnego Zespołu ds. Bezpieczeństwa Programu Szczepień Ochronnych Dzieci i Dorosłych (pos. Piotr Liroy-Marzec jest jej przewodniczącym)
Tak jak pierwsza inicjatywa jest ze wszech miar godna zainteresowania i dyskusji, a przede wszystkim prawnych uregulowań, to druga jest kolejną próbą skażenia polskiego parlamentu niemerytoryczną i groźną ideologią tzw. „antyszczepionkowców”.
Ad. 1. Zachęcam do lektury trzydziestostronicowego projektu ustawy „marihuanowej”, bo pokazuje jak wiele kontrowersji budzi możliwość stosowania produktu aktualnie uznanego za zakazany. Pomysł powołania Narodowego Systemu monitorowania niedopuszczonych do obrotu produktów konopi stosowanych w celach medycznych należy uznać za rozsądny, choć bardzo wątpliwe są jego dalsze losy w Sejmie VIII kadencji.
Panie Pośle, marihuana medyczna - OK.
Ad. 2. Drugie dzieło, które swoim nazwiskiem i autorytetem parlamentarzysty legitymizuje poseł Liroy pod płaszczykiem ochrony praw obywatelskich zamierza podkopywać racjonalną politykę zdrowotną państwa w zakresie zapobiegania zakażeniom. Czteroosobowy zespół w swoim naprędce stworzonym regulaminie cele działania:

Informuje też, że będzie na kolejne posiedzenia zapraszać posłów i ekspertów, a także uczestniczyć w zewnętrznych konferencjach i sympozjach  Oznacza to w praktyce dopuszczanie do debaty publicznej osób pokroju Justyny Sochy ze Stowarzyszenia "STOP NOP". Jest to organizacja walcząca o rezygnację z obowiązkowych szczepień najmłodszych. Do ich pomysłów należy m.in. natychmiastowe wstrzymanie wszelkich restrykcji wobec rodziców, którzy "kierując się dobrem swoich dzieci podejmują suwerenne decyzje odnośnie tego, czy, kiedy i jakie szczepionki będą podane ich dzieciom". Oprócz tego organizacja domaga się wprowadzenia zapisów, dzięki którym rodzice będą mieli prawo do odmowy szczepienia swoich dzieci. Stowarzyszenie chce również usprawnienia systemu identyfikacji, kontroli i leczenia niepożądanych odczynów poszczepiennych (NOP) oraz utworzenia specjalnego funduszu odszkodowań dla osób, które miałyby być dotknięte powikłaniami wywołanymi przez szczepienia.
Zbieżność celów Zespołu i Stowarzyszenia świadczyć może o zewnętrznym sterowaniu posłów Kukiz’15 przez lobby antyszczepionkowe. Trudno walczy się z tą ideologią, która mimo braku jakichkolwiek racjonalnych podstaw i poglądów fundamentalnie sprzecznych z wieloletnią wiedzą medyczną oparta na badaniach i doświadczeniu jest przekonana o swojej dziejowej roli w ochronie maluchów. Poprzez swoją postawę wynikającą z błędnie pojętego dobra dzieci narażają swoje własne potomstwo, jak i całość populacji na ciężkie powikłania chorób zakaźnych.
To nie pierwsza próba wpuszczenia do parlamentu wirusa ruchu antyszczepionkowego. Dla przykładu już w 2014 roku dwoje posłów Platformy Obywatelskiej Anna Nemś i Józef Lassota wystosowali do Ministra Zdrowia „Interpelację nr 29270 w sprawie wycofywania niebezpiecznych szczepionek dla dzieci”, która jednak spotkała się z jednoznacznym odzewem MZ (warte lektury, rzeczowe argumenty). Pod płaszczykiem troski o bezpieczeństwo szczepionych po raz kolejny próbowano w społeczeństwie zasiać takie wątpliwości jak to, że (cytuję) „Żaden z lekarzy nie potrafi rodzicom odpowiedzieć, czy szczepionka zabezpieczy przed chorobą zakaźną, oraz nie potrafi wytłumaczyć, jakie mogą być niepożądane odczyny poszczepienne, na które należy zwrócić bezwzględną uwagę” albo „(…) pomimo dopuszczonych do obrotu obowiązkowych szczepionek polskie dzieci chorują na różyczkę, ospę, gruźlicę, koklusz i odrę”.
Panie Pośle Marzec! Może Pan polskim obywatelom zrobić więcej złego niż dobrego. Nie idźmy tą drogą. Zespół ds. szczepień, jeśli ma wyjść nam na zdrowie, powinien zająć się edukacją społeczeństwa w zakresie tego, co nie zawsze jest dla wszystkich zrozumiałe i oczywiste: szczepienia ochronne co roku ratują przed śmiercią miliony ludzi na świecie!
Debata w telewizyjnej Jedynce na temat zdrowia (16.02.2016) z udziałem Ministra Zdrowia Konstantego Radziwiłła pokazuje, że nie tyle nie umiemy rozmawiać o ochronie zdrowia w Polsce (owszem, to jeden z ulubionych tematów do dyskusji), ale że powszechnie nie rozumie się pewnych kluczowych pojęć. Medycyna stanowi na tyle złożony problem, że potrzeba powoli i merytorycznie wyjaśniać podstawowe kwestie. I tak poznaliśmy szereg paradoksów, które dały o sobie znać w telewizyjnej rozmowie ekspertów.
Przykładem jest pojęcie "publiczności i prywatności" w służbie zdrowia. Większości obywateli prywatna służba kojarzy się z koniecznością wyłożenia własnych pieniędzy za usługi medyczne. Z drugiej strony placówka publiczna utożsamiana jest z całkowitym brakiem jakichkolwiek kosztów. Nadużywane w debacie publicznej pojęcia "komercjalizacji szpitali" czy "prywatyzacji służby zdrowia" tworzą pojęciowy mętlik. W wyjaśnieniu tego nie pomogła rozmowa lek. Krzysztofa Bukiela (OZZL) z prof. Bogdanem Chazanem, która tylko nasiliła pojęciowy bałagan.
A wiemy przecież, że większość prywatnych spółek zarządzających dużymi szpitalami są tak naprawdę zależne od władz samorządowych czyli de facto od państwa. Pomija się bezcenny wkład całkowicie prywatnych przychodni podstawowej opieki zdrowotnej (NZOZ) w funkcjonowanie polskiej medycyny rodzinnej. Mylony jest fakt prywatnej własności ośrodka zdrowia i problem ponoszenia kosztów własnych przez osoby fizyczne w medycynie komercyjnej. Zwrócono też kilkakrotnie uwagę na patologię polegającą na ponoszeniu kosztów powikłań niemal wyłącznie przez państwo. Niekiedy zdarza się tak, że przygotowana dla pacjenta oferta niepublicznych ośrodków medycznych składa się z dobrze płatnych procedur (z których niekiedy pracujący lekarze czerpią odsetek zysku dla siebie), ale w przypadku komplikacji po zabiegach/procedurach dany środek nie ponosi kosztów ich leczenia - podkreślali zgodnie prof. Chazan i dr Adam Sandauer (honorowy przewodniczący Stowarzyszenia Pacjentów "Primum Non Nocere").
Kolejnym problemem jest sens działania NFZ (i tym podobnych), który każdemu kojarzy się z zbędną instytucją, która generuje koszty, tworzy kłopotliwe ograniczenia, a nie wnosi nic. A pomija się w krytyce tej instytucji fakt, że żaden system zdrowotny nie może funkcjonować przy braku instytucji, która nadzoruje dystrybucję państwowych środków w ochronie zdrowia. Na ten problem zwracali uwagę obecni w debacie kolejni szefowie NFZ: lek Andrzej Sośnierz i mec. Agnieszka Pachciarz. Sami zauważali bolączki polskiego systemu i narzekali na współpracę z Ministerstwem Zdrowia. Tu zaznaczam, że pozytywnym aspektem rozmowy jest zwrócenie uwagi na to, że politycy zarządzający służbą zdrowia nieprzerwanie od wielu lat z uwagi na rzekomą presję społeczną mają tendencję do zaniechań i awersję do jakichkolwiek systemowych zmian, które wszyscy zgodnie uznają za konieczne.
Z różnych perspektyw przyczynach odwiecznego kryzysu polskiej służby zdrowia mówili też przewodnicząca OZZPiP Lucyna Dargiewicz, prof. Marek Kuch, Ewa Błaszczyk czy prof. Elżbieta Mączyńska. Podkreślano ogromne niedobory kadrowe i związane z nimi niedostateczne wynagrodzenia, będące przyczyną emigracji zarobkowej osób z wykształceniem medycznym.
Ważnym elementem programu było wystąpienie ministra Konstantego Radziwiłła przepytywanego przez Krzysztofa Ziemca z TVP, który ujawniał plany Ministerstwa Zdrowia i wyjaśniał czym w istocie jest wypełnienie konstytucyjnego prawa do opieki zdrowotnej gwarantowanej przez państwo wszystkim obywatelom.
Zmarnowanym potencjałem programu jest pytanie zadane widzom w sms-owej sondzie: "Czy wszyscy, także nieubezpieczeni, powinni mieć dostęp do bezpłatnej opieki zdrowotnej?" - w swej istocie błędne, niemerytoryczne i odwołującym się do populizmu. A jest wiele pytań, na które obywatele powinni się wreszcie wypowiedzieć, np. Czy chcesz podniesienia składki zdrowotnej do poziomu zbliżonego do krajów Europy Zachodniej? albo Czy aby podnieść jakość żywienia w szpitalu jesteś gotowa/y ponieść niewielką opłatę? itp.
Pozostali uczestnicy Debaty:

Wszystkie fotografie pochodzą z nagrania: TVP INFO - Debata
Można by powiedzieć, że absurdalność takiej nazwy dla komisji jest ogromna, ale w przypadku tej konkretnej prawdopodobnie trafiono by w same sedno! Powstał zespół, który w skrócie można by nazwać Komisją ds. absurdów w ochronie zdrowia!
Znacie Państwo jakieś niepotrzebne utrudnienia w codziennej pracy? Czy procent czasu poświęcanego pacjentowi w stosunku do czasu poświęcanego dokumentacji to absurd czy może konieczność? Czy to, że przy odsyłaniu pacjenta z izby przyjęć należy do konsultacji wzywać np. kierownika jednostki to absurd czy może większe bezpieczeństwo dla pacjenta?
19 stycznia br. Ministerstwo Zdrowia powołało Zespół do opracowania raportu dotyczącego możliwości uproszczenia regulacji dotyczących wykonywania działalności leczniczej. Zespołem pokieruje radca prawny Tomasz Pęcherz a wyniki prac mają zostać przedstawione już niedługo, bo 31 marca 2016 - w niewiele ponad 2 miesiące od powołania komisji. W składzie zespołu nie zabraknie także przedstawicieli środowiska medycznego - nasuwa się pytanie czy na czele zespołu nie powinien stanąć lekarz. Biorąc pod uwagę, że duża część utrudnień w codziennej praktyce wynika właśnie z zawiłości prawnych, wierzyć należy, że wybór składu jest w pełni uzasadniony.
Jak czytamy w rozporządzeniu: Zadaniem Zespołu jest dokonanie analizy przepisów prawnych i praktyki w zakresie wykonywania działalności leczniczej oraz opracowanie raportu dotyczącego możliwości uproszczenia regulacji do tyczących wykonywania działalności leczniczej.
Pozostaje pytanie: czy przedstawienie "absurdów" przyczyni się do ich usunięcia?
Pełna treść rozporządzenia: http://dziennikmz.mz.gov.pl/DUM_MZ/2016/9/akt.pdf

Powiadomienie o plikach cookie

By using this site, you agree to our Warunki użytkowania.

Account

Navigation

Szukaj

Szukaj

Configure browser push notifications

Chrome (Android)
  1. Tap the lock icon next to the address bar.
  2. Tap Permissions → Notifications.
  3. Adjust your preference.
Chrome (Desktop)
  1. Click the padlock icon in the address bar.
  2. Select Site settings.
  3. Find Notifications and adjust your preference.