Skocz do zawartości
View in the app

A better way to browse. Learn more.

MedFor.me - Medycyna. AI. Obiektywnie

A full-screen app on your home screen with push notifications, badges and more.

To install this app on iOS and iPadOS
  1. Tap the Share icon in Safari
  2. Scroll the menu and tap Add to Home Screen.
  3. Tap Add in the top-right corner.
To install this app on Android
  1. Tap the 3-dot menu (⋮) in the top-right corner of the browser.
  2. Tap Add to Home screen or Install app.
  3. Confirm by tapping Install.

Ranking

Popularna zawartość

Zawartość, która uzyskała najwyższe oceny od 08/07/11 w Odpowiedzi

  1. 9 punktów
    Myślę, że w samym kościele istnieją na ten temat różne opinie, ale "oficjalny głos" jest jeden - zero eutanazji. Bez jakiejkolwiek relatywizacji, wyjątków itp. Pytanie co to oznacza? W końcu różni ludzie mają różne definicje tego pojęcia. Pojawiają się kolejne problemy - co nazywamy życiem. Czy przyjmujemy, że śmiercią człowieka jest śmierć mózgu? Śmierć części mózgu? Ostatnie uderzenie serca? A co ze stanem wegetatywnym? I wreszcie dyskusje etyków nad eutanazją "czynną, "bierną" - czyli wyciągnięcie sondy przez którą pacjent jest odżywiany to eutanazja czynna a nie podawanie do niej pokarmu bierna? A co z respiratorami, sztucznym płucosercem, końskimi dawkami katecholamin? Widziałem kiedyś na OIT gnijące zwłoki podłączone do ECMO, respiratora, 10 pomp z lekami, wewnętrznego stymulatora serca, nieudane zakończenie operacji kardiochirurgicznej - w końcu życie jest święte, powinniśmy je ratować za wszelką cenę póki jest szansa na cud. Jakiś absurd... Ja jestem za eutanazją rozumianą jako celowe uśmiercenie osoby, która jest nieuleczalnie chora bez realnych szans na wyzdrowienie i której komfort życia praktycznie nie istnieje (np. niemożliwy do opanowania ból nowotworowy, tetraplegia, zależność od respiratora) przy czym jest ona w stanie w sposób niebudzący wątpliwości wyrazić takie życzenie. Taka "procedura" powinna być odpowiednio uregulowana prawnie (np. wymagać rozprawy sądowej i zgody sądu, który zasięga opinii specjalnie powołanej komisji złożonej np z psychologa, specjalisty od choroby na którą cierpi pacjent, specjalisty zajmującego się medycyną paliatywną). Dzięki temu wyeliminujemy możliwość "nadużycia" takiej procedury np. przez krewnych żądnych spadku. Zyskamy pewność, że takie życzenie jest przemyślaną świadomą decyzją danej osoby a nie skutkiem depresji czy wręcz współczucia dla opiekującej się chorym rodziny. Sam mam okazję mieszkać z 86 letnim dziadkiem chorym na chorobę Alzheimera. 3x dziennie zmieniam mu pieluchy, karmię go, myję, daję leki, piorę jego ubrania, ścigam się z nim w środku nocy do lodówki, żeby czegoś z niej nie wyrzucił i pilnuję kuchenki bo czasem dziadek ma ochotę ugotować zupę w pustym garnku. I nigdy nie przyszło mi do głowy, żeby go "zeutanazjować" - no może raz kiedy miał biegunkę i przez 4 godziny myłem całe mieszkanie. Wszyscy jesteśmy święcie oburzeni słysząc o rodzinach oddających swoich seniorów do domów opieki, szpitali - ale ja jestem w stanie ich zrozumieć co oczywiście nie znaczy, że sam tak robię. Czy zawsze możemy ich tak bezrefleksyjnie oceniać? Argumenty emocjonalne przytaczane przez niektórych polityków: "jak eutanazja będzie dozwolona to każdy będzie mógł uśpić babcię" wypaczają moim zdaniem obraz sprawy. Dyskusja wokół eutanazji powinna być prowadzona w sposób merytoryczny. Co więcej, dzięki niej można będzie poruszyć pewne kwestie, które obecnie zostały skutecznie zamiecione pod dywan. Chodzi mi konkretnie o położenie ciężko chorych ludzi wypisywanych z OITów, po wypadkach, chorobach neurologicznych typu miastenia, SM, GBS, ciężkich zatruciach, udarach itp. Osób którymi nikt się nie interesuje - są sparaliżowane, niezdolne do samodzielnej egzystencji, wymagają 24h uwagi ze strony rodzin. Ich ojcowie, synowie, żony, mężowie rezygnują z pracy, sprzedają samochody, uczą się pielęgnacji, biorą kredyty aby móc zapłacić za opiekę i rehabilitację (wieloletnią, wielospecjalistyczna opiekę). Takie sytuacje niszczą rodziny, sprawiają wiele cierpień. Chorzy czują że są ciężkim brzemieniem dla swoich rodzin, są pełni obaw, źli na swój stan, pogrążają się w depresji, uzależniają się od alkoholu i leków - stąd apele w stylu Janusza Świtaja, sparaliżowanego motocyklisty z tetraplegią podłączonego do respiratora. On nie chciał swojej śmierci - chciał ulżyć swoim rodzicom, którzy wszystkie siły i pieniądze przeznaczyli na opiekę nad nim. Bliscy takich osób zamiast rozwijać się w pracy, odpoczywać, cieszyć życiem spędzają CAŁE LATA przy łóżkach ukochanych osób, bez chwili wytchnienia, urlopu, świąt, wolnej soboty czy niedzieli. Jest to praca ponad siły każdego człowieka, godna kanonizacji. A nie można nikogo zmuszać by został świętym! Czy zatem powinniśmy pozbawiać takich ludzi życia? Nie musimy! NFZ robi to skutecznie za nas - po prostu nie pomaga takim ludziom w żaden sposób. To eutanazja ukryta pod ładnym garniturem ministra zdrowia i prezesa NFZ. Chorzy ludzie i ich zmęczone rodziny nie mają siły, żeby palić opony przed sejmem więc można ich spokojnie olać. Zamiast zastrzyku skutecznie zabiją ich powikłania, którym nikt nie zapobiegał bo nie było na to pieniędzy: odleżyny, zatorowość płucna, sepsy. Do tej pory był to bagatelizowany problem, nawet w krajach "bardziej rozwiniętych" od naszego. Na szczęście za granicą coraz więcej się o tym mówi - może u nas też się zacznie. Może zamiast szukać emocjonujących tematów zastępczych w stylu "mordowania babci bo jest za stara" zajmiemy się realnymi problemami. P.S Chciałbym także zauważyć, że w Polsce nie każdy jest katolikiem i członkiem kościoła, co więcej, nie każdy katolik ma taki sam stosunek do eutanazji jak kościół. Prawo w naszym kraju powinno uwzględniać coś więcej niż tylko system wartości jednej grupy ludzi (oczywiście w granicach rozsądku).
  2. Hej widzę, że masz kryzys Nie martw się - na początek powiem Ci, że to nie pierwszy i nie ostatni kryzys w Twoim życiu Wybrałaś sobie bardzo trudne studia o których wiele osób marzy i wielu nigdy nie będzie dane ich zacząć. Obracając się w środowisku studentów medycyny łatwo o tym zapomnieć. To wielki sukces sam w sobie, mimo, że może wydawać się, że to nic niezwykłego. Studia nie mają na celu przygotować Cię do przyszłej pracy - one mają wtłoczyć w Ciebie ogrom wiedzy z której jedynie niewielka część do czegokolwiek się przyda. Na studiach nie nauczysz się rozpoznawać i leczyć chorób - nauczysz się zdawać kolokwia i egzaminy. Cała reszta dopiero gdy zaczniesz "naprawdę" pracować. Uważasz, że jesteś "głupia" i będziesz złym lekarzem? Nic bardziej mylnego - jak pochodzisz po szpitalach zobaczysz jakie głupoty robią ludzie z doktoratami i kilkoma specjalizacjami. Na praktykach odwiedzaj różne oddzialy w różnych szpitalach, chodź na dyżury w ramach kół naukowych - zobaczysz jak wygląda prawdziwa praca i jaka specjalizacja Ci odpowiada a która nie. Na studiach się tego nie dowiesz bo będziesz albo siedziała na seminariach albo stała na korytarzu z asystentem albo chodziła na obchody. Nie da się w ten sposób liznąć "specyfiki" danej specki. Może spodoba Ci się medycyna ratunkowa bo dużo się dzieje, może chirurgia bo masz zacięcie do manualnych rzeczy, interna bo lubisz główkować i myślisz wszechstronnie, pediatria bo dzieci nie kłamią i są szczere. Jest też wiele specjalizacji o których w ogóle nie mówi się na studiach jak audiofonologia, medycyna pracy albo zdrowie publiczne. Nie każda polega na pracy w szpitalu i operowaniu. Są też bardziej "biurowe" zajęcia. Jeśli masz talent organizacyjny możesz iśc w kierunku zarzadzania ochrona zdrowia - zrobić drugie studia w tym kierunku. Pamiętaj, że Twoim celem będzie pomoc pacjentowi - uczciwe i sumienne diagnozowanie i leczenie a nie rozmawianie z nim o teatrze czy przygrywanie mu na harfie! Nie przejmuj się innymi i ich "skomplikowanym" życiem. Każdy z nas jest inny - jest w czym innym dobry, ma inne zainteresowania ale to nie znaczy, że jest mniej czy bardziej wartościowy. Każdy jest wartościowym człowiekiem i zasługuje na szacunek. Jeden jest bywalcem teatrów i wystaw, inny znakomicie gra na skrzypcach, jeszcze inny umie nad sobą pracować, programować w C++, podróżować stopem po świecie czy budować modele samolotów. Są tacy co świetnie biegają, tacy co grają w szachy i tacy co świetnie jeżdżą na nartach. Każdy z nas ma prawo do wyboru takiej grupy znajomych jaka mu odpowiada i w której czuje się dobrze. Przyjeżdżając do "wielkiego miasta" na studia możesz żyć tak jak chcesz. Nie musisz niczego robić na siłę. Jeśli uważasz, że brakuje Ci towarzystwa to po prostu znajdź taką grupę ludzi, która ma podobne zainteresowania i której będzie się czuła dobrze. Może jakieś duszpasterstwo akademickie? Uczelniany teatr? Organizacja studencka w rodzaju IFMSA,/EMSA? AZS? Koło naukowe? Chór? Karate? Taniec towarzyski? Clubbing? Brydź? Masz setki opcji! Nie wybieraj "bo w dużym mieście to wypada coś robić". Jeśli najbardziej odpowiada Ci siedzieć w domu i się uczyć to zawsze znajdziesz kogoś, kto ma takie same preferencje. I nie znaczy to że jesteś gorsza albo nie nadajesz się na lekarza. Nie musisz być dusza towarzystwa, brylować na parkiecie i wygrywać zakłady z chłopakami kto wypije więcej drinków. Ze mnie koledzy śmiali się, jak opowiadałem im że oglądałem jakiś śmieszny filmik na youtube - oni go widzieli już dawno albo zwracali mi uwagę, że chodzę w spranej koszulce. I co? Zmieniłem kolegów na takich dla których ważny jest człowiek i szacunek do niego a nie szpan, pokazówa i lans. Chcesz wyjść do teatru? Popytaj ludzi co jest ciekawego, poszukaj w necie i idź z koleżanką - na pewno chętnie się z Tobą wybierze na spektakl. Nie chcesz chodzić do teatru, nie interesuje Cię to? Możesz iść na piwo, kręgle, basen, cokolwiek! Możesz robić to co chcesz, to co lubisz i w towarzystwie osób, z którymi czujesz się dobrze. Stres bierze się z tego, że istnieje rozbieżność między naszymi oczekiwaniami a rzeczywistością. Możesz albo dostosować rzeczywistość do swoich oczekiwań albo pogodzić się, że tych oczekiwań nie spełnisz i zrezygnować z nich. Nie wszystko od nas zależy. Byłem niedawno na szkoleniu dla młodych lekarzy finansowanym ze środków UE z zakresu radzenia sobie ze stresem, asertywności, rozwiązywaniu konfliktów, komunikacji itp. Dowiedziałem się bardzo wielu ciekawych rzeczy. Może za parę lat jak będziesz na stażu też będziesz mogła w czymś takim uczestniczyć? Są to rzeczy których nie nauczysz się sama a bardzo przydają się każdemu w całym późniejszym życiu. Kończę mój przydługi wywód. Reasumując: Nic nie musisz - możesz robić to co chcesz. Nie przejmuj się innymi - jesteś dla siebie najważniejszą osobą na świecie. Rób wszystko tak, aby nie mieć wyrzutów sumienia i pretensji do siebie. Nie musisz spełniać niczyich oczekiwań.
  3. Od kiedy zobaczyłam to zdjęcie, słowo "mięśniak" traktuję jeszcze bardziej dwuznacznie
  4. Miałem okazję pracować z paniami chirurgami, pracowałem nawet w szpitalu gdzie ordynatorem chirurgii ogólnej i szczękówki były dwie kobiety. Panom na początku się nie podobało, bo nastąpiła całkowita zmiana stylu pracy na oddziale. Wcześniej zabiegi zaczynały się o godzinie 10, a nawet 11, doproszenie się o papiery czasami graniczyło z cudem i panował chaos delikatnie mówiąc. Objęcie kierownictwa przez panie sprawiło, że zabiegi zaczynały się punktualnie i wszystko chodziło jak w zegarku. Szczególnie zabawna historia wiąże się z jedną z pań. Miała ksywkę Barbie ze względu na to, że do pracy ubierała się tak jakby 10 minut wcześniej zeszła z wybiegu. Jak ją nasi chirurdzy zobaczyli to zastanawiali się czy pani w ogóle będzie w stanie utrzymać skalpel Okazało się, że skalpelem włada nie gorzej niż niejeden chłop, a i przekląć potrafi jak potrzeba.
  5. Nie martw się! Nie jesteś sama! Myślę, że zdecydowana większość ludzi jest rozczarowana medycyną. Myślę, że również większość żałuje wyboru. Z drugiej strony, ten zawód ma jeden plus: bezpieczeństwo zatrudnienia, co w dzisiejszych czasach nie jest takie oczywiste. I powiedzmy sobie szczerze dotyczy to KAŻDEGO absolwenta. Nawet najgłupszego, najmniej nadającego się. Średnio inteligentny szympans w tym kraju jakąś tam medycynę może praktykować i z głodu nie umrze. Również nie trzeba mieć bogatych starych ze znajomościami, żeby sobie jakoś radzić. Bo w innych branżach to już nie jest takie oczywiste, trzeba być albo najlepszym i ostro zapierdalać, albo rodzice ustawieni, albo znajomości itd.itp. Dobra opcja to nie jest, ale dobrych nie ma, bo życie jest do dupy, trzeba się z tym pogodzić. Spójrz na siebie, sama piszesz, że pochodzisz z prowincji, z biednej rodziny, wiodłaś proste, chłopskie życie. I co ty niby mogłabyś robić prócz tej medycyny? Zostałabyś tam i co byś robiła w polu pracowała? W urzędzie gminy (masz znajomości?)... ? Skończyłabyś uniwerek i sprzedawałabyś ciuchy w zarze? A może być kancelarię adwokacką w Warszawie otworzyła? Medycyna to nie raj, ale to też nie śmierć głodowa, nie trzeba być najlepszym, żeby jakoś dawać sobie radę, wrzuć na luz.
  6. Ej ej czy Wy aby nie przeginacie? "A żyć jak królowa to będziesz, ale za pieniądze swojego gacha." co to za język w ogóle?! Wiem, że każdy mierzy swoją miarą, ale bez przesady z tymi ciętymi uwagami. Po pierwsze: nie każdy musi robić staż i potem mieszkać we Wrocławiu. Jest masa innych miast w Polsce, w których przyjmą Was z otwartymi rękami i w których 1800zł starczy na samodzielne życie. Świat naprawdę nie kończy się w promieniu 30km od stolicy Dolnego Śląska. Po drugie: płaca stażysty jest mała, to fakt, ale nie spodziewajmy się kokosów będąc ludźmi świeżo po studiach, którzy de facto jeszcze się uczą i niewiele potrafią. Mnie bardziej martwi pensja rezydencka, która powinna być o wiele wyższa. Po trzecie: uczmy się języków póki jesteśmy młodzi. Na szczęście jeszcze nikt lekarzom w Polsce nie przywiązał żelaznych kul do nóg i możemy jechać gdzie chcemy. Pytanie tylko, czy o to w tym wszystkim chodzi i czy to jest wyjście z tej, coraz bardziej beznadziejnej, sytuacji?
  7. dyżury nocne i całodniowe na studiach? Ja bym się na Twoim miejscu mocno zastanowił gdzie i co ona robi w nocy, bo raczej na pewno nie studiuje
  8. <wszyscy z zapartym tchem czekamy na komentarz Berbelka>
  9. Trochę nie ogarniam tego wątku. Dostałem się na medycynę dzięki kursom maturalnym na które chodziłem przez dwa lata. Wyniki maturalne bez problemu wystarczyły na WUM. Na studiach się nie przemęczam, uczę się tylko tego co mnie interesuje i co przyda się w przyszłej pracy. Resztę tylko w celu zdania egzaminu lub uzyskania odpowiedniej oceny. Noce zarywam nie nad książkami a na dyżurach przy pacjentach. Studia są ciężkie nie ze względu na dużą ilość materiału (choć tak mówią osoby, które mają ambicję nauczyć się wszystkiego ze wszystkich przedmiotów) a na obowiązkowość zajęć. Żeby zaliczyć przedmiot trzeba mieć 100% obecności na seminariach. Jak jesteś chory to masz przerąbane i przy odrobinie pecha musisz powtarzać rok bo nie zrobiłeś 2 tygodni jakiejś dermy albo innego gówna. Do tego dochodzi przypadkowość zajęć - w jednym tygodniu zaczynasz o 7:15 i kończysz o 13 a w innym idziesz na 9 i wychodzisz parę minut po 11. Czasem pojawiają się kuriozalne kolokwia po południu albo w weekendy. Jeśli pracujesz dorywczo/na pół etatu to zapomnij o ustaleniu grafiku. Przyzwyczaj się, że podczas studiów będziesz na garnuszku rodziców. Znajomi w Twoim wieku będą zakładać rodziny, kończyć studia, zaczynać pracę, kupować mieszkania a Ty cały czas życie studenckie i proszenie rodziców o kaskę na nową bluzkę itd. Na zajęciach będą Ci nabijać głowę ideałami i całą magiczno-historyczno-tradycjonalistyczną otoczką suto zakropioną łaciną i opowieściami jak to pan doktor rozpoznał marskość wątroby bo zobaczył błyszczące paznokcie u pacjenta albo jak to łatwo rozpoznać zapalenie płuc bez RTG klp. Naburmuszeni docenci będą grzmieć z katedry jak ważna i przydatna w dalszym życiu będzie znajomość polimorfizmów genu TRKB659-ROT. Na 6 roku studiów koledzy nagle przestaną dzielić się materiałami. Koleżanka, która zawsze wszystko wiedziała i tłumaczyła nabrała wody w usta. Wyścig szczurów nabiera tempa. Nagle okazuje się, że przy rekrutacji na staż liczy się średnia i każdy robi wszystko, żeby zdać jak najlepiej. Zaczną się kombinacje, odwołania, prawnicy i różne dziwne sytuacje przy zajmowaniu miejsc w szpitalach. Zaczną wychodzić różne rodzinne powiązania Przy odrobinie pecha możesz zostać oddelegowana do miejsca 100 km od swojego domu. Potem przygotowania do LEK i loteria z rezydenturami. Preferencje i marzenia niewiele się liczą - jest niewielka szansa, że dostaniesz się na wymarzoną specjalizację. Nagle nic od ciebie nie zależy. Liczy się przypadek, układ gwiazd na niebie, wybory kolegów, fantazja ministerstwa zdrowia i humor pań w urzędzie wojewódzkim więcej znaczą od nocek zarwanych na nauce do LEKu. Po stażu rzucisz się w wir pracy (może jakimś cudem uda się z chirurgią). Dyżury, zarwane nocki, spięte pośladki nad książkami, praca do której nie jesteś kompletnie przygotowana - studia niczego tak naprawdę cię nie nauczyły. Wszystko zaczynasz od nowa... Do tego dojdzie szef skurwysyn-komuch, koledzy podrzucający świnie, pacjenci którzy dzisiaj się do ciebie uśmiechają a potem piszą skargę. Zaczną się różne polityczne przepychanki w których interes kliki kolesiów jest ważniejszy od dobra pacjenta. Konsultanci-kardiolodzy wrzeszczący pośrodku nocy do słuchawki jak śmiałaś ich budzić i jak jesteś taka mądra żeby rozpoznać zawał to lecz go sobie sama. Koledzy będą się śmiać, bo chcesz rozpoznać marskość wątroby u pacjenta z błyszczącymi paznokciami i odesłałaś do domu pacjenta z zapaleniem płuc bez RTG klatki. Szef na pytanie o rolę polimorfizmów genu TRKB659-ROT krzyknie oburzony: "To pani doktor tego nie wie?! I pani ma czelność nazywać się lekarzem?!"* Potem objedzie cię na korytarzu przy pacjentach, że użyłaś złego antybiotyku. On zawsze stosuje imipenem. Bo tak. Okaże się, że jako młody lekarz jesteś warta tyle co kupa gówna i nadajesz się głównie do robienia papierów. Jeśli dasz się zahukać to skończysz jako sekretarka i zamiast uczyć się zawodu przez 5-6 lat specjalizacji będziesz uzupełniać historie choroby (szczególnie w specjalizacjach zabiegowych). Potem nagle zorientujesz się, że to już 4 rok specjalizacji a ty masz nadal do zrobienia 300 zabiegów. Tylko dlaczego nikt nie chce cię wpuścić na salę operacyjną? Ten młody syn profesora z innej kliniki już na 2 roku specjalizacji sam laparoskopowo wycina pęcherzyki. Już 4 razy przeciął przy tym drogi żółciowe i nie miał żadnych kłopotów. Tymczasem ty już 2 lata chodzisz po sądach i tłumaczysz się dlaczego na twoim dyżurze 98-letnia pacjentka ze zgorzelinowym wyrostkiem umarła na zawał serca. Jak to możliwe? Jak już przebrniesz przez szok konfrontacji z prawdziwym życiem okaże się, że żeby zarabiać te 6-8 tysięcy musisz pracować przez 300 godzin w miesiącu. Dowiesz się, że miesiąc nie ma 30 dni tylko.... 720 godzin. Nie masz życia rodzinnego, nie masz czasu na kino, naukę, wakacje ani zakupy mebli do mieszkania. Wracasz do domu po 36h w pracy i kładziesz się spać bo nie masz nawet siły na prysznic. Dziecko? Na 6 roku: "Niee - dopiero po stażu." Na stażu: "Nieee - dopiero po pierwszym roku specjalizacji. Wtedy na pewno będzie wiecej czasu." Na drugim roku specjalizacji: "Nieee teraz nie mam czasu - dopiero po egzaminie specjalizacyjnym" Po egzaminie specjalizacyjnym: "Nieeeee - dopiero jak popracuję rok albo dwa w nowej pracy" Po 3 latach: "Nieeee - dziecko urodzę jak tylko spłacę kredyt na dom" Po kredycie: "O cholera! Nie mogę mieć dzieci! To już menopauza? Tak szybko?" Wakacje? "Pani doktor - od czerwca do października wszyscy są na urlopach! Nie ma kto pracować a pani mi tu przychodzi i prosi o urlop?! Wykluczone!" Parę dni wolnego na kurs szkoleniowy? "Pani doktor - nie ma takiej możliwości. Mamy pełny oddział pacjentów, sezon grypowy, jeden z doktorów już się rozchorował. Nie ma mowy!" Mam nadzieję, że udało mi się zarysować perspektywy młodego lekarza w naszym kraju * Po polsku: "Nie mam pojęcia, ale udaję, że jestem najmądrzejszy, żebyś mi nie podskakiwała".
  10. A ja zgodzę się jak nabardziej z tym, że praca za darmo jest upokorzeniem. Zarówno dla osoby podejmującej się wolontariatu, jak i dla całego środowiska młodych lekarzy. Trzeba sobie jakoś w życiu radzić, a nie dawać się w 4 litery kopać do 40 r.ż. Nie ma miejsca na daną speckę? Można zmienić województwo, można wyjechać za granicę, Jest naprawdę trochę możliwości. Taka forma powinna być zakazana w kodeksie pracy. Wolontarycznie to można pomagać w hospicjum, a nie zasuwać po 6 latach studiów 40h/tydz. plus dyżury...
  11. ---> 1. Nie wiem czy studiowałeś w PL, ale w klinikach to jest zasada, że jedenasta - czas do miasta, no maksymalnie do 13. Oczywiście potem nie do domku tylko na chałturkę. Studiowałem w Polsce. Wiem, że na klinikach często tak wygląda. Ale przypatrz się dobrze kto tak robi: o 12 nie wychodzi rezydent tylko specjalista z wieloletnim stażem i najczęściej z plecami- taki komu niespecjalnie można wytknąć że się opieprza. Rezydent raczej pracuje w wyznaczonych godzinach i poza nimi. Kliniki zresztą są specyficzne i w wielu przypadkach niespecjalnie nadają się jako przykład. Poza klinikami, zwłaszcza poza wielkimi ośrodkami, gdzie naprawdę potrzebni są ludzie do pracy- nie ma lekko. Rezydent zapiernicza ostro. --->2. Przecież jak pracujesz w Niemczech jako rezydent to dostajesz tam pewnie około średniej krajowej, czyli trochę więcej, niż ich pensja minimalna, hłe hłe, czyli trochę więcej niż tokarz, ślusarz etc.etc.. wielki pan dohtór. Do 17 siedzisz i zapieprzasz, a nie jak u nas, że pogaduchy w dyżurce. Dyżurami nic nie nadrobisz, bo stawki marne. A inżynierowie z niemieckiego przemysłu stali, chemii, samochodów czy co oni tam jeszcze mają, śmieją się, że jesteś dziad. Nie wiem ile wynosi średnia krajowa w Niemczech. Nie interesuje mnie to za bardzo. Podobnie nie interesuje mnie co sobie o mnie myśli anonimowy niemiecki spawacz czy inny pracownik. Owszem- zapieprzam, ale zgodziłem się na to świadomie. Lubię swoją pracę, uwielbiam chirugię i nie zamieniłbym tego zapieprzu na ploty w dyżurce. Nawet podstawowa stawka jest jak dla mnie ok i niespecjalnie potrzebowałbym więcej. Więcej dostaję, bo są jeszcze nadgodziny(operacja się przedłuża, coś się dzieje na oddziale i trzeba zostać etc) i dyżury, które wg mnie są naprawdę nieźle płatne. A czy więcej zarabia facet lakierujący samochody w fabryce Volkswagena- wisi mi to. Zarabia dużo? Dobrze dla niego. Co mnie to obchodzi? Za swoją pracę dostaję tyle, że spokojnie jestem w stanie się utrzymać. Ani specjalnie nie oszczędzam (mam swoje wydatki), ani nie rozwalam zarobionej kasy na bzdety- pod koniec miesiąca zawsze zostaje mi ponad 1000 euro na koncie. Ja nie widzę powodów do narzekań ;p Generalnie mam wrażenie, że wypowiadając się w tym temacie po prostu powtarzasz jakiś zasłyszany slogan. Pewnie nie sprawdziłeś, nie porównałeś, tylko łyknąłeś to bez wahania i teraz powtarzasz jak prawdę objawioną.... Cóż- nie jest tak jak piszesz ---->A w USA jeszcze gorzej, bo jak czytałem, tam się na rezydenturze z roboty nie wychodzi, a w przeliczeniu na PLN to się zarabia 200 000 zł. Interes życia. W USA dobrze ustawieni są lekarze już ze specjalizacją. Szczególnie niektóre dziedziny są mocno dochodowe. Jedna rzecz w Twoich wypowiedziach bardzo zwraca uwagę i aż ciśnie się pytanie: a czegoś się spodziewał? Nikt Ci nie powiedział, że medycyna jest ciężka i trzeba zapieprzać? Oczekujesz, że po studiach zaczniesz pracę i będzie polegała ona na plotach przy kawie w dyżurce i zgarnianiu dużej kasy za to że łaskawie pokażesz się w szpitalu w białym fartuchu? Czego oczekujesz i czego się spodziewasz? ;p
  12. Witam, Serial jest dalej rozwijany, jutro ukaże się kolejny odcinek po dłuższej przerwie. Więcej info jest w obrazku z załącznika. Pozdrawiam.
  13. Jak jesteś w prowincjonalnym szpitalu i uważasz, że pacjent ma ostrą chorobę, której nie jesteś w stanie zdiagnozować to wysyłasz go karetką do ośrodka, gdzie taka diagnostyka jest możliwa. Będziesz odbarczać tamponadę serca bo pacjent w ciężkim stanie ma ciche tony serca? Nie. Wyślesz go do ośrodka kardiologicznego, gdzie najpierw zrobią mu echo żeby potwierdzić rozpoznanie a potem odbarczą również pod kontrolą ECHO. Podejrzewasz, że głośny szmer to pęknięcie przegrody międzykomorowej w następstwie zawału serca. A może to czynnościowa niedomykalność zastawki trójdzielnej? Może pęknięcie mięśnia brodawkowatego? Żaden kardiochirurg się do takiego pacjenta nie dotknie bez echa. A może się okazać, że ten szmer wcale nie wyglądał tak jak opisywali w książce - dlatego podałem kilka przykładów, które teoretycznie można zróżnicować w ręką w majtkach. Ale tylko teoretycznie. Ile tamponad słuchałaś stetoskopem? Ile odm opłucnowych wypukałaś przed zrobieniem RTG? To są rzadkie rzeczy i jest niewielu lekarzy, którzy mają wystarczające doświadczenie, żeby decydować inwazyjnych metodach leczenia na podstawie samego wywiadu i badania klinicznego. Objawy bywają zwodnicze - widziałem duże odmy, które nie dawały ściszenia szmeru pęcherzykowego i BARDZO ciche tony serca u całkowicie zdrowych osób. Parę razy się naciąłem i tylko badanie dodatkowe zlecone przez starszych kolegów uratowało mi tyłek. Chcesz opukiwać klatkę piersiową u chorego z wypadku z połamanymi żebrami, po RKO, w rękawiczkach lateksowych umazanych krwią, w sali w której chodzi, pracuje, krzyczy, jędzy 15 osób? Na pewno wiele wypukasz. Chcesz usłyszeć szmer 1/6 na korytarzu oddziału wewnętrznego, gdy naokoło biegają pielęgniarki, sanitariusze, rodziny, brzęczą alarmy w salach? A co mówi Ci jego głośność? Wada może być tak mała, że wręcz nieistotna albo tak duża, że już nie mają gdzie występować turbulencje. Pacjent ma niewydolność serca - ale równie dobrze w wyniku przebytego zawału lub kardiomiopatii. Wywiad jest pomocny, ale czy pacjent z kardiomiopatią nie może mieć zawału? Na studiach kardiolodzy męczyli nas z różnicowaniem wad zastawkowych na stetoskop - byli mądrzy bo każdy pacjent miał wcześniej wykonane echo, więc doskonale wiedzieli co gdzie się zwężyło. Głupie studenty słuchały i dupa. Potem wkraczał asystent i opowiadał o tym jak te wszystkie tony się rozdwajają, zdwajają, chuchają, dmuchają i promieniują. U większości pacjentów tak NIE BYŁO. Te umiejętności nie są potrzebne bo mamy metody bardziej czułe i swoiste, które zmniejszają ryzyko naszego błędu, śmierci pacjenta i zwiększają jego szanse na wyzdrowienie. "Traktat o tętnie" to była całą gruba książka. Tyle mądrości z których tradycja przechowała do naszych czasów bardzo wiele. Tylko, że napisano go 200 lat PRZED tym jak metodą leczenia topielców zaczęło być wdmuchiwanie dymu tytoniowego przed odbyt... Mam takie dyżurne pytanie, które zadałem kilkudziesięciu asystentom przez 6 lat studiów: "Jaka jest czułość i swoistość osłuchiwania klp w wykrywaniu zapalenia płuc?" NIGDY nie dostałem na to pytanie odpowiedzi. Fajnie jest być asystentem na uczelni i sprzedawać dzieciakom banialuki jak to doktor Haus za pomocą stetoskopu i świeczki zdiagnozował tocznia. Potem ludzie idą do pracy i orientują się, że starzy lekarze, z ogromnym doświadczeniem nie korzystają wcale z niektórych starożytnych recept. Dlaczego? Bo nie chcą mieć procesu. Należy stosować te metody, które według obecnej wiedzy medycznej są najskuteczniejsze i najpewniejsze. Możesz tłumaczyć prokuratorowi, ze wydawało Ci się, że po lewej stronie nie było odgłosu bębenkowego. Tylko dlaczego Pani nie zrobiła RTG a pacjent umarł? Pacjent z rakiem żołądka nie miał wcale "macalnego guza" w jamie brzusznej. Pacjent w rakiem jelita grubego nie miał go w zasięgu palca w badaniu per rectum a w stolcu nie było krwi. Kolonoskopia/gastoskopia za droga? Niepotrzebna? Tylko jak to wytłumaczyć rodzinie pacjenta? Kiedyś przyszła pacjentka z ciśnieniem 160/95 mmHg twierdząc, że jak jej skacze ciśnienie to ma zawał serca. Jej argument był taki, że rok temu jak miała zawał to urosło jej ciśnienie. Zero bólu, duszności, kołatania serca, zatykania na zimnie, zatrzymywania się na schodach, zastoju w płucach, obrzęków, sinicy, spoconej skóry, zmian w EKG. Zawał - niedorzeczne rozpoznanie? Ja też tak myślę. Ale czekała 8 godzin na podwójną troponinę. Mogła mieć przypadkiem zawał w tym czasie? Mogła! A przecież mówiła, że ma. Prawnik nie zostawiłby na nas suchej nitki bo jaki jest światowy standard w rozpoznawaniu zawału serca? Troponina. Nie opukiwanie, ostukiwanie, drżenie piersiowe czy tętno taranowe. Nierozpoznany zawał = oglądanie rodziny zza kratek. uffff... ale się rozpisałem.
  14. Marnie trochę. Swoją drogą podawanie pensji brutto to jak podawanie długości penisa razem z kręgosłupem...
  15. Ja od 4 lat korzystam ze stetoskopu za 24 zł. Na zajęciach słyszę zwykle więcej niż moi koledzy. Nie stetoskop się liczy a to co masz między oliwkami. Dawać 300 zł za lepszą jakość osłuchiwania? Jest XXI wiek - obrzęk płuc można rozpoznać każdym stetoskopem a do różnicowania wad zastawkowych używa się USG . Poza tym nie każdą wadę słychać. Stetoskop ma bardzo niską czułość i swoistość.... Lepiej te pieniądze wydać na kino. A w szpitalach klinicznych te wszystkie wypasione Littmany lubią ginąć. To dlatego na Allegro, aż roi się od ofert "prawie nieużywany Littmann - okazja!" xD
  16. Ależ da się przeżyć do pierwszego, nawet za 1000 zł da się przeżyć do pierwszego. I zapewniam Cię, że Polacy (młodzi, bo starym to już chyba wszystko jedno) nie marzą o pensji 2000 zł, bo za takie pieniądze w tym kraju to można wegetować, a nie żyć. Rozumiem, że po to się idzie na medycynę, bo się nie ma ambicji i wystarczy wegetacja. A na stażu to Ty chyba ze starymi mieszkasz, bo jakbyś musiała 600-700 zł za pokój zapłacić (o samodzielnym mieszkaniu nawet nie wspominam) to by Ci zostało 1200 zł z tej Twojej pensji, jedzenie 500 zł, bilet miesięczny 200 zł (bo o samochodzie to można marzyć), internet i telefon 100 zł, to już nam zostaje 400 zł a Ty jeszcze jakieś ciuszki kupujesz z H&M i do kina raz w miesiącu pójdziesz, no to odłożysz sobie oszczędzając na wszystkim na wczasy w Hurghadzie w hotelu 3-gwiazdkowym. Nie chcę mi się tu innych wyliczeń przedstawiać, bo to nie ma żadnego sensu, ja tylko przypomnę, że płaca minimalna w tym kraju wynosi 1750 zł brutto, a zarobki lekarza stażysty wynoszą 2007 zł brutto. Dobrze, że ten staż znoszą, bo niedługo musieliby podnieść wynagrodzenie lekarzom, bo zarabialiby poniżej płacy minimalnej. I już nie wspomnę o tym, że od 6 lat pensje rezydentów stoją w miejscu, a w tym czasie średnie wynagrodzenie w kraju wzrosło o 1000 zł, a płaca minimalna o 500 zł. Nawet nie ma waloryzacji o wskaźnik inflacji, co ma każdy rencista i emeryt w tym kraju. I myślę, że te pensje rezydenckie nie wzrosną jeszcze przez kolejne 10 lat, właśnie przez takich ludzi, jak Ty, którzy są zadowoleni z byle czego, bo do byle czego całe życie są przyzwyczajeni. I jak za 10 lat średnia pensja będzie 6000 zł a minimalna 2500 zł to wtedy się lekarze obudzą, jak się obudzili w 2007/2008. Mało kto pamięta, że jeszcze 8 lat temu, lekarze stażyści i rezydenci zarabiali 900-1200 zł. Lekarze specjaliści również, nie byli takimi "krezusami"*, jak teraz i 12 tysięcy to mało, kto widział, chyba że 300h w miesiącu robił. Teraz to się polepszyło, ale samo to nie przyszło, ale zostało WYWALCZONE. Bo nikt sam z dobroci serca nie da, trzeba się szarpać o swoje, a ja uważam, że mamy taką pozycję, że możemy wyszarpać dużo. Chociaż tak naprawdę to myślę, że za 10 lat nie będzie żadnych pensji na rezydenturach, tylko trzeba będzie płacić za miejsce specjalizacyjne i możliwość szkolenia. Wtedy tacy ludzie jak TY będą mówić, że NIE JEST ŹLE, bo można wziąć KREDYT dla lekarzy i przynajmniej BĘDZIE GO MOŻNA SPŁACIĆ po specjalizacji. A INNI POLACY TAKIEJ MOŻLIWOŚCI NIE MAJĄ, więc i tak NIE JEST ŹLE, BO TRAGARZE MAJĄ GORZEJ. A co mnie obchodzą inni Polacy, którzy nie mają godności i honoru i - za przeproszeniem - DAJĄ SIĘ RUCHAĆ W DUPĘ? Jak się będę na nich oglądał to skończę tak jak oni jak pół-niewolnicy opłacani gorzej, niż chińscy robotnicy. Ja się wolę oglądać na polskich górników albo pilotów Lufthansy, bo oni walczą o siebie, o swoją godność, o swoje warunki życia, a nie porównują się do ludzi, którzy nie mają odwagi o nic walczyć, którzy nie potrafią się zorganizować, bo spod łba na siebie patrzą zamiast się solidaryzować, którym jak się pluje w twarz to udają, że deszcz pada. * jeszcze mi się przypomniało jak to właśnie w 2009 r. podnieśli pensje rezydentom to się okazało, że w niektórych szpitalach specjaliści mają mniejszą podstawę! Mniejszą, niż 3170 zł BRUTTO. Ale od pierwszego do pierwszego najwyraźniej im starczało i byli zadowoleni, bo się wcześniej nie buntowali, tylko jak ich uczeń nagle zaczął więcej zarabiać to im się oczy otworzyły.
  17. No zaraz się okaże, że to spacerek ta medycyna, ale niektórzy to chyba mają krótką pamięć! Oczywiście, wiele zależy od uosobienia samego studenta, uczelni, danego semestru, planu zajęć czy asystenta prowadzącego zajęcia. Ale też spójrzmy obiektywnie: zajęć bardzo dużo. Od 3 roku jak się zaczynają kliniki to codziennie zajęcia na rano. A potem jeszcze popołudniowe do końca 4 roku. Wiem jak wyglądają zajęcia na innych uczelniach i to nie na stereotypowej socjologii, tylko na prawie czy na polibudzie (oczywiście tam też są różne kierunku) - zajęcia np 2-3 razy w tygodniu na 12-13, wykłady nieobowiązkowe itd. Nauki - bardzo dużo. Nasz jeden egzamin to jak cała sesja na innych kierunkach, równie "prestiżowych". Czy nikt z Was nie spotkał się z pytaniem "jak to na imprezę nie wyjdziesz, bo masz egzamin za 2 tygodnie???" Na pracę mało czasu. Miałem paru znajomych, którzy próbowali na stałe bardziej pracować, dało się, ale wymiękali, bo nie mieli już siły. I tak to wygląda najgorzej 3-4 rok, wstawanie na rano (czasem na 7.00), bloki ćwiczeń jedno-,dwutygodniowe, wejście, wyjście, czasami śmieszne, a czasami poważne (jak u nas kardiologia np.), Oprócz tego zajęcia na popołudnie (dodatkowo kilka dyżurów 4-6 godzinnych z zajęć klinicznych w szpitalu), do 17.00, do 20.00. Tam też kartkówki, zaliczenia, kolokwia. A potem jeszcze egzaminy... Dla mnie właśnie najcięższy był semestry letnie na 3 i 4 roku. Nie będzie przesadą jak powiem, że były takie ciągi np. 2 tygodnie, 3 tygodnie, że nie było czasu zrobić kupy, bo tak się wszystko skumulowało. 5 i 6 rok to już luz, faktycznie o wiele mniej pracy, o wiele mniej na uczelni, ale codziennie na rano, więc z imprezowaniem w tygodniu słabo, codziennie być na kacu na zajęciach. A same zajęcia to prawdziwe piekło, siedzisz od 7/8 i umierasz, umierasz, umierasz, nic nie robisz, nic się nie uczysz, tracisz czas i umierasz. Tak to jest, że się zapomina. I się tylko teraz imprezowe wyczyny pamięta hahaha A wstawania o 5.30 i wracania do domu o 20 i nie po to, żeby odpocząć, tylko żeby się uczyć to już widzę mało kto Dlatego nawet jak nieraz był czas, żeby wyjść, nie miałem już siły, wolałem przed komputerem zasnąć z browarem i się porządnie wyspać. Oczywiście byli tacy, co mieli na wszystko zawsze wywalone (niby) - część z nich się prześlizgnęła jakoś, a część została gdzieś po drodze a pojedyncze przypadki wyleciały z uczelni. Byli też tacy, co mieli energię na wszystko, no ale ja nie nigdy nie brałem amfetaminy PS Już nie wspomnę o takich wkurwiających sprawach, jak obecność na tych wszystkich zasranych zajęciach i wielkie problemy jak to odrobić. I o innych wkurwiających sprawach, jak duże kolokwia i egzaminy zaraz po feriach, przerwach świątecznych itd. (czyli nawet w wolne się ucz), brak wolnego w dni, w które rektorzy innych uczelni ogłaszali dzień rektorski, bo medyczna musi zapieprzać, bo tak itd.
  18. Jako że za miesiąc czekają mnie praktyki po czwartym roku na oddziale ratunkowym i chirurgicznym, zwracam się z pytaniem do starszych kolegów. Praktyki będę robił w szpitalu w dwudziestotysięcznym, powiatowym mieście w województwie Lubelskim znajdującym się na trasie krajowej siedemnastki. Czy mógłbym zatem prosić o wskazówki na czym się skupić, czy ćwiczyć przede wszystkim to, czego uczyłem się przez te cztery lata (badanie, diagnostyka, obrazowanie) czy "szlifować" (de facto uczyć się) przede wszystkim zabiegów. A jeżeli właśnie o zabiegi chodzi to czy opłaca się przedkładanie ich obserwacji ponad wcześniej wymienione przeze mnie działania, gdy nie pozwolą mi ich wykonywać samodzielnie? Doskonale zdaję sobie sprawę że trzeba być odważnym i nieco inwazyjnym w kierunku upraszania się o coś, to już przećwiczyłem przez te trzy lata : ) Słowem - kluczem, jak najlepiej wykorzystać te praktyki?
  19. mazowieckie udupione - rezydentur o połowę mniej niż chętnych chciałbym z tego miejsca poprosić kolegów i koleżanki z innych miast o nie przyjeżdżanie do Warszawy. Naprawdę - to nie jest eldorado i wielka medycyna. Taki sam syf jak wszedzie tylko po prostu większych rozmiarów. To nie ziemia obiecana. Drogo i śmierdzi. Do tego duża uczelnia medyczna, która co roku wypuszcza 450 osób. Pozdrawiam
  20. Medycyna. Św. Graal studentów zaludniony przez anioły marzące o pomocy całemu światu. Zombie z nosem w książkach. Zblazowane dzieci lekarzy. Gdzie dla rozrywki wycina się sobie na wzajem nerki i grilluje na ruszcie ze starych kości opalanym przeterminowanymi podręcznikami. Chyba o żadnym kierunku nie chodzi tyle mitów i miejskich legend co o medycynie. Z jakimi zabawnymi pytaniami/stwierdzeniami spotkaliście się w czasie studiów? -Studenci medycyny cały czas się uczą. Dzień i noc, bez czasu na nic. -Anatomia polega na samodzielnym rozcinaniu świeżych ciał. (kilka razy) -Czaszka na anatomię jest niezbędna. W celu zdobycia takowej należy udać się do grabarza, który za butelkę alkoholu wykopie świeżego trupka i odrąbie mu głowę szpadlem. (Co roku w sezonie ogórkowym gdzieś w mediach jest taki artykuł. Doprowadza do białej gorączki profesorów anatomii.) -Na medycynie są same zajęcia praktyczne, już pierwszego dnia biorą człowieka do szpitala. W końcu osłuchiwanie to nic trudnego, każdy potrafi założyć stetoskop.
  21. Danio- z Twoimi wyliczeniami się zgodzić nie mogę. Sprzęt jednorazowy nie kosztuje wcale "grosze". Owszem- jak chcesz sobie kupić igłę i strzykawkę to niespecjalnie to odczujesz. Ale wyposaż w to szpital na cały rok: nie tylko zakup tego sprzętu ale też koszt przechowania tego i co ważniejsze- utylizacji. Pomijam już, że sprzęt jednorazowy też potrafi być cholernie drogi, bo to nie tylko wyżej wymienione drobiazgi, ale też całkiem skomplikowane zestawy (chociażby set do krążenia pozaustrojowego), rzeczy po prostu drogie (gąbka do VAC-jakieś 500 zł, a wymienia się to u pacjenta co 3 dni). Mniejsza o to.. Nie wiem jak inne procedury, ale CABG w Polsce nie jest wyceniane chyba tak wysoko. Nie pamiętam dokładnie, ale wydaje mi się, że fundusz płaci za to coś koło 12-15 tysięcy. Winny jest system. Ten jest u nas po prostu chory, pojebany- tutaj możecie wstawić tysiąc dowolnych innych przymiotników. Popracowałem trochę w Polsce, obecnie robię specjalizację "na zachodzie". Rzut beretem- od Łaby mieszkam zalewie kilkaset metrów. I nagle okazuje się. że może być szpital w którym tłucze się ponad 2000 operacji rocznie przy użyciu dobrej jakości materiałów, każdy pacjent ma przy wyrze telewizor i telefon, dostaje 3 pełne posiłki dziennie (zawsze ma przy tym z czego wybierać), a lekarze nie muszą przynosić własnych fartuchów do pracy. Rozrzutność? Nic z tych rzeczy- oszczędza się na tym na czym się da, ale nie traci na tym ani iloś ani jakość leczenia. Długi? Szpital zarabia kolosalną kasę. Bo tak to ma funkcjonować- szpital ma na siebie zarabiać i przynosić zyski. Aaaa od razu uprzedzę hasła "no taak ale jak nieubezpieczony to go na bruk wywalą i niech zdycha"- ostatnia moja asysta to wymiana dwóch zastawek i bypass u bezdomnego, który mieszka pod mostem. To jak to się dzieje, że u nas się nie da, a kawałek dalej służba zdrowia nie tylko funkcjonuje bardzo dobrze, ale też przynosi zyski? Jak powiedziałem, że u nas się czeka na endoprotezę stawu biodrowego w niektórych miejscach po 10-15 lat to mi kazali to napisać. a później jeszcze raz po angielsku potwierdzić, bo wydawało im się że po prostu się pomyliłem. A przecież to są pacjenci, a więc kasa. Tylko u nas system tak działa... Są miejsca gdzie się mnóstwo kasy rozpływa bez śladu i ile by się nie wpompowało- zawsze będzie za mało. I są też blokady, ograniczenia- absurdalne wręcz momentami limity. NFZ nie ma planu na długoletni rozwój czy choćby przetrwanie służby zdrowia. Co sezon są coraz większe cięcia i coraz mniejsza wycena usług medycznych- "a co tam- zdążymy się nachapać, jak ludzie zaczną protestować a później umierać to powiemy że to lekarze są pazerni i nie leczą, nas i tak już nie wybiorą, a później tamci się będą martwić"
  22. A ja z kolei serdecznie polecam. To jest wspaniała sprawa. Jeżeli to jest to co chcecie robić w życiu to będziecie się świetnie realizował. A jeśli ktoś szedł na medycynę tylko dla kasy, prestiżu albo pod czyjąś presją i się minął z powołaniem to nic dziwnego że raz dwa się wypali i będzie całe życie sfrustrowany. Też jestem w trakcie stażu ale uważam że medycyna to była najlepsza decyzja jaką w życiu podjąłem i nie wyobrażam sobie żebym mógł robić cokolwiek innego. Jak ktoś chce sobie znaleźć powód do narzekania to zawsze go znajdzie - najszczersze wyrazy współczucia dla tych ludzi.
  23. ---->Co ciekawe, polaczek taki jak my w Polsce to trąbi, że jak to możliwe, że on wielki doktor, po latach nauki, wielka odpowiedzialność blabalbala zarabia tylko 2x tyle co polska sprzątaczka. Gościu- przecież Ty sam biadolisz, że rezydent kiepsko zarabia i nie ma nigdzie eldorado ---->Ale jak wyjedzie do Rajchu i zarabia 2x tyle co niemiecka sprzątaczka to ooo panie, ale tu jestem Wielkim Doktorem, jak się mnie tu docenia.. Sam sobie dopowiadasz i się podniecasz niepotrzebnie. Rozmawiamy tutaj o zarobkach lekarzy na początku ścieżki zawodowej i między innymi mówimy o tym, jak zarabia się poza Polską (Niemcy, USA, Norwegia etc). Wpadasz na forum, rzucasz jakieś slogany i sam się nakręcasz jakimiś dziwnymi dopowiedzeniami. W Niemczech praca jest, płatna jest nieźle i za pracę (przeważnie ciężką) dostaje się po prostu adekwatne wynagrodzenie. Dlatego lekarze są zadowoleni z pracy i czują się lepiej- zwłaszcza jak mają porównanie i popracowali trochę w Polsce. Koniec tematu. Nad czym się tak tutaj rozwodzić? ---->Ja kpię z takiego podejścia, że tu w Polsce to rezydenci są dziadami, a gdzie indziej na świecie to są to Wielkie Doktory, które zarabiają krocie, a przynajmniej adekwatnie do swojego wielkiego wykształcenia i wielkiej odpowiedzialności (za 160h of kors). Nikt tutaj nie mówi, że rezydenci w Polsce dziadują. Jesteś jedyną osobą która tego określenia tutaj użyła. Nikt poza Tobą też nie zachowuje się obraźliwie i jedyny powód dla którego nikt Cię jeszcze nie zbluzgał za takie zachowanie to prawdopodobnie obawa przed "karmieniem Trolla". ---->Ja tylko napisałem, że rezydenci nigdzie (chyba) nie mają eldorado. Bo, zarówno w Polsce, Niemczech, USA muszą zapieprzać, a kokosów jakoś nie zbijają. Wiedziałeś na co się piszesz. W każdej chwili możesz zmienić kierunek i robić co chcesz, gdzie chcesz. Kelner w Niemczech, spawacz w Irlandii czy śmieciarz-wolontariusz w Dubaju. Rób co chcesz, tylko przestań już truć, bo to jest żałosne. 4 rok studiów, jeszcze nie przepracowałeś jednego dnia, a już płaczesz że ciężko, że trzeba się wysilić trochę i nie ma kokosów. Żal.
  24. Ale to, że medycyna jest ciężką i niewdzięczną pracą chyba nie jest odkryciem sezonu? berbelek, nie rób z siebie zdziwionego życiem frustrata, ktory będąc na IV roku czuje się niespodziewanie oszukany realiami pracy lekarza. Chcesz być lekarzem? To nim zostań i albo zaakceptuj realia pracy w PL albo wyjedź (DE, a jak się zakręcisz to speckę otworzysz w UK, a nawet w Skandynawii) a jak czujesz się rozczarowany medycyną to miej jaja żeby z niej zrezygnować. Nikt nikogo nie trzyma, ani na studiach, ani w Polsce.
  25. Jak się nie podoba, zawsze można zrezygnować. Więcej miejsca dla mnie.
  26. widziałem kiedyś lekarza który miał na pieczątce: specjalista chirurgii, anestezjologii i intensywnej terapii to jest prawdziwy leonardo - sam sobie znieczuli a potem zerżnie...
  27. 3 punkty
    Ale to daje lekarzowi prawo do decydowania - tego będę leczył a tego spiszę na straty. Czasem razem podejmujemy ryzyko leczenia widząc niewielkie szanse np operując pacjenta z sepsą ze zgorzelinowym pęcherzykiem. W 90% pacjent taki umrze. A może jednak uda się go uratować? Tylko czy zawsze możemy tak łatwo z góry przewidzieć jak zakończy się choroba? Nasza diagnoza nigdy nie jest w 100% pewna. A co z leczeniem pacjentów którzy nie mają żadnego komfortu życia? Np osoba z zaawansowanym zespołem otępiennym i zapaleniem płuc. Czy wyleczenie zapalenia płuc nie będzie uporczywą terapią? Przedłuży tylko leżenie w łóżku we własnych odchodach i ból które powodują odleżyny. A przerwanie podawania antybiotyku to już zaniechanie czy eutanazja? A amin katecholowych? A wyłączenie respiratora? Brrr znowu się wynurza ten okropny relatywizm moralny! Oba te przypadki to eutanazja bierna. Etycy ciągle na ten temat dyskutują czego dowodem jest np sprawa Terri Schiavo. Na zajęciach z etyki medycznej dowiedzieliśmy się, że można na takie sprawy patrzeć z wielu różnych punktów widzenia i nie wiadomo który jest lepszy - każdy ma niby zdecydować we "własnym sumieniu". Czyli zamiast zaniechania leczenia mamy przedłużanie cierpień. Czy to moralne? Powinniśmy być skazani na takie wybory? No ja na przykład nigdy nie byłem w Austrii a zostałem już kilka razy zmieszany z błotem przez wszechwiedzących medyków zbyt łatwo wydających wyroki. Śledzisz rodziny za pomocą GPS? A jak mój dziadek po prostu nie chce jeść przez 4 dni? Nie tyka pokarmu a jak próbuję go karmić to na mnie krzyczy. Co mam zrobić wtedy? Wzywać karetkę, żeby dostać kolejną etykietę "głodziciela"? Założyć mu na siłę sondę do żołądka, którą sobie za 6 minut wyrwie albo przetnie nożyczkami (bo tak było np. z cewnikiem do pęcherza)? Kiedyś dziadek mając krwawienie z pęcherza moczowego wypisał się z izby przyjęć na własne żądanie. Oczywiście nikt go nie zatrzymywał i nie interesował się jego stanem psychicznym. Po prostu podsunęli mu papier, spakowali i poszli po "rodzinkę" z poczekalni, żeby dziadka zabrała. "Pacjent ma prawo się wypisać a doktor nie ma czasu żeby z państwem rozmawiać". Tak ma wyglądać opieka nad starszymi? Bardzo często widzę na SOR starszych ludzi którzy wręcz mówią "Ja chcę umrzeć", "nie chcę tak żyć" - np w zeszłym tygodniu miałem 84 letnią pacjentkę z krytycznym niedokrwieniem nogi która nie zgadzała się na operację. Poinformowana, że bez niej umrze powiedziała "bardzo dobrze". Zgaduję, że mówiła tak dlatego, że nie była otoczona odpowiednią opieką (nie pamiętam czy przyjechała z DPSu czy przywiozła ją rodzina). Była zanieczyszczona, odwodniona i miała odleżyny. To straszna niekonsekwencja - skazujemy na cierpienia osoby, którym nie pomagamy. A gdy domagają się, żeby te cierpienia zakończyć my oburzamy się na myśl o grzechu eutanazji. Podobnie jest z aborcją - edukacja seksualna jest be więc kobiety rodzą niechciane dzieci które potem kiszą z kapustą albo usuwają w piwnicy. Jeśli już takie dziecko przeżywa to potem chodzi brudne, głodne i jest obwiniane o to że żyje (moja żona pracuje w świetlicy szkolnej i tam jest parę takich dzieciaków z "dyskoteki"). A my możemy sobie usiąść na kanapie z pilotem i rozkoszować się naszym wysokim poziomem moralności i religijności. Myślę, że gdyby każdej osobie sparaliżowanej, obłożnie chorej, starej i niedołężnej zapewnić odpowiednią opiekę, rehabilitację i leczenie to nikt nie chciałby eutanazji. Tak samo gdyby zapewnić każdej kobiecie z niechcianej ciąży opiekę i możliwość oddania dziecka do adopcji zaraz po urodzeniu to pewnie drastycznie zmniejszyła by się ilość noworodków na śmietniku i w kapuście.
  28. Współczuć trzeba wszystkim tym, którzy zaczynają studia w tym roku i tym, którzy zaczęli je już rok temu. Te 2 roczniki zrównają się - pierwszy po 6.roku i pseudo stażu, a drugi - po swoim "normalnym" stazu - i nagle pojawi się 2 razy więcej osób na miejsca rezydenckie i rozpoczęcie specki. Jakoś sobie nie mogę tego wyobrazić, tym bardziej, że sami dobrze wiecie, ile miejsc rezydenckich gwarantuje MZ każdego roku...
  29. Udzielę! Biorę 10 zł za godzine - przychodzisz, siadasz, mówisz co chciałbyś powtórzyć, otwieram Ci książkę i czytasz
  30. ... był tak brzydki ze nawet nerw nie był twarzowy x<
  31. 3 wejściówki studenckie za darmo! W ramach współpracy z Organizatorami Kongresu, miło jest mi poinformować, że do rozdania mamy 3 darmowe, studenckie wejściówki na kongres! Jak zwykle jednak w takiej sytuacji powstaje pytanie "komu je przyznać?". Tym razem stawiamy na losowanie. Jak wziać udział w losowaniu? To proste! 1. Zgłoś poniżej chęć wzięcia udziału w losowaniu. 2. Miej na swoim koncie przynajmniej 10 napisanych postów. Obydwa warunki muszą zostać spełnione do 30 stycznia do godziny 12:00. Losowanie odbędzie się tego samego dnia, a wyniki zostaną ogłoszone o godzinie 15:00. Zapraszamy!
  32. Takie tam stworzone jakiś miesiąc temu podczas nauki EKG
  33. Problem nie leży w różnicach pomiędzy płciami, a w stereotypach. Historia tak się potoczyła, że przez wiele stuleci zabiegówka była zdominowana przez mężczyzn (i jeszcze kilkadziesiąt lat temu było to całkiem zrozumiałe ze względu na zdecydowanie różne role społeczne mężczyzn i kobiet). Obraz chirurga-mężczyzny wciąż trwa i zbiera swoje żniwo... Choć z doświadczenia mogę powiedzieć, że problemem jest to przede wszystkim na oddziałach, gdzie kobiety-chirurdzy nie pracują (ach ten strach przed nieznanym ). Sama nie widzę dla siebie innej przyszłości jak w chirurgii. Reakcją lekarzy jest zazwyczaj pytanie, czy dobrze to sobie przemyślałam. Zazwyczaj rozmowa się urywa na moim zdecydowanym TAK. Mężczyźni, którzy mają na oddziale koleżanki po fachu często w ogóle nie poruszają tego tematu. A skąd u innych te "problemy"? Pewnie z własnych doświadczeń. Każdy chirurg zaświadczy, że zwłaszcza na początku kariery droga do doskonałości we władaniu skalpelem jest ciężka, kręta, zazwyczaj pod górkę - nie ważne co masz w majtkach. Jest to po prostu specjalizacja wymagająca wielu nieprzespanych nocy, godzin spędzonych najpierw przy stole operacyjnym, potem w papierach, odporności na stres itd. Dla 25-letniej dziewczyny myślącej o założeniu rodziny wiąże się to z wieloma wyrzeczeniami. Z drugiej strony specjalizacja trwa 6 lat, więc czasu na życie rodzinne jest mało. Mężczyznom znacznie łatwiej pogodzić te dwie sfery życia. Kobiety dają radę w chirurgii. Znam wiele pań, które swoimi umiejętnościami zawstydzają kolegów z pracy. Są to kobiety zdecydowane, świadome swoich umiejętności, oprócz tego w znacznej większości niczego nie utraciły ze swojej kobiecości A kiedy pytam, czy drugi raz wybrałyby tą samą specjalizację, nigdy nie słyszę "nie". Bo chirurgia to nie specjalizacja, a styl życia
  34. No to zacznijmy od tego "p" i "r", a w kolejnych postach i niekoniecznie dzisiaj pójdziemy dalej Moja wiedza niestety też jest na pewno mocno niedoskonała, więc proszę o ewentualne poprawianie. p, czyli poziom istotności dla większości prac (przynajmniej tych, które czytałem/słyszałem) przyjmuje się, że jeśli p < 0,05 to wynik jest istotny statystycznie. Ale skąd to p? Wylicza się je np. testem t-Studenta i określa czy różnice wartości występujące w dwóch zbiorach są faktyczne czy przypadkowe. p=0,05 czyli 1/20 czyli 5% oznacza, że tylko z 5% prawdopodobieństwem relacja wyników jest przypadkowa. Czyli możemy powiedzieć, że na 95% zauważony w pracy fakt (np., że kobiety są niższe od mężczyzn) jest prawdą, a nie tylko zbiegiem okoliczności. r, czyli współczynnik korelacji To może od razu na przykładzie. Mamy 200 pacjentów i chcemy wykazać czy wśród nich Ci, którzy chorują na Colitis ulcerosa częściej zachorują na raka okrężnicy. Czyli chcemy sprawdzić czy występuje pozytywna korelacja pomiędzy występowaniem CU a raka okrężnicy. Najprościej rzecz ujmując patrzymy czy pacjenci, którzy mają plus+ przy Colitis ulcerosa jednocześnie mają plus+ przy raku. Możemy otrzymać trzy rodzaje wyników: ujemne, zero, dodatnie. Ujemne "r" poinformuje nas, że pacjenci, którzy mają CU na raka okrężnicy zachorują rzadziej. Zerowe "r" poinformuje nas, że nia ma rzadnej korelacji. Dodatnie "r" jak się już domyślacie oznacza, że taka zależność występuje i niestety pacjenci z CU mogą częściej spodziewać się również raka okrężnicy. Bardzo prosze nie bierzcie tego wszystkiego co napisałem za pewnik, bo za każdym razem jak do tego siadam to jeszcze sto razy się upewniam jak to się liczyło i co dokładnie przez to należy rozumieć. Myślę jednak, że może troche przybliżyłem temat chociaż tych dwóch parametrów. Pozdrawiam!
  35. a ja do tej listy dorzucę jakże ważny przedmiot - "socjologia w medycynie".
  36. Nie wiem dlaczego wcześniejszy post zniknął.
  37. Taaak- bo oczywiście wszyscy są tutaj bardzo zainteresowani opinią studenta 3-4 roku. Zwłaszcza w kwestii wyboru specjalizacji i wizji przyszłości medycyny Znam kilku lekarzy rodzinnych, którzy w tej specjalizacji zaczeli pracować mając już np 2 z interny i ze sporym doświadczeniem. Ich praktyka nie ogranicza się do pisania recept, wykonują np USG i z ograniczonymi możliwościami diagnostycznymi stawiają rozpoznania jakich nie powstydziłby się dr House. Mnie osobiście medycyna rodzinna nie interesuje, jestem w 100% nastawiony na zabiegówkę, wiem już co i gdzie będę robić.... Ale szanuję tych lekarzy, bo wcale nie mają lekko i potrafią być naprawdę dobrzy w tym co robią. Śmieszy mnie natomiast jak takie oceny i opinie o pracy/specjalizacji wyrażają ludzie, którzy ledwo co zaczeli zajęcia kliniczne. Trochę pokory ;p
  38. To jest tak, że studenci rzadko kiedy zgłaszają uwagi co do dydaktyki (nie dziwię im się w sumie), czasami zgłaszają i nie ma odzewu. Niemniej jednak niektórzy kierownicy zauważają problem i chcą coś zmienić w tej kwestii. W szpitalu, którym pracuję (w szpitakach, w których macie zajęcia pewnie też) ściany się jeszcze nie walą i studenci nie muszą ich podpierać W związku z tym mogą się spokojnie zająć ćwiczeniem umiejętności, które mają opanować. Oceniam studentów na każdym ćwiczeniu, przysłuchuję się jak zbierają wywiady i przyglądam się jak każdy z nich bada pacjenta. Dzięki temu wiem co kto umie, wyłapuję ewentualne błędy i pokazuję w razie czego jak co powinno wyglądać. Oszczędza mi to potem dylematów porzy ocenie każdego ze studentów. Jak ktoś robi tylko wejściówki i nie obserwuje studentow w czasie ćwiczeń to potem wychodzą różne dziwne sytuacje. Znajoma ostatniego dnia bloku w końcu poobserwowała jak kto bada i okazało się, że student mający same 5 z wejściówek co prawda wie gdzie wystepuje hepatosplenomegalia, ale nie umie w zasadzie zbadać ani wątroby ani śledziony. Drugi natomiast co prawda recytuje Szczeklika z pamięci, ale jakby mu dac pacjenta to głupieje totalnie i nie wie jakie badania zlecić. Widzę, że kwestia brzucha wraca jak boomerang Za moich czasów istniały giełdy na egzamin praktyczny - po ich lekturze wiadomo było, że prof X lubi gdy brzuch badamy jedną rączką, a pani prof Z toleruje tylko dwuręcznie, pan prof Y lubi tarczyce od przodu, a pani prof A od tyłu Na ilość pacjentów to my nic nie poradzimy niestety. Trudno, żeby chirurg latał nocą po mieście i dzgał pacjentów nożem w brzuch coby studentom zapewnić pacjentów Kwestia liczebności grup to inna para kaloszy. Z jednej strony nie od nas to zalezy, z drugiej jednak da się czasem tak zorganizować ćwiczenia, żeby każdy dotknął pacjenta i został oceniony. Miałem ćwiczenia z grupą 24 osobową więc wiem, że się da Tytułem zakończenia: o ile moje ewentualne lekarskie błędy pokryje ziemia, o tyle te dydaktyczne chodzić będą po tej ziemi. Poza tym Wy nas starych będziecie kiedyś leczyć i jesli Was nie nauczymy jak leczyć sami zgotujemy sobie nieciekawy los. Ja np, lubie swoje życie i chciałbym jeszcze trochę pożyć więc wizja, że jakiś doktor mi je skróci zdecydowanie mi się nie uśmiecha. Niektórym asystentom przydałoby sie o tym przypomniec od czasu do czasu.
  39. Jest rzeczywiście miło, bo studenci anglo nie jęczą i nie pyskują co niestety zdarza się naszym studentom. Problemem jest jedynie język angielski coniektórych anglojęzycznych. Czasami lepiej się z nimi dogadam po norwesku niż w języku Szekspira. Niektórzy mają dziwny akcent i mówią jakby im coś utknęło w gardle. To nie jest często kwestia niewiedzy tylko innej mentalności. Niektórzy asystenci na pytania reagują zjebką, tekstami typu "pan powinien to wiedzieć jeszcze będąc płodem" tudzież wstrząsem. Jeśli człowiek wie, że zamiast odpowiedzi dostanie zjebę woli nie zapytać i mieć święty spokoj. Oni są nauczeni pytać więc pytają o wszystko, czasem rzeczywiście pytają o to co mnie wydaje się banalne, a im sprawia jakiś problem. P.S. pozdrawiam grupę, którą wyrzuciłem z zajęć Wiem, że jeden z was ma tu konto; przede mną nic się nie ukryje Jak już się panowie domyją i przestanie od nich śmierdzieć wódką i fajami poproszę o nauczenie się niedokrwistości i przygotowanie psychicznie na codzienne wejściówki przez cały czas trwania bloku.
  40. Do każdej specjalizacji są przypisane stereotypy. O kobietach chirurgach mówi się "świnki morskie, czyli ani świnki, ani morskie" choć tak podobno mówią zazdrosne chomiki. Chirurgię dziecięcą, laryngologię obecnie zdominowały kobiety, a nie dużo różnią się one od pozostałych dziedzin zabiegowych. Szycie, jak szycie, wszak to bardzo kobiece zajęcie Odwaga, pewność siebie to przychodzi z czasem, tu nawet najbardziej męscy panowie mają objaw brązowych majtek na pierwszym dyżurze. Jeśli o kobiet dysfunkcje chodzi to raczej rzecz rozgrywa się o wytrzymałość fizyczną i odruch vaso-vagalny, a nie czy jest kobieca, czy męska, zimną, czy ciepłą su*ą. Kończąc wspomnę osobę prof. Marii Siemionow, najsławniejszego chirurga naszych czasów, kobiety chirurga. Można? Można
  41. Decyzja najprawdopodobniej zapadła już w przedszkolu! ;p Chyba wszyscy pamiętają animowany francuski serial : "Było sobie życie."Fascynujące! To wtedy pojawiło się pierwsze pragnienie wiedzy o niezwykłym człowieku.Były jeszcze inne powody takie jak to,że lekarz jest potrzebny pod każdą szerokością geograficzną świata i zawód ten daje możliwość ciągłego doskonalenia siebie. Oczywiście rodzice też podpowiadali wybór drogi życiowej. Nie żałuję mojego wyboru i mam nadzieję,że to się nie zmieni.
  42. - Student wybiera specjalizacje podczas studiów - prawdopodobnie na 3cim roku.
  43. U nas robi się to tak: 1) Dane personalne. 2) Dolegliwości, z którymi chory zgłosił się do szpitala. 3) Dolegliwości ze strony innych narządów i układów. 4) Przebyte choroby. 5) Wywiad epidemiologiczny 6) Wywiad ginekologiczny. 7) Wywiad socjalno-bytowy. 8) Wywiad rodzinny. Badanie to inna para kaloszy, w moich czasach jak ktoś nie wiedział co to jest szmer spadającej kropli albo koła młyńskiego wylatywał w zajęć. Dzisiaj badania uczy się pobieżnie, często zresztą badanie przedmiotowe ogranicza się do przystawienia słuchawki i wypisania skierowania na badania obrazowe
  44. 3 punkty
    W Kostowskim denerwujące jest to, że przebrniesz przez x stron o jakimś preparacie, żeby na koniec się dowiedzieć, że został wycofany z produkcji
  45. Nie wiem, czy wypada mi się wypowiadać, bo "pomoc innym" była ostatnią rzeczą o jakiej myślałam. Po prostu uznałam, że z moimi zdolnościami nie mam innego wyboru jak medycyna, a cechy charakteru odpowiadają dobremu lekarzowi. Nie lubię też mówienia "powołaniu"- dla mnie zawsze było oczywiste, że w tym, co robimy dajemy z siebie wszystko i poświęcamy się na ile to możliwe. Po prostu jestem, interesuje mnie to i mam nadzieję robić to dobrze. Czasem jest przykro, kiedy koledzy z liceum pracują się i bawią się, a ja siedzę nad książkami. Z drugiej strony nie wyobrażam sobie innego wyboru.
  46. Zapytaj czy na oddziale na pewno potrzebują wszystkich ... Osobiście polecam raczej opcję z kupowaniem samych igieł - nie ma po co wydawać na sterylną igłę z nicią do nauki, kiedy w cenie takiego zestawu kupisz komplet igieł + z wędkarskiego killka m żyłki. Tu zaznaczam że mnie osobiscie denerwuje żyłka i szukam czegoś inngeo: żyłka jest przeźroczysta i jest mniej giętka od chirurgicznej ( ale to mniejszy problem ). Poza tym jest trochę za cieńka do większych igieł. 5-0 czy 6-0 ( małe igły ) może żyłka i chirurgiczna zbliżone ale jak weźmiesz 2-0 ( większa ) to różnieć łatwo wyczuć niewprawionymi rękami, ... Co do samych zestawów nici z igłami - jak napisał dsk zwracajcie uwage czy to nić tnąca czy kłująca i raczej nie bieżcie wchlanialnego dexona czy innych poliglikolowych bo są po prostu droższe a skóry i tak takimi nie szyjemy ( przyrasta bo częściowo sie wchłania i po 10 dniach bolesne do usuwania ), ... 1. nić tnąca 2-0 wchłanialna - połorzony nawias oddaje rzeczywiste rozmiary igły nad nim trójkącik to przekrój poprzeczny czubka igły 2. nić kłująca 3-0 wchłanialna katgutowa - nazwa od dosłownie jelita bydlęcego [cattle gut ] z których kiedys to robiono nici (wchłanialne ); czarna kropka nad połorzonym nawiasem oznacza ze to igła kłująca 3. nić tnąca 3-0 niewchłanialna - plastokowa, sztywniejsza nieco od żyłki wędkarskiej, najczęsciej urzywana do szycia skóry - najlepsza na początek

Powiadomienie o plikach cookie

By using this site, you agree to our Warunki użytkowania.

Account

Navigation

Szukaj

Szukaj

Configure browser push notifications

Chrome (Android)
  1. Tap the lock icon next to the address bar.
  2. Tap Permissions → Notifications.
  3. Adjust your preference.
Chrome (Desktop)
  1. Click the padlock icon in the address bar.
  2. Select Site settings.
  3. Find Notifications and adjust your preference.