Skocz do zawartości
View in the app

A better way to browse. Learn more.

MedFor.me - Medycyna. AI. Obiektywnie

A full-screen app on your home screen with push notifications, badges and more.

To install this app on iOS and iPadOS
  1. Tap the Share icon in Safari
  2. Scroll the menu and tap Add to Home Screen.
  3. Tap Add in the top-right corner.
To install this app on Android
  1. Tap the 3-dot menu (⋮) in the top-right corner of the browser.
  2. Tap Add to Home screen or Install app.
  3. Confirm by tapping Install.

Artykuły

Artykuły - MedFor.me - Medycyna. AI. Obiektywnie
MedFor.me objęło patronatem medialnym wydarzenie. Zapraszamy do uczestnictwa!
Zobacz PROGRAM! Sprawdź MIEJSCE!
W imieniu organizatorów i Komitetu Naukowego zapraszam na kolejne - XIV spotkanie Polskiego Klubu Przepuklinowego do Bydgoszczy!
Nasz klub powstał w 1999 r. z inicjatywy prof. S.Dąbrowieckiego, dra S.Prywińskiego i dra I.Pirskiego. Funkcjonował prężnie przez kolejne lata przyczyniając się nie tylko do szerzenia wiedzy o herniologii ale także do integracji środowiska chirurgów zainteresowanych leczeniem przepuklin.
Podczas XIV konferencji naukowo - szkoleniowej organizowanej w Bydgoszczy chcielibyśmy powrócić do pierwotnej formuły naszych spotkań. Przepukliny należą do najczęściej wykonywanych operacji, są chirurgicznym „chlebem powszednim” zarówno w dużych klinikach uniwersyteckich jak i małych oddziałach szpitalnych i szpitalach prywatnych. Zapraszamy szczególnie małe ośrodki do prezentacji swoich wyników, metod operacyjnych, powikłań, konfrontacji swoich poglądów z ekspertami herniologii w Polsce. Prezentowane grupy chorych nie muszą być ogromne, wyniki nie muszą być „istotne statystycznie”. Taka formuła podczas pierwszych naszych zjazdów była niezwykle ceniona przez uczestników i mam nadzieję, że i tym razem spotka się z ciepłym przyjęciem.
Nasze zaproszenie przyjęli również znakomici goście z zagranicy. Wykład o zamykaniu powłoki jamy brzusznej wygłosi prof. Marcus Golling z Niemiec, swoim doświadczeniem z stosowania metod minimalnie inwazyjnych w herniologii podzielą się dr Tom Rogula z Cleveland i dr Brian Jacob z Nowego Jorku w USA. Przedstawimy też zaawansowane techniki mikrochirurgiczne rekonstrukcji przedniej ściany brzucha (dr Can Ozturk, Buffalo, USA). 
Z ogromną przyjemnością zapraszam też na wykłady poświęcone optymalizacji opieki okołooperacyjnej i leczeniu powikłań u chorych poddawanych operacjom dużych przepuklin brzusznych. Zaproszenie nasze przyjął prof Stanisław Kłęk (Kraków - Skawina), Prezes Polskiego Towarzystwa Żywienia Pozajelitowego, Dojelitowego i Metabolizmu oraz prelegenci doświadczeni w leczeniu powikłań okołooperacyjnych. Z przyjemnością informuję również, że swoim doświadczeniem zgodził się podzielić prof. Henryk Witmanowski (Bydgoszcz, Poznan), chirurg plastyczny z bogatym doświadczeniem w wykonywaniu abdominoplastyki.
dr n.med. Jacek Szopiński. Dyrektor Wykonawczy Polskiego Klubu Przepuklinowego
Ekskluzywna rozmowa MedFor.me z doktorem Markiem Zabłockim, specjalistą chorób wewnętrznych i diabetologii, prezesem Warmińsko-Mazurskiej Izby Lekarskiej, koordynatorem Oddziału Wewnętrznego Miejskiego Szpitala Zespolonego w Olsztynie.
 
Mateusz Malik: Panie Doktorze! W ostatnich miesiącach głośno jest o młodych lekarzach i ich batalii o poprawę warunków pracy. W akcję aktywnie zaangażowani są m. in. przedstawiciele Komisji Młodych Lekarzy przy Izbach. W jaki sposób WMIL może wesprzeć ich w walce o godziwe zarobki i przyjazne warunki kształcenia?
Marek Zabłocki: Bardzo się cieszę, że aktywność młodych lekarzy jest tak duża i że jest zauważalna na forum samorządu - w NRL, ale również w naszym regionie. Jeśli chodzi o postawę samorządu związaną z postulatami najmłodszej grupy członków, to zawsze byliśmy rzecznikiem młodych lekarzy i wsparciem w rozwiązywaniu ich problemów. W związku z tym także na poziomie regionalnym takie działania mają miejsce i to na dwóch płaszczyznach. Na płaszczyźnie ogólnej, to jest próbie zmian systemowych, czego najlepszym przykładem są ostatnio przyjęte apele Okręgowego Zjazdu Lekarzy WMIL, gdzie poparliśmy postulaty złożone przez naszą Komisję Młodych Lekarzy dotyczące przede wszystkim uregulowania dyżurów rezydenckich, ale również całościowego uporządkowania zagadnień prawnych dotyczących lekarzy rezydentów. To jest ta płaszczyzna szersza. Tym drugim polem działania jest pomoc w pojedynczych, indywidualnych zdarzeniach. Często ja, jako prezes czy inni przedstawiciele Prezydium Okręgowej Izby Lekarskiej w konkretnym miejscu, konkretnym szpitalu reprezentujemy młodych i pomagamy im walczyć o swoje prawa. Przykład z ostatniego czasu: Jesteśmy teraz w sporze sądowym w Sądzie Pracy, gdzie nasz prawnik reprezentuje dwójkę rezydentów, którzy zostali niezgodnie z prawem zwolnieni z pracy w trakcie rezydentury z powodu nieprzyjęcia nakazu wykorzystania urlopu w danym okresie. Staramy się również uczulać osoby zarządzające szpitalami, by warunki pracy w tych zakładach opieki zdrowotnej były przyjazne dla młodych ludzi i by młody człowiek nie był traktowany jak przysłowiowy „zapchajdziura” czyli kierowany w miejsce, gdzie w danej chwili nikt inny nie może pracować. Różnie bywa ze skutecznością tych działań, ale staramy się pomagać.
Uprzedził Pan doktor moje kolejne pytanie. Izba lekarska ma dla swoich członków ofertę edukacyjną, socjalną, kulturalną, sportową czy prawną. O tę ostatnią chciałem zapytać. Istotnie wzrasta liczba pozwów przeciw lekarzom. Jak wygląda dostęp do pomocy prawnej w Izbie? Czy każdy lekarz może liczyć na korporacyjne wsparcie merytoryczne, ale też pomoc adwokata w przypadku sprawy dotyczącej odpowiedzialności cywilnej czy karnej?
Zdecydowanie tak. Nasze biuro prawne jest otwarte codziennie dla wszystkich lekarzy, ale w szczególności dla lekarzy z mniejszym stażem zatrudnienia, ponieważ to oni są często łapani w „pułapki” prawne, gdy podejmują się pewnych działań nie do końca może świadomi konsekwencji prawnych. Im zawsze nasi radcowie służą pomocą i często dzieje się tak, że zapobiegamy ewentualnym przykrym konsekwencjom. Natomiast bywa różnie jeśli chodzi o pomoc w  indywidualnych procesach, czyli reprezentowanie interesów danego lekarza w sądzie (tak zwane zastępstwo procesowe). Tu na pomoc można liczyć w zależności od tego, z jakim przypadkiem mamy do czynienia, czyli nie zawsze. Jeśli są to procesy karne z powództwa cywilnego zawsze służymy opinią prawną, ale zwykle lekarz w takiej sytuacji jako swego obrońcę  wybiera osobę, z którą zna się bliżej, z którą już współpracował.
Wszyscy byliśmy lub jesteśmy młodymi lekarzami. Łączy nas wyjątkowy czas zdobywania specjalizacyjnych szlifów, doświadczeń klinicznych, pierwszych dyżurów, terapeutycznych sukcesów i porażek, trudnych egzaminów i konfrontacji marzeń z rzeczywistością... Jak wspomina Pan Doktor swój okres specjalizacji?
O! (śmiech) Bardzo dobrze wspominam. Tak jest z naszą naturą, że wyrzucamy te rzeczy, które były nienajlepsze, a zawsze takie bywają. Początek pracy zawodowej to rzucenie na głęboką wodę. Oczywiście, nie było jeszcze takich zagrożeń prawnych, takiego stosu dokumentów do wypełniania, gdy zaczynałem pracę w 1988 roku. Mimo wszystko dobrze wspominam tamte czasy. Może właśnie sam fakt bycia młodym tak pozytywnie się kojarzy, no bo wtedy byliśmy beztroscy i szczęśliwi. I parę rzeczy, które utrudniały życie mało się pamięta. Natomiast jeśli miałbym wskazać największy problem z tamtych lat, to chyba jednak ten sam, co teraz, czyli przepracowanie. Dysproporcja między możliwością zarabiania godziwych pieniędzy w jednym miejscy pracy a koniecznością utrzymania rodziny. Każdy z nas miał po 2-3 różne miejsca, w których pracował. Czas pracy lekarza od lat się nie zmienia - zawsze oscyluje między 200 a 300 godzin w miesiącu i to jest okropne. Minęło prawie 30 lat i gdy patrzę na mojego syna, który jest lekarzem, to on również rozgląda się gdzie by można trochę dorobić. Miałem nadzieję, że to się zmieni. Ta opinia, że jako lekarze zarabiamy dużo jest dla nas niesprawiedliwa, bo pracujemy na dwóch, trzech etatach! Jak się zsumuje wynagrodzenie z poszczególnych miejsc, to nie jest ono najwyższe… To wspomnienie wiąże się też z pewnym poczuciem winy, że rodzina nie zawsze ojca miała wtedy, kiedy on powinien być i to z perspektywy czasu trochę boli. Ale to też jest wpisane w specyfikę  naszego zawodu. Nasze rodziny są skazane na to, że rodzice (jeszcze jeśli obydwoje są lekarzami, a w moim przypadku tak było)  nie mają zbyt dużej możliwości przebywania razem. Ale generalnie tak jak powiedziałem na początku samo wspomnienie bycia młodym lekarzem jest miłe.

Lekarze z Porozumienia Rezydentów OZZL w trakcie konsultacji i spotkań dotyczących realizacji postulatów całego środowiska mają okazję rozmawiać z politykami, związkowcami, przedstawicielami mediów. Niestety w kontaktach z przedstawicielami części środowiska medycznego spotykają się niekiedy z oporem i swoistym dystansem starszych kolegów, którzy mówią im: "W naszych czasach mieliśmy znacznie gorsze warunki pracy, płacy, ledwo wiązaliśmy koniec z końcem i było nam trudno, zatem nie ma co grymasić, powinniście się cieszyć z tego, co macie". Jak ocenia Pan taką postawę?
Oczywiście negatywnie. To wynika z takiej niedobrej cechy, że jeśli ja kiedyś miałem źle, to znaczy, że teraz też nie powinno być lepiej. Ta cecha jest niestety trochę naszą narodową. Nie mam pojęcia, z czego się to bierze. Wiele zależy od osobowości ludzi, z którymi się przebywa, od zespołu w którym się pracuje, w związku z tym sytuacja w konkretnych miejscach pracy bywa różna. W jednym miejscu młodemu człowiekowi łatwiej jest uzyskać wsparcie, w innym trudniej. A też są tacy, którzy mówią „Nie marudź, tylko pracuj, bo ja miałem jeszcze gorzej.” To jest argumentacja nie do przyjęcia, szkodzi całemu środowisku. Bo jeśli sami nie mówimy wspólnym głosem, to każda argumentacja na zewnątrz od razu staje się słabsza…
Czy ma Pan Doktor kolegów lub przyjaciół, którzy na stałe wyemigrowali za pracą do krajów Europy Zachodniej czy w ogóle gdzieś dalej?
Tak, znam kilka osób, które w tej chwili na stałe tam pracują! Mieliśmy w ramach Unii Europejskiej na początku lat 90-tych program współpracy z Châteauroux (miasto bliźniacze Olsztyna). I tam kolega, który razem ze mną zdawał specjalizacyjną „dwójkę” pracuje tam od wielu lat i bardzo sobie chwali tę pracę.
A czy myślał o tym, by wrócić?
Oj, nie. Muszę powiedzieć, że chociaż znam kilka osób, które wróciły, to większość niestety pozostaje na emigracji. Tamte warunki  pracy są jednak inne. I to nie chodzi o nawet o wielkość zarobków - oni wszyscy podkreślają  komfort pracy, którego u nas nie było i nie ma. To jest bardzo ważna rzecz, z której nie zdają sobie sprawy nasi pacjenci. Jest to również w jakimś stopniu zarzut do mediów, do ludzi kształtujących opinię społeczną. Jeśli lekarzy będzie się przedstawiało tylko i wyłącznie jako tych złych, no to trudno będzie zasypać  dziurę pokoleniową, która dramatycznie w naszym zawodzie się powiększa. Dziennikarze nie próbują zrozumieć dlaczego tak często lekarz ma problem z całościowym, holistycznym potraktowaniem pacjenta - a wpływają na to warunki pracy. Jak ma się dwudziestu pacjentów na izbie przyjęć czy na SOR-ze, to doktor nie jest w stanie wszystkich zadowolić, sprawić by po takim „spotkaniu z lekarzem” pacjenci byli  usatysfakcjonowani. I nie jest to jego zła wola. Wynika to przede wszystkim z patologicznego systemu ochrony zdrowia, w którym dominuje totalne niedofinansowanie, prowadzące do totalnych braków w obsadzie personelu medycznego. I dotyczy to wszystkich poziomów leczenia: od podstawowej opieki zdrowotnej, na szpitalach kończąc. W związku z tym trudno się spodziewać, że przy utrzymaniu dotychczasowego stanu (finansowania, ale też sposobu przekazywania informacji o polskiej medycynie) cokolwiek się zmieni, że zatrzyma się w kraju młodych lekarzy. A już pomysły, by robić to szantażem ekonomicznym są irracjonalne, a wręcz obraźliwe…
Pan minister Konstanty Radziwiłł jest postrzegany jako polityk, który chętniej niż poprzednicy rozmawia z lekarzami. Mówi się, że jak już lekarz wejdzie w politykę, to szybko rewiduje swoje poglądy. Pan, z racji sprawowanej funkcji prezesa Izby Lekarskiej, miał okazję spotykać Konstantego Radziwiłła zarówno jako działacza Naczelnej Rady Lekarskiej, jak i ministra. Czy widać już polityczną ewolucję?
Nie. Muszę powiedzieć, że cieszę się, że mamy wreszcie ministra, który wyrósł z samorządu i który jednocześnie ma ogromną praktykę medyczną - był praktykującym lekarzem przez większość swojego zawodowego życia. Zna więc problemy środowiska jak nikt inny dotychczas. I wszystko w tej chwili wskazuje na to, że żyje tymi problemami i stara się pomóc. Natomiast możliwości ma jakie ma. Nie chcę go usprawiedliwiać, ani żądać od niego cudownych osiągnięć, ale sam fakt, że staż podyplomowy praktycznie został przywrócony - chapeau bas dla ministra, że udało mu się to zrobić. Wszelkie deklaracje, jakie w tej chwili padają zmierzają ku uporządkowaniu systemu ochrony zdrowia. Mówi się między innymi o zmniejszeniu przytłaczającej „papierologii” w medycynie... Chyba ministra bardziej związanego z naszym środowiskiem mieć nie będziemy, więc trzymajmy za niego kciuki i wspierajmy tam, gdzie się da, aczkolwiek również wymagajmy. Jest jakiś kredyt zaufania, ale nikt nie mówi, że skoro to nasz kolega, nie będziemy oczekiwać konkretnych działań.
Jak pogodzić funkcję prezesa ORL i pracę zawodową na Oddziale?
Bardzo trudno. Nasza praca zawodowa jest tak pochłaniająca, tak wymagająca czasu, że niestety, na działalność pozazawodową często go brakuje. Co wcale nie znaczy, że jest to usprawiedliwienie w stylu „niech robią inni”. Trudności są, ale staram się godzić aktywność zawodową i samorządową. Od dawna zastanawiamy się, czy nie powinno być tak, że na okres prezesury bierze się urlop i poświęca w pełni prowadzeniu samorządu lekarskiego. Gdyby jednak ktoś mi kazał wybierać, to absolutnie wybrałbym pracę zawodową. Jesteśmy przede wszystkim lekarzami, a niektórzy z nas dodatkowo działają, m.in. w samorządzie.
Aktualnie udział izb lekarskich w procesie kształcenia podyplomowego lekarzy ogranicza się właściwie do organizacji szkoleń i konferencji edukacyjnych. Jakie są perspektywy poszerzenia kompetencji Izb w tym zakresie?
Bardzo nam zależy na tym, aby jak najszerzej przejąć kształcenie podyplomowe. Na ostatnim naszym zjeździe wystosowaliśmy apel o przekazanie części kompetencji CMKP dla samorządu…
W jakim zakresie?
Przede wszystkim w obszarze kształcenia specjalizacyjnego. Mamy na razie jeden kurs, ze zdrowia publicznego i jesteśmy w trakcie organizowania kursu z prawa medycznego. Myślimy o kursie z ratownictwa i tych, które są wspólne dla wielu specjalizacji. Marzyłoby się nam, aby przejąć szkolenie specjalizacyjne. Nie to jest łatwo, ale także o tym rozmawiamy z ministrem zdrowia.
Województwo Warmińsko-Mazurskie od zawsze jest znane jako wyjątkowe zagłębie turystyki, idealne miejsce na wakacje, urlop, zjazdy. Jeziora, lasy, natura... A czy jest również atrakcyjnym miejscem pracy? Czym może przyciągać lekarzy, pielęgniarki, pracowników ochrony zdrowia, którzy szukają swojego miejsca pracy, samorozwoju, kariery zawodowej?
Myślę, że jest coraz bardziej atrakcyjnym miejscem pracy. Przede wszystkim dlatego, że powstał Wydział Lekarski Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego, a wraz z nim kliniki i możliwość łatwiejszego rozwoju naukowego. Znacznie łatwiej jest otworzyć przewód doktorski, a od tego roku dostępny jest również przewód habilitacyjny. Zatem i poziom leczenia w poszczególnych ośrodkach podniósł się. Także dlatego, że pozyskaliśmy z całej Polski wielu mądrych ludzi z ogromną wiedzą, patrzących  inaczej na różne problemy. Dlatego myślę, możliwości indywidualnego rozwoju  zawodowego są zdecydowanie większe. Dotyczy to przede wszystkim Olsztyna, ale również w niektórych  ośrodkach powiatowych są dość atrakcyjne warunki pracy, głównie finansowe. Praca w mniejszych ośrodkach jest specyficzna, związana z ogromną odpowiedzialnością zawodową, przy jednoczesnym błyskawicznym nabieraniu doświadczenia. Ma to związek z tym, że zakres przypadków medycznych jest niezwykle szeroki, a wsparcie specjalistyczne ograniczone. Tak jak mówię - co kto lubi… Jesteśmy, jako województwo, coraz bardziej atrakcyjni. Zapraszamy! Generalnie lekarzy jest nas ciągle zbyt mało. To jest problem ogólnopolski, ale nasz region pod tym względem jest szczególny: bardzo rozległy i z wyjątkowo małą liczbą lekarzy. Trochę żałuję, że środowiska lokalne nie starają się czymś dodatkowym zachęcić młodych lekarzy do rozpoczynania pracy w konkretnym szpitalu czy poradni. Myślę tu o ułatwieniach już na studiach. Kiedyś było coś takiego jak stypendium fundowane. Dlaczego do tego nie wrócić? Obligowało to młodego lekarza, by wrócił do miejsca, skąd brał takie stypendium a jednocześnie było znaczną pomocą w studiowaniu. Bo przecież nie jest tak, że ciężar kształcenia lekarzy spoczywa na państwie - studia medyczne to ogromy wysiłek całej rodziny, która łoży na wykształcenie młodego człowieka. Rozmawialiśmy z niektórymi starostami proponując zachęty dla młodych lekarzy na przykład w postaci mieszkania. Możliwości jest wiele. Natomiast ograniczając się do ogłoszenia „poszukujemy lekarza” w mediach nie rozwiąże się problemów z kadrą medyczną w takich mniej atrakcyjnych rejonach. Jako samorząd wielokrotnie gościłem tutaj burmistrzów z różnych miast powiatowych, ale wciąż tłumaczyli się brakiem pieniędzy. Myślę, że to nie do końca prawda, ale tak to już jest.
Dziękuję bardzo za rozmowę!
Dziękuję i życzę powodzenia całej grupie młodych lekarzy: Trzymam kciuki, abyście nie musieli szukać pracy poza Polską!
Rozmawiał Mateusz Malik, lekarz. Zdjęcia: M.Malik
Czy szczęście jest cechą genetyczną? Czy tendecje do określonych zachowań, odczuwania określonych emocji są dziedziczne? Brzmi jak abstrakcja. Ale czy aby na pewno?
Wyniki badania genetycznego przeprowadzonego na ogromną skalę (140 ośrodków z 17 krajów a całym świecie), w którym przebadano populację o liczebności 298 tysięcy pokazują, że stwierdzenie wybrzmiewające w tytule i pierwszych zdaniach niniejszego artykułu do końca abstrakcją nie jest. We wspomnianym badaniu badano różne warianty genów i porównywano je biorąc pod uwagę takie czynniki jak zadowolenie z życia danej osoby, tendencje do depresji i neurotyczności. Wyniki są dość zaskakujące - znaleziono trzy warianty genów związanych z subiektywnym uczuciem radości życia, dwa związane z depresją oraz aż jedenaście związanych z szeroko pojętymi zachowaniami neurotycznymi.
Oczywiście bezsprzecznym pozostaje wpływ czynników środowiskowych na wyżej wymienione emocje, co podkreślają również autorzy badania, niemniej jednak dzięki niemu można wyodrębnić pewne predyspozycje, tendencje do danych zachowań, a kto wie, może z czasem je modyfikować? Wyobraźmy sobie świat, w którym dużo łatwiej byłoby odczuwać radość, a takie pojęcia jak stres, nerwowość, smutek, depresja byłyby abstrakcją...
Dnia 9 maja 2016 roku w Olsztynie uroczyście powołano do istnienia pierwszy w Polsce oddział immunoonkologii. Oddział Kliniczny Onkologii i Immunoonkologii z Ośrodkiem Dziennym Terapii Onkologicznej pod kierownictwem doktora Pawła Różanowskiego zastąpił dotychczasowy Oddział Chemioterapii Szpitala MSWiA (Warmińsko-Mazurskie Centrum Onkologii). Zmiana nazwy i powołanie Rady Naukowo-Doradczej złożonej z czołowych polskich immunologów to kamień milowy w polskiej medycynie i potwierdzenie kierunku, w którym zmierza współczesna onkologia. To właśnie na pograniczu tych dziedzin naukowcy doszukują się nadziei na kolejny wielki postęp w leczeniu nowotworów złośliwych.
Zorganizowana z tej okazji Konferencja „Immunoonkologia 2016” zgromadziła wybitne osobistości polskiej onkologii oraz immunologii (m.in. Profesorów Macieja Krzakowskiego, Jacka Jassema, Macieja Siedlara i Jacka Rolińskiego), jak też przedstawicieli władz akademickich i samorządowych.
Przybyli goście mogli wysłuchać wykładów na temat możliwości immunoterapii w różnych typach nowotworów autorstwa czołowych polskich ekspertów. Poruszono temat leczenia raka płuca, raków przewodu pokarmowego, układu moczowo-płciowego, piersi i czerniaka, a także kwestię zaburzeń odporności u pacjentów onkologicznych. O znaczeniu immunoonkologii pisaliśmy już w MedFor.me.

Odbyła się też debata ekspertów z udziałem przedstawicielki AOTMiT na temat roli immunoterapii w onkologii i jej dostępności w Polsce.
Moderator dyskusji prof. Maciej Krzakowski postawił pytanie „Którzy pacjenci są kandydatami do immunoterapii”. Goście zgodzili się, że nie tylko typ nowotworu i parametry laboratoryjne decydują o tym, czy pacjent jest kandydatem do tego typu leczenia. Z uwagi na szeroki i trudny do przewidzenia wachlarz niespecyficznych działań niepożądanych o objęciu pacjenta leczeniem decyduje dobra współpraca chorego z lekarzem (tzw. compliance), tak by ewentualne ciężkie powikłania wykryć i leczyć jak najwcześniej.
Profesorowie immunologii Jacek Roliński i Maciej Siedlar zgodnie przyznali, że są dostępne metody służące ocenie predykcyjnej odpowiedzi na stosowane leczenie immunologiczne, ale wiele z nich wymaga udoskonalenia.  Martwi ich ograniczona ich dostępność wynikająca zarówno z wysokich kosztów, jak i tragicznej sytuacji kadrowej w polskiej patomorfologii. Zaznaczyli jednak, że w decyzji o zastosowaniu immunoterapii u pacjentów mogą pomóc bardzo proste i łatwo dostępne parametry takie jak stosunek granulocytów do limfocytów czy liczba płytek krwi.
Prof. Lucjan Wyrwicz uważa, że są dwie potencjalne drogi "ucywilizowania" leczenia immunoterapią, która wiąże się z niespotykanymi dotąd kosztami: podniesienie podatków i likwidacja tzw. programów lekowych na rzecz większej swobody decyzji lekarza w kwestii wyboru leczenia.
Dr Tomasz Świtaj ostrzegł, że w podejściu do leczenia immunoterapią potrzeba dużo pokory i cierpliwej obserwacji. Im więcej pacjentów lekarze onkolodzy spotkają, tym więcej będzie wiadomo o kulisach leczenia i umożliwi to stworzenie algorytmów postępowania zarówno jeśli chodzi o zarządzanie działaniami niepożądanymi jak i dobór tych, którzy z terapii odniosą największą korzyć.
Prof. Piotr Tomczak zwrócił uwagę na problem grupy pacjentów, dla których w Polsce nie ma w praktyce żadnych możliwości efektywnego leczenia (np. pacjenci z rakiem nerki o złym rokowaniu wg MSKCC). Taka sytuacja stawia w wątpliwość konstytucyjne prawo do równego dostępu do opieki zdrowotnej.
Prof. Jacek Jassem: Leki immunologiczne to najdroższe substancje na świecie i ich powszechne stosowanie przekracza możliwości finansowe każdego budżetu świata. Nawet w USA rozpoczyna się debata na temat alternatywnych sposobów finansowania opartych na przeciwciałach terapii. Ogromny wzrostu nakładów finansowych na leczenie dotyczy nie tylko leków onkologicznych, ale coraz częściej także innych dziedzin (np. lek na WZW typu C). Niezbędne jest wypracowanie systemu, który czyni dostępnymi terapie najbardziej skuteczne, nawet jeśli dotyczy to bardzo wąskich grup pacjentów.
Dr Paweł Różanowski zwrócił uwagę na to, że coraz więcej publikacji naukowych dotyczących immunoonkologii znajduje się w czasopismach immunologicznych i wiele ważnych zagadnień onkologom „umyka”. Dlatego też w podsumowaniu dyskusji prof. Maciej Siedlar zachęcił lekarzy onkologów klinicznych do realizacji staży w oddziałach immunologii, gdzie na co dzień spotyka się pacjentów z zaburzeniami układu odpornościowego, które potrafią imitować działania niepożądane leczenia immunoterapią. Większa współpraca onkologów z immunologami pozwoli na wymianę doświadczeń i zdobywanie przez klinicystów praktycznej wiedzy.

Mateusz Malik, lekarz
Społeczeństwu może się wydawać, że lekarz to ktoś, kto przez cały rok pracuje w gabinecie czy szpitalnej dyżurce, trochę jak urzędnik i wyjeżdża z okazji urlopu na tydzień lub dwa. Taki obraz pracowników służby zdrowia budowany jest głównie przez to, że miejscem spotkania pacjenta z medykiem w Polsce jest w większości przypadków gabinet lekarski, np. w przychodni POZ czy poradni specjalistycznej. Rzeczywistość prezentuje się jednak zgoła inaczej. Większość pracujących lekarzy spędza dużą część swojego zawodowego życia... w podróży! A powodów tego jest wiele...

Szkolenia i kursy

Już w czasie studiów niektórzy adepci medycyny mają możliwość realizacji części edukacji w ramach zagranicznych staży czy wymian. W ramach Unii Europejskiej od 1987 roku działa pod różnymi nazwami program Erasmus+, który pozwala na studiowanie przez semestr lub dwa na jednym z setek wydziałów medycznych w Europie i okolicznych krajach. Ten rodzaj edukacyjnej turystyki nie jest obowiązkowy, ale chętnym studentom ułatwia poszerza horyzonty i ułatwia naukę języków obcych.
Rozpoczęcie podyplomowego szkolenia specjalizacyjnego (np. rezydentury) wiąże się już z koniecznością realizacji licznych obligatoryjnych kursów edukacyjnych, które często odbywają się w miastach odległych od miejsca zamieszkania. W ciągu 4-6 lat przeznaczonych na naukę specjalizanci mają, w zależności od dziedziny, od kilku do kilkunastu obowiązkowych kursów przewidzianych przez program specjalizacji i wymogi towarzystw naukowych.    
Do tego już w trakcie rezydentury dochodzi konieczność zliczenia wszystkich przewidzianych programem staży kierunkowych, które muszą być realizowane w akredytowanych jednostkach. Ich lokalizacja też niejednokrotnie odbiega od miejsca stałego pobytu i zmusza rezydentów do okresowego zamieszkania z dala od rodziny albo codziennych podróży z domu i do domu. Dla przykładu każdy internista musi przeznaczyć około połowy czasu swojej nauki na zdobywanie umiejętności z kilkunastu dziedzin poza swoim macierzystym oddziałem. Dotyczy to przede wszystkim lekarzy, którzy uczą się fachu w małych ośrodkach (szpitale powiatowe, medycyna rodzinna na wsi).

Konferencje i zjazdy

Już w czasie specjalizacji na lekarzy nakładany jest przez Izby Lekarskie obowiązek szkolenia ustawicznego. Mało osób wie, że regularne doszkalanie się nawet po zdobyciu wszystkich specjalistycznych "papierów" nie jest kaprysem grupy zainteresowanych, ale koniecznością. Od każdego lekarza wymaga się uzyskania co 4 lata dwustu tzw. „punktów edukacyjnych”, które zdobywa się na kursach doszkalających, konferencjach, sympozjach i zjazdach. Aby tę powinność zrealizować trzeba wziąć udział średnio w 5-6 wydarzeniach rocznie.
W tym, aby zdobyta na studiach wiedza była aktualizowana pomaga zaangażowanie w działalność towarzystw naukowych. Każde z nich organizuje w ciągu roku kilka do kilkunastu konferencji i warsztatów, które pomagają w efektywnym samokształceniu. Coś, co wielu postronnym osobom wydaje się być relaksującą odskocznią od pracy i wyjazdem integracyjnym jest dla wielu lekarzy odebraniem kilku rodzinnych weekendów rocznie na rzecz aktywności zawodowej.
Lekarze z ośrodków akademickich uczestniczą w wielu konferencjach (w tym międzynarodowych) w ciągu roku, także jako prelegenci. Są profesorowie, którzy mają w ciągu roku zaledwie kilka wolnych weekendów. Taki styl życia trzeba naturalnie lubić i świadomie wybrać...

Praca zamiejscowa

Średnia wieku lekarza specjalisty w Polsce to obecnie w wielu dziedzinach około 60 lat. Ogromne niedobory kadrowe (na 1000 mieszkańców przypada 2,2 lekarza, najmniej w całej Unii Europejskiej) powstają w wyniku masowej emigracji, spowodowanej niskimi wynagrodzeniami i złymi warunkami pracy. Skłania to większość lekarzy do pracy w kilku miejscach. Im bardziej dramatyczna sytuacja kadrowa w danej miejscowości, tym więcej taka placówka jest w stanie zaproponować specjaliście. Opłaca się zatem branie dyżurów w szpitalach położonych nawet kilkaset kilometrów od domu, czasem i w kilku miejscach naraz. Wymusza to kolejne podróże, wiele godzin spędzonych za kółkiem czy w komunikacji publicznej. Warto też wspomnieć o pracy lekarza rodzinnego na terenach podmiejskich. Wizyty domowe, bo o nich tu mowa, to obowiązek realizowany w ramach kontraktu przychodni, aby zapewnić pomoc pacjentom obłożnie chorym, którzy nie są w stanie samemu dotrzeć do doktora. Ponadto cześć specjalistów z zasady ma pracę opartą na bezustannych podróżach (lekarz w pogotowiu ratunkowym, lekarz medycyny paliatywnej).

Żyjemy w ciągłym biegu… Warto wiedzieć , że w życiu lekarza "wyjazd" to najczęściej wcale nie rodzinny wypad na narty czy urlop w egipskim kurorcie, ale część codziennej zawodowej pracy.

Mateusz Malik, lekarz

"To o co można obecnie rozważać to obniżenie wynagrodzeń" - taką informację otrzymali Przedstawiciele Porozumienia Rezydentów podczas konferencji uzgodnieniowej, która odbyła się 19 kwietnia 2016 w Ministerstwie Zdrowia. Na usta aż ciśnie się pytanie: Czy rezydentom nie zaśmiano się tym samym w twarz? A może warto rozważyć zgodę na obniżki, gdyż kryje się za tym jakieś wyższe dobro?
Od wielu miesięcy Porozumienie Rezydentów OZZL prowadzi szereg bardzo przemyślanych i edukacyjnych działań mających na celu podniesienie podstawowego wynagrodzenia dla lekarzy rezydentów (przypomnijmy, że w chwili obecnej to... 70% średniej krajowej!) Tu od razu pada kolejne pytanie: Czy dotychczasowe rządy świadomie przeznaczały tylko 70% średniej krajowej na pensje osób, które dbają o nasze zdrowie? Czy tylko tyle ono jest warte? A może zdrowie nie jest priorytetem?
Pytań jest zdecydowanie więcej ale nie zmienia to faktu, że w Polsce młody lekarz, który poświęca, jak bywało dotychczas, minimum 8 lat swojej edukacji (początek rezydentury, a pod jej koniec nawet 16 lat) zarabia średnio 2250 zł netto...
Na podobny problem zwrócili uwagę nasi koledzy z Wielkiej Brytanii - oni jednak już protestują na ulicach.
Na jakie zakończenie możemy liczyć w Polsce? To pokażą najbliższe miesiące!
Tymczasem zapraszamy do lektury całego komunikatu, który wydało PR OZZL po spotkaniu z 19 kwietnia br.
Komunikat Porozumienia Rezydentów.docx
Choroba Alzheimera jest istotnym problemem dzisiejszych czasów. Polega na odkładaniu się w mózgu blaszek amyloidowych, które blokują komunikację między neuronami. Chorych jest coraz więcej a medycyna w dalszy ciągu nie ma dla nich skutecznego rozwiązana. Czy aby na pewno?
Nadzieja tkwi w niepozornym białku IL-33. Proteina ta występuje fizjologicznie w organizmie ludzkim. Jej największe stężenie występuje w Centralnym Układzie Nerwowym. Aktywuje komórki mikrogleju, dzięki czemu ma działanie przeciwzapalne. Badania na myszach wykazały, że codzienna podaż tego białka już po tygodniu spowodowała wypłukanie blaszek amyloidowych, a co więcej, zablokowała tworzenie się nowych. Mało tego, zaobserwowano znaczną poprawę funkcji kognitywnych zwierząt, a nawet powrót do ich zdolności poznawczych sprzed choroby.
Póki co naukowcy podkreślają, że są to wstępne wyniki z badań na myszach. Dalsze badania potrwają jeszcze co najmniej kilka lat. Nie mniej jednak perspektywa jest obiecująca. Czyżby powoli zaczynała się nowa era nadziei dla cierpiących na chorobę Alzheimera?
Żywienie wyrasta na jedno z ważniejszych wyzwań współczesnej medycyny. Temat, który od wielu lat był bagatelizowany lub ignorowany na różnych szczeblach jest coraz częściej poruszany w kontekście profilaktyki, leczenia wspomagającego, ale też przyczynowego różnego typu chorób - od alergii i próchnicy, poprzez otyłość i chorób metaboliczne, schorzenia przewodu pokarmowego, na nowotworach skończywszy. Świadomych tego problemu lekarzy i naukowców boli fakt, że żywienie enteralne pacjentów (tych przebywających w szpitalach i tych leczonych ambulatoryjnie) nie budzi specjalnego zainteresowania płatnika (NFZ), mimo, że badania wyraźnie wskazują, że chory dobrze odżywiony ma mniej powikłań i jego leczenie jest globalnie tańsze.
Przez lata odżywianie pacjentów przewlekle chorych, dietoterapia, suplementy diety i profilaktyka stały się niestety w dużej mierze domeną różnego typu pseudonaukowców, uzdrawiaczy, handlowców z koncernów spożywczych i kosmetycznych czy internetowych doradców. Wagę problemu niech podkreśla kilka faktów:
Nikogo nie dziwi, że w szpitalach pacjentom serwowane są dania słabo zbilansowane, niepełnowartościowe, nieestetyczne i niesmaczne. Na studiach medycznych studenci poza teoretycznymi zajęciami z biochemii (nauka na pamięć budowy aminokwasów, węglowodanów itp) nie uzyskują wiedzy i narzędzi do zaprojektowania odpowiedniej dla pacjenta diety. W praktyce pacjenci uzyskują wiedzę o zaleceniach dietetycznych w Internecie, a nie w gabinecie lekarskim. Sam, jako lekarz, z przykrością obserwuję, że najczęściej kompetentnym źródłem informacji o konstruowaniu właściwej diety są osoby całkowicie spoza medycznego świata. Po spotkaniu z lekarzem, jeśli temat diety w ogóle zostanie poruszony, chorzy częściej potrafią określić czego im nie wolno jeść, zamiast tego, co powinni. W warunkach polskich nie funkcjonuje "skierowanie do dietetyka" - brakuje publicznych poradni dietetycznych (nie licząc kilku przyklinicznych). Zarówno przezorni zdrowi, jak i chorzy są zdani na usługi finansowane z własnej kieszeni.   W społeczeństwie żyją własnym życiem przekonania na temat żywności niepoparte żadnymi badaniami naukowymi albo wręcz sprzeczne ze zdrowym rozsądkiem. Zmiany na horyzoncie
Szczęśliwie pojawia się coraz więcej jaskółek zwiastujących nadchodzące zmiany. Przekaz dotyczący żywienia pacjentów przewlekle chorych przebija się do ogólnopolskich mediów (świetny artykuł z Newsweeka: Kiedy jedzenie nie smakuje jedzeniem autorstwa nagradzanej Doroty Romanowskiej)
Nie brakuje na szczęście dobrych ośrodków akademickich skoncentrowanych na innowacyjnych, często przełomowych badaniach zarówno laboratoryjnych jak i statystycznych dotyczących składników pokarmowych i ich wpływu na zdrowie publiczne (Instytut Żywności i Żywienia, Wydział Nauki o Żywności UWM). Do społecznej świadomości przebija się coraz intensywniej fakt ogromnego znaczenia prawidłowego odżywiania ale też obalany jest mit, że jedzenie zdrowe = niesmaczne.
W ubiegłym, 2015 roku ustanowiono kamień milowy w zakresie żywienia pacjentów nowotworowych w Polsce: staraniem wielu wybitnych naukowców i lekarzy, w wyniku konsensusu czterech towarzystw naukowych przyjęto jednolite „Standardy leczenia żywieniowego w onkologii”. Gorąco zachęcam do zajrzenia.
Od wielu lat na obszarze polskiej medycyny działają też cudowne osoby pokroju doktor Aleksandry Kapały, które swoją obszerną wiedzą dzielą się zarówno z zainteresowanymi adeptami medycyny, jaki i z tysiącami napotkanych pacjentów - czy to w praktyce lekarskiej czy na łamach fejsbukowej strony. Do "wołających na żywieniowej puszczy" należą też docent Stanisław Kłęk (chirurg onkologiczny znany z edukacyjnego zacięcia) czy doktor Jacek Szopiński, tworzący na łamach czasopisma Przypadki Medyczne.pl cykl Leczenie żywieniowe - ab ovo).
Kropla drąży skałę.
Mateusz Malik, lekarz

Było rozczarowanie, były marzenia, były myśli i plany, były słowa pisane i mówione - w walce o podwyżki i godne życie w trakcie specjalizacji polskim rezydentom pozostały: CZYNY.
Jeśli jesteś całkowicie zadowolony z przebiegu Twojej specjalizacji, z rezydenckiej pensji, z wolontariatu, który kochasz, z lubością realizujesz swój program specjalizacji od A do Z, dyżury w Twoim miejscu szkoleniowym mógłbyś robić do końca życia i z utęsknieniem czekasz na egzaminacyjną loterię PES z plusem - nie pojawiaj się jutro na spotkaniu w Okręgowej Izbie Lekarskiej o 11.00…
Jeśli spośród wszystkich członków zamkniętej grupy „Porozumienie Rezydentów” na Facebooku na sobotnim spotkaniu zjawi się 1% powinno nas być 164 i jedna trzecia człowieka. Kimkolwiek jesteś - nie bądź anonimową jedną szesnastotysięczną. Może jesteś lekarzem rezydentem, może stażystką, może studentem, który poważnie traktuje przyszłą pracę, może emigrantką jedną nogą, a może przyszłym ministrem zdrowia! - nie daj innym decydować za siebie. Spotkajmy się w Warszawie, zewrzyjmy szyki i postawmy na swoim: codziennie w naszych rękach spoczywa ludzkie życie - weźmy w nie WŁASNY LOS.
A wszystkim, którzy myślą, że inni za nich to załatwią, mówimy: niejedna wielka inicjatywa upadła jednym przeważającym głosem. Tak chcecie przejść do historii?
Na spotkaniu przy ul. Puławskiej 18 w Warszawie ustalona zostanie strategia postępowania młodych lekarzy na każdą ewentualność (z demonstracją włącznie). A ostateczne rozstrzygnięcia naszej wielomiesięcznej batalii to kwestia najbliższych tygodni.
Umiesz liczyć - licz na siebie. My też na Ciebie liczymy!
Mateusz Malik, lekarz

Czy medycyna w końcu znalazła metodę wyleczenia paraliżu spowodowanego przerwaniem rdzenia kręgowego? Jest na to nadzieja...
Naukowcy z Centrum Neuromodulacji Uniwersytetu w Ohio od kilku lat pracują nad technologią Neurolife. Co to takiego? Jest to technologia, której zadaniem jest połączenie mózgu oraz efektora (np. mięśni kończyn) za pomocą mikrochipa bez użycia rdzenia kręgowego! Dzięki tej metodzie mózg wysyła dany sygnał (np. dla zgięcia kończyny) do urządzenia połączonego z efektorem, które odczytuje, interpretuje dany sygnał i w odpowiedni sposób stymuluje żądane mięśnie.
Obecnie trwają eksperymenty na 24-latku, który kilka lat temu doznał nieodwracalnego uszkodzenia rdzenia kręgowego wskutek skoku na głowę do oceanu. Mężczyzna od tego czasu był całkowicie sparaliżowany od klatki piersiowej w dół. Dzięki technologi NeuroLife i 15 miesiącom ćwiczeń jest w stanie nie tylko poruszać rękami, ale wykonywać coraz bardziej skomplikowane operacje, włączając w to grę w "Guitar Hero".
Czyżbyśmy więc byli świadkami przełomu? Czy za kilka / kilkanaście lat ludzie zaczną wstawać z wózków?
https://youtu.be/y5YRQnv-768

Rozmowa MedFor.me z Joanną Kozakiewicz, doulą ze Stowarzyszenia DOULA w Polsce i Promotorem Karmienia Piersią: o znaczeniu douli, godnym porodzie, „oksytocynowej” miłości i standardach opieki okołoporodowej.
 
 
Barbara Iwanik: Zakończył się „Tydzień Godnego Porodu”, który współorganizowałaś, czy mogłabyś przybliżyć czytelnikom główne idee tego wydarzenia?
Joanna Kozakiewicz: Tydzień Godnego Porodu to wydarzenie będące częścią kampanii „Rodzę - Mam prawa” Fundacji Rodzić po Ludzku. To ogólnopolski cykl lokalnych spotkań dla kobiet, organizowany w 80 miejscach w Polsce (i w jednym zagranicą) w jednym tygodniu marca po to, aby kobiety mogły edukować się w zakresie swoich praw i dzielić doświadczeniami. Zatwierdzone przez Ministerstwo Zdrowia „Standardy Opieki Okołoporodowej” są wciąż mało znane rodzącym. Rzadko mówi się o nich w szkołach rodzenia, nie wspominając o tym, że, jak pokazują badania przeprowadzone niedawno np. w szpitalach mazowieckich czy małopolskich, zapisy Standardów nie są odpowiednio wdrażane przez personel szpitalny. Tydzień Godnego Porodu ma na celu poszerzenie świadomości społecznej jeśli chodzi o prawa przysługujące rodzącym.
Wydaje się, że dzięki obszernym działaniom fundacji „Rodzić po ludzku” na przestrzeni ostatnich lat znacznie polepszyła się opieka okołoporodowa w Polsce. Czy córki rodzą dziś godniej, niż rodziły ich matki?
Na pewno tak. Powszechne stały się tzw. porody rodzinne. Ojcowie mogą być uczestnikami porodu, a nie jedynie oglądać swoje dzieci przez szybkę na oddziale noworodkowym. Kobiety nie muszą leżeć w czasie porodu, często rodzą w dogodnej pozycji wertykalnej. Stosowanych jest więcej niefarmakologicznych metod łagodzenia bólu. W wielu szpitalach wspiera się karmienie piersią czego w czasach naszych mam nie było. Odradzają się alternatywne miejsca do porodu. Zamiast izb porodowych powstają nowoczesne domy narodzin. Poród domowy staje się coraz bardziej popularny, także dzięki działalności Stowarzyszenia 'Dobrze urodzeni'. Mamy Standardy Opieki Okołoporodowej, które są opracowane zgodnie ze światowymi standardami.
Wygląda na to, że sytuacja rodzących jest coraz lepsza, choć na pewno jest jeszcze wiele do zrobienia. Gdybyś mogła zmienić jedną rzecz w rutynowym przebiegu porodu szpitalnego, co by to było?
Przeniosłabym środek ciężkości z zainteresowania procedurami, zapisami KTG, presją czasu na skupienie uwagi na rodzącej i fizjologii porodu. Tak pracują położne przyjmujące porody domowe i osiągają bardzo dobre efekty.
Praca w szpitalu rządzi się swoimi prawami. Braki kadrowe, sterty dokumentów, presja czasu... a czasu dla pacjenta jak na lekarstwo. Jakiego wsparcia potrzebują rodzące kobiety i kto może go udzielić?
Myślę, że każda kobieta ma indywidualne potrzeby, ale są też oczekiwania, o których mówi wiele kobiet. Na przykład potrzeba profesjonalnej opieki medycznej, wykwalifikowanego personelu, który respektuje prawa i godność nie tylko kobiety, ale też ojca oraz dziecka, zapewnia rodzicom odpowiedni zakres informacji na temat postępu porodu czy zakresu stosowanych interwencji medycznych. Często słyszę od kobiet, z którymi współpracuję o potrzebie bezpieczeństwa i intymności. Kobiety zgłaszają też potrzebę obecności innej matki, która zna i rozumie fizjologię porodu i potrafi wesprzeć emocjonalnie, pomóc złagodzić ból w sposób niefarmakologiczny, uspokoić, zmobilizować na ostatniej prostej. Taką potrzebę potrafi spełnić np. doula.

Mówisz, że kobiety często potrzebują wsparcia od bardziej doświadczonej matki. Taką rolę mogą pełnić kobiety z rodziny, lekarki, położne i doule.  A czy Twoim zdaniem poród z partnerem to dobry pomysł? Przecież mężczyzna nigdy w pełni nie zrozumie rodzącej kobiety!
To zależy czy on i ona tego chcą. Uważam, że jeśli oboje chcą to obecność ojca dziecka może niesłychanie pomóc kobiecie. W czasie gdy potrzebna jest oksytocyna, kto jak nie ukochany człowiek, ojciec dziecka otoczy rodzącą i dziecko „oksytocynogenną” miłością? Jednakże jeśli tata nie chce być przy porodzie uważam, że nie należy go do tego zmuszać. Może to przynieść więcej szkody niż pożytku, bo zmuszony do obecności mężczyzna będzie wnosił swój lęk, stres, adrenalinę, a to będzie bardzo mocno wpływać na rodzącą. Michel Odent, słynny francuski ginekolog-położnik twierdzi nawet, że mężczyźni z zasady nie powinni być obecni na porodówkach, co jest oczywiście bardzo kontrowersyjną opinią.
A jeśli partner wspiera kobietę przy porodzie, to czy doula może się do czegoś przydać?
Doula nigdy nie zastąpi taty dziecka w czasie porodu. Moja relacją z rodzącą, mimo tworzącej się bliskości, to dla niej zupełnie inna relacja niż z rodziną, ojcem dziecka. Ja zachowuję pewien dystans, nieco inaczej widzę sytuację, inaczej się angażuję w poród czy opiekę okołoporodową. Mam też za sobą doświadczenie macierzyństwa. Bardzo lubię pracować z obojgiem rodziców, wydaje mi się, że umiem się wczuć w potrzeby taty, umiem pomóc mu znaleźć przestrzeń, aby aktywnie wziął udział w tym porodzie. I staram się nie przeszkadzać w rodzeniu się… rodziny (śmiech).
Położna, ojciec, doula.. Przy rodzącej zaczyna się robić tłoczno. Kim właściwie jest ta doula i czy żeby nią zostać trzeba dużo się uczyć i zdawać trudne egzaminy?
Doula to stosunkowo nowy zawód w Polsce, oficjalnie zarejestrowany w styczniu 2015 roku dzięki staraniom Stowarzyszenia DOULA w Polsce. Nie dziwi zatem fakt, że może jeszcze nie wszyscy zdążyli się zapoznać z zakresem kompetencji douli, dla wielu też wciąż sama nazwa naszego zawodu nic nie mówi.
Z drugiej strony tak naprawdę doula nie jest niczym nowym. Zanim porody na stałe trafiły do szpitali, kobiety od wieków rodziły w towarzystwie innych kobiet. Doula została jakby „na nowo odkryta” w latach 70-tych przez niedawno zmarłą antropolożkę Danę Raphael, a potem przez amerykańskich lekarzy i badaczy. Byli nimi Marshall Klaus i John Kennel, którzy dzięki swoim badaniom potwierdzili, że ciągłe, społeczne, kobiece wsparcie w czasie porodu znacznie ten poród skraca, rodząca rzadziej sięga po znieczulenie farmakologiczne, maleje liczba interwencji medycznych i rzadziej dochodzi do cięć cesarskich, ojcu łatwiej odnaleźć się w nowej roli, a mama lepiej radzi sobie z karmieniem piersią.
Doule mają w tej chwili dwie drogi kształcenia - obie zaczynają się od podstawowego szkolenia dla doul. Potem można albo uzupełniać po kolei poszczególne szkolenia specjalistyczne - np. z laktacji, niefarmakologicznych metod łagodzenia bólu, masażu chustą rebozo, trudnych sytuacji okołoporodowych itp. albo odbyć roczne studium. Jako członkinie Stowarzyszenia DOULA w Polsce odbywamy też staż, mamy swojego superwizora - doulę, która wcześniej przeszła drogę certyfikacji i ma spore zawodowe doświadczenie, prowadzimy dokumentację porodów, mamy listę obowiązujących lektur.
Kto czuwa nad poziomem merytorycznym i profesjonalizmem polskich doul?
Stowarzyszenia DOULA w Polsce jak organ szkolący i certyfikujący doule.
Jak to się stało, że zostałaś doulą?
To będzie bardzo osobiste. Zawsze leżało mi na sercu godne rodzenie, nie zgadzałam się wewnętrznie, że jeszcze wciąż nie wszyscy rodzą „po ludzku”. Kiedy zaszłam w ciążę oczywiste było dla mnie, że chcę rodzić w domu i wszystko wskazywało na to, że tak się stanie. Niestety musiałam się zmierzyć z niespodziewaną hospitalizacją i nagłym cięciem cesarskim w 7 miesiącu ciąży. Pobyt w szpitalu przed i po urodzeniu córki to był niezwykle trudny czas... Przerażało mnie łamanie praw rodzących, praw dzieci, szczególnie tych najmniejszych urodzonych przedwcześnie. Zastanawiałam się nad mechanizmami, które sprawiają że człowiek człowiekowi wyrządza taką krzywdę…
Czy walcząc o życie i zdrowie swojego dziecka miałaś jeszcze siłę, by rozglądać się dookoła i działać?
Pewnego dnia, będąc na obserwacji na porodówce (a trafiałam tam często, bo mój stan się raptownie pogarszał na oddziale patologii ciąży), zrobiłam coś, czego nie umiem do tej pory wytłumaczyć. Za zasłoną rodziła moja koleżanka z sali, ja byłam podpięta pod kardiotokograf i czułam się bezsilna wobec słów adresowanych przez personel do mojej rodzącej koleżanki. To nie był pierwszy jej poród, a po tym jak została potraktowana była zbyt roztrzęsiona, aby poradzić sobie z przystawieniem córeczki do piersi.
Więc odpięłam się od KTG, gdy nikt nie widział i poszłam jej pomóc, mimo że nie wiedziałam jak się to robi. Działałam instynktownie i się udało. Dziecko zaczęło efektywnie ssać a mama odetchnęła z ulgą. Słowa wdzięczności, które potem od niej słyszałam np. w rocznicę urodzin jej córeczki utwierdziły mnie w przekonaniu, że taka pomoc jest potrzebna. Że nawet ja mogę zmienić jakiś maleńki fragment rzeczywistości. Więc zaczęłam zmieniać.
Ukończyłam podstawowy kurs douli i zaczęłam szkolić się dalej jako członkini Stowarzyszenia DOULA w Polsce. Zostałam wolontariuszem Fundacji Bank Mleka Kobiecego, żeby pomagać mamom wcześniaków i ich dzieciom. Oprócz bezpośredniego wspierania kobiet w okresie okołoporodowym, zaczęłam też działać społecznie – organizuję spotkania, warsztaty, pokazy filmów, cykle spotkań (np. Krąg Opowieści Porodowych, Mlekotekę czy ostatnio Tydzień Godnego Porodu). Niedawno uzyskałam tytuł Promotora Karmienia Piersią i prowadzę grupę wsparcia laktacyjnego dla mam karmiących.
Imponuje mi Twoje zaangażowanie! Swoją codzienną, mrówczą pracą zmieniasz świat na lepsze. Czy otrzymujesz zrozumienie i wsparcie od personelu medycznego? Czy doule są mile widziane na polskich porodówkach?
Dziękuję za ciepłe słowa. Kropla drąży skałę. Jeśli chodzi o wsparcie ze strony personelu medycznego to szczerze mówiąc bywa różnie, ale jest coraz lepiej. W niektórych szpitalach oficjalnie obowiązuje zakaz wstępu doul na porodówki. Jednakże w wielu innych personel traktuje nas z coraz mniejszym dystansem. Widzę na przykład, że położne coraz częściej czują się odciążone, wiedząc, że rodzącej towarzyszy doula.
A czy to prawda, że doule zachęcają kobiety do porodów domowych?
Ja nie zachęcam do porodów domowych, nie wolno mi namawiać rodzącej do rodzenia w tym czy innym miejscu, to jest jej decyzja. Dla każdej kobiety najlepszym miejscem do porodu jest to, które one sama wybierze! Jednakże zapytana o moje prywatne zdanie na temat porodów domowych zawsze wyrażam się o nich pochlebnie, gdyż uważam, że to niezwykłe doświadczenie i dzięki zachowaniu wysokich standardów bezpieczeństwa (np. tych opracowanych przez Stowarzyszenie "Dobrze urodzeni") także bezpieczne. Często rodzące proszą mnie o pomoc w skontaktowaniu z położnymi przyjmującymi porody domowe i oczywiście z chęcią w takim kontakcie pośredniczę. Z jeszcze większą chęcią uczestniczę w porodach domowych jako doula.
Porody domowe w Polsce to rzadkość, zdecydowana większość kobiet rodzi w szpitalach, w których spędzają również pierwsze dni po narodzinach. Kiedy po hospitalizacji mama wraca z dzieckiem do domu często miewa trudności z odnalezieniem się w nowej roli, a dookoła nie ma już zespołu profesjonalistów w białych fartuchach. Jak doula może wesprzeć młoda mamę w pierwszych krokach rodzicielstwa? Jakie są najczęstsze problemy w pierwszych dniach po porodzie?
Połóg to bardzo niedoceniony moment w życiu kobiety. Wiele wskazuje na to, że nieprzygotowanie do niego jest jednym z czynników zwiększających ryzyko depresji poporodowej. To czas tworzenia się więzi z dzieckiem, stabilizacji laktacji i odnajdywania się w życiu w trójkę a nie we dwójkę. Współczesne matki wymagają od siebie bardzo dużo - powrotu do dawnej sylwetki, dobrego samopoczucia, nakarmionego i śpiącego dziecka, tej samej aktywności co przed narodzinami dziecka, wysprzątanego domu i ugotowanego obiadu. Jeszcze przed porodem usiłuję pomóc tworzącej się rodzinie przygotować się na zmianę i właśnie na czas połogu. Pomagam stworzyć „własną wioskę wsparcia” - namawiam aby zrobić sobie zapasy jedzenia, zadbać o życzliwe osoby do pomocy, które ugotują coś ciepłego, zrobią zakupy czy posprzątają. Już w czasie połogu pomagam zrozumieć emocje jakie się pojawiają, uspokajam, a w razie gdy potrzebna jest pomoc specjalistyczna - polecam sprawdzonych specjalistów.
Jakiego rodzaju wsparcia doula może udzielić świeżo upieczonemu ojcu?
Zwykle pomagam zrozumieć to co dzieje się z matką i wspierać ją. Zachęcam i inspiruję do nawiązywania kontaktu z nowo narodzonym dzieckiem - pokazuję tacie dziecka jaką on może spełnić rolę, zachęcam do kangurowania, uczestnictwa w pielęgnacji, bliskości…
Młodzi rodzice na pewno zadają Ci przeróżne pytania dotyczące pielęgnacji i zdrowia niemowlęcia. Czy to prawda, że doule są przeciwniczkami szczepień?
Jako doula nie udzielam porad medycznych, bo nie taka jest moja rola. Na szczęście mogę polecić doświadczonych lekarzy - neonatologów, pediatrów i specjalistów chorób zakaźnych, którzy chętnie odpowiadają na pytania rodziców, których do nich kieruję. Na przykład w szkole rodzenia, której pracę koordynuję zajęcia poświęcone szczepieniom prowadzi wspaniała neonatolog. Bardzo często zgadza się przyjąć na swoje zajęcia dodatkowe osoby zainteresowane tematem, a skierowane tam przeze mnie.
Czy chciałabyś, aby usługi douli były refundowane przez NFZ? Obecnie nie każdą kobietę stać na opłacenie tak profesjonalnego wsparcia w okresie okołoporodowym.
Tak, gdyż uważam, że nasza praca przynosi realne korzyści. Kobiety, które rodzą z doulami znacznie rzadziej korzystają ze znieczulenia, rzadziej ich porody kończą się cięciem cesarskim, kobiety łatwiej nawiązują więź z dzieckiem. Myślę, że to oszczędności dla systemu, które można by wziąć pod uwagę. Z drugiej strony jeszcze nigdy nie zdarzyło mi się, aby bariera finansowa stanowiła przeszkodę do podjęcia współpracy. Zawsze znajdujemy rozwiązanie.
Gdzie można znaleźć doulę, która wesprze nas w okresie okołoporodowym i kiedy trzeba zacząć jej szukać?
Można nas znaleźć na stronie Stowarzyszenia DOULA w Polsce w zakładce "Znajdź doulę" - wybieramy na mapie województwo, które nas interesuje i wyświetla się lista doul. Szukać dobrze jest jak najwcześniej albo przynajmniej w momencie, gdy stajemy przed wyborem miejsca i osób towarzyszących do porodu.
Bardzo Ci dziękuję za inspirującą rozmowę. Czy na zakończenie naszej rozmowy masz jakieś rady, które jako doula chciałabyś przekazać młodym lekarzom i studentom medycyny?
Rady? Nie. Jedynie nieśmiałą zachętę. Zachęcam do przyjrzenia się realnym efektom działalności doul podobnie jak to zrobili amerykańscy lekarze i badacze - Marshall Klaus i John Kennel.
 
Rozmawiała: Barbara Iwanik, lekarz. Zdjęcia: Ania Menzel Dobry Portret
Vancouver, rok 1983. To moment, kiedy po raz pierwszy wykorzystano robota do zadań chirurgicznych. „Arthrobot” - bo o nim mowa, to urządzenie myśli kanadyjskiej zaprojektowane do asystowania podczas zabiegów ortopedycznych. Jego głównym zadaniem było zmniejszanie nakładu siły operatora w trakcie fizycznie obciążających procedur - robot nie może się przecież zmęczyć, ani znudzić. Był on zapowiedzią rozwoju światowej robotyki medycznej. 2 lata później PUMA 560 - „ramię robotowe”, posłużyło neurochirurgom do precyzyjnej biopsji mózgu. Zaś „CyberKnife” - zrobotyzowany nóż cybernetyczny, wprowadzony w 1994 roku i wykorzystywany do dziś, dokonuje precyzyjnego usunięcia zmian nowotworowych ze zmniejszeniem uszkodzenia obszaru tkanek zdrowych (radiochirurgia stereotaktyczna). O nowościach na tym polu można pisać wiele - każda medyczna specjalność zabiegowa, dążąc do uzyskania dodatniego bilansu zysków i strat, skupia się na możliwie małej inwazyjności i precyzji nieosiągalnej przez ludzką dłoń. Roboty mogą to wszystko zagwarantować.
Obecnie jednym z najbardziej zaawansowanych technologicznie robotów na rynku jest produkt firmy Intuitive Surgical - da Vinci. Zaletą maszyny jest jej zakres ruchów. Eliminując drżenia rąk operatora, ramiona da Vinci docierają w ciężko dostępne miejsca, zmniejszając ryzyko uszkodzenia delikatnych nerwów i naczyń czy powstania szpecących blizn. Obraz, który widzi lekarz posiada wysoką rozdzielczość, jest trójwymiarowy a formuła pracy zdalnej pozwala na operowanie setki kilometrów od urządzenia. Utworzony w 1998 roku na zlecenie Pentagonu, miał początkowo służyć armii w udzielaniu wspomnianej zdalnej pomocy medycznej żołnierzom na froncie. W tym samym roku, w asyście robota, dokonano jednak pierwszej „cywilnej” operacji pomostowania tętnic wieńcowych (Lipsk, Niemcy). Punktem zwrotnym było nadanie mu przez amerykańską FDA (ang. Food and Drug administration) pozwolenia do pracy w chirurgii ogólnej. Stopniowo uzyskiwał on dalsze pozwolenia z zakresu urologii czy torakochirurgii.

Na świecie pracuje obecnie ponad 1800 takich maszyn, najwięcej w Stanach Zjednoczonych - ojczyźnie da Vinci. Jak sytuacja wygląda w Polsce? Jedyną placówką posiadającą robota z Kaliforni jest Wojewódzki Szpital Specjalistyczny we Wrocławiu. Centrum Chirurgii Robotowej działa tam od 2010 roku, choć słowo „działa” nie jest najlepiej oddającym obecną sytuację słowem. Urządzenie, które kosztowało 9mln złotych, przez większość czasu jest nieużywane, ponieważ zabiegi z jego udziałem nie są refundowane przez Narodowy Fundusz Zdrowia. Próby nawiązania współpracy w kwestii finansowania operacji z budżetu państwa kończą się niepowodzeniem. Powodem jest stanowisko Agencji Oceny Technologii Medycznych, w którym eksperci nie kwalifikują operacji wykonywanych robotem da Vinci do kategorii „świadczenia gwarantowanego” (m.in. chorobach takich jak rak jelita grubego oraz gruczołu krokowego).
„Zdania polskich ekspertów klinicznych są podzielone. Kilku z nich uważa, że mimo wysokich kosztów, technologia ta powinna być finansowana ze środków publicznych przynajmniej w kilku krajowych ośrodkach akademickich, ze względu na konieczność udziału w dynamicznie rozwijającej się dziedzinie medycyny. W opinii Rady Przejrzystości w obecnych realiach ekonomicznych około 2-krotny wzrost kosztów leczenia powyższego schorzenia (przyp. red. raka jelita grubego) za pomocą systemu robotowego powoduje, że jest on nieopłacalny i spowoduje co najmniej wielomilionowe wydatki z budżetu płatnika publicznego. (…) obecne badania kliniczne powinny być finansowane jako przedsięwzięcie naukowe.”(1)
Stąd liczba wykonanych zabiegów we Wrocławiu nie jest imponująca - jest ich niewiele ponad 200. Zdaniem polskich lekarzy, rozwój technik chirurgii robotowej to oczywisty znak postępu medycyny i naturalna próba nadążenia za innymi rozwiniętymi państwami europejskimi, w dziedzinie przynoszącej wymierne korzyści pacjentom (dla porównania: Niemcy - 50 robotów, Francja - 46 robotów, Czechy - 9 robotów, Rumunia - 9 robotów)(2)
„Dopóki nie powstaną możliwości finansowania tych procedur przez NFZ lub Ministerstwo Zdrowia, nie będziemy mogli w pełni wdrożyć systemu da Vinci do prowadzenia operacji minimalnie inwazyjnych u pacjentów, gdyż osoby prywatne, mimo chęci, nie mogą płacić z własnych środków za operacje przeprowadzone w naszym szpitalu, gdyż jest to szpital publiczny (SPZOZ)”(3)
Powyższe komentarze rodzą pytania - czy Polska rzeczywiście nie jest finansowo gotowa na chirurgię robotową? Jeśli tak, to gdzie znajduje się rozstrzał w systemie finansowania usług medycznych pomiędzy nami, a krajami wydającymi na ochronę zdrowia niewiele więcej (Czechy) lub znacznie mniej (Rumunia)?(4,5) I na koniec, czy taki stan rzeczy nie spowoduje rozwoju robotowej turystyki medycznej? Czas pokaże.
Źródła:
(1) http://www.aotm.gov.pl/bip/assets/files/rada/protokoly/2014_RP/Protokol_RP_44_2014.pdf (2) http://davincisurgeonlocator.com/ (3) http://www.chirurgiarobotowa.pl/Robot_Da_Vinci,6035/Da_Vinci_QA,1272705/Robot_Da_Vinci,138167/index.html (4,5) https://www.oecd.org/health/health-systems/Focus-Health-Spending-2015.pdf   http://www.who.int/countries/rou/en/
I znowu to samo, kręgosłup zoperowany na niewłaściwej wysokości ... Oops, I did it again! Na prace o podobnym i identycznym tytule na prawdę można trafić na PubMedzie i choć tytuł może nie wydaje się do końca poważny, to prace jak najbardziej są poważne. Dajmy na to Wrong side surgery - oops! Sorry! czy jeszcze "lepiej" Oops! Sorry, wrong patient! Ale ponieważ w życiu nie można jednak wszystkiego brać całkiem na serio to poszedłem za tropem i znalazłem kilka kolejnych indeksowanych piosenek. Nie ma co się dziwić, w końcu muzyka łagodzi obyczaje, a zapewne także recenzentów!
Okazuje się, że naukowcami byli sami Led Zeppelini z ich słynnymi schodami do nieba (Stairway to heaven: evaluating levels of biological organization ...). Bardzo dokładnie został przebadany Hotel California, a chwile potem nawet Curt Cobain stwierdził, że ten hotel Smells like teen spirit (tłum. pachnie duchem nastolatka) - no cóż, kto wie kto tam bywał i co robił.
Oczywiście PubMed nas nie zawodzi - znajdziemy tu także hymn naukowców czyli I still haven't found what I am looking for! (Screening for lung cancer in a high-risk group). Na szczęście pod tytułem tego słynnego przeboju U2 są tylko dwie pozycje - innym najwyraźniej udało się znaleźć to czego szukali.
W przypadku kolejnej pracy mam wątpliwości czy istnieje muzyczny utwór o podobnym tytule, ale na pewno kilku światowej sławy muzyków chciałoby dowieść jak wpływa heroina ... na taniec pszczoły miodnej (Effects of cocaine on honeybee dance behaviour)! I to chyba zwycięzca tego muzycznego plebiscytu!
Jednak ciekawych, na swój wyjątkowy sposób, prac naukowych znajdziemy zdecydowanie więcej. Zapraszam do zapoznania się z poniższą listą, chociaż w jej przypadku możecie mieć wrażenie, że coś tu nie gra:
Zapach świeżo wyciskanych pomarańczy: przegląd piśmiennictwa (org. Fresh squeezed orange juice odor: a review.)
Czasopismo: Critical Reviews in Food Science and Nutrition. Impact Factor czasopisma: 17,45
  Infekcje pochodzące od zombie: epidemiologia, leczenie i profilaktyka (org. Zombie infections: epidemiology, treatment, and prevention.)
Czasopismo: British Medical Journal. Impact Factor czasopisma: 5,176
  Rozmiar piersi i jazda autostopem - badanie terenowe. (org. Bust size and hitchhiking: a field study.)
Czasopismo: Perceptual and Motor Skills. Impact Factor czasopisma: niestety najmniej, bo 0,66
  Wosk: pielęgnacja włosów łonowych i możliwe komplikacje (org. Wax on, wax off: pubic hair grooming and potential complications.)
Czasopismo: JAMA Dermatology. Impact Factor czasopisma: 4,6
  Oddawanie gazów podczas stosunku. Występowanie i patogeneza. (org. Flaturia: passage of flatus at coitus. Incidence and pathogenesis.)
Czasopismo: Archives of Gynecology and Obstetrics. Impact Factor czasopisma: 1,364
  Apokalipsa zombie: czy nieumarli mogą nauczyć żyjących jak przeżyć wypadek? (org. Zombie Apocalypse: Can the Undead Teach the Living How to Survive an Emergency?)
Czasopismo: Public Health Reports Journal. Impact Factor czasopisma: 1,547
  Sztuczna biegunka: przypadek wodnego oszustwa (org. Factitious diarrhea: a case of watery deception)
Czasopismo: Journal of Pediatric Gastroenterology and Nutrition. Impact Factor czasopisma: 2,6
  Urazy głowy i szyi w heavy metalu: fani machania głową pomiędzy młotem a kowadłem (org. Head and neck injury risks in heavy metal: head bangers stuck between rock and a hard bass)
Czasopismo: British Medical Journal. Impact Factor czasopisma: 17,45
  Praktyka czyni mistrza, czyli ciała obce w odbytnicy (org. Practice makes perfect. Rectal foreign bodies.)
Czasopismo: Emerg Nurse. Impact Factor czasopisma: nie posiada...
  Badanie genetyczne włosów Yeti, Wielkiej Stopy i innych anomalnych naczelnych (org. Genetic analysis of hair samples attributed to yeti, bigfoot and other anomalous primates.)
Czasopismo: Journal of Pediatric Gastroenterology and Nutrition. Impact Factor czasopisma: 5,02
  Która praca Waszym faworytem? Na odpowiedzi, a może i znalezione przez Was tytuły, czekamy w komentarzach pod artykułem!
Jak donosi MedicalNewsToday uczestnikom koncertu muzycznego już po 60 minutach obniża się poziom glikokortykosteroidów!
Badanie przeprowadzone przez grupę naukowców z Centre for Performance Science na londyńskiej Royal College of Music potwierdziło w sposób obiektywny, że "muzyka łagodzi obyczaje". Naukowcy pod przewodnictwem dr Daisy Fancourt przebadali 117 ochotników w czasie koncertów muzycznych o stylistyce klasycznej w wykonaniu zdobywcy Grammy - Erica Whitacre’a. Populację badaną tworzyli zarówno stali bywalcy koncertów, jak i muzyczni nowicjusze. Podczas dwóch identycznych koncertów naukowcy pobrali od uczestników eksperymentu próbki śliny na dwóch etapach imprezy: przed rozpoczęciem i w czasie przerwy po 60 minutach „estetycznych przeżyć”. W wydzielinie oznaczano poziom GKS (kortyzolu i kortyzonu), DHEA, hormonów płciowych.
Po raz pierwszy w historii potwierdzono „na żywo” to, co wcześniej sugerowały wyniki badań laboratoryjnych: Uczestnictwo w wydarzeniach kulturalnych wywiera wpływ na pracę układu dokrewnego.
To, co szczególnie zwraca uwagę, to ewidentny spadek poziomu glikokortykosteroidów we wszystkich grupach badanych, niezależnie od wieku, płci i związków z muzyką. Poziom kortyzolu, zwanego hormonem stresu, rośnie w sytuacji zagrożenia, presji, lęku. Jego stale podwyższony poziom wywiera na organizm negatywny wpływ.
Autorzy zwracają uwagę na stosunkowo małą grupę badaną, ale zapewniają, że to dopiero początek fascynującej drogi. Już niebawem na warsztat wezmą koncerty rockowe, a nawet heavy-metalowe…
Mateusz Malik, lekarz
PS: A propos: Czego teraz słucham?
Źródło: http://www.medicalnewstoday.com/articles/308902.php, http://www.sciencedirect.com/science/article/pii/S0889159113005138
Spór Naczelnej Rady Lekarskiej z prezesem Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów w sprawie zasadności stosowania leków homeopatycznych zakończony. O jaką sprawę chodzi?
Otóż w kwietniu 2008 roku (stanowisko nr 7/05/V) Naczelna Rada Lekarska nakazała lekarzom i dentystom przestrzegania obowiązku postępowania w swojej praktyce zgodnie ze wskazaniami aktualnej wiedzy medycznej, w świetle której nie ma żadnych dowodów na działanie terapeutyczne leków homeopatycznych ani innych metod z kręgów tzw. "pseudomedycyny". Na podstawie powyższego stanowiska NRL miało prawo wytaczać lekarzom i dentystom zalecającym i przepisującym tego typu metody postępowania dyscyplinarne.
Oczywiście nie trudno zgadnąć, że stanowisko Rady było bardzo nie w smak firmom produkującym leki homeopatyczne. Spotkało się również z negatywną reakcją prezesa Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów jako rzekome ograniczenie konkurencji i sprawa znalazła się na wokandzie sądowej. Wyrok Sądu Okręgowego w Warszawie, który rozpatrywał tę sprawę był uchylający dla powództwa, przychylając się tym samym do stanowiska pozwanego i potwierdzając, iż nie ma dowodów skuteczności homeopatii. Prezes UOKiK nie zgodził się jednak z decyzją Sądu Okręgowego i złożył apelację od wyroku. Ostatnio apelacja ta również została oddalona i tym samym skończył się trwający od 8 lat już spór Rady Lekarskiej z tą dziedziną pseudomedycyny.
Każdy kończący studia lekarz ma 100% szans na znalezienie pracy. W końcu każdy absolwent medycyny jest kierowany na obowiązkowy staż podyplomowy (z poprawką na roczniki, które obejmie znosząca go reforma), podczas którego jest zatrudniony na umowie o pracę przez 13 miesięcy.
Po zaliczeniu stażu znakomita większość młodych lekarzy walczy o rezydentury czyli gwarantowane zatrudnienie w czasie odbywania specjalizacji. Sformalizowany proces zatrudnienia na początku drogi zawodowej to ewenement. Absolwenci innych kierunków muszą poświęcić zdecydowanie więcej energii i czasu na poszukiwanie pierwszej pracy, przechodzą różnorodne procesy rekrutacyjne i negocjują warunki zatrudnienia. Lekarzowi etat się po prostu należy.
Wygodna sytuacja, w której znajdują się lekarze, sprawia, że nie nabywają pewnych umiejętności związanych z aktywnym poszukiwaniem pracy. Gdy potem szukają dodatkowego zajęcia lub po zdobyciu specjalizacji wchodzą na rynek pracy, popełniają wiele błędów, co odbija się na warunkach zatrudnienia oraz wynagrodzeniu. Wszystko dlatego, że bezkrytycznie zgadzają się na warunki pracodawców. Na jednym z portali internetowych dla lekarzy bardzo często pojawiają się pełne emocji posty związane ze złymi doświadczeniami naszych kolegów i koleżanek.
Nie jestem specjalistą "human resources". Chciałbym podzielić się doświadczeniami własnymi oraz kolegów związanymi z szukaniem i negocjowaniem pracy. Mam nadzieję, że pozwolą one na poprawę warunków zatrudnienia i płacy młodych lekarzy.
NIGDY NIE ZGADZAJ SIĘ NA PRACĘ BEZ PODPISANEJ UMOWY!
Umowa to konieczność! Nigdy nie zgadzaj się na pracę bez podpisanej umowy! Miałem propozycję pracy w pewnej przychodni i umowa miała być gotowa już na miesiąc przed pierwszym dyżurem. Pracodawca ciągle "zapominał" o przekazaniu mi jej. Gdy przyszedłem na pierwszy dyżur, nadal jej nie było (mimo zapewnień, że czeka na mnie w kopercie). Odwróciłem się na pięcie i odszedłem. Gdy poinformowałem pracodawcę, że nie podejmę pracy bez umowy, to ze złością "podziękował mi za współpracę". I bardzo dobrze - jeśli tak poważnie traktuje swoich pracowników jeszcze zanim ich zatrudni, to strach pomyśleć co byłoby, gdybym postanowił tam pozostać. Umowa to gwarancja wynagrodzenia oraz warunków zatrudnienia. Jest dowodem dla zakładu ubezpieczeń, sądu pracy, sądu cywilnego oraz innych instytucji państwowych (ZUS, ubezpieczenia zdrowotne). Praca bez podpisanej umowy to zawsze strata dla pracownika - szczególnie jak "coś się stanie".
Wyobraź sobie sytuację, że zatrudnili Cię w przychodni. Podczas rozmowy kwalifikacyjnej obiecali Ci stawkę 50 zł/godzinę. Przez 2 miesiące pracowałeś bez podpisanej umowy słysząc wymówki typu "musi ją jeszcze zatwierdzić nasz prawnik", "zapomniałem ją wysłać księgowej" itp. Po 2 miesiącach podczas których wykonywałeś swoje zadania sumiennie dostajesz ją w końcu do podpisania i patrzysz ze zgrozą: "40 zł/godzinę". I co zrobisz? Będziesz się sądził? To słowo przeciw słowu. Nie podpiszesz umowy? To nie dostaniesz ani grosza. Gratulacje! Właśnie zostałeś na lodzie!
NIE ZADOWALAJ SIĘ PIERWSZĄ LEPSZĄ OFERTĄ
Poszukuj pracy aktywnie. Nigdy nie zatrudniaj się "na szybko" w pierwszym lepszym miejscu. Poświęć kilka tygodni, a nawet miesięcy na poszukiwanie odpowiedniej oferty. Są miejsca, gdzie z powodu braku lekarzy można otrzymać naprawdę dobrą stawkę. Swojej pierwszej dodatkowej pracy w NPL szukałem przez pół roku. Odrzuciłem 5 ofert z różnych powodów - złe warunki pracy, niska stawka, złe opinie innych kolegów. Opłaciło się. Trafiłem na ofertę "z ogłoszenia" i byłem pierwszą osobą, która zadzwoniła i umówiła się na rozmowę kwalifikacyjną. Pracę dostałem z marszu i jestem teraz bardzo zadowolony. Poświęć więc czas na poszukiwanie odpowiedniej oferty, zbieraj informacje od kolegów, przeglądaj portale medyczne pod kątem ogłoszeń. Szpitale i przychodnie często umieszczają oferty na swoich stronach internetowych. Zrób listę miejsc z okolicy, dzwoń do kadr z pytaniem czy nie potrzebują lekarza.
PRZYGOTUJ SIĘ
Przygotuj się do rozmowy kwalifikacyjnej. Napisz CV. W Internecie znajdziesz całą masę poradników, artykułów a nawet całych portali na ten temat. Dla wielu kwestie związane z poszukiwaniem pracy to cała "nauka". Zbierz wywiad: czym zajmują się lekarze w danej placówce, jak wygląda specyfika pracy, czego mogą od Ciebie oczekiwać. Zastanów się, które Twoje umiejętności i doświadczenia zawodowe mogą się przydać w nowej pracy. Słowem: co może zrobić wrażenie na Twoim przyszłym pracodawcy. W CV wpisz najważniejsze umiejętności, doświadczenia oraz szkolenia, które wiążą się z miejscem, w którym masz pracować. Na przykład: jeśli szukasz pracy w izbie przyjęć, pomocne będą kursy zabiegów resuscytacyjnych lub wolontariat na SOR w czasie studiów. Na firmie farmaceutycznej wrażenie zrobi działalność w organizacji studenckiej i organizacja eventów lub praca naukowa. Do prywatnej przychodni przyjmującej wielu obcokrajowców wpisz praktyki lub staż w zagranicznym szpitalu. Coraz częściej będziesz rozmawiał ze specjalistą do spraw zatrudnienia (często nie mającym pojęcia o medycynie) lub lekarzem-managerem, który przeszedł szkolenia związane z "human resources". Poświęć więc chwilę na przygotowanie się do takiej rozmowy oraz napisanie odpowiedniego CV "pod potencjalnego pracodawcę".
WYNAGRODZENIE
Możesz negocjować wynagrodzenie. W przypadku kontraktu czy umowy zlecenia wiele zależy od Ciebie. Pracodawca z powodu braku lekarzy bardzo często ma nóż na gardle. Odpowiednie zaplecze kadrowe to warunek realizacji kontraktu z NFZ. To otwiera drogę do negocjacji. Często pada pytanie: "Ile chciałby Pan zarabiać?". Nigdy nie bój się, że podana przez Ciebie kwota jest zbyt wysoka! Najpierw podaj stawkę trochę większą niż faktycznie oczekiwana przez Ciebie. To da pole do manewru. Możesz posłużyć się przykładem kolegów, np. "mój kolega pracując w innym szpitalu na takim samym stanowisku zarabia tyle i tyle". Bardzo często usłyszysz argumenty emocjonalne związane np. ze złą kondycją szpitala albo kolejkami cierpiących ludzi. Wielu szefów będzie Cię przekonywać, że skoro jesteś młodym lekarzem to "na początek" dostaniesz małą pensję. W przypadku wielu stanowisk, na których będziesz pracować samodzielnie (czyli np. NPL albo transporty medyczne) taki argument jest zupełnie nietrafiony - Twój zakres obowiązków w żaden sposób nie różni się od lekarza ze specjalizacją. Odpowiedzialność jest taka sama. Więc jaki sens ma różnicowanie wynagrodzenia w zależności od doświadczenia?
Nie bój się negocjować wynagrodzenia, żądać wyższej stawki i odmówić potencjalnemu pracodawcy, gdy jego propozycja wydaje się rażąco niska. Zapewne ktoś przyjdzie na Twoje miejsce prędzej czy później. Tymczasem Ty będziesz miał czas, żeby poszukać lepszej oferty. Kto wie, może za miesiąc znajdziesz o wiele lepiej płatną pracę, bliżej domu a na dodatek z dobrą atmosferą?
KONTRAKTY
Kontrakt, jak już doskonale wiesz, polega na tym, że lekarz będąc "firmą" świadczy usługi dla szpitala czy przychodni. W niczym nie różni się to od sytuacji, w której firma sprzątająca świadczy usługi porządkowe dla szpitala. Analogicznie, gdy Twoja firma zawiera umowę na dostarczanie papieru toaletowego, w interesie szpitala leży, żeby zapłacić za jedną rolkę papieru jak najmniej, a w interesie Twojej firmy, żeby zarobić jak najwięcej. Nie spodziewaj się, że ktoś będzie doceniał Twoją pracę, zaproponuje Ci podwyżkę dlatego, że się starasz albo zmieni warunki umowy na Twoją korzyść! Lekarzu - jesteś niczym dostawca papieru toaletowego! Na tym polega wolny rynek.
To od Ciebie zależy, jaką stawkę wynegocjujesz i na jakich warunkach będziesz świadczył swoje usługi. W umowie "kontraktowej" mogą się znaleźć zapisy dotyczące urlopu oraz zastępstwa. Możesz nie zgodzić się na niekorzystne zapisy. Na swojej zawodowej drodze spotkałem np. zapis o tym, że korzystanie z dyżurki lekarskiej jest płatne. Tak! Musisz uiścić szpitalowi miesięczną opłatę za to, że zużywasz wodę, papier toaletowy oraz szpitalne meble!
DOBRE MIEJSCE
Ciężko jest znaleźć to jedno, wymarzone miejsce do pracy. Każde ma swoje dobre i złe strony. Staraj się zbierać wywiad i informacje od pracujących w różnych miejscach kolegów. Stawka to tylko jedno z kryteriów. Wiele zależy od warunków i organizacji pracy, atmosfery panującej w pracy, lokalnych zwyczajów i uwarunkowań. Żadne miejsce nie będzie idealne. Czasem lepiej jest zgodzić się na niższą stawkę w szpitalu, w którym panuje dobra atmosfera i nie brakuje leków niż w miejscu, gdzie wykonywanie zawodu lekarza jest balansowaniem pomiędzy pozwem a ciężkim uszczerbkiem na zdrowiu psychicznym. Czasem miejsce wydaje się wymarzone, a problem stanowi atmosfera w pracy i apodyktyczny szef, który nie pozwala iść pracownikom na urlop. Pracy dla lekarzy nigdzie nie brakuje, dlatego znalezienie dobrej oferty to tylko kwestia czasu.
Nawet jeśli uważasz, że pracujesz w wymarzonym miejscu, nie przerywaj poszukiwań. Przeglądaj oferty, pytaj znajomych, miej rozeznanie w swojej okolicy. Nigdy nie wiesz, czy za pół roku nie stanie się coś, co zmusi Cię do odejścia z pracy. W takim wypadku dobrze mieć "upatrzone" awaryjne miejsca.
UWAGA NA MINY!
Są  takie oferty pracy, które praktycznie nigdy nie znikają. Jeśli jesteś zorientowany w okolicy i widzisz, że od roku czy półtora jakiś szpital lub przychodnia szuka lekarza na to samo stanowisko, to wiedz, że coś jest na rzeczy. Często jest to wina złych warunków pracy. Ludzie uciekają, bo nie są w stanie znieść toksycznego miejsca. Przyparci do muru managerowie oferują podejrzanie dobrą stawkę za pracę w takim miejscu. Gdy widzisz taką ofertę, zbierz dokładny wywiad, dotrzyj do osób, które tam pracowały i dowiedz się, w czym rzecz. Bardzo często w środowisku krążą opowieści i opinie. Dobrze się zastanów, czy będziesz w stanie zaakceptować takie warunki pracy. W innym wypadku - szkoda Twoich nerwów, sił i zdrowia.
***
Jakie są Wasze doświadczenia związane z szukaniem pracy, kontaktami z pracodawcami, rozmowami kwalifikacyjnymi i negocjacjami wynagrodzeń? Podziel się z innymi w komentarzach do artykułu lub na Forum! Nie wyważajmy otwartych drzwi!
Kot
Czy możemy liczyć na to, że w sprawie warunków pracy i społecznego wizerunku lekarzy coś "się ruszy"? Miejmy nadzieję, że dzięki ogromnemu wysiłkowi kolegów rezydentów już niedługo.
Od kilku miesięcy reaktywowane Porozumienie Rezydentów OZZL walczy o poprawę losu młodych lekarzy w trakcie specjalizacji. Liczne akcje PR-owe zaczynają przynosić konkretne efekty. W lutym 2016 w głównym wydaniu "Wiadomości" na TVP1 ukazał się reportaż na temat niskich zarobków rezydentów, przyczyn złej kondycji polskiej służby zdrowia oraz emigracji kadr medycznych. Po raz pierwszy postulaty środowiska młodych lekarzy przebiły się do głównych mediów! Dzięki działaniom Porozumienia Rezydentów mogliśmy oglądać Jarosława Bilińskiego - wiceprezesa Porozumienia. Telewidzowie dowiedzieli się, że młody lekarz może liczyć na zawrotne zarobki 2300-2500 zł netto miesięcznie. Kwota, która wzbudza śmiech większości pracowników korporacji, przedstawicieli handlowych oraz... motorniczych tramwajów. 
Tylko dzięki szeroko zakrojonej kampanii medialnej społeczeństwo może dowiedzieć się ile zarabia i ile pracuje lekarz z którym styka się codziennie w przychodni czy szpitalu. Być może wtedy zrozumie i poprze postulaty płacowe rezydentów. Tylko dysponując szerokim poparciem społecznym można naciskać na rząd w kwestii poprawy zarobków. Niestety lata czarnego PR-u ze strony mediów zrobiły swoje. W powszechnych, "brukowych" opiniach lekarz ma prywatny gabinet w którym zarabia dziesiątki tysięcy złotych miesięcznie, nie płaci podatków, jest opryskliwy i popełnia ciągle błędy medyczne, które tuszują jego koledzy z "białej mafii".
Po tym reportażu ruszyła lawina doniesień medialnych. Przedstawiciele Porozumienia Rezydentów pojawiają się w programach telewizyjnych. Między innymi w TVP, TV Trwam, TV Republika, Polsat News. Głośno o problemach młodych lekarzy jest także w stacjach radiowych - odbyło się już kilkanaście audycji poruszających tą tematykę. Pojawiają się również artykuły w prasie lokalnej, ogólnopolskiej, branżowej.
Pełną parą ruszyła akcja "Adoptuj posła", która ma na celu spotkania z parlamentarzystami z partii rządzącej i uświadamianie ich jakie są warunki pracy młodych lekarzy w Polsce. Do tej pory rezydenci odwiedzili już ponad 100 posłów. Odbyły się również spotkania ze znanymi politykami jak Szefowa Kancelarii Rady Ministrów - Pani Beata Kempa, Minister Zdrowia Pan Konstanty Radziwiłł, Pan Premier Jarosław Gowin czy Marszałek Senatu Pan Stanisław Karczewski.
Zarząd PR nie wyklucza, że jeśli postulaty PR zostaną ostentacyjnie zignorowane podjęte zostaną kolejne kroki jak na przykład ogólnopolski strajk czy manifestacja w Warszawie przed budynkami rządowymi, ale zaznacza jednocześnie, że walka o godziwe wynagrodzenia nie będzie odbywała się kosztem pacjentów.
Dobrze prowadzenie akcji skutkuje już przyspieszeniem legislacji dotyczącej wynagrodzeń w całej służbie zdrowia. To, co rządzący mają w zwyczaju zostawiać na okres przedwyborczy może już niebawem stać się faktem.
Terminem granicznym i ważnym sprawdzianem dla władz może być głosowanie nad nowelizacją ustawy o zawodzie lekarza i lekarza dentysty przewidziane na 2016 rok w związku z przywróceniem stażu podyplomowego. Celem jest podwyższenie wynagrodzenia lekarzy rezydentów z obecnych 70% średniego wynagrodzenia do minimum 200% średniego wynagrodzenia w sektorze przedsiębiorstw w Polsce, a lekarzy specjalistów do minimum 300%. Wiele wskazuje na to, że na wokandzie może pojawić się także projekt ustawy o minimalnym wynagrodzeniu w ochronie zdrowia. To szczególny, przełomowy moment dla młodych lekarzy.
Dalsze działania informacyjne są niezbędne, by pokazać ludziom poświęcenie tysięcy kolegów, którzy codziennie, ciężką pracą, mimo wszelkich przeciwności, chaosu legislacyjnego, marnej organizacji, przemęczenia, powszechnych niedoborów wszystkiego starają się pomagać chorym.
Kot
Jako darmowi pracownicy lekarze rezydenci są często używani do zapychania dziur w szpitalach. Zmyślni dyrektorzy i ordynatorzy zsyłają ich na izby przyjęć oraz SORy. Często pełniąc samodzielne dyżury na oddziałach są wzywani na SOR na konsultację. Autor tego artykułu często spotyka się z rezydentami, którzy pracują w taki sposób. Sam również dyżuruję na izbie przyjęć.
Poniżej prezentuję kilka doświadczeń związanych z organizacją pracy na SOR/izbie przyjęć. Pochodzą z doświadczeń własnych, starszych lekarzy oraz innych rezydentów:
1) KAŻDY PACJENT MA BYĆ ZAREJESTROWANY Niedopuszczalne jest "odsyłanie na gębę". Fatalnie potem wygląda w prasie jeśli pacjentowi coś się stanie.
2) KAŻDY PACJENT MA BYĆ ZBADANY Nie wolno wierzyć w informacje przekazywane przez pielęgniarki, członków rodzin, zespoły pogotowia. Z każdym pacjentem trzeba samodzielnie porozmawiać, zbadać go i wyrobić sobie na jego temat własną opinię. W większości przypadków samo badanie przedmiotowe i wywiad pozwalają na postawienie wstępnego rozpoznania.
3) DZIAŁAJ KOMPLEKSOWO Od razu po zbadaniu pacjenta określ główny problem medyczny, napisz zlecenia oraz badania do wykonania. To daje nam 2-3 godziny czasu zanim spłyną wyniki, spłyną kroplówki i zaczną działać leki (np. hipotensyjne). Nie dopuszczaj do sytuacji w której badasz np 3 pacjentów pod rząd i dopiero potem zlecasz im badania i leki. Zawsze zlecaj badania dodatkowe PO zbadaniu pacjenta - unikniesz sytuacji w których po kilku godzinach orientujesz się, że diagnozujesz nie tę chorobę co trzeba.
4) NIGDY NIE WIERZ POGOTOWIU Informacje przekazywane przez zespoły pogotowia są najczęściej nieprawdziwe i niekompletne. Z różnych przyczyn: niewiedza, niedbalstwo, brak badań dodatkowych, zatajenie informacji przez pacjenta. W większości przypadków ostateczne rozpoznanie znacząco odbiega od tego, co jest napisane w karcie medycznych czynności ratunkowych.
5) ZAWSZE PYTAJ O: alergie, przyjmowane leki, choroby przewlekłe, kobiety o ciążę. Pacjenci często negują, że na cokolwiek chorują po czym podają listę 10 leków przyjmowanych przewlekle.
6) NIE OSZCZĘDZAJ NA BADANIACH DODATKOWYCH Jeśli zastanawiasz się, czy zlecić jakieś badanie - ZLEĆ JE. Ja zlecam każdemu pacjentowi "podstawę" czyli zestaw: morfologia, jony, glukoza, kreatynina, mocznik, CRP - pozostałe badania według wskazań.
7) JEŚLI PACJENT WRACA TO GO PRZYJMIJ. Pacjent wie najlepiej (lub wydaje mu się, że wie) co mu dolega. Jeśli przychodzi któryś raz do szpitala z jakimś problemem to dla świętego spokoju przyjmij go na oddział. Jeśli coś się stanie to już nie z Twojej winy.
8) BĄDŹ ASERTYWNY. W rozmowach z innymi lekarzami bądź reprezentantem najlepszego interesu chorego. Skupiaj się na problemach pacjenta a nie kwestiach pozamedycznych. Nie daj się spławić. Nie jesteś sekretarką ani nie masz obowiązku spełniania wszystkich życzeń lekarzy "z góry".
9) OPRACUJ PACJENTA DO KOŃCA - jeśli pacjent ma 5 problemów zdrowotnych i wymaga 5 konsultacji to je zleć. Przekaż pacjenta do innego szpitala jeśli wymaga specjalistycznego leczenia lub konsultacji, napisz receptę na leki, które zalecasz, wypisz zwolnienie lub skierowanie do poradni specjalistycznej. Zwalanie tej pracy na POZ jest delikatnie mówiąc nieeleganckie. Nie zwracaj uwagi na komentarze starszych kolegów "bo u nas jest taki zwyczaj" - to Ty odpowiadasz za pacjenta a nie oni.
10) NA POCZĄTKU WYKLUCZ ZAGROŻENIE ŻYCIA - czyli na przykład: u pacjentki z bólem w klatce wyklucz najpierw zawał, odmę i zatorowość płucną a potem zastanawiaj się czy to nie przypadkiem refluks.
11) ZAPAMIĘTAJ 4 LEKI - tlen, płyny, antybiotyki, leki przeciwbólowe - te 4 grupy leków wystarczą, aby wstępnie pomóc każdemu pacjentowi zgłaszającemu się do SOR i utrzymać go przy życiu do udzielenia fachowej pomocy.
12) ŻYWY CZY ZDIAGNOZOWANY? Twój priorytet to utrzymać pacjenta przy życiu. Żaden pożytek z wyniku np. tomografii komputerowej jeśli pacjent "zatrzyma się" w pracowni TK. Upewnij się, że jest odpowiednio zabezpieczony zanim rozpoczniesz czasochłonną diagnostykę.
13) NIE DAJ SIĘ POGANIAĆ - jeśli ktoś ma dostatecznie dużo siły, żeby się awanturować to na 99% może poczekać. Naprawdę chorzy leżą cicho i nie zwracają na siebie uwagi. To od nich zacznij pracę.
14) JEŚLI KOMPLETNIE NIE WIESZ co dolega pacjentowi nie bój się zostawić go na kilka godzin na obserwacji na IP lub SOR. Możesz też zostawić go na następną zmianę. Twój zmiennik może od razu wpaść na właściwe rozpoznanie.
Pracujesz na IP lub SOR? Jakie są Twoje doświadczenia związane z tą trudną i odpowiedzialną pracą?
Kot
Znane są już wyniki kolejnej sesji egzaminacyjnej egzaminów specjalizacyjnych. Przyjrzeliśmy się szczególnie interesującej dziedzinie jaką jest anestezjologia i intensywna terapia. Na 65 osób zdających, aż 51 lekarzy egzaminu nie zdało - oznacza to, że ocenę niedostateczną otrzymało aż 78% zdających. Po wynikach poprzedniego egzaminu nadzieję na poprawienie tej sytuacji były duże - czy minęło jednak zbyt mało czasu aby można było coś zmienić? Jaki jest prawdziwy powód tak słabych wyników? Zachęcamy do szerokiej dyskusji.
Wyniki z innych dziedzin można sprawdzać na stronie Centrum Egzaminów Medycznych http://cem.edu.pl/spece_results_h.php
Ustępujący prezydent USA na spotkaniu National Prescription Drug Abuse & Heroin Summit w Atlancie 29.04.2016 potwierdził przekazanie federalnego, finansowego wsparcia na walkę z epidemią uzależnienia od narkotyków i przeciwbólowych leków opioidowych. Zaznaczył, że dotychczasowe postrzeganie tego problemu w kategorii „wojny z narkotykami” ani nie pochyla się nad dramatem uzależnionych, ani nie przynosi oczekiwanych efektów.
Barack Obama za ekspertami zachęca do zmierzenia się z problemem uzależnienia poprzez edukację, prewencję i specjalistyczne leczenie (np. terapię buprenorfinową, metadonową, dostępność naloksonu). Często osoby, które przedawkowały traktuje się jak wyrzutków społecznych, a nie osoby chore. Społeczne wyparcie problemu wiąże się też z przekonaniem o tym, że dotyczy on biedoty i kolorowych mniejszości.
Prezydent powiedział m. in., że „Zbyt długo patrzyliśmy na uzależnienie od narkotyków przez pryzmat kodeksu karnego. Najważniejsze jest to, by zmniejszyć popyt. A jedynym sposobem, by to osiągnąć jest zapewnienie leczenia dla uzależnionych (…) Jeśli w to nie zainwestujemy, wciąż będziemy marnować ogromne środki, głupio oszczędzając.” (“If we don’t invest in this, we’re going to keep on being penny wise and pound foolish.”)
Polska w tej materii wydaje się stać na drugim biegunie. Zużycie leków opioidowych jest w naszym kraju drastycznie niskie. Ma na to wpływ zarówno pokutujące wciąż wśród lekarzy przekonanie o pochodnych morfiny jako lekach niebezpiecznych, jak i negatywny stosunek pacjentów do leczenia bólu (tego przyczyny są różne). Jeśli chodzi o stosunek do terapii osób uzależnionych, to mamy w Polsce zorganizowane poradnictwo uzależnień, przychodnie metadonowe, oddziały terapeutyczne dla uzależnionych. A także skala narkotykowego problemu jest także w Polsce diametralnie różna.
Tym niemniej podejście do narkomanii odbiega od europejskich standardów. Zarówno w zakresie dostępności „miękkich” narkotyków, jak i prewencji zakażeń i stosunku do nałogowych heroinistów, kokainistów itp. Nie ma w naszym kraju pokojów wstrzyknięć, powszechnej dostępności prezerwatyw, jałowych strzykawek i igieł, itp. Nie ma się co oszukiwać: w Polsce, tak jak w Stanach Zjednoczonych państwo nie lubi łożyć na przewlekłą opiekę nad uzależnionymi. Dominuje podejście, że lepiej, by aktywny narkoman albo z nałogu wyszedł, albo „zaćpał” się na śmierć.
Powtórzmy zatem za Obamą: „Dominowało myślenie [o narkomanii] jako skazie ludzkiej natury czy ‘nie naszym problemie’  Ale jeśli spojrzeliśmy na papierosy jako społeczny problem zdrowotny, na wypadki drogowe jako społeczny problem zdrowotny, to trzeba do narkotyków przyłożyć tę samą miarę.”
Mateusz Malik, lekarz
Źródła:
The Guardian (2016): Obama: 'Drug addiction is a health problem, not a criminal problem' Gazeta Wyborcza (2009): Wojna z narkotykami nie może być wojną z ludźmi. Polecam lekturę tego artykułu inaugurującego akcję GW "My, narkopolacy"

Powiadomienie o plikach cookie

By using this site, you agree to our Warunki użytkowania.

Account

Navigation

Szukaj

Szukaj

Configure browser push notifications

Chrome (Android)
  1. Tap the lock icon next to the address bar.
  2. Tap Permissions → Notifications.
  3. Adjust your preference.
Chrome (Desktop)
  1. Click the padlock icon in the address bar.
  2. Select Site settings.
  3. Find Notifications and adjust your preference.